Szum wspomnień - Natalia Nowak-Lewandowska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (33,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Są ta­kie szu­flady i szafy, które mo­głyby zna­leźć inne za­sto­so­wa­nie, a jed­nak po otwar­ciu przy­wo­łują prze­szłość. Przy­po­mi­nają zda­rze­nia, które chcie­li­by­śmy pie­lę­gno­wać lub za­po­mnieć. Mo­gła­bym wy­peł­nić je no­wymi wspo­mnie­niami, ale to by ozna­czało od­su­nię­cie prze­szło­ści. Nie by­łam na to go­towa, nie chcia­łam no­wego za­sto­so­wa­nia dla szu­flad. Kiedy do nich za­glą­da­łam, czu­łam się bez­piecz­nie.

Od czasu do czasu otwie­ra­łam jedną, przy­glą­da­łam się za­war­to­ści, nie do­ty­ka­jąc ni­czego, i za­my­ka­łam. Nie mu­sia­łam nic wyj­mo­wać, do­sko­nale wie­dzia­łam, co miesz­czą, zna­łam układ wie­sza­ków w sza­fie, nie­zmienny od sze­ściu mie­sięcy. Na nie­któ­rych osiadł kurz, tego też nie zmie­nia­łam. Do­ty­ka­łam man­kie­tów ko­szul, czu­jąc pod pal­cami za­gnie­ce­nia ma­te­riału, gu­ziki, które cier­pli­wie cze­kały na prze­ło­że­nie przez dziurkę. Wra­ca­łam pa­mię­cią do chwil, kiedy Wi­tek miał je na so­bie, jak świet­nie w nich wy­glą­dał. Wy­stawa ob­ra­zów Jacka Świ­gul­skiego, na któ­rej by­li­śmy wspól­nie, choć nie­ko­niecz­nie po­tra­fi­łam się od­na­leźć w ta­kiej prze­strzeni. Nie ro­zu­mia­łam ma­lar­stwa, nie po­tra­fi­łam do­ce­nić ar­ty­zmu twórcy, jego prze­sła­nia. Wi­zyty u ro­dziny mo­jej lub Witka, pod­czas któ­rych ktoś za­wsze za­dał nie­wy­godne py­ta­nie o ślub lub dzieci, chciał po­znać na­sze plany. Do czasu, kiedy nie usły­sze­li­śmy dia­gnozy, wtedy prze­stali py­tać. Wi­zyty stały się jesz­cze gor­sze, bo współ­czu­cie, strach mie­sza­jący się z prze­ra­że­niem dzia­łały na mnie wy­nisz­cza­jąco na równi z ra­kiem, który tra­wił Witka. Te­raz ko­szule wi­siały w rów­nym rzę­dzie, ni­komu nie­po­trzebne, nie­które no­szące jego co­raz słab­szy za­pach.

Za­mknię­cie szu­flad i szaf za­bie­rało sprzed oczu za­war­tość, ale nie usu­wało wspo­mnień. Czy można po­zbyć się wspo­mnień? Czy je­dy­nym roz­wią­za­niem jest trwała amne­zja? Z cza­sem prze­szłość bled­nie, ale nie znika. Skrawki zda­rzeń po­ja­wiają się w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach, nie za­wsze mile wi­dziane. Wy­wo­łują dreszcz nie­po­koju lub przy­jem­no­ści, zaj­mują umysł, prze­no­szą w cza­sie i po­wo­dują my­śle­nie ży­cze­niowe - co by było, gdyby. Póki są przy­jemne, dają ra­dość, ale te smutne po­wo­dują drże­nie brody i nie­pro­szone łzy. Prze­szłość kształ­tuje, obo­jęt­nie czy jest do­bra, czy zła. Daje nam ba­gaż, który po­trafi nieść jak na skrzy­dłach lub przy­gnia­tać ni­czym głaz. Nie wie­rzy­łam lu­dziom, któ­rzy mó­wili, że nie pa­mie­tają, że prze­szłość dla nich nic nie zna­czy. Może nie chcieli, żeby miała zna­cze­nie. Zde­rze­nie z de­mo­nami wy­ma­gało od­wagi nie tylko w chwili, kiedy przy­cho­dziły, po­tem po­trzebna była wy­trwa­łość, aby je oswoić, cza­sem przy­tu­lić, a na­stęp­nie spró­bo­wać po­zwo­lić im odejść. Zaj­mo­wało to chwilę, a cza­sem lata.

