Szymborska. Szkice do portretu - Krystyna Pietrych

Kup ebooka

54.00 zł
43.20 zł (33,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Gogolewska

Zdjęcie na okładce

Portret Wisławy Szymborskiej, autor Michał Rusinek, źródło: Archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej

Wydawca

Katarzyna Rosińska

Redakcja

Irena Puchalska

Korekta

Mirella Hess-Remuszko

Fotoedycja

Barbara Chmielarska-Łoś

Produkcja

Mariola Grzywacka

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek

Recenzenci

prof. dr hab. Joanna Grądziel-Wójcik

prof. dr hab. Alina Świeściak-Fast

Publikacja dofinansowana przez Uniwersytet Łódzki.

Copyright Twórczość Wisławy Szymborskiej ? Fundacja Wisławy Szymborskiej, www.szymborska.org.pl, Warszawa 2024

Copyright ? by Wydawnictwo Naukowe PWN SA, Warszawa 2024

Copyright ? by Krystyna Pietrych

ISBN 978-83-01-23961-9

DOI: https://doi.org/10.53271/2024.128

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2024 r. (Wydanie I)

Warszawa 2024

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 280

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl, www.pwn.pl

Zdumienie

W zakończeniu swego wykładu noblowskiego Szymborska mówiła:

Świat, cokolwiek byśmy o nim pomyśleli zatrwożeni jego ogromem i własną wobec niego bezsilnością, rozgoryczeni jego obojętnością na poszczególne cierpienia ludzi, zwierząt, a może i roślin, bo skąd pewność, że rośliny są od cierpień wolne; cokolwiek byśmy pomyśleli o jego przestrzeniach przeszywanych promieniowaniem gwiazd, gwiazd, wokół których zaczęto już odkrywać jakieś planety, już martwe? jeszcze martwe? nie wiadomo; cokolwiek byśmy pomyśleli o tym bezmiernym teatrze, na który mamy wprawdzie bilet wstępu, ale ważność tego biletu jest śmiesznie krótka, ograniczona dwiema stanowczymi datami; cokolwiek jeszcze pomyślelibyśmy o tym świecie jest on zadziwiający.

Ale w określeniu "zadziwiający" kryje się pewna logiczna pułapka. Zadziwia nas przecież to, co odbiega od jakiejś znanej i powszechnie uznanej normy, od jakiejś oczywistości, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Otóż takiego oczywistego świata nie ma wcale. Nasze zadziwienie jest samoistne i nie wynika z żadnych z czymkolwiek porównań.

Zgoda, w mowie potocznej, która nie zastanawia się nad każdym słowem, wszyscy używamy określeń: "zwykły świat", "zwykłe życie", "zwykła kolej rzeczy"... Jednak w języku poezji, gdzie każde słowo się waży, nic już zwyczajne i normalne nie jest. Żaden kamień i żadna nad nim chmura. Żaden dzień i żadna po nim noc. A nade wszystko żadne niczyje na tym świecie istnienie[1].

Zdumienie to postawa, która charakteryzuje twórczość autorki Chwili od początku do końca - jest niezbywalnym warunkiem poezji, a także fundamentem świadomego w świecie istnienia. Już w jej debiutanckim wierszu z roku 1945 pod znaczącym tytułem Szukam słowa zawarte zostało przekonanie o nieadekwatności i niewystarczalności języka wobec doświadczeń wojennych, a więc o niemożności sprostania słowem rzeczywistości - zawsze nie do pojęcia i nie do nazwania. W wierszu zatytułowanym wprost Zdumienie z tomu Wszelki wypadek czytamy:

Czemu w zanadto jednej osobie?

Tej a nie innej? I co tu robię?

W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?

W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?

Dlaczego tylko raz osobiście?

Właśnie na ziemi? Przy małej gwieździe?

Po tylu erach nieobecności?

Za wszystkie czasy i wszystkie glony?

Za jamochłony i nieboskłony?

