Szyderstwo i przemoc - Albert Cossery

-
Proszę czekać

Tricksterzy

Przed bli­sko pół wie­kiem, w czerw­co­wym nu­me­rze "Kul­tu­ry" z 1965 roku, Je­rzy Stem­pow­ski opo­wie­dział, co zda­rzy­ło się w Bur­sie, tu­rec­kiej mie­ści­nie nad Mo­rzem Mar­ma­ra. Opo­wieść nie róż­ni się wie­le od Ba­śni z ty­sią­ca i jed­nej nocy, gdyż w Bur­sie, zna­nej głów­nie z za­jaz­dów peł­nych "plu­skiew nie­zwy­kłej wiel­ko­ści i siły", prze­trwa­ła in­sty­tu­cja ulicz­nych nar­ra­to­rów, a owa hi­sto­ria po­cho­dzi z ich re­per­tu­aru.

Rzecz w tym, iż gęsi w Bur­sie pie­kło się zwy­kle w opróż­nio­nym pie­cu chle­bo­wym. Razu pew­ne­go miej­sco­wy kadi, czy­li sę­dzia, prze­cho­dząc obok pie­kar­ni, zwę­szył sma­ko­wi­tą woń. Wbrew opo­rom pie­ka­rza na­ka­zał wy­da­nie gęsi. Wkrót­ce za­wi­tał klient, lecz pie­karz mógł rzec mu tyl­ko, że gęś od­fru­nę­ła w siną dal. Zwy­kłą ko­le­ją rze­czy wy­bu­chła awan­tu­ra. Ze­brał się tłum. Był w nim miej­sco­wy fak­tor. Gdy się na­chy­lił, by zer­k­nąć do pie­ca, pe­cho­wy pie­karz trą­cił go trzon­kiem ło­pa­ty w oko. Na krzyk Żyda rzu­cił się do uciecz­ki. Ali­ści w pę­dzie po­trą­cił na ryn­ku nie­wia­stę, któ­ra upa­dła i po­wi­ła mar­twe dzie­cię. Ści­ga­ny przez jej męża, fak­to­ra i wła­ści­cie­la gęsi wbiegł w wą­ską ulicz­kę. Za­gra­dzał ją osioł. Prze­sko­czył go tak nie­zgrab­nie, że urwał zwie­rzę­ciu ogon. Te­raz na cze­le tłu­mu gnał wła­ści­ciel osła. Wi­dząc otwar­te drzwi, pie­karz wbiegł gdzieś krę­ty­mi scho­da­mi i uj­rzał się na szczy­cie mi­na­re­tu. Stąd już nie było uciecz­ki. Za­czerp­nął tchu i sko­czył. Nie zgi­nął jed­nak, bo na dy­wa­nie u stóp mi­na­re­tu za­ży­wał spo­czyn­ku brat ima­ma, naj­grub­szy czło­wiek w mie­ście. Imam oso­bi­ście ujął mi­mo­wol­ne­go za­bój­cę, któ­ry nie po­niósł szko­dy, i za­wiódł go do ka­die­go. Kadi zaś, syt gę­si­ny, jął z sa­tys­fak­cją roz­trzą­sać ka­zus praw­ny.

Naj­pierw głos za­brał wła­ści­ciel gęsi, lecz nie zdo­łał wy­ka­zać, że po­wie­rzył pta­ka pie­ka­rzo­wi. "Czy przy od­da­wa­niu gęsi pie­ka­rzo­wi nie­zbęd­na jest obec­ność dwóch świad­ków?" "By­najm­niej, ale do skar­że­nia go przed sę­dzią świad­ko­wie są ko­niecz­ni". Oskar­że­nie zo­sta­ło od­da­lo­ne. Dru­gim był wścib­ski Żyd. Ten usły­szał, że od­po­wie­dzial­ność pie­ka­rza obej­mu­je tyl­ko klien­tów, on zaś wszedł do pie­kar­ni z cie­ka­wo­ści. Męża nie­szczę­snej ko­bie­ty kadi po­wi­tał ora­cją. "Całe mia­sto po­nio­sło tu stra­tę... Stra­ci­li­śmy oby­wa­te­la, za­nim mo­gli­śmy go po­znać". Wo­bec cze­go w grę wcho­dzi tyl­ko peł­na na­pra­wa krzyw­dy. "Za­rzą­dzam więc, aby pie­karz zro­bił nie­zwłocz­nie żo­nie skar­żą­ce­go nowe dziec­ko". Po ła­twym do prze­wi­dze­nia wy­co­fa­niu tej skar­gi kadi za­jął się spra­wą osła. Bez tru­du wy­ka­zał, że wła­ści­ciel ta­mu­ją­ce­go ruch czwo­ro­no­ga za­pła­cić wi­nien grzyw­nę. Na­stęp­nie, ro­niąc łzę, wy­słu­chał skar­gi ima­ma. Zmar­ły - oznaj­mił - był ozdo­bą mia­sta, był moim przy­ja­cie­lem... "Na­le­ży się naj­da­lej idą­ce za­dość­uczy­nie­nie. Za­rzą­dzam ni­niej­szym co na­stę­pu­je: pie­karz po­ło­ży się ju­tro w tym sa­mym miej­scu i ro­dzi­na zmar­łe­go, wraz z krew­ny­mi pierw­sze­go i dru­gie­go stop­nia, bę­dzie upraw­nio­na do ska­ka­nia nań z ga­le­rii mi­na­re­tu".

Opo­wieść o ka­dim, przy­ozdo­bio­na oszczęd­nie ko­lo­ry­tem wschod­nim, jest le­d­wie trzy razy dłuż­sza od po­wyż­sze­go stresz­cze­nia. War­to mieć ją w pa­mię­ci jako eks­trakt li­te­rac­ko­ści orien­tal­nej w sta­nie czy­stym. O jej bla­sku prze­są­dza nie styl mniej lub bar­dziej wy­myśl­ny ani in­try­gu­ją­cy te­mat, lecz punkt przy­ło­że­nia i siła nie­wi­dzial­nej sprę­ży­ny, któ­ra na­pę­dza nar­ra­cję. Fa­bu­ła roz­wi­ja się tu ni­czym jojo, by w chwi­li kul­mi­na­cji zwi­nąć się w spo­sób ty­leż nie­od­par­ty, ile za­ska­ku­ją­cy. To me­cha­nizm bur­le­ski, któ­rej rytm roz­pę­dza sy­tu­ację, aby wresz­cie, się­gnąw­szy ab­sur­du, od­dać na­gro­ma­dzo­ną ener­gię w ru­chu wstecz­nym. Pe­ry­pe­tie moż­na by mno­żyć, lecz ulicz­ny nar­ra­tor z Bur­sy zna mia­rę. Za­do­wa­la się le­d­wie prób­ką dy­na­mi­ki, któ­rą Berg­son w stu­dium o ko­mi­zmie zwał po­stę­pem ko­niecz­nym, by na­rzu­cić ją dru­giej, spe­ku­la­tyw­nej po­ło­wie hi­sto­rii. Na­ra­sta­niu bur­le­ski od­po­wia­da tu ro­sną­ca bez­czel­ność roz­strzy­gnięć praw­nych ka­die­go. Rytm wy­da­rzeń de­ma­sku­je lo­gi­kę orien­tal­ne­go de­spo­ty.

Tej to tra­dy­cji za­wdzię­cza swą świet­ność pi­sar­stwo Al­ber­ta Cos­se­ry'ego. Każ­da z jego ośmiu ksią­żek przy­no­si nie­rów­ną roz­gryw­kę pleb­su z bez­wstyd­ną na orien­tal­ny spo­sób wła­dzą, bur­le­sko­wą go­ni­twę wy­da­rzeń i wiew ab­sur­dal­ne­go hu­mo­ru. Wszyst­ko to przed­sta­wio­ne lek­ko, w au­rze bła­ze­na­dy, z wdzię­kiem, któ­ry osła­dza gorz­ką re­flek­sję. Nie­spra­wie­dli­wość nie do­cze­ka tu kary, świat wy­ka­że de­fi­cyt sen­su, ale pie­czo­ne gęsi pach­ną tak pięk­nie! A stąd war­to żyć, choć­by na czło­wie­ka co dzień ska­kać mia­ła z ga­le­rii mi­na­re­tu cała ro­dzi­na ima­ma.

Ele­men­ty bio­gra­fii Cos­se­ry'ego też trą­cą Ty­sią­cem i jed­ną nocą. Jego ro­dzi­na wy­wo­dzi­ła się z mia­stecz­ka Al-Qu­sayr opo­dal Homs w tu­rec­kiej wów­czas Sy­rii. Gdy pod ko­niec XIX wie­ku oj­ciec przy­szłe­go pi­sa­rza, śred­nio za­moż­ny ku­piec, prze­niósł się do Ka­iru (gdzie Ty­siąc i jed­ną noc spi­sa­no), przy­brał na­zwi­sko Cos­se­ry, uprosz­czo­ne mia­no miej­sca, w któ­rym przy­szedł na świat. Al­bert zaś więk­szość ży­cia spę­dził w Pa­ry­żu, gdzie w swo­im cza­sie Ty­siąc i jed­ną noc pod­da­no eu­ro­pe­iza­cji, tak jak on zeu­ro­pe­izo­wać miał swo­je opo­wie­ści.

Ro­dzi­ce Cos­se­ry'ego byli gre­ko­ka­to­li­ka­mi i z tej ra­cji Al­bert, uro­dzo­ny 3 li­sto­pa­da 1913 roku, tra­fił do je­zu­ic­kie­go ko­le­gium św. Jana de La Sal­le w Alek­san­drii. Był to spo­ry eks­pens, lecz i awans: oj­ciec, le­d­wie pi­śmien­ny, brał do rąk co naj­wy­żej ga­ze­ty, mat­ce anal­fa­bet­ce syn, jak wspo­mi­na, czy­ty­wał na­pi­sy w ki­nie. On sam na­to­miast do­znał wręcz opę­ta­nia kla­sy­ką fran­cu­ską. Jesz­cze po upły­wie trzech czwar­tych stu­le­cia nad ak­tu­al­ną pro­duk­cję li­te­rac­ką przed­kła­dał wy­nio­śle Mo­lie­ra i Ra­ci­ne'a, zaś w wie­ku lat osiem­na­stu po­wziął za­mysł na­pi­sa­nia po raz wtó­ry wier­szy Bau­de­la­ire'a pro­zą. I two­rzyć mógł, jak mó­wił, tyl­ko po fran­cu­sku.

Pod ko­niec lat 30. dru­ko­wał już w ka­ir­skiej pra­sie fran­ko­foń­skiej no­we­le, z któ­rych pięć zło­ży­ło się na tom Les hom­mes oubli­és de Dieu (Lu­dzie za­po­mnia­ni przez Boga, 1939). Rok póź­niej książ­ka ta wy­szła też w Sta­nach. "Ża­den ży­ją­cy au­tor nie opi­sał tak przej­mu­ją­co i tak bez­li­to­śnie ży­cia tych, któ­rzy w ro­dzie ludz­kim two­rzą bez­kre­sny tłum wy­klu­czo­nych" - pi­sał w en­tu­zja­stycz­nej przed­mo­wie Hen­ry Mil­ler. Mało kto wie, że Cos­se­ry na­le­żał w tych la­tach do gru­py ka­ir­skich sur­re­ali­stów Art et li­ber­té, któ­rej prze­wo­dził Geo­r­ges Héne­in, i sy­gno­wał jej an­ty­na­zi­stow­ski Ma­ni­fest Sztu­ki Zde­ge­ne­ro­wa­nej. Nie było to cał­kiem bez­piecz­ne, bo król Fa­ruk ko­chał Hi­tle­ra i Mus­so­li­nie­go, a miał do­cie­kli­wą po­li­cję. To­też po wy­bu­chu woj­ny Cos­se­ry po­sta­no­wił znik­nąć i wy­brał dziw­nym tra­fem po­dob­ny scho­wek, jak nasz Le­opold Tyr­mand: jako star­szy ste­ward pły­wał na ka­bo­ta­żow­cu do Ame­ry­ki i z po­wro­tem. Też nie było to zbyt bez­piecz­ne.