Otwie­ra­łam szafy na tyle czę­sto, by nie utra­cić wspo­mnień, by cią­gle były żywe. Kar­mi­łam się nimi, każ­dego dnia od­grze­wa­łam je w swo­jej wy­obraźni. Nie wy­pusz­cza­łam z rąk, kur­czowo ści­ska­łam sznurki, bo na swo­ich koń­cach miały chwile, za któ­rymi tę­sk­ni­łam. Ba­łam się, że je­śli nie zaj­rza­ła­bym, sznurki znik­nę­łyby. Czas ni­czego nie zmie­niał, szu­flady i szafy stały się moim uza­leż­nie­niem. Nie­na­wi­dzi­łam tych wspo­mnień i tak bar­dzo nie chcia­łam, by ode­szły. Mę­czy­łam się, ale nie umia­łam bez nich żyć.

Za­my­ka­jąc szu­flady, za­my­ka­łam swoje emo­cje. Nie do­pusz­cza­łam świa­do­mo­ści, że to już ko­niec, że moje ży­cie ogra­ni­czy się do szaf i szu­flad. Uda­wa­łam, że nic się nie zmie­niło, że śmierć Witka nie wpły­nęła na mnie tak, jak wszy­scy ocze­ki­wali. Słowo "wdowa" nie ist­niało w moim słow­niku. Za­su­wa­łam szu­fladę i na nowo by­łam We­ro­niką, którą do­brze zna­łam. Ra­do­sną, sku­pioną na pracy, od­po­wie­dzialną i twardo stą­pa­jącą po ziemi trzy­dzie­sto­let­nią ko­bietą. Tylko od czasu do czasu bra­łam te­le­fon, wy­stu­ki­wa­łam nu­mer do Witka i słu­cha­łam na­gra­nia na po­czcie gło­so­wej. "Cześć, tu Wi­tek, ale pew­nie wiesz, skoro wy­bra­łeś mój nu­mer. Je­śli masz złą wia­do­mość, po­wiedz te­raz, je­śli do­brą, po­cze­kaj na sy­gnał".

Za każ­dym ra­zem, kiedy od­twa­rza­łam jego głos, prze­cho­dziły mnie dresz­cze. Mia­łam od­ruch, by się na­grać, choć prze­cież wie­dzia­łam, że już nie od­słu­cha tej wia­do­mo­ści. Od­twa­rza­łam na­gra­nie raz za ra­zem, aż przy­cho­dził mo­ment, że wię­cej nie mia­łam siły.

Pa­mię­tam, kiedy pierw­szy raz je usły­sza­łam i za­miast się na­grać, za­czę­łam się śmiać i mu­sia­łam się roz­łą­czyć. To był cały Wi­tek. Za­bawny, ze śmie­chem, który był sły­szalny w wy­po­wia­da­nych sło­wach, po­zy­tyw­nie na­sta­wiony i za­ra­ża­jący swoim opty­mi­zmem. Z każ­dym od­słu­cha­niem wra­ca­łam my­ślami do wspól­nych mo­men­tów, wspo­mnień, które nie zmie­ściły się w szu­fla­dach.

Zna­jomi z pracy mó­wili o mnie "nie­złomna", choć nie lu­bi­łam tego okre­śle­nia. Nie pod­da­wa­łam się prze­ciw­no­ściom, by­łam tą, która wy­ko­rzy­sta wszyst­kie opcje i znaj­dzie ko­lejne, je­śli wcze­śniej­sze za­wiodą. Po­dob­nie było w sy­tu­acjach, kiedy ktoś po­trze­bo­wał po­mocy. Przy­ja­ciele wie­dzieli, że mogą na mnie li­czyć. Wy­słu­cham, obe­trę łzy, znajdę roz­wią­za­nie lub do­dam otu­chy, a jak bę­dzie po­trzeba, po­sta­wię do pionu moc­niej­szymi sło­wami. Jed­nak chwi­lami mia­łam dość roli, w którą po­zwo­li­łam się wci­snąć. Cza­sem chcia­łam za­mie­nić się ro­lami, lecz ta była głę­boko za­ko­rze­niona.

