Szukanie równowagi. Szkice literackie i publicystyczne - Tymon Terlecki

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (25,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Europejskość i odrębność kultury polskiej

Jest to temat śliski, trudny, grożący niebezpieczeństwami. Mówiąc o sprawie tak rozległej i zasadniczej, łatwo uwikłać się w ogólniki, w to, co po angielsku nazywa się sweeping generalizations1. Łatwo pomieszać perspektywy i skale wartości, wziąć część za całość, wytwór uboczny za wytwór właściwy. Łatwo wreszcie ulec pokusie idealizowania, której tak często nie umieli się obronić najszlachetniejsi z naszego narodu.

Może prościej, łatwiej, bezpieczniej byłoby ograniczyć się do ujęć cząstkowych, do oświetlenia pojedynczych faktów. Ale z drugiej strony odpowiada to głębokiej tęsknocie umysłu, by tworzyć syntezy z poznanych szczegółów, by formułować poglądy ogólne. Staje się to naglącą potrzebą instynktu zbiorowego w takim czasie, w jakim nam żyć przypadło, w takim losie, jaki jest naszym udziałem. Przedsięwzięcie może się nie udać, ale - warto i trzeba je podjąć.

Ten akt uświadomienia czyhających niebezpieczeństw i akt odwagi, by im wyjść naprzeciw - nie rozbraja jednej jeszcze podstawowej wątpliwości: czy pojęcia "europejskość" i "odrębność" nie są sprzeczne? Bo europejskość oznacza uczestnictwo w duchowej wspólnocie, wywodzącej się z humanizmu starożytnego i z chrześcijaństwa. Odrębność zaś oznacza skuteczne, zwycięskie, ale i uprawnione dążenie, by w kręgu tej wspólnoty zachować twarz własną, samoswoją postawę wobec świata i życia. A jeśli tak, nieuniknione jest pytanie: czy można jednocześnie być uczestnikiem jakiejś jedności i - nie być?

Zanim się na to odpowie, trzeba stwierdzić, że pierwsze ogniwo tego sprzęgu pojęciowego - "europejskość" - cierpi na niedostatek ścisłości. Wielki kompleks kulturalny, oparty na schedzie antycznej i organizującej woli chrześcijaństwa, w pewnej epoce sięgał poza kontynent europejski: na wybrzeża Afryki i Azji Mniejszej. Przez pewien czas ograniczał się tylko do tego kontynentu. Dziś znowu sięga daleko poza jego granice. "Europejskość" nie jest więc pojęciem określającym dokładnie zasięg przestrzenny.

Nie jest także pojęciem ścisłym pod względem zawartości, ponieważ nawet w najmniejszym, zacieśnionym do Europy kręgu kulturalnym zaznaczały się prądy, występowały zjawiska sprzeczne z istotą kultury panującej na tym obszarze. Zatem termin "europejskość" jest terminem obrazowym, przybliżonym, umownym, którego używamy zamiast określenia: przynależność do świata kultury antyczno-chrześcijańskiej, kultury łacińsko-chrześcijańskiej, kultury zachodniej.

Po tym wyjaśnieniu można pokusić się o dowód, że pojęcia europejskość kultury polskiej i jej odrębność nie są sprzeczne. Nie są sprzeczne dlatego, że sam rdzeń kultury antyczno-chrześcijańskiej stanowi jedność przez różnorodność, jedność powstającą nie na drodze mechanicznego ujednostajnienia, ale przez związanie wielu odmiennych składników jedną obręczą, przez zasklepienie złożonej struktury jedną kopułą łączącą wszystko. Jest to, być może, najbardziej istotna cecha tej kultury, różniąca ją od wszystkich kultur, które istnieją i istniały, a Arnold Toynbee, autor monumentalnego Studium historii, liczy ich dwadzieścia kilka, dokładnie: 21.

To rozpoznanie można wesprzeć z dwu stron: gromadząc fakty historyczne i roztrząsając podstawowe założenia kultury naszego świata.

Christopher Dawson, współczesny angielski pisarz katolicki o wyjątkowej wiedzy i rozległości widnokręgów, o budującej bezstronności sądu, za szczególne osiągnięcie chrześcijaństwa zachodniego uważa, że wcieliło w życie ideał zorganizowanej społeczności duchowej, zdolnej współistnieć z jednostkami narodowymi i politycznymi. Dokonywało się to w szczególnym układzie rzeczy. Forma ponadindywidualna nie dążyła do wchłaniania indywiduów zbiorowych, przeciwnie, uprawniała ich odrębność. Indywidua, nawet w najbardziej ślepych, najbardziej odśrodkowych zapędach, nie zniosły tej formy nadrzędnej, nie zatraciły wspólnej podstawy. Mimo że Europa nie była dotąd jednością gospodarczą i polityczną, wolno więc mówić o europejskiej wspólnocie duchowej opartej na wspólnych miarach wartości.

Do tej samej sprawy można się zbliżyć od strony pierwszych założeń naszej kultury. Ewangelia, w przeciwieństwie np. do prawodawczych pism islamu, jest tylko normą idealną i ogólną. Dopuszcza wielką, chyba nieskończoną skalę sposobów urzeczywistnienia ideału. Patos katolickiej doktryny świętości zawiera się nie w schemacie, ale właśnie w nacisku położonym na wielość i odmienność dróg spełnienia, dopięcia najwyższej miary. Dokładnie tak samo przedstawia się w chrześcijaństwie sprawa związków tworzonych z myślą o doskonaleniu człowieka: bractw zakonnych. Tak samo przedstawia się sprawa związków innego rzędu: narodów i kultur narodowych.

Ostatnie, wymowne sformułowanie ta dążność organiczna znalazła w encyklice Piusa XI, która zaczyna się od przejmujących słów: "Mit brennender Sorge"2... Czytamy tam: "...jest miejsce na ojczyznę dla wszystkich narodów i wszystkich języków, jest miejsce na rozwój wszystkich wartości szczególnych, wszystkich darów, zadań i powołań danych przez Boga zarówno jednostkom, jak wspólnotom etnicznym".

W postawieniu sprawy: europejskość - tak jak ją tu rozumiemy - i odrębność kultury nie ma zatem sprzeczności. Nie tylko nie ma sprzeczności, ale jest bodaj dotknięcie istoty rzeczy, samego najtajniejszego węzła życia.

Dla Polski europejskość stanowiła nie tylko szansę odrębnego wyrazu kulturalnego, ale jedyną jego możliwość, jedyną możliwość świadomego przetrwania. Bez wejścia w obręb kultury zachodniej nie byłoby odrębności polskiej, jak nie ma odrębności licznych plemion i szczepów połabskich, jak czymś szczątkowym, zanikającym jest odrębność Łużyczan.

Na odwrót geograficzne położenie Polski, bieg jej historii sprawiły, że bez odrębności polskiej Europa i europejskość wyglądałaby inaczej niż wygląda. Brakłoby w zespole, który nosi nazwę kultury europejskiej, pewnych tonów, rysów znamiennych. Więcej: całe życie tej kultury potoczyłoby się inną koleją, gdyby nie było Legnicy, Grunwaldu, Cecory, Chocimia, odsieczy wiedeńskiej, bitwy nad Wisłą.

U niewielu narodów te dwie sprawy - europejskość i odrębność kulturalna - są tak zrośnięte, przerośnięte żywymi włóknami i tak wzajemnie uwarunkowane. Gdyby nie było Polski, Europa w znaczeniu całości historycznej byłaby oczywiście czymś innym niż jest w tej chwili. Nie byłoby Polski, gdyby nie włączyła się do Europy i nie podzieliła jej losów.

Te prawdy, zwłaszcza druga z nich, są czymś tak oczywistym, że weszły nam w instynkt, stały się czymś pozaświadomym. Odosobnione były i słusznie nie wzbudziły echa sentymentalne odruchy żalu niektórych późnych romantyków polskich za jakąś idealną rodzimością, zatraconą przez chrześcijaństwo. Tak samo beznadziejnie odosobniona jest współczesna grupa Zadrugi, anachroniczna we wszystkim - poczynając od samej nazwy. Ta nazwa bowiem oznacza właściwy Słowianom, a nieznany w Polsce ustrój rodowy, oparty na wspólnocie wytwarzania, mieszkania i spożycia.

Nie trzeba jednak taić, że sprzęg europejskości i odrębności polskiej był często (jak jest dzisiaj) sprzęgiem dramatycznym, więcej: sprzęgiem tragicznym. Dość wspomnieć, o czym się nie pamięta, że w bitwie pod Legnicą w szeregach tatarskich walczyli przeciw chrześcijanom także - chrześcijańscy nestorianie. Dość przypomnieć, że pod Grunwaldem stawali przeciwko nam nie tylko rycerze krzyżowi, bluźnierczo nadużywający tego imienia, ale rycerze wielu narodów Zachodu, z którymi nie mieliśmy żadnych spraw spornych.

Jeśli zatem chce się mówić o europejskości i odrębności kultury polskiej, niezbędne jest choćby robocze określenie tego, co stanowiło i stanowi istotę wspólnoty europejskiej, ową zasadniczą skalę wartości pozwalającą osądzać ludzi i fakty. Tylko to, co z odrębności polskiej (jak i każdej innej) zmieści się w tym zakresie, będzie odrębnością uprawnioną. Wszystko inne - mówiąc trochę po Norwidowsku - będzie zaprzecznością.

Napięcia idealne kultury zachodniej można by dla naszego doraźnego celu ustawić w następującym szeregu: uznanie ważności osoby ludzkiej, ważności związku społecznego i ważności związku kulturalnego.

Uznanie ważności osoby ludzkiej znajduje wyraz w ścisłym rozdziale prawa prywatnego i publicznego, rozgraniczeniu uprawnień jednostki i uprawnień państwa, w oddzieleniu spraw sumienia od wszystkich innych spraw życia, a co za tym idzie - w rozwodzie władzy duchownej od władzy świeckiej. Uznanie ważności związku kulturalnego dochodzi do głosu w pojęciu narodu i w pojęciu nadrzędnej wspólnoty ponadnarodowej.

Wystarczy ten roboczy rejestr przymierzyć do jakiejś kultury obocznej: historycznej (np. bizantyńskiej) lub współczesnej (np. sowieckiej), aby w każdym punkcie skali stwierdzić zasadniczą różnicę. Przyrodzone kulturze bizantyńskiej utożsamienie Kościoła i państwa, cezaropapizm, pociąga za sobą niewolę sumienia. Ubezwłasnowolnienie jednostki prowadzi do dławienia samorządu na rzecz skupionej w jednym ośrodku, totalnej władzy państwowej. Dążeniu uniwersalistycznemu przyświeca tu ideał ujednostajnienia, dlatego nie mieści się w nim pojęcie narodu i narodowości. Jest to więc jakby skala odwrotna. Jest to zespół napięć zgodnie, konsekwentnie zdążających w przeciwną stronę.

Zarysowane tutaj przeciwieństwo stanowi, jak sądzę, wystarczająco obszerne tło, głębię perspektywiczną dostatecznie przestronną, aby w niej zarysować odrębny profil kultury polskiej. Można to zrobić na dwa sposoby: śledząc polskie przystosowania europejskiego wzoru kulturalnego lub próbując wskazać oryginalny wkład polski w jego urzeczywistnienie. Mój szkic Polska a Zachód3 jest w pewnej mierze próbą zastosowania pierwszej metody. Tu pragnę zatrzymać się tylko na dwu punktach, na dwu najwyższych wspięciach naszego wysiłku kulturalnego: w wiekach XV i XVI i w wiekach XVIII i XIX.

W tych dwu punktach kultura polskości wyraziła się odmiennie: raz w kształcie życia przede wszystkim, drugi raz przede wszystkim w kształcie sztuki. Raz przelała się ona w formy bytu zbiorowego, drugi raz wysłowiła się najpełniej w objawach twórczości indywidualnej. W jednym z nich natężenie odrębności dokonywało się w sposób zrazu instynktowny, w drugim w sposób świadomy, aby stać się niejako powrotnym instynktem, odczuwaniem powszechnym i odruchowym.