Na stat­ku miał wi­dać czas na pi­sa­nie, bo tuż po wy­zwo­le­niu Pa­ry­ża po­słał wy­daw­cy La ma­ison de la mort cer­ta­ine (Dom pew­nej śmier­ci, 1944). W rok póź­niej zja­wił się z dru­gą po­wie­ścią, Les fa­inéants dans la val­lée fer­ti­le (Le­niu­chy z ży­znej do­li­ny), i moc­nym po­sta­no­wie­niem, by osiąść w Pa­ry­żu na sta­łe. Zna­lazł so­bie lo­kum w Hôtel de la Lo­uisia­ne na skrzy­żo­wa­niu rue de Se­ine z rue Buci i nie ru­szył się stam­tąd przez na­stęp­ne sześć­dzie­siąt trzy lata. Prak­ty­ku­jąc wy­so­ką sztu­kę ży­cia z ni­cze­go, wy­cho­dzić zwykł w po­łu­dnie na ską­py obiad w Bras­se­rie Lipp, wra­cał na sje­stę, a pod wie­czór wy­pusz­czał się do Café de Flo­re i Deux Ma­gots na sa­mot­ni­cze me­dy­ta­cje nad kawą, spo­nad któ­rej "olim­pij­skim wzro­kiem mie­rzył prze­cho­dzą­cą ho­ło­tę". Sło­wem, wiódł ży­wot nie­jed­ne­go ze swo­ich bo­ha­te­rów, "dan­dy­sów w jed­nym gar­ni­tu­rze". W swym cia­snym ho­te­lo­wym nu­me­rze nie miał ksią­żek ani dzieł sztu­ki. Gdy któ­ryś z przy­ja­ciół ofia­ro­wał mu coś ta­kie­go, mógł być pe­wien, iż dar na­za­jutrz zo­sta­nie spie­nię­żo­ny na pa­pie­ro­sy lub opła­ce­nie po­ko­ju. Do pi­sa­nia wy­star­czał mu gro­szo­wy dłu­go­pis bic, naj­tań­szy pa­pier - w tym try­bie raz na lat dzie­sięć po­wsta­wa­ła po­wieść.

Miesz­kań­cy Sa­int-Ger­ma­in-des-Prés na­wy­kli do dwu­wy­mia­ro­wej, pro­stej jak stru­na syl­wet­ki, w sta­łych go­dzi­nach su­ną­cej wid­mo­wo wśród tłu­mu tu­ry­stów. Do­pie­ro po śmier­ci pi­sa­rza, 22 czerw­ca 2008 roku, ujaw­ni­ła się luka w pej­za­żu. Z wie­kiem Cos­se­ry upo­dab­niał się co­raz bar­dziej do mu­mii Ram­ze­sa II - zwłasz­cza że prze­szedł pod ko­niec ży­cia ope­ra­cję krta­ni i pra­wie cał­kiem stra­cił głos. Nie pa­mię­ta­no już, że w la­tach czter­dzie­stych miał zwy­czaj krą­żyć uli­ca­mi Dziel­ni­cy Ła­ciń­skiej w to­wa­rzy­stwie Ca­mu­sa, ry­wa­li­zu­jąc z nim w licz­bie po­de­rwa­nych ko­biet. Obaj roz­ta­cza­li bo­wiem ten nie­od­par­ty czar, o ja­kim czy­ta­my w Ca­mu­sow­skim Upad­ku, że "spra­wia, iż od­po­wia­da­ją ci "tak", choć nie za­da­łeś py­ta­nia". We­dle pew­nych plot­ka­rzy Cos­se­ry chlu­bił się bliż­szą zna­jo­mo­ścią z trze­ma ty­sią­ca­mi ko­biet, "co prze­wyż­sza pria­picz­ną ligę Si­me­no­na", a się­ga re­kor­du de­ka­denc­kie­go mi­strza for­ni­ka­cji, Pier­re'a Lo­u?sa. Gdy w koń­cu lat pięć­dzie­sią­tych ta­jem­ni­czy tryb ży­cia pi­sa­rza ścią­gnął uwa­gę CIA, Law­ren­ce Dur­rell za­rę­czył sto­sow­nym czyn­ni­kom, że jego przy­ja­ciel nie ma cza­su na szpie­go­stwo, bo zbyt go zaj­mu­je rżniąt­ka.

Uro­dził się i zmarł w nie­dzie­lę. I ce­nił nade wszyst­ko nie­rób­stwo. "Praw­dzi­we bo­gac­two to żyć bez pra­cy" - oświad­czył dzien­ni­ka­rzo­wi, do­da­jąc z prze­ko­na­niem: "Le­ni­stwo jest nie­zbęd­ne dla re­flek­sji". Tą siłą sub­wer­syw­ną na­sy­cał wła­sne pi­sar­stwo: "Pi­szę po to, żeby ktoś, kto mnie prze­czy­ta, nie po­szedł na­za­jutrz do ro­bo­ty". W za­an­ga­żo­wa­nych przy­ja­cio­łach, jak Sar­tre, Vian, Ca­mus, Qu­ene­au, Ro­ger Ni­mier, Lo­uis Gu­il­lo­ux, Ju­liet­te Gréco po­gląd ten wzbu­dzał per­wer­syj­ny dreszcz, zaś ni­hi­li­ści, jak Tza­ra, Gia­co­met­ti czy Ge­net do­strze­ga­li w Cos­se­rym mi­strza. I słusz­nie, bo w swej dziw­nej, jak ktoś po­wie­dział, zmu­mi­fi­ko­wa­nej eg­zy­sten­cji Cos­se­ry był taj­nym agen­tem cha­osu.

"Nie mogę na­pi­sać jed­ne­go zda­nia, żeby nie za­wie­ra­ło ja­kiejś daw­ki bun­tu. Nic poza tym mnie nie in­te­re­su­je. Wciąż wzbu­rza mnie to, co wi­dzę". Po­sta­cie Cos­se­ry'ego dzie­dzi­czą tę wy­wro­to­wość. We­ge­tu­ją na skra­ju przy­zwo­ite­go spo­łe­czeń­stwa, za­wią­zu­jąc tam, jak mówi an­giel­ski ty­tuł jed­nej z ksią­żek (Un com­plot de sal­tim­ba­nqu­es, 1951), wspa­nia­łą kon­spi­ra­cję prze­ciw ofi­cjal­nej fa­sa­dzie kry­ją­cej prze­moc po­li­ty­ków i pie­nią­dza. Naj­barw­niej­szą może ga­le­rię za­wie­ra La ma­ison de la mort cer­ta­ine: gro­żą­cą za­wa­le­niem ka­mie­ni­cę za­miesz­ku­ją tam bez­ro­bot­ny cie­śla, bez­ro­bot­ny rów­nież mo­tor­ni­czy tram­wa­jów, na­pra­wiacz pry­mu­sów, sprze­daw­ca me­lo­nów, ka­wiar­nia­ny śpie­wak, tre­ser małp, za­mia­tacz ulic i je­dy­ny wśród nich pi­śmien­ny han­dlarz kra­dzio­nych ko­tów, ha­szy­szy­sta, któ­ry - po wy­czer­pa­niu wszel­kich prób ugła­ska­nia ka­mie­nicz­ni­ka - pi­sze list do rzą­du. Ten list jest ar­cy­dzie­łem mi­mo­wol­nej na po­zór sa­ty­ry. Na ty­tu­ło­we gro­no dum­nych że­bra­ków (Men­diants et or­gu­eil­leux, 1955) skła­da­ją się po­eta, kiep­ski rze­mieśl­nik, han­dlarz nar­ko­ty­ków, szpi­cel i pod­upa­dły pro­fe­sor, obec­nie ulicz­ny fi­lo­zof, od któ­re­go od­su­nąć trze­ba po­dej­rze­nie, iż na nar­ko­ty­ko­wym gło­dzie za­mor­do­wał pro­sty­tut­kę.

Wszyst­ko to przy­po­mi­na po tro­sze Na dnie Gor­kie­go i Świa­tła cy­ga­ne­rii Val­le-In­c­lána z ich pa­mięt­nym dia­lo­giem po­li­cjan­ta z po­etą:

"Po­li­cjant: Pań­ski za­wód?

Po­eta: Zwol­nio­ny.

Po­li­cjant: Gdzie pan przed­tem pra­co­wał?

Po­eta: Nig­dzie.

Po­li­cjant: Po­wie­dział pan, że jest pan zwol­nio­ny.

Po­eta: Zwol­nio­ny ze sta­no­wi­ska czło­wie­ka wol­ne­go i pta­ka-piew­cy. Czyż nie je­stem sta­le prze­śla­do­wa­ny, wię­zio­ny, po­ni­ża­ny, re­wi­do­wa­ny i prze­słu­chi­wa­ny?

Po­li­cjant: Miej­sce za­miesz­ka­nia?

Po­eta: Uli­ca Ba­star­dil­los. Pa­łac!

Po­li­cjant: Moja żona, kie­dy jesz­cze nie była moją żoną, wy­naj­mo­wa­ła man­sar­dę w tej ru­de­rze.

Po­eta: Gdzie ja miesz­kam, tam za­wsze jest pa­łac"1.

Po­dej­rza­ny z ra­cji sa­me­go ist­nie­nia po­eta jest tu wła­śnie bez­błęd­nie wy­ty­po­wa­nym agen­tem cha­osu, czyn­ni­kiem de­sta­bi­li­za­cji spo­łecz­ne­go ładu. Jego od­po­wied­nik u Cos­se­ry'ego sta­no­wić mogą zde­kla­so­wa­ny in­te­li­gent, ak­tu­al­nie do­li­niarz (Les co­uleurs de l'in­fa­mie; Bar­wy in­fa­mii, 1999), sfru­stro­wa­ny tę­sk­no­tą za Pa­ry­żem stu­dent (Un com­plot de sal­tim­ba­nqu­es) lub, jak w Szy­der­stwie i prze­mo­cy (1964), gro­szo­wy ren­tier i zło­wiesz­czo per­fid­ny dan­dys, któ­ry gro­ma­dzi wo­kół sie­bie spi­skow­ców: mło­de­go kon­struk­to­ra la­taw­ców, do­bro­dusz­ne­go kup­ca i zgorzk­nia­łe­go na­uczy­cie­la. Ów Hey­kal jest może ide­al­nym wcie­le­niem in­ten­cji swe­go twór­cy. Mon­tu­je bo­wiem spi­sek szy­der­ców, przy­go­to­wu­ją­cych prze­wrót po­przez wy­drwie­nie ty­ra­na. Drwi­na za­wie­ra się zaś w tak mon­stru­al­nych po­chleb­stwach, że prze­dzierz­ga­ją się one we wła­sne prze­ci­wień­stwo. To­też w po­sta­ci Hey­ka­la ob­ja­wia się naj­peł­niej pew­ne ge­ne­ral­ne od­kry­cie, dzię­ki któ­re­mu pi­sar­stwo Cos­se­ry'ego prze­kra­cza ho­ry­zont spraw egip­skich czy sze­rzej bli­skow­schod­nich i wkra­cza w do­me­nę mitu.

W roku 1949 Jo­seph Camp­bell wy­od­ręb­nił w książ­ce Bo­ha­ter o ty­siącu twa­rzy pe­wien wą­tek mi­tycz­ny kul­tur in­diań­skich Ame­ry­ki Pół­noc­nej. Jest nim trick­ster (sza­chraj, prze­che­ra) w po­sta­ci ko­jo­ta, za­ją­ca lub kru­ka, am­bi­wa­lent­na isto­ta pół­bo­ska bę­dą­ca siew­cą nie­ła­du. W Opo­wie­ściach Wi­gwa­mów Czar­nych Stóp sta­no­wi on "po­łą­cze­nie sła­bo­ści i siły, mą­dro­ści i sza­leń­stwa", któ­re za spra­wą swych pod­stę­pów, wy­mie­rzo­nych prze­ciw bo­gom i ich pro­te­go­wa­nym, po­zwa­la po­jąć, że świat stwo­rzo­ny zo­stał w spo­sób wiel­ce nie­do­sko­na­ły, a to, co sta­no­wi przed­miot po­wszech­nej wia­ry, jest w isto­cie ko­micz­ne i bez­sil­ne. Tego ro­dza­ju fi­gu­ry zna też mi­to­lo­gia Za­cho­du: pod pew­ny­mi wzglę­da­mi na­le­żą do nich Her­mes i Ulis­ses, ger­mań­ski Loki, cel­tyc­ko-szek­spi­row­ski Puk, Lis Re­nart ze śre­dnio­wiecz­ne­go folk­lo­ru (Re­ine­ke-lis Go­ethe­go), a na­wet nie­tz­sche­ań­ski Za­ra­tu­stra.