Akurat teraz? Do krwi i kości?

Sama u siebie z sobą? Czemu

Nie obok ani sto mil stąd,

nie wczoraj, ani sto lat temu

siedzę i patrzę w ciemny kąt

- tak jak z wzniesionym nagle łbem

patrzy warczące zwane psem?

Same pytania. Ani jednej odpowiedzi. Nic nie jest proste ani jednoznaczne, a już zwłaszcza nasze tutaj, na tym świecie i w tym czasie, (za)istnienie. Można zatem jedynie mnożyć wątpliwości, z niewzruszoną pewnością nic orzec nie podobna, nie ma prawd i odkryć bezspornych ani definitywnych. Jeśli coś w tej sytuacji jest niezbędne, to konieczność stawiania pytań - tylko one bowiem mogą oddać permanentny stan niepewności i nieoczywistości. "Ona cały czas - pisała o Szymborskiej Małgorzata Baranowska - ulega zdziwieniu, ale jest to nie tylko zdziwienie filozoficzne, o którym w jej przypadku często się mówi. Jest to również zdziwienie historyczne, takie bardziej zmysłowe - że może być jeszcze coś, poza bezwonną przestrzenią czasu, co może nas jeszcze zaskoczyć. Nie możemy się w to przenieść, ale wyobrazić sobie możemy"[2].

Gdyby w mojej książce "dar" nie stanowił kategorii nadrzędnej, poprzez którą staram się ujmować nie tylko twórczość autorki Soli, ale także specyficzny splot jej poezji i życia, to najpewniej pojęciem takim byłoby "zdumienie". Lub może "cud":

Cud pospolity:

to, że dzieje się wiele cudów pospolitych.

Cud zwykły:

w ciszy nocnej szczekanie

niewidzialnych psów.

Cud jeden z wielu:

chmurka zwiewna i mała,

a potrafi zasłonić duży księżyc.

Kilka cudów w jednym:

olcha w wodzie odbita

i to, że odwrócona ze strony lewej na prawą,

i to, że rośnie tam koroną w dół

i wcale dna nie sięga,

choć woda jest płytka.

Cud na porządku dziennym:

wiatry dość słabe i umiarkowane,

w czasie burz porywiste.

Cud pierwszy lepszy:

krowy są krowami.

Drugi nie gorszy:

ten a nie inny sad

z tej a nie innej pestki.

Cud bez czarnego fraka i cylindra:

rozfruwające się białe gołębie.

Cud, no bo jak to nazwać:

słońce dziś wzeszło o trzeciej czternaście

a zajdzie o dwudziestej zero jeden.

Cud, który nie tak dziwi, jak powinien:

palców u dłoni wprawdzie mniej niż sześć,

za to więcej niż cztery.

Cud, tylko się rozejrzeć:

wszechobecny świat.

Cud dodatkowy, jak dodatkowe jest wszystko:

co nie do pomyślenia

jest do pomyślenia.

(Jarmark cudów, tom Ludzie na moście)

Takie widzenie świata - jako czegoś zachwycająco nieoczekiwanego i nieoczywistego - stanowi znak charakterystyczny postawy Szymborskiej. Wszystko, wedle niej, może nas zachwycić: krowa, która jest krową, psy, których nie widać, ale w ciemności słychać, jak szczekają, wiatry, które wieją, słońce, które co dzień wschodzi... Wyliczenie można by kontynuować... Czy to zauważymy, zależy od nas, od naszego patrzenia i zdolności dostrzegania. Zależy od naszej umiejętności przekroczenia starych sposobów percepcji i utartych przyzwyczajeń, od otwarcia na nowość oraz umiejętności zobaczenia i usłyszenia na nowo, po raz pierwszy, czyli od zdumienia "wszechobecnym światem".