Te dwa wybrane punkty naszej historii są to jakby dwa ośrodki soczewki skupiające najgrubsze wiązki promieni. Jak centra soczewki łączy je ta sama podstawa urobiona przez dzieje, ta sama powierzchnia oszlifowana przez opory, tarcia, naciski, na które natrafiało istnienie naszego narodu. Jeśli uda się wykreślić schemat tych skupień promieni, jeśli uda się je logicznie umiejscowić w tym samym podłożu, wyjaśnić kąty załamywania, będzie można mówić o spełnieniu celu tych rozważań. Pragną one odsłonić polskie wyobrażenie i polskie wartościowanie życia.

Droga potwierdzenia i przeciwstawienia

Nasza kultura ustrojowa, forma naszego bytu politycznego i społecznego kształtowała się pod działaniem dwu sił: siły potwierdzenia i siły przeciwstawienia.

Polska potwierdzała na swój sposób, według swoich możliwości, ideał ogólny: wczesne państwo piastowskie niewiele różniło się od monarchii frankońskiej. Przeciwstawiała się wprzód instynktownie, później coraz bardziej samowiednie urzeczywistnieniu, które dokonywało się w jej najbliższym sąsiedztwie na Zachodzie i aspirowało do normy powszechnie obowiązującej: Świętemu Państwu Rzymskiemu Niemieckiego Narodu. Niedługo miała się przeciwstawić na Wschodzie imperium moskiewskiemu. Oba te twory, bardzo dynamiczne, urobione przez złożone wpływy i działające pod rozmaitymi ciśnieniami, miały przecież wspólny podkład - bizantyński.

Przeciw bizantyńskiemu pojęciu państwa, społeczeństwa oraz roli jednostki w państwie i społeczeństwie wysunęła Polska pojęcie przeciwne, na wskroś łacińskie, zachodnie, można by powiedzieć - najbardziej skrajnie, ortodoksyjnie zachodnie. To pojęcie zawarło w sobie ideę wolności jednostkowej, obywatelskiej równości, samorządu społecznego, kontroli społeczeństwa nad państwem, w szczególności nad wyobrażeniem państwa: królem, wprzód dziedzicznym, później obieralnym w obrębie jednej dynastii, w końcu obieralnym przez wolne, powszechne, osobiste głosowanie. Można temu przypisać symboliczne znaczenie, że język polski, jak to dowcipnie zauważył Jan Parandowski, zgubił słowo "król"; to, którego używaliśmy i używamy, jest zniekształconym imieniem Karola Wielkiego.

Na takie odrębne ukształtowanie się konturu kulturalnego Polski złożył się materiał przywoźny i rodzimy. Uniwersalistyczna organizacja kościelna, oświata zachodnia, urządzenia frankońskie szły - jak chcą najświeższe badania - wprzód spoza Niemiec, z Dolnej Lotaryngii. Ale przyjąwszy to zasadnicze chrześcijańskie wyobrażenie życia, otarłszy się z najciemniejszego barbarzyństwa, Polska wypełniła je treścią rdzennie własną. Udowodnił to wspaniały historyk lwowski Oswald Balzer; potwierdził Zygmunt Wojciechowski, badacz młodszy od niego o pokolenie.

Wbrew temu, czego by należało oczekiwać i co się stało np. w sąsiednich Czechach, kultura polska nie rozpięła się na hierarchicznej drabinie feudalizmu, na której szczycie stoi władca i posiadacz wszystkiego, której szczeble wyższe zajmują jego lennicy i dziedziczni dzierżyciele jego ziemi i nadanych przez niego urzędów, której szczeble niższe zajmują lennicy lenników. Kultura polska rozlała się wszerz - według zasady równości obowiązującej w pierwotnym rodzie słowiańskim. W nim wszyscy byli równi i wszyscy wspólnie władali wspólnym dobrem i wspólnie je użytkowali.

Tak powstała u nas budowa nie wielostopniowa, ale jednostopniowa: wszyscy rodowcy z wszystkich rodów podlegali władcy. Podlegając mu bez pośredników, mogli zdobywać na niego wpływ i sprawować nad nim coraz większą kontrolę. Początek tego procesu zaczyna się już w XIII wieku: przywilej koszycki jest pierwszym uchwytnym osiągnięciem, powstanie sejmu - pełnym uwieńczeniem. Na tej drodze zrodziła się polska demokracja bezpośrednia, tzn. sprawowana bezpośrednio przez ogół obywateli. Był to twór na wskroś odrębny, ale też na wskroś europejski, w tym sensie, że zgodny z tradycją łacińską i nauką chrześcijańską.

Demokracja bezpośrednia musiała oczywiście wytworzyć swoisty typ postawy wobec siebie samego i bliźnich, wobec przyrody i historii. Słowem: swoisty typ kultury. Wolno myśleć, że gdy słowo res publica pojawia się u Kadłubka, jest ono w tym samym stopniu przypomnieniem Cyceroniańskiej formuły est res publica res populi4, co obserwacją i potwierdzeniem swoistości polskiej. Wolno tak sądzić tym bardziej, iż u tego może pierwszego w Polsce Europejczyka poprzez napiętrzenie erudycji, średniowiecznej łatwowierności i fantastyki prześwieca wyraźny kościec polskiej doktryny kulturalnej, moralnej i obyczajowej.

Rozwój tej doktryny przyśpieszył, zaostrzył i jednocześnie spaczył - wpływ obcy: niemiecki. Mimo że kilkakrotnie w takiej czy innej, mniej lub więcej werbalnej postaci panujący polscy musieli się uznać lennikami cesarstwa, Polska zdołała obronić swoją odrębność. Nie stała się feudum, lennem, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Prawdziwą groźbę dla jej odrębnego bytu stworzyły nie przegrane wojny, nie akty formalne, ale przenikanie pokojowe: kolonizacja niemiecka po najazdach Tatarów. Zasiedlała ona wyludnione ziemie, przynosiła udoskonalenia prawne i materialne, ale jednocześnie groziła wchłonięciem przez obcą kulturę.

To zagrożenie wewnętrzne w głównej mierze spowodowało załamanie się linii naturalnego rozwoju. Egalitaryzm polski nie objął miast, bo były one obce i wrogie, jak o tym świadczył bunt wójta Alberta. Nie powstała u nas ambitna warstwa mieszczańska na wzór Francji, Italii, Szwajcarii, Niemiec, gdzie stawała ona do współzawodnictwa kulturalnego z warstwą rycerską i niejeden raz brała nad nią górę. Dlatego przez całe wieki, właściwie aż do pierwszej utraty niepodległości, kultura polska będzie kulturą wiejską, ziemiańską, nie miejską lub dworską, jak na Zachodzie, kulturą ekstensywną, szeroko i płytko rozlaną, nie kulturą intensywną, skupioną w ośrodkach i z nich promieniującą dokoła.

Już z mniejszym uzasadnieniem egalitaryzm polski załamał się na warstwie dolnej. Pierwotna tkanka rodowa była długo czymś jednolitym; pamiątką po tym jest słowo "kmieć", które wywodzi się z łacińskiego comes5 i francuskiego le comte6. Podział tej jednolitej, swoistej tkanki na rycerstwo i wieśniactwo dokonywał się powoli. Jeszcze w XVI wieku istniały grupy nieokreślone pod względem przynależności, grupy, jak byśmy dziś powiedzieli, "międzyklasowe".

Ale gdy się ten podział ustalił ostatecznie - stał się jednym z najbardziej ostrych. Już w XV wieku w miejsce gospodarki czynszowej zjawił się typ gospodarki folwarcznej, opartej na pańszczyźnie, przyszło przytroczenie chłopa do ziemi, jak zwierzęcia roboczego, wykupywanie sołectw we wsiach opartych na prawie magdeburskim, wreszcie powszechne sprawowanie przez warstwę posiadającą władzy iudicia maiora7, która w Niemczech była podstawą władztwa terytorialnego, a w Polsce stała się podstawą władztwa nad własną wsią.

Jakby w odwecie za ten obrót rzeczy wśród polskiego lub spolszczonego ludu utrwaliła się na zawsze obca nazwa slahta8. Ten obrót spraw także, razem z tą nazwą, każe po wiekach roić nie tylko poetom, ale niektórym uczonym, że owa slahta nie wyrosła z tej samej ziemi, ale przyszła na nią szlakiem najazdów.

Nie usprawiedliwia stwierdzonej niekonsekwencji rozwojowej wskazanie, że gdzie indziej było tak samo. Gdzie indziej kultura rozszczepiła się, ukształtowała się w innym następstwie faktów. Na gruncie latyfundiów rzymskich wzrósł feudalizm, lenne posiadanie ziemi i dziedziczne sprawowanie urzędów. Na podłożu feudalizmu wyrósł ustrój stanowy. U nas stanem było naprawdę tylko rycerstwo, szlachta. Demokracja bezpośrednia stała się - choć nie był to rozwój konieczny, ani logiczny - demokracją szlachecką, co prawda liczną jak nigdzie i aż do XVI wieku otwartą przez akt nobilitacyjny dla wszystkiego, co "szlachetne".

Ukoronowaniem polskiej niekonsekwencji kulturalnej był spóźniony feudalizm, upiór-powrotnik, rozbujały w XVII i XVIII wieku na południowych i wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Współgrał on z wyrodnieniem systemu parlamentarnego i skutecznie je pobudzał. Bez tego feudalizmu nie doszłaby bodaj do tych granic przewaga sejmików nad sejmami, egzaltacja idei samorządu nie przeszkodziłaby ustaleniu się zasady większości, wypierającej za czasów Zygmunta Augusta zasadę jednomyślności. W liberum veto nie wyrósłby patologiczny dziwotwór egzaltacji niezależności jednostkowej.

Wolno przyjąć, że bez tych dwu zaburzeń rozwojowych - bez załamania linii egalitaryzmu polskiego, zstępującej w dół czy idącej wszerz, aby ogarnąć zasięgiem mieszczaństwo i chłopstwo, bez zahamowania linii wstępującej w górę przez spóźniony ustrój feudalny - kultura i historia Polski wyglądałaby zupełnie inaczej.

Trzeba przecież w imię bezstronności stwierdzić, że to i tamto pozostało w związku z ruchem wahadłowym Polski między Zachodem a Wschodem. Pierwsze załamanie było usprawiedliwione obroną stanu posiadania od strony zachodniej, niemieckiej, drugie ekspansją na Wschodzie, nakazaną również względami obronnymi. Można by myśleć, że fatalność odparta od zewnątrz wkradła się podstępem od wewnątrz i wzięła odwet.

Ale jakkolwiek by się usprawiedliwiało i jakkolwiek by się sądziło sprzeczności polskiego ideału kulturalnego, trudno nie dojrzeć, że w pewnym okresie doprowadził on do wysokiej harmonii wszystkie składniki chrześcijańskiego wyobrażenia życia, stworzył z nich stop odrębny i niebywały. Wyliczmy wprzód te składniki.

Nacisk zewnętrzny niemczyzny i zagrożenie przez nią od wewnątrz rozbudziły w Polsce samowiedzę narodową. Stało się to wcześnie, wcześniej niż gdziekolwiek indziej. Dzięki tej samowiedzy było możliwe powtórne związanie państwa rozbitego na atomy w okresie dzielnicowym. Ona także stała się pierwszym objawieniem zdolności przyswajającej, która stanowi sprawdzian każdej wielkiej kultury. Do końca XV wieku napływowa niemieckość została wchłonięta przez żywe ciało polskości. Od tego czasu zaczyna się przyswajanie elementów napływających ze Wschodu. Ta siła chłonna i przetwórcza miała już nie słabnąć ani na chwilę i nie osłabnąć nawet w dobie niewoli politycznej i brutalnego tłumienia polskości.

Egzaltacja równości, wywodząca się z pnia rodowego, najpełniej i najszlachetniej wybrzmi w doktrynie wolności sumienia i tolerancji religijnej. Ustalonej przez pokój westfalski zasadzie cuius regio illius religio9, zasadzie właściwie nie łacińskiej, ale bizantyńskiej, nie zachodniej, ale wschodniej, przeciwstawi ona słowa Zygmunta Augusta: "Nie chcę być sędzią waszych sumień". Już wiek wcześniej Paweł Włodkowic teoretycznie uzasadnił, że nawracanie przemocą, szerzenie wiary chrześcijańskiej ogniem i mieczem jest sprzeczne z najgłębszą istotą tej wiary.

