Szukając szczęścia - Aneta Krasińska

Kup ebooka

24.00 zł
19.20 zł (13,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I12 września 2010 r.Poranek

Wrześniowy poranek leniwie budził się ze snu. Nachalnie zaglądał przez okno, które już od dawna wymagało umycia, ale najwyraźniej z jakichś przyczyn musiało wciąż cierpliwie czekać na swoją kolej. Nieśpiesznie przenikał przez gładkie, żakardowe firanki w kolorze écru, lustrując nowocześnie urządzone pomieszczenie. Sypialnia, choć niewielka, pomalowana była na słoneczny, żółty kolor, doskonale kontrastujący z ciemnymi meblami i podłogą w niemal identycznym kolorze. Na szafce nocnej, obok przypominającej szklaną kulę lampki, stał kubek z niedopitym, zimnym już mlekiem.

W łóżku leżały dwie osoby mocno w siebie wtulone. Jedna, chcąc się skryć przed nieustannie zaglądającym do sypialni słońcem, niemal całkowicie schowała się pod kołdrą. Druga, której głowa ułożona była na poduszce, miarowo oddychała.

Panujący wokół spokój został zburzony przez dźwięk dzwonka. Malwina szybko otworzyła oczy. Natychmiast wróciła jej świadomość, więc czym prędzej wyłączyła budzik i spojrzała na śpiącą z nią osobę, ale widząc, że się nie poruszyła, uznała, że dzwonek jej nie obudził. To dobrze, bo miała zamiar przygotować dla niej niespodziankę. W końcu urodziny obchodzi się tylko raz w roku. Ostrożnie wstała, nałożyła stojące pod łóżkiem kapcie i na palcach przeszła do toalety.

Kiedy schodziła do kuchni, założyła szlafrok. Wprawdzie już wczoraj zrobiła zakupy, ale dzisiaj musiała podgrzać bułeczki, zagotować mleko na kakao i przystroić tort, który schowała w spiżarce. Zabrała się więc do przygotowywania śniadania. Nastawiła wodę na kawę. Bułeczki włożyła do opiekacza i przyniosła tort, po czym wyjęła różnokolorowe żelki w kształcie płatków kwiatów i listków i zabrała się do dekorowania ciasta. Tort wyglądał pięknie. Na koniec włożyła świeczki, zanim je jednak podpaliła, na talerz wyjęła ciepłe bułeczki i nalała do dwóch kubków gorące mleko. Do jednego z nich dosypała kakao. Ostatni rzut oka potwierdził, że wszystko jest gotowe na przyjęcie solenizantki, dlatego skierowała się na schody.

Tym razem nie szła już na palcach. Zajrzała do sypialni, ale schowana pod kołdrą postać uporczywie trwała na swym miejscu. Podeszła do łóżka i usiadła obok na podłodze. Delikatnie odkryła kołdrę i nachyliła się, ale w tym momencie spostrzegła wpatrzony w nią wzrok.

– Tysiące buziaków z okazji dziesiątych urodzin – powiedziała i zaczęła ją całować po całej twarzy. – Dziś kończysz dziesięć lat, kochanie, i w związku z tym zapraszam cię na dół na niespodziankę.

Pomogła córce się podnieść. Założyła jej szlafrok i trzymając ją mocno pod ramię, poprowadziła do kuchni, gdzie zapaliła kolorowe świeczki.

– A teraz nabierz dużo powietrza i postaraj się jak najmocniej dmuchnąć.

Dziewczynka nabrała powietrza, ale zdołała zdmuchnąć tylko trzy świeczki. Malwina natychmiast pomogła jej dokończyć dzieło i klaszcząc w ręce, zawołała:

– Brawo, skarbie. Prezent dostaniesz na przyjęciu urodzinowym. Pamiętasz, zaprosiłyśmy na nie babcię oraz ciocię Alicję z dziewczynkami.

– Tak – odpowiedziała i wyjęła z tortu świeczkę, którą z dużym zapałem zaczęła oblizywać.

– Nie, kochanie. Nie wolno tego robić – spokojnie tłumaczyła, jednocześnie wyjmując z jej rąk kolorową świeczkę. – Tort zjemy dopiero wieczorem. Teraz przygotowałam dla nas pyszne śniadanie. Zobacz, twoje ulubione bułeczki.

Mówiąc to, cały czas spoglądała na córkę, która usiłowała wyjmować kolejne świeczki z tortu, jakby nie pamiętając tego, co przed chwilą usłyszała.

– Wiesz, może schowamy ten tort do lodówki i zajmiemy się śniadaniem – zaproponowała Malwina, nie widząc lepszego rozwiązania. – Spróbuj kakao.

Przysunęła jej kubek wypełniony ciepłym napojem. Dziewczynka upiła niewielki łyk, ale odsunęła talerzyk z przygotowanym dla niej jedzeniem.

– Mama, tort – powiedziała dość niewyraźnie.

– Pamiętasz, że tort podamy na przyjęciu urodzinowym? – tłumaczyła, zachowując spokój. – Najpierw musisz zjeść śniadanie.

Pokazała jej talerzyk z posiłkiem. Dziewczynka nadal nie była zainteresowana. Wstała od stołu i podeszła do lodówki. Otworzyła ją i próbowała wyjąć schowany przed chwilą tort.

– Daguniu, torcik musi być schowany, bo się popsuje i będzie niesmaczny, a przecież po obiedzie przychodzą do ciebie goście. Przyniosą prezenty i wtedy poczęstujemy ich ciastem – tłumaczyła z uporem maniaka, choć miała świadomość, że do wieczora jeszcze kilka razy będzie musiała powtórzyć to samo. – Ale możemy się umówić, że przy gościach będziesz mogła jeszcze raz zdmuchnąć świeczki – zaproponowała, chcąc córce sprawić radość. – A teraz zjemy śniadanie, bo kakao stygnie.

Chwyciła ją za rękę i posadziła przy stole. Dagmara wzięła bułkę i odgryzła jeden kęs, który powoli zaczęła przeżuwać. Codzienny rytuał związany ze zjadaniem posiłków trwał około godziny. Na początku Malwinę to złościło, więc próbowała różnych zabaw, łącznie z wyścigami, dopóki nie uświadomiła sobie, że Dagmara może się zachłysnąć. Później próbowała jej czytać, a każda kolejna strona mogła być rozpoczęta wówczas, gdy córeczka odgryzła kolejny kęs jedzenia, ale i ten sposób nie przyniósł spodziewanych efektów. W końcu zrezygnowała i przestała liczyć czas spędzany nad talerzem. Czasem nawet kilka razy podczas jednego posiłku podgrzewała zupę.

Malwina już dawno skończyła jeść, więc zabrała się do sprzątania ze stołu. Minęła już dziesiąta, a ona musiała jeszcze przygotować sałatkę z tuńczyka i kotlety z piersi indyka. Wczoraj zdążyła upiec sernik z brzoskwinią. Przyjęcie zaplanowała na szesnastą i bardzo chciała, aby wszystko dobrze wypadło. Już kilka dni temu powiedziała Dagmarze, że zbliżają się jej dziesiąte urodziny i z tej okazji otrzyma prezenty. Dzięki temu córka chętnie chodziła do szkoły.

Kiedy Malwina wyjmowała kolejne produkty, z których miała zamiar przygotować sałatkę, usłyszała pukanie do drzwi. Zdziwiła się, bo nie spodziewała się nikogo o tak wczesnej porze. Spojrzała na córkę, która wciąż jadła, jakby niczego nie słysząc. Wytarła ręce i poszła zobaczyć, kto przyszedł.

Przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi. Zamarła. O tym nawet jej się nie śniło. Poczuła, że jest jak sparaliżowana. Umysł podpowiadał jej, żeby jak najszybciej uciekała, nie oglądając się za siebie. Tylko kilka kroków dzieliło ją od schodów prowadzących na górę. Łatwo mogłaby się na nie wspiąć. Później szybko pobiec do sypialni, zamknąć drzwi i schować się pod kołdrę. Może udałoby się jej przeczekać, a później wszystko wróciłoby do normy. Normy, która od kilku lat była ustalana tylko przez nią. Nie chciała niczego zmieniać. W końcu tyle przeszła, aby znaleźć się w tym punkcie, i nie było sensu robić kroku w tył.

Patrząc na przybyłego mężczyznę, próbowała pozbierać myśli. Od razu go poznała. Niewiele się zmienił. Nosił teraz dłuższe włosy i małą bródkę, a wokół oczu widoczne były nieliczne zmarszczki nieuniknione w wieku trzydziestu ośmiu lat. Nadal był szczupły, dlatego świetnie wyglądał w jasnych jeansach i skórzanej kurtce, spod której wystawała elegancka koszula.

– Co tu robisz? – zapytała, gdy w końcu odzyskała głos.

– Chciałem was odwiedzić.

– No, to odwiedziłeś. A teraz do widzenia – powiedziała, usiłując zamknąć przed nim drzwi.

– Nie traktuj mnie tak – prosił, wkładając jednocześnie nogę między futrynę a drzwi. – Wiem, że sobie zasłużyłem, ale proszę...

– Odejdź albo zadzwonię po policję – przerwała mu. – Ach, przepraszam, przecież to ty jesteś z policji. Może zatem miej honor i wyjdź, unikając wstydu przed kolegami – syknęła przez zęby.

– Malwina, chcę porozmawiać. – Nie ustępował, cały czas nie pozwalając jej zamknąć drzwi.

– Ale ja nie chcę z tobą rozmawiać, rozumiesz? – wyjaśniła tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Wiem, że minęło tyle lat, ale ja muszę ci wszystko wyjaśnić – stwierdził, nie spuszczając z niej wzroku.

– Jeśli pamięć mnie nie myli, to miałeś taką szansę, i to nie raz – mówiła, nie kryjąc sarkazmu w głosie. – I przypomnij mi, co wtedy zrobiłeś? – Patrzyła na niego, oczekując odpowiedzi. – Nie chcesz tego powiedzieć, to ci przypomnę: odpuściłeś sobie!

– Malwina... To nie tak.

– To dokładnie tak, więc nie wymagaj, że cię wpuszczę i odbędziemy miłą pogawędkę przy kawie i ciastku. Twój czas minął.

– Nie mów tak, proszę.

– To nie tylko słowa, ale fakty. Do widzenia – powiedziała, patrząc na jego but wciąż sterczący w drzwiach.

Widząc, że nie uda mu się wejść, wycofał się, więc poprosiła:

– Nie przychodź tu więcej.

– Twój ojciec mówił dokładnie to samo – dodał, odchodząc spod drzwi i kierując się w stronę furtki.

Nie mogła się przesłyszeć. Dlaczego wspomniał o jej ojcu? Co on mógł mieć z tym wspólnego? Zupełnie nie mogła tego pojąć i choć trochę ją to zaintrygowało, postanowiła o tym nie myśleć i wróciła do kuchni, gdzie Dagmara kończyła jeść śniadanie.

– No, świetnie. Już kończysz. – Uśmiechnęła się do córki i pocałowała ją w czoło. – Widzę, że ci smakowało. Teraz masz dużo siły, żeby się samodzielnie ubrać.

Ale wyraz twarzy dziewczynki świadczył o czymś zupełnie innym, dlatego postanowiła nie rezygnować i dalej motywować ją do samodzielności.

– Jesteś już duża i potrafisz sama założyć ubrania, a dziś naszykowałam ci nową sukienkę, w której będziesz mogła się pokazać na przyjęciu urodzinowym.

– Mama, tort? – spytała, ponownie pokazując na lodówkę.

– Tak, wtedy będzie też tort – wyjaśniła po raz kolejny. – Więc teraz grzecznie idź na górę i załóż sukienkę. Dobrze?

Wzięła córkę za rękę i poprowadziła ją do schodów. Wciąż robiła wszystko, aby mała w końcu się usamodzielniła, ale cały proces przebiegał bardzo wolno. Czasem miała wrażenie, że robią dwa kroki do przodu, po czym krok, a czasem nawet dwa – w tył. Jednak każda kolejna czynność, jaką potrafiła wykonać Dagmara, sprawiała, że Malwina czuła się dumna i nie przestawała podejmować kolejnych prób.

Od tego roku przyjęła zasadę: jedna nowa umiejętność Dagmary w miesiącu. Zgodnie z tą regułą pracowały nad samodzielnym myciem zębów, później nad czesaniem włosów, zakładaniem butów i tak dalej. We wrześniu uczyła się sama zakładać ubrania. Różnie jej to wychodziło. Czasem zapominała o bieliźnie czy skarpetkach, dlatego za każdym razem Malwina musiała ją sprawdzić, ale nie poddawała się nawet wtedy, gdy mała się buntowała i zamiast włożyć przygotowane dla niej ubrania, rozrzucała je po pokoju. Najgorzej było w dni, kiedy chodziła do szkoły, bo miały mniej czasu. Wtedy Malwina siadała na łóżku, tłumacząc, że im szybciej się ubierze, tym dłużej będą mogły spacerować po parku wokół szkoły. Na szczęście było to coś, co Dagmara bardzo lubiła, dlatego zazwyczaj podejmowała wyzwanie. Malwina miała nadzieję, że teraz będzie podobnie, bo sama miała coś innego do zrobienia.

Stojąc pod schodami, patrzyła, jak córka nieporadnie wspina się na górę. Teraz choć przez chwilę mogła skupić się na przygotowaniu sałatki. Wstawiła wodę, żeby ugotować ryż. Następnie posiekała cebulę. Otworzyła puszkę z tuńczykiem i kiedy nożem odchylała wieczko, usłyszała dzwonek do drzwi, wówczas nóż jej się omsknął i palcem zahaczyła o ostry rant puszki. Spojrzała na dłoń, która w jednej chwili zalała się krwią. Natychmiast podstawiła rękę pod zimną wodę, ale kolejny dzwonek do drzwi nie pozwalał jej dłużej zostać przy zlewie. Ostrożnie włożyła palec do ust i poszła zobaczyć, kto znajduje się przed domem.

Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła, że stoi przed nimi dokładnie ten sam gość, który wyszedł stąd pół godziny temu. Zapominając, że cały czas trzyma w ustach krwawiący palec, zapytała:

– So robis?

– Słucham? – dopytywał, nie rozumiejąc, o co jej chodzi, i pokazał na palec.

– Pytam, co tu robisz? – powtórzyła, gdy tylko zawstydzona wyjęła palec z ust.

– Musimy porozmawiać – zaczął, nie chcąc jej zdenerwować.

– Już mi to mówiłeś – stwierdziła, siląc się na spokój. – A ja powiedziałam, że nie chcę. Pamiętasz?

– Nieważne, czego my chcemy czy czego nie chcemy. – Nie poddawał się. – Mamy dziecko i powinniśmy zatroszczyć się właśnie o nie.

Zaskoczyły ją te słowa. Nigdy wcześniej w ten sposób nie wyrażał się o Dagmarze, ale po tym, co jej zrobił, nie miał prawa o niej mówić, dlatego nie zważając na to, że stoją w drzwiach wejściowych, a po chodniku idzie jakaś para, zaczęła coraz głośniej mówić:

– Nie masz prawa mówić, co powinnam robić i jak się troszczyć o swoją córkę! Nie masz prawa! Rozumiesz?! Utraciłeś je, wyprowadzając się stąd! Nagle się zjawiasz i chcesz mi coś wyjaśniać?! Nie liczy się już to dla mnie, tak samo jak ty!

