(128 dni PRZED)
Na Florydzie było piekielnie gorąco, to oczywiste, a ponadto wilgotno.
Tak gorąco, że ciuchy kleiły się do ciebie jak plaster, a pot kapał ci z czoła na policzki jak łzy. Ale gorąco było tylko na dworze, a ja z reguły wychodziłem na dwór tylko po to, by przejść z jednego
klimatyzowanego pomieszczenia do drugiego.
Dlatego nie byłem przygotowany na jedyny w swoim rodzaju upał, którego
można doświadczyć piętnaście mil na południe od Birmingham w Alabamie, w Szkole Przygotowawczej Culver Creek. Bryka rodziców była zaparkowana na
trawie, kilka stóp od mojego pokoju, pokoju numer 43. Ale za każdym
razem, kiedy pokonywałem te kilka kroków do i z samochodu, żeby
wypakować to, co teraz wyglądało mi na stanowczo za dużo rzeczy, słońce
przepalało mi ubranie aż do skóry z zawistną wściekłością, której
zacząłem się bać niczym zapowiedzi ognia piekielnego.
Przeniesienie rzeczy z samochodu zabrało nam tylko kilka minut, ale mój
nieklimatyzowany pokój internatowy, choć, dzięki Bogu, nie w pełnym
słońcu, był w sumie niewiele chłodniejszy. Byłem zaskoczony: wyobrażałem
sobie pluszowy dywan, boazerię na ścianach i wiktoriańskie meble. Poza
jedyną atrakcją - własną łazienką - dostałem pudełko ze ścianami z pustaków pokrytymi grubo warstwami białej farby i z podłogą wyłożoną
zielono-białym linoleum. To miejsce przypominało bardziej szpital niż
pokój w internacie z moich marzeń. Piętrowe łóżko z niewykończonego
drewna, z materacami z gąbki, stało przy oknie. Biurka, szafki i półki
na książki były na stałe przymocowane do ścian, co miało zapobiec
kreatywnemu planowaniu przestrzeni. No i brak
klimatyzacji.
Siedziałem na dolnym łóżku, kiedy mama otworzyła walizkę, wyjęła z niej
stos biografii, z którymi tata zgodził się rozstać, i zaczęła układać je
na regałach.
- Potrafię się rozpakować, mamo - powiedziałem. Tata wstał. Był gotów do
odjazdu.
- Daj przynajmniej posłać ci łóżko - upierała się mama.
Nie, naprawdę. Umiem to zrobić. W porządku.
Bo nie można przeciągać tych spraw w nieskończoność. W którymś momencie
po prostu pociągasz za plaster i boli, ale za chwilę jest już po
wszystkim i czujesz ulgę.
- Mój Boże, ale będziemy tęsknić - westchnęła mama, przeskakując między
walizkami, żeby dostać się do łóżka. Wstałem i uściskałem ją. Tata też
podszedł i stworzyliśmy swego rodzaju stadko.
Było za gorąco i byliśmy zbyt spoceni, aby uściski mogły trwać długo.
Wiedziałem, że powinienem uronić parę łez, ale mieszkałem z rodzicami
już szesnaście lat i próbna separacja powinna była nastąpić już dawno.
- Luzik - uśmiechnąłem się. - Nauczę się godać po południowemu.
Mama zaśmiała się.
- Tylko nie zrób jakiegoś głupstwa - przestrzegł mnie tata.
- Spoko.
Żadnych narkotyków. Żadnego picia. Żadnych papierosów.
Jako uczeń Culver Creek robił rzeczy, które znałem tylko ze słyszenia:
tajne przyjęcia, biegi na golasa przez pola z sianem (zawsze jęczał, jak
to wtedy brakowało dziewczyn), dragi, picie i fajki. Rzucenie palenia
zajęło mu trochę czasu, ale jego durne lata minęły na dobre.
- Kocham cię - wypalili jednocześnie. Należało to powiedzieć, ale przy
tych słowach poczułem się tak niezręcznie, jakbym patrzył na całujących
się babcię i dziadka.
- Ja was też. Będę dzwonił co niedziela. - Nasze pokoje nie miały
telefonów, ale rodzice wystąpili z prośbą, aby umieszczono mnie w pokoju
w pobliżu jednego z pięciu automatów, jakie posiadało Culver Creek.
Uściskali mnie znowu - mama, potem tata - i było po wszystkim. Patrzyłem
przez okno, jak wyjeżdżają z kampusu krętą drogą. Powinienem może poczuć
lepki, sentymentalny smutek. Ale przede wszystkim chciałem po prostu
ochłonąć, więc zabrałem jedno z krzeseł i usiadłem przed drzwiami w cieniu okapu, czekając na wiatr, który nie przychodził. Powietrze na
zewnątrz było tak samo nieruchome i męczące, jak powietrze w środku.
Ogarnąłem wzrokiem swój nowy internat: sześć jednopiętrowych budynków,
po szesnaście pokoi w każdym, układało się w sześciokąt dookoła
rozległego trawiastego okręgu. Wyglądał jak przerośnięty stary motel.
