Szwedzkie kalosze - Henning Mankell

Reflow text when sidebars are open.
Stałem i patrzyłem na mój spalony dom. Momentami zdawało mi się, że kiedy patrzę wystarczająco długo, dom podnosi się ze zgliszczy i staje na swoim miejscu.
Pogorzelisko wyglądało jak pole bitwy. Podobna ruina mogła równie dobrze powstać w wyniku eksplozji granatów ciskanych z czołgów przejeżdżających przez moją wyspę.
Z każdą chwilą czułem się coraz bardziej roztrzęsiony. Widok osmalonej jabłoni napawał mnie smutkiem i zarazem obrzydzeniem. To było jak brutalny atak na pamięć po moich dziadkach. Wyobraziłem sobie, że od teraz jabłoń będzie rodziła czarne, śmierdzące dymem owoce, których nikt nie będzie chciał jeść. Drzewo wciąż żyło, ale równocześnie było martwe.
Podszedłem bliżej. Czarna ruina była również cmentarzem. Zostało na niej skremowane całe moje dotychczasowe życie. W ciągu paru godzin mój dom zamienił się w piec, a potem strawił wszystkie moje rzeczy w niszczycielskim żarze.
Minęło pół doby, odkąd wybiegłem z domu w niepasujących kaloszach. Wciąż nie zdawałem sobie sprawy z rozmiarów katastrofy. W myślach ciągle mieszkałem w domu, w którym bawiłem się jako mały chłopiec i w którym zamieszkałem po wielu latach, kiedy nie mogłem już dłużej pracować jako lekarz.
Zaczynałem odczuwać niejasną, ale narastającą tęsknotę za wszystkim, co spłonęło. Najbardziej brakowało mi dzienników okrętowych, jak nazywałem swoje pamiętniki. Teraz były już kupką popiołu. Wybiegając z płonącego domu, nawet nie pomyślałem o tych tomach w czarnej oprawie. Ratowałem życie. Wybiegłem z paszczy smoka z pustymi rękami.
Potem pomyślałem o butach uszytych przez Giaconellego. Została z nich tylko jedna sprzączka i leżała teraz na plandece rozłożonej przez Alexanderssona.
Wyglądała jak duży chrząszcz. Jak jelonek rogacz, którego widywałem w dzieciństwie na tej wyspie. Z czasem jelonki znikły i nikt nie umiał powiedzieć, co się z nimi stało. Kiedyś zapytałem Janssona, czy nie widział ich pod dębami na innych wysepkach. On z kolei zapytał mieszkańców, którym dostarczał pocztę, ale wszyscy oprócz starej wdowy Sjöberg twierdzili zgodnie, że nie widzieli tych chrząszczy od lat sześćdziesiątych. Wdowa Sjöberg utrzymywała, że ma ich u siebie całe mnóstwo, ale wszyscy wiedzieli, że lubi kłamać, i to nie tylko w kwestii swojego wieku.
Skórzane buty ręcznie uszyte dla mnie przez mistrza Giaconellego przeistoczyły się po śmierci w chrząszcza jelonka rogacza z osmalonego metalu. Byłem ciekaw, jaki to stop. Srebrny świecznik, który dałem dziadkom w prezencie na złote gody, stopił się w żarze i zlepił się z jakimiś spalonymi resztkami czegoś.
Sprzączka jednak przetrwała. Niestety nie mogłem zapytać Giaconellego, z czego została wykonana, bo po wielu latach spędzonych w lasach prowincji Hälsingland, gdzie prowadził warsztat szewski, słuchając muzyki operowej na starym tranzystorze, nagle zdecydował się wrócić do Włoch.
Wyglądało to tak, jakby wyjechał w wielkim pośpiechu. Nie poinformował o wyjeździe swoich nielicznych przyjaciół, nie zamknął nawet swego warsztatu. Kiedy jeden z sąsiadów przyszedł pewnego dnia, żeby zreperować dziurawą podeszwę w butach roboczych, zastał drzwi otwarte na oścież i trzaskające na wietrze.
Giaconelli zrealizował wszystkie przyjęte zamówienia, a potem nagle podniósł się z krzesła przy warsztacie i zniknął.
Jakiś czas później dowiedziałem się od mojej córki Louise, że wrócił do Włoch, do rodzinnej miejscowości Santo Ferrera na północ od Mediolanu, wynajął pokoik w skromnym pensjonacie i położył się do łóżka, żeby umrzeć w spokoju.
Nie wiedziałem, co stało się z porzuconym przez niego warsztatem, pełnym narzędzi i szewskich materiałów. Louise nie odpowiedziała mi na pytanie o to, podejrzewałem więc, że ona też tego nie wie.
Podniosłem sprzączkę z plandeki. Minęły dwa tygodnie od mojej ostatniej rozmowy z Louise. Zadzwoniła późnym wieczorem, tuż po tym, jak położyłem się spać. Była wtedy w hałaśliwej kawiarni gdzieś na obrzeżach Amsterdamu. Nie powiedziała mi, co tam robi, choć dwukrotnie powtórzyłem pytanie. Rozmawialiśmy krótko. Louise zadzwoniła, żeby sprawdzić, czy wciąż żyję, a ja zapytałem, jak się miewa. Przyszło mi wtedy na myśl, że na przemian odgrywamy rolę pacjenta i lekarza.
Uznałem, że osmalona sprzączka będzie pamiątką po uszytych dla mnie na zamówienie butach oraz chrząszczach, jelonkach rogaczach, które mieszkały kiedyś na tej wyspie. Byłem ciekaw, jak Louise zareaguje na wieść, że doszczętnie spłonął dom, który miała kiedyś odziedziczyć.
Słabo znałem córkę, więc nie potrafiłem wyobrazić sobie jej reakcji. Równie dobrze mogła wzruszyć ramionami i więcej nie poruszać tego tematu, jak i wpaść w szał i krzyczeć na mnie, że na pewno mogłem zapobiec katastrofie. Mogła też nazwać mnie piromanem, chociaż nie było dowodu, że sam podpaliłem dom.
Odłożyłem sprzączkę na plandekę, wróciłem do przyczepy, zjadłem resztę kanapek od Janssona, a potem zszedłem na pomost, do szopy z hangarem. Trzymam w nim małą plastikową łódkę ze zdejmowanym silnikiem zaburtowym. Silnik ma osiemnaście koni mechanicznych i kiedy jest bezwietrznie, rozwijam prędkość do dwunastu węzłów. Włączyłem silnik, usiadłem na zapleśniałej poduszce i wypłynąłem. Okrążywszy cypel, zwiększyłem prędkość.
Potem odwróciłem się i zamarłem. Z miejsca, w którym znajdowałem się w tej chwili, zawsze było widać ponad drzewami dach i górną część okien mojego domu. Teraz nie było tam nic. Widok wstrząsnął mną do tego stopnia, że o mało nie rozbiłem się o Kogrundet, wysepkę wystającą z wody kawałek za cyplem. Udało mi się ją ominąć w ostatnim momencie.
Kiedy wypłynąłem jeszcze dalej w głąb zatoki, wyłączyłem silnik i pozwoliłem łódce unosić się swobodnie na wodzie. Morze było spokojne i ciche. Wokół nie było żadnych innych łodzi, żadnych dźwięków, prawie żadnych ptaków. Dostrzegłem tylko nurogęś lecącą szybko tuż nad wodą w stronę pobliskich wysepek.
Zadrżałem z zimna. Uczucie chłodu utkwiło gdzieś w głębi mnie. Łódka dryfowała na niewyczuwalnym wietrze. Położyłem się na jej dnie i utkwiłem wzrok w niebie, na którym chmury zaczynały gęstnieć. Pomyślałem, że wieczorem spadnie deszcz.
Woda uderzała z cichym pluskiem o plastikowe burty mojej łodzi. Próbowałem podjąć decyzję, co mam robić dalej.
Nagle zadzwoniła komórka pożyczona od Janssona. Nie mógł dzwonić nikt inny, jak tylko on.
- Masz jakiś problem z silnikiem? - zapytał.
Widzi mnie, pomyślałem. Podniosłem się i rozejrzałem, ale wokół było pusto. Nigdzie nie dostrzegłem jego łodzi.
- Dlaczego miałbym mieć problem z silnikiem? - odparłem, ale zaraz po tym pożałowałem poirytowanego tonu. Jansson zawsze miał dobre zamiary. Czasem myślałem sobie o nim, że te niezliczone listy, które dostarczał mieszkańcom przez długie lata pracy, były niczym innym jak wyznaniem miłosnym pod adresem coraz mniej licznych ludzi zamieszkujących ten archipelag. Sądzę też, że czytanie wszystkich pocztówek otrzymywanych albo wysyłanych przez wczasowiczów uważał za obowiązek służbowy. Musiał przecież wiedzieć, jacy ludzie przyjeżdżają latem na nasze wyspy, jakie mają poglądy na świat i zamiary wobec mieszkańców.