Krzycząc, nawet nie spostrzegła, że palec ponownie zaczął krwawić. Ciemnoczerwone kropelki krwi ściekały na podłogę, tworząc oryginalny wzór na kamiennej beżowej posadzce. Nie słuchając jej słów, wziął ją za prawą rękę i pociągnął za sobą do kuchni. Próbowała mu się wyrwać, ale trzymał ją zbyt mocno. Później posadził ją na krześle, a sam podszedł do regału i nie pytając o nic, wysunął dolną szufladę, w której kiedyś schowane były środki opatrunkowe. Nie pomylił się. Znalazł wodę utlenioną i plaster. Położył je przed nią na stole, po czym sam usiadł tuż obok i zaczął polewać jej palec wodą utlenioną, która uporczywie się pieniła. Kiedy w końcu uznał, że wystarczy, nakleił na ranę plaster. Przez cały czas ani razu się nie odezwał, nawet nie podniósł na nią wzroku, jakby się bał, że narusza jej terytorium. W końcu to ona się odezwała:

– Dziękuję.

A po chwili dodała, spoglądając na niego:

– Sama mogłam to zrobić.

– Wiem i podziwiam cię za to, że jesteś dzielna i ze wszystkim tak świetnie sobie radzisz. – Udało mu się nawiązać z nią kontakt wzrokowy.

Nie spodziewała się tego usłyszeć i była odrobinę zaskoczona. Nie czuła się wyjątkowa. Żyła tak, jak wymusiła to na niej sytuacja, w której się znalazła. Kochała swoją córkę, a dzięki długoletniej pomocy ojca mogła wrócić do pracy, która dawała jej wytchnienie i możliwość oderwania się od trudnej codzienności. Czasem umawiały się z Alicją na plotki i wspólne zakupy. Wówczas stale towarzyszące jej napięcie gdzieś ulatywało, a ona, uśmiechając się, mierzyła kolejne fatałaszki. Z utęsknieniem czekała na te krótkie chwile wolne od wizyt u lekarza czy spotkań z terapeutami, pod opieką których była jej córka.

– O co ci chodzi? Dlaczego akurat dzisiaj mnie nachodzisz?

– Bo zbyt długo czekałem, pozwalając, aby życie przeciekało mi przez palce.

– No właśnie, twoje życie nie ma nic wspólnego z moim. Obydwoje to zaakceptowaliśmy i nie ma do czego wracać – powiedziała zrezygnowana.

– Nawet jeśli rzeczywiście tak jest, to tym bardziej możemy porozmawiać – namawiał. – Skoro nie ma już emocji, to porozmawiajmy o faktach.

– Chcesz rozmawiać o faktach? Świetnie! – Znowu zaczęła się denerwować. – Fakt numer jeden: najważniejsza była i pewnie nadal jest dla ciebie praca! Fakt numer dwa: zostawiłeś mnie! Fakt numer trzy: zerwałeś kontakt ze swoją córką!

– Masz rację. Jestem idiotą i nic tego nie zmieni, ale chcę ci powiedzieć, że to nie jest twoja wina, że odszedłem – stwierdził, czekając na jej reakcję.

Tego było już dla niej za wiele. Fala złości zalała ją całą. Patrzyła pustym wzrokiem, nie zauważając, że ktoś przed nią siedzi. Ktoś, komu kiedyś tak bardzo ufała. Ktoś, komu przysięgała miłość. Ktoś, z kim chciała mieć dzieci. Ktoś, kogo zawsze wspierała. Ktoś, kto tak bardzo ją zawiódł. Jego słowa otworzyły zabliźnioną ranę, która przez lata krwawiła, ale od niedawna sądziła, że ma to za sobą. W tej chwili już nie panowała nad sobą. Rzuciła się na niego z pięściami, krzycząc:

– Jak śmiesz?! Jak śmiesz?! Wynoś się stąd i daj mi spokój! Nienawidzę cię!

– Uspokój się. Uspokój się. – Próbował się osłonić przed jej chaotycznymi ciosami, które nie sprawiały mu większego bólu.

W końcu złapała go za kurtkę i szarpiąc, zaciągnęła do przedpokoju. Cały czas przy tym wykrzykując.

– Nie masz prawa tu przychodzić i mówić mi, co mam myśleć! Rozumiesz?!

Spojrzała mu prosto w oczy, po czym otworzyła drzwi i nadludzką siłą wypchnęła go na zewnątrz.

Miała swoją dumę i nikt nie mógł jej tak traktować, a na pewno nie on. Nie miała zamiaru go słuchać. Nie obchodziło ją, że nagle zebrało mu się na wyjaśnienia. Nie miała już siły z nim walczyć. Potrzebowała spokoju, żeby móc zająć się wychowaniem córki i związanymi z tym problemami, których wraz z wiekiem wcale nie ubywało.

– Już nie masz takiego prawa... – Urwała wyczerpana i osunęła się na posadzkę.

Plecami dotykała zimnej ściany. Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła głośno płakać, nie rozumiejąc, dlaczego akurat dziś się pojawił i wprowadził takie zamieszanie. Miała już dosyć tego dnia, a czekało ją jeszcze przyjęcie, na które w tej chwili zupełnie nie miała ochoty.

ROZDZIAŁ II12 września 2000 r.

Wątłe promienie słońca przenikały przez grube beżowe zasłony, rzucając jasne snopy światła na stojące przy ścianie łóżko. Tuż nad nim wisiał duży, oprawiony w czerwone ramy kolaż wykonany z kilkunastu fotografii przedstawiających dwoje młodych ludzi kochających podróże po Europie, odpoczynek nad Morzem Śródziemnym, śmiechy i szaleństwa do białego rana w niewielkich portowych knajpkach, gdzie można było skosztować świeżych ryb oraz owoców morza podawanych na wiele różnych sposobów.

Jeden z promieni zatrzymał się na jedwabnej pościeli usianej czerwonymi makami. Cienka kołdra niedbale zsuwała się z łóżka, odsłaniając lewą stopę osoby próbującej się pod nią skryć. Liczne poduszki leżały w nieładzie, co mogło wskazywać na to, że nie była to spokojna noc. Na jednej z nich opierała się głowa młodej kobiety. Jej długie jasne włosy doskonale harmonizowały z bladą cerą i delikatnymi rysami twarzy. Prawy, lekko zarumieniony od ciepła policzek dotykał ucha śpiącego obok niej mężczyzny. Jego ciemne, krótko przystrzyżone włosy współgrały z jednodniowym zarostem. Oddychał dość niespokojnie, a w pomieszczeniu dawało się wyczuć jakiś rodzaj napięcia zwiastującego rychłe zmiany.

Kiedy Malwina próbowała się poruszyć, grymas bólu pojawił się na jej twarzy. Powoli otworzyła oczy, próbując uzmysłowić sobie, skąd ów ból mógł pochodzić. Chciała się przekręcić na lewy bok, ale szybko musiała się z tego pomysłu wycofać, gdyż cierpienie stało się jeszcze większe. Zrezygnowana opadła na łóżko, próbując zebrać tłoczące się w głowie myśli. Ostatnia noc pokazała jej, że już czas. Nie mogła sobie dłużej wmawiać, że nic się nie dzieje. Wszystkie niezbędne rzeczy były spakowane do torby, która od kilku dni spokojnie czekała na nią w przedpokoju. Nawet nie spostrzegła wpatrzonego w nią Artura, który nie pochwalał zachowania żony, a od wczoraj powtarzał jej, żeby przestała zwlekać. Wiedziała o tym doskonale, ale chciała pozostać razem z nim. Nie znosiła, kiedy otaczali ją obcy ludzie, dlatego postanowiła zostać w domu jak najdłużej.

W nocy pojawiły się pierwsze skurcze, które teraz zdecydowanie się nasiliły i nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do tego, że trzeba udać się do szpitala.