Co nie mniej waż­ne, ta­kie po­sta­cie co­raz to wy­zie­ra­ją z li­te­ra­tu­ry, zwłasz­cza pod­da­nej po­li­tycz­nym opre­sjom. Od Ła­zi­ka z Tor­me­su w in­kwi­zy­cyj­nej Hisz­pa­nii przez Dyla So­wi­zdrza­ła w wal­czą­cych o wol­ność Ni­der­lan­dach, Chle­sta­ko­wa w mi­ko­ła­jow­skiej Ro­sji i Her­sza z Ostro­po­la w Ro­sji ostat­nich Ro­ma­no­wów po Szwej­ka w dniach pierw­szej woj­ny świa­to­wej, Fe­lik­sa Krul­la w po­wo­jen­nym cha­osie, Ni­ko­de­ma Dyz­mę w cza­sach wiel­kie­go kry­zy­su czy Osta­pa Ben­de­ra w re­aliach wcze­sno­so­wiec­kiej Ro­sji ple­bej­scy i po­dej­rza­ni bo­ha­te­ro­wie de Co­ste­ra, Go­go­la, Ha­ška, To­ma­sza Man­na, Ilfa i Pie­tro­wa bądź Do­łę­gi-Mo­sto­wi­cza idą przez ży­cie ta­necz­nym kro­kiem, la­wi­ru­jąc płyn­nie wśród za­gro­żeń zdol­nych zmiaż­dżyć wszyst­kich in­nych. Trick­ste­rów tych nie spo­sób uznać za po­sta­ci po­zy­tyw­ne, lecz bu­dzą po­dziw nad­przy­ro­dzo­ną zręcz­no­ścią, z jaką kom­pro­mi­tu­ją wszel­kie au­to­ry­te­ty. Cza­sa­mi roz­ta­cza­ją wręcz aurę ma­gii, jak Ar­s?ne Lu­pin, kot Be­he­mot, Zły Tyr­man­da czy Pip­pi Lang­strumpf. Kto chce zba­dać ich styl, niech obej­rzy Do­nal­da Su­ther­lan­da jako czoł­gi­stę Od­dbal­la (Świ­ru­sa) w Zło­cie dla zu­chwa­łych (1970) lub Bo­gu­sła­wa Lin­dę w roli anar­chi­sty Gry­zia­ka w Go­rącz­ce (1980) Agniesz­ki Hol­land. Lub niech się wpa­trzy w uśmie­szek Ró­żo­wej Pan­te­ry.

Sło­wem - nie przy­pad­kiem Szy­der­stwo i prze­moc, La Vio­len­ce et la Déri­sion, zy­ska­ła po an­giel­sku ty­tuł The Jo­kers. Spi­skow­ców z tej po­wie­ści ce­chu­je bo­ska lek­kość du­cha, dar bli­ski zręcz­no­ści akro­ba­tów: chwi­la na­my­słu może być dla nich zgub­na. Nie­ste­ty, los ze­tknie ich z praw­dzi­wym, za­ja­dłym re­wo­lu­cjo­ni­stą i stra­cą nie­win­ność. Fa­tal­ny mo­ment, gdyż Hey­kal i przy­ja­cie­le ba­lan­su­ją nie tyl­ko mię­dzy po­wa­gą a żar­tem, lecz tak­że mię­dzy rolą bu­dzą­ce­go li­tość bła­zna-ofia­ry a rolą bła­zna de­mo­nicz­ne­go, któ­ry bu­dzi lęk. Mię­dzy głu­pim Au­gu­stem i zło­śli­wym Ar­le­ki­nem. Nie wol­no im opo­wie­dzieć się po żad­nej stro­nie. Na tym po­le­ga sztu­ka, i dla­te­go trick­ste­rzy Cos­se­ry'ego to nade wszyst­ko ar­ty­ści ży­cia. A ich re­wol­tu­ją­ce dzia­ła­nia to stra­te­gia ar­ty­sty.

W tym wła­śnie punk­cie do­szu­kać się moż­na, głęb­szej od wszel­kiej sa­ty­ry, fi­lo­zo­fii ży­cia, jaką prze­czu­wa i daje do zro­zu­mie­nia Cos­se­ry. By ją przy­bli­żyć, się­gnąć wy­pa­da po esej Je­ana Sta­ro­bin­skie­go Por­tret ar­ty­sty jako li­no­skocz­ka: "Świat li­no­skocz­ków sta­no­wi świat sym­bo­licz­nie za­wie­szo­ny mię­dzy nie­bem a zie­mią, mię­dzy ży­ciem a śmier­cią, i to bli­żej śmier­ci niż ży­cia, i wszyst­ko roz­strzy­ga się tam wo­kół se­kre­tu przej­ścia. Lecz przej­ście owo nie wie­dzie ku praw­dzi­we­mu wy­zwo­le­niu. To wciąż za­le­d­wie przej­ście od nie­zręcz­no­ści do zwin­no­ści, od nie­udol­ne­go ćwi­cze­nia do za­pie­ra­ją­cej dech pi­ra­mi­dy: sym­bol przej­ścia od dzie­ła i suk­ce­su do sztu­ki, bę­dą­cej jed­nak tyl­ko an­ty­cy­pa­cją ale­go­rycz­ną, za­po­wied­nią, lecz nie­do­sta­tecz­ną, in­ne­go przej­ścia, któ­re za­pew­nia, na pro­gu śmier­ci, praw­dzi­we do­peł­nie­nie przez mi­łość".

 

Jan Gon­do­wicz

I

Dzień za­po­wia­dał się wy­jąt­ko­wo upal­nie. Po­li­cjant, któ­ry ob­jął służ­bę na na­je­le­gant­szym skrzy­żo­wa­niu w mie­ście, od­niósł rap­tem wra­że­nie, że padł ofia­rą mi­ra­żu. Przy­czy­ną za­bu­rzeń wzro­ko­wych były za­pew­ne struż­ki potu, któ­re za­le­wa­ły smęt­ną twarz stró­ża po­rząd­ku, upo­dab­nia­jąc go do płacz­ki po­grą­żo­nej w ża­łob­nym zno­ju. Za­mru­gał kil­ka­krot­nie, jak­by pra­gnął usu­nąć de­fekt opty­ki i za­pew­nić so­bie lep­szą wi­docz­ność; ten skrom­ny wy­si­łek nie przy­niósł jed­nak naj­lżej­szej po­pra­wy. Się­gnął więc do kie­szon­ki, wy­jął chu­s­tecz­kę z szorst­kie­go ma­te­ria­łu w bia­ło-czer­wo­ną kra­tę, brud­ną jak ście­ra, i przy­stą­pił do ener­gicz­ne­go po­cie­ra­nia twa­rzy. Roz­ja­śniw­szy w ten spo­sób, na krót­ką chwi­lę, swo­ją wi­zję świa­ta, po­now­nie zer­k­nął w stro­nę mi­ra­żu; wi­dok wpra­wił go w osłu­pie­nie. Zja­wa przy­bra­ła bo­wiem po­stać że­bra­ka - od daw­na nie wi­dział rów­nie wspa­nia­łe­go oka­zu - bez­czel­nie uwa­lo­ne­go przy na­roż­ni­ku wy­twor­ne­go, nie­daw­no wznie­sio­ne­go gma­chu. Co gor­sza, w gma­chu tym mie­ści­ły się bank oraz sklep ju­bi­ler­ski, dwa sym­bo­le uni­wer­sal­nej me­ta­fi­zy­ki, któ­re na­le­ży usta­wicz­nie chro­nić przed mo­tło­chem. Po­li­cjant scho­wał chu­s­tecz­kę do kie­szon­ki. Cały czas mru­ga­jąc, by nie stra­cić ja­sno­ści wi­dze­nia, ru­szył ku gor­szy­cie­lo­wi. Jego oczy pa­ła­ły żą­dzą mor­du. Od mie­sią­ca po­li­cjan­ci otrzy­my­wa­li ści­słe wy­tycz­ne: mie­li uwol­nić mia­sto od prze­klę­te­go że­bra­cze­go ple­mie­nia, któ­re ro­iło się w naj­zac­niej­szych ar­te­riach ni­czym mrów­ki na mio­do­wym cie­ście. Na­le­ży przy­znać, że ze wszyst­kich po­le­ceń no­we­go gu­ber­na­to­ra - oso­by wy­róż­nia­ją­cej się śmia­ły­mi ini­cja­ty­wa­mi - to wła­śnie było naj­trud­niej­sze do wy­ko­na­nia. Gu­ber­na­tor ży­wił am­bi­cję uzdro­wie­nia ulic, oczysz­cze­nia ich z tego, co pla­mi­ło ich ho­nor; trak­to­wał uli­ce tak, jak gdy­by cho­dzi­ło o zwy­kłych oby­wa­te­li. Roz­pra­wiw­szy się z pro­sty­tut­ka­mi, ulicz­ny­mi sprze­daw­ca­mi, zbie­ra­cza­mi nie­do­pał­ków i po­śled­niej­szy­mi szu­mo­wi­na­mi, gu­ber­na­tor wy­po­wie­dział woj­nę że­bra­kom, lu­do­wi po­ko­jo­we­mu, ale tak moc­no wro­śnię­te­mu w zie­mię, że ża­den z po­przed­nich zdo­byw­ców nie zdo­łał go wy­ple­nić. Z rów­nym po­wo­dze­niem mógł­by za­żą­dać oczysz­cze­nia pu­sty­ni z pia­sku.

 

