Rozdział 1
Krzesło było twarde i niewygodne. Oparcie wbijało się w łopatki, więc poprawiłam się nerwowo, szukając najlepszej pozycji dla obolałych pleców. Ustawiłam stopy równo obok siebie. Głębszy wdech i próba wyciszenia umysłu, żeby uzyskać to, po co tu przyszłam. Odpowiedź na gnębiące mnie pytanie.
- Niestety, pani Anno, to miejsce jest już zajęte - oznajmił Stanisław Krzyśkowiak, siadając za biurkiem naprzeciw mnie.
Od dłuższej chwili czekałam na niego w gabinecie, układając w myślach scenariusz tej rozmowy i plan przeciągnięcia Krzyśkowiaka na swoją stronę. Wprawdzie decyzja została już podjęta, ale i tak poprosiłam o spotkanie, z nadzieją, że mogę jeszcze odwrócić bieg wydarzeń.
- To wiem. Chciałabym się jednak dowiedzieć, dlaczego w ostatniej chwili zrezygnowali państwo z mojej kandydatury - powiedziałam powoli, cedząc z rozmysłem każde słowo, żeby nie urazić rozmówcy i nie okazać zdenerwowania. - Moje kompetencje i doświadczenie odpowiadają państwa wymaganiom. Byliśmy przecież wstępnie umówieni.
- Byliśmy umówieni na rozmowę, a nie na to, że zostanie pani od razu zatrudniona - odpowiedział i spojrzał na mnie znad szkieł okularów. Ciemne, krzaczaste brwi nadawały jego twarzy zdecydowany wyraz. - Chciałbym pani pomóc, ale nie mogę. W ostatniej chwili wpłynęło podanie od Jana. Niestety, nie da się ukryć, że ma lepsze kwalifikacje.
Poczułam ucisk w żołądku. Tylko jeden człowiek o imieniu Jan posiadał wyższe kompetencje niż ja.
- Od Jana Dobronia? - zapytałam cicho.
- Pani Aniu... - Krzyśkowiak odchylił się na oparcie krzesła i założył ręce na brzuchu. - Mówię to pani tylko przez wzgląd na naszą długą znajomość, ale owszem. Zgadła pani. I prawdę mówiąc, mnie samego również to zaskoczyło. Nie sądziłem, że Jan będzie zainteresowany pracą w tym ośrodku. Znam go równie długo, jak panią, i nie ukrywam, że cenię jego wkład w nasze środowisko pracy.
- Bardzo zależy mi na tym, żeby tu pracować. - Podjęłam z góry skazaną na porażkę próbę walki. - Sądziłam, że mam wystarczające doświadczenie i...
- I nie myli się pani - wszedł mi w słowo - ale na stanowisko kierownicze szukamy kogoś z większą odpornością psychiczną i autorytetem, jeśli mam być szczery.
Zacisnęłam szczęki, tłumiąc narastającą złość. Czyli wybór zdeterminowała płeć, nie kwalifikacje. Jakie to niesprawiedliwe! Nadal jednak trzymałam emocje na wodzy, bo szanowałam Krzyśkowiaka. Robił mnóstwo dobrej roboty dla dzieciaków, które potrzebowały pomocy. Od lat prowadził jeden z najlepszych ośrodków opiekuńczo-wychowawczych w regionie. Udzielał się charytatywnie, organizował liczne akcje i starał się włączać dzieciaki w pozytywne inicjatywy na rzecz mieszkańców miasta. To z kolei pozwalało młodzieży budować dobre doświadczenia i było ważną częścią ich resocjalizacji. Wszyscy powtarzali, że Krzyśkowiak nie je, nie sypia, tylko żyje sprawami ośrodka i wychowanków. W zeszłym roku został odznaczony orderem "Zasłużony dla miasta", ale pewnie trzymał odznakę schowaną głęboko w szufladzie biurka, co także wiele o nim mówiło.
- Proszę mnie dobrze zrozumieć - ciągnął spokojnym tonem, uważnie mnie obserwując. - W naszym domu przebywa młodzież z różnymi doświadczeniami. W tej chwili potrzebujemy tu kogoś, kto zadba o porządek i morale. Mamy kilka trudnych przypadków, z łamaniem prawa włącznie.
