Szyderstwo i przemoc - Albert Cossery

Reflow text when sidebars are open.
Przed blisko pół wiekiem, w czerwcowym numerze "Kultury" z 1965 roku, Jerzy Stempowski opowiedział, co zdarzyło się w Bursie, tureckiej mieścinie nad Morzem Marmara. Opowieść nie różni się wiele od Baśni z tysiąca i jednej nocy, gdyż w Bursie, znanej głównie z zajazdów pełnych "pluskiew niezwykłej wielkości i siły", przetrwała instytucja ulicznych narratorów, a owa historia pochodzi z ich repertuaru.
Rzecz w tym, iż gęsi w Bursie piekło się zwykle w opróżnionym piecu chlebowym. Razu pewnego miejscowy kadi, czyli sędzia, przechodząc obok piekarni, zwęszył smakowitą woń. Wbrew oporom piekarza nakazał wydanie gęsi. Wkrótce zawitał klient, lecz piekarz mógł rzec mu tylko, że gęś odfrunęła w siną dal. Zwykłą koleją rzeczy wybuchła awantura. Zebrał się tłum. Był w nim miejscowy faktor. Gdy się nachylił, by zerknąć do pieca, pechowy piekarz trącił go trzonkiem łopaty w oko. Na krzyk Żyda rzucił się do ucieczki. Aliści w pędzie potrącił na rynku niewiastę, która upadła i powiła martwe dziecię. Ścigany przez jej męża, faktora i właściciela gęsi wbiegł w wąską uliczkę. Zagradzał ją osioł. Przeskoczył go tak niezgrabnie, że urwał zwierzęciu ogon. Teraz na czele tłumu gnał właściciel osła. Widząc otwarte drzwi, piekarz wbiegł gdzieś krętymi schodami i ujrzał się na szczycie minaretu. Stąd już nie było ucieczki. Zaczerpnął tchu i skoczył. Nie zginął jednak, bo na dywanie u stóp minaretu zażywał spoczynku brat imama, najgrubszy człowiek w mieście. Imam osobiście ujął mimowolnego zabójcę, który nie poniósł szkody, i zawiódł go do kadiego. Kadi zaś, syt gęsiny, jął z satysfakcją roztrząsać kazus prawny.
Najpierw głos zabrał właściciel gęsi, lecz nie zdołał wykazać, że powierzył ptaka piekarzowi. "Czy przy oddawaniu gęsi piekarzowi niezbędna jest obecność dwóch świadków?" "Bynajmniej, ale do skarżenia go przed sędzią świadkowie są konieczni". Oskarżenie zostało oddalone. Drugim był wścibski Żyd. Ten usłyszał, że odpowiedzialność piekarza obejmuje tylko klientów, on zaś wszedł do piekarni z ciekawości. Męża nieszczęsnej kobiety kadi powitał oracją. "Całe miasto poniosło tu stratę... Straciliśmy obywatela, zanim mogliśmy go poznać". Wobec czego w grę wchodzi tylko pełna naprawa krzywdy. "Zarządzam więc, aby piekarz zrobił niezwłocznie żonie skarżącego nowe dziecko". Po łatwym do przewidzenia wycofaniu tej skargi kadi zajął się sprawą osła. Bez trudu wykazał, że właściciel tamującego ruch czworonoga zapłacić winien grzywnę. Następnie, roniąc łzę, wysłuchał skargi imama. Zmarły - oznajmił - był ozdobą miasta, był moim przyjacielem... "Należy się najdalej idące zadośćuczynienie. Zarządzam niniejszym co następuje: piekarz położy się jutro w tym samym miejscu i rodzina zmarłego, wraz z krewnymi pierwszego i drugiego stopnia, będzie uprawniona do skakania nań z galerii minaretu".
Opowieść o kadim, przyozdobiona oszczędnie kolorytem wschodnim, jest ledwie trzy razy dłuższa od powyższego streszczenia. Warto mieć ją w pamięci jako ekstrakt literackości orientalnej w stanie czystym. O jej blasku przesądza nie styl mniej lub bardziej wymyślny ani intrygujący temat, lecz punkt przyłożenia i siła niewidzialnej sprężyny, która napędza narrację. Fabuła rozwija się tu niczym jojo, by w chwili kulminacji zwinąć się w sposób tyleż nieodparty, ile zaskakujący. To mechanizm burleski, której rytm rozpędza sytuację, aby wreszcie, sięgnąwszy absurdu, oddać nagromadzoną energię w ruchu wstecznym. Perypetie można by mnożyć, lecz uliczny narrator z Bursy zna miarę. Zadowala się ledwie próbką dynamiki, którą Bergson w studium o komizmie zwał postępem koniecznym, by narzucić ją drugiej, spekulatywnej połowie historii. Narastaniu burleski odpowiada tu rosnąca bezczelność rozstrzygnięć prawnych kadiego. Rytm wydarzeń demaskuje logikę orientalnego despoty.
Tej to tradycji zawdzięcza swą świetność pisarstwo Alberta Cossery'ego. Każda z jego ośmiu książek przynosi nierówną rozgrywkę plebsu z bezwstydną na orientalny sposób władzą, burleskową gonitwę wydarzeń i wiew absurdalnego humoru. Wszystko to przedstawione lekko, w aurze błazenady, z wdziękiem, który osładza gorzką refleksję. Niesprawiedliwość nie doczeka tu kary, świat wykaże deficyt sensu, ale pieczone gęsi pachną tak pięknie! A stąd warto żyć, choćby na człowieka co dzień skakać miała z galerii minaretu cała rodzina imama.
Elementy biografii Cossery'ego też trącą Tysiącem i jedną nocą. Jego rodzina wywodziła się z miasteczka Al-Qusayr opodal Homs w tureckiej wówczas Syrii. Gdy pod koniec XIX wieku ojciec przyszłego pisarza, średnio zamożny kupiec, przeniósł się do Kairu (gdzie Tysiąc i jedną noc spisano), przybrał nazwisko Cossery, uproszczone miano miejsca, w którym przyszedł na świat. Albert zaś większość życia spędził w Paryżu, gdzie w swoim czasie Tysiąc i jedną noc poddano europeizacji, tak jak on zeuropeizować miał swoje opowieści.
Rodzice Cossery'ego byli grekokatolikami i z tej racji Albert, urodzony 3 listopada 1913 roku, trafił do jezuickiego kolegium św. Jana de La Salle w Aleksandrii. Był to spory ekspens, lecz i awans: ojciec, ledwie piśmienny, brał do rąk co najwyżej gazety, matce analfabetce syn, jak wspomina, czytywał napisy w kinie. On sam natomiast doznał wręcz opętania klasyką francuską. Jeszcze po upływie trzech czwartych stulecia nad aktualną produkcję literacką przedkładał wyniośle Moliera i Racine'a, zaś w wieku lat osiemnastu powziął zamysł napisania po raz wtóry wierszy Baudelaire'a prozą. I tworzyć mógł, jak mówił, tylko po francusku.
Pod koniec lat 30. drukował już w kairskiej prasie frankofońskiej nowele, z których pięć złożyło się na tom Les hommes oubliés de Dieu (Ludzie zapomniani przez Boga, 1939). Rok później książka ta wyszła też w Stanach. "Żaden żyjący autor nie opisał tak przejmująco i tak bezlitośnie życia tych, którzy w rodzie ludzkim tworzą bezkresny tłum wykluczonych" - pisał w entuzjastycznej przedmowie Henry Miller. Mało kto wie, że Cossery należał w tych latach do grupy kairskich surrealistów Art et liberté, której przewodził Georges Hénein, i sygnował jej antynazistowski Manifest Sztuki Zdegenerowanej. Nie było to całkiem bezpieczne, bo król Faruk kochał Hitlera i Mussoliniego, a miał dociekliwą policję. Toteż po wybuchu wojny Cossery postanowił zniknąć i wybrał dziwnym trafem podobny schowek, jak nasz Leopold Tyrmand: jako starszy steward pływał na kabotażowcu do Ameryki i z powrotem. Też nie było to zbyt bezpieczne.