Po­li­cjant, gor­li­wy funk­cjo­na­riusz sil­ne­go pań­stwa, zbli­żył się za­tem do że­bra­ka i, zgod­nie z re­gu­ła­mi pra­daw­nej sztu­ki, za­czął go ob­rzu­cać wy­zwi­ska­mi, aby ukró­cić jego pro­wo­ka­cyj­ną bez­tro­skę. Że­brak nie prze­jął się jed­nak w naj­mniej­szym stop­niu tymi śmier­tel­ny­mi obe­lga­mi. Był to prze­raź­li­wie po­kur­czo­ny sta­ruch, bro­da za­kry­wa­ła mu nie­mal całą twarz, a gło­wa gi­nę­ła pod gi­gan­tycz­nym tur­ba­nem. Za­mknię­te oczy ob­ry­so­wa­ne gru­bą czar­ną kre­ską nada­wa­ły mu dwu­znacz­ny i znie­wie­ścia­ły wy­raz, ce­chę na­der oso­bli­wą u że­bra­ka. Odzia­ny był w nie­zwy­kle fan­ta­zyj­ne, pstro­ka­te łach­ma­ny, od­po­wied­niej­sze u li­no­skocz­ka niż u przed­sta­wi­cie­la że­bra­czej pro­fe­sji. Ten eks­cen­trycz­ny sta­rzec, ne­stor wiecz­nie prze­śla­do­wa­ne­go rodu, wy­da­wał się po­grą­żo­ny w le­tar­gicz­nej drzem­ce, któ­rej nie mą­cił na­wet ogłu­sza­ją­cy war­kot sa­mo­cho­dów prze­dzie­ra­ją­cych się przez skrzy­żo­wa­nie. Po­li­cjant, uświa­do­miw­szy so­bie ja­ło­wość swo­ich in­wek­tyw i na­ka­zów, kop­nął dzia­dy­gę raz i dru­gi, aże­by wy­rwać go z za­dzior­nej in­er­cji. Za­mie­rzał wła­śnie kop­nąć że­bra­ka po raz trze­ci, ofia­ra po­rzu­ci­ła jed­nak swo­ją pier­wot­ną po­zy­cję, roz­cią­gnę­ła się na zie­mi i przy­ję­ła po­gar­dli­wą pozę isto­ty nie­oży­wio­nej. Funk­cjo­na­riusz, zdję­ty gro­zą, po­my­ślał, że uka­tru­pił sta­ru­cha; ozna­cza­ło­by to, że zdo­bycz wy­mknę­ła mu się z rąk. Nie­ży­wy że­brak to mniej niż nic, co gor­sza in­cy­dent mógł zna­leźć na­der przy­kry fi­nał w po­sta­ci zwol­nie­nia dys­cy­pli­nar­ne­go. Mu­siał go mieć ży­we­go. Po­chy­lił się nad star­cem, chwy­cił go za tur­ban i jął nim po­trzą­sać w spo­sób dzi­ki i nie­ro­zum­ny, jak gdy­by usi­ło­wał wskrze­sić nie­szczę­śni­ka. To nie­prze­my­śla­ne dzia­ła­nie oka­za­ło się fa­tal­ne w skut­kach: jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki gło­wa sę­dzi­we­go że­bra­ka ode­rwa­ła się od szyi, po­zo­sta­ła jed­nak przy­kle­jo­na do tur­ba­nu, któ­rym po­li­cjant wy­ma­chi­wał ni­czym krwa­wym tro­feum. Tłu­mek ga­piów, od pew­ne­go cza­su ota­cza­ją­cy obu pro­ta­go­ni­stów tej sce­ny, jęk­nął z prze­ra­że­nia i dał upust zło­ści, ob­rzu­ca­jąc po­li­cjan­ta ste­kiem plu­ga­wych wy­zwisk. Funk­cjo­na­riusz, upu­ściw­szy swo­ją ma­ka­brycz­ną zdo­bycz, wpa­try­wał się tępo w ry­czą­cą zgra­ję wy­zy­wa­ją­cą go od mor­der­ców; przy­po­mi­nał nie­szczę­śni­ka cier­pią­ce­go na skur­cze żo­łąd­ka. Po dłuż­szej chwi­li umy­sły ga­piów, roz­pa­lo­ne tą po­ran­ną rze­zią, zda­ły so­bie spra­wę z sza­chraj­stwa. W isto­cie bo­wiem to, co wzię­to za że­bra­ka z krwi i ko­ści, było zwy­kłym ma­ne­ki­nem, zręcz­nie ucha­rak­te­ry­zo­wa­nym przez su­mien­ne­go ar­ty­stę i wy­sta­wio­nym w tym sza­cow­nym miej­scu w oczy­wi­stej in­ten­cji za­drwie­nia z po­li­cji. Od­kry­cie to, miast uspo­ko­ić wzbu­rzo­ny tłum, wpę­dzi­ło go w inną skraj­ność; lu­dzie za­czę­li się śmiać i szy­dzić z nie­szczę­sne­go po­li­cjan­ta, któ­ry z roz­dzia­wio­ną gębą wpa­try­wał się w nich mgli­stym, bez­ro­zum­nym wzro­kiem. Do­cin­ki roz­ba­wio­ne­go tłu­mu prze­szy­wa­ły jego mun­dur ni­czym za­tru­te strza­ły. Bie­dak chwy­cił służ­bo­wy gwiz­dek i dmu­cha­jąc w ten in­stru­ment, wy­dał se­rię prze­ni­kli­wych pi­sków, aże­by przy­wo­łać naj­wa­lecz­niej­szych spo­śród cza­ją­cych się w oko­li­cy ko­le­gów. Nikt jed­nak nie od­po­wie­dział na we­zwa­nie; zresz­tą lu­dzie za­czę­li się już roz­cho­dzić, na­sy­ce­ni dzien­ną daw­ką roz­ryw­ki. Wszy­scy po­wró­ci­li do oso­bi­stych stra­pień, ko­men­tu­jąc zda­rze­nie we wła­ści­wy so­bie spo­sób, to zna­czy w nie­życz­li­wym du­chu, tak cha­rak­te­ry­stycz­nym dla po­spól­stwa, gdy sta­je twa­rzą w twarz ze straż­ni­kiem ładu, któ­re­go spo­tka­ło nie­po­wo­dze­nie.

II

O ki­lo­metr da­lej, w iz­deb­ce z ta­ra­sem na ostat­nim pię­trze sze­ścio­kon­dy­gna­cyj­ne­go bu­dyn­ku po­ło­żo­ne­go nad brze­giem mo­rza, mło­dy Ka­rim, spraw­ca owe­go fi­gla, by­najm­niej nie na­pa­wał się pod­ko­pa­niem gu­ber­na­tor­skie­go au­to­ry­te­tu. Wca­le o tym nie my­ślał. Ro­ze­bra­ny do pasa, roz­cią­gnię­ty na łóż­ku, ospa­le ba­wił się opa­da­ją­cym na czo­ło ko­smy­kiem wło­sów; przy­po­mi­nał zbla­zo­wa­ne­go mo­nar­chę, znu­żo­ne­go bo­gac­twem i roz­ko­sza­mi. Po­grą­żo­ny w słod­kiej bez­czyn­no­ści, przy­glą­dał się z upodo­ba­niem swej jed­no­noc­nej ko­chan­ce, ubie­ra­ją­cej się na środ­ku po­ko­ju. Są­dząc po ła­god­nym uśmie­chu, któ­ry chwi­la­mi roz­chy­lał mu war­gi, zda­wać by się mo­gło, że jego oczom uka­za­ła się cała pro­ce­sja ba­ja­der, zmy­sło­wo krę­cą­cych gib­ki­mi bio­dra­mi, a nie to bied­ne stwo­rze­nie zgar­nię­te po­przed­nie­go wie­czo­ra pro­sto z uli­cy, któ­re­go skrom­ne wdzię­ki nie mia­ły już przed nim ta­jem­nic. At­mos­fe­ra nie­zwy­kłe­go prze­py­chu, jaką usi­ło­wał wy­wo­łać swym omdla­łym wy­ra­fi­no­wa­niem, prze­sła­nia­ła w isto­cie go­rącz­ko­we na­pię­cie, tra­pią­ce go, od­kąd się prze­bu­dził. Ten sztucz­nie wy­two­rzo­ny na­strój miał za­ma­sko­wać tak­ty­kę, któ­rą Ka­rim zwykł sto­so­wać w po­dob­nych oko­licz­no­ściach, aby ostu­dzić sprze­daj­ny za­pał swo­ich efe­me­rycz­nych ko­cha­nic. Acz­kol­wiek pe­wien był wy­gra­nej, sama gra pod­nie­ca­ła go i przy­spie­sza­ła bi­cie ser­ca. Chwi­la, w któ­rej bę­dzie mu­siał po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę, zbli­ża­ła się nie­uchron­nie.

Dla mło­de­go Ka­ri­ma nie była to by­najm­niej pierw­szy­zna; do­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło mu, że ry­zy­ko po­raż­ki jest zni­ko­me. Mała pro­sty­tut­ka, któ­rą, umie­ściw­szy fał­szy­we­go że­bra­ka na skrzy­żo­wa­niu, za­brał do sie­bie, nie bę­dzie mu ro­bić wstrę­tów; nie mia­ła wy­star­cza­ją­co ogni­ste­go tem­pe­ra­men­tu, żeby wsz­cząć awan­tu­rę. Może się co naj­wy­żej ob­ra­zić. Tym jed­nak Ka­rim wca­le się nie fra­so­wał: nie za­mie­rzał się z nią wię­cej spo­ty­kać. Zresz­tą ewen­tu­al­na klę­ska tej ża­ło­snej ko­me­dii bu­dzi­ła w nim tyl­ko lek­ki nie­po­kój; tak czy in­a­czej, wszyst­ko się za chwi­lę skoń­czy. Chciał jak naj­szyb­ciej po­zbyć się dzie­wu­chy. Sta­ran­na po­wol­ność, z jaką się ubie­ra­ła, za­czy­na­ła mu dzia­łać na ner­wy. Nie mógł się do­cze­kać, kie­dy so­bie wresz­cie pój­dzie i zo­sta­wi go sa­me­go. Prze­sta­ła go ba­wić. Świa­tem mu­sia­ły wstrzą­snąć zda­rze­nia o po­tęż­nym ła­dun­ku ko­mi­zmu - przy­tra­fia­ją się bo­wiem co­dzien­nie - on zaś za­mie­rzał sma­ko­wać ich miąższ w sa­mot­no­ści albo wraz z kom­pa­na­mi po­tra­fią­cy­mi się nimi de­lek­to­wać. Dzie­le­nie się z ko­bie­tą rów­nie sub­tel­ny­mi roz­ko­sza­mi nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Sa­mi­ce były cał­ko­wi­cie nie­czu­łe na ów ro­dzaj wy­traw­ne­go dow­ci­pu; nie po­tra­fi­ły­by na­le­ży­cie do­ce­nić ko­lo­sal­nych nie­do­rzecz­no­ści za­war­tych, daj­my na to, w mi­ni­ste­rial­nym expo­sé. Trak­to­wa­ły zu­peł­nie se­rio bła­zeń­stwa ty­ra­nów spra­wu­ją­cych wła­dzę. Dziew­czy­na była nie­wąt­pli­wie ule­pio­na z tej sa­mej gli­ny. Prócz nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych słó­wek, do­da­ją­cych po­wa­bu mi­ło­snym igrasz­kom, Ka­rim nie miał jej nic do po­wie­dze­nia.

Pa­trząc, jak się ubie­ra, ob­da­rzał ją cały czas, ni­czym szcze­gól­ną ła­ską, swym ła­god­nym uśmie­chem znu­dzo­ne­go su­we­re­na. Dziew­czy­na wzu­wa­ła obec­nie buty, z gło­wą po­chy­lo­ną, po­kor­nie zgię­tym kar­kiem. Jej mil­cze­nie de­ner­wo­wa­ło Ka­ri­ma; do­pa­try­wał się w nim wy­rzu­tu. Czy już coś prze­czu­wa­ła? W koń­cu wło­ży­ła su­kien­kę.

Na­de­szła chwi­la praw­dy. Ka­rim przy­brał obo­jęt­ną po­sta­wę wiel­kie­go pana, na­wy­kłe­go do hoj­no­ści, brzy­dzą­ce­go się tar­go­wa­niem, i za­wo­łał:

- Zuzu, skar­bie! Przed wyj­ściem się­gnij rącz­ką do kie­sze­ni mo­jej ma­ry­nar­ki i weź, ile chcesz.

Dziew­czy­na na­wet nie drgnę­ła, naj­wy­raź­niej za­kło­po­ta­na tą za­chę­tą; przez krót­ką chwi­lę wo­dzi­ła wzro­kiem po po­ko­ju - może wy­pa­tru­jąc ma­ry­nar­ki - szyb­ko spu­ści­ła jed­nak oczy, jak gdy­by zdję­ta na­głym wsty­dem. Była bar­dzo mło­da, mia­ła dzie­cin­ną twarz o po­wab­nych, roz­czu­la­ją­cych ry­sach. Jej po­kor­ny spo­sób by­cia zdra­dzał, że w swej pro­fe­sji sta­wia­ła do­pie­ro pierw­sze kro­ki. W ba­weł­nia­nej wzo­rzy­stej su­kien­ce, ze skrom­ną miną i dys­kret­nym ma­ki­ja­żem wy­glą­da­ła ra­czej na uczen­ni­cę niż kur­ty­za­nę. Ucie­ka­ła przed zbi­ra­mi gu­ber­na­to­ra, gdy Ka­rim ją za­cze­pił i za­pro­sił - z wła­ści­wą so­bie ksią­żę­cą grand­i­lo­kwen­cją - by spę­dzi­ła noc w jego apar­ta­men­cie. Na­le­ży zresz­tą nad­mie­nić, że zwykł okre­ślać tym wznio­słym mia­nem ja­kie­kol­wiek miej­sce - choć­by i po­ro­śnię­ty chwa­sta­mi skwer - w któ­rym, w swej nie­zmie­rzo­nej ła­ska­wo­ści, po­sta­no­wił się za­trzy­mać. Dziew­czy­na dała się uwieść; nie mia­ła wy­bo­ru. Ża­ło­sna przy­go­da!

Sta­ła na środ­ku po­ko­ju mil­czą­ca i nie­zde­cy­do­wa­na. Chwi­la peł­na pa­to­su! Ma­ry­nar­ka Ka­ri­ma wi­sia­ła na po­rę­czy krze­sła kil­ka me­trów od nie­wia­sty, ale kie­sze­nie świe­ci­ły pust­ką. Było w nich wpraw­dzie tro­chę pie­nię­dzy, suma nie star­czy­ła­by jed­nak na wy­kar­mie­nie choć­by naj­drob­niej­szej pta­szy­ny. Ka­rim ob­ser­wo­wał dziew­czy­nę, drę­czy­ła go na­ra­sta­ją­ca z każ­dą se­kun­dą nie­pew­ność. Jak się za­cho­wa? Czy po­dej­dzie do krze­sła i prze­szu­ka kie­sze­nie ma­ry­nar­ki? Zdzi­ra... Chy­ba nie ośmie­li się zła­pać go za sło­wo! Czyż nie ob­szedł się z nią jak z księż­nicz­ką? Win­na się czuć usa­tys­fak­cjo­no­wa­na żar­li­wo­ścią uczuć oka­za­nych jej pod­czas tej dłu­giej mi­ło­snej nocy. Ka­rim wspo­mniał prze­sad­ną pło­mien­ność swo­ich de­kla­ra­cji; o ile pa­mię­tał, po­pro­sił ją na­wet o rękę. Nie za­nie­dbał ni­cze­go, aby ją pod­bić. Czy dziew­czy­na spla­mi jego re­pu­ta­cję i splu­ga­wi ma­łost­ko­wym ge­stem tak pięk­nie roz­po­czę­tą idyl­lę? By­ło­by to nie­zbyt roz­trop­ne z jej stro­ny.