- Gdzie jesteś? - zapytałem Janssona.
- W domu - odparł krótko.
Było jasne, że kłamie. Gdyby rzeczywiście był u siebie na St?ngkär, nie widziałby mnie dryfującego w łódce po tej stronie zatoki. Poczułem rozczarowanie. Przez długie lata spędzone na wyspie nigdy nie pozwalałem na to, by czyjeś zachowanie wpływało na pogorszenie mojego nastroju. Właściwie nie obchodziło mnie, że Jansson czasem mija się z prawdą, ale nagły pożar mojego domu wytrącił mnie z równowagi.
Podejrzewałem, że Jansson czai się na którejś z wysepek z lornetką w ręce.
Po chwili namysłu powiedziałem mu, że wyłączyłem silnik, bo potrzebowałem ciszy do namysłu. Zaraz zamierzam jednak popłynąć dalej, na stały ląd, i zrobić jakieś zakupy.
- Włączam silnik - oznajmiłem. - Posłuchaj dobrze, a przekonasz się, że wszystko jest z nim w porządku.
Rozłączyłem się, zanim zdążył odpowiedzieć. Silnik odpalił gładko. Zwiększyłem prędkość i popłynąłem w stronę lądu.
Mój samochód był stary, ale zawsze mogłem na nim polegać. Trzymałem go na działce blisko portu, należącej do dziwnej kobiety, która nazywała się Rut Oslovska. Z tego, co wiedziałem, nikt nie mówił o niej Rut, ale wszyscy nazywali ją po prostu Oslovska. Pozwalała mi parkować na swojej ziemi, bo od czasu do czasu mierzyłem jej ciśnienie krwi. Trzymałem aparat do mierzenia ciśnienia i stetoskop w schowku w samochodzie. Oslovska miała podwyższone ciśnienie, mimo że od paru lat zażywała metoprolol. A ponieważ nie miała jeszcze czterdziestki, sam byłem zdania, że lepiej jest mieć jej ciśnienie pod kontrolą.
Oslovska miała szklane lewe oko. Nikt nie wiedział, jak je straciła. Właściwie nikt nie wiedział o niej zbyt wiele. Jansson powiedział mi kiedyś, że pojawiła się na archipelagu jakieś dwadzieścia lat temu. Wówczas słabo mówiła po szwedzku. Dostała azyl, a potem szwedzkie obywatelstwo. Twierdziła, że pochodzi z Polski. Ale podejrzliwy Jansson podkreślał, że nikt nigdy nie widział jej paszportu ani żadnego dokumentu potwierdzającego, że jest obywatelką Szwecji.
Ku zaskoczeniu mieszkańców, Oslovska okazała się świetnym mechanikiem samochodowym. W dodatku chętnie imała się ciężkich prac, takich jak naprawianie pomostów i mol jesienią albo wczesną wiosną, kiedy napierająca kra wykrzywiała je albo całkiem niszczyła.
Oslovska była silną kobietą o szerokich barkach, niezbyt urodziwą, ale miłą dla ludzi. Poza tym przez większość czasu trzymała się z dala od wszystkich i ich spraw.
Miejscowi robotnicy przez cały czas mieli ją na oku, ale nikt nigdy nie mógł jej zarzucić, że zabiera innym utrzymanie, biorąc za pracę mniej pieniędzy.
Kiedyś Oslovska mieszkała w starym gospodarstwie w sosnowym lesie kilka kilometrów od brzegu. Potem kupiła mały domek w pobliżu portu, należący niegdyś do emerytowanego pilota morskiego.
Jansson wypytał o nią znajomego listonosza rozwożącego pocztę w tej okolicy i dowiedział się, że Oslovska nigdy nie otrzymywała żadnej korespondencji. Nie prenumerowała też żadnej prasy i właściwie nie było wiadomo, czy w ogóle posiada skrzynkę na listy.
Czasem znikała na kilka miesięcy. Nikt nie wiedział, dokąd się udaje. Potem zwyczajnie wracała, jak gdyby nigdy nic. Była jak kot chadzający tylko sobie znanymi ścieżkami.
Zacumowałem łódź na samym środku pirsu i poszedłem do samochodu. Nigdzie nie widziałem Oslovskiej. Samochód odpalił za pierwszym razem. Ze strachem myślałem o dniu, w którym auto zdecyduje się zostać złomem.
Dotarcie do miasteczka zajmowało mi zwykle dwadzieścia minut, ale tego dnia dotarłem tam o wiele szybciej. Zwolniłem dopiero wówczas, kiedy zorientowałem się, że jadę z niebezpiecznie dużą prędkością. Zrozumiałem w tej chwili, że pożar mojego domu uśmiercił jakąś cząstkę mnie. Widocznie również ludzie noszą w swoim wnętrzu belki, które mogą spłonąć.
Zaparkowałem na głównej ulicy, która była właściwie jedyną ulicą w miasteczku. Leżało ono nad zatoką o wodach zatrutych metalami ciężkimi pochodzącymi z działających tu kiedyś zakładów przemysłowych. Do dziś pamiętałem z dzieciństwa smród garbarni.
Budynek banku stał na nabrzeżu, bardzo blisko wody. Poszedłem tam, stanąłem przy okienku i oznajmiłem siedzącemu w nim mężczyźnie, że nie mam karty ani żadnego dowodu tożsamości, bo straciłem wszystko w pożarze. Pracownik banku mnie znał, ale i tak się zawahał i wyraźnie nie wiedział, co robić. W dzisiejszych czasach człowiek bez dokumentu tożsamości jest oczywistym zagrożeniem.
- Znam na pamięć numer mojego konta - powiedziałem.
Wyrecytowałem ciąg cyfr, a on je zapisał. Potem zajrzał do komputera.
- Powinno tam być około stu tysięcy koron - mówiłem dalej. - Plus minus jakieś sto.
Mężczyzna zmrużył oczy i zbliżył twarz do monitora, jakby nie dowierzał temu, co tam widzi.
- Dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy i dziewięć koron - odczytał głośno.
- Chcę wybrać dziesięć tysięcy - odparłem. - Jak pan widzi, mam na sobie piżamę zamiast koszuli. Straciłem cały dobytek.
Celowo podniosłem głos, wyjaśniając mu, co mnie spotkało. W banku zapadła kompletna cisza. Oprócz mężczyzny, który mnie właśnie obsługiwał, w okienkach siedziały jeszcze dwie kobiety. W kolejce stało troje klientów. Teraz wszyscy patrzyli na mnie. Pokłoniłem się im głupawo, jakbym przyjmował ciche oklaski.
Pracownik banku odliczył gotówkę, a potem pomógł mi wypełnić wniosek o nową kartę płatniczą.
Wyszedłszy z banku, poszedłem prosto do kawiarni po drugiej stronie ulicy. Zabrałem z banku długopis z reklamą jakichś usług i kilka blankietów z pustą drugą stroną. Usiadłem i zacząłem sporządzać listę zakupów.
Zrobiła się tak długa, że zabrakło mi miejsca na kartkach. Sięgnąłem po serwetkę, ale kiedy i ona nie wystarczyła, poddałem się i przestałem notować.
Nagle ogarnęła mnie wątpliwość, czy poradzę sobie z bólem i troską, jakich przysporzyła mi ta katastrofa. Byłem już za stary, by zaczynać wszystko od nowa. Moja przyszłość była pogrążona w milczeniu. Nie widziałem przed sobą żadnego wyjścia.
Zmiąłem zapisane kartki, dopiłem herbatę i wyszedłem z kawiarni. Następnie udałem się do jedynego w miasteczku sklepu z odzieżą i kupiłem w nim kilka koszul, trochę bielizny, swetry, skarpetki, spodnie i kurtkę. Nie zwracałem przy tym uwagi ani na jakość, ani na cenę. Zaniosłem wszystko do samochodu, a potem poszedłem do sklepu z obuwiem, żeby kupić kalosze. Okazało się, że jedyna para, jaką tam znalazłem, została wyprodukowana we Włoszech. Zezłościło mnie to. Ekspedientka była młodą dziewczyną z szalem na głowie. Mówiła bardzo źle po szwedzku. Starałem się zachowywać grzecznie, chociaż byłem zły, że nie ma sklepie zwykłych kaloszy marki Tretorn.
- Nie ma pani kaloszy Tretorn? - zapytałem.
- Mamy tylko te - odparła. - Nie ma innych.
- To niepoważne, żeby w szwedzkim sklepie obuwniczym nie dało się kupić wyprodukowanych w Szwecji kaloszy.
Mimo że wciąż siliłem się na uprzejmość, dziewczyna wyczuła, że jestem poirytowany. Musiał mnie zdradzić ton głosu. Nie brzmiał szczerze. Ale kiedy zobaczyłem, że dziewczyna się wystraszyła, wpadłem w jeszcze większą złość. Zadałem jej przecież proste pytanie, nie groziłem jej, ani nie byłem niemiły.
- Czy pani w ogóle wie, o czym ja mówię? - zapytałem.