Na statku miał widać czas na pisanie, bo tuż po wyzwoleniu Paryża posłał wydawcy La maison de la mort certaine (Dom pewnej śmierci, 1944). W rok później zjawił się z drugą powieścią, Les fainéants dans la vallée fertile (Leniuchy z żyznej doliny), i mocnym postanowieniem, by osiąść w Paryżu na stałe. Znalazł sobie lokum w Hôtel de la Louisiane na skrzyżowaniu rue de Seine z rue Buci i nie ruszył się stamtąd przez następne sześćdziesiąt trzy lata. Praktykując wysoką sztukę życia z niczego, wychodzić zwykł w południe na skąpy obiad w Brasserie Lipp, wracał na sjestę, a pod wieczór wypuszczał się do Café de Flore i Deux Magots na samotnicze medytacje nad kawą, sponad której "olimpijskim wzrokiem mierzył przechodzącą hołotę". Słowem, wiódł żywot niejednego ze swoich bohaterów, "dandysów w jednym garniturze". W swym ciasnym hotelowym numerze nie miał książek ani dzieł sztuki. Gdy któryś z przyjaciół ofiarował mu coś takiego, mógł być pewien, iż dar nazajutrz zostanie spieniężony na papierosy lub opłacenie pokoju. Do pisania wystarczał mu groszowy długopis bic, najtańszy papier - w tym trybie raz na lat dziesięć powstawała powieść.
Mieszkańcy Saint-Germain-des-Prés nawykli do dwuwymiarowej, prostej jak struna sylwetki, w stałych godzinach sunącej widmowo wśród tłumu turystów. Dopiero po śmierci pisarza, 22 czerwca 2008 roku, ujawniła się luka w pejzażu. Z wiekiem Cossery upodabniał się coraz bardziej do mumii Ramzesa II - zwłaszcza że przeszedł pod koniec życia operację krtani i prawie całkiem stracił głos. Nie pamiętano już, że w latach czterdziestych miał zwyczaj krążyć ulicami Dzielnicy Łacińskiej w towarzystwie Camusa, rywalizując z nim w liczbie poderwanych kobiet. Obaj roztaczali bowiem ten nieodparty czar, o jakim czytamy w Camusowskim Upadku, że "sprawia, iż odpowiadają ci "tak", choć nie zadałeś pytania". Wedle pewnych plotkarzy Cossery chlubił się bliższą znajomością z trzema tysiącami kobiet, "co przewyższa priapiczną ligę Simenona", a sięga rekordu dekadenckiego mistrza fornikacji, Pierre'a Lou?sa. Gdy w końcu lat pięćdziesiątych tajemniczy tryb życia pisarza ściągnął uwagę CIA, Lawrence Durrell zaręczył stosownym czynnikom, że jego przyjaciel nie ma czasu na szpiegostwo, bo zbyt go zajmuje rżniątka.
Urodził się i zmarł w niedzielę. I cenił nade wszystko nieróbstwo. "Prawdziwe bogactwo to żyć bez pracy" - oświadczył dziennikarzowi, dodając z przekonaniem: "Lenistwo jest niezbędne dla refleksji". Tą siłą subwersywną nasycał własne pisarstwo: "Piszę po to, żeby ktoś, kto mnie przeczyta, nie poszedł nazajutrz do roboty". W zaangażowanych przyjaciołach, jak Sartre, Vian, Camus, Queneau, Roger Nimier, Louis Guilloux, Juliette Gréco pogląd ten wzbudzał perwersyjny dreszcz, zaś nihiliści, jak Tzara, Giacometti czy Genet dostrzegali w Cosserym mistrza. I słusznie, bo w swej dziwnej, jak ktoś powiedział, zmumifikowanej egzystencji Cossery był tajnym agentem chaosu.
"Nie mogę napisać jednego zdania, żeby nie zawierało jakiejś dawki buntu. Nic poza tym mnie nie interesuje. Wciąż wzburza mnie to, co widzę". Postacie Cossery'ego dziedziczą tę wywrotowość. Wegetują na skraju przyzwoitego społeczeństwa, zawiązując tam, jak mówi angielski tytuł jednej z książek (Un complot de saltimbanques, 1951), wspaniałą konspirację przeciw oficjalnej fasadzie kryjącej przemoc polityków i pieniądza. Najbarwniejszą może galerię zawiera La maison de la mort certaine: grożącą zawaleniem kamienicę zamieszkują tam bezrobotny cieśla, bezrobotny również motorniczy tramwajów, naprawiacz prymusów, sprzedawca melonów, kawiarniany śpiewak, treser małp, zamiatacz ulic i jedyny wśród nich piśmienny handlarz kradzionych kotów, haszyszysta, który - po wyczerpaniu wszelkich prób ugłaskania kamienicznika - pisze list do rządu. Ten list jest arcydziełem mimowolnej na pozór satyry. Na tytułowe grono dumnych żebraków (Mendiants et orgueilleux, 1955) składają się poeta, kiepski rzemieślnik, handlarz narkotyków, szpicel i podupadły profesor, obecnie uliczny filozof, od którego odsunąć trzeba podejrzenie, iż na narkotykowym głodzie zamordował prostytutkę.
Wszystko to przypomina po trosze Na dnie Gorkiego i Światła cyganerii Valle-Inclána z ich pamiętnym dialogiem policjanta z poetą:
"Policjant: Pański zawód?
Poeta: Zwolniony.
Policjant: Gdzie pan przedtem pracował?
Poeta: Nigdzie.
Policjant: Powiedział pan, że jest pan zwolniony.
Poeta: Zwolniony ze stanowiska człowieka wolnego i ptaka-piewcy. Czyż nie jestem stale prześladowany, więziony, poniżany, rewidowany i przesłuchiwany?
Policjant: Miejsce zamieszkania?
Poeta: Ulica Bastardillos. Pałac!
Policjant: Moja żona, kiedy jeszcze nie była moją żoną, wynajmowała mansardę w tej ruderze.
Poeta: Gdzie ja mieszkam, tam zawsze jest pałac"1.
Podejrzany z racji samego istnienia poeta jest tu właśnie bezbłędnie wytypowanym agentem chaosu, czynnikiem destabilizacji społecznego ładu. Jego odpowiednik u Cossery'ego stanowić mogą zdeklasowany inteligent, aktualnie doliniarz (Les couleurs de l'infamie; Barwy infamii, 1999), sfrustrowany tęsknotą za Paryżem student (Un complot de saltimbanques) lub, jak w Szyderstwie i przemocy (1964), groszowy rentier i złowieszczo perfidny dandys, który gromadzi wokół siebie spiskowców: młodego konstruktora latawców, dobrodusznego kupca i zgorzkniałego nauczyciela. Ów Heykal jest może idealnym wcieleniem intencji swego twórcy. Montuje bowiem spisek szyderców, przygotowujących przewrót poprzez wydrwienie tyrana. Drwina zawiera się zaś w tak monstrualnych pochlebstwach, że przedzierzgają się one we własne przeciwieństwo. Toteż w postaci Heykala objawia się najpełniej pewne generalne odkrycie, dzięki któremu pisarstwo Cossery'ego przekracza horyzont spraw egipskich czy szerzej bliskowschodnich i wkracza w domenę mitu.
W roku 1949 Joseph Campbell wyodrębnił w książce Bohater o tysiącu twarzy pewien wątek mityczny kultur indiańskich Ameryki Północnej. Jest nim trickster (szachraj, przechera) w postaci kojota, zająca lub kruka, ambiwalentna istota półboska będąca siewcą nieładu. W Opowieściach Wigwamów Czarnych Stóp stanowi on "połączenie słabości i siły, mądrości i szaleństwa", które za sprawą swych podstępów, wymierzonych przeciw bogom i ich protegowanym, pozwala pojąć, że świat stworzony został w sposób wielce niedoskonały, a to, co stanowi przedmiot powszechnej wiary, jest w istocie komiczne i bezsilne. Tego rodzaju figury zna też mitologia Zachodu: pod pewnymi względami należą do nich Hermes i Ulisses, germański Loki, celtycko-szekspirowski Puk, Lis Renart ze średniowiecznego folkloru (Reineke-lis Goethego), a nawet nietzscheański Zaratustra.