De­li­kat­nie do­ty­ka­jąc pal­cami, pchnę­łam szu­fladę, która z ci­chym klik­nię­ciem za­mknęła się. Pa­ra­lela ci­chego od­cho­dze­nia Witka. Można od­cho­dzić na wiele spo­so­bów. Z pompą, po­ka­zu­jąc pu­blicz­no­ści od­wagę, tak, aby na­wet w ostat­nich chwi­lach ży­cia stać się in­spi­ra­cją. Można też wal­czyć do ostat­niej chwili, wy­ko­rzy­stu­jąc wszyst­kie moż­li­wo­ści, ja­kie daje me­dy­cyna, rów­nież ta nie­kon­wen­cjo­nalna, można się pod­dać, sły­sząc dia­gnozę. A można być jak Wi­tek, ze spo­ko­jem i god­no­ścią, wśród naj­bliż­szych, pod­da­wać się za­bie­gom me­dycz­nym, lecz ukła­dać i pla­no­wać ży­cie po wła­snej śmierci. Czy to było pod­da­nie się? Nie, to uła­twie­nie dla tych, któ­rzy zo­stają, lecz wtedy mia­łam mu za złe, że nie stara się bar­dziej, że sku­pia się na tym, co bę­dzie po, za­miast żyć tym, co jest te­raz. Wtedy chcia­łam, żeby wal­czył z ca­łych sił, żeby nie go­dził się na wy­rok, zro­bił co­kol­wiek. Dzi­siaj by­łam mu wdzięczna za roz­są­dek.

Czy jest je­den do­bry spo­sób od­cho­dze­nia? Wzór, który po­wi­nien być przy­kła­dany do każ­dego? Skoro za­sta­na­wiam się nad do­brym, to czy jest też zły? I czy my, zdrowi, mo­żemy oce­niać tych, któ­rzy wie­dzą, że wła­śnie prze­gry­wają naj­waż­niej­szą walkę swo­jego ist­nie­nia? A jed­nak czę­sto nie umiemy się po­wstrzy­mać od wy­da­wa­nia opi­nii, twier­dze­nia, że wiemy, co jest lep­sze. Klik, szu­flada się za­mknęła.

Kiedy wy­daje nam się, że upo­ra­li­śmy się z naj­trud­niej­szymi chwi­lami, wtedy na dnie szafy znaj­du­jemy jedną rzecz, dro­biazg, po­zor­nie nie­istotny, który ko­ja­rzy nam się ze śmie­chem, ra­do­ścią, ma­jo­wym dniem, kiedy wszystko wy­glą­dało ina­czej. Ten dro­biazg staje się wez­braną rzeką, pły­nącą co­raz szyb­ciej i za­bie­ra­jącą ze sobą co­raz więk­sze po­ła­cie ziemi.

Agata była moją przy­ja­ciółką jesz­cze z lat dzie­cię­cych, i choć na­sze drogi ro­ze­szły się dość wcze­śnie, bo każda z nas wy­brała inną szkołę śred­nią, to nie­zmien­nie utrzy­my­wa­ły­śmy kon­takt. Czu­łam się do­brze w jej to­wa­rzy­stwie. Ni­gdy nie mu­sia­łam uda­wać ko­goś, kim nie by­łam, cho­wać emo­cji, do­pa­so­wy­wać się. Nie mu­sia­łam być tą, która za­wsze znaj­dzie roz­wią­za­nie. Wie­dzia­ły­śmy o so­bie wszystko, nic nas już nie za­ska­ki­wało, co uwa­ża­łam za ogromny plus.