- Nie mamy innych kaloszy - powtórzyła.
- W takim razie dziękuję - odparłem.
Nie powstrzymałem się i wychodząc, głośno trzasnąłem drzwiami.
W sklepie z narzędziami też nie mieli gumowych kaloszy, tylko buty robocze z utwardzonymi noskami dla ochrony palców. Kupiłem tani zegarek, a potem poszedłem zrobić zakupy w sklepie spożywczym. W przyczepie miałem kuchenkę podpiętą do butli z gazem, trochę garnków, a nawet patelnię. Wkładając produkty do plastikowego koszyka, przyszło mi na myśl, że wcale nie zastanawiam się nad tym, co kupuję. Nie było dla mnie istotne, na co mam ochotę, ani na co jej nie mam. Wypełniałem koszyk z całkowitą obojętnością.
Chwilę później, przechodząc obok apteki, uświadomiłem sobie, że spłonął również mój zapas leków. Wszedłem do środka. Wciąż miałem legitymację lekarską, która uprawnia mnie do wypisywania recept.
Na koniec, zanim wróciłem do samochodu, kupiłem jeszcze telefon na kartę.
W pewnej chwili dotarło do mnie, że straciłem również dostęp do prądu.
Pojechałem z powrotem do portu. Z wybranych z konta dziesięciu tysięcy koron została mi około połowa. Zaparkowałem samochód na swoim miejscu. Drzwi do domu Oslovskiej były zamknięte, a na podjeździe leżała zdechła, rozkładająca się wrona. Może Oslovska wybrała się na jedną ze swoich tajemniczych wypraw?
Przeniosłem zakupy do łodzi, a potem udałem się jeszcze do sklepu ze sprzętem rybackim. Tam wreszcie znalazłem kalosze, w dodatku wyprodukowane w Szwecji, a przynajmniej ze znaczkiem marki Tretorn. Niestety nie było mojego rozmiaru, więc zamówiłem parę. Sprzedawca powiedział mi, że dostawa potrwa ze dwa tygodnie.
Nazywał się Nordin i od zawsze pracował w tym sklepie. Miał bardzo zmartwiony głos, kiedy rozmawialiśmy o pożarze. Nordin miał dużo dzieci. Był żonaty trzy albo cztery razy. Jego obecna żona miała na imię Margareta, ale akurat z nią nie miał dzieci.
Jansson twierdził, że Nordin pokazuje swoim dzieciom magiczne sztuczki, ale nie wiedziałem, czy to prawda.
Kiedy wróciłem na nabrzeże, nagle zrobiło mi się bardzo zimno. Wyjąłem z reklamówki sweter, włożyłem go, a potem poszedłem do kawiarni mieszczącej się nad sklepem Nordina. Zamówiłem kawę i ciastko z masą migdałową. Kiedy podniosłem je z tacy, rozpadło mi się w dłoni na okruszki.
Wybrałem stolik przy oknie z widokiem na port, potem odpakowałem nowy telefon i podłączyłem go do ładowania, korzystając z gniazdka pod oknem.
Byłem siedemdziesięcioletnim mężczyzną i straciłem wszystko w pożarze domu. Nie posiadałem prawie żadnych przedmiotów, miałem tylko starą szopę z hangarem na łódź, przyczepę do mieszkania, plastikową łódkę długą na trzynaście stóp i stary samochód. Musiałem się zmierzyć z pytaniem, co ze sobą począć? Czy miałem jakąś przyszłość? Czy w ogóle miałem jeszcze jakikolwiek powód, by dalej żyć?
Nagle przerwałem te rozmyślania, bo przypomniałem sobie o mojej córce Louise. Dlaczego nie pomyślałem o niej od razu? Zawstydziło mnie to.
Nie wiedziałem, czy stało się to z powodu starego ciastka, czy sprawił to późniejszy natłok myśli, ale po policzkach popłynęły mi łzy. Sięgnąłem po serwetkę i otarłem oczy. Zauważyłem, że Weronika, dziewczyna pracująca w kawiarni, dyskretnie zerka na mnie z pomieszczenia za ladą. Byłem żywą ilustracją totalnej samotności. Starszy mężczyzna, siedzący jesienią w opustoszałej kawiarni, jedyny gość lokalu położonego w porcie, do którego żeglarze i wczasowicze wrócą dopiero następnego lata.
Zrozumiałem, że muszę zadzwonić do Louise. Chociaż bardzo działem jeszcze z tym zaczekać, miałem świadomość, że córka nigdy by mi nie wybaczyła, że zwlekałem z powiedzeniem jej prawdy. Louise miała gorącą krew i brak jej było cierpliwości i opanowania, typowych - jak uważałem - dla mojego charakteru. Była podobna do swojej matki, Harriet, która zjawiła się niespodziewanie pewnego zimowego dnia przed ośmioma laty na zamarzniętej zatoce przed moim domem. Stała na lodzie, opierając się o balkonik. Umarła kilka miesięcy później, kiedy nadeszło lato.
Z zamyślenia wyrwał mnie jakiś ruch przy drzwiach do kawiarni. Otworzyły się i do środka weszła kobieta w wieku około czterdziestu lat. Miała na nogach kalosze podobne do tych, jakie próbowałem kupić, poza tym była ubrana w ciepłą kurtkę i długi szalik, który owinęła wokół szyi i zarzuciła na głowę. Kiedy go zdjęła, zauważyłem, że ma krótko obcięte włosy. Miała ładną twarz. Podeszła do lady i chwilę przyglądała się starym ciastkom na tacy.
Nagle się odwróciła, spojrzała wprost na mnie i uśmiechnęła się. Skinąłem głową, zastanawiając się, czy już ją gdzieś spotkałem, ale jej twarz nie wydawała mi się znajoma. Weronika wyszła z pomieszczenia za ladą i stanęła przy barze. Kobieta zamówiła kawę i drożdżówkę, a potem podeszła prosto do mojego stolika. Nie wiedziałem, kim jest.
- Mogę się do pana przysiąść? - zapytała.
Nie czekając na moją odpowiedź, odsunęła sobie krzesło. Kiedy siadała, promień bladego jesiennego słońca oświetlił jej twarz. Sięgnęła do okna i przekręciła żółtą żaluzję. Promień światła zniknął.
Uśmiechnęła się. Miała ładne zęby. Ja również się uśmiechnąłem, ale odsłoniłem tylko kawałek górnych zębów, bo tam wyglądały jeszcze względnie ładnie. Moja córka miała o wiele słabsze zęby od moich, bo odziedziczyła je po swojej matce. Zdarzyło się kilka razy, że kiedy Louise trochę wypiła, nagle wyrażała pretensje, dlaczego ma kiepskie zęby Harriet, a nie moje, równe i białe.
- Nazywam się Lisa Modin - powiedziała kobieta. - Podobno to pana dom spłonął zeszłej nocy. Bardzo mi przykro. To musi być okropne uczucie. W końcu dom jest dla człowieka jak druga skóra.
Mówiła z dialektem charakterystycznym dla mieszkańców prowincji Södermanland. Chociaż nie miałem pewności, czy dobrze go oceniłem. Wciąż też nie wiedziałem, dlaczego się do mnie przysiadła. Zdjęła kurtkę i powiesiła ją na oparciu sąsiedniego krzesła.
Nie miałem pojęcia, czego ode mnie chce, ale to mi nie przeszkadzało. Pomyślałem nawet, że sam fakt, iż się do mnie przysiadła, mógłby w zupełności wystarczyć, bym się w niej szaleńczo zakochał.
Starszy mężczyzna nie ma już zbyt wiele czasu, pomyślałem. Niespodziewana miłość, to wszystko, o czym może jeszcze pomarzyć.
- Nazywam się Lisa Modin - powtórzyła. - Jestem dziennikarką. Piszę dla lokalnej gazety. Redaktor naczelny poprosił mnie, żebym obejrzała miejsce po pożarze i porozmawiała z właścicielem domu. Kiedy weszłam do sklepu w porcie, żeby zapytać, jak mogę dostać się na pana wyspę, powiedziano mi, że właśnie jest pan w porcie na zakupach. Nie znalazłam pana w sklepie spożywczym, dopiero tutaj.
- Skąd pani wiedziała, że to ja?
- Sprzedawca opisał mi pana najlepiej, jak potrafił. Zresztą łatwo było zgadnąć, bo w spożywczym nie było nikogo, a tutaj siedział tylko pan.
Lisa Modin wyjęła z torebki notatnik. Muzyka dolatująca z kuchni za barem najwyraźniej ją drażniła, bo podeszła do Weroniki i poprosiła ją, żeby ściszyła. Chwilę później radio całkiem umilkło.
Dziennikarka wróciła z uśmiechem do stolika.
- Może pani się ze mną zabrać na moją wyspę. O ile wsiądzie pani do małej łódki.
- A będzie mnie pan mógł potem odwieźć?
- Oczywiście.