Ostatni składnik stanowi koncepcja współżycia międzynarodowego dająca się także wyprowadzić z pierwotnej, rodzimej zasady rodowej. Jeśli wszyscy członkowie rodu są wolni i równi, jeśli rody składające się na naród są równe i wolne - narody są także równe i wolne. W ten sposób konsekwentnie i organicznie powstaje idea dobrowolnego związku narodów i państw. Uznaje ona indywidualność każdego z nich i umożliwia jej zachowanie. Odrzuca zabór, tak jak odrzuca gwałt na sumieniu jednostki.

Ta idea związku dobrowolnego jest wynalazkiem i praktycznym urzeczywistnieniem polskim. Wykluwała się ona w świadomości zbiorowej powoli. Piastowie prowadzili jeszcze wojny zaborcze, podejmowali też wojny apostolskie łączące szerzenie wiary z powiększaniem dziedzin swego władania. Ale rozróżnienie wojny zaczepnej i obronnej występuje już w statucie wiślickim i nadaniu koszyckim. Wspomniany dopiero co Włodkowic wyprowadził ostateczny wniosek z zasady, że wiara nie może płynąć z przymusu: nawet zabór ziemi zamieszkałej przez pogan jest wykroczeniem przeciw prawu naturalnemu, jest zbrodnią przeciw moralności.

Oczywiście, u kolebki idei dobrowolnego związku narodów stały nakazy polityczne. Oczywiście, służyła ona życiowym interesom polskim i narodów sąsiadujących z Polską: Węgier, Czech i Litwy. Ale wszystkie konieczności, wszystkie interesy praktyczne muszą się mieścić w granicach duchowej wydolności, w granicach wyobraźni kulturotwórczej. Inaczej mówiąc: nie można w życiu zbiorowym urzeczywistnić nic, co nie należy do zespołu idealnych norm współżycia, na co nie staje zdolności i siły urzeczywistniającej.

Unia litewsko-polska widziana od tej strony wydaje się czymś typowym. W jej ośmiu wersjach, ośmiu ponowieniach - od układu w Krewie do aktu w Lublinie - jest coś z trudu etycznego, coś z dobijania się do ideału. Wolno w niej upatrywać przybliżenie się do chrześcijańskiej nauki o "państwie Bożym" jako państwie złożonym z państw równych, wolnych i dobrowolnie zbratanych.

Unia stanowiła końcowy, najszerszy krąg harmonii sfer, raz jeden urzeczywistniony przez kulturę polską. W środku tej harmonii stoi człowiek wolny i obywatel rozstrzygający o życiu własnym i życiu wspólnoty. Pierwszy jej krąg stanowi samorząd, "ziemia", ojczyzna bliska, rządzona przez sejmik. Drugi krąg stanowi ziemia ziem, czyli ojczyzna narodowa, rządzona przez sejm. Trzeci i ostatni stanowi ojczyzna ojczyzn, czyli rzeczpospolita narodów, skutych nie gwałtem, ale związanych z sobą z wolnej woli.

To urzeczywistnienie stanowiło już przeciwieństwo na dwie strony. Res Publica Poloniae pozostawała w jednakiej opozycji do Świętego Cesarstwa Rzymskiego, jak do moskiewsko-tatarskiego "państwa strachu".

Polski ideał kulturalny kształtował się w ogniu świadomej krytyki pomyłek, zbłądzeń, sprzeniewierzeń doktrynie chrześcijańskiej. Przeprowadzał ją Włodkowic przed najwyższym ówczesnym trybunałem soboru powszechnego w Konstancji. Wytyczał tam nowe drogi, poddając rewizji założenia cesarstwa jako wzoru jedności chrześcijańskiej. Tłumaczył na język scholastyczny wspólną wizję moralną swego narodu.

Ale jest to szczególną chlubą następnego wieku, który tę wizję będzie praktycznie przybliżał do życia, że zdobywa się on na krytykę swego własnego urzeczywistnienia. Znajdzie ona wyraz w pismach Frycza i Górnickiego wytykających kulturze polskiej niekonsekwencje i sprzeczności wewnętrzne.

Właśnie walka o przezwyciężenie tych niekonsekwencji i sprzeczności, dążność do rozszerzenia polskiego ideału kultury na warstwy upośledzone jest nutą górującą w drugim okresie, który uznaliśmy za najwyższy i najbardziej typowy dla naszych dziejów. Z jednego do drugiego, ponad czasem zamętu, obniżenia świadomości i prężności kulturalnej przechodzi prosta linia od Frycza i Górnickiego do Konarskiego, Kołłątaja i Staszica.

Co dla Frycza (i Skargi także) było prześladowczą, apokaliptyczną zmorą, to dla Staszica, dla kilku pokoleń żyjących i walczących w niewoli stało się rzeczywistością katastrofy. Ale motyw "naprawy Rzeczypospolitej" pozostał ten sam. Niedługo sprzęgnie się on i przeplecie z motywem równoległym - "naprawy Europy", odmiany kształtu jej życia w taki sposób, aby odmieniony i poprawiony kształt Polski mógł się w niej zmieścić i istnieć bez zagrożenia.

Żywotny sprzęg

Długa, trwająca przez kilka pokoleń rozprawa na temat przyczyn upadku Polski sprowadza się w istocie do zagadnienia europejskości i odrębności kultury polskiej. Nasza inność, w złym i dobrym, w sile i słabości prowokowała przeciw sobie to, co w świecie europejskim było oddaleniem się od wzorca wspólnej kultury, co było jego zaprzeczeniem. Ale też gdy za Iwana IV Groźnego, na podłożu turańsko-bizantyńskim kształtował się despotyzm moskiewski, gdy u zachodniego boku, na podłożu feudalnym wzrastał absolutyzm, najpierw Habsburgów, później Hohenzollernów - polska odrębność kulturalna wyrodniała w twór znamienny, ale chorobliwy.

Nie mógł się on ostać pod podwójnym naporem, bo brakło mu konsekwencji wewnętrznej i zdolności odwołania się do najwyższej chrześcijańskiej instancji kulturalnej. Upadła Polska ciemna, odwrócona od Europy, zastygła w rozwoju, niezdolna do twórczego przyswajania i twórczej krytyki europejskich form życia, wbrew swemu antyfeudalnemu rodowodowi anachronicznie feudalna, wbrew tradycji wolności sumienia fanatycznie religijna, wbrew tradycji federacyjnej nieumiejąca ułożyć współżycia na swoich kresach wschodnich, jednostronnie ukształtowana pod względem społecznym, uciskająca chłopa i mieszczanina.

Na skraju przepaści i na dnie upadku najlepszym z narodu objawił się jaskrawo sprzęg europejskości i odrębności jako sprzęg organiczny, jako węzeł życia. To uświadomienie leży u podłoża działań Konarskiego, Sejmu Czteroletniego, Konstytucji 3 maja. I całe wspięcie polskości w ostatnich latach XVIII wieku i przez cały wiek XIX daje się wyrazić w formule: natężanie odrębności przez europejskość, służenie europejskości przez swoją odrębność. Nim jednak ta formuła w obu swoich zasadach mogła wejść w życie i stać się ciałem, wyłoniła się sprawa wstępna i zasadnicza - samego biologicznego podłoża kultury.

W Polsce bodaj najwcześniej rozświetliła się świadomość narodowa i dzięki niej w wiekach średnich ocalał z rozbicia byt państwa. W Polsce wczesnej doby porozbiorowej dokonano odkrycia, że naród i państwo nie są tym samym, że naród jest czymś trwałym, państwo czymś zmiennym. Stało się to wbrew osiemnastowiecznej doktrynie przeoczającej znaczenie narodu, rozgrzeszającej z lekkim sercem podział żywej miazgi narodowej na rzecz kształtowania racjonalistycznych tworów państwowych. Ta doktryna leżała u podłoża rozbiorów. Polskie zaprzeczenie tej doktryny ocaliło naród, kiedy państwo stworzone przez ten naród przestało istnieć.

Była to zasługa kultury, która przyznawała pierwsze miejsce człowiekowi i społeczeństwu, w którym forma państwowa stanowiła formę służebną, podległą społeczeństwu i jednostce - obywatelowi. Tylko w obrębie takiej kultury mogło się dokonać odkrycie samoistności i samowystarczalności narodu jako związku kulturalnego. Tylko w niej mógł ocaleć naród bez państwa i utrzymać nieprzerwaną ciągłość historyczną.

Jak kiedyś wynalazek unii, tak teraz, w innej formie, to oryginalne odkrycie staje się polskim wkładem do kultury europejskiej. Głównie pod jego wpływem Czesi wynurzają się z niebytu, ze snu narodowego trwającego kilka wieków. Po upływie całego stulecia, po dziesiątkach lat propagandy słowem i czynem, po kilku powstaniach i kilku emigracjach pojęcie narodowości znajdzie ostateczny i powszechnie uznany wyraz w zasadzie samostanowienia narodów. Ta zasada będzie przyświecała pokojowi w Wersalu.

Jednocześnie z tą egzaltacją narodową trwa polska dążność scalająca. Ilustruje ją pogląd zawarty w Rozważaniach o dyplomacji ks. Adama Czartoryskiego: "Pokój jest możliwy tylko przez sprawną ligę narodów, w pełnej mierze uznającą i gwarantującą prawo narodowe każdego jej uczestnika". Wolno w tym poglądzie upatrywać ślad federacjonizmu polskiego, tak jak echo republikańskie wracało długo w haśle obozu przeciwnego Czartoryskiemu: "Idziemy z ludźmi przeciw królom i gabinetom".

Bez przyjęcia odrębności kulturalnej niepodobna by wyjaśnić i zrozumieć, dzięki czemu naród pozbawiony państwa i rozczłonkowany na części zdołał przeżyć klęskę, więcej: z klęski wydobył pouczenie dla innych.

Dziedziczna odrębność działała jednak nie tylko jako potwierdzenie. Działała też jako zaprzeczenie, jako punkt wyjścia i przedmiot krytyki. Na tej drodze historyczny naród szlachecki stał się narodem w nowoczesnym znaczeniu słowa. Kultura szlachecka zmieniła się w kulturę narodową. Ideał kulturalny przeszedł na własność wspólną wszystkich warstw społecznych.

Demokratyzacja tych warstw, włączanie ich w obręb pojęcia narodu i państwa dokonywało się w Polsce w sposób całkowicie odmienny niż wszędzie indziej. Wszędzie przeciw warstwie uprzywilejowanej, rządzącej występował "stan trzeci", mieszczański. Później, ze zwycięskim mieszczaństwem, stawał do współzawodnictwa proletariat.

W Polsce nieistniejącej jako państwo cały ten proces wzięła na siebie warstwa, która to państwo utraciła. Konstytucja 3 maja, sto lat temu podlegająca ostrej nieraz krytyce obozu postępowego, była przecież czymś zrodzonym w zgodzie z polskim rytmem dziejowym. Była przede wszystkim ustawą antyszlachecką - uchwaloną przez szlachtę.

W ślad za tym idzie niebywałe iunctim10: sprzęgnięcie sprawy narodowej ze sprawą społeczną, wyzwolenia politycznego i postępu społecznego, wolności i sprawiedliwości. Wywodzi się ono od Kościuszki i zapomnianych usiłowań na Litwie z pierwszych lat XIX wieku. Trwa przez całe stulecie.

Szlachta, stając się coraz bardziej warstwą inteligencką, formacją społeczną gdzie indziej - może poza Hiszpanią - niespotykaną, własnym wysiłkiem myślowym i działaniem praktycznym zdołała odrobić dawne błędy i rozwiązać sprzeczności polskiego ideału kulturalnego. Ona to przeistoczyła "antedyluwialną demokrację szlachecką" - żeby użyć określenia Szujskiego - w demokrację nowego typu, która objęła cały naród. Chłop, prawie nieobecny w naszej historii, bezimienny jej statysta, uznał tę historię za swoją własną ze wszystkim: złym i dobrym.