- A co ze wsparciem?
- Oczywiście, to także, ale musimy ustalić priorytety. Nie chcę jednak zostawiać pani na lodzie i dlatego dam pani to. - Wyjął z szuflady wizytówkę i przesunął ją po stole w moją stronę. - To numer telefonu do mojego serdecznego kolegi. Jest dyrektorem szkoły podstawowej. Szukają psychologa.
- Szkoły podstawowej... - powtórzyłam głucho, nie kryjąc rozczarowania.
Przelotnie spojrzałam na wizytówkę i wrzuciłam ją do torebki, gdzie pewnie zgubi się w masie paragonów, ulotek i reklam, których nie miałam czasu wyrzucić.
- Proszę spróbować. Może ta praca okaże się strzałem w dziesiątkę - rzucił banałem na pożegnanie.
Skinęłam głową i bez słowa wyszłam z gabinetu.
*
Opuściłam ośrodek z ciężkim sercem. Nie nawykłam do użalania się nad sobą, ale tym razem czułam się pokonana. Na zewnątrz świeciło słońce, powietrze wypełniało brzęczenie owadów i szum jeszcze gęstych, lecz pokrytych miejskim kurzem liści. Na rabatach przy ośrodku kwitły białe budleje Dawida i zielonoróżowe hortensje. Lato chyliło się ku końcowi, lecz przyroda nadal cieszyła oko pięknymi kolorami. Świat cierpliwie parł do przodu, bez względu na porażki jego mieszkańców. Zacisnęłam w ręku pasek torebki i ruszyłam w dół ulicy. Rozmyślanie o Janku zawsze wprawiało mnie w kiepski nastrój. Zwykle mobilizowałam całą silną wolę, żeby tego nie robić. Teraz jego twarz stanęła mi przed oczami z bolesną wyrazistością. Krótkie, jasnobrązowe włosy, ciemne oczy o zdecydowanym wyrazie, pokryte starannie wypielęgnowanym zarostem policzki i broda. Do tego niski, głęboki głos, w którym pobrzmiewały raz czułe, raz stanowcze nuty. Naturalny, niewymuszony autorytet. Tak bardzo go kochałam... Robiłam wszystko, żeby o nim zapomnieć i nie mogłam. Często wracał do mnie w snach. Czasami w rozmowach ze znajomymi, czego nie dało się uniknąć w małym środowisku. Teraz także wrócił, kradnąc moje wymarzone stanowisko. Zawsze coś mi odbierał. Serce, pracę, bywało, że godność. Pojawiał się na chwilę w moim życiu, a potem odchodził do niej. Do Anieli.
Przyspieszyłam kroku i po kilku chwilach znalazłam się w centrum miasta. Usiadłam na jednej z ławek przed ratuszem i z niemałym trudem odszukałam w torebce wizytówkę od Krzyśkowiaka. Obracałam ją w palcach, zdając sobie sprawę, że muszę zadzwonić pod wydrukowany czarną czcionką numer. Właściwie dlaczego by nie pójść za ciosem i nie zrobić tego od razu? Piętrzące się rachunki czekały na zapłacenie, a pieniądze, które otrzymałam za prowadzenie zajęć na obozie dla młodzieży z rodzin objętych nadzorem kuratorskim, topniały w zastraszającym tempie. Miałam wprawdzie niewielkie mieszkanie po mamie, które nie było obciążone żadną hipoteką, ale pozostawały koszty życia. Chociaż przyzwyczaiłam się do oszczędzania, musiałam zapewnić sobie stały dochód. Zrezygnowałam z poprzedniej pracy, żeby uciec od Jana, lecz nie sądziłam, że podąży za mną. Błąd. Nie za mną, lecz za lepszym stanowiskiem.