– Bardzo boli? – zapytał, głaszcząc ją po policzku.

– Niestety coraz bardziej – odpowiedziała, spoglądając na zegarek odmierzający czas pomiędzy kolejnymi skurczami.

– Jak często się pojawiają?

– Ciii. Poczekaj, sprawdzam – stwierdziła, nie odrywając wzroku od zegarka. – Co dziesięć minut.

– Malwina, chyba już najwyższy czas zacząć się zbierać.

– Wiem. Już wstaję, ale cholernie się boję i nic na to nie poradzę.

– Przecież obiecałem ci, że będę przy tobie przez cały czas – powiedział, delikatnie biorąc ją za rękę. – Po to mnie masz. Pamiętasz? Na dobre i na złe.

– Wiem, ale spróbuj zrozumieć. Nienawidzę szpitali – dodała cicho.

– Wcale ci się nie dziwię po tym, co przeszłaś, ale teraz idziesz tam tylko po to, żeby urodzić nasze dziecko – pocieszał żonę, bo tylko tyle mógł w tej chwili zrobić.

Doskonale pamiętał jej poprzedni pobyt w szpitalu i fakt, że nie było go obok niej, kiedy go najbardziej potrzebowała. Tak się zdarzyło, że akurat wyjechał razem z innymi kolegami z centrum prasowego w delegację do Krakowa, gdy nastąpił ten nieszczęsny wypadek, przez który wylądowała w szpitalu z otwartym złamaniem kości piszczelowej, a w konsekwencji na kilka tygodni została przykuta do łóżka. Mógł ją jedynie wspierać na odległość, ale to nie to samo co troskliwa opieka kogoś bliskiego. Później jeszcze długa rehabilitacja, w której też nie mógł uczestniczyć, bo został oddelegowany do Szczecina, gdzie brał udział w szkoleniu dla funkcjonariuszy policji współpracujących z prasą.

Kiedy trafił do wydziału prasowego, uznał, że to dla niego doskonałe miejsce. Zawsze lubił podróżować i być tam, gdzie akurat coś się dzieje. Każda większa akcja jego kolegów wymagała odpowiedniego komentarza dla prasy, zatem musiał nie tylko znać jej dokładny przebieg, ale też ściśle współpracować ze swoimi przełożonymi, żeby wiedzieć, które informacje mogą trafić do opinii publicznej. Szybko poznał zasadę, że łatwo powiedzieć jedno słowo za dużo, zaś sprostowania wymagają wielu zdań. Kończąc dziennikarstwo, nie przypuszczał, że trafi do policji, ale akurat spotkał znajomego, który zatrudnił się tu kilka lat wcześniej i jego też na to namawiał. Zarobki na pewno nie przekonywały, ale perspektywa wcześniejszej emerytury była zdecydowanie kusząca. Rynek pracy nie pozostawiał wątpliwości, że wygrają nie ci najlepsi, tylko ci mający szerokie plecy. Dlatego wspólnie zdecydowali, że podejmie tę pracę. Szybko jednak okazało się, że nienormowany czas pracy ma swoje zalety, bo można sobie przedłużyć weekend, ale ma też liczne wady. Jedną z nich był brak możliwości planowania przyszłości. Nigdy nie był pewien, kiedy i jak długo będą prowadzone czynności operacyjne, po których jest czas na zebranie informacji i przekazanie ich prasie. Choć pracował w ten sposób już cztery lata i sam zdołał się do tego przyzwyczaić, to Malwina czasem robiła mu z tego powodu wymówki, zwłaszcza jeśli jego dyżur wypadał w święta czy długie weekendy. Piekliła się wtedy, że inni potrafią sobie załatwić wolne, tylko on nigdy nie odmawia szefowi. Wiedziała jednak, że tak wygląda ta praca. Zgodziła się na to, wychodząc za niego za mąż. Jednak, jak każdy, potrzebowała wsparcia i troski na co dzień. Dlatego, gdy tylko dowiedziała się, że jest w ciąży, chciała, żeby uczestniczył w porodzie. Tego dnia nie zamierzała zostać sama. Wolała, żeby trzymał ją za rękę, gładził po włosach i pomagał wtedy, kiedy będzie tego najbardziej potrzebowała. Zdawała sobie sprawę, że poród będzie dla niej swego rodzaju egzaminem, i chciała go zdać jak najlepiej, bo będzie otwierał nowy rozdział w ich życiu.

Znali się już od sześciu lat, z czego małżeństwem byli przez ostatnie trzy. Od początku myśleli o dzieciach, ale jakoś się nie udawało. Artur pracował na zmiany, często wyjeżdżał i nie było go w domu. Jej praca w bibliotece należała do spokojnych, ale nie było to zajęcie zbyt popłatne, zwłaszcza jeśli jest się młodą mężatką z kredytem mieszkaniowym, którego raty rozłożone są, dzięki hojności jej rodziców, zaledwie na najbliższych piętnaście lat.

Skoro Artura i tak nie było w domu, większość wieczorów spędzała sama w pobliskim domu kultury, gdzie udzielała dzieciom i młodzieży lekcji gry na gitarze i pianinie. Uwielbiała te zajęcia. Realizowała w ten sposób swoje niespełnione marzenia o karierze, które w pewnym momencie ustąpiły miejsca obowiązkom związanym z nauką. Zmęczona przygotowaniami do egzaminu dojrzałości postanowiła spauzować i "odpuściła" sobie maturę w szkole muzycznej, co jednocześnie zamknęło jej drogę na studia muzyczne, z czego najbardziej ucieszyli się jej rodzice, dla których prawdziwą wartość miał dyplom, ale jedynie z prawa. Muzykę traktowali jako odskocznię. Sądzili, że szkoła muzyczna zabiera jej mnóstwo cennego czasu, który mogłaby poświęcić na naukę historii czy pomoc matce w jej kancelarii prawnej. Zawsze, kiedy to słyszała, jeszcze bardziej przykładała się do ćwiczeń na pianinie, żeby pokazać, że to właśnie na tym polu osiąga sukcesy i ta droga jest dla niej najważniejsza. Z czasem ojciec pogodził się z jej wyborem. Matka jednak w żadnym razie nie akceptowała tego, twierdząc, że córka robi jej na złość. Wierzyła jednak, że wcześniej czy później znudzi jej się to, dlatego postanowiła przeczekać.

Klasa maturalna to traumatyczne wspomnienie dla Malwiny, która trzy razy w tygodniu tuż po skończonych lekcjach biegała na trwające do dwudziestej zajęcia w szkole muzycznej. Kiedy wracała do domu, marzyła o kąpieli i odpoczynku w ciepłym łóżku, a przecież musiała jeszcze przygotować się do kolejnego dnia. Nikt nie dawał jej taryfy ulgowej. Albo nadążała, albo odpadała. Ciągnęła to przez pierwsze trzy miesiące, nie dosypiając, całkowicie rezygnując z życia towarzyskiego, które i tak było dość mizerne. W końcu wezwał ją szkolny pedagog, który otrzymał sygnał od wychowawczyni niepokojącej się o nią. Po długiej rozmowie podjęła niełatwą dla siebie decyzję o tymczasowej rezygnacji ze szkoły muzycznej. Wierzyła, że uda się jej wrócić do niej w przyszłym roku i zdać maturę. Teraz musiała skoncentrować się na nauce w liceum. Wysiłek został nagrodzony. Egzamin dojrzałości zdała na czwórki i piątki.

Zgodnie z oczekiwaniami matki Malwina zdawała na prawo, ale już po pierwszym semestrze doszła do wniosku, że bardzo się pomyliła, pozwalając, aby matka kierowała jej życiem. Jednak wytrwała do końca roku, żeby utwierdzić się w swoim przekonaniu. Zupełnie nie była zainteresowana prawem starożytnym, nie miała też pamięci do dat i wydarzeń, które nie miały według niej związku z teraźniejszością. Efektem był jeden oblany egzamin, a kolejne dwa zaliczone zaledwie na trójki.