- Wciąż pan tam mieszka? Przecież pana dom spłonął.
- Mam przyczepę.
- Na wyspie? Słyszałam, że nie jest duża. Czyżby dało się tam dojechać samochodem?
- Nie, widzi pani, ta przyczepa... to długa historia.
Lisa Modin wzięła do ręki długopis, ale wciąż nie otworzyła notatnika.
- Opowieść o pożarze to jedna rzecz - powiedziała. - Redaktor naczelny sam porozmawia z policją i ze strażakami. Moim zadaniem jest opisanie, co pożar domu oznacza dla rodziny.
- Mieszkałem w nim sam.
- Nie ma pan nawet zwierząt?
- Poumierały.
- Zginęły w płomieniach?
Zadała to pytanie z wystraszoną miną.
- Nie. Umarły wcześniej. Już dawno je pochowałem.
- Nie ma pan żony?
- Ona też nie żyje. Została skremowana. Ale mam córkę.
- I jak ona zareagowała na ten pożar?
- Na razie nijak. Jeszcze jej nie powiedziałem.
Lisa Modin przyjrzała mi się bacznie. Odłożyła długopis i napiła się kawy. Zauważyłem, że ma na palcu prawej dłoni pierścionek z bursztynem. Nie miała obrączki.
- Dzisiaj jest już za późno, żeby z panem jechać. Ale może jutro? Znajdzie pan dla mnie czas?
- Mam mnóstwo czasu.
- Nieprawda, bo pożar zniszczył wszystko, co pan miał.
Nic nie odpowiedziałem. Miała zupełną rację.
- Przyjadę po panią jutro. Proszę powiedzieć, o której godzinie.
- Może o dziesiątej? Nie za wcześnie dla pana?
- Może być.
Pokazała palcem na widoczny za oknem port.
- Tam?
- Zawsze cumuję łódkę przy dystrybutorach paliwa - powiedziałem. Proszę się ciepło ubrać. Jutro może padać.
Dziennikarka dopiła kawę i wstała.
- Będę jutro o dziesiątej - dodała jeszcze i wyszła z kawiarni.
Usłyszałem warkot silnika i odjeżdżający samochód. Byłem ciekaw, czy ona w ogóle wie, jak się nazywam.
Popłynąłem z powrotem do domu. Morze było ciemne. Dno łódki było załadowane siatkami pełnymi zakupów. Rozmyślałem o Lisie Modin. O jej dłoniach owijających szalik wokół szyi i głowy. Czułem lekkie poekscytowanie jutrzejszym dniem.
Kiedy opłynąłem wysepkę Höga Tryholmen i otworzył się przede mną widok na moją wyspę, spodziewałem się, że ujrzę zacumowaną przy moim pomoście łódź straży przybrzeżnej. Nikogo tam jednak nie było. Zacumowałem swoją łódkę i pozanosiłem zakupy do przyczepy. Sprawdziłem butlę z gazem. Była prawie pełna.
Wypakowałem kupione ubrania i trochę nieświadomie zacząłem czytać ich metki. Wszystkie trzy koszule uszyto w Chinach. Tak samo slipy i skarpetki. Kurtka pochodziła z Hongkongu. Zatem od tej chwili wszystko, co będę miał na sobie, miało pochodzić z dalekich Chin. Zanim dostanę zamówione kalosze, każdy ciuch, który założę, by utrzymać się w cieple, będzie pochodził z Chin.
Wieszając koszule, zastanowiłem się, dlaczego to miałoby mieć jakiekolwiek znaczenie. Czyżbym szukał powodu, żeby sobie ponarzekać? Może uznałem, że starszemu mężczyźnie zostało już w życiu tylko to?
W końcu założyłem niebieską koszulę, sweter i kurtkę. Pogorzelisko już nie dymiło, ale w powietrzu wciąż utrzymywał się nieprzyjemny swąd spalonych drewnianych belek nasiąkniętych słoną wodą. Robiło mi się od niego niedobrze, kiedy zbliżałem się do ruin po moim domu. Powoli obszedłem je dookoła, wypatrując, czy jednak nie ocalało coś jeszcze, oprócz sprzączki od butów Giaconellego. Nic nie znalazłem. Wróciło za to skojarzenie, że przyglądam się polu bitwy.
Po ostatniej rundce wokół zgliszcz przystanąłem przy rozłożonej na ziemi plandece. Przyjrzałem się jej i zmarszczyłem czoło. Coś się zmieniło. Stałem tak długie minuty i próbowałem odgadnąć, co jest nie tak. Nie udało mi się niczego stwierdzić, ale i tak byłem pewien, że coś wygląda inaczej niż przedtem.
Zerknąłem na mój nowy zegarek. Czułbym się bezradny, nie wiedząc, która jest godzina, nieważne czy to dzień, czy noc. Być może dlatego, że mój ojciec nigdy nie zdążał z niczym na czas i co najmniej jeden raz został zwolniony z pracy za to, że spóźnił się na swoją zmianę trzy dni z rzędu.
Ruszyłem przed siebie i wszedłem na najwyższe wzniesienie na wyspie. Miałem stamtąd widok na wszystkie strony świata. Dziadek postawił tu kiedyś ławkę i siadał na niej razem z babką w ciepłe letnie wieczory. Nie wiedziałem, czy ze sobą rozmawiali, czy siedzieli w milczeniu. Ale pewnego razu, kiedy byłem dzieckiem, kilka lat przed tym jak zmarli, wykradłem dziadkowi lornetkę i podejrzałem ich na tej ławce. Pamiętam, że bardzo się zdziwiłem, że siedzą tam i trzymają się za ręce.
Z czasem zrozumiałem, że był to po prostu wyraz czułości i wzajemnej wdzięczności za długie wspólne życie. Dziadkowie przeżyli razem sześćdziesiąt jeden lat.
Teraz ławka była w fatalnym stanie. Nie dbałem o nią, podobnie jak o wiele innych sprzętów na wyspie.
Stałem tak i patrzyłem na archipelag. W końcu utkwiłem wzrok na maleńkiej wysepce położonej na wschód od mojej. Ona również była częścią mojej posiadłości, ale nie miała nazwy. Właściwie były to dwie skały, między którymi znajdowała się mała niecka. Rosło w niej kilka drzew. Dolinka była na tyle głęboka, że praktycznie nie docierał tam wiatr. Kiedy byłem mały, budowałem w niej szałasy. A gdy skończyłem dziesięć lat i nauczyłem się porządnie pływać, dziadkowie pozwalali mi nocować na wysepce w ciepłe dni. Jako nastolatek latem rozbijałem tam namiot.
Teraz, mimo że od dawna patrzyłem na nią innymi oczami, wpadła mi do głowy pewna myśl. Nie wiedziałem, jak się do niej odnieść, więc postanowiłem kontynuować mój spacer. Po zachodniej stronie wyspy zobaczyłem dwie norki czmychające między skałami. Poza tym panował kompletny spokój. Czułem się tak, jakbym ostał się samotnie na opuszczonej Ziemi.
Wróciłem do pogorzeliska i znów stanąłem nad plandeką. Nagle zrozumiałem, co wcześniej przykuło moją uwagę. Lundin i Alexandersson byli tutaj drugi raz, kiedy wybrałem się na zakupy do miasteczka. Potem odpłynęli, nie zostawiwszy mi żadnej wiadomości.
Nie mogłem tego udowodnić, ale i tak byłem tego pewien.
Zrozumiałem, że podejrzewają mnie o podłożenie ognia w moim domu. Ponieważ nie potrafili znaleźć logicznej przyczyny pożaru, musieli wziąć pod uwagę również wersję, w której występowałem w roli podpalacza.
Ja sam oczywiście dobrze wiedziałem, że to nieprawda. To jednak nie miało znaczenia. Zastanowiłem się, czy dam radę pokazywać się wśród ludzi jako domniemany przestępca.
Kiedyś, wiele lat temu, moje życie i moja kariera lekarska legły w gruzach z powodu fatalnego błędu podczas operacji.
Czyżby teraz czekała mnie podobna katastrofa? Czy byłem w stanie to znieść?
Zszedłem na brzeg do szopy i wyjąłem aparat do mierzenia ciśnienia, którego używałem do badania wyimaginowanych dolegliwości Janssona. Podwinąłem rękaw chińskiej koszuli i zmierzyłem sobie ciśnienie. Aparat wskazał sto sześćdziesiąt na dziewięćdziesiąt osiem. Jak na mnie, to bardzo dużo. Sprawdziłem jeszcze raz, na drugiej ręce. Wyszło sto pięćdziesiąt dziewięć na dziewięćdziesiąt dziewięć. Nie podobał mi się ten wynik, chociaż wiedziałem, że powodem podwyższonego ciśnienia jest stres związany z pożarem domu. Wciąż byłem w szoku. W miasteczku kupiłem zapas lekarstw, między innymi metoprolol, którego sam nie zażywałem, ale teraz uznałem, że doraźnie pomoże mi w obniżeniu ciśnienia. A jeśli by mi nie pomógł, miałem w zanadrzu oksazepam, lek uspokajający, który zażywałem przy nielicznych okazjach.