Co nie mniej ważne, takie postacie coraz to wyzierają z literatury, zwłaszcza poddanej politycznym opresjom. Od Łazika z Tormesu w inkwizycyjnej Hiszpanii przez Dyla Sowizdrzała w walczących o wolność Niderlandach, Chlestakowa w mikołajowskiej Rosji i Hersza z Ostropola w Rosji ostatnich Romanowów po Szwejka w dniach pierwszej wojny światowej, Feliksa Krulla w powojennym chaosie, Nikodema Dyzmę w czasach wielkiego kryzysu czy Ostapa Bendera w realiach wczesnosowieckiej Rosji plebejscy i podejrzani bohaterowie de Costera, Gogola, Haška, Tomasza Manna, Ilfa i Pietrowa bądź Dołęgi-Mostowicza idą przez życie tanecznym krokiem, lawirując płynnie wśród zagrożeń zdolnych zmiażdżyć wszystkich innych. Tricksterów tych nie sposób uznać za postaci pozytywne, lecz budzą podziw nadprzyrodzoną zręcznością, z jaką kompromitują wszelkie autorytety. Czasami roztaczają wręcz aurę magii, jak Ars?ne Lupin, kot Behemot, Zły Tyrmanda czy Pippi Langstrumpf. Kto chce zbadać ich styl, niech obejrzy Donalda Sutherlanda jako czołgistę Oddballa (Świrusa) w Złocie dla zuchwałych (1970) lub Bogusława Lindę w roli anarchisty Gryziaka w Gorączce (1980) Agnieszki Holland. Lub niech się wpatrzy w uśmieszek Różowej Pantery.
Słowem - nie przypadkiem Szyderstwo i przemoc, La Violence et la Dérision, zyskała po angielsku tytuł The Jokers. Spiskowców z tej powieści cechuje boska lekkość ducha, dar bliski zręczności akrobatów: chwila namysłu może być dla nich zgubna. Niestety, los zetknie ich z prawdziwym, zajadłym rewolucjonistą i stracą niewinność. Fatalny moment, gdyż Heykal i przyjaciele balansują nie tylko między powagą a żartem, lecz także między rolą budzącego litość błazna-ofiary a rolą błazna demonicznego, który budzi lęk. Między głupim Augustem i złośliwym Arlekinem. Nie wolno im opowiedzieć się po żadnej stronie. Na tym polega sztuka, i dlatego tricksterzy Cossery'ego to nade wszystko artyści życia. A ich rewoltujące działania to strategia artysty.
W tym właśnie punkcie doszukać się można, głębszej od wszelkiej satyry, filozofii życia, jaką przeczuwa i daje do zrozumienia Cossery. By ją przybliżyć, sięgnąć wypada po esej Jeana Starobinskiego Portret artysty jako linoskoczka: "Świat linoskoczków stanowi świat symbolicznie zawieszony między niebem a ziemią, między życiem a śmiercią, i to bliżej śmierci niż życia, i wszystko rozstrzyga się tam wokół sekretu przejścia. Lecz przejście owo nie wiedzie ku prawdziwemu wyzwoleniu. To wciąż zaledwie przejście od niezręczności do zwinności, od nieudolnego ćwiczenia do zapierającej dech piramidy: symbol przejścia od dzieła i sukcesu do sztuki, będącej jednak tylko antycypacją alegoryczną, zapowiednią, lecz niedostateczną, innego przejścia, które zapewnia, na progu śmierci, prawdziwe dopełnienie przez miłość".
Jan Gondowicz
Dzień zapowiadał się wyjątkowo upalnie. Policjant, który objął służbę na najelegantszym skrzyżowaniu w mieście, odniósł raptem wrażenie, że padł ofiarą mirażu. Przyczyną zaburzeń wzrokowych były zapewne strużki potu, które zalewały smętną twarz stróża porządku, upodabniając go do płaczki pogrążonej w żałobnym znoju. Zamrugał kilkakrotnie, jakby pragnął usunąć defekt optyki i zapewnić sobie lepszą widoczność; ten skromny wysiłek nie przyniósł jednak najlżejszej poprawy. Sięgnął więc do kieszonki, wyjął chusteczkę z szorstkiego materiału w biało-czerwoną kratę, brudną jak ściera, i przystąpił do energicznego pocierania twarzy. Rozjaśniwszy w ten sposób, na krótką chwilę, swoją wizję świata, ponownie zerknął w stronę mirażu; widok wprawił go w osłupienie. Zjawa przybrała bowiem postać żebraka - od dawna nie widział równie wspaniałego okazu - bezczelnie uwalonego przy narożniku wytwornego, niedawno wzniesionego gmachu. Co gorsza, w gmachu tym mieściły się bank oraz sklep jubilerski, dwa symbole uniwersalnej metafizyki, które należy ustawicznie chronić przed motłochem. Policjant schował chusteczkę do kieszonki. Cały czas mrugając, by nie stracić jasności widzenia, ruszył ku gorszycielowi. Jego oczy pałały żądzą mordu. Od miesiąca policjanci otrzymywali ścisłe wytyczne: mieli uwolnić miasto od przeklętego żebraczego plemienia, które roiło się w najzacniejszych arteriach niczym mrówki na miodowym cieście. Należy przyznać, że ze wszystkich poleceń nowego gubernatora - osoby wyróżniającej się śmiałymi inicjatywami - to właśnie było najtrudniejsze do wykonania. Gubernator żywił ambicję uzdrowienia ulic, oczyszczenia ich z tego, co plamiło ich honor; traktował ulice tak, jak gdyby chodziło o zwykłych obywateli. Rozprawiwszy się z prostytutkami, ulicznymi sprzedawcami, zbieraczami niedopałków i pośledniejszymi szumowinami, gubernator wypowiedział wojnę żebrakom, ludowi pokojowemu, ale tak mocno wrośniętemu w ziemię, że żaden z poprzednich zdobywców nie zdołał go wyplenić. Z równym powodzeniem mógłby zażądać oczyszczenia pustyni z piasku.
Policjant, gorliwy funkcjonariusz silnego państwa, zbliżył się zatem do żebraka i, zgodnie z regułami pradawnej sztuki, zaczął go obrzucać wyzwiskami, aby ukrócić jego prowokacyjną beztroskę. Żebrak nie przejął się jednak w najmniejszym stopniu tymi śmiertelnymi obelgami. Był to przeraźliwie pokurczony staruch, broda zakrywała mu niemal całą twarz, a głowa ginęła pod gigantycznym turbanem. Zamknięte oczy obrysowane grubą czarną kreską nadawały mu dwuznaczny i zniewieściały wyraz, cechę nader osobliwą u żebraka. Odziany był w niezwykle fantazyjne, pstrokate łachmany, odpowiedniejsze u linoskoczka niż u przedstawiciela żebraczej profesji. Ten ekscentryczny starzec, nestor wiecznie prześladowanego rodu, wydawał się pogrążony w letargicznej drzemce, której nie mącił nawet ogłuszający warkot samochodów przedzierających się przez skrzyżowanie. Policjant, uświadomiwszy sobie jałowość swoich inwektyw i nakazów, kopnął dziadygę raz i drugi, ażeby wyrwać go z zadziornej inercji. Zamierzał właśnie kopnąć żebraka po raz trzeci, ofiara porzuciła jednak swoją pierwotną pozycję, rozciągnęła się na ziemi i przyjęła pogardliwą pozę istoty nieożywionej. Funkcjonariusz, zdjęty grozą, pomyślał, że ukatrupił starucha; oznaczałoby to, że zdobycz wymknęła mu się z rąk. Nieżywy żebrak to mniej niż nic, co gorsza incydent mógł znaleźć nader przykry finał w postaci zwolnienia dyscyplinarnego. Musiał go mieć żywego. Pochylił się nad starcem, chwycił go za turban i jął nim potrząsać w sposób dziki i nierozumny, jak gdyby usiłował wskrzesić nieszczęśnika. To nieprzemyślane działanie okazało się fatalne w skutkach: jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki głowa sędziwego żebraka oderwała się od szyi, pozostała jednak przyklejona do turbanu, którym policjant wymachiwał niczym krwawym trofeum. Tłumek gapiów, od pewnego czasu otaczający obu protagonistów tej sceny, jęknął z przerażenia i dał upust złości, obrzucając policjanta stekiem plugawych wyzwisk. Funkcjonariusz, upuściwszy swoją makabryczną zdobycz, wpatrywał się tępo w ryczącą zgraję wyzywającą go od morderców; przypominał nieszczęśnika cierpiącego na skurcze żołądka. Po dłuższej chwili umysły gapiów, rozpalone tą poranną rzezią, zdały sobie sprawę z szachrajstwa. W istocie bowiem to, co wzięto za żebraka z krwi i kości, było zwykłym manekinem, zręcznie ucharakteryzowanym przez sumiennego artystę i wystawionym w tym szacownym miejscu w oczywistej intencji zadrwienia z policji. Odkrycie to, miast uspokoić wzburzony tłum, wpędziło go w inną skrajność; ludzie zaczęli się śmiać i szydzić z nieszczęsnego policjanta, który z rozdziawioną gębą wpatrywał się w nich mglistym, bezrozumnym wzrokiem. Docinki rozbawionego tłumu przeszywały jego mundur niczym zatrute strzały. Biedak chwycił służbowy gwizdek i dmuchając w ten instrument, wydał serię przenikliwych pisków, ażeby przywołać najwaleczniejszych spośród czających się w okolicy kolegów. Nikt jednak nie odpowiedział na wezwanie; zresztą ludzie zaczęli się już rozchodzić, nasyceni dzienną dawką rozrywki. Wszyscy powrócili do osobistych strapień, komentując zdarzenie we właściwy sobie sposób, to znaczy w nieżyczliwym duchu, tak charakterystycznym dla pospólstwa, gdy staje twarzą w twarz ze strażnikiem ładu, którego spotkało niepowodzenie.