Kiedy poinformowała rodziców o swoich miernych wynikach, wściekli się. Zwłaszcza matka pokładająca niebywałe ambicje w jedynaczce, która miała kontynuować jej karierę prawniczą. Najpierw studia, potem aplikacja radcowska i praca w jej kancelarii, która z czasem przeszłaby na własność Malwiny. Nie była w stanie zrozumieć jej postępowania i rezygnacji z dobrze płatnej pracy, z szacunku ludzi i gwarancji wygodnego życia, do jakiego była przyzwyczajona od małego. Awantury i utarczki słowne trwały przez całe wakacje. W końcu matka pogodziła się z myślą, że jej córce nie uda się ukończyć prawa, ale jednocześnie zagroziła jej, że jeżeli nie skończy jakichkolwiek innych studiów, wyrzuci ją z domu. Zaszantażowana, wściekła się i postanowiła, że zagra matce na nosie, zapisując się na studia wieczorowe na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu bibliotekoznawstwa. W końcu robiła coś, co zawsze kochała. Uwielbiała czytać książki. Przebywając wśród nich, czuła się bezpieczna. Nie musiała udawać, że jest kimś innym, głupio uśmiechać się i robić niczego wbrew sobie. Między regałami wypełnionymi po brzegi książkami czuła się spełniona. Miała tam swój mały azyl dający jej poczucie szczęścia.

Niespodziewanie po ukończeniu studiów udało się jej znaleźć pracę w pobliskiej bibliotece, w której niskie płace powodowały dużą rotację pracowników. Jedni pracowali tam kilka dni, inni kilka miesięcy, ale nikt nie chciał zostać na dłużej. Nikt oprócz niej. Matka z wściekłością myślała o jej wyborze, ale nie mogła nic na to poradzić. Pozostało jej jedynie zacisnąć zęby i zaakceptować wybór córki.

Jeszcze przed ślubem kupili jej dwupokojowe mieszkanie na warszawskiej Woli, które, wkrótce po ślubie z Arturem, sprzedała. Uzyskane w ten sposób pieniądze stanowiły ich wkład własny przy zakupie segmentu w podwarszawskim Piastowie. Tu zaczęli urządzać swoje nowe gniazdko, w którym przewidzieli też dwa pokoje dziecięce. Jeden z nich był już przygotowany na przyjście nowego potomka. Pomalowany na kolor błękitny. Na suficie Artur przykleił żółte gwiazdki i księżyc, który jednym okiem spoglądał na stojące pod nim łóżeczko z biało-niebieską pościelą i przewijakiem. Pod oknem stał duży wiklinowy fotel na biegunach, który zapewne miał być wykorzystywany podczas karmienia malucha. Tuż obok czekał nowy wózek z przyczepionymi do niego kolorowymi grzechotkami, prezent od rodziców Artura, którzy już nie mogli doczekać się wnuka. Na komodzie leżały przygotowane kosmetyki oraz pieluchy jednorazowe. Wszystko wskazywało na to, że wkrótce w ich domu nastąpią duże zmiany.

Nieliczne wspólne wieczory zakłóci płacz dziecka. Dotychczas spokojnie przespane noce ustąpią miejsca krótkim drzemkom między karmieniami i przewijaniem. Dni staną się podobne jeden do drugiego i skoncentrowane będą na kaszkach, zupkach, kolkach czy ząbkowaniu. Jedyną rozrywką pozostaną codzienne spacery, trwające zdecydowanie krócej niż przygotowania do nich. Tak to już jest, że po narodzinach dziecka świat rodziców wyraźnie się kurczy, stając się coraz bardziej hermetyczny. Przestają też liczyć się ich własne potrzeby, aspiracje i dążenia. Wszystko kręci się wokół najmłodszego członka rodziny. To on dyktuje własne warunki, wymaga miłości, troski i opieki, jednocześnie oczekuje bezwzględnego poświęcenia. Na szczęście jednak dla rodziców ten stan nie trwa wiecznie, bo w innym razie tylko męczennicy decydowaliby się na potomstwo.

– Pośpiesz się, bo w końcu urodzisz w domu – ponaglał żonę.

– Już, już, podaj mi tylko tę szarą bluzę – odpowiedziała, siadając na łóżku i zakładając spodnie dresowe.

– Nie zapomnij o skarpetach, bo nogi ci zmarzną – przypomniał jej i podał parę czystych skarpet wyjętych z górnej szuflady komody, zapominając, że od kilku tygodni jego żona ma problem ze schylaniem się.

Jedno jej spojrzenie wystarczyło, aby sobie o tym przypomniał i natychmiast ruszył naprawić swój błąd.

– Dobrze, tatusiu – zażartowała. – A ty jedziesz w piżamie?

– O kurde! Zapomniałem. Już się zbieram – krzyknął, pośpiesznie zdejmując z siebie piżamę i zakładając jeansy i bluzę polarową, którą nosił poprzedniego dnia.

– Niezły mamy początek.

– Później może być już tylko lepiej – pocieszał żonę, bo nie wypadało inaczej, choć w głębi duszy wcale nie był co do tego przekonany. Chciał już jednak jak najszybciej wyjść z domu i znaleźć się w szpitalu, gdzie będzie mógł zdać się na fachową pomoc. – Idziemy.

– Sprawdź tylko, czy wszystko wzięliśmy.

– Dobrze. Zabrałem twoją torbę, klucze i telefon. Możemy startować – zażartował, uśmiechając się do niej.

– Tak jest, panie kapitanie – odpowiedziała, przytulając się do niego.

Nie czekając dłużej, wziął ją za rękę i poprowadził na dół. Kiedy tylko wsiedli do samochodu, włączył jej ulubioną płytę zespołu Lady Pank i próbując ukryć swoje zdenerwowanie, ruszył. Delikatnie zjechał z podjazdu na ulicę. O tej porze nie było jeszcze dużego ruchu. Korki zaczynały się dopiero przed ósmą, dlatego dość szybko dotarli na miejsce. Szpital oddalony był od ich domu zaledwie o kilka przecznic.

Gdy weszli, na izbie przyjęć było pusto, więc nie musieli czekać w kolejce. Pielęgniarka poprosiła ich do dyżurki i zajęła się czynnościami związanymi z wypełnianiem dokumentów. Po kilku standardowych pytaniach odnośnie do danych osobowych spytała o częstotliwość skurczów. Po tym, gdy usłyszała, że pojawiają się co cztery–pięć minut, natychmiast podłączyła ją do KTG i zadzwoniła po lekarza dyżurnego. Ten, gdy tylko zszedł, obejrzał wyniki badań i stwierdził, że muszą jak najszybciej udać się na salę porodową, jeśli nie chce urodzić na izbie przyjęć. W międzyczasie pojawiły się kolejne bóle porodowe. Nie dała więc rady samodzielnie iść, wolała zatem usiąść na wózku. Artur cały czas jej nie odstępował, choć był coraz bardziej podenerwowany.

Kiedy szli korytarzem, modliła się, żeby już było po wszystkim. Skurcze były coraz częstsze i coraz mocniejsze. Miała nadzieję na szybki i łatwy poród, bo nie należała do osób wytrzymałych na ból. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że bez wysiłku się nie obejdzie, dlatego już od pięciu miesięcy uczęszczała do szkoły rodzenia. W domu też próbowała ćwiczyć, żeby wzmocnić mięśnie brzucha, ale nie zawsze miała na tyle silną wolę, aby codziennie konsekwentnie przejść cały trening. Teraz tego żałowała, bo czuła, że z każdym skurczem siły coraz bardziej ją opuszczają.