Zbadałem również puls. Wynosił siedemdziesiąt uderzeń na minutę, więc był nieco powyżej normy, ale nie zaniepokoiło mnie to. Odłożyłem aparat do mierzenia ciśnienia na swoje miejsce. Wychodząc z szopy, usłyszałem w oddali warkot silnika. Dobiegał z daleka i nie mogłem ocenić, co to za łódź. Po chwili całkiem ucichł.
Nagle przypomniałem sobie, że gdzieś w szopie jest stary nakręcany budzik. Pamiętałem go jeszcze z dzieciństwa. Nie miałem pojęcia, czy wciąż będzie działał. Po paru chwilach udało mi się go odnaleźć i usiadłem z nim na ławce pod szopą. Wyczułem, że sprężyna trzyma się mocno, kiedy ostrożnie ją nakręcam. Spróbowałem jeszcze trochę i wskazówki od razu ruszyły. Ustawiłem czas względem nowego zegarka i postawiłem go na ławce. Doszedłem do wniosku, że ten budzik, nowy telefon i chińskie koszule są najcenniejszymi przedmiotami, jakie obecnie posiadam.
Zerwał się wiatr. Wiatrowskaz na dachu szopy nie mógł się zdecydować między południem a zachodem. Wziąłem budzik do ręki i wstałem.
Nie mogłem dłużej zwlekać. Musiałem się skontaktować z Louise.
Patrzyłem, jak odpływa łódka za łódką. Po jakimś czasie ucichł warkot ostatniej motorówki.
Znałem tych wszystkich ludzi, wiedziałem, jak się nazywają. Tutaj, na okolicznych wyspach, żyli głównie potomkowie dwóch rodzin, Hanssonów i Westerlundów. Wielu z nich się nawzajem nie znosiło i spotykali się tylko na pogrzebach albo kiedy zdarzył się jakiś wypadek na morzu lub pożar. Wówczas zatargi szły na chwilę w zapomnienie, ale kiedy było po wszystkim i życie wracało do normy, ożywały na nowo.
Nigdy nie stałem się częścią tej społeczności, która trzymała się razem mimo wielu sporów. Mój dziadek pochodził z Lundbergów, jednej z pomniejszych tutejszych rodzin, której przez wiele pokoleń udawało się unikać poważnych konfliktów. W dodatku ożenił się z dziewczyną pochodzącą z odległych Wysp Alandzkich.
A ja, chociaż wnuk Lundbergów, nigdy nie byłem i nie będę częścią tutejszej społeczności. Na zawsze pozostanę lekarzem uciekinierem, który ukrył się przed światem na odziedziczonej wysepce. Moja wiedza i umiejętności były oczywiście cenne, ale nigdy nie stałem się jednym z tutejszych.
Poza tym wszyscy wiedzieli, że kąpię się zimą w przeręblu. Wyrąbywałem otwór w lodzie i wchodziłem do czarnej lodowatej wody. Tutejsi traktowali tę moją ekstrawagancję z wielką nieufnością. Większość miała mnie za szaleńca.
Wiedziałem od Janssona, że ludzie interesują się tym, jak żyję. Co można robić samotnie na odludnej wyspie? Nie łowiłem ryb, nie należałem do żadnego stowarzyszenia, nie polowałem i nie chciało mi się nawet odnowić szopy z hangarem na łódź. Nie wspominając już o kamiennym filarze pomostu po drugiej stronie mojej wyspy zniszczonym przez lód dobrych parę lat temu.
Słowem, wszyscy okoliczni mieszkańcy nie traktowali mnie całkiem poważnie. Natomiast pojawiający się tu w sezonie letnicy, którzy usłyszeli od kogoś o żyjącym na wyspie emerytowanym lekarzu, uważali mnie za szczęściarza. Zazdrościli mi, że nie muszę zmagać się z życiem w wielkim mieście.
Zeszłego lata do mojego pomostu przybił duży jacht. Zszedłem na brzeg, żeby przegonić intruzów, ale zobaczyłem mężczyznę i kobietę znoszących z pokładu dziecko. Dostało jakiejś wysypki i miało podrażnioną skórę na całym ciele. Ci ludzie usłyszeli od kogoś, że na tej wysepce mieszka lekarz, i przypłynęli po pomoc. Oczywiście otworzyłem dla nich moją prowizoryczną klinikę w szopie. Położyliśmy dziecko na drewnianej ławce pod ścianą, na której wciąż wisiały stare sieci rybackie mojego dziadka. Szybko stwierdziłem, że to niegroźna pokrzywka. Po krótkim wywiadzie doszedłem do wniosku, że dziecko nie może jeść świeżych truskawek.
Poszedłem do domu i przyniosłem łagodny lek antyalergiczny, który można dostać w aptece bez recepty.
Kiedy było po wszystkim, chcieli mi oczywiście zapłacić, ale nie przyjąłem pieniędzy. Potem stałem chwilę na pomoście i patrzyłem, jak ich luksusowy jacht odpływa i powoli znika za wysepką Höga Tryholmen.
Zawsze trzymałem w domu spory zapas leków. Nie byłem hipochondrykiem, ale lubiłem mieć lekarstwa pod ręką. Wolałem być przygotowany na każdą okoliczność. Nie chciałbym na przykład obudzić się pewnej nocy z zawałem serca i nie móc udzielić sobie pierwszej pomocy, którą uzyskałbym dopiero w karetce pogotowia. Z tej samej przyczyny oprócz rozmaitych leków i ampułek miałem również kilka butli z tlenem.
Podejrzewałem, że inni lekarze boją się nagłej śmierci tak samo jak ja. Czasem zdarzało mi się żałować decyzji, którą podjąłem, mając piętnaście lat. Właśnie wtedy postanowiłem zostać chirurgiem. Teraz lepiej rozumiałem mojego ojca, zmęczonego pracą kelnera, który nie ukrywał rozczarowania moim wyborem i pytał mnie w kółko, czy naprawdę chcę spędzić życie na krojeniu ludzkich ciał. Odpowiadałem mu, że jestem przekonany, że to dobra decyzja, chociaż nigdy się nie przyznałem, że od początku poważnie wątpiłem, iż uda mi się dostać na studia medyczne. A kiedy jakimś cudem się na nie dostałem, było już za późno, by zmienić zdanie.
Jeśli miałbym być całkiem szczery, zostałem lekarzem, bo kiedyś powiedziałem ojcu, że taki będzie mój zawód. Gdyby zmarł w trakcie moich studiów, przerwałbym je bez chwili namysłu.
Nie wiedziałem, co bym zrobił wówczas ze swoim życiem. Pewnie dużo wcześniej przeprowadziłbym się na tę wyspę. Nie miałem jednak pojęcia, z czego bym żył.
Ostatnie łódki odpłynęły, kiedy nadszedł świt. Poranek był mglisty. Morze i wysepki zdawały się jeszcze bardziej szare niż zwykle. Zostaliśmy sami z Janssonem. Towarzyszył nam swąd pogorzeliska. Raz po raz w stercie spalonych belek rozbłyskał jeszcze płomień. Owinąłem się ciaśniej peleryną i obszedłem to, co zostało z domu. Zauważyłem, że nadpaliła się jedna z jabłoni zasadzonych przez mojego dziadka. Wyglądała jak rekwizyt na scenie w teatrze. Spłonął nawet blaszany bojler, a trawa wokół domu była osmalona.
Poczułem nieodpartą chęć, żeby krzyknąć na cały głos, ale nie mogłem tego zrobić, dopóki był tu ten wścibski Jansson. Nie miałem odwagi, żeby go odprawić. Jeszcze nie wiedziałem, co zrobię, ale przeczuwałem, że będę potrzebował jego pomocy.
Po chwili do niego wróciłem.
- Muszę cię poprosić o przysługę - powiedziałem. - Potrzebny mi telefon komórkowy. Mój spłonął razem z domem.
- Mam w domu zapasowy aparat. Mogę ci go pożyczyć - odparł.
- Tylko do czasu, aż kupię sobie nowy.
Jansson pojął, że potrzebuję jego telefonu natychmiast. Poszedł do swojej łodzi. Był jednym z ostatnich, którzy mieli łódź z silnikiem średnioprężnym, który uruchamiało się za pomocą gruszki żarowej. Kiedy jeszcze rozwoził pocztę, miał nowocześniejszą i szybszą motorówkę, ale w dniu, w którym przeszedł na emeryturę, sprzedał ją i wrócił do tej starej drewnianej łajby, odziedziczonej niegdyś po ojcu. Dużo mi o niej opowiedział. Wiedziałem, że powstała w malutkiej stoczni w Västervik w 1923 roku i wciąż miała oryginalny silnik.
Stałem bez ruchu i wpatrywałem się w pogorzelisko. Usłyszałem, jak Jansson odpala silnik. Spojrzałem w jego stronę i ujrzałem, jak macha mi na pożegnanie, wystawiając głowę ze sterówki.