Bardzo mnie kuszą oba te słowa: "zdumienie" i "cud". Pozostaję jednak przy słowie "dar" - bo, jak sądzę, pozwoli ono odkryć coś istotniejszego; coś, co Szymborska ukryła, niczym tajemne zaklęcie, nie tylko w twórczości, ale również w nie-zwykłej codzienności własnego życia.

Urodziny

Zacznijmy od początku. W metryce urodzin poetki czytamy:

Przed niżej podpisanym urzędnikiem stanu cywilnego stawił się dzisiaj co do osobistości znany dyrektor dóbr Wincenty Korwin Szymborski zamieszkały w Prowencie, katolickiego wyznania, i zeznał, że Anna Szymborska urodzona Karp Rottermund, żona jego, katolickiego wyznania, zamieszkała u niego w Prowencie w mieszkaniu meldującego, urodziła dnia drugiego lipca roku tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego po południu o godzinie trzeciej dziecko płci żeńskiej, któremu nadane zostało imię Maria Wisława Anna[3].

Zdarzenie to miało miejsce w Kórniku bądź w sąsiadującym z nim Bninie - o co ponoć spierają się do dziś mieszkańcy obu miejscowości. Nierozstrzygalność wynika zapewne z faktu, że dom państwa Szymborskich usytuowany był wówczas na granicy pomiędzy tymi miastami. Dziś nie ma powodu do sporu - Bnin stał się częścią Kórnika. O narodzinach drugiej córki już dzień później, 4 lipca 1923 roku, Wincenty Szymborski pisał do Antoniego Paczyńskiego, dyrektora Zarządu Lasów w Poznaniu: "Przybyła nam córa, bardzo dorodna panna"[4]. Po latach Szymborska tak poetycko zrekonstruuje wydarzenie własnych narodzin:

Tyle naraz świata ze wszystkich stron świata:

moreny, mureny i morza, i zorze,

i ogień, i ogon, i orzeł, i orzech -

jak ja to ustawię, gdzie ja to położę?

Te chaszcze i paszcze, i leszcze, i deszcze,

bodziszki, modliszki - gdzie ja to pomieszczę?

Motyle, goryle, beryle i trele -

dziękuję, to chyba o wiele za wiele,

Do dzbanka jakiego tam łopian i łopot,

i łubin, i popłoch, i przepych, i kłopot?

Gdzie zabrać kolibra, gdzie ukryć to srebro,

co zrobić na serio z tym żubrem i zebrą?

Już taki dwutlenek rzecz ważna i droga,

a tu ośmiornica i jeszcze stonoga!

Domyślam się ceny, choć cena z gwiazd zdarta -

dziękuję, doprawdy nie czuję się warta.

Nie szkoda to dla mnie zachodu i słońca?

Jak ma się w to bawić osoba żyjąca?

Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę:

co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę.

Nie zdążę wszystkiego odróżnić od próżni.

Pogubię te bratki w pośpiechu podróżnym.

Już choćby najmniejszy - szalony wydatek:

fatyga łodygi i listek, i płatek

raz jeden w przestrzeni, od nigdy, na oślep,

wzgardliwie dokładny i kruchy wyniośle.

(Urodziny, tom Sto pociech, 1967)