W końcu dotarli na porodówkę. Przebrała się w coś dziwnego, co w szpitalach potocznie nazywano koszulą nocną, i z pomocą męża wdrapała się na wysokie łóżko. Poród wszedł w fazę decydującą. Bóle parte były coraz częstsze. Czuła się coraz bardziej zmęczona. Kropelki potu pojawiły się na jej czole. Wkrótce też włosy zaczęły kleić się do twarzy. Wtedy Artur podał jej gumkę, żeby mogła je związać, sam zaś delikatnie otarł jej czoło chusteczką. Później prawą ręką trzymał jej dłoń, a lewą głaskał po głowie, powtarzając, żeby oddychała spokojnie.

Było jej ciężko. Czuła, jakby każdy kolejny ból rozrywał ją na tysiące maleńkich kawałków, które wcale nie miały zamiaru połączyć się na nowo. Pragnęła ciszy i spokoju, o czym w tych warunkach absolutnie nie było mowy. Wokół niej kręciło się kilka osób sprawnie współpracujących ze sobą, rozumiejących się bez zbędnych słów. Każda z nich jednak czegoś od niej oczekiwała, o coś ją prosiła i o czymś informowała. Wszystkie te komunikaty zlewały się ze sobą i powodowały, że czuła się nieswojo. Próbowała reagować na sugestie lekarza, żeby mocniej parła, ale nie wychodziło. Spoglądała na położną, która nieustannie powtarzała, żeby bardziej rozchyliła nogi, lecz jej ciało zdawało się całkowicie odmawiać współpracy. Chciało odpoczynku, a nie kolejnego, jeszcze większego wysiłku, który nie gwarantował zwycięstwa.

Obce pomieszczenie, w którym się znalazła, pomalowane było na biało. Beżowa terakota doskonale wpisywała się w panujące wokół sterylne warunki, jednocześnie wzmagając wrażenie przenikliwego zimna. Chciała stąd jak najszybciej wyjść. Sposób był tylko jeden. Dlatego zebrała resztki sił, koncentrując się na kierowanych do niej komunikatach, i zaczęła współpracę z nachylającym się nad nią lekarzem oraz asystującą mu położną.

– Pani Malwino, kiedy poczuje pani skurcz, proszę mocno przeć – usłyszała głos położnej.

– Jesteśmy już blisko końca – dodał lekarz, co i rusz spoglądając na nią zza okularów.

– Nie dam rady – stwierdziła łamiącym się głosem. – Już nie mam siły.

– Spróbuj – nalegał Artur. – Jesteś naprawdę dzielna. Wiesz, że chętnie bym się z tobą zamienił.

– To nie obiecuj, tylko zrób to! – krzyknęła, bo akurat nadszedł kolejny skurcz.

– Żeby pan wiedział, ilu mężów w tej sali obiecuje to swoim żonom – roześmiała się położna.

– Pani Malwino, wie pani, jaka jest najważniejsza zasada na tej sali? – spytał doktor, uśmiechając się do Artura i mrugając do niego okiem. Nie czekając na odpowiedź któregoś z nich, dokończył: – Jak coś weszło, to i musi wyjść.

– Ciekawa teoria – skwitował lekko zażenowany Artur, nawet nie próbując spojrzeć na swoją żonę, która nie cierpiała tak prostackiego zachowania, a teraz najwyraźniej nie miała siły reagować na tę wypowiedź, którą w innych warunkach dosadnie skomentowałaby bez większych zahamowań.

– Jeszcze trochę, tylko oddychaj – szeptał jej do ucha.

– Przecież oddycham. Już bardziej nie mogę – stwierdziła, nie kryjąc sarkazmu.

– Uwielbiam kobiety z charakterem – wtrącił bez żadnej potrzeby lekarz.

– Super – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby, bo ten człowiek drażnił ją coraz bardziej i była coraz bliższa teorii, że zamiast pomagać, robi wszystko, żeby jej przeszkodzić, a na pewno ją zirytować.

– Widzę główkę – obwieścił triumfalnie lekarz.

– A ja nieee! – krzyknęła przy kolejnym skurczu i uniosła się na łóżku, zginając się jednocześnie wpół.

– Pani Malwino, następnym razem proszę jeszcze mocniej przeć. Może się pani zaprzeć o łóżko albo o męża i będzie po sprawie – komenderował.

– Nie dam rady! Nie dam rady! Mam już dość! Chcę do domu! – wykrzykiwała, co i rusz spoglądając błagalnym wzrokiem na męża.

– Ja też chcę, żeby było już po, dlatego musisz się skupić i robić to, co mówi ci pan doktor – tłumaczył niczym dziecku.

– Przecież się staram!

– Wiem, dlatego nie odpuszczaj, to się uda. – Spojrzał błagalnie na żonę.

– Pani Malwino, próbujemy jeszcze raz – poleciła położna. – Im dłużej to trwa, tym więcej sił pani traci i będzie coraz trudniej.

– Pani Malwino, nie ma co się ociągać. Kolejne pacjentki czekają na swoją kolej – stwierdził lekarz, czym rzeczywiście ją rozzłościł, dlatego nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć:

– A co pan myśli, że to tak łatwo urodzić?! Ma pan szczęście, że nie musi tu leżeć z rozłożonymi nogami, gdzie każdy się gapi i wie najlepiej, jak się powinnam zachowywać!

Kiedy krzyczała, nawet nie zorientowała się, że nadszedł kolejny skurcz. Odruchowo zaczęła mocno przeć, cały czas nie przestając pokrzykiwać na lekarza, który zdawał się wcale na to nie reagować. Skurcz był tak silny, że zgięła się wpół. W tym czasie Artur, słuchając poleceń położnej, przygiął ją jeszcze mocniej i poczuła, że urodziła główkę. Po tym wysiłku nagle całkowicie opadła z sił i bezwładnie osunęła się na łóżko. Ciężko oddychała, łapczywie łapiąc powietrze.

– Jeszcze chwila. Ostatni wysiłek – zachęcała położna.

– Nie mam siły.

– Musi się pani szybko zebrać, bo inaczej dziecko się udusi! – stanowczo oświadczył doktor, który teraz wyraźnie był zdenerwowany. – No już! Do roboty!

Świadomość faktu, że może zrobić krzywdę własnemu dziecku, dodała jej siły i natychmiast podjęła próbę. Zaparła się o przymocowane do fotela oparcie, zacisnęła zęby i oczy. Brodę mocno docisnęła do szyi i zaczęła przeć. Rozpoczęła ostatni wyścig z czasem, z własnymi słabościami i kłębiącymi się w głowie myślami, wśród których dominowała ta, że już nigdy w życiu nie zdecyduje się na drugie dziecko i tak potworne cierpienie. W tym momencie podziwiała kobiety mające kilkoro dzieci. Każda z nich zasługiwała na pomnik. Ona już teraz miała dość i chciała jak najszybciej móc o tym koszmarze zapomnieć.

– Już, już, wychodzi. – Na bieżąco informowała ją położna. – Mam ją! To dziewczynka. Przyszła na świat dokładnie o godzinie dziewiątej dwadzieścia dwie.

Nagle głos położnej zmienił się. Zaczęła mówić ciszej, jakby chciała, aby jej słowa nie trafiły do wszystkich zebranych w sali. Malwina zainteresowała się tym, dlatego próbowała usłyszeć szepty personelu medycznego.

– Panie doktorze, co robimy? – zapytała, pokazując krzyczącego noworodka przybyłemu właśnie pediatrze.

– Co się dzieje? – spytała zaniepokojona Malwina. – Chcę zobaczyć moje dziecko!

– Musimy najpierw ją odessać i zrobić rutynowe badania – wyjaśnił wymijająco pediatra.

– Ale ja chcę ją najpierw przytulić, przecież mam do tego prawo! – krzyczała coraz głośniej, siadając na łóżku, nie zważając na przeszywający ją ból.