Nie mógł już dłu­żej znieść tego mil­cze­nia. Wła­śnie za­mie­rzał otwo­rzyć usta w de­spe­rac­kiej pró­bie oca­le­nia sy­tu­acji, ale dziew­czy­na go ubie­gła:

- Och, nie! Dzię­ku­ję. Nie trze­ba.

Ka­rim ode­tchnął z ulgą: roz­gryw­ka za­koń­czy­ła się zwy­cię­stwem. Te­raz mógł już na­le­gać bez obaw. Prze­cią­gnął się, wbił gło­wę głę­biej w po­dusz­kę i oka­za­le ziew­nął.

- Ależ tak. Żą­dam! Weź, ile chcesz, bez ce­re­gie­li. Bo się po­gnie­wam.

- Na­stęp­nym ra­zem - od­par­ła dziew­czy­na. - Te­raz ni­cze­go nie po­trze­bu­ję.

Ka­rim przy­brał ob­ra­żo­ną minę i ude­rzył w sen­ty­men­tal­ną stru­nę:

- Zuzu, przy­kro mi to sły­szeć. Są­dzi­łem, że nie je­ste­śmy już dla sie­bie ob­cy­mi ludź­mi. Wszyst­ko, co mam, jest two­je. A może prze­sta­łaś mnie ko­chać?

- Nie chcia­łam cię ura­zić - wy­ją­ka­ła po­kor­nie dziew­czy­na, tak jak­by zro­zu­mia­ła, że skrzyw­dzi­ła mło­de­go męż­czy­znę. - Ale nie mo­gła­bym wziąć od cie­bie pie­nię­dzy. By­łeś dla mnie taki do­bry.

- Po­stą­pi­łem tak wy­łącz­nie z mi­ło­ści - od­parł Ka­rim, któ­re­go sło­wa dziew­czy­ny osta­tecz­nie utwier­dzi­ły w prze­ko­na­niu o sku­tecz­no­ści za­sto­so­wa­nej me­to­dy. - Nie chcę cię jed­nak do ni­cze­go zmu­szać. Rób, jak uwa­żasz. Je­steś tu u sie­bie. Jak­byś była moją żoną.

Uśmiech­nę­ła się smut­no, być może wy­czu­wa­jąc ogrom tego kłam­stwa, a może ro­zu­mie­jąc, że nig­dy nie bę­dzie mo­gła zo­stać jego mał­żon­ką. Chwy­ci­ła ze sto­łu to­reb­kę i bez sło­wa za­czę­ła się szy­ko­wać do wyj­ścia. W tej wła­śnie chwi­li Ka­ri­ma ude­rzy­ła nie­zwy­kła mło­dość dziew­czy­ny; jej nie­przy­tom­ne spoj­rze­nie i wsty­dli­wy uśmiech po­ru­szy­ły go do głę­bi. Po tej dłu­giej mi­ło­snej nocy po raz pierw­szy spoj­rzał na nią wprost, zni­kła za­sło­na po­żą­da­nia, uj­rzał w niej ludz­ką isto­tę, bez­bron­ną i prze­śla­do­wa­ną. Spo­strze­że­nie to było tak bo­le­sne, że wy­trą­ci­ło go z roli zde­ge­ne­ro­wa­ne­go mo­nar­chy; ba­ja­de­ry o gib­kich, zmy­sło­wych bio­drach gdzieś się ulot­ni­ły, w po­ko­ju ostał się je­dy­nie roz­dzie­ra­ją­cy wi­dok, spek­takl doj­mu­ją­co re­al­ny. Nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że dziew­czy­na wnio­sła w jego ży­cie tra­ge­dię. Ka­rim nie był przy­go­to­wa­ny na tak prze­myśl­ne na­tar­cie losu, zląkł się tego, co za­szło. "To do­praw­dy ża­ło­sne, gnę­bią mnie wy­rzu­ty su­mie­nia!" Usi­ło­wał zdu­sić w so­bie tę sła­bość, ale li­tość, któ­ra go ogar­nę­ła, za­pu­ści­ła głę­bo­ko ko­rze­nie. Czuł, że musi coś zro­bić dla tej dziew­czy­ny. Po­móc jej za wszel­ką cenę, nie po­zwo­lić jej tak po pro­stu odejść. Co ro­bić? Oparł się na łok­ciu, z na­dzie­ją spoj­rzał na ma­ry­nar­kę, jak gdy­by spo­dzie­wał się od­kryć w jej kie­sze­niach ja­kiś za­po­mnia­ny skarb; nie wie­dział, co po­cząć, li­czył na cud. Go­rącz­ko­wo roz­wa­żał, czym, oprócz pie­nię­dzy, mógł­by ob­da­ro­wać dziew­czy­nę, aby oka­zać jej sym­pa­tię. Wpadł wresz­cie na po­mysł. Na­der pro­sty: za­py­ta, jak ma na imię. Ka­rim wszyst­kie swo­je jed­no­noc­ne ko­cha­ni­ce na­zy­wał Zuzu, za­rów­no ze wzglę­dów prak­tycz­nych, jak i z nie­chę­ci do za­cho­wy­wa­nia po nich ja­kich­kol­wiek wspo­mnień. Cóż, ten je­den raz od­stą­pi od swo­ich za­sad. Omal nie roz­pła­kał się na myśl, że mo­gła­by odejść, nie wy­ja­wiw­szy mu wprzó­dy swo­je­go imie­nia. Mu­siał je po­znać, z nie­od­gad­nio­nych po­wo­dów sta­ło się to dla nie­go nie­sły­cha­nie istot­ne.

- Jak masz na imię? - za­py­tał nie­zmier­nie ła­god­nym gło­sem.

Od­po­wie­dzia­ła po chwi­li wa­ha­nia, naj­wy­raź­niej wzru­szo­na tym na­głym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Amar - od­rze­kła.

- A za­tem, Amar, rad by­łem cię po­znać. Od­wiedź mnie nie­ba­wem. Będę cze­kał.

- Na­praw­dę? - W jej oczach za­pło­nę­ły ra­do­sne ogni­ki. - Nie chcia­ła­bym się na­przy­krzać.

- Bzdu­ra. Pro­si­łem już, że­byś czu­ła się tu jak u sie­bie.

- Wspa­nia­le. Ale na mnie już pora.

Być może na­le­ża­ło wstać, po­dejść do niej i po­ca­ło­wać. Ka­rim nie był jed­nak pe­wien, czy chce cią­gnąć tę przy­go­dę. Dziew­czy­na ła­ma­ła mu ser­ce; jak tak da­lej pój­dzie, do­sta­nie przez nią ner­wi­cy. Nie ru­szył się.

- Po­kój z tobą - rzekł, nie wsta­jąc z łóż­ka.

Za­nim wy­szła, nad wy­raz dwor­nie po­dzię­ko­wa­ła mu za tę noc spę­dzo­ną pod jego da­chem, jak gdy­by za­sy­pa­no ją uprzej­mo­ścia­mi i za­szczy­ta­mi. Ka­rim słu­chał jej dzięk­czyn­nych wy­nu­rzeń z na­ra­sta­ją­cą kon­ster­na­cją, po­my­ślał, że przej­rza­ła jego grę, w jej uprzej­mych sło­wach do­szu­ki­wał się bez­li­to­snej drwi­ny. To było jed­nak nie­praw­do­po­dob­ne - dziew­czy­na pro­mie­nio­wa­ła szcze­ro­ścią i na­iw­ną pro­sto­tą. Ka­ri­mo­wi zro­bi­ło się wstyd, że wy­ko­rzy­stał jej ła­two­wier­ność; znów te prze­klę­te wy­rzu­ty su­mie­nia! W grun­cie rze­czy na swój spo­sób go po­sia­dła, wła­śnie to so­bie uświa­do­mił.

Amar otwo­rzy­ła drzwi na za­la­ny słoń­cem ta­ras; świa­tło wdar­ło się do po­ko­ju.

- Zo­staw drzwi otwar­te - po­pro­sił Ka­rim.

Usły­szaw­szy, jak za dziew­czy­ną za­my­ka­ją się drzwi na klat­kę scho­do­wą, po­czuł, że z pier­si spadł mu wiel­ki cię­żar. Wresz­cie mógł swo­bod­nie od­dy­chać. Wy­sko­czył z łóż­ka, zwią­zał sznu­rek spodni od pi­ża­my i wy­szedł na ta­ras. Miesz­kał tu od ty­go­dnia. Wspa­nia­ły wi­dok na mo­rze sta­no­wił przy­jem­ną od­mia­nę; po­przed­nie lo­kum Ka­ri­ma, ciem­ne i dusz­ne, było ty­po­wą klit­ką w jed­nej z nędz­nych lu­do­wych dziel­nic. Obec­nie bu­dził się za­wsze szczę­śli­wy i bez­tro­ski. Roz­po­czy­nał dzień od wyj­ścia na ta­ras, aby na­pa­wać oczy wi­do­kiem, któ­rym trud­no się było na­sy­cić. Na­wet z lek­tu­rą ga­ze­ty, któ­ra daw­niej była dla nie­go głów­nym źró­dłem ra­do­ści - da­wa­ła mu bo­wiem wgląd w uni­wer­sum wa­riactw wszel­kie­go ro­dza­ju - wstrzy­my­wał się aż do za­koń­cze­nia tej po­ran­nej in­spek­cji wid­no­krę­gu. Ka­rim, ni­czym od­kryw­ca ze szczy­tu urwi­stej tur­ni, z wy­żyn swo­je­go szó­ste­go pię­tra gó­ro­wał nad mia­stem i jego roz­licz­ny­mi kry­jów­ka­mi, gdzie krzą­tał się barw­ny tłu­mek łaj­da­ków i głup­ców. Wi­dok spo­łe­czeń­stwa, od­da­ją­ce­go się naj­krwaw­sze­mu roz­bo­jo­wi, spra­wiał mu bez­gra­nicz­ną przy­jem­ność. Nowa re­zy­den­cja wy­da­wa­ła mu się wy­ma­rzo­nym ob­ser­wa­to­rium, w któ­rym mógł bez prze­szkód pie­lę­gno­wać swo­je wy­bu­ja­łe po­czu­cie hu­mo­ru.

Oparł się o ce­gla­ny pa­ra­pet oka­la­ją­cy ta­ras i po­pa­trzył na mo­rze. Ta­fla wody, cią­gną­ca się aż po od­le­głe opa­ry za­snu­wa­ją­ce ho­ry­zont, była gład­ka i lśni­ła jak lu­stro. Po obu stro­nach wzno­si­ły się no­wo­cze­sne bu­dyn­ki o ja­snych ele­wa­cjach, two­rząc ułu­dę kwit­ną­cej me­tro­po­lii. Nikt, kto spoj­rzał­by na nie od stro­ny mo­rza, nie do­my­ślił­by się, że owa fa­sa­da ukry­wa smro­dli­wy ogrom lu­do­wych dziel­nic, bez­lik cuch­ną­cych nor za­ro­słych ty­siąc­let­nim bru­dem. Ka­rim czuł na swej na­giej pier­si sło­necz­ny skwar; ode­tchnął głę­bo­ko, po­chy­lił się i spoj­rzał w dół na wy­be­to­no­wa­ną dro­gę, któ­ra cią­gnę­ła się przez kil­ka ki­lo­me­trów wzdłuż brze­gu. Była to sze­ro­ka dwu­pa­smo­wa ale­ja z dep­ta­kiem dla spa­ce­ro­wi­czów, któ­rzy plu­jąc na wszyst­kie stro­ny pest­ka­mi ar­bu­zów, przy­cho­dzi­li tu wie­czo­ra­mi, spra­gnie­ni mor­skiej bry­zy. Sza­leń­czo roz­pę­dzo­ne sa­mo­cho­dy wi­dzia­ne z góry przy­po­mi­na­ły po­psu­te za­baw­ki me­cha­nicz­ne. Nie­kie­dy, co bar­dzo uszczę­śli­wia­ło Ka­ri­ma, za­spa­ny do­roż­karz przy­czy­niał się do uczło­wie­cze­nia owe­go pie­kiel­ne­go wy­ści­gu ku ni­co­ści. Bez­tro­sko od­po­czy­wa­ją­cy lu­dzie sta­no­wi­li jed­nak co­raz rzad­szy wi­dok. Po­li­cja ści­ga­ła gnu­śność i nie­rób­stwo, trak­tu­jąc je jak zbrod­nię wy­mie­rzo­ną w ży­wot­ne in­te­re­sy na­ro­du. Tak oto zmierz­cha­ła cy­wi­li­za­cja ła­twej i przy­jem­nej eg­zy­sten­cji. Chod­ni­kiem za­strze­żo­nym dla spa­ce­ro­wi­czów pę­dzi­ło kil­ku prze­chod­niów spie­szą­cych się nie wia­do­mo do­kąd. Kra­jo­braz uległ zmia­nie; nig­dzie nie było wi­dać włó­czę­gów wy­grze­wa­ją­cych się w pro­mie­niach słoń­ca. Nikt się nie wy­le­gi­wał ani na­wet nie sie­dział na zie­mi. Że­brac­two zo­sta­ło naj­wy­raź­niej ska­za­ne na zej­ście do pod­zie­mia. Gdzież po­dzia­li się ama­to­rzy jał­muż­ny, w ja­kich­że no­rach się skry­li? Wąt­pli­we, by wszy­scy zna­leź­li za­trud­nie­nie w fa­bry­kach. A za­tem?