Po tym, jak ucichł sztorm, zrobiło się całkiem bezwietrznie. Otaczała mnie kompletna cisza. Wrona siedziała na drzewie i obserwowała mój spalony dom. Podniosłem kamień i rzuciłem w jej stronę. Zerwała się do lotu i poszybowała gdzieś.
Poszedłem do przyczepy. Usiadłem na łóżku i zacząłem kontemplować swój ból. Rozpacz rozlała się po moim ciele ciepłą falą, poczułem ją aż w czubkach palców u stóp. Była jak gorączka. Wrzasnąłem na cały głos. Zdawało mi się, że zafalowały blaszane ściany przyczepy. Potem zacząłem płakać. Nie płakałem tak gwałtownie, odkąd przestałem być dzieckiem.
Położyłem się na łóżku i wbiłem wzrok w plamę wilgoci na suficie. Nagle wydała mi się podobna do płodu. Przez całe dzieciństwo odczuwałem dojmujący strach przed porzuceniem. Bywało, że budziłem się w środku nocy i cichutko zakradałem się do sypialni rodziców, żeby sprawdzić, czy dalej tam są. Czy nie odeszli, zostawiając mnie na pastwę losu. Kiedy nie słyszałem ich oddechów, paraliżował mnie strach, że umarli i zostałem sierotą. Wówczas podchodziłem bliżej, pochylałem się nad ich twarzami i stałem tak, aż zyskałem pewność, że wciąż oddychają.
Nie miałem powodu do obaw. Moja matka uważała zajmowanie się mną, karmienie mnie i ubieranie za swoją najwyższą powinność. Ojciec myślał podobnie. Był zdania, że najważniejsze w życiu jest dobre wychowanie i wykształcenie. Rzadko bywał w domu. Pracował jednocześnie w kilku restauracjach. Ale w tych rzadkich chwilach, kiedy bywał w domu, czy to z powodu krótkiego urlopu, czy po tym, jak utracił pracę po jakieś kłótni z właścicielem lokalu, urządzał mi wymyślone przez siebie, jedyne w swoim rodzaju ćwiczenia. Kazał mi otwierać drzwi między pokojem a kuchnią i udawać, że przepuszczam przodem kobietę. Sadzał mnie przy odświętnie nakrytym stole i zaznajamiał mnie z etykietą, uczył wznosić toasty i prowadzić dystyngowane rozmowy z wyimaginowanymi damami. Pewnego razu kazał mi zapowiedzieć publicznie laureata nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, kiedy indziej szwedzkiego ministra spraw wewnętrznych, a nawet premiera.
Przerażały mnie te zabawy. Cieszyłem się, kiedy mnie chwalił, ale odczuwałem nieustanny strach, że popełnię jakąś gafę w świecie, do którego próbował mnie wprowadzić. Ojciec nie ułatwiał mi sprawy, bo za każdym razem przygotowywał na mnie małą zasadzkę.
Kiedyś sam miał okazję obsługiwać gości podczas bankietu noblowskiego, ale przypadł mu w udziale stół w najodleglejszym kącie sali, daleko od rodziny królewskiej i laureatów. Mnie postanowił przygotować na każdą okoliczność, choćby najmniej prawdopodobną.
Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek się ze mną bawił. Za to już jako dziesięciolatek sprawnie wiązałem muchy i krawaty. Nie gorzej szło mi kunsztowne składanie serwetek.
W końcu usnąłem. Miałem zwyczaj uciekania w sen, kiedy stało przede mną poważne wyzwanie. Potrafiłem to zrobić o każdej porze dnia i niezależnie od miejsca, w którym się znajdowałem. Zupełnie jakbym świadomie zmuszał swój organizm do snu, podobnie jak kiedyś, w dzieciństwie, przemyślnie szukałem kryjówek podczas zabawy w chowanego. Znajdywałem wówczas zakamarki za kubłami na śmieci lub za stertą węgla w podwórkach domów, które wynajmowaliśmy. Szczególnie lubiłem chować się w gęstych zaroślach i zagajnikach. Udało mi się pozostawić po sobie sporo nieodkrytych przez nikogo kryjówek, ale mimo to żadna z nich nie była tak niezawodna jak sen.
Kiedy się zbudziłem, poczułem chłód. Nie wiedziałem, która godzina, bo mój zegarek spłonął razem z szafką w sypialni. Wyszedłem z przyczepy i ponownie spojrzałem na zgliszcza. Po niebie płynęły pojedyncze strzępiaste chmurki. Odgadłem po położeniu słońca, że jest między dziesiątą a jedenastą przed południem.
Zszedłem nad brzeg do szopy i otworzyłem pomalowane na czarno drzwi. Ostrożnie, bo miały słabe zawiasy. Wiedziałem, że jeśli szarpnę za mocno, drzwi mogą wypaść. W szopie wisiał na gwoździu kombinezon roboczy i stary sweter, a między puszkami z farbą znalazłem parę wełnianych skarpet, które babka zrobiła dla mnie na drutach dawno temu. Wtedy były na mnie o wiele za duże, ale teraz pasowały jak ulał. Szukałem dalej i po paru chwilach znalazłem na półce obok starych baterii wełnianą czapkę z naszywką reklamującą telewizor sprzedawany w latach sześćdziesiątych. Widniał na niej napis: "Zawsze świetny obraz". Litery były mocno wytarte i ledwie dało się je odczytać, w dodatku czapka była pogryziona przez myszy. Dziury wyglądały tak, jakby zrobił je gwałtowny grad. Włożyłem czapkę na głowę i wyszedłem z szopy.
Zamykając drzwi, spostrzegłem, że na pomoście stoi papierowa torba. Zajrzałem do środka i znalazłem w niej telefon, trochę bielizny i parę kanapek. Zrozumiałem, że Jansson przywiózł te rzeczy, kiedy spałem. Zostawił mi nawet wiadomość, nabazgraną na przedartej brązowej kopercie.
"Telefon naładowany. Zatrzymaj go. Kalesony wyprane".
Obok torby stał prawy kalosz. Czarny, w odróżnieniu od moich dwóch lewych, które były zielone. A także większy, bo Jansson miał większą stopę niż ja.
W kaloszu znalazłem drugą wiadomość na kawałku koperty.
"Niestety nie mam zielonych".
Zastanawiałem się chwilę, dlaczego nie przywiózł mi lewego kalosza do pary, ale szybko dałem sobie z tym spokój, bo Jansson zawsze kierował się swoją własną logiką, niekoniecznie dla mnie jasną.
Zabrałem torbę i kalosz i wróciłem do przyczepy. Oczywiście stare kalesony Janssona były na mnie za duże. Mimo to wzruszył mnie fakt, że mi je ofiarował.
Włożyłem kombinezon, pod spodem zostawiłem górę od piżamy, żeby służyła za koszulę, a na wierzch wciągnąłem stary sweter. Zrobiłem kulę ze znalezionych w szufladzie reklamówek i wypchałem nimi za duży but. Po tym wszystkim uznałem, że jestem ubrany. Usiadłem na łóżku i zjadłem parę kanapek od Janssona. Musiałem się posilić, żeby móc podjąć jakąś decyzję.
Człowiek, który stracił wszystko, nie ma zbyt wiele czasu. A może było dokładnie na odwrót? Nie wiedziałem.
Nagle usłyszałem warkot silnika. Wiedziałem, że to nie Jansson, jego łódź brzmiała inaczej. W trakcie długich lat spędzonych samotnie na tej wyspie nauczyłem się rozróżniać po warkocie różne typy silników.
Wytężyłem słuch i już po paru sekundach zyskałem pewność, że to jedna z małych jednostek straży przybrzeżnej, a konkretnie długa na dwadzieścia stóp aluminiowa łódź z dwoma dieslowskimi silnikami marki Volvo.
Odłożyłem nadgryzioną kanapkę, wcisnąłem na głowę podziurawioną czapkę i wyszedłem na zewnątrz. Nie zdążyłem jeszcze zejść na pomost, kiedy pomalowana na niebiesko łódź wyłoniła się zza cypla od strony Skärsfjärden.
Na pokładzie były trzy osoby. Stwierdziłem ze zdziwieniem, że za sterami stoi młoda kobieta. Miała na sobie mundur straży przybrzeżnej i spod czapki wystawały jej jasne włosy. Jeszcze nigdy nie spotkałem kobiety zatrudnionej w straży. Była niepokojąco urodziwa. Musiałem się dobrze przyjrzeć, żeby stwierdzić, że to dorosła kobieta, a nie nastolatka.
Mężczyzna, który stał na dziobie na szeroko rozstawionych nogach i trzymał w ręce cumę, nazywał się Alexandersson. Wyglądał jak moje przeciwieństwo - był niski i otyły. W dodatku niedowidział i miał mocno przerzedzone włosy.