Sta­ra­ły­śmy się spo­ty­kać w miarę re­gu­lar­nie, choć kon­takt przy po­mocy SMS-ów oraz in­nych ko­mu­ni­ka­to­rów in­ter­ne­to­wych mia­ły­śmy nie­prze­rwany. Do­ce­nia­łam to, bo nie było ła­two zna­leźć brat­nią du­szę.

Tam­ten piąt­kowy wie­czór był cie­pły, ko­niec maja. Ten mie­siąc już za­wsze bę­dzie mi się ko­ja­rzył z tym, co do­bre i z tym, co złe. Prze­wrotny mie­siąc, ale czy nie jest tak, że na­sze lu­bie­nie i nie­lu­bie­nie po­szcze­gól­nych mie­sięcy czy dni ty­go­dnia wy­nika z su­biek­tyw­nych prze­żyć? Do­świad­czeń, które wy­warły na nas duży wpływ? Po­dob­nie z piąt­kiem. Dla więk­szo­ści jest po­cząt­kiem week­endu, wy­cze­ki­wa­nym z utę­sk­nie­niem po pię­ciu dniach pracy. Dla mnie od tego ma­jo­wego piątku był zmianą, po­cząt­kiem i koń­cem jed­no­cze­śnie.

Po­szły­śmy na piwo. Po­trze­bo­wa­ły­śmy od­po­cząć, po­roz­ma­wiać. Umó­wi­ły­śmy się na sta­cji Cen­trum, zwa­nej Jed­no­roż­cami, i idąc wzdłuż ulicy Piotr­kow­skiej, naj­dłuż­szej łódz­kiej ar­te­rii, za­glą­da­ły­śmy do ogród­ków i lo­kali. Szu­ka­ły­śmy wol­nego miej­sca.

- Cza­sem mam wra­że­nie, że już to wszystko wi­dzia­łam, by­łam tu wie­lo­krot­nie, nic no­wego się nie wy­da­rzy. - Agata nie za­ra­żała opty­mi­zmem.

- Bo wi­dzia­łaś i by­łaś tu wie­lo­krot­nie. - Uśmiech­nę­łam się i da­łam jej lek­kiego kuk­sańca.

- Oj, wiesz, o co mi cho­dzi. Po­wta­rzal­ność. Niby bez­piecz­nie, a jed­nak nudno.

Coś w tym było. Trzy­ma­ły­śmy się sche­ma­tów, bo da­wały po­czu­cie pew­no­ści i bez­pie­czeń­stwa, sta­bi­li­za­cji. Czło­wiek wcho­dził w to, co znał i zo­sta­wał, choć cza­sem go coś uwie­rało. Tak było pro­ściej. Jedni coś z tym ro­bili, inni po pro­stu żyli da­lej. Sama nie wie­dzia­łam, czy wolę tkwić, czy dzia­łać. Je­dy­nie cza­sem czu­łam, że nie mogę się ru­szyć, za­czy­nam się du­sić, ale wi­docz­nie te uczu­cia były zbyt słabe, żeby pójść da­lej. Wy­bie­ra­łam strefę kom­fortu.

Za­trzy­ma­ły­śmy się przy Mi­ni­ster­stwie Śle­dzia i Wódki, za­mó­wi­ły­śmy dwa szoty "Po­nętny Ja­nusz" oraz "Przy­smak mi­ni­stra", do tego za­pie­kankę bo­loń­ską dla mnie, a dla Agaty ze szpi­na­kiem. Po wy­pi­ciu pierw­szego szota po­czu­łam pa­lące cie­pło prze­ni­ka­jące prze­łyk, po­tem spły­wa­jące do żo­łądka. Po dru­gim kie­liszku moje ciało za­częło się od­prę­żać.

- Cza­sem się czuję, jak­bym miała dwa­dzie­ścia lat wię­cej niż w rze­czy­wi­sto­ści - oświad­czyła Agata z peł­nymi ustami. - Stara i zmę­czona, jakby po­łowa ży­cia była za mną i nic wię­cej miało mnie nie spo­tkać.