Przełknęłam ciężko ślinę i jeszcze raz dokładnie obejrzałam wizytówkę. Dyrektor Tomasz Zapolski, Szkoła Podstawowa nr 8 im. Kawalerów Orderu Uśmiechu. Nazwa budziła pozytywne skojarzenia, choć nie opuszczało mnie natrętne poczucie, że nigdy nie chciałam pracować w tego rodzaju placówce. Przypuszczałam, że nie będę tam potrzebna, a zarazem wyżej stawiałam sobie poprzeczkę. Zajmowałam się trudną młodzieżą, przebijałam się przez mur obojętności, radziłam sobie z ich wybuchami złości i traumą. Co mogłam robić w takiej szkole? Pouczać dzieci, żeby nie biegały po korytarzu? Odprowadzać płaczące maluchy do klasy? Godzić skłóconych nastolatków? Musiałam jednak myśleć praktycznie. Wrzesień zbliżał się nieubłaganie, a ja potrzebowałam pracy. Zadzwoniłam i umówiłam się na spotkanie.
Następnego dnia wstałam wcześnie, zjadłam lekkie śniadanie, przejrzałam skrzynkę mailową, w której nie znalazłam niczego ciekawego, i bez większego entuzjazmu pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną.
Szkoła okazała się starannie odremontowanym budynkiem w stylu neoklasycystycznym, położonym na obrzeżach parku miejskiego. Okalał ją schludnie przystrzyżony żywopłot i chodnik z równo ułożonej kostki. Z lewej strony znajdowało się duże boisko, a za nim plac zabaw, z prawej zielony skwer z betonowymi ławkami i stołami do gry w ping-ponga. Ktoś zadbał o to, żeby teren robił miłe wrażenie. Mimo to nie opuszczała mnie myśl, że nie chcę tu być. Zmusiłam się jednak do pchnięcia ciężkich drzwi i zgłoszenia w sekretariacie swojej obecności.
Dyrektor Tomasz Zapolski nie kazał mi długo czekać. Prawie natychmiast zaprosił mnie do gabinetu i szerokim gestem wskazał wolne krzesło. Był wysokim, szczupłym mężczyzną o pociągłej twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Wyczułam w nim to samo zdecydowanie, które płynęło od Jana. Przez chwilę przyglądał mi się bez słowa.
- Jest pani pewna, że chce pracować w szkole? - zapytał wreszcie, wprawiając mnie w zdumienie.
Nie sądziłam, że potrafi czytać w myślach. Zwykle doskonale panowałam nad swoją mimiką i kontrolowałam emocje. Moje pełne konsternacji milczenie potwierdziło jego przypuszczenia, bo uśmiechnął się pod nosem i dodał tonem wyjaśnienia:
- Praca z ludźmi wiele uczy.
- To prawda - zgodziłam się. - Nie sądziłam jednak...
- Że od razu panią rozgryzę? Przyznaję się bez bicia - podniósł dłonie w geście kapitulacji - widziałem przez okno, jak przygląda się pani naszemu budynkowi. Pani mina wiele zdradzała. Nie będę się więc zasłaniał doświadczeniem zawodowym, proszę mi wybaczyć, że próbowałem użyć tego wybiegu. - Mrugnął do mnie i oparł przedramiona na biurku. - Będę z panią całkowicie szczery. Rozpaczliwie potrzebujemy psychologa.
Na jego twarzy malował się teraz wyraz desperacji. Nie odrywał ode mnie jasnych oczu, jakby czekał na wyrok, od którego wiele zależało. Nie przypuszczałam, że moja decyzja ma dla niego aż takie znaczenie.
- Przecież to tylko zwykła podstawówka - chlapnęłam, zanim ugryzłam się w język.
Zastygłam w oczekiwaniu na pełną oburzenia ripostę, tymczasem Zapolski roześmiał się serdecznie.
- Zwykła podstawówka! - powtórzył rozbawiony. - W sumie ma pani rację. Tyle że czasy się zmieniły, a problemy mnożą się jak grzyby po deszczu.
Uniosłam brwi z powątpiewaniem, a on trafnie zinterpretował ten drobny gest i natychmiast spoważniał.