Ja­kie to smut­ne! Brak że­bra­ków na dro­dze nad­brzeż­nej był sym­bo­lem no­wych cza­sów. Tę­po­ta i ab­sur­dal­ne po­my­sły gu­ber­na­to­ra zdo­ła­ły prze­obra­zić mia­sto nie do po­zna­nia. Ka­rim był cie­kaw, co sta­ło się z ma­ne­ki­nem, któ­re­go umie­ścił po­przed­nie­go dnia w cen­trum dziel­ni­cy eu­ro­pej­skiej. Czy już go uprząt­nię­to? Ża­ło­wał, że nie mógł ob­ser­wo­wać po­li­cyj­nej ob­ła­wy na fał­szy­we­go że­bra­ka; mu­sia­ła to być do­praw­dy po­ciesz­na sce­na. Może pra­sa od­no­to­wa­ła to wy­da­rze­nie? Ra­czej nie. Re­dak­to­rzy cho­dzi­li na pa­sku gu­ber­na­to­ra; nie ośmie­li­li­by się opu­bli­ko­wać in­for­ma­cji, któ­ra na­ra­zi­ła­by go na drwi­ny na­wet trzy­let­nich ber­be­ciów. Mniej­sza o to. Gu­ber­na­tor do­wie się o tej pró­bie ośmie­sze­nia jego roz­ka­zów. Jego tępy łeb eks­plo­du­je, nie zmie­ści się w nim bo­wiem myśl, że ktoś mógł­by się­gnąć po rów­nie nie­zwy­kły oręż. Do­tych­czas gu­ber­na­tor miał do czy­nie­nia wy­łącz­nie z człon­ka­mi pod­ziem­nej par­tii re­wo­lu­cyj­nej. Za­pusz­ko­wał kil­ku z nich, jak to zresz­tą czy­ni­li jego zna­mie­ni­ci po­przed­ni­cy, ła­two ra­dzą­cy so­bie z re­wo­lu­cyj­nym fer­men­tem. Wy­ka­zaw­szy swą siłę, stłu­miw­szy opo­zy­cję warstw pra­cu­ją­cych, nie oba­wiał się wy­wro­to­wej pro­pa­gan­dy. Znał tyl­ko je­den ga­tu­nek nie­spo­koj­nych du­chów: za­pie­kłych w nie­na­wi­ści, szczy­cą­cych się wła­sny­mi dzia­ła­nia­mi, go­to­wych po­nieść śmierć w imię pra­wa i spra­wie­dli­wo­ści. Sło­wem, osob­ni­ków, któ­rzy, po­dob­nie jak on sam, uwa­ża­li się za lu­dzi po­waż­nych. Nie po­dej­rze­wał na­wet, że w mie­ście po­ja­wi­li się re­wo­lu­cjo­ni­ści cał­kiem no­we­go po­kro­ju. Re­wo­lu­cjo­ni­ści szy­der­stwa i kpi­ny, któ­rzy wi­dzie­li w nim - i w jemu po­dob­nych na ca­łym świe­cie - uciesz­ną, gro­te­sko­wo po­dry­gu­ją­cą ku­kłę. Ka­rim go­to­wał mu naj­sroż­sze udrę­ki. Za­mie­rzał wy­wo­łać in­su­rek­cję no­we­go typu, wo­bec któ­rej gu­ber­na­tor bę­dzie cał­ko­wi­cie bez­rad­ny. Fał­szy­wy że­brak był oczy­wi­ście uda­nym, na­der za­baw­nym fi­giel­kiem, ale ba­ga­te­lą w po­rów­na­niu z wiel­kim, wła­śnie przy­go­to­wy­wa­nym, zwa­rio­wa­nym przed­się­wzię­ciem. Ka­rim wie­dział, że jego przy­ja­ciel i to­wa­rzysz, nie­zrów­na­ny Hey­kal, szy­ko­wał po­ta­jem­nie ak­cję, któ­ra swo­ją sub­tel­no­ścią i roz­ma­chem mia­ła na za­wsze po­grze­bać au­to­ry­tet gu­ber­na­to­ra. Praw­dę mó­wiąc, nie był wta­jem­ni­czo­ny w sed­no owe­go pla­nu, Hey­kal wo­lał za­ta­ić szcze­gó­ły swo­je­go we­so­łe­go spi­sku. Pe­wien fakt do­wo­dził jed­nak, że pod­stęp­na ope­ra­cja mia­ła się nie­ba­wem roz­po­cząć. Hey­kal po­sta­no­wił w koń­cu zo­ba­czyć się z kup­cem Kha­le­dem Oma­rem; po­pro­sił Ka­ri­ma, aby prze­ka­zał tej oso­bi­sto­ści, że spo­tka­nie od­bę­dzie się dziś wie­czór. Ozna­cza­ło to, że Hey­kal zdo­łał opra­co­wać plan ata­ku i po­trze­bu­je już tyl­ko fun­du­szy, któ­re po­zwo­lą go prze­pro­wa­dzić. Ze wzglę­du na swój ma­ją­tek i roz­le­głość ho­ry­zon­tów Kha­led Omar był czło­wie­kiem, ja­kie­go po­trze­bo­wa­li. Sło­wem, dziś wie­czór coś się wresz­cie wy­da­rzy; Hey­kal wy­łusz­czy swój plan. Spo­tka­nie mia­ło się od­być w jed­nej z ka­wiarń dziel­ni­cy eu­ro­pej­skiej. Hey­kal wy­raź­nie za­zna­czył, że pra­gnie się wi­dzieć z kup­cem w czte­ry oczy, praw­do­po­dob­nie za­mie­rzał roz­to­czyć swój urok oso­bi­sty bez świad­ków. Ka­rim nie mar­twił się o wy­nik spo­tka­nia. Jego przy­ja­ciel po­tra­fił ocza­ro­wać wszyst­kich roz­mów­ców; Kha­led Omar bę­dzie za­chwy­co­ny. Hey­ka­lo­wi nie spo­sób się oprzeć.

Ku­piec nie za­li­czał się do ran­nych ptasz­ków, na zło­że­nie wi­zy­ty było więc za wcze­śnie. Ka­rim skra­cał so­bie ocze­ki­wa­nie, prze­cha­dza­jąc się w tę i we w tę po ta­ra­sie; usi­ło­wał roz­my­ślać o roz­licz­nych utra­pie­niach, któ­re wraz ze swy­mi przy­ja­ciół­mi go­to­wał nie­cne­mu gu­ber­na­to­ro­wi. Ob­se­syj­nie wra­cał jed­nak my­śla­mi do mło­dej la­dacz­ni­cy, któ­rą wy­strych­nął na dud­ka, uda­jąc pło­mien­ną mi­łość. Obie­cał so­bie, że je­śli ją jesz­cze spo­tka, po­da­ru­je jej tro­chę pie­nię­dzy albo ja­kiś pre­zent. Uko­jo­ny tym al­tru­istycz­nym za­my­słem, wró­cił do po­ko­ju i skie­ro­wał się pro­sto w kąt, w któ­rym pię­trzył się stos wie­lo­barw­nych la­taw­ców, du­żych i ma­łych, wy­koń­czo­nych lub do­pie­ro w bu­do­wie. Od kil­ku mie­się­cy od­da­wał się z wiel­kim upodo­ba­niem kon­stru­owa­niu la­taw­ców. Sprze­da­wał swo­je wy­ro­by han­dla­rzo­wi cu­kier­ków i pra­żo­nej cie­cie­rzy­cy - ma­ją­ce­mu licz­ną dzie­cię­cą klien­te­lę - któ­re­go skle­pik znaj­do­wał się przy jed­nej z są­sied­nich ulic. Ka­rim uwa­żał, że wpadł na ge­nial­ny po­mysł: w epo­ce sa­mo­lo­tów od­rzu­to­wych rzu­cić wy­zwa­nie zgub­ne­mu po­stę­po­wi świa­ta za­chły­śnię­te­go me­cha­ni­ką i wy­ra­biać la­taw­ce, wspa­nia­łe bła­he za­baw­ki. Po­krze­piał go wi­dok tych lek­kich i ko­ją­cych przed­mio­tów, któ­re drwi­ły so­bie w prze­stwo­rzach z cięż­kich stat­ków po­wietrz­nych, to­por­nych ma­szyn wy­zby­tych wszel­kiej po­ezji.

Po­grze­bał przez chwi­lę w ster­cie, wy­cią­gnął z niej le­d­wie roz­po­czę­ty la­ta­wiec; szkie­let, wy­ko­na­ny z ło­dyg trzci­ny zwią­za­nych po­środ­ku sznur­kiem, za­po­wia­dał za­baw­kę zdu­mie­wa­ją­cych roz­mia­rów. Chwy­cił no­życz­ki, kil­ka ru­lo­nów ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru i spodek, w któ­rym roz­ro­bił na klaj­ster wodę i mąkę. Za­niósł to wszyst­ko na ta­ras i po­ło­żył na te­ra­ko­to­wych pły­tach po­sadz­ki. Na­tych­miast przy­stą­pił do dzie­ła, ze skru­pu­lat­no­ścią i su­ro­wą po­wa­gą uczo­ne­go bu­du­ją­ce­go ma­chi­nę zdol­ną od­być po­dróż na Księ­życ.

Cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ty pra­cą nie za­uwa­żył in­tru­za. Po­stać o nędz­nej apa­ry­cji, któ­ra wdar­ła się na ta­ras, sta­ła tuż przy drzwiach pro­wa­dzą­cych na klat­kę scho­do­wą, sa­piąc cięż­ko, na próż­no usi­łu­jąc zła­pać od­dech. Bla­de, cho­ro­bli­wie wy­glą­da­ją­ce in­dy­wi­du­um, na oko pięć­dzie­się­cio­let­nie, ści­ska­ło pod pa­chą ak­tów­kę, w ręku zaś trzy­ma­ło zło­żo­ny pa­ra­sol, pod­pie­ra­jąc się nim dość nie­pew­nie. Jego za­dysz­ka prze­szła po chwi­li w dy­cha­wicz­ny ka­szel; omal się nie za­du­sił. Usły­szaw­szy owo ochry­płe szcze­ka­nie, Ka­rim pod­niósł gło­wę i onie­mia­ły ze zdu­mie­nia wle­pił wzrok w nie­pro­szo­ne­go go­ścia. Ten zaś pa­trzył na nie­go jak ktoś, kto roz­po­znał w tłu­mie zna­jo­mą twarz, ale nie jest tym wi­do­kiem ura­do­wa­ny.

- Czy mam do czy­nie­nia z nie­ja­kim Ka­ri­mem?

- Tak, to ja. O co cho­dzi?

- Po­li­cja - od­parł męż­czy­zna. - Po­wie­rzo­no mi śledz­two w two­jej spra­wie.

