Rozdział 2
I co o tym wszystkim myślisz? - zapytałam Ludwika, kiedy Kasia wyszła na spotkanie z Pawłem.
- Nie wiem, co powiedzieć. - Bezradnie rozłożył ręce. - Jest dorosła. To chyba nic dziwnego, że urodzi dziecko? - wykręcił się od odpowiedzi.
- Grzegorz w Australii, a ona biegnie do Pawła. Nie mam pojęcia, jak sobie poradzi z nimi dwoma - westchnęłam ciężko.
Kasia nie była łatwym dzieckiem. Z Joanną czy z Łukaszem nie miałam specjalnych problemów wychowawczych, za to najmłodsza córka zawsze przysparzała mi zmartwień. Ale kochałam ją bezgranicznie, dręczona wyrzutami sumienia, na co ją naraziłam, dowiedziawszy się o ciąży.
Tamtego dnia wróciłam ze szkoły wymęczona targającymi mną mdłościami. Dzieciaki z trzeciej B, wykorzystując mój zdrowotny regres, wzniosły się na szczyty niesubordynacji. By je spacyfikować, musiałam wytoczyć najcięższe działa.
- Spokój! - krzyknęłam, nakazując im zajęcie miejsc. - Ci, którzy natychmiast nie przestaną szaleć, nie jadą na wycieczkę! Zrozumiano?
Podziałało. Rzadko podnosiłam głos, więc strategia okazała się skuteczna. "Plankton", według nomenklatury mojej koleżanki biolożki, dał za wygraną i wytrwał w spokoju do końca lekcji. Wreszcie mogłam szybko pozbierać rzeczy i pobiec do domu, by w pierwszej kolejności odwiedzić łazienkę.
- Ludwik, czy możesz odebrać dzieciaki? - zadzwoniłam do męża, gdy tylko doszłam do siebie.
Łukaszek chodził do żłobka, Asia do przedszkola.
- Stało się coś? - zapytał niespokojnie. - Masz jakiś dziwny głos.
- Prawdopodobnie czymś się zatrułam. Od kilku dni mam mdłości.
- Odbiorę. A teraz przepraszam cię, ale nie mogę rozmawiać. Mam wycieczkę na obiedzie.
Zasnęłam natychmiast po rozmowie z Ludwikiem. Wstałam, dopiero kiedy przekręcił klucz w zamku. Musiałam wyglądać strasznie, skoro na mój widok cofnął się o krok.
- Co ci jest? Może powinnaś iść do lekarza?
- Chyba do ginekologa - odparłam, zdejmując dzieciom kurtki. - Ludwik, ja chyba znów jestem w ciąży!
Wieczór nie należał do najprzyjemniejszych. Ryczałam, wyobrażając sobie kolejny poród, bałam się o przyszłość.
- Ludwik, ja nie chcę kolejnego dziecka! Znowu karmienie, szczepienia, sadzanie na nocnik, niekończące się spacerki, choroby! Neverending story! Trzeciego razu nie przetrzymam!
- Ale skąd wiesz...
- ...że noszę dziecko, a nie zatrułam się na przykład śledziem?! - wrzasnęłam zrozpaczona. - Po prostu wiem! W przeciwieństwie do mężczyzny, który czy się stoi, czy się leży do pracy iść należy i odpocząć sobie od rodziny, kobieta musi się przeczołgać przez ciążę! Narzygać, nanosić, a potem urodzić w mękach! Co ty możesz o tym wiedzieć!
Jeden Bóg w niebiesiech miał pojęcie, jak bardzo nie chciałam po raz trzeci przechodzić przez to samo. Mieliśmy Joannę i Łukasza, parkę, pełną rodzinę. A teraz taka niespodzianka!
- Wiem, Ludwik! - zakończyłam. - Jestem w ciąży i nie ma innej opcji. - Zrezygnowana otarłam łzy. - I co my z tym zrobimy?
Następnego dnia moje przekonanie potwierdził ginekolog.
- Jadę do Torunia, do rodziców - obwieściłam Ludwikowi po opuszczeniu gabinetu. - Zajmij się małymi.
Musiałam choć na chwilę zmienić otoczenie i porozmawiać z kimś, kto mnie zrozumie. Mój mąż bowiem z trudem hamował radość z perspektywy pojawienia się na świecie kolejnego Zarębskiego lub Zarębskiej.
Cholerny egoista!
Wsiadłam w naszego wysłużonego malucha i skierowałam się Toruńską na Unisław. Lutowe słońce prześwitywało między drzewami, a ja przemierzałam kilometry, trawiąc lekarski werdykt. Radyjko chrypiało w rytm Dancing Queen Abby, a ja grzebałam nadzieje na jakiekolwiek tańce przez najbliższych kilka lat. Niespełna trzyletni Łukasz powoli wychodził z tetrowych pieluch, Asia była już rozsądną dziewczynką, a tymczasem...
Nie! Tego nie wytrzymam! Depnęłam na pedał gazu. I wpadłam w poślizg.
Samochód zatańczył na wąskiej jezdni, a mnie przemknęło przed oczami całe życie.