- Nie wierzy mi pani? W zeszłym roku mieliśmy dwie próby samobójcze i problemy z autoagresją wśród uczniów. I to coraz młodszych! Do tego sprawy o wykradanie danych osobowych oraz mobbing i hejt w sieci, które skończyły się na policji. Nadal zdarzają się przypadki zaburzeń odżywiania. Prawdziwą plagą jest depresja wśród młodzieży, a jakby tego było mało, coraz częściej uczniowie cierpią na fobię społeczną, którą nazywa się już nawet szkolną, choć takie pojęcie nie istnieje. Wiem, jak to zabrzmi, ale jestem szczęśliwy, jeśli w jednym miesiącu zdarzy się tylko zwykła bójka. To już nie są te czasy, gdy my chodziliśmy do szkoły, pani Anno, a większość spraw uczniowie załatwiali między sobą. Teraz podstawówka to poligon dla psychologa. - Pochylił się bliżej w moją stronę. - Którego, jak wspomniałem, rozpaczliwie potrzebujemy i chyba już pani rozumie, dlaczego.
Przez chwilę przetrawiałam podane przez niego informacje. Faktycznie, zaskoczył mnie wyliczanką problemów, z którymi mierzyło się grono pedagogiczne.
- Rozumiem, że specjaliści nie pchają się do państwa drzwiami i oknami? - zapytałam z lekkim sarkazmem.
Znowu wybuchnął śmiechem, tym razem jednak zabrakło w nim serdecznych nut, a wybrzmiało zrezygnowanie.
- Gdyby tak było, nie próbowałbym teraz przekonać pani do pracy w naszej szkole. Ma pani imponujące CV, znacznie wykraczające poza nasze wymagania. Ale sytuacja jest tak zmienna, że pani doświadczenie może przydać się równie dobrze tutaj, jak w ośrodku zamkniętym.
Przez chwilę w myślach rozważałam jego słowa. Nie chciałam zdradzać, że moja własna sytuacja też pozostawiała wiele do życzenia i musiałam pilnie zacząć zarabiać. Jeden rok szkolny szybko minie, a w międzyczasie mogę poszukać innej pracy. Może faktycznie na coś się tutaj przydam?
- Dobrze - wyciągnęłam do niego dłoń - przyjmuję posadę.
Na twarzy Zapolskiego odmalowała się wyraźna ulga. Mocno uścisnął moją rękę.
- Każę przygotować umowę. Witamy na pokładzie.
*
- Od września będę pracować w szkole podstawowej - oznajmiłam posępnie, siadając na barowym stołku w dusznym pubie o dziwnej nazwie "Rogi jaka".
Łukasz kręcił się przy długim blacie po drugiej stronie, sprawnie manewrując sporym ciałem w ciasnym przejściu dla barmanów.
- Serio? - Przystanął odwrócony plecami do mnie i wykonywał tajemnicze ruchy rękami.
- Co ty tam robisz? - zapytałam, starając się zajrzeć mu przez ramię.
- Kanapki dla ciebie.
- Kanapki w pubie?
- No tak! - Postawił przede mną talerz z dużą bułką wypełnioną sałatą, warzywami oraz serem pleśniowym, który okrasił sosem żurawinowym, i dumnie wypiął szeroką pierś. - Namówiłem szefa na rozszerzenie menu. Klienci nie powinni przyswajać alkoholi na pusty żołądek, nie uważasz? A orzeszki są przereklamowane i do tego te bakterie! W sieci krążą filmiki, w których wyraźnie widać, gdzie najpierw ludzie trzymają łapy, które potem pakują do miseczek z przekąskami. Brrr! Aż mnie ciarki przechodzą! Dlatego pomyślałem o przegryzkach przygotowywanych na świeżo.