Pracował w policji. Kilka lat temu, kiedy na okolicznych wyspach doszło do kilku włamań do domków letniskowych, odwiedził wszystkich mieszkańców i wypytywał, czy czegoś nie widzieliśmy. Nigdy nie wyjaśniono tej sprawy.
Alexandersson i ja zawsze się dogadywaliśmy. Był ode mnie młodszy o około dziesięć lat. Nie miałem pojęcia, czy zna moją przeszłość, ale po jego pierwszej wizycie na mojej wyspie doszedłem do wniosku, że mógłby być moim bratem, którego nigdy nie miałem.
Miał domek letniskowy na pobliskim malutkim archipelagu o nazwie Bräkorna. Potem, kiedy czasem pojawiał się u mnie z wizytą, piliśmy kawę, rozmawialiśmy o zdrowiu, wietrze i pogodzie. Żaden z nas nie miał ochoty na poważne dyskusje o sensie życia. Potrafiliśmy długo siedzieć w milczeniu i przyglądać się ptakom albo gałęziom drzew kołysanym przez wiatr.
Alexandersson był żonaty przez wiele lat i miał dorosłe dzieci. Pewnego dnia żona nagle go opuściła. Nigdy go nie zapytałem, co się stało. Wyczuwałem w nim głęboko skrywany smutek. Może dlatego, że rozpoznawałem go również u siebie? To jedno z tych pytań, na które nigdy nie miałem odwagi odpowiedzieć.
Alexandersson ciężko zeskoczył z łodzi na pomost. Uścisnęliśmy sobie ręce na powitanie, potem on zamocował cumę na palu. Zaraz po nim z pokładu zszedł drugi mężczyzna. Nigdy wcześniej go nie spotkałem. Miał taką minę, jakby czuł się niepewnie na chybotliwej łodzi. On też podał mi dłoń na powitanie i przedstawił się jako Robert Lundin, ekspert od dochodzeń pożarowych. Mówił dialektem, którego nie rozpoznawałem, choć zdawało mi się, że mężczyzna musi pochodzić gdzieś z głębokiej Norrlandii.
Kobieta wyłączyła silnik i zarzuciła na inny pal pomostu cumę rufową. Potem zeskoczyła z łodzi i skinęła głową na powitanie. Była naprawdę bardzo młoda.
- Alma Hamrén - przedstawiła się. - Przykro mi z powodu pańskiego domu.
Kiwnąłem głową i nagle poczułem, że łzy cisną mi się do oczu. Alexanddersson błyskawicznie się zorientował, co się dzieje.
- Chodźmy to zobaczyć - powiedział.
Alma Hamrén została przy łodzi. Wyjęła z kieszeni komórkę i szybko zaczęła wystukiwać na klawiaturze wiadomość.
Nikt z przybyłych nie skomentował moich niedopasowanych kaloszy. Nie byłem nawet pewien, czy zauważyli, że są nie do pary, ale po chwili uznałem, że przecież nie mogli tego nie zauważyć.
Ze zgliszczy tu i tam wciąż unosił się dym.
- Czy domyślasz się przyczyny pożaru? - zapytał mnie Alexandersson.
Opowiedziałem im, co się stało. Nie paliłem w domu żadnych świeczek, a kiedy kładłem się spać, w piecu było dawno wygaszone. Spałem jakieś dwie godziny, a kiedy się nagle obudziłem, cały dom stał w płomieniach. Na koniec dodałem jeszcze, że niedawno miałem wymienioną instalację elektryczną i nie przychodzi mi do głowy żadne wyjaśnienie, dlaczego wybuchł pożar.
Lundin stał kawałek z boku i słuchał mnie z uwagą. Nie miał żadnych pytań. Wiedziałem, że przyjechał tu, żeby ustalić przyczynę pożaru. Miałem nadzieję, że mu się to uda. Sam chciałem wiedzieć, co spowodowało tę katastrofę.
Po chwili on i Alexandersson powoli obeszli pogorzelisko. Stałem w pewnej odległości i obserwowałem ich powolne ruchy. Raz po raz któryś z nich się pochylał. Wyglądali jak czujne zwierzęta.
Nagle ogarnęły mnie mdłości i musiałem się chwycić pompy, żeby nie upaść.
Alexandersson zauważył, że źle się poczułem, i przyjrzał mi się z uwagą. Pokręciłem głową na znak, że nic mi nie jest, i poszedłem do przyczepy. Usiadłem na schodkach i zrobiłem kilka głębokich wdechów. Po paru minutach wstałem. Mdłości minęły, więc powoli ruszyłem z powrotem w stronę pogorzeliska. Zatrzymałem się jednak w pół kroku, ujrzawszy, że mężczyźni są pogrążeni w rozmowie. Nie słyszałem, co mówili, ale coś mi podpowiadało, że rozmawiają ściszonym głosem, jakby nie chcieli, żeby ktoś ich usłyszał.
Co jakiś czas Alexandersson zerkał w moją stronę, nie mógł mnie jednak zobaczyć, bo wciąż stałem za gęstymi krzewami.
Wiedziałem, że rozmawiają o przyczynie pożaru. Że nie doszukali się żadnego wytłumaczalnego powodu i zastanawiają się, czy to możliwe, że sam podpaliłem swój dom.
Wstrzymałem oddech i spróbowałem zebrać myśli. Czy to możliwe, że mogą tak o mnie pomyśleć? Czy też po prostu muszą wziąć pod uwagę każdą okoliczność, nawet tę najmniej prawdopodobną?
Stałem schowany w zaroślach, aż przerwali rozmowę i wrócili do oglądania zgliszczy. Raz po raz Lundin robił zdjęcie jakimś zwęglonym resztkom.
W końcu odgarnąłem gałęzie i poszedłem w ich stronę.
- Jak wam idzie? - zapytałem.
- Trudno powiedzieć - odparł Alexandersson. - Ciężka sprawa.
- Bardzo ciężka - przytaknął Lundin. - Nic nie jest oczywiste.
Alma Hamrén siedziała obok szopy na drewnianej ławce, na której zwykle badałem wyimaginowane dolegliwości Janssona, i nieprzerwanie wystukiwała coś na klawiaturze telefonu.
Alexandersson i Lundin pracowali jeszcze ze dwie godziny, a kiedy wreszcie zeszli na pomost, powiedzieli, że to nie koniec i że wrócą po południu. Odparłem im, że po południu może mnie tutaj nie być, bo muszę popłynąć na stały ląd i zrobić zakupy.
Potem stałem chwilę na pomoście i patrzyłem, jak ich łódź odpływa i znika za cyplem. Kiedy straciłem ich z oczu, poszedłem do pogorzeliska, żeby obejrzeć znalezione przez nich przedmioty. Ułożyli je obok zgliszcz na plandece.
Były tam fragmenty kabli, kilka nadtopionych bezpieczników z szafki rozdzielczej, a na skraju folii dostrzegłem coś, co wyglądało dziwnie znajomo. Schyliłem się, spojrzałem z bliska na przedmiot i od razu go rozpoznałem.
Była to sprzączka z butów uszytych dla mnie parę lat temu przez włoskiego szewca Giaconellego.
Patrząc na nią, zrozumiałem, że naprawdę straciłem wszystko.
Z mojego siedemdziesięcioletniego życia nie zostało nic. Zupełnie nic.
Nie miałem absolutnie niczego.
Mój dom spłonął jesienną nocą przed niespełna rokiem. Była niedziela. Po południu zerwał się wiatr. Kiedy wieczorem spojrzałem na wiatromierz, w porywach wiało do dwudziestu metrów na sekundę.
Wiatr był północny i bardzo zimny, chociaż jesień rozpoczęła się niedawno. Idąc spać koło jedenastej, pomyślałem, że moją wyspę odziedziczoną po babce i dziadku nawiedził pierwszy w tym roku jesienny sztorm.
Zbliżała się zima. Już niebawem miały przyjść mroźne noce i skuć lodem otaczające mnie morze.
Tamtej nocy po raz pierwszy wszedłem do łóżka w skarpetach. Zima powoli zaczynała węszyć i badać teren.
Miesiąc wcześniej z wielkim trudem naprawiłem dach. Było to wielkie wyzwanie dla takiego robotnika jak ja. Dachówki były stare, wiele z nich popękało. Moje dłonie, nawykłe niegdyś do trzymania skalpela i przeprowadzania precyzyjnych zabiegów, nie radziły sobie z szorstkimi, topornymi dachówkami.
Ture Jansson, emerytowany listonosz, który przed laty rozwoził pocztę po okolicznych wyspach, podjął się przywiezienia dla mnie nowych dachówek z portu. Odmówił nawet zapłaty. Widocznie uznał, że jest mi winien przysługę, ponieważ od dawna prowadziłem w mojej szopie z hangarem na łódź prowizoryczny ostry dyżur i zajmowałem się licznymi wyimaginowanymi dolegliwościami Janssona.