- Jezu, Matko Boska! - krzyknęłam bezgłośnie i puściłam kierownicę.
Los okazał się łaskawy. Auto dachowało na polu.
Otumaniona i przerażona wydostałam się na zewnątrz. Zatrzymałam pierwszy przejeżdżający samochód.
- Nic się pani nie stało?! - Kierowca patrzył to na mnie, to na stojącego dęba fiacika.
- Nie wiem. Chyba nie. Ale może trzeba wezwać milicję? No i jakąś pomoc drogową? O Boże, mój mąż mnie prześwięci! Niedawno wyremontowaliśmy auto! - łkałam, przycupnąwszy na brzegu rowu.
- Zawiozę panią do lekarza.
- Nic mi nie jest! - zaoponowałam.
- Jest pani w szoku. Jedziemy - zdecydował.
W toruńskim szpitalu zrobiono, co trzeba. Zostałam prześwietlona wszerz i wzdłuż i odesłana do domu z pakietem klisz. Od rodziców zadzwoniłam do Ludwika.
- Zostań do jutra. Ściągnę malucha i cię odbiorę - oświadczył. - Jak się czujesz? Nic ci się nie stało?
- Jest dobrze. Muszę tylko trochę wypocząć.
- A dziecko?
Dopiero w tym momencie uświadomiłam sobie, jak bardzo naraziłam ciążę. Osiem zdjęć rentgenowskich stanowiło ogromne zagrożenie dla płodu.
- Nie wiem - wykrztusiłam przez kluchę w gardle.
I w tej samej chwili zaczęło mi zależeć na maleństwie.
Żeby tylko urodziło się zdrowe!, modliłam się w duchu, informując rodziców o kolejnym potomku, jak się miało okazać - dziewczynce. Narażonej na poważne problemy zdrowotne jeszcze przed urodzeniem.
Przeze mnie.
Kasiunia, której imię wymyśliłam na poczekaniu, miała stać się naszym oczkiem w głowie.
Lekarz uspokajał, twierdząc, że na tak wczesną ciążę promieniowanie rentgenowskie nie powinno mieć wpływu, niemniej jednak drżałam do chwili porodu. Uspokoiłam się dopiero na widok absolutnie zdrowej dziewuszki, która przyszła na świat w terminie.
Nie zniechęcał mnie nawet fakt, że do ukończenia roku nie przespała spokojnie ani jednej nocy, poprzedzanej dwugodzinnym wieczornym rykiem. Na początku z powodu kolki, potem z przyzwyczajenia.
Często bywałam przemęczona i opadałam z sił, czasami nawet z bezsilności popłakiwałam przy przecieraniu zupek czy zagniataniu ciasta na leniwe pierogi. Ludwik spędzał w restauracji długie godziny, nie wyłączając sobót i niedziel, na pomoc mamy, podobnie jak ja nauczycielki, nie mogłam liczyć. W ostatnich latach przed emeryturą brała sporo nadgodzin, aby zapewnić sobie wyższe świadczenie, więc nie wystarczało jej czasu na dojazdy do Chełmna. Musiała również wykarmić tatę i schorowaną babcię, która z trudem znosiła nawet krótkie wyjazdy córki.
Kręciłam się zatem z moją trójeczką wokół chełmińskiego rynku, opatrywałam otarte kolana, w sezonie na choroby biegałam do lekarzy z infekcjami i nieżytami małych żołądków, ale koncentrowałam się na Kasi, która absorbowała mnie w sposób odwrotnie proporcjonalny do wieku. Była najmłodsza, ale wymagała najwięcej uwagi. Joasia była zawsze przygotowana do lekcji, Łukasz, spokojny chłopiec, zaczytany w książkach. Kaśka natomiast nie pozwalała spuścić z siebie oka.
- Wandziu, Kasia ma dwie dwóje z matematyki - informowała mnie Mirka w pokoju nauczycielskim. - Prosiłam o podpis pod klasówką. Widziałaś ją?
- Niestety, nie pochwaliła się - mówiłam, przełykając gorzką pigułkę.
Niebawem w szkole zaczęto szeptać, że mała Zarębska sprawia matce kłopoty. W podstawówce dawałam jeszcze radę ustawiać ją do pionu, ale kiedy dostała się do liceum, nierzadko musiałam stawiać czoło większym wyzwaniom. Kaśka wagarowała i nie przykładała się do nauki.
- Ludwik, porozmawiaj z nią! - podnosiłam głos, kiedy w piątkowy wieczór, po raz kolejny, nasza szesnastolatka wyrywała się z kolegami na imprezę do Torunia. - Sądzisz, że siedzi teraz grzecznie na koncercie? - pytałam retorycznie. - O suchym pysku? Jutro znów będzie leczyć kaca. Ona jest dopiero w drugiej klasie liceum!
- Kochanie, jest młoda, musi się kiedyś bawić...
- Czy ty siebie słyszysz?! - grzmiałam. - Skąd wiesz, że ten Jarek, który ma ich przywieźć, będzie trzeźwy? A jeżeli spowoduje wypadek? A tak poza wszystkim, chyba ją straciliśmy!