Utkwiłam wzrok w apetycznej bułce, a potem przeniosłam go na kuzyna. Jego szczery uśmiech zawsze działał na mnie krzepiąco. Nie mogłam pojąć, dlaczego stale łapie nierokujące na przyszłość fuchy, zamiast zająć się na poważnie gotowaniem w dobrej restauracji. Miał talent i potrafił wykazać się kulinarną kreatywnością. Instynktownie łączył smaki i przygotowywał efektowne potrawy. Z łatwością zjednywał sobie ludzi, zarówno szefów, jak i współpracowników, o klientach nie wspominając. Miał dobry wpływ na otoczenie, humorem uratował niejednego z opresji. W jego towarzystwie problemy zdawały się... mniej skomplikowane, a jasne strony życia bardziej oczywiste. Zazdrościłam mu wewnętrznego luzu, którego nie musiał wypracowywać na siłę. Po prostu taki się urodził. Dostał coś, o czym wielu mogło tylko pomarzyć. Jednak w jego życiu zawodowym za każdym razem kończyło się na krótkoterminowym zleceniu i jeszcze nigdzie nie zaczepił się na dłużej niż na kilka miesięcy.
- Łukasz, przecież oboje wiemy, że stać cię na więcej niż gotowanie na letnich obozach i szykowanie kanapek w podrzędnym barze - zaczęłam zwykłą tyradę.
- O, wypraszam sobie! - przerwał mi, udając nadąsanie. - To jest całkiem porządny bar. Z całkiem rozsądnym szefem, co dodatkowo podnosi walor tego miejsca.
Niemal parsknęłam śmiechem, ale wyglądało na to, że mówi poważnie. Wytarł dłonie o fartuch, który trzeszczał w szwach na jego pokaźnym brzuchu.
- Potrafisz wyczarować porządny obiad na kuchni polowej w środku lasu. Nie uważasz, że czas pójść o krok dalej?
- Cały czas uczę się nowych rzeczy - oświadczył z przekonaniem, które próbowałam w nim skruszyć, żeby otworzyć go na nowe możliwości.
- Na przykład?
- Na przykład mieszania koktajli. Poczekaj sekundę! - Znowu obrócił się do roboczego blatu i zaczął przerzucać naczynia, stukać butelkami, a na koniec hałasować kruszarką. Potem postawił przede mną wysoką szklankę wypełnioną kostkami lodu i odmierzył do niej różnokolorowe płyny. Zamieszał energicznie, a na rancie zatknął kawałek pomarańczy.
- I proszę bardzo! Oto Zielona Ropucha. - Gestem dłoni zachęcił mnie do spróbowania.
Upiłam mały łyk zielonkawej mikstury. Był lekko słodki, z wyraźną nutą orzeźwiającej pomarańczy i wysokoprocentowego alkoholu.
- Smaczne! Sam to wymyśliłeś?
- Gdzie tam! Na razie ściągam pomysły z neta lub uczę się od kolegów - przyznał szczerze. - Poczekaj, tylko znajdę shaker i przygotuję ci jeszcze inny wynalazek.
- Daj spokój, jeden koktajl wystarczy - przystopowałam go i wgryzłam się w kanapkę.
Łukasz oparł się na barze i z zadowoleniem obserwował, jak jem. Uwielbiał karmić ludzi. Twierdził, że sprawia mu to "perwersyjną satysfakcję", na co zawsze wybuchałam śmiechem. Gdyby nie on, nie przeżyłabym pierwszego okresu po śmierci mamy. Przetrwałam tylko dzięki jego wsparciu.
- Wracając do twojej nowej pracy... - zagaił - Czy ty aby nie miałaś zatrudnić się w ośrodku wychowawczym?
- Miałam - rzuciłam między jednym kęsem, a drugim - Ale nic z tego nie wyszło.
- Dlaczego?
- Nie uwierzysz, ale ktoś nadesłał lepszą ofertę.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Któż śmiał to uczynić?
Z trudem przełknęłam ostatni kawałek bułki.
- Jan Dobroń.
Twarz Łukasza stężała. Na to nazwisko reagował jak byk na czerwoną płachtę. I to pomimo wrodzonej wielkoduszności. Doskonale znał przebieg mojej znajomości z Jankiem i jawnie wyrażał swoją dezaprobatę.
- Jakim cudem Jan wskoczył na twoje miejsce?
- Nie mam pojęcia. Musiał dowiedzieć się o wakacie. Chcieli męskiego autorytetu, to go znaleźli - odparłam z irytacją.