O kilometr dalej, w izdebce z tarasem na ostatnim piętrze sześciokondygnacyjnego budynku położonego nad brzegiem morza, młody Karim, sprawca owego figla, bynajmniej nie napawał się podkopaniem gubernatorskiego autorytetu. Wcale o tym nie myślał. Rozebrany do pasa, rozciągnięty na łóżku, ospale bawił się opadającym na czoło kosmykiem włosów; przypominał zblazowanego monarchę, znużonego bogactwem i rozkoszami. Pogrążony w słodkiej bezczynności, przyglądał się z upodobaniem swej jednonocnej kochance, ubierającej się na środku pokoju. Sądząc po łagodnym uśmiechu, który chwilami rozchylał mu wargi, zdawać by się mogło, że jego oczom ukazała się cała procesja bajader, zmysłowo kręcących gibkimi biodrami, a nie to biedne stworzenie zgarnięte poprzedniego wieczora prosto z ulicy, którego skromne wdzięki nie miały już przed nim tajemnic. Atmosfera niezwykłego przepychu, jaką usiłował wywołać swym omdlałym wyrafinowaniem, przesłaniała w istocie gorączkowe napięcie, trapiące go, odkąd się przebudził. Ten sztucznie wytworzony nastrój miał zamaskować taktykę, którą Karim zwykł stosować w podobnych okolicznościach, aby ostudzić sprzedajny zapał swoich efemerycznych kochanic. Aczkolwiek pewien był wygranej, sama gra podniecała go i przyspieszała bicie serca. Chwila, w której będzie musiał postawić wszystko na jedną kartę, zbliżała się nieuchronnie.
Dla młodego Karima nie była to bynajmniej pierwszyzna; doświadczenie podpowiadało mu, że ryzyko porażki jest znikome. Mała prostytutka, którą, umieściwszy fałszywego żebraka na skrzyżowaniu, zabrał do siebie, nie będzie mu robić wstrętów; nie miała wystarczająco ognistego temperamentu, żeby wszcząć awanturę. Może się co najwyżej obrazić. Tym jednak Karim wcale się nie frasował: nie zamierzał się z nią więcej spotykać. Zresztą ewentualna klęska tej żałosnej komedii budziła w nim tylko lekki niepokój; tak czy inaczej, wszystko się za chwilę skończy. Chciał jak najszybciej pozbyć się dziewuchy. Staranna powolność, z jaką się ubierała, zaczynała mu działać na nerwy. Nie mógł się doczekać, kiedy sobie wreszcie pójdzie i zostawi go samego. Przestała go bawić. Światem musiały wstrząsnąć zdarzenia o potężnym ładunku komizmu - przytrafiają się bowiem codziennie - on zaś zamierzał smakować ich miąższ w samotności albo wraz z kompanami potrafiącymi się nimi delektować. Dzielenie się z kobietą równie subtelnymi rozkoszami nie wchodziło w rachubę. Samice były całkowicie nieczułe na ów rodzaj wytrawnego dowcipu; nie potrafiłyby należycie docenić kolosalnych niedorzeczności zawartych, dajmy na to, w ministerialnym exposé. Traktowały zupełnie serio błazeństwa tyranów sprawujących władzę. Dziewczyna była niewątpliwie ulepiona z tej samej gliny. Prócz niezobowiązujących słówek, dodających powabu miłosnym igraszkom, Karim nie miał jej nic do powiedzenia.
Patrząc, jak się ubiera, obdarzał ją cały czas, niczym szczególną łaską, swym łagodnym uśmiechem znudzonego suwerena. Dziewczyna wzuwała obecnie buty, z głową pochyloną, pokornie zgiętym karkiem. Jej milczenie denerwowało Karima; dopatrywał się w nim wyrzutu. Czy już coś przeczuwała? W końcu włożyła sukienkę.
Nadeszła chwila prawdy. Karim przybrał obojętną postawę wielkiego pana, nawykłego do hojności, brzydzącego się targowaniem, i zawołał:
- Zuzu, skarbie! Przed wyjściem sięgnij rączką do kieszeni mojej marynarki i weź, ile chcesz.
Dziewczyna nawet nie drgnęła, najwyraźniej zakłopotana tą zachętą; przez krótką chwilę wodziła wzrokiem po pokoju - może wypatrując marynarki - szybko spuściła jednak oczy, jak gdyby zdjęta nagłym wstydem. Była bardzo młoda, miała dziecinną twarz o powabnych, rozczulających rysach. Jej pokorny sposób bycia zdradzał, że w swej profesji stawiała dopiero pierwsze kroki. W bawełnianej wzorzystej sukience, ze skromną miną i dyskretnym makijażem wyglądała raczej na uczennicę niż kurtyzanę. Uciekała przed zbirami gubernatora, gdy Karim ją zaczepił i zaprosił - z właściwą sobie książęcą grandilokwencją - by spędziła noc w jego apartamencie. Należy zresztą nadmienić, że zwykł określać tym wzniosłym mianem jakiekolwiek miejsce - choćby i porośnięty chwastami skwer - w którym, w swej niezmierzonej łaskawości, postanowił się zatrzymać. Dziewczyna dała się uwieść; nie miała wyboru. Żałosna przygoda!
Stała na środku pokoju milcząca i niezdecydowana. Chwila pełna patosu! Marynarka Karima wisiała na poręczy krzesła kilka metrów od niewiasty, ale kieszenie świeciły pustką. Było w nich wprawdzie trochę pieniędzy, suma nie starczyłaby jednak na wykarmienie choćby najdrobniejszej ptaszyny. Karim obserwował dziewczynę, dręczyła go narastająca z każdą sekundą niepewność. Jak się zachowa? Czy podejdzie do krzesła i przeszuka kieszenie marynarki? Zdzira... Chyba nie ośmieli się złapać go za słowo! Czyż nie obszedł się z nią jak z księżniczką? Winna się czuć usatysfakcjonowana żarliwością uczuć okazanych jej podczas tej długiej miłosnej nocy. Karim wspomniał przesadną płomienność swoich deklaracji; o ile pamiętał, poprosił ją nawet o rękę. Nie zaniedbał niczego, aby ją podbić. Czy dziewczyna splami jego reputację i splugawi małostkowym gestem tak pięknie rozpoczętą idyllę? Byłoby to niezbyt roztropne z jej strony.
Nie mógł już dłużej znieść tego milczenia. Właśnie zamierzał otworzyć usta w desperackiej próbie ocalenia sytuacji, ale dziewczyna go ubiegła:
- Och, nie! Dziękuję. Nie trzeba.