– Kochanie, pozwól lekarzom zająć się małą – powiedział Artur, próbując ją uspokoić. – Już po wszystkim. Byłaś bardzo dzielna.

– Dobrze, ale idź do niej i zobacz, co się dzieje – prosiła, opadając na łóżko.

– Pod warunkiem, że się położysz i pozwolisz panu doktorowi, żeby cię pozszywał.

– No, już leżę – powiedziała z rezygnacją w głosie, bo doskonale wiedziała, że nie ma innego wyjścia. Mała jest pod opieką lekarza i nic jej nie grozi.

Nie słyszała niczego z tego, co mówiono w sali, i nie widziała niczego, co się wokół niej działo. Teraz było jej już wszystko jedno. Zamknęła oczy i próbowała się zrelaksować. W końcu udało się jej urodzić dziecko. Koszmar minął i to było najważniejsze. Była cała obolała i potwornie zmęczona, ale myśl o tym, że niedługo stąd wyjdzie, była pocieszająca. Marzyła o odpoczynku i coraz bardziej chciało jej się spać. Czekała tylko na chwilę, kiedy dadzą jej córeczkę. Wtedy będzie mogła ją przytulić.

Miło zaskoczył ją fakt, że urodziła dziewczynkę. Od początku nie chcieli znać płci. Wprawdzie przeczuwała i bardzo chciała, żeby to była córeczka, ale wszystkie symptomy wskazywały, że chyba jednak urodzi syna. Szczególnie do tej myśli przekonywała ją teściowa, która twierdziła, że okrągły jak piłka brzuch czy apetyt na ogórki i kapustę kiszoną ewidentnie wskazują, że potomek będzie płci męskiej. Dodatkowo powtarzała, że w ich rodzinie rodzą się tyko chłopcy. Rzeczywiście, Artur, choć nie miał rodzeństwa, miał kilku kuzynów. Statystyka zatem była bezwzględna. Dlatego z czasem coraz bardziej irytowały ją rozmowy na ten temat i zaczęła je ucinać słowami: "Życie jest pełne niespodzianek i nieoczekiwanych zwrotów akcji".

W pewnym momencie uświadomiła sobie, że dochodzą do niej głosy, w których wyraźnie dawało się wyczuć podenerwowanie. Musiała się skoncentrować, żeby zrozumieć, czego dotyczyła rozmowa.

– Rozszczep – powiedział pediatra.

– Ale spójrz tu – dodała lekarka, która pojawiła się niepostrzeżenie. – Ja bym zadzwoniła po ordynatora. Niech zdecyduje, co dalej robić.

– Dobra, dzwonię, a tymczasem załatw aparat do USG. Musimy obejrzeć głowę – polecił, wykręcając numer do ordynatora i prosząc go o jak najszybsze przyjście do sali porodowej.

– Czy ktoś mi w końcu powie, co się dzieje z moim dzieckiem? – zapytała Malwina, gdy tylko zorientowała się, że sytuacja nie jest naturalna.

– W tej chwili trudno nam jeszcze udzielić precyzyjnych informacji, ale już na pierwszy rzut oka widać, że państwa córka ma rozszczep podniebienia. Teraz czekamy na konsultację z ordynatorem i wtedy podejmiemy decyzję, co dalej.

– Jaki rozszczep?! Co pan opowiada?! – pytała nerwowo, chcąc jednocześnie zejść z łóżka, na którym lekarz kończył ją zszywać. – Przecież wszystko było w porządku! Ginekolog niczego nie widział na USG!

– Proszę się uspokoić – zwróciła się do niej lekarka, która właśnie odłożyła słuchawkę telefonu.

– Jak mam się uspokoić, jak nic mi nie mówicie! – krzyczała zdesperowana i nie reagowała na łagodny głos Artura próbującego ją uciszać.

– Rzeczywiście chcielibyśmy już teraz udzielić państwu wszystkich wyjaśnień, ale jesteśmy zaskoczeni rozwojem sytuacji i w tej chwili najważniejsze jest dla nas zdrowie państwa dziecka – starała się spokojnie tłumaczyć lekarka. – Czy było jakiekolwiek podejrzenie wad u dziecka?

– Nie. Nigdy nic nam nie powiedziano na żadnym z badań kontrolnych, które żona przechodziła co miesiąc.

– W tej chwili chcemy wykonać najważniejsze badania. Jak tylko poznany wyniki, przyjdziemy do państwa. A teraz przepraszam, muszę wracać do dziecka.

– Dziękuję – powiedział Artur i spojrzał na Malwinę, która bezwiednie osunęła się na fotel i pogrążyła się we własnych myślach.

To zupełnie nie tak miało wyglądać. Ich dziecko było podłączane do dziwnych urządzeń, które sprawiały, że wyglądało jak kosmita. Najgorsze było to, że nie mogli jej nawet na chwilę przytulić. Bóle porodowe były niczym w stosunku do bólu, który teraz przenikał jej serce, powoli rozlewając się na całe ciało. Strach skutecznie paraliżował jej myśli i nie pozwalał im się wymknąć spod swojej kontroli. Niedowierzanie nie pozwalało jej się na niczym skoncentrować, zaś bezradność pozostawiała jej tylko jedno – płacz.

W chwili, gdy lekarz skończył zakładać szwy, z jej oczu popłynęły pierwsze łzy. Nawet ich nie poczuła. Dopiero kiedy pojawił się szloch, Artur zaczął ją mocno obejmować i głaskać jej rozczochrane włosy. Czuła jego dotyk, który jednak nie był w stanie ukoić jej cierpienia. Przestał się liczyć czas i miejsce. Nie była świadoma, ile tak trwali. Mogła to być zarówno jedna minuta, jak i godzina czy dzień. Od chwili narodzin jej córeczki czas się dla niej zatrzymał. Nie istniała teraźniejszość. Przyszłość nie miała sensu istnieć, a przeszłość nie miała prawa się zdarzyć.

Kiedy się ocknęła, robiło się ciemno, a ona leżała na łóżku w maleńkiej sali. Obok niej na fotelu siedział wpatrzony w okno Artur. Nie wyglądał dobrze. Miał na sobie pomięty podkoszulek. Jego bluza niedbale wisiała na oparciu jej łóżka. Zdjęte buty leżały pod fotelem, nogi zaś podkurczył pod siebie, jakby chciał zmniejszyć opór powietrza, które wypełniało pomieszczenie. Włosy na głowie miał niedbale zmierzwione. Wczorajszy zarost, rano sprawiający, że wyglądał nonszalancko, w tej chwili wydawał się dodawać mu kilkunastu lat.

Podążyła za jego wzrokiem, ale za oknem oprócz kilku drzew, których liście z każdym dniem coraz mniej przypominały kolor zielony, nie było nic ciekawego. Zrozumiała, że nie podziwiał przyrody. Zastanawiał się nad czymś, ale najwyraźniej nie było to nic przyjemnego, gdyż jego oczy straciły swój blask, a policzki wydawały się zapadnięte. W pewnej chwili ocknął się i spojrzał w jej stronę. Widząc, że się obudziła, wstał i pocałował ją.

– Jak się czujesz? – zapytał troskliwie, odgarniając jej z czoła kosmyk, który uparcie powracał na swoje miejsce.

– Jakby czołg po mnie przejechał – stwierdziła, próbując inaczej się ułożyć. – Byli lekarze? Mówili coś?

– Powiedzieli, żeby zawołać, kiedy się przebudzisz.

– To idź!

– Zaraz pójdę. Może czegoś potrzebujesz?

– Idź już! Niczego nie potrzebuję! – I jakby na dowód tego zaczęła wstawać, żeby pójść do łazienki, ale robiła to tak nieporadnie, że musiał jej pomóc. W innym razie wylądowałaby na podłodze.

– Poczekaj, aż wrócę, wtedy ci pomogę. Dobrze?

– Nie mam wyjścia – powiedziała i zrezygnowana opadła na łóżko.