Oczywiście, nie jest to zapis tego, co skrywa najgłębsza pamięć, bo cóż można pamiętać z własnych narodzin, ale próba odpowiedzi na fundamentalne ontologiczne pytania: co to znaczy urodzić się? Zaistnieć tu, teraz, w tej postaci? Według Szymborskiej - doświadczać intensywnie nieogarnionej wielości i różnorodności świata, zostać niejako wrzuconym w centrum dynamicznego bytu, w sam środek dziejących się nieustannie przemian, pośród mnogości istnień i zdarzeń. Zostać obdarowanym niewyczerpanym bogactwem wszystkiego, doznawać ekscytacji i radości. Być w stanie nieustannego odurzenia istnieniem, zachwycać się wielopostaciowością bytu, doświadczać bezbrzeżnego zdumienia i oszołomienia. Ale jednocześnie - trudno nie odnieść takiego wrażenia - pod tą radością czai się jakiś niepokój, bo można zginąć w tym nadmiarze, obfitości, intensywności. Rzeczywistość nieustannie napiera, nie można sobie z nią poradzić, zapanować nad nią, choć przecież próbuje się ją na różne sposoby okiełznać i uporządkować - tutaj choćby słowem poetyckim. Wiersz Urodziny traktuje zatem, tonem żartobliwym, o rzeczy niezmiernie poważnej - o zaistnieniu, o wyłonieniu się z niebytu, o "odróżnieniu od próżni". Ale mówi także o corocznym święcie, które upamiętnia to zdarzenie pierwsze i fundamentalne, przypominając, że dla jednostki jest to doświadczenie bez precedensu. Jak napisze Szymborska w Rozpoczętej opowieści: "Na urodziny dziecka / świat nigdy nie jest gotowy" - z wielu powodów natury, by tak rzec, przyziemnej. Choćby takich:

Jeszcze nasze okręty nie powróciły z Winlandii,

Jeszcze przed nami przełęcz św. Gotharda.

(...)

Dopiero w Acapulco

Zaczniemy wszystko od nowa.

Wyczerpał się nam zapas opatrunków,

zapałek, argumentów, tłuków pięściowych i wody.

Nie mamy ciężarówek i poparcia Mingów.

Tym chudym koniem nie przepłacimy szeryfa.

Żadnych jak dotąd wieści o porwanych w jasyr.

Brakuje nam cieplejszej jaskini na mrozy

i kogoś, kto by znał język.

Nigdy nie ma czasu zadowalająco dobrego, wystarczająco pomyślnych wiatrów i sprzyjających okoliczności, w przypadkowym zatem momencie ("Nadchodzi pora rozpalenia ognia") wydarza się najważniejsze, a my możemy jedynie wyrazić życzenie, zwracając się do nadziemskich mocy:

Oby połóg był lekki

i dziecko rosło nam zdrowo.

Niech będzie czasem szczęśliwe

i przeskakuje przepaście.

Niech serce jego ma zdolność wytrwania,

a rozum czuwa i sięga daleko.

Są zatem wymierne powody, dla których urodziny odbywają się zawsze nie w porę, ale są też powody bardziej zasadnicze, chciałoby się powiedzieć: prymarne, wynikające z istoty wydarzenia mającego charakter totalny, kosmiczny, będącego zajściem ekstremalnym na miarę całego wszechświata. Wydarzenia, podczas którego z bytu i pośród wielości bytów wyłania się byt kolejny, wyodrębnia w swej inności, nabiera kształtów, dookreśla w swych granicach i niepowtarzalności.

Tak widziała fascynujący cud, nie tylko swoich, ale każdych narodzin, dojrzała poetka. Tymczasem mała Ichnia - tak nazywana była w dzieciństwie (to zdrobnienie od Marychnia, Maria, pierwszego oficjalnego imienia[5]) - rozpoczyna swoją twórczość literacką. Pisze, jak wiele dzieci, rymowanki okolicznościowe na imieniny najbliższych, krótkie wierszyki, za które dostaje od ojca po 20 groszy - "śmiała się potem, że już jako mała dziewczynka zarabiała na poezji"[6]. Zdarzają się pośród tych wczesnych prób również i takie, w których ujawnia się tak charakterystyczne dla twórczości Szymborskiej poczucie humoru:

Na ulicy Kazimierza

Mieszkają ciotki B.

Każdej uroda jest świeża,

I wdzięk nie byle jaki.

Wszystkie polują na męża

Lecz nikt się im nie trafia

Brak kandydatów w tym względzie

Co czasem też zdarza się.

Chciałabym im zaradzić

Gdyż chcę wujeczka mieć

Lecz nie mogę poradzić

Bo nikt mych cioć nie chce.

(...)