Karim odetchnął z ulgą: rozgrywka zakończyła się zwycięstwem. Teraz mógł już nalegać bez obaw. Przeciągnął się, wbił głowę głębiej w poduszkę i okazale ziewnął.
- Ależ tak. Żądam! Weź, ile chcesz, bez ceregieli. Bo się pogniewam.
- Następnym razem - odparła dziewczyna. - Teraz niczego nie potrzebuję.
Karim przybrał obrażoną minę i uderzył w sentymentalną strunę:
- Zuzu, przykro mi to słyszeć. Sądziłem, że nie jesteśmy już dla siebie obcymi ludźmi. Wszystko, co mam, jest twoje. A może przestałaś mnie kochać?
- Nie chciałam cię urazić - wyjąkała pokornie dziewczyna, tak jakby zrozumiała, że skrzywdziła młodego mężczyznę. - Ale nie mogłabym wziąć od ciebie pieniędzy. Byłeś dla mnie taki dobry.
- Postąpiłem tak wyłącznie z miłości - odparł Karim, którego słowa dziewczyny ostatecznie utwierdziły w przekonaniu o skuteczności zastosowanej metody. - Nie chcę cię jednak do niczego zmuszać. Rób, jak uważasz. Jesteś tu u siebie. Jakbyś była moją żoną.
Uśmiechnęła się smutno, być może wyczuwając ogrom tego kłamstwa, a może rozumiejąc, że nigdy nie będzie mogła zostać jego małżonką. Chwyciła ze stołu torebkę i bez słowa zaczęła się szykować do wyjścia. W tej właśnie chwili Karima uderzyła niezwykła młodość dziewczyny; jej nieprzytomne spojrzenie i wstydliwy uśmiech poruszyły go do głębi. Po tej długiej miłosnej nocy po raz pierwszy spojrzał na nią wprost, znikła zasłona pożądania, ujrzał w niej ludzką istotę, bezbronną i prześladowaną. Spostrzeżenie to było tak bolesne, że wytrąciło go z roli zdegenerowanego monarchy; bajadery o gibkich, zmysłowych biodrach gdzieś się ulotniły, w pokoju ostał się jedynie rozdzierający widok, spektakl dojmująco realny. Nie ulegało wątpliwości, że dziewczyna wniosła w jego życie tragedię. Karim nie był przygotowany na tak przemyślne natarcie losu, zląkł się tego, co zaszło. "To doprawdy żałosne, gnębią mnie wyrzuty sumienia!" Usiłował zdusić w sobie tę słabość, ale litość, która go ogarnęła, zapuściła głęboko korzenie. Czuł, że musi coś zrobić dla tej dziewczyny. Pomóc jej za wszelką cenę, nie pozwolić jej tak po prostu odejść. Co robić? Oparł się na łokciu, z nadzieją spojrzał na marynarkę, jak gdyby spodziewał się odkryć w jej kieszeniach jakiś zapomniany skarb; nie wiedział, co począć, liczył na cud. Gorączkowo rozważał, czym, oprócz pieniędzy, mógłby obdarować dziewczynę, aby okazać jej sympatię. Wpadł wreszcie na pomysł. Nader prosty: zapyta, jak ma na imię. Karim wszystkie swoje jednonocne kochanice nazywał Zuzu, zarówno ze względów praktycznych, jak i z niechęci do zachowywania po nich jakichkolwiek wspomnień. Cóż, ten jeden raz odstąpi od swoich zasad. Omal nie rozpłakał się na myśl, że mogłaby odejść, nie wyjawiwszy mu wprzódy swojego imienia. Musiał je poznać, z nieodgadnionych powodów stało się to dla niego niesłychanie istotne.
- Jak masz na imię? - zapytał niezmiernie łagodnym głosem.
Odpowiedziała po chwili wahania, najwyraźniej wzruszona tym nagłym zainteresowaniem.
- Amar - odrzekła.
- A zatem, Amar, rad byłem cię poznać. Odwiedź mnie niebawem. Będę czekał.
- Naprawdę? - W jej oczach zapłonęły radosne ogniki. - Nie chciałabym się naprzykrzać.
- Bzdura. Prosiłem już, żebyś czuła się tu jak u siebie.
- Wspaniale. Ale na mnie już pora.
Być może należało wstać, podejść do niej i pocałować. Karim nie był jednak pewien, czy chce ciągnąć tę przygodę. Dziewczyna łamała mu serce; jak tak dalej pójdzie, dostanie przez nią nerwicy. Nie ruszył się.
- Pokój z tobą - rzekł, nie wstając z łóżka.
Zanim wyszła, nad wyraz dwornie podziękowała mu za tę noc spędzoną pod jego dachem, jak gdyby zasypano ją uprzejmościami i zaszczytami. Karim słuchał jej dziękczynnych wynurzeń z narastającą konsternacją, pomyślał, że przejrzała jego grę, w jej uprzejmych słowach doszukiwał się bezlitosnej drwiny. To było jednak nieprawdopodobne - dziewczyna promieniowała szczerością i naiwną prostotą. Karimowi zrobiło się wstyd, że wykorzystał jej łatwowierność; znów te przeklęte wyrzuty sumienia! W gruncie rzeczy na swój sposób go posiadła, właśnie to sobie uświadomił.
Amar otworzyła drzwi na zalany słońcem taras; światło wdarło się do pokoju.
- Zostaw drzwi otwarte - poprosił Karim.
Usłyszawszy, jak za dziewczyną zamykają się drzwi na klatkę schodową, poczuł, że z piersi spadł mu wielki ciężar. Wreszcie mógł swobodnie oddychać. Wyskoczył z łóżka, związał sznurek spodni od piżamy i wyszedł na taras. Mieszkał tu od tygodnia. Wspaniały widok na morze stanowił przyjemną odmianę; poprzednie lokum Karima, ciemne i duszne, było typową klitką w jednej z nędznych ludowych dzielnic. Obecnie budził się zawsze szczęśliwy i beztroski. Rozpoczynał dzień od wyjścia na taras, aby napawać oczy widokiem, którym trudno się było nasycić. Nawet z lekturą gazety, która dawniej była dla niego głównym źródłem radości - dawała mu bowiem wgląd w uniwersum wariactw wszelkiego rodzaju - wstrzymywał się aż do zakończenia tej porannej inspekcji widnokręgu. Karim, niczym odkrywca ze szczytu urwistej turni, z wyżyn swojego szóstego piętra górował nad miastem i jego rozlicznymi kryjówkami, gdzie krzątał się barwny tłumek łajdaków i głupców. Widok społeczeństwa, oddającego się najkrwawszemu rozbojowi, sprawiał mu bezgraniczną przyjemność. Nowa rezydencja wydawała mu się wymarzonym obserwatorium, w którym mógł bez przeszkód pielęgnować swoje wybujałe poczucie humoru.
Oparł się o ceglany parapet okalający taras i popatrzył na morze. Tafla wody, ciągnąca się aż po odległe opary zasnuwające horyzont, była gładka i lśniła jak lustro. Po obu stronach wznosiły się nowoczesne budynki o jasnych elewacjach, tworząc ułudę kwitnącej metropolii. Nikt, kto spojrzałby na nie od strony morza, nie domyśliłby się, że owa fasada ukrywa smrodliwy ogrom ludowych dzielnic, bezlik cuchnących nor zarosłych tysiącletnim brudem. Karim czuł na swej nagiej piersi słoneczny skwar; odetchnął głęboko, pochylił się i spojrzał w dół na wybetonowaną drogę, która ciągnęła się przez kilka kilometrów wzdłuż brzegu. Była to szeroka dwupasmowa aleja z deptakiem dla spacerowiczów, którzy plując na wszystkie strony pestkami arbuzów, przychodzili tu wieczorami, spragnieni morskiej bryzy. Szaleńczo rozpędzone samochody widziane z góry przypominały popsute zabawki mechaniczne. Niekiedy, co bardzo uszczęśliwiało Karima, zaspany dorożkarz przyczyniał się do uczłowieczenia owego piekielnego wyścigu ku nicości. Beztrosko odpoczywający ludzie stanowili jednak coraz rzadszy widok. Policja ścigała gnuśność i nieróbstwo, traktując je jak zbrodnię wymierzoną w żywotne interesy narodu. Tak oto zmierzchała cywilizacja łatwej i przyjemnej egzystencji. Chodnikiem zastrzeżonym dla spacerowiczów pędziło kilku przechodniów spieszących się nie wiadomo dokąd. Krajobraz uległ zmianie; nigdzie nie było widać włóczęgów wygrzewających się w promieniach słońca. Nikt się nie wylegiwał ani nawet nie siedział na ziemi. Żebractwo zostało najwyraźniej skazane na zejście do podziemia. Gdzież podziali się amatorzy jałmużny, w jakichże norach się skryli? Wątpliwe, by wszyscy znaleźli zatrudnienie w fabrykach. A zatem?