Łukasz mimowolnie obrzucił wzrokiem moją filigranową sylwetkę. Z wyglądem dziewczynki i wzrostem metr pięćdziesiąt w kapeluszu faktycznie trudno było uważać mnie za postrach, ale czy o to chodziło? Dyscyplina to jedno, ale w mojej pracy niebagatelną rolę grały intuicja i osobowość. Wiedza książkowa była niezbędna, lecz przede wszystkim liczyła się umiejętność nawiązania kontaktu i dotarcia do pokrzywdzonego dziecka. Co Jan także potrafił, przyznałam uczciwie w myślach.
- Słowem, nie miałam szans - oznajmiłam na głos. - Dyrektor ośrodka skierował mnie do kolegi, który z kolei przyjął mnie z otwartymi ramionami. Na rynku brakuje specjalistów.
Łukasz z entuzjazmem pokiwał głową.
- Myślę, że w szkole też świetnie sobie poradzisz.
- To tylko opcja zastępcza. W międzyczasie rozejrzę się za czymś innym.
- Rozmawiałaś z Janem o tej sytuacji?
- Oczywiście, że nie! - Niemal podskoczyłam na miejscu. - Ostatni raz widziałam go na urodzinach Dory. Od tamtej pory nie miałam z nim kontaktu.
Przed oczami stanęła mi scena z chaty nad jeziorem, w której odbyło się wspólne przyjęcie urodzinowe Doroty i Jana. Pojechałam tam, bo chciałam oddać Janowi puchar jego dziadka, który znalazłam na śmietniku i pieczołowicie sklejałam przez kilka dni. Aniela musiała go rozbić w trakcie jednej z ich kłótni. Mimo to Janek jej wybaczył. Zawsze to robił. Roztaczała nad nim niezrozumiałą władzę. Lgnął do niej jak ćma do ognia, nawet za cenę oparzeń. Kilka z nich wyleczył w moich ramionach. Pojawiał się i znikał, a ja, mimo pełnej świadomości tego, co się dzieje, za każdym razem na to przystawałam. I za każdym razem parzyłam własne skrzydła.
Łukasz nie omieszkał dosadnie komentować zachowania Jana, ale nawet jego trzeźwiące komentarze nie mogły odwieść mnie od brnięcia w uczuciowy ślepy zaułek. Wspomnienie Anieli w ramionach Jana piekło jak cholera, a jednak moje myśli wciąż do niego uciekały. Nie panowałam nad tym. Rzadko czułam się tak bezsilna.
- To będzie nowy start - powiedział Łukasz ciepło i przykrył dłonią moją dłoń. - Myślę, że właśnie tego teraz potrzebujesz.
*
Wieczorem wzmógł się wiatr. Poruszał firaną jak rozkloszowaną spódnicą i układał z niej fantazyjne fale. W powietrzu czuć już było nadchodzącą jesień. Przymknęłam okno i jeszcze przez chwilę obserwowałam ciemnoczerwoną łunę, która kładła się wyrazistym pasmem na zachodnim horyzoncie. Barwne pożegnanie. Obietnica powrotu. Pocałunek nieba. Ostatni uśmiech słońca. Mogłabym nadawać spektaklom natury tytuły jak obrazom, które malowałam w wolnych chwilach. Dwie prace wisiały w salonie, ale tylko najbliżsi wiedzieli, że wyszły spod mojego pędzla. Wiele z nich rozdałam, utrzymując autorstwo w sekrecie. Malowałam dla siebie i czasem na zajęciach z młodzieżą. Dzieciaki wyrażały zachwyt, ale rzadko zadawały pytania w stylu "czy jest pani znaną malarką?" i to mi odpowiadało. Wiedziałam, że zaprzepaściłam swój talent. Mogłam rozwijać się artystycznie, ale dokonałam innego wyboru. I nigdy go nie żałowałam.