Jest to tym bardziej zdumiewające, że rozbiorcy liczyli na podział społeczny, stawiali na rozbieżność kultury "pańskiej" i "chłopskiej". W ciągu stulecia niewoli sprawa ważyła się kilkakrotnie: raz w okolicy roku 1846, drugi raz w okresie znoszenia pańszczyzny przez rządy obce. Wbrew wszystkiemu, pod koniec wieku, sprawa polska nie była już sprawą tysięcy, które wybierały króla viritim11, sejmikowały i do niedawna uważały Rzeczpospolitą za zbiór swoich interesów, za wspólny folwark, ale stała się sprawą milionów, sprawą wszystkich.

Ale może najbardziej zadziwiające jest to, że rozrastanie się narodu, rozświetlanie się świadomości kulturalnej dokonywało się nie tylko w głąb nawarstwień społecznych, ale także wszerz. Pod koniec tego procesu, ciągle jeszcze w okresie niewoli, odzyskaliśmy piastowski Śląsk, który jeszcze w XIV wieku utraciło rycerstwo polskie, ulegając przyciągającemu działaniu niemczyzny.

W całym tym procesie nawiązuje się znowu prosta linia od Staszica, poprzez manifesty Polskiego Towarzystwa Demokratycznego ogłoszone na Wielkiej Emigracji, aż do - Popławskiego. Ta linia jest tym bardziej wymowna, że Staszica można uważać za "organicznika" avant la lettre12, za prekursora pozytywizmu polskiego, że demokraci emigracyjni byli radykalnymi niepodległościowcami, a Popławski był duchowym przywódcą Ligi Polskiej i dotąd uchodzi za jednego z prawodawców polskiej myśli prawicowej.

Praca odrabiająca polskie niekonsekwencje, rozwiązująca sprzeczności polskiego ideału kulturalnego, dokonywa się własnymi sposobami i ku własnemu celowi, ale nie daje się w ogóle pomyśleć poza obrębem kultury europejskiej. Pokolenia bytujące w niewoli przeżywają wobec niej ostry sprzeciw, podobny temu, który poruszał sumienia w pierwszych wiekach naszej historii wobec rozbieżności między ideą chrześcijańską i jej urzeczywistnieniem w życiu. Mickiewicz będzie groził Zachodowi zagładą. Krasiński uprzedzi Spenglerowski pesymizm w ocenie przyszłości kultury europejskiej. Obaj jednak, jak wszyscy, będą czuli najgłębszy z nią związek, będą widzieli w niej świat, poza którym nie ma miejsca na nas i na naszą odrębność.

W zbuntowaniu i miłosnym sprzęgnięciu, w krytycyzmie i stawianiu żądań kultura polska, jakby nie mogąc się przelać we wszechstronny kształt życia - pierwszy raz w tej mierze zdobywa się na odrębny kształt artystyczny.

Sztuka zjawiła się u nas późno, później niż w jakimkolwiek społeczeństwie zachodnioeuropejskim. Wbrew temu, za co uchodzimy w oczach cudzych i własnych, byliśmy przede wszystkim budowniczymi w materiale rzeczywistości, nie w materiale marzenia. Kultura polska ścigała przede wszystkim wizję moralną, nie wizję estetyczną.

Nasza literatura piękna jest o całe stulecie młodsza od czeskiej. Ale gdy się raz zjawi na powierzchni, towarzyszy z bliska kierunkowi duchowego pochodu, choć mu dróg nie wytycza. Gotyk krakowski stanowi odmianę rzeczywiście wyodrębnioną nie tylko przez różną jakość użytego materiału. Swoistość lwowskiego i wileńskiego baroku dałoby się pewnie związać i wyjaśnić pierwiastkami gleby, z której wyrasta. Mamy niebłahe osiągnięcia w muzyce przedrenesansowej i renesansowej. Jednak sztuka we wszystkich swoich postaciach dopiero w XIX wieku staje się głównym medium, w którym dochodzi do głosu polski sposób czucia i myślenia, przez które ustala się polska miara świata.

W całym okresie niewoli sztuka stanowi wartość kompensacyjną, wyrównującą bolesny brak, odczuwany nie tylko w skali jednostkowej, ale w skali zbiorowej. Zapewnia ona inaczej nieosiągalną pełnię życia. To stanowi jej odrębność. To rozstrzyga o jej nigdzie niespotykanej ważności. To zapewnia jej rzeczywiste władztwo dusz. Sztuka, a w szczególności poezja, sprawuje to władztwo, występując jako organizator świadomości, jako motor i regulator życia zbiorowego.

Pojęcie sztuki jako działania, jako życia właściwego, owo niezwykłe, wspaniałe i tragiczne uzurpatorstwo, waha się między dwoma biegunami: rozżarzoną do białości egzaltacją narodową i dążeniami uniwersalistycznymi. Chopinowi udaje się sprzęgnąć ludowość polską z kulturą współczesną, podnieść pierwiastki narodowe do znaczenia uniwersalnego. W pewnej mniejszej mierze jest to udziałem Grottgera. Ale aspiruje do tego i Mickiewiczowski kurs literatur słowiańskich, i "Trybuna Ludów" głosząca w języku uniwersalnym hasła polskie z tradycji, powszechne ze swego zasięgu i przeznaczenia. Taki sam sens ma korespondencja Krasińskiego z Reeve'em i jego Nie-Boska komedia.

Cała też sztuka, czy jest ona czytelna i dostępna dla cudzoziemca, czy też nie, w każdym swoim przekroju - jak skała osadowa łamiąca się według jednej płaszczyzny - odsłania zawsze swój wewnętrzny ustrój chrześcijański. Jeśli zwykło się mówić o polskiej bierności wobec zagadnień dogmatycznych i teologicznych jako o rysie znamiennym naszego umysłu i naszej kultury, trzeba stwierdzić, że wyrównywał ją zawsze, a już w tym okresie szczególnie - czynny stosunek wobec zagadnień ideowych chrześcijaństwa.

Ocena przeszłości w tej sztuce może się chwiać między optymizmem reprezentowanym przez Mickiewicza i pesymizmem Słowackiego. Przyszłość jednak jest zawsze widziana w kategoriach chrześcijańskich. Krasiński będzie usiłował religijnie ująć zagadnienie rewolucji, Mickiewicz i Cieszkowski wysuną żądanie chrystianizacji całego życia, we wszystkich formach i objawach. Norwid będzie jednym z najgłębszych ideologów, wizjonerów kultury, konsekwentnie wyprowadzonej z założeń chrześcijańskiego poglądu na świat.

Ta konstrukcja ideowa ukształtowała się przez krytykę europeizmu, ale w przeciwstawieniu do azjatyckiej Rosji. Całe praktyczne działanie pierwszych stuleci historii opierało się na podobnej krytyce europeizmu, ale przeciwstawiało się imperialistycznej dążności niemieckiej. Za jednym i drugim razem była to walka o miejsce pod słońcem, była to obrona siebie przez obronę chrześcijańskiego ideału przeciw antychrześcijańskiej dążności niwelacyjnej. Można to więc uznać za dominantę kultury polskiej.

Jeśli się to określi w taki sposób, wypowiada się jednocześnie twierdzenie, że europejskość i odrębność naszej kultury są wzajemnie uwarunkowane. Stanowią cechy obustronnie współzależne. Osiągnęliśmy odrębny wyraz dzięki europejskości. Możemy być Europejczykami, uczestnikami wspólnoty chrześcijańskiej tylko za cenę obronienia i zachowania swojej odrębności. Jest to prawda o palącej aktualności także w dniu dzisiejszym.

Europejskość i odrębność występują razem i razem mogą zniknąć. Tworzą w nas dwoisty splot, jak układ krwionośny i układ limfatyczny. Nie można podwiązać jednego, zostawiając swobodny obieg treści w drugim. Każdy z nich bez drugiego przestaje działać. Jest to uścisk, jest to sprzęg na śmierć i życie.

(1948)

1 Ang. 'daleko posunięte uogólnienia'.

2 Niem. 'Z palącą troską'; pierwsze słowa, a zarazem tytuł głośnej, antynazistowskiej encykliki z marca 1937 roku.

3 Poruszone tutaj zagadnienia znalazły wcześniejsze, szersze ujęcie w broszurze Polska a Zachód. Próba syntezy, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Londyn 1947 (trzy wydania) (przypis Autora).

4 Łac. 'rzecz publiczna to rzecz ludu'; w znaczeniu nowoczesnym: 'państwo jest dziełem narodu'.

5 Łac. 'wyższy urzędnik, dostojnik'.

6 Fr. 'hrabia'.

7 Łac., dosłownie: 'sądownictwo wyższe'; prawo wypełniania całkowitej jurysdykcji.

8 Od średnio-wysoko-niemieckiego slahte ('ród, szczep').

9 Łac. 'czyj rząd, tego religia'.

10 Łac. 'część wspólna, łączność'.

11 Łac., dosłownie: 'mężami'; w drodze wolnej elekcji.

12 Fr. 'przed powstaniem (owego) terminu'.

Spis treści

U KORZENI

Europejskość i odrębność kultury polskiej

Kultura drugiej niepodległości

POD UDERZENIEM KLĘSKI

Do emigracji polskiej 1945 roku

Po dziesięciu latach

O socjalizmie chrześcijańskim

Do podstaw romantyzmu społecznego

Dramat Guglielma Ferrera

WOKÓŁ MICKIEWICZA

Mickiewicz i my

Śmierć patetyczna

Notatki o Mickiewiczu

WOBEC DWU TRAGEDII

Mimo wszystko jestem frankofilem

"Alle Juden raus"...

DALEKIE ZBLIŻENIA

Leonardo i Paul

Marginalia Kopernikowskie

Conrad w kulturze polskiej

WYCIECZKI W PLASTYKĘ

Kossowski of Aylesford

Marian Bohusz - malarz inspiracji religijnej

O DWU PRZYJACIOŁACH

Wierzyński czyli poeta

Andrzej Bobkowski

MOI DWAJ WSPÓŁCZEŚNI

Dylan Thomas

Sztuka pisarska Leszka Kołakowskiego

NORWID I ELIOT

"Pójdź ze mną"

Światła nad ziemią jałową

Zamknięcie

Komentarz

Komentarz edytorski

Obszerny tom "szkiców literackich i publicystycznych" Tymona Terleckiego ukazał się w Londynie dwukrotnie. Po raz pierwszy nakładem Oficyny Poetów i Malarzy w 1985 roku. Po raz drugi w roku 1988 za sprawą Polskiej Fundacji Kulturalnej. Owa druga edycja Szukania równowagi stanowiła zaledwie wydanie fotooffsetowe, a więc dokładny reprint publikacji wcześniejszej, powielający wszystkie błędy korektorskie i zecerskie książkowego pierwodruku. Opatrzono go jedynie nową nazwą wydawcy, nową sygnaturą wydawniczą oraz skromniutką erratą liczącą raptem 11 drobnych omyłek drukarskich. Podstawą niniejszej edycji dzieła Terleckiego nie jest w związku z tym drugie, lecz pierwsze wydanie książki z 1985 roku (w przypadku wątpliwości posiłkowano się zapisem pierwodruków czasopiśmienniczych). Z tego też względu zachowano tu w niezmienionym brzmieniu kończące książkę Zamknięcie - w pełni zasłużone podziękowania dla założycieli Oficyny Poetów i Malarzy Krystyny i Czesława Bednarczyków.