Ka­rim na­tych­miast po­wstał z ku­cek, nie spusz­cza­jąc męż­czy­zny z oczu. Oso­bli­wy po­li­cjant! Mimo ka­ni­ku­ły ubra­ny był tak, jak­by za­mie­rzał sta­wić czo­ło naj­sroż­szej zi­mie. Miał na so­bie gar­ni­tur z gru­be­go ciem­ne­go płót­na i weł­nia­ny sza­lik owi­nię­ty wo­kół szyi. Na jego mi­zer­nej twa­rzy ma­lo­wa­ły się po­wa­ga i nie­po­kój, ale nie su­ro­wość. Był to ów do­stoj­ny wy­raz, któ­ry czę­sto przy­bie­ra­ją oso­by cho­re, ska­za­ne na przed­wcze­sną śmierć. Spra­wiał wra­że­nie skraj­nie wy­cień­czo­ne­go. Wspi­nacz­ka na szó­ste pię­tro oka­za­ła się wy­zwa­niem zbyt trud­nym jak na jego lata. Ośle­pia­ło go za­le­wa­ją­ce ta­ras słoń­ce; otwo­rzył pa­ra­sol i ko­rzy­sta­jąc z przy­chyl­ne­go cie­nia, przyj­rzał się bacz­nie mło­dzień­co­wi. To po­ciesz­ne za­cho­wa­nie zbaw­czo wpły­nę­ło na Ka­ri­ma, roz­wie­wa­jąc jego oba­wy. Pod­szedł do po­li­cjan­ta.

- Cze­go wła­ści­wie do­ty­czy to śledz­two? - za­py­tał.

- Mo­gli­by­śmy wejść do miesz­ka­nia? Chciał­bym usiąść. Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

- Ależ to dla mnie za­szczyt! - za­wo­łał Ka­rim. - Pro­szę wejść.

Po­li­cjant zło­żył pa­ra­sol i wkro­czył do po­ko­ju. Ka­rim po­dą­żył za nim bez lęku. Za­sta­na­wiał się, ja­kie mogą być po­wo­dy owe­go naj­ścia. Od daw­na już nie miał do czy­nie­nia z po­li­cją. Nie wie­rzył, że mo­gli go na­mie­rzyć - i to tak bły­ska­wicz­nie - jako spraw­cę hecy z fał­szy­wym że­bra­kiem. Chy­ba że wła­dze pa­ra­ły się okul­ty­zmem! Było to ra­czej nie­praw­do­po­dob­ne. Cóż, zo­ba­czy­my. Minę owe­go dy­cha­wicz­ne­go po­li­cyj­ne­go zmar­z­lu­cha uznał za do­bry omen.

Ka­rim nie uchy­bił zwy­cza­jo­wym grzecz­no­ściom.

- Racz spo­cząć wy­god­nie, eks­ce­len­cjo. Mam na­dzie­ję, że da­ru­jesz mi ba­ła­gan. Le­d­wo się wpro­wa­dzi­łem.

- To bez zna­cze­nia. Nie przy­sze­dłem z wi­zy­tą to­wa­rzy­ską.

Po­li­cjant usiadł na krze­śle; nadal tro­chę po­sa­py­wał, ale co­raz ci­szej. Ka­rim na­rzu­cił ma­ry­nar­kę na gołe cia­ło; przy­po­mniał so­bie, że na­le­ży się przy­zwo­icie za­cho­wy­wać w ob­li­czu przed­sta­wi­cie­la po­rząd­ku pu­blicz­ne­go, choć­by ko­na­ją­ce­go i dła­wio­ne­go ast­mą. Od­kąd po­znał Hey­ka­la, to zna­czy od kie­dy ży­cie przy­bra­ło kształt ko­me­dii peł­nej śmie­chu war­tych nie­do­rzecz­no­ści, Ka­rim wy­zbył się wszel­kiej dumy w swo­ich kon­tak­tach z tymi, któ­rzy dys­po­no­wa­li choć­by odro­bi­ną wła­dzy. Na­le­ża­ło uda­wać idio­tę, jesz­cze głup­sze­go od nich. Był to je­dy­ny spo­sób, aby uwol­nić się od tej zgrai. Hey­kal wy­ja­śnił mu, że god­ność ma war­tość je­dy­nie po­śród lu­dzi rów­nych so­bie i da­rzą­cych się wza­jem­nie sza­cun­kiem. Za­cho­wy­wa­nie god­no­ści wo­bec po­li­cjan­ta czy in­ne­go re­pre­zen­tan­ta wła­dzy nie ma sen­su. Rów­nie do­brze moż­na by się sta­rać za­cho­wać z god­no­ścią na wi­dok wście­kłe­go psa. Gdy spo­ty­ka­my wście­kłe­go psa, mó­wił Hey­kal, roz­trop­ność na­ka­zu­je nam wziąć nogi za pas. Co się zaś ty­czy lu­dzi za­słu­gu­ją­cych na to, by­śmy za­cho­wy­wa­li się wo­bec nich z god­no­ścią, jest ich w ca­łym sze­ro­kim świe­cie tak nie­wie­lu, że bę­dzie­my z nimi mieć do czy­nie­nia wy­jąt­ko­wo rzad­ko.

Ka­rim za­piął ma­ry­nar­kę, usiadł i wy­rzekł to­nem oso­by ocze­ku­ją­cej wia­do­mo­ści szcze­gól­nej wagi:

- Słu­cham.

Dzi­wacz­ny po­li­cjant wy­jął z ak­tów­ki ja­kąś kart­kę i wle­pił w nią wzrok.

- Miesz­kasz tu od daw­na?

- Mniej wię­cej od ty­go­dnia. Jak wi­dzisz, do­pie­ro się wpro­wa­dzi­łem. Za­mie­rzam ume­blo­wać ten po­kój no­wo­cze­śnie. By­łem umó­wio­ny ze sto­la­rzem, nie­ste­ty, wła­śnie owdo­wiał i nie przy­szedł. Mu­szę we­zwać in­ne­go fa­chow­ca.

Po­li­cjant wes­tchnął i po­ki­wał gło­wą, jak gdy­by żal mu było roz­wie­wać tak pięk­ne złu­dze­nia.

- Nie rób tego - rzekł.

- Cze­mu?

Po­li­cjant zmru­żył oczy i zbli­żył twarz do Ka­ri­ma, jak­by za­mie­rzał mu po­wie­rzyć strasz­ny se­kret.

- Czy wiesz, po­czci­wy mło­dzień­cze, że ten bu­dy­nek znaj­du­je się na dro­dze stra­te­gicz­nej?

Ka­rim, sły­sząc tak ko­micz­ne oświad­cze­nie, zdo­łał jed­nak za­cho­wać po­wa­gę. Na jego ob­li­czu nie od­ma­lo­wał się na­wet cień uśmie­chu. Moż­na było po­my­śleć, że sło­wa po­li­cjan­ta wy­war­ły na mło­dzień­cu sil­ne wra­że­nie. Od­po­wie­dział ze skru­chą, to­nem, któ­re­go nie po­wsty­dził­by się oby­wa­tel prze­ję­ty spra­wa­mi pań­stwa:

- Nad­brzeż­na ale­ja to dro­ga stra­te­gicz­na? Nie mia­łem o tym po­ję­cia, eks­ce­len­cjo. Klnę się na ho­nor, nie wie­dzia­łem.

- Te­raz już wiesz. To dro­ga stra­te­gicz­na szcze­gól­ne­go zna­cze­nia. Co­dzien­nie ko­rzy­sta­ją z niej mę­żo­wie sta­nu, za­gra­nicz­ni dy­plo­ma­ci, wiel­cy do­wód­cy woj­sko­wi.

- Zgo­da - rzekł Ka­rim. - Nie poj­mu­ję jed­nak, jaki to ma zwią­zek ze mną?

- Na­praw­dę nie ro­zu­miesz?

- Klnę się na Al­la­ha! Nie ro­zu­miem. Sta­ram się, ale nie poj­mu­ję.

- Po­zwól, że cię oświe­cę. Sta­no­wisz za­gro­że­nie dla po­rząd­ku pu­blicz­ne­go.

- Ja?! O co mnie oskar­ża­cie?

- Na ra­zie o nic - przy­znał po­li­cjant. - Ale znaj­du­jesz się na czar­nej li­ście. Mia­łeś już z nami do czy­nie­nia, praw­da?

- Owszem, nie prze­czę. To było jed­nak dwa lata temu, za po­przed­nie­go gu­ber­na­to­ra.

Po­li­cjant znów po­ki­wał gło­wą, tym ra­zem z po­li­to­wa­niem, jak gdy­by przy­kro mu było słu­chać rów­nie nie­do­rzecz­nych ar­gu­men­tów. Do­praw­dy, ci re­wo­lu­cjo­ni­ści są roz­bra­ja­ją­co na­iw­ni.

- Je­śli nie lu­bi­łeś po­przed­nie­go gu­ber­na­to­ra, nie ma chy­ba po­wo­dów, abyś da­rzył mi­ło­ścią obec­ne­go - oświad­czył. - Zna­my was, na­rwa­ni wi­chrzy­cie­le!

Oczy­wi­sta cel­ność tego twier­dze­nia za­sko­czy­ła Ka­ri­ma tak, że stra­cił na chwi­lę re­zon. Jak od­po­wie­dzieć na ta­kie dic­tum? Nie da się prze­cież za­pę­dzić w kozi róg temu nędz­ne­mu po­li­cjan­to­wi i jego wa­riac­twom. Musi wy­trwać do koń­ca.

Za­kwe­stio­no­wa­no jego szcze­rość, sta­nął w jej obro­nie.

- Cóż za myl­ny wnio­sek, eks­ce­len­cjo! Ja miał­bym nie ko­chać gu­ber­na­to­ra? Tyl­ko śle­piec mógł­by go nie da­rzyć mi­ło­ścią. Spójrz na mnie: czy je­stem śle­py? Po­wiem ci szcze­rze, że dla mnie nasz rząd jest jak ro­dzo­ny oj­ciec. Trud­no mi le­piej wy­ra­zić sza­cu­nek, ja­kim go da­rzę.

- A gdzie się po­dzie­wa twój oj­ciec?

- Nie żyje - od­parł Ka­rim. - Je­stem sie­ro­tą.

Być może uznaw­szy, że pora wy­ko­rzy­stać nie­spo­dzie­wa­ną szan­sę i pod­kre­ślić swo­ją rolę skru­szo­ne­go bun­tow­ni­ka, Ka­rim po chwi­li był już na gra­ni­cy pła­czu. Chwy­ciw­szy się za czo­ło, jął mam­ro­tać, bez mała łka­jąc, nie­skład­ne zda­nia, w któ­rych była mowa o prze­śla­du­ją­cym go pe­chu i nie­szczę­ściach spa­da­ją­cych nań od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa. Wło­żył spo­ry wy­si­łek w osią­gnię­cie tego me­lo­dra­ma­tycz­ne­go re­ali­zmu; je­śli nie prze­ko­nał w peł­ni swo­je­go roz­mów­cy, to naj­wy­raź­niej go po­ru­szył. Po­li­cjant mil­czał, wy­cze­ku­jąc koń­ca tej bo­le­ści­wej skar­gi. Ka­rim wy­mie­rzył mu jed­nak osta­tecz­ny cios, wspo­mi­na­jąc o swo­jej bied­nej mat­ce, zmar­łej na oso­bli­wą cho­ro­bę (wiel­ce przy­po­mi­na­ją­cą ast­mę). Z fa­cho­wo­ścią wy­kwa­li­fi­ko­wa­ne­go le­ka­rza opi­sał symp­to­my i strasz­ny prze­bieg tej do­le­gli­wo­ści.

Oczy po­li­cjan­ta za­snu­ły się smut­kiem, na twa­rzy ma­lo­wa­ło się ży­cio­we do­świad­cze­nie i me­lan­cho­lia. Pra­co­wał w swo­im fa­chu od trzy­dzie­stu lat z okła­dem; nie­do­le eg­zy­sten­cji nie mia­ły już przed nim ta­jem­nic. Scep­tycz­ny sto­su­nek do po­żyt­ków pły­ną­cych z ładu spo­łecz­ne­go i cał­ko­wi­ty brak am­bi­cji za­mknę­ły przed nim ścież­kę ka­rie­ry, w jego pro­fe­sji cy­nizm i bru­tal­ność były je­dy­ny­mi środ­ka­mi do­stę­pu do wyż­szych rang. Szcze­ry hu­ma­ni­ta­ryzm po­py­chał go do bra­ta­nia się z ludź­mi. Ten mło­dzie­niec mógł­by być jego sy­nem; po­ru­szy­ło go jego cier­pie­nie, praw­dzi­we lub uda­wa­ne.