Jakie to smutne! Brak żebraków na drodze nadbrzeżnej był symbolem nowych czasów. Tępota i absurdalne pomysły gubernatora zdołały przeobrazić miasto nie do poznania. Karim był ciekaw, co stało się z manekinem, którego umieścił poprzedniego dnia w centrum dzielnicy europejskiej. Czy już go uprzątnięto? Żałował, że nie mógł obserwować policyjnej obławy na fałszywego żebraka; musiała to być doprawdy pocieszna scena. Może prasa odnotowała to wydarzenie? Raczej nie. Redaktorzy chodzili na pasku gubernatora; nie ośmieliliby się opublikować informacji, która naraziłaby go na drwiny nawet trzyletnich berbeciów. Mniejsza o to. Gubernator dowie się o tej próbie ośmieszenia jego rozkazów. Jego tępy łeb eksploduje, nie zmieści się w nim bowiem myśl, że ktoś mógłby sięgnąć po równie niezwykły oręż. Dotychczas gubernator miał do czynienia wyłącznie z członkami podziemnej partii rewolucyjnej. Zapuszkował kilku z nich, jak to zresztą czynili jego znamienici poprzednicy, łatwo radzący sobie z rewolucyjnym fermentem. Wykazawszy swą siłę, stłumiwszy opozycję warstw pracujących, nie obawiał się wywrotowej propagandy. Znał tylko jeden gatunek niespokojnych duchów: zapiekłych w nienawiści, szczycących się własnymi działaniami, gotowych ponieść śmierć w imię prawa i sprawiedliwości. Słowem, osobników, którzy, podobnie jak on sam, uważali się za ludzi poważnych. Nie podejrzewał nawet, że w mieście pojawili się rewolucjoniści całkiem nowego pokroju. Rewolucjoniści szyderstwa i kpiny, którzy widzieli w nim - i w jemu podobnych na całym świecie - ucieszną, groteskowo podrygującą kukłę. Karim gotował mu najsroższe udręki. Zamierzał wywołać insurekcję nowego typu, wobec której gubernator będzie całkowicie bezradny. Fałszywy żebrak był oczywiście udanym, nader zabawnym figielkiem, ale bagatelą w porównaniu z wielkim, właśnie przygotowywanym, zwariowanym przedsięwzięciem. Karim wiedział, że jego przyjaciel i towarzysz, niezrównany Heykal, szykował potajemnie akcję, która swoją subtelnością i rozmachem miała na zawsze pogrzebać autorytet gubernatora. Prawdę mówiąc, nie był wtajemniczony w sedno owego planu, Heykal wolał zataić szczegóły swojego wesołego spisku. Pewien fakt dowodził jednak, że podstępna operacja miała się niebawem rozpocząć. Heykal postanowił w końcu zobaczyć się z kupcem Khaledem Omarem; poprosił Karima, aby przekazał tej osobistości, że spotkanie odbędzie się dziś wieczór. Oznaczało to, że Heykal zdołał opracować plan ataku i potrzebuje już tylko funduszy, które pozwolą go przeprowadzić. Ze względu na swój majątek i rozległość horyzontów Khaled Omar był człowiekiem, jakiego potrzebowali. Słowem, dziś wieczór coś się wreszcie wydarzy; Heykal wyłuszczy swój plan. Spotkanie miało się odbyć w jednej z kawiarń dzielnicy europejskiej. Heykal wyraźnie zaznaczył, że pragnie się widzieć z kupcem w cztery oczy, prawdopodobnie zamierzał roztoczyć swój urok osobisty bez świadków. Karim nie martwił się o wynik spotkania. Jego przyjaciel potrafił oczarować wszystkich rozmówców; Khaled Omar będzie zachwycony. Heykalowi nie sposób się oprzeć.
Kupiec nie zaliczał się do rannych ptaszków, na złożenie wizyty było więc za wcześnie. Karim skracał sobie oczekiwanie, przechadzając się w tę i we w tę po tarasie; usiłował rozmyślać o rozlicznych utrapieniach, które wraz ze swymi przyjaciółmi gotował niecnemu gubernatorowi. Obsesyjnie wracał jednak myślami do młodej ladacznicy, którą wystrychnął na dudka, udając płomienną miłość. Obiecał sobie, że jeśli ją jeszcze spotka, podaruje jej trochę pieniędzy albo jakiś prezent. Ukojony tym altruistycznym zamysłem, wrócił do pokoju i skierował się prosto w kąt, w którym piętrzył się stos wielobarwnych latawców, dużych i małych, wykończonych lub dopiero w budowie. Od kilku miesięcy oddawał się z wielkim upodobaniem konstruowaniu latawców. Sprzedawał swoje wyroby handlarzowi cukierków i prażonej ciecierzycy - mającemu liczną dziecięcą klientelę - którego sklepik znajdował się przy jednej z sąsiednich ulic. Karim uważał, że wpadł na genialny pomysł: w epoce samolotów odrzutowych rzucić wyzwanie zgubnemu postępowi świata zachłyśniętego mechaniką i wyrabiać latawce, wspaniałe błahe zabawki. Pokrzepiał go widok tych lekkich i kojących przedmiotów, które drwiły sobie w przestworzach z ciężkich statków powietrznych, topornych maszyn wyzbytych wszelkiej poezji.
Pogrzebał przez chwilę w stercie, wyciągnął z niej ledwie rozpoczęty latawiec; szkielet, wykonany z łodyg trzciny związanych pośrodku sznurkiem, zapowiadał zabawkę zdumiewających rozmiarów. Chwycił nożyczki, kilka rulonów kolorowego papieru i spodek, w którym rozrobił na klajster wodę i mąkę. Zaniósł to wszystko na taras i położył na terakotowych płytach posadzki. Natychmiast przystąpił do dzieła, ze skrupulatnością i surową powagą uczonego budującego machinę zdolną odbyć podróż na Księżyc.
Całkowicie pochłonięty pracą nie zauważył intruza. Postać o nędznej aparycji, która wdarła się na taras, stała tuż przy drzwiach prowadzących na klatkę schodową, sapiąc ciężko, na próżno usiłując złapać oddech. Blade, chorobliwie wyglądające indywiduum, na oko pięćdziesięcioletnie, ściskało pod pachą aktówkę, w ręku zaś trzymało złożony parasol, podpierając się nim dość niepewnie. Jego zadyszka przeszła po chwili w dychawiczny kaszel; omal się nie zadusił. Usłyszawszy owo ochrypłe szczekanie, Karim podniósł głowę i oniemiały ze zdumienia wlepił wzrok w nieproszonego gościa. Ten zaś patrzył na niego jak ktoś, kto rozpoznał w tłumie znajomą twarz, ale nie jest tym widokiem uradowany.
- Czy mam do czynienia z niejakim Karimem?
- Tak, to ja. O co chodzi?
- Policja - odparł mężczyzna. - Powierzono mi śledztwo w twojej sprawie.