Ambicją nowej edycji nie jest nic innego jak uczynienie zbioru esejów Tymona Terleckiego dziełem, na ile to możliwe, popularnym. Dlatego też obok rutynowych poprawek edytorskich - modernizacji interpunkcji, uwspółcześnienia pisowni przymiotników i imiesłowów z partykułą nie, ujednolicenia pisowni liczebników, zaprzeczonych przysłówków, wyrażeń przyimkowych i nazw miejscowych, a także usunięcia dość licznych błędów składu i korekty pierwszego wydania - dokonano w tekście szeregu niewielkich zmian redaktorskich mających na celu uprzystępnienie rozważań autora Krytyki personalistycznej. W pierwszym rzędzie wyrugowano rażące archaizmy fonetyczne i graficzne, które mogłyby być odbierane jako zwykłe usterki ortografii (typu "wychodztwo" zamiast "wychodźstwo" albo "globtrotter" zamiast "globtroter"). Odmianę wymienianych w tekście nazwisk francuskich i angielskich dostosowano do obowiązujących obecnie reguł odmiany nazwisk obcych. Rozwinięto skróty r. (rok) i w. (wiek). Tytuły wszystkich dzieł przetłumaczonych na język polski zastąpiono przyjętymi powszechnie tytułami polskimi. Tytuły dzieł obcojęzycznych, które nie doczekały się polskich przekładów, zachowano w brzmieniu oryginalnym, a ich polskie tłumaczenia umieszczono obok w nawiasach. Tytuły omawianych w tekście utworów polskich, w tym i tytułów niepełnych, pozostawiono w zapisie autorskim, o ile nie zawierały ewidentnych nieprawidłowości. Można stąd na przykład natknąć się w tej książce na Przepióreczkę, choć wiadomo, że chodzi o dramat Żeromskiego Uciekła mi przepióreczka. Mowa jest też o odczycie Literatura a życie, mimo że tytuł głośnego odczytu Żeromskiego brzmiał Literatura a życie polskie. Zapisy tytułów zmodyfikowano w sumie pięciokrotnie. Wadliwy tytuł tomu prozy Wierzyńskiego Cygańskim szlakiem zastąpiono właściwym Cygańskim wozem. Tytuł tomu wierszy Ziemia wilczyca poprawiono na Ziemia-wilczyca. Tytuł wiersza Wierzyńskiego Do orfeistów (ze zbioru Róża wiatrów) zmieniono na Do gitarzystów. Błędny tytuł wiersza NorwidaPoezja i druk zastąpiono prawidłowym Liryka i druk. Zapis Vade-Mecum skorygowano na Vade-mecum.

Aby zanadto nie odciągać czytelnika od tekstu głównego, zrezygnowano w tej edycji ze zwyczajowych dodatków: danych bibliograficznych przywoływanych publikacji, lokalizacji cytatów, rozwinięcia zleksykalizowanych skrótowców oraz biogramów mniej znanych postaci historycznych wspominanych w książce. Dla osób zaznajomionych z kontekstem kultury i historii Polski i Europy zapewne byłyby one jedynie balastem. Objaśnienia zamieszczone w przypisach dotyczą wyłącznie tych fragmentów tekstu, których niezrozumienie mogłoby utrudnić odbiór dzieła Tymona Terleckiego, przede wszystkim wyrażeń i przytoczeń obcojęzycznych pozostawionych w tekście bez eksplikacji.

Dane pierwodruków: Europejskość i odrębność kultury polskiej, "Wiadomości" 1948, nr 19, 21, 23; Kultura drugiej niepodległości, "Wiadomości" 1948, nr 51/52; Do emigracji polskiej 1945 roku, [w:] Święty płomień, red. M. Grydzewski, Londyn 1945; Po dziesięciu latach, "Wiadomości" 1958, nr 22 (pt. Rozważania o emigracji); O socjalizmie chrześcijańskim, "Kultura" 1947, nr 1; Do podstaw romantyzmu społecznego, [w:] Na romantycznym szlaku, red. M. Grydzewski, Londyn 1946; Dramat Guglielma Ferrera, [w:] Ojczyzna i wolność, red. M. Grydzewski, Londyn 1945; Mickiewicz i my, "Wiadomości" 1946, nr 3; Śmierć patetyczna, "Wiadomości" 1956, nr 14/15; Notatki o Mickiewiczu, "Wiadomości" 1949, nr 19; Mimo wszystko jestem frankofilem, "Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie" 1940, nr 25; "Alle Juden raus"..., "Wiadomości Polskie, Polityczne i Literackie" 1943, nr 45; Leonardo i Paul, "Wiadomości" 1952, nr 51/52; Marginalia Kopernikowskie, "Wiadomości" 1973, nr 37, 38; Conrad w kulturze polskiej, [w:] Conrad żywy, red. W. Tarnawski, Londyn 1957; Kossowski of Aylesford, "Wiadomości" 1952, nr 36/37; Marian Bohusz - malarz inspiracji religijnej, "Wiadomości" 1978, nr 37/38; Wierzyński czyli poeta, "Wiadomości" 1969, nr 26/27; Andrzej Bobkowski, "Wiadomości" 1962, nr 32/33; Dylan Thomas, "Wiadomości" 1954, nr 9; Sztuka pisarska Leszka Kołakowskiego, "Kultura" 1983, nr 7/8; "Pójdź ze mną", "Kultura" 1954, nr 5 (pt. Vade-mecum); Światła nad ziemią jałową, "Wiadomości" 1956, nr 46.

Zamknięcie

Niniejsza książka jest wyborem prac z kilku ostatnich dziesięcioleci. Gdyby się chciało zebrać je wszystkie, wypełniłyby one sporo tomów tej samej objętości, co tom, który Czytelnik trzyma w ręku. Z punktu widzenia wydawniczego są to pierwodruki wydobyte po raz pierwszy na światło dzienne z zabytkowych roczników czasopism, które przez dłuższy czas zastępowały druki zwarte, ukazujące się tak rzadko, a przynajmniej tak niedostatecznie często, że ktoś zaproponował dla emigracji 1945 roku nazwę: "emigracja czasopiśmiennicza".

Wobec nagromadzonego przez lata materiału zastosowano podwójne kryterium wyboru. Po pierwsze przeznaczono do utrwalenia w książce pozycje, które zdają się najlepiej odtwarzać odczucia i przeświadczenia sprzed kilkudziesięciu lat i nabrały przez to niejakiej wagi świadectwa. Po drugie, zachowano pisaniny, które przetrwały ponad upływem czasu i obrazują różne zakresy zainteresowań (poza ramami zbioru zostały teatralia, skupione osobno i prace teoretyczne o krytyce czekające na sprzyjającą okazję).

Jedne i drugie prace uprzywilejowane przez los należy czytać w kontekście wydarzeń, wśród których powstały. Wolno jednak przypuszczać, że mają one swoistą aktualność. Wychodzą na świat w chwili luzowania się dwu emigracji polskich, odmiennych od siebie pod wielu względami. Ta okoliczność zawiera w sobie ryzyko i usprawiedliwienie. Na dramatycznym styku niektóre ujęcia spraw mogą się wydać anachroniczne, przebrzmiałe, nieprzystające do rzeczywistości. Ale nawet taka krytyczna ocena może być pozytywna i konstruktywna w kształtowaniu samowiedzy. Jeszcze ważniejsza jest ciągłość, nieprzerwana wola trwania i działania, którą ta książka pragnęłaby swoim pobudzeniem podtrzymać.

Ani jedno, ani drugie nie byłoby możliwe bez hojnego, mecenasowskiego gestu artystów-drukarzy, Krystyny i Czesława Bednarczyków. W przyjaznej zmowie z Tolą Korian, niedługo przed jej odejściem spośród nas, zaplanowali oni ten zbiór na jedną rocznicę starannie przemilczaną, urzeczywistnili w inną rocznicę, o której autor woli nie pamiętać. Ten dar przyjaźni wieńczy (i pewnie zamyka) dziesiątki lat współpracy i pełny dziesiątek książek noszących już historyczny sygnet Oficyny Poetów i Malarzy. Jeszcze bardziej wiąże je wspólna miłość do słowa pisanego, które trud drukarza uskrzydla i niesie pomiędzy ludzi.

Kultura drugiej niepodległości

Gdy się mówi słowo: "niepodległość", widzi się przede wszystkim osiągnięcia gospodarcze, znaki materialne: Gdynię, zakłady chorzowskie, wielki, wzniesiony w ciągu kilku miesięcy kompleks hal fabrycznych Stalowej Woli. Pod działaniem tego słowa wyświetla się przed oczami śmiały zamysł tysiąckilometrowej szosy, która na czarną nić rozciągniętą wzdłuż całych Karpat miała nanizać najpiękniejsze krajobrazy. Jak na filmie rysunkowym wyskakuje odcinkami i zamyka się w koło jeszcze bardziej zuchwały a zadziwiająco giętki plan elektryfikacji kraju: zamierzał on na południu Polski ujarzmić wolne górskie strumienie i przemyślnie zużytkować podziemne bogactwa bitumiczne, zbudzić chyżą energię w sennych torfowiskach na wschodzie, w zachodnim zagłębiu górniczym przetwarzać na światło - węgiel wydobyty z ciemności ziemi.

Ale jest to "myślenie obrazami", może słuszne, ale na pewno niepełne. Poza tym, ponad tym wszystkim, co było widzialne i co przebijało się na widzialność, roztaczała się niewidzialna atmosfera duchowa, wszechobejmujący nieboskłon wolności, kultura samoswoja, nikomu niepodległa.

Ostatecznie Gdynia jest także fenomenem kultury. Poczęła się z twórczej wizji, z niej przeobraziła się w kształt widomy, jasny i celowy. I zanim na puste miejsce, które ten kształt dzisiaj wypełnia, przyszli urbaniści, architekci, konstruktorzy dźwigów, zanim zaludnili je robotnicy, kupcy i marynarze, chodził po nim samotny pisarz, Żeromski. To on wytyczył, poprzez wyobraźnię i uczuciowość zbiorową umościł drogę od wizji do urzeczywistnienia w materiale życia.

Kultura jest bowiem zjawiskiem pierwotnym, wszystko inne jest od niej pochodne. Wszystko stanowi ucieleśnienie życia duchowego, przemian atmosfery kulturalnej, dzieło tajemniczej alchemii. Uczestniczą w niej przeszłość i teraźniejszość, najgłębsze instynkty i świadome tęsknoty narodu, stare, odwieczne związki z wielkimi całościami kulturalnymi, nowe ambicje i twarde przymusy życia.

Kultura drugiej niepodległości, kultura lat 1919-1939, jest w tej chwili okresem zamkniętym. W tysiącletnim życiu zbiorowym jest to okres krótki, ale dzieli nas od niego wiele lat trudnych doświadczeń. Sprawdziły go one na wiele sposobów i ukazały jego ważność dla dnia jutrzejszego. Można już o tym okresie mówić jako o historii i trzeba o nim mówić jako o proroctwie. Tai się w nim siła, która nas wiąże z przeszłością i która uskrzydla w przebijaniu się ku czasom przyszłym.

Taki walor kultury niepodległości nakazuje wobec niej niełatwą postawę. Krytycyzm niedający się zastraszyć nawet wrogom, nawet liberyjnym, najemnym oszczercom i pomniejszycielom, musi się w tej postawie łączyć z pełną świadomością sprawdzeń dostarczonych przez ostatnie dziesięciolecia. Powinien to być krytycyzm miłujący i jasnowidząca samowiedza, bez której nie można rozpoznać ani dnia dzisiejszego, ani przepowiedzieć jutra.

Tylko tak oceniona i sprawdzona kultura drugiej niepodległości może się stać mitem, obrazem prowadzącym ku nowemu urzeczywistnieniu - pełniejszemu i doskonalszemu.

Nim niepodległość otworzyła jej drzwi na światło i powietrze, zdjęła ją z ołtarza i wyprowadziła z półmroku konspiracji, kazała jej chodzić po ziemi i normalnie oddychać - kultura polska spełniała rolę olbrzymią. Była niepodzieloną duszą podzielonego, rozdartego ciała. Była siłą scalającą zabory na przekór kordonom granicznym.

Gdy zjawiła się doktryna trójlojalizmu, gdy poza doktryną i niezależnie od niej życie w trzech zaborach zaczęło bić innym tętnem, właściwie tylko pisarze ocalili jedność Polski, a literatura zastępowała nieistniejące państwo.