- Ale masz dzi­siaj na­strój - sap­nę­łam. Agata była z na­tury opa­no­wana, może chwi­lami nudna, ale ra­czej przyj­mo­wała ży­cie ze spo­ko­jem, nie­wiele ocze­ku­jąc i nie­wiele da­jąc od sie­bie. Ko­cha­łam ją jak sio­strę, była mi naj­bliż­sza, ale chwi­lami mia­łam ochotę nią po­trzą­snąć za tę sta­gna­cję. Cie­kawe, że draż­niło mnie u niej to, w czym sama tkwi­łam.

Agata wzru­szyła ra­mio­nami.

- Bo z czego tu się cie­szyć? - Przez chwilę żuła w ci­szy. - Praca niby jest, ale nie bar­dzo sa­tys­fak­cjo­nu­jąca, pie­nią­dze są, ale bez sza­leństw, związki naj­le­piej prze­mil­czeć. No sama po­wiedz, z czego się cie­szyć?

- Stara ma­ruda - wes­tchnę­łam. - Ale to wszystko masz, do tego je­steś zdrowa i masz mnie, która od lat znosi twoje ra­do­sne na­sta­wie­nie. Po­myśl, że mo­gła­byś tego nie mieć, co wtedy?

- Mo­giła.

Za­śmia­łam się. Po­mimo wiecz­nej chan­dry lu­bi­łam Agatę. Nie raz prze­ko­na­łam się o jej do­brym sercu, od­da­niu, mo­głam na nią li­czyć. To dla mnie było waż­niej­sze niż ma­ru­dze­nie. Uwa­ża­łam, że wy­nika bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż rze­czy­wi­stego złego sa­mo­po­czu­cia.

- Za­tem sama wi­dzisz, je­steś ska­zana na mnie i na swoje ży­cie, de­cy­zje i wy­bory - unio­słam kie­li­szek. - Jak bę­dziesz pla­no­wała zmiany, to daj mi znać wcze­śniej, bo mu­szę się przy­go­to­wać.

Wie­czór upły­nął nam na plot­ko­wa­niu o zna­jo­mych z pracy, co może nie było zbyt kul­tu­ralne, ale kto tego nie ro­bił, niech pierw­szy rzuci ka­mie­niem. Ni­gdy nie sie­dzia­ły­śmy zbyt długo, po­wroty noc­nymi au­to­bu­sami nie na­le­żały do zbyt przy­jem­nych, dla­tego sta­ra­ły­śmy się tego uni­kać. Poza tym każda z nas była zmę­czona po ty­go­dniu pracy, wy­pi­ja­ły­śmy kilka szo­tów, ja­dły­śmy coś do­brego i wra­ca­ły­śmy do do­mów. Może mało roz­ryw­kowo jak na trzy­dzie­sto­latki, ale żadna z nas nie czuła po­trzeby spę­dza­nia piąt­ko­wych wie­czo­rów ina­czej.

Sta­cja prze­siad­kowa Cen­trum była do­brze oświe­tlona. Ostat­nie tego dnia tram­waje do­jeż­dżały na przy­stanki, za­bie­rały po­dróż­nych, tych zmę­czo­nych, któ­rzy wła­śnie koń­czyli pracę, i tych wra­ca­ją­cych ze spo­tkań ze zna­jo­mymi. Ro­biło się co­raz bar­dziej pu­sto, dźwięki mia­sta po­woli ci­chły. Ulice były o tej po­rze wy­peł­nione ludźmi, któ­rzy nie zwra­cali na sie­bie uwagi.