Karim natychmiast powstał z kucek, nie spuszczając mężczyzny z oczu. Osobliwy policjant! Mimo kanikuły ubrany był tak, jakby zamierzał stawić czoło najsroższej zimie. Miał na sobie garnitur z grubego ciemnego płótna i wełniany szalik owinięty wokół szyi. Na jego mizernej twarzy malowały się powaga i niepokój, ale nie surowość. Był to ów dostojny wyraz, który często przybierają osoby chore, skazane na przedwczesną śmierć. Sprawiał wrażenie skrajnie wycieńczonego. Wspinaczka na szóste piętro okazała się wyzwaniem zbyt trudnym jak na jego lata. Oślepiało go zalewające taras słońce; otworzył parasol i korzystając z przychylnego cienia, przyjrzał się bacznie młodzieńcowi. To pocieszne zachowanie zbawczo wpłynęło na Karima, rozwiewając jego obawy. Podszedł do policjanta.
- Czego właściwie dotyczy to śledztwo? - zapytał.
- Moglibyśmy wejść do mieszkania? Chciałbym usiąść. Muszę z tobą porozmawiać.
- Ależ to dla mnie zaszczyt! - zawołał Karim. - Proszę wejść.
Policjant złożył parasol i wkroczył do pokoju. Karim podążył za nim bez lęku. Zastanawiał się, jakie mogą być powody owego najścia. Od dawna już nie miał do czynienia z policją. Nie wierzył, że mogli go namierzyć - i to tak błyskawicznie - jako sprawcę hecy z fałszywym żebrakiem. Chyba że władze parały się okultyzmem! Było to raczej nieprawdopodobne. Cóż, zobaczymy. Minę owego dychawicznego policyjnego zmarzlucha uznał za dobry omen.
Karim nie uchybił zwyczajowym grzecznościom.
- Racz spocząć wygodnie, ekscelencjo. Mam nadzieję, że darujesz mi bałagan. Ledwo się wprowadziłem.
- To bez znaczenia. Nie przyszedłem z wizytą towarzyską.
Policjant usiadł na krześle; nadal trochę posapywał, ale coraz ciszej. Karim narzucił marynarkę na gołe ciało; przypomniał sobie, że należy się przyzwoicie zachowywać w obliczu przedstawiciela porządku publicznego, choćby konającego i dławionego astmą. Odkąd poznał Heykala, to znaczy od kiedy życie przybrało kształt komedii pełnej śmiechu wartych niedorzeczności, Karim wyzbył się wszelkiej dumy w swoich kontaktach z tymi, którzy dysponowali choćby odrobiną władzy. Należało udawać idiotę, jeszcze głupszego od nich. Był to jedyny sposób, aby uwolnić się od tej zgrai. Heykal wyjaśnił mu, że godność ma wartość jedynie pośród ludzi równych sobie i darzących się wzajemnie szacunkiem. Zachowywanie godności wobec policjanta czy innego reprezentanta władzy nie ma sensu. Równie dobrze można by się starać zachować z godnością na widok wściekłego psa. Gdy spotykamy wściekłego psa, mówił Heykal, roztropność nakazuje nam wziąć nogi za pas. Co się zaś tyczy ludzi zasługujących na to, byśmy zachowywali się wobec nich z godnością, jest ich w całym szerokim świecie tak niewielu, że będziemy z nimi mieć do czynienia wyjątkowo rzadko.
Karim zapiął marynarkę, usiadł i wyrzekł tonem osoby oczekującej wiadomości szczególnej wagi:
- Słucham.
Dziwaczny policjant wyjął z aktówki jakąś kartkę i wlepił w nią wzrok.
- Mieszkasz tu od dawna?
- Mniej więcej od tygodnia. Jak widzisz, dopiero się wprowadziłem. Zamierzam umeblować ten pokój nowocześnie. Byłem umówiony ze stolarzem, niestety, właśnie owdowiał i nie przyszedł. Muszę wezwać innego fachowca.
Policjant westchnął i pokiwał głową, jak gdyby żal mu było rozwiewać tak piękne złudzenia.
- Nie rób tego - rzekł.
- Czemu?
Policjant zmrużył oczy i zbliżył twarz do Karima, jakby zamierzał mu powierzyć straszny sekret.
- Czy wiesz, poczciwy młodzieńcze, że ten budynek znajduje się na drodze strategicznej?
Karim, słysząc tak komiczne oświadczenie, zdołał jednak zachować powagę. Na jego obliczu nie odmalował się nawet cień uśmiechu. Można było pomyśleć, że słowa policjanta wywarły na młodzieńcu silne wrażenie. Odpowiedział ze skruchą, tonem, którego nie powstydziłby się obywatel przejęty sprawami państwa:
- Nadbrzeżna aleja to droga strategiczna? Nie miałem o tym pojęcia, ekscelencjo. Klnę się na honor, nie wiedziałem.
- Teraz już wiesz. To droga strategiczna szczególnego znaczenia. Codziennie korzystają z niej mężowie stanu, zagraniczni dyplomaci, wielcy dowódcy wojskowi.
- Zgoda - rzekł Karim. - Nie pojmuję jednak, jaki to ma związek ze mną?
- Naprawdę nie rozumiesz?
- Klnę się na Allaha! Nie rozumiem. Staram się, ale nie pojmuję.
- Pozwól, że cię oświecę. Stanowisz zagrożenie dla porządku publicznego.
- Ja?! O co mnie oskarżacie?
- Na razie o nic - przyznał policjant. - Ale znajdujesz się na czarnej liście. Miałeś już z nami do czynienia, prawda?
- Owszem, nie przeczę. To było jednak dwa lata temu, za poprzedniego gubernatora.
Policjant znów pokiwał głową, tym razem z politowaniem, jak gdyby przykro mu było słuchać równie niedorzecznych argumentów. Doprawdy, ci rewolucjoniści są rozbrajająco naiwni.
- Jeśli nie lubiłeś poprzedniego gubernatora, nie ma chyba powodów, abyś darzył miłością obecnego - oświadczył. - Znamy was, narwani wichrzyciele!
Oczywista celność tego twierdzenia zaskoczyła Karima tak, że stracił na chwilę rezon. Jak odpowiedzieć na takie dictum? Nie da się przecież zapędzić w kozi róg temu nędznemu policjantowi i jego wariactwom. Musi wytrwać do końca.
Zakwestionowano jego szczerość, stanął w jej obronie.
- Cóż za mylny wniosek, ekscelencjo! Ja miałbym nie kochać gubernatora? Tylko ślepiec mógłby go nie darzyć miłością. Spójrz na mnie: czy jestem ślepy? Powiem ci szczerze, że dla mnie nasz rząd jest jak rodzony ojciec. Trudno mi lepiej wyrazić szacunek, jakim go darzę.
- A gdzie się podziewa twój ojciec?
- Nie żyje - odparł Karim. - Jestem sierotą.
Być może uznawszy, że pora wykorzystać niespodziewaną szansę i podkreślić swoją rolę skruszonego buntownika, Karim po chwili był już na granicy płaczu. Chwyciwszy się za czoło, jął mamrotać, bez mała łkając, nieskładne zdania, w których była mowa o prześladującym go pechu i nieszczęściach spadających nań od najwcześniejszego dzieciństwa. Włożył spory wysiłek w osiągnięcie tego melodramatycznego realizmu; jeśli nie przekonał w pełni swojego rozmówcy, to najwyraźniej go poruszył. Policjant milczał, wyczekując końca tej boleściwej skargi. Karim wymierzył mu jednak ostateczny cios, wspominając o swojej biednej matce, zmarłej na osobliwą chorobę (wielce przypominającą astmę). Z fachowością wykwalifikowanego lekarza opisał symptomy i straszny przebieg tej dolegliwości.
Oczy policjanta zasnuły się smutkiem, na twarzy malowało się życiowe doświadczenie i melancholia. Pracował w swoim fachu od trzydziestu lat z okładem; niedole egzystencji nie miały już przed nim tajemnic. Sceptyczny stosunek do pożytków płynących z ładu społecznego i całkowity brak ambicji zamknęły przed nim ścieżkę kariery, w jego profesji cynizm i brutalność były jedynymi środkami dostępu do wyższych rang. Szczery humanitaryzm popychał go do bratania się z ludźmi. Ten młodzieniec mógłby być jego synem; poruszyło go jego cierpienie, prawdziwe lub udawane.
- Z czego żyjesz? Pracujesz?
- Oczywiście - odparł Karim. - Jestem konstruktorem.
- Konstruktorem czego?
- Latawców.
- Kpisz sobie ze mnie?