Na przedprożu niepodległości słabnięcie siły ciążenia do siebie, przyciągania się wzajemnego zaborów stawało się coraz bardziej oczywiste. Poznańskie żyło życiem wyodrębnionym, skrzętnym, ale przyziemnym; aby przetrwać na ziemi, nie podnosiło oczu na niebo. Nad Kongresówką trwała noc ucisku. Zabór austriacki zaczął powoli brać swobody samorządu politycznego i kulturalnego za dostępne optimum i dopiero chłoszczące słowo Wyspiańskiego musiało mu przypominać, że "naród ma prawo istnieć tylko jako państwo".

Stan rozbicia, rozbiegnięcia się myśli i rachub w przeciwne strony wyraził się jaskrawo i boleśnie w "orientacjach" wojennych, niezgodzie wewnątrz zaborów, w rozpraszaniu wysiłków, nawet - w zamgleniu obrazu Polski jednej, całej i niepodległej.

W roku 1918 stała się ona jednak ciałem - ciałem żałosnym, jakby zdjętym z operacyjnego stołu, pełnym ran i szwów, zaczęło jednak żyć państwo, w którym na początek istniało bodaj jedenaście różnych systemów administracyjnych. Wtedy to kultura, mimo wszystko jedna, mimo wszystko krążąca, przesączająca się przez podwiązane arterie, była pierwszą mocą zdolną leczyć i zdolną jednoczyć części poddane przez przeszło stulecie nie tylko rozmaitym reżimom, ale wpływom rozmaitych sposobów myślenia, rozmaitych kultur.

Ta terapia dokonywała się przede wszystkim - przez szkołę. Jeszcze trwa wojna, gdy Prauss tworzy w Piotrkowie (pod okupacją austriacką) niezależny ośrodek kierujący oświatą - jest coś wzruszającego w tym pośpiechu, w tej skwapliwości, która usiłuje wyprzedzić wypadki. Jako pierwszy, znowu polski, minister oświecenia publicznego wysuwa on program nowej 8-letniej szkoły, jednolitej, demokratycznej i nowoczesnej.

Z Zachodu, z szerokiego świata, z brukselskich i paryskich szlaków kariery naukowej przybiegnie na pierwsze wołanie kraju znakomity psycholog wychowania Józefa Joteyko, pierwsza wytyczy ciąg powrotny uczonych polskich z obczyzny do ojczyzny. Namiętna zwolenniczka i propagatorka reformy nie doczeka się jej za swego życia; napojona goryczą, zbuntowana, umrze przed jej urzeczywistnieniem.

Reforma nie była zresztą tylko urojeniem jednostek. Opowiedział się za nią także zjazd nauczycieli polskich odbyty w roku 1919 w przededniu nowej wojny.

Jest to pierwszy maksymalizm, którego nie można przeprowadzić w życiu. Rozbija się o rzeczywistość nie idealną, ale realną rzeczywistość istnienia we własnym państwie. Działają przeciw niemu opory wewnętrzne, niektóre ważkie, np. wysuwane przez szkoły wyższe, niektóre - płaskie i małe.

Działa przede wszystkim odziedziczony stan rzeczy: troista szkoła zaborcza, służąca do niedawna germanizacji i rusyfikacji, miliony analfabetów, całe obszary, zwłaszcza na wschodzie kraju, tonące w najgłębszej ciemnocie. Trzeba wprzód, nim się zacznie budować coś nowego, przepędzić trujący czad z izb szkolnych, ujednostajnić programy, wydrukować nowe podręczniki, wychować nowych nauczycieli, rozszerzyć zasięg oświaty na ziemie pozostawione przez wroga w stanie barbarzyńskiej pierwotności. Wszystko trud naprawdę herkulesowy.

Zaczęto go od wyznania wiary: szkoła jest bezpłatna, dostępna dla wszystkich, na stopniu elementarnym wszystkich obowiązująca - ciemnota była narzędziem politycznym niewoli, niech oświata powszechna stanie się teraz dźwignią postępu. To wyznanie wiary stanowiło ze strony państwa młodego, wyniszczonego, biednego, akt heroiczny.

W życiu zbiorowości nie liczą się jednak akty strzeliste, ale - spełnienia. Oto one.

W ciągu dwudziestu lat udało się urzeczywistnić ideał powszechności nauczania w stopniu zbliżającym się do pełni. W roku 1922/23 było w szkole 69% młodzieży, w roku 1936/37 - 89%. Postęp zaznaczył się najwyraźniej na ziemiach wschodnich, gdzie w roku 1922/23 nie uczyło się 63% młodzieży, w roku 1936/37 - 25%.

Zmniejszono analfabetyzm - głównie dzięki wojsku i nauczaniu poborowych - z 31% w roku 1921 na 10% w roku 1939.

Wzniesiono setki i tysiące budynków szkolnych: liczba 54 000 lokali w roku 1925/26 przekroczyła 70 000 w roku 1936/37, ale trzeba było jeszcze osiemnastu lat, aby idąc w tym tempie, dostarczyć brakujących 45 000 pomieszczeń.

W tych, które były, uczyło się w chwili wybuchu wojny 5 milionów dzieci objętych szkołą powszechną. W szkołach średnich skupiało się rocznie ponad 200 000 uczniów, w szkołach wyższych trochę poniżej 50 000 słuchaczy.

Te liczby statystyczne, jak każde, mówią prawdę i - kłamią. Zakrywają one rozstęp między szkołą wiejską i miejską pod względem poziomu i zasięgu. Na wsi była to często szkoła jednoklasowa - lub dwuklasowa. Na początku drugiego dziesięciolecia bez mała 50% szkół wiejskich to takie szkoły "kurne", gdy procent szkół pełnych nie przekracza 5 1/2. Dla kraju o największym - poza Bułgarią - wskaźniku przyrostu naturalnego, dla kraju, którego 72% ludności mieszkało na wsi, a 28% w miastach i ośrodkach przemysłowych, miało to niebagatelne znaczenie, wpływało oczywiście na procentowy skład, na przekrój społeczny klas w szkołach średnich i audytoriów w szkołach wyższych.

W obliczu tej niewspółmierności między szkolnictwem miejskim i wiejskim dojrzewała przez dziesięć lat myśl przebudowy zdążająca do szkoły jednolitej, o której Prauss myślał w zaraniu niepodległości. Namiętność wzbudzana przez tę sprawę jest dla nas dzisiaj dosyć mało zrozumiała. We wszystkich etapach uboczne względy polityczne zaciemniały obraz walki opinii i ideałów - jednej z bardziej osobliwych.

To dziś jest widoczne, że reforma szkoły wyrosła z olbrzymiego wysiłku intelektualnego, największego, jaki w tej dziedzinie kiedykolwiek w Polsce podjęto. Dość powiedzieć, że w roku 1932 wychodziły 63 pisma pedagogiczne, a bibliografia literatury przygotowawczej i polemicznej zajęłaby spory tom petitu.

To także zdaje się nie ulegać wątpliwości, że założenia teoretyczne reformy były słuszne. Założenie społeczne mówiło, że wobec oświaty, jak wobec prawa, wszyscy są równi. Założenie pedagogiczne wyznawało hasło "szkoły twórczej", rozwijającej przyrodzone zdolności ucznia.

W myśl tych założeń nowa szkoła miała skupić na tych samych ławach szkolnych dzieci wszystkich warstw społecznych, selekcjonować je nie według pochodzenia, ale rzeczywistych uzdolnień, uczyć szacunku dla każdego zawodu, utrzymać harmonię między wychowaniem indywidualnym i zbiorowym - przez to wszystko miała stanowić krok do demokratyzacji społeczeństwa.

Reforma szkolna przyjęta w roku 1932 wprowadziła trójdzielny system szkolny: 7-klasową szkołę powszechną, 4-klasowe gimnazjum ogólnokształcące lub zawodowe, 2-letnie liceum przygotowujące do studiów wyższych. Wchodziła ona w życie w ciągu lat następnych, rok wojny miał zamknąć okres przejściowy. Trudno sądzić jej niepełne wyniki. Wolno przecież stwierdzić, że przemiana szkoły była przedsięwzięciem odważnym i na dużą miarę, jednocześnie własnym i europejskim, zrodzonym z ideałów, z potrzeb rodzimych, i użytkującym zdobycze obce.

Wszystko, co się działo w szkole, było pracą mało dostrzeganą, choć jej sprawy, zwłaszcza w okresach krytycznych na początku obu dziesięcioleci, wzbudzały szerokie zainteresowanie. Nim osiągnięcia szkolnictwa zaczęły się wiązać w liczby statystyczne, układać w wykresy, żywiołowo, manifestacyjnie odpowiedziała na głos niepodległości - sztuka.

Dwa przede wszystkim zjawiska widać w tej odległej dziś głębi, w której spełniały się proroctwa, w przestrzeni, nad którą świeciły światła genezyjskie. Jedno z tych zjawisk to płonący gejzer liryzmu. Drugie to olbrzymia eksplozja muzyki.

Jednoczesność wystąpienia tych zjawisk nie jest przypadkowa, oba są, oba były, szczególnie u nas, upustem wzruszenia, otwarciem śluz emocjonalności, bezpośrednim, sejsmograficznie czułym odzewem na bodźce życia. W pierwszym dziesięcioleciu zabrzmiały jak okrzyk olśnienia, upojenia odzyskaną wolnością.

Bodaj nigdy dotąd liryka nie wybuchnęła w Polsce z taką siłą, nie rozszczepiła się na tyle odmian, nie zróżnicowała się na tyle postaci sprzecznych a dopełniających się. W niej najpierw i najdobitniej zaświadczyło się wyzwolenie sztuki ze służby narodowej, o którym w odczycie Literatura a życie mówił Żeromski, najczujniejszy z czujnych, najczulszy z czułych. Przez nią dokonało się zdobywcze przesunięcie granic ekspansji poetyckiej, gwałtowne rozszerzenie zakresu idei i treści, kształtów i wyrazów. W niej - najgłośniej w młodzieńczych wierszach Wierzyńskiego - rozkrzyknęło się pogańskie uwielbienie życia, upojenie światem we wszystkich jego objawach, szczęście nagiego istnienia. Ona to wymierzyła "cios w głąb pospolitego słowa" (Tuwim), aby trysnęło krwią, życiem, radością, aby zyskało prawo obywatelstwa w świecie poezji tak jak znowu każde ludzkie uczucie, każde ludzkie życie zyskało w niej rację bytu.

Liryka pierwsza, dziękczynnie i tryumfalnie, potwierdziła niepodległość.

Muzyka tę niepodległość włączyła niejako w kontekst europejski. Jak przez Chopina Polska niewolna stała się składnikiem uczuciowości powszechnej, czymś wymiernym i zrozumiałym, tak Szymanowski polskość swego czasu, o tyle bardziej szczęśliwą i o tyle bardziej złożoną, podniósł do europejskości, uczynił ją godną poznania, cenną i dostępną.

Jego fortepianowe "mazurki", drugi koncert skrzypcowy i balet tatrzański Harnasie czerpią z folkloru, ale przetwarzają go w sposób tak na wskroś nowoczesny, że sam Szymanowski będzie się musiał tłumaczyć, jak bardzo czuje, myśli i słyszy po polsku. Dzisiaj ta olśniewająca ciągłość nawiązana przez niego, zwłaszcza w ostatnim okresie życia, w głąb, z muzyką ludową, i w przestrzeń historyczną, z Chopinem - jest czymś ponad wszelkie powątpiewania oczywistym, bijącym w oczy.

Ale gdy Chopin to meteor, geniusz właściwie samotny, jedyny w swoim rodzaju, Szymanowski jest kometą zamiatającą wreszcie wolne, otwarte natchnieniu niebo płomienistym ogonem. Na śladzie jej przelotu światła świecą ciągle i coraz jaśniej. Można by wyliczyć tuzin, może więcej nazwisk, zaczynając od Maklakiewicza, a kończąc na Palestrze, Maciejewskim i Panufniku - uczniów, następców i kontynuatorów Szymanowskiego, którzy jak w liryce stanowią konstelację różnolitą i bogatą.

Wspólne całej sztuce niepodległości jest to, że wierzy ona nieraz aż przesadnie, skrajnie, jakby odwetowo - w samowystarczalność swojej materii, samowystarczalność słowa, tonu, barwy.