Jednak plan musiał ulec zmianie, bo wraz z Arturem do sali wszedł lekarz. Był w średnim wieku, lekko zgarbiony, co sprawiało, że wydawał się niższy niż w rzeczywistości.

– Witam. Nazywam się Andrzej Grzyb i jestem ordynatorem na oddziale noworodków. Jak się pani czuje?

– Fizycznie czy psychicznie? – zapytała, choć nie miała chęci opowiadać ani o jednym, ani o drugim.

– Rozumiem. Nie musi pani odpowiadać, ale jakkolwiek to zabrzmi, jest mi przykro, że to państwa spotkało, natomiast zrobimy wszystko, żeby pomóc dziecku. Na tę chwilę stwierdziliśmy rozszczep podniebienia i warg. Najważniejszym krokiem jest stworzenie możliwości przyjmowania pokarmów przez dziecko. Operacja zszycia lub rekonstrukcji podniebienia nie wchodzi w grę w pierwszych dniach życia. Zabieg jest możliwy dopiero wtedy, gdy dziecko ma kilka miesięcy. Teraz można wykonać jedynie wstawkę do karmienia piersią lub z butelki. Jednak w naszym szpitalu nie wykonujemy takiego zabiegu, dlatego skieruję państwa do Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu, co gwarantuje opiekę wysokiej klasy lekarzy wszystkich specjalności.

Słuchali w dużym skupieniu, jakby bojąc się uronić choć jedną z usłyszanych informacji. Pojawiło się jakieś światełko w tunelu, w którym znaleźli się dziś o godzinie dziewiątej dwadzieścia dwie. Rano wszystko wyglądało o wiele groźniej niż teraz.

– Po tej operacji wszystko będzie dobrze? – zapytał Artur.

– Trudno powiedzieć. Lekarze w Międzylesiu zrobią szczegółowe badania – wyjaśnił.

– Czyli może być coś jeszcze? – bardziej stwierdziła, niż zapytała lekarza.

– Nie jestem w stanie nic więcej państwu powiedzieć, gdyż nie dysponujemy tak specjalistycznym sprzętem.

– Kiedy nasza córeczka zostanie tam przewieziona? – zapytał Artur, nie tracąc zimnej krwi.

– Kończymy już załatwiać niezbędne dokumenty i jutro ją tam przewieziemy.

– Będę mogła z nią jechać? – zapytała Malwina bardzo cichym głosem.

– Panią możemy wypisać najwcześniej pojutrze, bo... – Urwał.

– W takim razie wyjdę na własne żądanie – stwierdziła tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Oczywiście ma pani do tego prawo, jednak uważam... – zaczął, ale znowu mu przerwała.

– Moja córeczka mnie potrzebuje. Wychodzę jutro.

– Przekażę, aby przygotowano pani wypis. – Ustąpił, gdyż widział, że nie jest w stanie jej przeszkodzić.

– Chciałabym ją zobaczyć – poprosiła go.

– Chodźmy – powiedział, otwierając drzwi na korytarz.

Idąc, zobaczyła, że w innych salach leży po kilka pacjentek, tylko ona miała oddzielny pokój. Zdała sobie sprawę, jak dużo znaczy nawet tak niewielki gest, dlatego powiedziała:

– Dziękuję, panie doktorze.

Na końcu korytarza, za przeszklonym oknem znajdowało się kilka szpitalnych łóżeczek dla noworodków. W jednym z nich podłączona do aparatury spała ich córka. Weszli do środka. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że dziewczynka ułożona jest pod kątem. Lekarz zaraz objaśnił im, że to dla jej bezpieczeństwa, aby uniknąć zachłyśnięcia śliną. Patrzyła na nią, próbując rozpoznać, do kogo jest podobna. Miała ciemny meszek na główce, kształtny nosek, jednak buzię szpeciła niezrośnięta przestrzeń w górnej wardze. Malutkie paluszki zaciśnięte były w piąstki, jakby wiedziała, że czeka ją trudny los i od pierwszych chwil musiała walczyć o każdą sekundę życia. Zapragnęła jej dotknąć, poczuć jej ciepło.

– Czy mogę ją potrzymać? – zapytała nieśmiało wciąż towarzyszącego im lekarza.

– Przykro mi, ale to niemożliwe – stwierdził z nieukrywanym smutkiem. – Mała jest podłączona do urządzeń monitorujących jej parametry życiowe.

– Rozumiem – powiedziała, choć czuła ogromny zawód.

– Czy zdecydowali się już państwo na jakieś imię dla córeczki? – spytała wchodząca na salę pielęgniarka. – Mogłabym je od razu wpisać w dokumentach.

Już dawno wybrali imiona, zarówno dla chłopca, jak i dla dziewczynki, choć wcale nie była to łatwa sprawa. Obydwoje mieli jakieś propozycje, które niekoniecznie podobały się drugiemu, dlatego spędzili wiele wieczorów, przekomarzając się i przekonując co do wyższości imienia Dagmara nad imieniem Dorota czy Danuta. Podobnie było z wyborem imienia dla męskiego potomka. Wśród rozpatrywanych pojawiło się Adrian, Dawid i Damian. W końcu na drodze kompromisu Artur zgodził się na Dagmarę, ona zaś uznała jego wybór, który padł na Damiana.

– Dagmara – poinformowała pielęgniarkę, która zapisała imię na wiszącej przy łóżeczku małej karteczce w kolorze różowym.

– Pięknie. – Lekarz uśmiechnął się, wyciągając rękę najpierw do niej, a później do Artura.

– Dziękujemy za wszystko, doktorze – powiedziała, odwzajemniając uścisk i spoglądając na męża, który od momentu wejścia na salę ani razu się nie odezwał.

Widziała, że patrzy na dziecko, jakby nie wierzył, że wszystko to dzieje się naprawdę. Ona też miała ułożony zupełnie inny scenariusz na najbliższych kilka lat i nie było w nim mowy o zabiegu czy operacji. Życie jednak szybko go zmodyfikowało, odsłaniając tym samym przykrą rzeczywistość. Artur, który jeszcze przed chwilą troskliwie ją podtrzymywał, kiedy szli zobaczyć ich dziecko, teraz wydawał się nieobecny. Pogrążony był we własnych myślach, które już na zawsze pozostały wyłącznie jego tajemnicą.

– O której jutro po mnie przyjedziesz? – zapytała, chcąc nawiązać z nim jakiś kontakt.

– Jutro? – zapytał zaskoczony jej pytaniem.

– Słyszałeś, że Dagunię jutro przewożą, a my musimy przy niej być – cierpliwie tłumaczyła.

– No, tak. W takim razie co proponujesz? – pytał, jakby nagle zatracił umiejętność planowania.

– Przyjedź rano, to pomożesz mi się wykąpać przed podróżą – powiedziała, głaszcząc córeczkę po maleńkiej główce, jakby chciała się nią nacieszyć. – Chodźmy, muszę odpocząć.

Wyprowadził ją na korytarz, na którym słychać było cichy płacz jakiegoś noworodka. Zamyśliła się, bo widok córeczki wcale jej nie uspokoił. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak poważnie chora jest Dagmara. Obawiała się, że nie sprosta samodzielnej opiece nad nią. Poza tym nic nie wie o chorobie, która jej się przytrafiła.

Chciała wiedzieć, kiedy wyzdrowieje jej dziecko. Jak może jej pomóc? Dlaczego nikt nie podejrzewał, że mała jest chora? Wszystko to przytłaczało ją, ale przed chwilą pojawiło się jeszcze jedno pytanie: Co się stało z jej mężem?

Szukając szczęścia

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-061-5

 

? Aneta Krasińska i Novae Res s.c. 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Paulina Zyszczak

KOREKTA: Monika Pruska

OKŁADKA: Paulina Radomska-Skierkowska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.