- Z cze­go ży­jesz? Pra­cu­jesz?

- Oczy­wi­ście - od­parł Ka­rim. - Je­stem kon­struk­to­rem.

- Kon­struk­to­rem cze­go?

- La­taw­ców.

- Kpisz so­bie ze mnie?

- Gdzież bym śmiał, eks­ce­len­cjo! To naj­praw­dziw­sza praw­da. Nie ma w tym nic nie­zwy­kłe­go. Zresz­tą sam się prze­ko­naj. Po­ka­żę ci kil­ka swo­ich dzieł.

Pod­niósł się żwa­wo i udał w kąt po­ko­ju, gdzie skła­do­wał la­taw­ce. Wy­jął ze ster­ty dwa, róż­nią­ce się kształ­tem oraz ko­lo­rem, i uniósł je wy­so­ko, każ­dy w in­nej ręce, aby po­li­cjant mógł na­sy­cić oczy ich wi­do­kiem.

- Spójrz. Wi­dzisz te la­taw­ce? To moje dzie­ło. Nie znaj­dziesz im rów­nych, na­wet za gra­ni­cą. Do­sta­ję za­mó­wie­nia ze wszyst­kich za­kąt­ków świa­ta. Nie­ba­wem będę mu­siał za­trud­nić cze­lad­ni­ków.

Po­li­cjant, któ­ry nie mógł ja­koś uwie­rzyć w tę hi­sto­rię, przy­pa­try­wał się obu la­taw­com, uno­szą­cym się przed jego ocza­mi ni­czym sen­ne wi­dzia­dła.

Pra­gnął spo­rzą­dzić przy­chyl­ny ra­port, zda­wał so­bie jed­nak do­sko­na­le spra­wę, że mimo naj­lep­szych chę­ci nie zdo­ła przed­sta­wić kon­stru­owa­nia la­taw­ców jako uczci­we­go rze­mio­sła. A prze­cież, po­my­ślał, mu­szą ist­nieć lu­dzie, któ­rzy się tym pa­ra­ją, la­taw­ce nie ro­sną na drze­wach. Jak prze­ko­nać zwierzch­ni­ków, nie bu­dząc w nich do­dat­ko­wych po­dej­rzeń, że były re­wo­lu­cjo­ni­sta i wy­wro­to­wiec od­da­je się ta­kie­mu za­ję­ciu?

- To nie­po­waż­ne - stwier­dził. - Je­śli umiesz­czę to w ra­por­cie, prze­ło­że­ni uzna­ją, że kpi­ny so­bie ro­bię.

- Dla­cze­go? Nie ma w tym nic nie­sto­sow­ne­go. Owszem, jest to pra­ca skrom­na, ale da­ją­ca ra­dość ty­siąc­om dzie­ci, któ­re z lu­bo­ścią pusz­cza­ją la­taw­ce. Jak­że mo­żesz mieć mi za złe, eks­ce­len­cjo, że zaj­mu­ję się tym, co uszczę­śli­wia dzie­ci? Dzie­ci to prze­cież bo­ha­te­ro­wie ju­tra. Skłon­ny je­stem przy­znać, że dla po­wierz­chow­ne­go ob­ser­wa­to­ra la­taw­ce sta­no­wią przed­miot czczej roz­ryw­ki. Je­śli jed­nak za­sta­no­wi­my się głę­biej nad tym za­gad­nie­niem, doj­dzie­my do wnio­sku, że dzie­ci upra­wia­ją­ce ów ła­god­ny sport, na­by­wa­ją nie tyl­ko fi­zycz­nej tę­ży­zny, ale rów­nież zdro­we­go sto­sun­ku do spo­łe­czeń­stwa, co po­zwo­li im wy­ro­snąć na uczci­wych i pra­wo­rząd­nych oby­wa­te­li. Nie ule­ga za­tem wąt­pli­wo­ści, że pra­cu­ję dla do­bra kra­ju.

Po­li­cjant śle­dził tę dłu­gą ty­ra­dę z naj­wyż­szym wy­sił­kiem. Mło­dzie­niec co­raz bar­dziej go za­dzi­wiał. Je­śli na­wet prze­stał być re­wo­lu­cjo­ni­stą, z pew­no­ścią był wa­ria­tem. Po­my­ślał o swo­im ra­por­cie. Trud­no­ści pię­trzy­ły się aż po samo nie­bo.

- Chciał­bym o coś za­py­tać... - Ka­rim prze­rwał mil­cze­nie.

- Śmia­ło.

- Czy masz dzie­ci?

Te­raz z ko­lei pchał nos w spra­wy oso­bi­ste. Może jesz­cze za­py­ta, czy ma ład­ną żonę!

- Tak, mam dzie­ci. Niech ich Bóg strze­że!

- Ile mają lat?

- Naj­star­szy skoń­czył trzy­na­ście.

- Cóż za wspa­nia­ły zbieg oko­licz­no­ści! Czy mógł­bym za­tem ofia­ro­wać im je­den z mo­ich la­taw­ców? Był­by to dla mnie wiel­ki za­szczyt, spra­wi­ło­by mi to nie­opi­sa­ną roz­kosz.

Po­li­cjant za­pro­te­sto­wał, uczy­nił to wszak­że grzecz­nie i bez osten­ta­cji.

- Je­śli się nie mylę, usi­łu­je pan sko­rum­po­wać funk­cjo­na­riu­sza. Będę zmu­szo­ny wspo­mnieć o tym w ra­por­cie.

- Sko­rum­po­wać cię! - krzyk­nął Ka­rim. - Niech mnie pie­kło po­chło­nie! Eks­ce­len­cjo, ura­zi­łeś moje uczu­cia. Tak bar­dzo ko­cham dzie­ci! Na ich wi­dok łzy same ci­sną mi się do oczu. Nie poj­mu­ję, jak mo­głeś uznać mój dar za pró­bę ko­rup­cji. To był ludz­ki, spon­ta­nicz­ny gest; mia­łem naj­szla­chet­niej­sze in­ten­cje. Je­śli nie przyj­miesz mo­je­go skrom­ne­go po­dar­ku, po­czu­ję się zhań­bio­ny.

Wy­glą­dał tak, jak­by miał się za chwi­lę roz­pła­kać.

Umysł po­li­cjan­ta zo­stał wy­sta­wio­ny na cięż­ką pró­bę. W tym śledz­twie wszyst­ko było ta­kie nie­pew­ne, tak róż­ne od spo­koj­nej ru­ty­ny. Czy mło­dzie­niec jest szcze­ry? Po­li­cjant przy­chy­lał się do tego wnio­sku. Ża­den z tych dum­nych, za­cie­trze­wio­nych re­wo­lu­cjo­ni­stów, prze­po­jo­nych nie­na­wi­ścią i chę­cią mor­du, nie wy­po­wia­dał­by się w ten spo­sób, bez­wstyd­nie ule­ga­jąc ma­zgaj­stwu. Tak, to prze­są­dza­ło spra­wę. Naj­dziw­niej­sze, że ta pew­ność za­smu­ca­ła go, sam nie wie­dział cze­mu. Jak wy­glą­dał­by świat, gdy­by wszy­scy re­wo­lu­cjo­ni­ści oka­za­li skru­chę i chęć po­pra­wy? Miał wra­że­nie, że gdzieś w od­da­li zga­sło świa­tło.

Ka­rim odło­żył na ster­tę je­den z la­taw­ców, ale dru­gi wciąż pod­ty­kał po­li­cjan­to­wi pod nos, wy­cią­ga­jąc rękę w bła­gal­nym ge­ście. Na jego twa­rzy ma­lo­wał się wy­raz nie­zno­śnych cier­pień mo­ral­nych.

- Nie prze­żył­bym ta­kiej znie­wa­gi!

Po­li­cjant od­zna­czał się li­to­ści­wym ser­cem. Jego opór słabł. Miał mgli­ste po­czu­cie, że po­stą­pił nie­grzecz­nie. Od­rzu­ce­nie pre­zen­tu ofia­ro­wa­ne­go z taką żar­li­wo­ścią by­ło­by po­gwał­ce­niem ele­men­tar­nych za­sad do­bre­go wy­cho­wa­nia.

W koń­cu ustą­pił, cho­dzi­ło prze­cież o drob­ny upo­mi­nek. Za­ka­słał, aby ukryć wzru­sze­nie.

- Zgo­da. Niech i tak bę­dzie. Ale we­zmę naj­mniej­szy.

- Będę two­im dłuż­ni­kiem - rzekł Ka­rim nad­ska­ku­ją­co. - Zmy­łeś ze mnie hań­bę.

Wziąw­szy po­li­cjan­ta pod ra­mię, za­chę­cił go, by sam do­ko­nał wy­bo­ru. Po­li­cjant wa­hał się przez chwi­lę, aż wresz­cie wy­brał naj­mniej­szy la­ta­wiec. Kwe­stia trans­por­tu nie da­wa­ła mu spo­ko­ju. Bę­dzie mu­siał dźwi­gać przez całą dro­gę do domu tę kło­po­tli­wą za­baw­kę; minę miał nie­tę­gą.

- Pro­szę po­zdro­wić dzie­ci - po­wie­dział Ka­rim. - Mam na­dzie­ję, że będą się do­brze ba­wić.

- Dzię­ku­ję w ich imie­niu - rzekł po­li­cjant, kie­ru­jąc się do wyj­ścia. - Mu­szę spo­rzą­dzić ra­port. Nie­ba­wem cię we­zwie­my.

- Two­je od­wie­dzi­ny po­krze­pi­ły mnie na du­chu - od­parł Ka­rim. - Czu­łem się sa­mot­ny i opusz­czo­ny. Je­stem ci wiel­ce zo­bo­wią­za­ny.

Wy­szedł z po­li­cjan­tem na ta­ras i od­pro­wa­dził go aż na klat­kę scho­do­wą, zgi­na­jąc się w ukło­nach i za­pew­nia­jąc o swo­jej do­zgon­nej wdzięcz­no­ści. Przez kil­ka na­stęp­nych mi­nut za­cho­wy­wał tę uni­żo­ną, peł­ną sza­cun­ku po­sta­wę, po czym, nie­spo­dzie­wa­nie, wy­buchł grom­kim śmie­chem.

Nie mógł po­ha­mo­wać we­so­ło­ści. A więc bul­war stał się dro­gą stra­te­gicz­ną! Wsze­tecz­ni łaj­da­cy! Wy­my­śli­li so­bie dro­gi stra­te­gicz­ne! Ban­da py­szał­ków! Dla pre­sti­żu nie cof­ną się przed ni­czym! Ale zmu­szać go do prze­pro­wadz­ki z tak idio­tycz­ne­go po­wo­du?! Szczyt wszyst­kie­go! Na­le­ża­ło bez­zwłocz­nie pod­jąć ja­kieś kro­ki, by za­po­biec tej groź­bie. Nie da się wy­rzu­cić, z nim nie pój­dzie im tak ła­two. Przede wszyst­kim trze­ba wpły­nąć na tego bied­ne­go po­li­cjan­ta, za­nim spo­rzą­dzi swój ra­port. Zgo­dził się w koń­cu przy­jąć la­ta­wiec, cze­muż nie miał­by przy­jąć ko­lej­ne­go po­dar­ku? Ka­rim po­sta­no­wił po­mó­wić o tej spra­wie z kup­cem Kha­le­dem Oma­rem. Ten czło­wiek ma zna­jo­mo­ści we wszyst­kich śro­do­wi­skach, na pew­no zdo­ła na­wią­zać kon­takt z po­li­cjan­tem, a może na­wet z jego prze­ło­żo­ny­mi. Poza tym Kha­le­da Oma­ra stać na prze­ku­pie­nie ca­łej ar­mii funk­cjo­na­riu­szy. Ka­rim po­zbie­rał swo­je na­rzę­dzia i za­niósł je do po­ko­ju. Ubrał się szyb­ko i opu­ścił miesz­ka­nie; naj­wyż­sza pora zło­żyć wi­zy­tę kup­co­wi.

Kie­dy zna­lazł się przed do­mem, przy­sta­nął i przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się ze zło­śli­wym bły­skiem w oczach w nad­brzeż­ny bul­war. Z tru­dem zwal­czył w so­bie chęć oszcza­nia dro­gi stra­te­gicz­nej.