Muszę choć ze 2 wyswatać

By potem z wujkami latać,

Po cukierniach i kawiarniach

Dziwna słabość mnie ogarnia[7].

Te dziecięce zabawy, jeszcze rozbrajająco nieporadne, stanowią pierwsze nieśmiałe zapowiedzi poetyckiego talentu. Późniejsze utwory pochodzą z czasów gimnazjalnych: Topielec. Poemat epiczny w dwóch pieśniach opowiada nie całkiem serio o tragicznym wydarzeniu - utonięciu małej Ichni w wiosennych roztopach:

I kilka baniek powietrza z bulgotem

Na wierzch wyprysło i zanikło potem,

A na powierzchni pływał niczym kaczka

Beret uczniowski - brudny i bez znaczka.

W części drugiej odbywa się "pogrzeb smętnego topielca". Jest tu wszystko to, co być powinno: dźwięk dzwonów, trumna obsypana kwieciem, rozpacz (nie do końca autentyczna) żałobników. Ale smutny nastrój zostaje niemal od razu przełamany ironiczno-żartobliwymi komentarzami:

Oto u kresu. Wszyscy stają kołem

I nad glinianym chylą głowy dołem.

Już nie ma Ichny... Tylko trumna biała

W dół się zsunęła i tak pozostała.

Westchnienie bólu z piersi nam ulata,

Już nie ma Ichny, stracona dla świata...

A koleżanki rzekły w dobrej wierze:

"Głupia bo głupia, lecz jakoś żal bierze".

Matka Józefa rzekła o niebodze

"pewnie jest w piekle, bo grzeszyła srodze".

Matka Stefania westchnęła zbolała:

"A tak dobrze się zapowiadała".

Już nie ma Ichny. Pozostał grobowiec.

Żałuj jej śmierci, innym ją opowiedz[8].

Figlarno-łobuzerski ton, z jakim nastoletnia Ichnia opowiada bądź co bądź o własnym pogrzebie, będącym na szczęście tylko igraszką dziecięcej wyobraźni, zapowiada już stałe cechy postawy Szymborskiej: dystans, ironię, koncept, gry konwencjami oraz skłonność do zabawy, która potem znajdzie swą pełną reprezentację w twórczości niepoważnej dla dorosłych (limerykach, moskalikach, lepiejach czy odwódkach[9]). Warto przy okazji zauważyć, że poetka potrafiła żartować z własnej śmierci również w wierszu napisanym kilkadziesiąt lat później:

Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup

nie należał do żadnej z literackich grup.

Ale też nic lepszego nie ma na mogile

oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.

Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy

i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.

(Nagrobek, tom Sól)

Cały zaś poemat Topielec można potraktować jako nieoczywistą i zdumiewającą, wymykającą się racjonalnym uzasadnieniom przyczynowo-skutkowym, zapowiedź późnego wiersza Kałuża:

Dobrze z dzieciństwa pamiętam ten lęk.

Omijałam kałuże,

zwłaszcza te świeże, po deszczu.

Któraś z nich przecież mogła nie mieć dna,

choć wyglądała jak inne.

Stąpnę i nagle zapadnę się cała,

zacznę wzlatywać w dół

i jeszcze głębiej w dół,

w kierunku chmur odbitych

a może i dalej.

Potem kałuża wyschnie,

zamknie się nade mną,

a ja na zawsze zatrzaśnięta - gdzie -

z niedoniesionym na powierzchnię krzykiem.

(Kałuża, tom Chwila)

Tu z dziecięcej beztroskiej zabawy nic nie pozostało. Być może wypadek tonięcia naprawdę kiedyś w młodości się Szymborskiej przytrafił i mocno zapadł jej w pamięć. Jeśli tak, to w czasach młodości zamieniła go w beztroską zabawę literacką, którą skutecznie okiełznała strach, na starość zaś wydobyła z niego grozę, starając się ją opanować racjonalnym namysłem. Lecz - chyba nie do końca skutecznie[10].