Nie umiałbym zliczyć, ile razy schodziłem na pomost, żeby zbadać jego obolałe, jak twierdził, ręce i plecy. Setki razy przynosiłem z szopy stetoskop, osłuchiwałem jego płuca i serce, a potem stwierdzałem, że brzmią tak, jak powinny. Przy każdej takiej kontroli Jansson wydawał się zdrów jak ryba, ale mimo to jego lęk przed ciężkimi chorobami nie malał. Przekraczał wszelkie wyobrażenia. Nie spotkałem się z czymś podobnym nawet przez długie lata mojej praktyki lekarskiej. Jansson był pełnoetatowym hipochondrykiem.
Kiedyś poskarżył mi się na ból zęba, a ja odmówiłem mu pomocy. Nie wiedziałem, czy poszedł do lekarza na stałym lądzie, nie wiedziałem też, czy w ogóle miał kiedyś dziurę w zębie. Być może zgrzytał zębami przez sen, martwiąc się o swoje zdrowie, i w ten sposób nabawił się bólu?
Tamtej nocy, kiedy wybuchł pożar, jak zwykle połknąłem tabletkę nasenną i wkrótce usnąłem.
Obudziło mnie jaskrawe światło. Kiedy otworzyłem oczy, pomyślałem, że ktoś włączył nade mną silną lampę. Po chwili dostrzegłem, że pod sufitem unosi się ciemny dym. Nie miałem na stopach skarpetek, musiałem je ściągnąć przez sen, gdy w pokoju zrobiło się ciepło. Wyskoczyłem z łóżka i zbiegłem schodami na parter do kuchni. Wszędzie otaczało mnie jaskrawe światło. Zdążyłem dostrzec, że zegar na ścianie w kuchni wskazuje dziewiętnaście minut po północy. Zerwałem z wieszaka przy drzwiach moją czarną pelerynę, wciągnąłem na bose stopy kalosze, z których jeden ledwie dał się założyć, i wybiegłem na zewnątrz.
Cały dom stał w płomieniach. Ogień huczał. Biło takie gorąco, że musiałem zejść aż na pomost. Stanąłem obok szopy i patrzyłem. Wówczas nie przyszło mi nawet do głowy, by się zastanowić, co spowodowało tę katastrofę. Po prostu stałem i patrzyłem na coś, co zdawało się niemożliwe. Serce waliło mi tak mocno, że bałem się, iż rozpadnie się w środku na drobne kawałki. Pożar szalał również w mojej głowie.
Czas rozpływał się w płomieniach. W pewnej chwili spostrzegłem, że nadpływają łodzie z wyrwanymi ze snu mieszkańcami okolicznych wysepek. Teraz nie umiałbym jednak powiedzieć, jak długo stałem na pomoście i kto wówczas przybył. Byłem jak sparaliżowany, ze wzrokiem utkwionym w płomieniach i snopach iskier strzelających wysoko w rozgwieżdżone niebo. W pewnym momencie, ku memu przerażeniu, zdało mi się, że za płonącym domem widzę sylwetki moich dziadków.
Jesienią zostawało nas tutaj niewielu. Z końcem wakacji letnicy zabierali żaglówki do swoich portów i wracali do miast. Mimo to ktoś dostrzegł płomienie w ciemności. Wieść o pożarze szybko się rozniosła i wszyscy przypłynęli z pomocą. Przybyła też jednostka gaśnicza straży przybrzeżnej. Strażacy polewali dom słoną wodą, ale było już za późno. Zmienił się tylko swąd na pogorzelisku. Spalone drewniane belki, panele ścienne, tapety i linoleum w połączeniu ze słoną wodą wydają smród, którego niepodobna zapomnieć.
Kiedy zaczęło świtać, z mojego domu pozostała dymiąca i śmierdząca ruina. Wtedy też ustał wiatr. Sztorm wyszalał się i pognał dalej, gdzieś nad Zatokę Fińską.
W pewien sposób wiatr sprzymierzył się z ogniem. Razem zadbali o to, żeby z pięknego domu moich dziadków została tylko sterta popiołu.
Również dopiero wtedy, nad ranem, po raz pierwszy zadałem sobie pytanie, co mogło wywołać pożar. W domu nie paliła się świeca ani żadna ze starych lamp naftowych. Nie paliłem fajki ani papierosów, piec na drewno był wygaszony, a instalację elektryczną wymieniłem ledwie przed rokiem.
Nie było logicznego wyjaśnienia. Dom stanął w płomieniach ot tak, bez żadnej przyczyny. Zupełnie jakby domy mogły popełnić samobójstwo ze starości albo ze zmęczenia.
Pojąłem wówczas, że myliłem się w pewnej podstawowej sprawie. Przed wieloma laty uciekłem na tę wyspę po fatalnej operacji, podczas której omyłkowo amputowałem młodej dziewczynie zdrową rękę. Znalazłszy się tutaj, w domu moich dziadków, często myślałem, że stał wówczas, gdy ja przyszedłem na świat, i będzie stał dalej, kiedy mnie już nie będzie.
Myliłem się. Na pewno miały mnie przeżyć dęby, brzozy, olchy i samotny jesion. Ale z pięknego domu na wyspie miał ostać się jedynie fundament z kamiennych bloków, przewiezionych po lodzie z dawno zamkniętego kamieniołomu pod H?kansborgiem.
Przerwałem rozmyślania, zorientowawszy się, że obok mnie stoi Jansson. Miał na sobie wytarty granatowy kombinezon. Nie miał czapki, ale włożył na dłonie stare rękawice motocyklowe. Pamiętałem je z czasów, kiedy morze skuwał lód i Jansson przesiadał się z łodzi motorowej na hydrokopter i tak rozwoził pocztę.
Stał tuż obok mnie i gapił się na moje stopy. W końcu sam spojrzałem w dół i odkryłem ze zdumieniem, że włożyłem dwa lewe ciemnozielone kalosze marki Tretorn. Zrozumiałem, czemu tak trudno mi było wciągnąć jeden z nich. I dlaczego tak ciężko mi było się poruszać, kiedy wreszcie odważyłem się obejść pogorzelisko.
- Dam ci jednego - powiedział Jansson. - Mam w domu kilka różnych par.
- Niewykluczone, że ja też mam jeszcze jedną parę w szopie - odparłem.
- Nie, nie masz. Już sprawdziłem. Są tam stare skórzane buty i stare raki, które dawniej zakładało się, żeby polować na foki na lodzie.
Nie zdziwiła mnie wiadomość, że Jansson grzebał w mojej szopie, chociaż wiedziałem, że tym razem zrobił to, chcąc mi pomóc. Już wcześniej wiedziałem, że czasem tam węszy. Jansson był ciekawski. Na pewno czytał wszystkie przechodzące przez jego ręce pocztówki.
Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem. To była długa noc.
- Co teraz zrobisz? - zapytał. - Gdzie będziesz mieszkał?
Nie odpowiedziałem, bo nie znałem odpowiedzi.
Podszedłem do dymiącego pogorzeliska. Niepasujący kalosz ocierał mi stopę.
To jedyne, co w tej chwili posiadam, pomyślałem. Niepasujące kalosze. Wszystko inne zniknęło. Nie mam nawet nic do ubrania.
W tamtej chwili, kiedy uzmysłowiłem sobie rozmiary katastrofy, świadomość ta rozbrzmiała we mnie przeciągłym jękiem. Mimo to niczego nie usłyszałem. Wszystko, co działo się w moim wnętrzu, odbywało się w ciszy.
U mego boku znowu pojawił się Jansson. Poruszał się nadzwyczaj cicho, jakby miał miękkie łapy zamiast nóg. Nie było go, a potem nagle pojawiał się znikąd. Jakby również posiadał zdolność utrzymywania się poza zasięgiem wzroku.
Dlaczego spalił się mój dom, a nie ta jego żałosna chałupa na wyspie St?ngskär?, pomyślałem.
Jansson żachnął się, jakby usłyszał moje myśli. Wiedziałem jednak, że wykrzywił twarz odruchowo, uświadomiwszy sobie, że podszedł za blisko.
- Możesz oczywiście zatrzymać się u mnie - powiedział po chwili.
- Bardzo ci dziękuję - odparłem i spojrzałem na przyczepę mojej córki Louise, stojącą w olchowym zagajniku kawałek za plecami Janssona. Rósł tam też wysoki dąb, który nie zrzucił jeszcze liści. Przyczepa była ledwie widoczna między gałęziami.
- Przecież mam przyczepę - powiedziałem. - Mogę w niej na razie zamieszkać.
Jansson spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem, ale nic nie powiedział.
Sąsiedzi, którzy przypłynęli ze swoich wysp, zaczęli krzątać się przy swoich łodziach. Ale zanim do nich wsiedli, podchodzili do mnie i zapewniali, że są gotowi udzielić mi wszelkiej potrzebnej pomocy.
W ciągu jednej nocy moja rzeczywistość uległa radykalnej zmianie. Straciłem wszystko. Nie miałem nawet pary dopasowanych kaloszy.