Nastawiłam płytę zespołu London Grammar i zaparzyłam duży dzbanek białej herbaty. Czułam, że to będzie wieczór sentymentalny. Tak nazywałam chwile, kiedy powracały do mnie wspomnienia z dzieciństwa, śmiech mamy, beztroskie zabawy z kolegami na podwórku. Moje niezdarne próby odbicia piłki tenisowej kawałkiem suchej deski, co szumnie nazywaliśmy grą w palanta. Nawoływanie z okien w porze kolacji. Siorbanie zimnej wody prosto z kranu, a potem pałaszowanie ciepłego budyniu z sokiem malinowym na podwieczorek.
Wszystko w mieszkaniu przypominało mi o tamtym utraconym czasie, ale nie chciałam go zmieniać. Zatrzymałam mamę przy sobie przez jej meble, drobiazgi stojące w przeszklonej witrynie, kilka starych lamp, biżuterię w szkatułce na komodzie. Jakby nadal tu była, nadal mogła sięgnąć do szkatułki i włożyć ulubioną bransoletkę, potem dobrać do niej kolczyki i uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze nad komodą.
Miała na imię Basia. Prowadziła osiedlowy sklep spożywczy. Lubiła tę pracę, kontakt z ludźmi, świeże plotki z kraju i świata, nawet utarczki z dostawcami. Codziennie starannie dobierała strój i biżuterię. Skromnie, wygodnie, ale elegancko - to była jej dewiza. Pewnego dnia uległa wypadkowi. Przerażony klient, który znalazł ją nieprzytomną na podłodze sklepu, od razu powiadomił odpowiednie służby. Policja ustaliła, że poślizgnęła się na mokrej posadzce i uderzyła potylicą o kant metalowego regału. Nastąpił wylew krwi do mózgu i natychmiastowa śmierć.
Na początku nie wierzyłam. Nie chciałam wierzyć. W kółko powtarzałam, że to pomyłka i że mama niedługo wróci. Potem dotarło do mnie, że to prawda. Że mamy już nie ma. Pamiętałam swoje krzyki i dławiącą złość. Ból w dłoniach, którymi tłukłam o coś twardego. Miałam piętnaście lat i mój świat runął.
Pogrzeb mamy był serią stop-klatek, jak w starym filmie. Lśniąca trumna i blask świec w kościele. Duszący zapach lilii i parafiny. Ksiądz wygłaszający kazanie na ambonie. Kondukt żałobny przesuwający się w żółwim tempie alejkami cmentarza. Schludne wnętrze restauracji. Ubrani na czarno ludzie o poważnych twarzach. Uściski, łzy, szeptane gorączkowo kondolencje, których nie wpuszczałam do świadomości. Po wszystkim przespałam prawie dwie doby.
Zamieszkałam z ciotką Martą i Łukaszem, którzy stworzyli mi dom i starali się wyrwać mnie ze stanu otępienia. Ciotka podawała mi jakieś tabletki. Pilnowała, żebym jadła, choć niewiele mogłam w siebie wmusić. Łukasz przed snem głaskał mnie po głowie. Uczył się wtedy do matury. Rozkładał książki przy moim łóżku, żebym nie czuła się samotna. Nie rozumiał, że nic nie mogło ukoić poczucia osamotnienia.
Po kilku tygodniach poszłam z nim na zakupy. Najgorszy ból minął, choć tęsknota osiadła we mnie jak głaz. Oplotła moje wnętrze jak nieustępliwa winorośl. Kiedy wróciłam do szkoły, wszystko powoli zaczęło nabierać barw i pozorów normalności. Zdałam maturę, wybrałam studia i ukończyłam je z wyróżnieniem. Psychologia miała pomóc mi stanąć na nogi. Przekuć mój ból w coś pożytecznego. Po ponad dwudziestu latach od wypadku potrafiłam już myśleć i mówić o nim bez drżenia w głosie. Chciałam pomagać innym i w tym upatrywałam szansę na ukojenie. Nie pomyliłam się. Praca z młodzieżą leczyła moje własne rany.
Nalałam sobie pełen kubek herbaty i wyjęłam nieduży album rodzinny. Popijając napar, bez pośpiechu przeglądałam zdjęcia. Wieczór sentymentalny miał zadanie do spełnienia. Przez kilka godzin oswajałam smutek.