Malarstwo nie sięga chyba tego wymiaru, co muzyka, ale stanowi zaprzeczenie pesymizmu Klaczki, który w drugiej połowie ubiegłego stulecia doradzał Polakom, aby nie tracili czasu na stanie przed sztalugami.

Ale nie tylko to. Malarstwo dwudziestolecia, zjawisko równie dynamiczne jak liryka, ale bodaj jeszcze bardziej wielopostaciowe, dokonało jednej rzeczy bezspornej, nigdy w tym stopniu i natężeniu nieosiągniętej: wprowadziło europejskość do polskości, uczyniło europejskość czymś, co istnieje w samym ośrodku uwagi, czymś, co się wyraża z równą naturalnością przez medium polskie jak przez każde inne.

Muzeum sztuki nowoczesnej w Łodzi zajmowało pierwsze miejsce po słynnej kolekcji Guggenheima w Nowym Jorku. Droga wiodąca od krakowskich formistów, przez dwa rozgałęzienia: łódzkie, skrajnie eksperymentalne, i wileńskie, klasycyzujące, przez liczne rozszczepienia krakowskie i warszawskie, do Komitetu Paryskiego, czyli kapistów, była bardzo znamienna. Biegła w odwrotnym kierunku niż ten, który wzięła muzyka, ale prowadziła do tego samego celu i do podobnych osiągnięć. Zdawały się one zwiastować na widnokręgu ostatnich lat drugiej niepodległości w malarstwie Henryka Gotliba (eks-formisty), czy bardziej jeszcze w malarstwie kapisty Józefa Czapskiego.

Cechą całej kultury tego czasu i pierwszą, płodną zresztą, w niej sprzecznością jest - nachylenie się ku powszedniemu, zwykłemu, przeciętnemu życiu i człowiekowi, który tworzy i żyje to życie. Poezja rzuca samej sobie hasło: "Na ulicę!". Plastyka nie poprzestaje na haśle. Ciągle przysięgając na samowystarczalność, bezinteresowność sztuki, szuka jej życiowego upotrzebnienia, jej zastosowania do użytku codziennego.

Kooperatywa artystyczna Ład, biorąca pobudzenia z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, a przez nią związana z impresjonistycznym Krakowem - przeprowadzi szeroką "stosowalność" sztuki w życiu codziennym, stworzy cały styl odrębny. Malarze, nawet architekci, planują meble. Subtelny artysta starszego pokolenia Tichy osobiście wypala ceramikę. W jakiejś entuzjastycznej furii grupa malarzy pokryje zabytkowy Stary Rynek w Warszawie polichromią.

Pod znakiem "patosu codziennej prostoty" (termin Kadena-Bandrowskiego) będzie stała proza, która w drugim dziesięcioleciu odbierze liryce literackie pierworództwo. Wyraża ta proza jakby zstąpienie z nieba na ziemię, zamieszanie się w pospolitość, w zwyczajność bytu. Szczytowe jej dzieło stanowi cykliczny epos Dąbrowskiej Noce i dnie. Ale może najbardziej dobitny wyraz ta dążność czasu znajdzie w dwóch objawach tak odległych od siebie, że aż niepokojąco jest je z sobą zestawiać: w grafice i - w filozofii.

Grafika - w niej zaś przede wszystkim drzeworyt - jest wbrew temu, jak się przedstawia cudzoziemcom, sztuką z istoty swojej antyromantyczną. Przez Skoczylasa i jego szkołę nawiązuje ona bezpośrednio do samorodnej sztuki ludowej, zaprząta się niemal wyłącznie życiem ziemi i życiem człowieka na ziemi. Daleka jest od romantycznej stylizacji i romantycznej "bajecznej kolorowości". Redukuje przecież świat do dwu tylko kolorów: czerni i bieli. Przez ścisłą kompozycję linearną stanowi odpór na impresjonistyczną, powierzchowną wrażeniowość. Przez zagęszczenie, napięcie linii, nasycenie ich intensywnym życiem pragnie dotrzeć do głębi, objawić, podnieść do apoteozy świat poziomej dotykalności, świat rzeczy pospolitych.

Do świata rzeczy także sprowadza całą rzeczywistość za pomocą analizy logicznej reizm filozofa Kotarbińskiego. Według reizmu nie ma zjawisk, jakości, wartości, są tylko rzeczy - wszystko inne to złudzenia albo językowa nieścisłość. Ten sam filozof usiłuje stworzyć nową naukę, prakseologię, której przedmiotem jest działanie ludzkie tak pojęte, jakby w jedynie istniejącym świecie rzeczy człowiek również był tylko - rzeczą.

Ten odwrót od idei do rzeczy, od marzenia do jawy, od platonizmu do biologii, ten zwrot od nadnormalności do normalności, od chwili uroczystej i osobliwej do dnia powszedniego, to zejście z koturnu i dotknięcie bruku - dobywa nie tylko głos lirycznego upojenia, pobudza myśli filozofa, rozpala miłosną cierpliwość rylca zagłębiającego się w klocku z gruszkowego drzewa. Jest nie tylko urzeczeniem, jest także bolesnym wstrząsem.

Rozstęp między Polską idealną, bezcielesną, marzoną i Polską dotykalną, cielesną, żywą wydobywa z ust Żeromskiego rozdzierający okrzyk: "Wszystka wzniosłość poczęta w duchu za dni niewoli zamarła w pierwszym dniu wolności". To pęknięcie tai się także w podstawach twórczości Kadena; można je śledzić w Generale Barczu.

Żeromski będzie usiłował je przezwyciężyć; w Przepióreczce spróbuje spojrzeć na swój idealizm z wyżyn humoru. Kaden to rozdarcie będzie się starał ominąć, jakby wyłączyć z pamięci; przeprowadzi redukcję pojęcia Polski do Polski fizycznej, dalej jeszcze: jakby Polski jedzącej i trawiącej, Polski poruszanej elementarnymi chuciami. Można by tu znowu pokazać, jak objawy kultury łączą się i odpowiadają sobie wzajemnie, przymierzając twórczość Kadena do pansomatyzmu Kotarbińskiego. Według niego psychologia jest studium ciała widzianego "od środka", bo tylko ciało jest rzeczą, tylko ciało istnieje rzeczywiście.

Z tego ośrodka, z tego ostrego konfliktu między marzeniem o życiu i życiem samym, wywodzą się sprzeczności kultury epoki niepodległej. Nie raz jeden siły żywotne, dynamika twórcza rozwiązuje szczęśliwie te sprzeczności, nieraz hamują one pełny rozpęd rozwojowy.

Jedną parę takich napięć sprzecznych stanowi historyzm i antyhistoryzm, nieuchronne tkwienie w kręgu przeszłości i ucieczka przed nią. Inną: wyzwalanie nowych sił społecznych, ich awans kulturalny i jednocześnie marnotrawienie jednostek wybitnych. Jeszcze inną: lekceważenie walorów szczytowych, mało dostępnych i mało popularnych, przy ogólnej dążności do upowszechnienia kultury widoczny niedostatek troski, aby osadzić ją głęboko w dole, w samym dnie zbiorowości.

Można by tych sprzecznych napięć wyliczyć więcej.

Na szlak historyczny prowadziła rewindykacja części zbiorów Załuskich, dzięki której odzyskano 70 000 książek i ponad 14 000 rękopisów, założenie Biblioteki Narodowej, której zadaniem było zgromadzić wszystko, co po polsku lub o Polsce kiedykolwiek napisano, pośpieszne sprowadzenie zbiorów rapperswilskich - na tragiczną zagładę. Odnawianie Wawelu stało się oszołamiającą przygodą i natchnieniem najświetniejszych artystów. Wykopaliska biskupińskie sprowadziły żywych nie kilka metrów pod ziemię, ale otwierały sztolnie spadające prostopadle w głąb najdalszej historii.

Jednocześnie młodziutki Lechoń modli się: "A wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę" - i dawszy wyraz zbiorowemu odruchowi, zaprzeczy mu swoją twórczością i będzie się z niego kajał w wojennych odczytach paryskich. Literatura międzywojenna była bezpamiętna - z wyjątkiem chyba jednego Berenta. Wyrażała skrytą tęsknotę całego społeczeństwa, któremu się zdawało, że żyć to znaczy: nie pamiętać męki, niedoli, poniżenia, nie pamiętać nawet ich przyczyn.

Zatrata zbiorowej pamięci tragicznej - jest cechą całej kultury czasu. Nigdy w tym stopniu nie chciała ona zapomnieć o przeszłości i pamiętać o przyszłości, nie chciała być tradycyjna i wieszcza, nigdy w tym stopniu nie uchylała się od wspominania i przestróg. Jeśli wracano do wspomnień, to do "kraju lat dziecinnych". Literalnie i pochopnie spełniano nakaz Wyspiańskiego, aby odwrócić się od grobów.

W jednym tylko objawie sztuki ta głęboka i groźna sprzeczność rozwiązywała się logicznie i harmonijnie - w teatrze. Dokonało się w nim zdarzenie nieznane scenicznej historii świata, mające w sobie patos i wielkość symbolu. Teatr niepodległości - nazywaliśmy go "monumentalnym", bo Wyspiańskiemu marzył się jako "teatr ogromny" - dał sceniczne życie polskiemu dramatowi romantycznemu i poromantycznemu, przyodział go w kształt ściśle do niego przystający i zarazem na wskroś nowoczesny, stanowiący ostatni, najwyższy wyraz sztuki teatralnej. Spotkała się w nim, pokryła dokładnie tradycja i rewolucja, Mickiewiczowska wizja teatru i reforma biorąca początek od Craiga i płynąca szeroką falą przez całą Europę.

W ten sposób dramat wieszczący przyszłość, walczący o wolność, spełnił się tak jak się spełniły jego natchnione wieszczby. Na scenie właśnie Polska idealna spotkała się z Polską rzeczywistą i jednocześnie polskość podniosła się do europejskości. Dlatego co najmniej takie dzieła jak Samuel Zborowski (Teatr Polski 1928) i Dziady (Lwów 1932) wolno postawić na wyżynie muzycznych osiągnięć Szymanowskiego.

Nie z naszej zapewne winy te dzieła - poza Dziadami pokazanymi w Sofii - nie stały się własnością europejską. Ale już więcej naszej winy tkwiło w tym, że nie stały się one własnością powszechną w całej Polsce. Wiele da się powiedzieć na usprawiedliwienie: upowszechnić kulturę w całym społeczeństwie, na wszystkich jego szczeblach, zapewnić jednolite krążenie wartości kulturalnych po całym organizmie - jest to sprawa kosztowna, mozolna i długotrwała.

To prawda, że dokonano w tym zakresie rzeczy zadziwiających i mało znanych. Oto kilka z nich - pierwszych z brzegu. W 127 uniwersytetach ludowych w roku 1935/36 odbyło się ponad 180 kursów, a liczba ich słuchaczy osiągnęła 10 414. W roku 1936/37 Związek Teatrów i Chórów Ludowych liczył 10 146 zespołów amatorskich i 6 181 chórów z 77 356 członkami, miał własne biblioteki, wypożyczalnie kostiumów, wydawnictwa i instruktorów. Obok teatru amatorskiego - po śladzie misjonarskiej służby Reduty wileńskiej - objeżdżały całą Polskę cztery teatry objazdowe. Tzw. ORMUZ zorganizował od roku 1934 2 300 koncertów w 70 miejscowościach, w jednym zaś tylko roku 1938 słuchało tych koncertów 258 000 ludzi. Program Polskiego Radia składał się w 60% z muzyki i co tydzień dawał koncert chopinowski. W roku 1936/37 było 351 bibliotek wędrownych z 8 142 sekcjami i 8 990 księgozbiorami stałymi, ich inwentarz wykazywał 5 892 200 tomów, ilość książek w obiegu sięgała astronomicznej liczby 12 milionów.