- Gdzież bym śmiał, ekscelencjo! To najprawdziwsza prawda. Nie ma w tym nic niezwykłego. Zresztą sam się przekonaj. Pokażę ci kilka swoich dzieł.
Podniósł się żwawo i udał w kąt pokoju, gdzie składował latawce. Wyjął ze sterty dwa, różniące się kształtem oraz kolorem, i uniósł je wysoko, każdy w innej ręce, aby policjant mógł nasycić oczy ich widokiem.
- Spójrz. Widzisz te latawce? To moje dzieło. Nie znajdziesz im równych, nawet za granicą. Dostaję zamówienia ze wszystkich zakątków świata. Niebawem będę musiał zatrudnić czeladników.
Policjant, który nie mógł jakoś uwierzyć w tę historię, przypatrywał się obu latawcom, unoszącym się przed jego oczami niczym senne widziadła.
Pragnął sporządzić przychylny raport, zdawał sobie jednak doskonale sprawę, że mimo najlepszych chęci nie zdoła przedstawić konstruowania latawców jako uczciwego rzemiosła. A przecież, pomyślał, muszą istnieć ludzie, którzy się tym parają, latawce nie rosną na drzewach. Jak przekonać zwierzchników, nie budząc w nich dodatkowych podejrzeń, że były rewolucjonista i wywrotowiec oddaje się takiemu zajęciu?
- To niepoważne - stwierdził. - Jeśli umieszczę to w raporcie, przełożeni uznają, że kpiny sobie robię.
- Dlaczego? Nie ma w tym nic niestosownego. Owszem, jest to praca skromna, ale dająca radość tysiącom dzieci, które z lubością puszczają latawce. Jakże możesz mieć mi za złe, ekscelencjo, że zajmuję się tym, co uszczęśliwia dzieci? Dzieci to przecież bohaterowie jutra. Skłonny jestem przyznać, że dla powierzchownego obserwatora latawce stanowią przedmiot czczej rozrywki. Jeśli jednak zastanowimy się głębiej nad tym zagadnieniem, dojdziemy do wniosku, że dzieci uprawiające ów łagodny sport, nabywają nie tylko fizycznej tężyzny, ale również zdrowego stosunku do społeczeństwa, co pozwoli im wyrosnąć na uczciwych i praworządnych obywateli. Nie ulega zatem wątpliwości, że pracuję dla dobra kraju.
Policjant śledził tę długą tyradę z najwyższym wysiłkiem. Młodzieniec coraz bardziej go zadziwiał. Jeśli nawet przestał być rewolucjonistą, z pewnością był wariatem. Pomyślał o swoim raporcie. Trudności piętrzyły się aż po samo niebo.
- Chciałbym o coś zapytać... - Karim przerwał milczenie.
- Śmiało.
- Czy masz dzieci?
Teraz z kolei pchał nos w sprawy osobiste. Może jeszcze zapyta, czy ma ładną żonę!
- Tak, mam dzieci. Niech ich Bóg strzeże!
- Ile mają lat?
- Najstarszy skończył trzynaście.
- Cóż za wspaniały zbieg okoliczności! Czy mógłbym zatem ofiarować im jeden z moich latawców? Byłby to dla mnie wielki zaszczyt, sprawiłoby mi to nieopisaną rozkosz.
Policjant zaprotestował, uczynił to wszakże grzecznie i bez ostentacji.
- Jeśli się nie mylę, usiłuje pan skorumpować funkcjonariusza. Będę zmuszony wspomnieć o tym w raporcie.
- Skorumpować cię! - krzyknął Karim. - Niech mnie piekło pochłonie! Ekscelencjo, uraziłeś moje uczucia. Tak bardzo kocham dzieci! Na ich widok łzy same cisną mi się do oczu. Nie pojmuję, jak mogłeś uznać mój dar za próbę korupcji. To był ludzki, spontaniczny gest; miałem najszlachetniejsze intencje. Jeśli nie przyjmiesz mojego skromnego podarku, poczuję się zhańbiony.
Wyglądał tak, jakby miał się za chwilę rozpłakać.
Umysł policjanta został wystawiony na ciężką próbę. W tym śledztwie wszystko było takie niepewne, tak różne od spokojnej rutyny. Czy młodzieniec jest szczery? Policjant przychylał się do tego wniosku. Żaden z tych dumnych, zacietrzewionych rewolucjonistów, przepojonych nienawiścią i chęcią mordu, nie wypowiadałby się w ten sposób, bezwstydnie ulegając mazgajstwu. Tak, to przesądzało sprawę. Najdziwniejsze, że ta pewność zasmucała go, sam nie wiedział czemu. Jak wyglądałby świat, gdyby wszyscy rewolucjoniści okazali skruchę i chęć poprawy? Miał wrażenie, że gdzieś w oddali zgasło światło.
Karim odłożył na stertę jeden z latawców, ale drugi wciąż podtykał policjantowi pod nos, wyciągając rękę w błagalnym geście. Na jego twarzy malował się wyraz nieznośnych cierpień moralnych.
- Nie przeżyłbym takiej zniewagi!
Policjant odznaczał się litościwym sercem. Jego opór słabł. Miał mgliste poczucie, że postąpił niegrzecznie. Odrzucenie prezentu ofiarowanego z taką żarliwością byłoby pogwałceniem elementarnych zasad dobrego wychowania.
W końcu ustąpił, chodziło przecież o drobny upominek. Zakasłał, aby ukryć wzruszenie.
- Zgoda. Niech i tak będzie. Ale wezmę najmniejszy.
- Będę twoim dłużnikiem - rzekł Karim nadskakująco. - Zmyłeś ze mnie hańbę.
Wziąwszy policjanta pod ramię, zachęcił go, by sam dokonał wyboru. Policjant wahał się przez chwilę, aż wreszcie wybrał najmniejszy latawiec. Kwestia transportu nie dawała mu spokoju. Będzie musiał dźwigać przez całą drogę do domu tę kłopotliwą zabawkę; minę miał nietęgą.
- Proszę pozdrowić dzieci - powiedział Karim. - Mam nadzieję, że będą się dobrze bawić.
- Dziękuję w ich imieniu - rzekł policjant, kierując się do wyjścia. - Muszę sporządzić raport. Niebawem cię wezwiemy.
- Twoje odwiedziny pokrzepiły mnie na duchu - odparł Karim. - Czułem się samotny i opuszczony. Jestem ci wielce zobowiązany.
Wyszedł z policjantem na taras i odprowadził go aż na klatkę schodową, zginając się w ukłonach i zapewniając o swojej dozgonnej wdzięczności. Przez kilka następnych minut zachowywał tę uniżoną, pełną szacunku postawę, po czym, niespodziewanie, wybuchł gromkim śmiechem.
Nie mógł pohamować wesołości. A więc bulwar stał się drogą strategiczną! Wszeteczni łajdacy! Wymyślili sobie drogi strategiczne! Banda pyszałków! Dla prestiżu nie cofną się przed niczym! Ale zmuszać go do przeprowadzki z tak idiotycznego powodu?! Szczyt wszystkiego! Należało bezzwłocznie podjąć jakieś kroki, by zapobiec tej groźbie. Nie da się wyrzucić, z nim nie pójdzie im tak łatwo. Przede wszystkim trzeba wpłynąć na tego biednego policjanta, zanim sporządzi swój raport. Zgodził się w końcu przyjąć latawiec, czemuż nie miałby przyjąć kolejnego podarku? Karim postanowił pomówić o tej sprawie z kupcem Khaledem Omarem. Ten człowiek ma znajomości we wszystkich środowiskach, na pewno zdoła nawiązać kontakt z policjantem, a może nawet z jego przełożonymi. Poza tym Khaleda Omara stać na przekupienie całej armii funkcjonariuszy. Karim pozbierał swoje narzędzia i zaniósł je do pokoju. Ubrał się szybko i opuścił mieszkanie; najwyższa pora złożyć wizytę kupcowi.
Kiedy znalazł się przed domem, przystanął i przez dłuższą chwilę wpatrywał się ze złośliwym błyskiem w oczach w nadbrzeżny bulwar. Z trudem zwalczył w sobie chęć oszczania drogi strategicznej.