Sta­łam na pe­ro­nie, skąd od­jeż­dżały tram­waje w kie­runku Ret­kini. Mia­łam jesz­cze tro­chę czasu do przy­jazdu dzie­siątki. Z Agatą po­że­gna­łam się wcze­śniej, od­je­chała w swoją stronę. O tej po­rze ławki były pu­ste, usia­dłam i za­my­śli­łam się, choć gdyby mnie ktoś spy­tał, o czym my­śla­łam, nie umia­ła­bym od­po­wie­dzieć. Bar­dziej po­czu­łam, niż za­uwa­ży­łam, że nie je­stem już sama. Obok mnie usiadł męż­czy­zna, mniej wię­cej w moim wieku. Po­cząt­kowo nie zwra­ca­łam na niego uwagi, ale jego upo­rczywe wpa­try­wa­nie się we mnie w końcu mnie za­in­try­go­wało. Po­czu­łam lek­kie mro­wie­nie wzdłuż krę­go­słupa, zro­biło mi się zimno, choć wie­czór na­le­żał do wy­jąt­kowo cie­płych. Strach. Dreszcz lekko wstrzą­snął moim cia­łem. Dys­kret­nie ro­zej­rza­łam się po pe­ro­nie, jed­nak o tej po­rze był wy­lud­niony. Zer­k­nę­łam po­now­nie na męż­czy­znę, a on uśmiech­nął się przy­jaź­nie. Przez mo­ment nie wie­dzia­łam, jak za­re­ago­wać. Za­sko­czył mnie. Nie­śmiało uśmiech­nę­łam się i od­wró­ci­łam. Ale nie­spo­dzie­wa­nie dla sa­mej sie­bie prze­sta­łam się bać. Spoj­rza­łam jesz­cze raz, męż­czy­zna nie zmie­nił wy­razu twa­rzy.

- Po­noć lu­dzie dzielą się na stra­chli­wych i głu­pich, któ­rzy się nie boją. Czy strach można ra­cjo­nal­nie wy­tłu­ma­czyć? Bo głu­potę tylko w nie­licz­nych przy­pad­kach.

Je­dy­nie przez chwilę po­my­śla­łam, że to sza­le­niec. Je­śli miał za­miar mnie wy­stra­szyć, to mu się udało. Nie chcia­łam wyjść na pa­ni­karę, więc pod­ję­łam roz­mowę.

- Strach jest na­tu­ralny, dla­tego jest jak naj­bar­dziej ra­cjo­nalny. Je­śli coś ci za­graża, to się bo­isz, prawda? Twój umysł re­aguje tak, byś prze­trwał. Pier­wotne za­cho­wa­nie. Je­śli ni­czego się nie bo­isz, to jest to co naj­mniej za­sta­na­wia­jące. Stąd po­wie­dze­nie, że tylko głupi się nie boi. - Uśmiech­nę­łam się. Po­mimo dziw­nego wra­że­nia, że męż­czy­zna jest dla mnie za­gro­że­niem, ła­two da­łam się wcią­gnąć w roz­mowę. To nie był tan­detny pod­ryw, męż­czy­zna za­czął roz­mowę, która mo­gła się po­to­czyć w każ­dej in­nej sy­tu­acji po­mię­dzy dwoj­giem zna­jo­mych lub nie­zna­jo­mych osób. Może jego ce­lem był pod­ryw, a może tylko uroz­ma­ice­nie czasu pod­czas cze­ka­nia na tram­waj.

- Lu­dzie za­kła­dają, że są od­ważni, prawda? - Po­ki­wa­łam głową, bo trudno było się nie zgo­dzić. - A co to w ogóle zna­czy? I czy rze­czy­wi­ście tak jest?

- Ni­gdy nie szu­ka­łam od­po­wie­dzi, wie­dzy, co to zna­czy być od­waż­nym. Ni­gdy nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, czy ja je­stem od­ważna.

- Skła­damy się z ma­łych do­ko­nań, rza­dziej z du­żych, a one mogą być czę­sto ak­tami od­wagi - po­wie­dzia­łam po­woli, wa­żąc każde słowo. Nie wie­dzia­łam, czy idę w do­brą stronę.

- Mamy tyle od­wagi, ile je­ste­śmy w sta­nie znieść.

- Za każ­dym ra­zem wy­daje się, że wię­cej nie udźwi­gniemy, a po­tem oka­zuje się, że mo­żemy wię­cej. Tylko czy to od­waga, czy bar­dziej siła cha­rak­teru?