Wszędzie chodzili chłopcy z dziewczynami, śmiejąc się i ściskając.
Miałem nikłą nadzieję, że ktoś podejdzie i porozmawia ze mną.
Wyobraziłem sobie konwersację:
- Hej. To twój pierwszy rok?
- Zgadza się. Jestem z Florydy.
- Super. To pewnie jesteś przyzwyczajony do upału.
- Do tego upału nie byłbym przyzwyczajony nawet wówczas, gdybym był z Hadesu - zażartowałbym. Zrobiłbym dobre wrażenie zaraz na starcie. "Jest
zabawny. Ten facet Miles jest przezabawny".
To oczywiście się nie wydarzyło. Nic nigdy nie działo się tak, jak to
sobie wyobrażałem.
Znudzony, wszedłem z powrotem do środka, zdjąłem koszulę, położyłem się
na rozgrzanej od upału gąbce materaca z dolnego łóżka i zamknąłem oczy.
Nigdy nie doświadczyłem powtórnych narodzin przez chrzest, z płaczem
itp., ale nie mogłem czuć się lepiej niż teraz, nowo narodzony facet z jego nieznaną tu nikomu przeszłością. Myślałem o ludziach znanych mi z książek - Johnie F. Kennedym, Jamesie Joysie, Humphreyu Bogarcie -
którzy chodzili do szkół z internatami, i ich przygodach. Kennedy na
przykład uwielbiał odstawiać numery. Pomyślałem o Wielkim Być Może i o tym, co się może zdarzyć, o ludziach, których mogę spotkać, i o tym, kim
okaże się mój współlokator (kilka tygodni wcześniej dostałem list, w którym podano mi jego nazwisko, Chip Martin, ale żadnych dalszych
informacji). Kimkolwiek był Chip Martin, pokładałem w Bogu nadzieję, że
przywiezie ze sobą kilka superwentylatorów, bo ja nie zapakowałem do
swoich walizek ani jednego, i już czułem, jak na materacu zbiera się
kałuża mojego potu, co mnie tak zniesmaczyło, że przestałem się nad sobą
roztkliwiać i ruszyłem tyłek, żeby znaleźć jakiś ręcznik do wytarcia
mokrej plamy. A następnie pomyślałem: "Cóż, przed przygodą
rozpakowywanie".
Udało mi się przykleić na ścianie mapę świata i schować większość
ciuchów do szuflad, gdy zauważyłem, że od gorącego, wilgotnego powietrza
pocą się nawet ściany, i zdecydowałem, że nie czas teraz na pracę
fizyczną. Czas na wspaniale zimny prysznic.
W małej łazience za drzwiami było olbrzymie, pełnowymiarowe lustro, więc
nie mogłem nie zobaczyć siebie nagiego w lustrze, gdy pochylałem się,
żeby odkręcić wodę. Zawsze dziwiło mnie to, jaki jestem chudy: ręce
niewiele grubsze w ramionach niż w nadgarstkach, na klacie ani śladu
tłuszczu czy mięśni, i zastanawiałem się z zażenowaniem, czy nie można
czegoś zrobić z tym lustrem. Odsłoniłem nie najpiękniejszą białą
zasłonkę i wsunąłem się do kabiny.
Na nieszczęście, prysznic wydawał się zaprojektowany dla kogoś o wzroście w przybliżeniu stu dwudziestu centymetrów, więc zimna woda
uderzyła mnie w dolne żebra - z całą mocą kapiącego kranu. Aby zmoczyć
swoją spoconą twarz, musiałem rozstawić nogi i przykucnąć. Z pewnością
John F. Kennedy (który miał, według biografa, sto osiemdziesiąt pięć
centymetrów wzrostu, czyli dokładnie tyle co ja) nie musiał kucać w swoim internacie. Nie, to była zupełnie inna
bestia, i gdy kapiący prysznic powoli zraszał moje ciało, zastanawiałem
się, czy znajdę tu w ogóle Wielkie Być Może, czy też grubo się
przeliczyłem.
Kiedy otwarłem drzwi łazienki, mając na sobie tylko ręcznik, którym
owinąłem biodra, zobaczyłem w drzwiach niskiego, muskularnego faceta z burzą ciemnych włosów. Wlókł za sobą gigantyczny worek w kolorze khaki.
Miał metr pięćdziesiąt i ani centymetra więcej, ale był dobrze
zbudowany, niczym model Adonisa w skali. Ciągnął się za nim smród
zatęchłego dymu papierosowego. "Świetnie", pomyślałem sobie. "Przyjmuję
mojego współlokatora w negliżu". Wtaszczył worek do pokoju, zamknął
drzwi i podszedł do mnie.
- Jestem Chip Martin - ogłosił głębokim głosem radiowego didżeja. Zanim
zdołałem odpowiedzieć, dodał: - Uścisnąłbym ci rękę, ale zdaje się, że
musisz cholernie mocno przytrzymywać ten ręcznik, dopóki nie znajdziesz
sobie jakichś ciuchów.