- Co ty mówisz?
- W ogóle nie liczy się z nami, robi, co chce! A my czekamy, aż panna łaskawie wróci do domu o drugiej nad ranem! Dobrze, jeśli zda maturę.
Mój mąż kładł uszy po sobie i chował nos w gazetę.
- Mówiła, że zanocuje u Asi... - szeptał cicho.
Martwiłam się i zastanawiałam, gdzie popełniłam błąd. A mimo to, kiedy wracała cała i zdrowa, podawałam jej alka-prim i rosołek na podreperowanie żołądka.
Kaśka, o dziwo, szczęśliwie zdała maturę, ale o studiach nie było mowy. Nie pomagały argumenty, że starsza siostra i brat kształcą się, dbają o przyszłość. Ona, jak twierdziła, potrzebowała oddechu po ciężkiej harówie w liceum. Co sprowadzało się, według niej, do przynajmniej rocznej laby.
Nie wyraziłam zgody, ale Ludwik, jak zwykle, przyszedł córci w sukurs.
- Będzie mi pomagać w restauracji, a potem zobaczymy. - Znalazł salomonowe wyjście, któremu Kaśka skwapliwie przyklasnęła.
- Dzięki, tatuś! Tylko ty mnie rozumiesz! - Padła ojcu w ramiona.
Matka była, oczywiście, głucha, głupia i nienowoczesna. I nie miała prawa głosu.
Zgodziłam się na takie rozwiązanie, choć powinnam wtedy wziąć ją za frak i przymusić do nauki.
Jak się okazało, "praca" u taty nie wyszła Kaśce na dobre. Zajęta szkołą nie dostrzegłam, a Ludwik się nie skarżył, że nasza córka rzadko bywa w restauracji, przedkładając nad obowiązki spotkania z chłopakami. Zaczęła prowadzać się z synem miejscowych przedsiębiorców Pawłem Wolskim, chłopcem tyleż przystojnym, ile mało ambitnym. Dlatego gdy poznała Grzegorza, o dziesięć lat starszego inżyniera z Gdańska, który czasowo pracował w Chełmnie, bardzo się ucieszyłam.
- Oby ten Grzegorz ją wychował! - mówiłam do Ludwika, martwiąc się o przyszłość córki. Która, choć "dorosła", wciąż mieszkała z nami. - Może przemówi jej do rozumu?
Starałam się jak opętana, przygotowując niedzielne obiadki. Pokazywałam Grzegorzowi zdjęcia Kasi z dzieciństwa - ślicznej blondyneczki z lokami. Wkręcałam go do rodziny, poznając z Asią i jej mężem Danielem, zapraszając Łukasza z narzeczoną Andżeliką.
Nasza córka z godnością znosiła te rodzinne spędy. Ale gdy tylko Grzegorz wyjeżdżał na chwilę do Gdańska, biegła do Pawła.
Nie ustawałam w wysiłkach, lecz w końcu musiałam ustąpić.
- Grzegorz wyjechał na kontrakt do Australii - poinformowała nas córka przy schabowym z zasmażaną kapustą.
- Jak to? A co z wami? - zapytałam, z trudem przełknąwszy kęs mięsa.
- Z jakimi nami? Mamo, byliśmy wyłącznie przyjaciółmi. I nadal nimi będziemy.
- Kasiu...
- Niepotrzebnie wysilałaś się na swatanie. Ja jestem z Pawłem, a Grzegorz niech robi, co chce. O co ci chodzi? - Wymownie wydęła usta i ostentacyjnie odeszła od stołu.
Rzeczywiście. O co mi chodzi? Głupiej starej matce, która nie rozumie, że Grzegorz to Grzegorz, a Paweł to Paweł...
Postanowiłam przestać przejmować się sprawami mojej młodszej córki.
- A niech ją wszyscy diabli, gówniarę! - wrzasnęłam i zamaszyście sięgnęłam po talerz Ludwika, nie zwracając uwagi, że nie jest pusty.
- Wandziu...
- Wandziu, Wandziu! Fajnego faceta nazywa przyjacielem, a za tym, za przeproszeniem lowelasem, Pawłem lata jak szalona! - Miotałam się pomiędzy kuchnią a pokojem. - Ale tobie, jak zwykle, podoba się wszystko, co robi!
Ludwik nie był w stanie nabrać dystansu. Kaśka zajmowała specjalne miejsce w jego sercu, dlatego dzisiaj, kiedy obwieściła nam nowinę o ciąży, miał do powiedzenia tylko jedno.
- Jest dorosła. To chyba nic dziwnego, że urodzi dziecko?
- A co z ojcem?
- Ona mówi, że jest nim Grzegorz...
- Tak. - Pokiwałam głową z rezygnacją. - I uważasz, że wszystko się ułoży?
- Wandziu, nie panikuj. Będziemy mieć wnuczkę albo wnuka. Nie cieszysz się? Przecież sama zapewniłaś Kasię, że jej pomożemy. Czy nie tak?
- Tak, Ludwiku. Tak powiedziałam.