Dłuż­szą chwilę pa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu, po­zna­jąc swoje twa­rze, śle­dząc każdy ich skra­wek. Do tej pory nie roz­ma­wia­łam z nie­zna­jo­mymi w ta­kiej for­mie. Ba! Ze zna­jo­mymi też się nie zda­rzało. Za­sko­czył mnie, przy­cią­gnął te­ma­tem, roz­wa­ża­niami.

Wi­dzia­łam zbli­ża­jący się tram­waj, ostatni tego dnia. Mu­sia­łam do niego wsiąść. Wy­ję­łam z to­rebki dłu­go­pis, zła­pa­łam męż­czy­znę za rękę i na­pi­sa­łam mu na niej nu­mer te­le­fonu oraz swoje imię. Wy­szło ko­ślawo, ale czy­tel­nie.

- Nie bój się bać, to nic złego - po­wie­dzia­łam z uśmie­chem i wsia­dłam do tram­waju. Obej­rza­łam się, stał nie­zmien­nie w tym sa­mym miej­scu z pod­wi­nię­tym rę­ka­wem ko­szuli i nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. Na­sze spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się. Uśmiech­nę­łam się. Było w nim coś, co mnie przy­cią­gało. Mógł się po­do­bać, choć pew­nie nie wszyst­kim, bo jego wy­gląd nie na­le­żał do kla­sycz­nych. Ciem­no­włosy, z piw­nymi oczami, wy­soki, szczu­pły. Typ in­te­lek­tu­ali­sty. Pew­nie, idąc ulicą, nie zwró­ci­ła­bym na niego uwagi, ale nie­ba­nalna roz­mowa spo­wo­do­wała, że za­in­te­re­so­wał mnie.

Znik­nął mi z oczu i po­my­śla­łam, że zo­sta­wi­łam wszystko w jego rę­kach. To on miał mój nu­mer te­le­fonu, ja na­wet nie wie­dzia­łam, jak ma na imię. Wła­ści­wie nic nie wie­dzia­łam. Uświa­do­mie­nie so­bie wła­snego po­ło­że­nia spo­wo­do­wało, że za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy w ogóle chcia­łam dal­szego kon­taktu. Nie po­zo­sta­wi­łam so­bie wy­boru, to on za­de­cy­duje, jak bę­dzie wy­glą­dało ko­lejne kilka, może kil­ka­na­ście dni. Od­da­łam w cu­dze ręce de­cy­zję. W obce ręce. A je­śli się nie ode­zwie? Czy wła­śnie stra­ci­łam szansę na być może nie­ba­nalną zna­jo­mość? Czy wła­śnie po­czu­łam ir­ra­cjo­nalny lęk? Wes­tchnę­łam i sku­pi­łam uwagę na kra­jo­bra­zie za oknem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.

Na­ta­lia No­wak-Le­wan­dow­ska

Cień w lu­strze

ISBN: 978-83-66332-69-0

Rok 2021

Liczba stron: 304

For­mat: 135 x 205

Oprawa: miękka

Cena: 37,90

"Gdy my­ślisz, że już nic się nie da zro­bić i zo­staje ci wy­łącz­nie cier­pie­nie, czas się za­trzy­muje. Nic bo­wiem nie ma w so­bie tyle łez, co pustka".

Lidka To­rań­ska skrywa ta­jem­nicę. Wsty­dliwą, bo­le­sną dla sie­bie i naj­bliż­szych. I choć sama nie chce się do tego przy­znać, to rze­czy­wi­stość nie po­zo­sta­wia złu­dzeń - jest chora na jedną z bar­dziej śmier­tel­nych cho­rób - al­ko­ho­lizm.

To opo­wieść o dro­dze od po­cząt­ko­wych symp­to­mów cho­roby do pierw­szych kro­ków ku wol­no­ści. Wstrzą­sa­jąca i pełna po­ra­żek. Na­ru­sza­jąca spo­łeczne tabu, ja­kim jest al­ko­ho­lizm ko­biet. Lidka nie jest mar­gi­ne­sem ani pa­to­lo­gią. Może to są­siadka, ko­le­żanka z pracy, córka? A może cień w lu­strze...

Do­kąd za­pro­wa­dzi ich nie­zwy­kły kruk?