Ale cokolwiek by się powiedziało na usprawiedliwienie i obronę, trudno nie stwierdzić, że drabina kultury nie była jeszcze osadzona w dole, w gruncie społecznym. Powszechna ustawa biblioteczna, wnoszona na sejmy od roku 1921, nigdy nie doczekała się uchwalenia i stanowi jedno z największych niedopełnień niepodległości.

Dziwniejsze było to, że drabina kultury wydawała się również jakby niedokończona w górze, niezaczepiona o utwierdzenie niebieskie. Chwiał się tylko w przestrzeni jakby sam jej środek.

Dość często uważano go za rzecz pełną, samowystarczalną, nie podejrzewano, że ta ułamkowa konstrukcja nie wspiera się na ziemi, nie troszczono się o to, by ją oprzeć na niebie. Kultura polska czyniła dopiero pierwsze wysiłki, by się domknąć w koło krążące między ziemią i niebem, między ciemnym instynktem i najjaśniejszą świadomością, między elementarną potrzebą i najwyższą komplikacją twórczą - koło zamykające wszystko w jednym harmonijnym obrocie i nieustannym ruchu.

Ale echo zbudzone przez antologię poezji ludowej Konińskiego w grupie młodziutkich krytyków warszawskich, której przewodził Fryde, wskazywało, że zrozumienie tych spraw jest coraz głębsze i coraz bardziej powszechne.

Podobnie jak życiu najbardziej zwykłemu, powszednim "nocom i dniom", otwarła kultura niepodległości drzwi także ludziom, którzy o tym życiu, o upływie jego dni i nocy mogli złożyć świadectwo. Na wskroś wiejska i ziemiańska dotąd staje się w wielkiej mierze również związana z miastem. "Gromadę dziś się pochwali, pochwali się zbiegowisko i miasto"1 - tak zaczyna się jeden z jej wyzywających manifestów poetyckich.

Idzie kultura polska ostrym przekrojem przez wszystkie warstwy społeczne, jest bardziej demokratyczna w zakresie twórczości niż w zakresie odbioru i spożycia. Skład osobowy, pochodzenie jej twórców odtwarza obraz społeczny narodu ściślej i pełniej niż stopień upowszechnienia wytworów kulturalnych w poszczególnych warstwach. Są to procesy związane, ale dokonywające się jakby w innym rytmie. Z tej rozbieżności najjaśniej zdawała sobie sprawę pedagogia i najwięcej czyniła dla jej wyrównania.

Do tego samego kręgu przemian należy rola kobiety - nigdy dotąd niebywała. Kobieta sięga teraz dziedzin tak mało jej dostępnych jak dramat, w którym nasza Zapolska była fenomenem nie tylko polskim, ale światowym, takich jak matematyka i filozofia. Jakby od niechcenia igrając z dramatem, Pawlikowska-poetka tworzy lirykę z istoty swojej, z konstrukcji matematyczną i filozoficzną.

Ale w parze z tą gotowością do rozszerzania uprawnień, włączania w swój krąg nowych sił, idzie rys karygodny, właściwie barbarzyński: marnotrawstwo ludzi niezdolnych do przystosowania się, pogarda dla wartości złożonych, niepopularnych, niesprzedażnych. Niedocenienie i zatracenie takich ludzi jak Irzykowski i Ortwin - dwaj wspaniali mimo pomyłek i jednostronności krytycy - będzie się liczyło do ciężkich przewinień kultury dwudziestolecia.

Ponad sprzecznymi napięciami i ponad nie, jako ton górujący atmosfery duchowej, wybija się racjonalizm. Z nim łączy się zanik poczucia tragicznego.

Grubiński, wbrew oczywistości, utrzymywał, że tragedia nie ma ani zastosowania, ani sensu we współczesnym życiu, bo każdy jego konflikt da się obrócić w komedię. Chwistek zbudował wielopiętrową teorię o "wielości rzeczywistości", w której różne jej rodzaje istnieją równolegle obok siebie, są jakby nałożone, napiętrzone na sobie, a nie zderzają się z sobą.

W tym i w tamtym taiło się złudzenie, że zmiana warunków istnienia zbiorowego, powrót do samodzielności politycznej zmienia samą najgłębszą, najtajniejszą istotę życia. Niepodległość tylko dlatego musi być atragiczna, ponieważ niewola była tragedią. Gdzieś tu, w tych złudzeniach, należałoby może umiejscowić kult kabaretu.

Racjonalizm mniej zaznaczający się w innych dziedzinach, choć można by mówić o "racjonalistycznej liryce" - najbardziej widowiskowo, uchwytnie objawił się w architekturze. Nie jest to dziwne, w niej bowiem wszystkie siły wolnego narodu - gospodarcze, techniczne, duchowe - zazwyczaj znajdują najbardziej bezpośredni wyraz.

Jak w literaturze dwa dziesięciolecia są podzielone między poezję i prozę, w sztuce architektonicznej dzielą je między siebie dwie "szkoły": krakowska i warszawska. Pierwsza reprezentowała Polskę na paryskiej Exposition des Arts Décoratifs w roku 1925, nasz udział w wystawie z roku 1937 stał wyłącznie pod chłodno świecącą gwiazdą drugiej z tych "szkół" i zdobył dla niej uznanie międzynarodowe.

"Szkoła krakowska", tradycjonalna i sentymentalna, może się powołać na Wyspiańskiego jako na twórcę projektu Wawelu-Akropolu, ale wiąże się przede wszystkim z odkryciem baroku jako prądu najbardziej swoiście przyswojonego przez geniusz polski. Stanowi ona próbę tworzenia stylu narodowego na podstawie historycznej i narzuca ten styl w pierwszym okresie podnoszenia z gruzów Polski niepodległej.

"Szkoła warszawska" wychodzi z życia, z rozbioru potrzeb i warunków rzeczywistych, do nich dostosowuje plany konstrukcyjne i kształty plastyczne. Pod jej natchnieniem planuje się i buduje Warszawę uwolnioną z pierścienia fortyfikacji rosyjskich, prawie czterokrotnie powiększającą w ciągu kilkunastu lat swój obszar i w uniesieniu rozrostu widzącą się już miastem dwu i pół milionowym.

Warszawski racjonalizm architektoniczny to nie jest styl odświętny, jest to przede wszystkim styl dnia codziennego: jasny, celowy, pełen umiaru. Najwymowniej wyraża się on w budownictwie mieszkaniowym, najpotężniej w zimnym wizjonerstwie urbanistycznym. Niezrealizowany projekt dzielnicy Piłsudskiego w nowej Warszawie wolno bodaj zaliczyć do najbardziej śmiałych wzlotów w urbanistyce nie tylko polskiej.

Filozofia niepodległości, jakby poufnie spowinowacona z tą architekturą, przedstawia pełniejsze urzeczywistnienie. Bardzo stanowczo odżegnała się ona od przeszłości, od romantyzmu i mesjanizmu polskiego. Chyba jeszcze jaskrawiej niż architektura, niż malarstwo w swoich zakresach, odcięła się od idei "filozofii narodowej", od ambicji tworzenia takiej filozofii. Ale też stworzyła w lwowsko-warszawskiej szkole logików pierwszy w Polsce ruch filozoficzny na skalę europejską, a w odkryciu logiki trójwartościowej Jana Łukasiewicza przyniosła pchnięcie otwierające nowe widnokręgi.

Można by takich dokonań wskazać więcej. Liczy się do nich szczepionka przeciwdurowa lwowianina Weigla, mające coś z poetyckiej metafory stwierdzenie przez Marchlewskiego chemicznego pokrewieństwa między hemoglobiną i chlorofilem, czerwoną krwią ludzi i zieloną krwią roślin, ustalenie grup krwi przez Hirszfelda, wileńskie studia Rosego nad architektoniką mózgu, neurologia warszawska, szkoła antropologiczna Czekanowskiego, dzięki której Polska była krajem najdokładniej zbadanym pod względem naturalnym, osiągnięcia w zakresie kartografii, chronokinematografy Banachiewicza służące do badania zaćmień słonecznych, odkrycie sześciu jasnych komet na szesnaście w tym czasie odkrytych...

Jest to oczywiście rejestr dyletancki i niepełny.

Chce się myśleć, że nauka doby niepodległości, poddana racjonalistycznym rygorom, zachowała jednak wiele z polskiego romantyzmu. Było przecież coś romantycznego w pierwszej katedrze historii Bizancjum otwartej w Warszawie niedługo przed wojną i w pracach wykopaliskowych w Tell Edfu w Górnym Egipcie, które przyniosły nieoczekiwane wyniki, i w zjawisku, jakim był lwowski sanskrytolog Gawroński, w całej orientalistyce polskiej biorącej z niego początek i w takim jedynym jej wzorze jak książka Jabłońskiego o chińskiej poezji ludowej napisana na podstawie samodzielnie zebranego, nieznanego dotąd materiału.

W wymiarze nauki wolność najdotkliwiej zderzyła się z autokratyzmem na swój sposób "racjonalistycznym". W normę prawną, mówiącą, że profesorów szkół wyższych mianuje prezydent Rzeczypospolitej na wniosek ciała profesorskiego, w ten jakby symboliczny stosunek dwu najwyższych autorytetów uznał on za stosowne wstawić biurokratyczną szykanę. Usiłował ograniczać swobodę nauczania i samorządzenie się nauki. Sprawił tylko, że walka o autonomię uniwersytetów jest jednym z najbardziej gorzkich i doskonale zbędnych wspomnień w dziejach kultury drugiej niepodległości.

W walce, w trudzie, wśród olśniewających osiągnięć i często nieuniknionych pomyłek i błędów, które trzeba pamiętać ku nauce, których nie wolno przeceniać w całości zjawiska - rosła kultura polska jak drzewo z roku na rok dorzucające słoje do słojów.

Daleka od rewolucyjności, ale istotnie, głęboko postępowa, otwarta była na głosy życia, na wezwania szerokiego świata. Poczuwała się do solidarności europejskiej i entuzjastycznie ją traktowała w wymianie ludzi i zdobyczy. Dwie najbliższe sobie kultury - antyk i Francję - uczciła wspaniałymi przekładami. Witwicki przełożył wszystkie dialogi Platona, Przychocki wszystkie komedie Plauta, a z kongenialnych tłumaczeń Boya złożyła się cała biblioteka. W imię tej solidarności olimpijczyk Zieliński przewodniczył w Société pour le Latin comme Langue Internationale, które, jak nazwa wskazuje, na razie mówiło cudownie zepsutą łaciną, bo po francusku.

Nie dała kultura dwudziestolecia syntezy, bo może było na nią za wcześnie. Jak filozofię polską tego czasu, cechowało ją coś, co by można nazwać horror generalisationis2. Jak filozofia, bardziej ceniła racjonalną, konstruktywną pracę nad szczegółami niż pośpieszne uogólnienia. Taki był jej heroiczny minimalizm.

Może dlatego nie wydała wielkiego dramatu, choć obfitowała w komedię średniego lotu. Dramat bowiem jest syntezą nie wzruszenia światem, jak liryka, ale syntezą pojmowania świata - zjawia się, według słów Mickiewicza, na końcu epoki.

Ale w ostatnich utworach Rostworowskiego, w których poprzez przyziemność zwyczajnego życia otwiera się metafizyczna perspektywa tragizmu - zdawała się zapowiadać nowa postać dramatu. Według celnej obserwacji Lechonia powstawała ona w "przymierzu między realizmem a poezją", między tym, co było wielkością Polski przedwczorajszej, a tym, co stanowiło zdobycz Polski wczorajszej.

W tym przymierzu jest może zwiastowanie Polski jutrzejszej.

"Każdy kształt - mówi Frank Lloyd Wright - jest proroczy, piękny, wieczny, jeśli tylko wciela jakąś prawdę"... Kultura polska lat 1919-1939 jest, mimo skaz, takim kształtem, bo wciela prawdę, że nie ma nic trudniejszego, ale także nic cenniejszego nad wolność.

Kazimierzowi Wierzyńskiemu, wykonywając tak jak umiem przyjacielskie zamówienie, ten szkic szkicu przypisuję.

(Londyn 1948)

1 Fragment z wiersza Wiosna. Dytyramb Juliana Tuwima.

2 Łac. 'lęk przed uogólnieniem'.