Zaśmiałem się i skinąłem głową (to jest cool, nie?, znaczy się
skinięcie), i powiedziałem:
- Miles Halter. Miło mi.
- Mil-es, tak jak w "i wiele mil od snu mnie dzieli"1? - zapytał mnie.
- Że co?
- To wiersz Roberta Frosta. Nie czytałeś?
Potrząsnąłem głową. Nie.
- No to szczęściarz z ciebie - uśmiechnął się.
Zabrałem jakąś czystą bieliznę, niebieskie szorty Adidasa do gry w nogę
i biały T-shirt, wymamrotałem, że wrócę za sekundę, i zamknąłem się w łazience. To tyle, jeśli chodzi o dobre pierwsze wrażenie.
- Gdzie są twoi rodzice? - zapytałem z łazienki.
- Rodzice? Ojciec jest w tej chwili w Kalifornii. Pewnie siedzi w markowym fotelu. Albo prowadzi pikapa. Tak czy inaczej, pije. Matka
właśnie prawdopodobnie wyjeżdża z kampusu.
- O - powiedziałem już ubrany, niepewny, jak zareagować na tak osobiste
informacje. Chyba nie powinienem był pytać, skoro wolałem nie wiedzieć.
Chip chwycił prześcieradło i rzucił je na górne łóżko.
- Jestem człowiekiem z góry. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.
- Yyy, nie. Tak czy tak, będzie dobrze.
- Widzę, że zdążyłeś już walnąć parę dekoracji - powiedział, wskazując
na mapę świata. - Spoko.
A potem zaczął wymieniać nazwy krajów. Mówił monotonnie, jakby robił to
już wcześniej tysiąc razy.
Afganistan.
Albania.
Algieria.
Amerykańskie Samoa.
Andora.
I tak dalej. Zdążył przebrnąć przez "A", kiedy podniósł wzrok i zauważył, że gapię się na niego z niedowierzaniem.
- Mógłbym wyrecytować resztę, ale zanudziłbyś się na śmierć. Nauczyłem
się tego w lecie. Boże, nie masz pojęcia jak nudno jest w New Hope w Alabamie w środku lata. Największa rozrywka to przyglądanie się, jak
rośnie soja. A tak w ogóle, skąd jesteś?
- Z Florydy - uściśliłem.
- Nie byłem.
- To niesamowite, znaczy te kraje - powiedziałem.
- Każdy ma jakiś talent. Ja potrafię zapamiętywać różne rzeczy. A ty?
- Znam ostatnie słowa sławnych ludzi. Uczenie się ostatnich słów było
moją przyjemnością. Inni mieli swoją czekoladę, ja miałem przedśmiertne
deklaracje.
- Na przykład?
- Lubię ostatnie słowa Henryka Ibsena. Był dramaturgiem.
Wiedziałem dużo o Ibsenie, ale nigdy nie przeczytałem żadnej z jego
sztuk. Nie lubiłem czytać dramatów. Lubiłem czytać biografie.
- Jasne, wiem, kim on był - powiedział Chip.
- No więc, od pewnego czasu był chory i pielęgniarka powiedziała do
niego: "Wygląda na to, że dziś czuje się pan o wiele lepiej", a Ibsen
popatrzył na nią i powiedział: "Wprost przeciwnie" - i umarł.
Chip wybuchnął śmiechem.
- Makabryczne. Ale podoba mi się.
Powiedział mi, że to jego trzeci rok w Culver Creek. Przyszedł tutaj w dziewiątej klasie, na początku szkoły średniej, i był teraz w jedenastej, tak jak ja. Stypendysta, jak powiedział. Pełna jazda.
Słyszał, że to najlepsza szkoła w Alabamie, więc napisał w podaniu, jak
bardzo chciałby chodzić do szkoły, gdzie mógłby czytać grube książki.
Problem w tym, pisał dalej, że w domu tata zawsze walił go książkami po
głowie, więc Chip dla własnego bezpieczeństwa trzymał tylko cienkie
książki w miękkiej oprawie. Jego rodzice rozwiedli się, kiedy był w drugiej klasie. Lubił "Creek", jak nazywał szkołę, ale ostrzegł mnie:
"Musisz tutaj uważać na uczniów i na nauczycieli. A ja nie cierpię
uważać" - uśmiechnął się znacząco. I ja nie cierpiałem uważać - albo
przynajmniej chciałem nie cierpieć.
Powiedział mi to, kopiąc w swoim worku i wrzucając ubrania do szuflad z wielkim zapałem. Chip nie wierzył w posiadanie "szuflady na skarpety"
albo "szuflady na T-shirty". Wierzył w równouprawnienie wszystkich
szuflad i wypełniał je tym, co popadło. Moja matka dostałaby zawału.
Kiedy tylko skończył się "rozpakowywać", walnął mnie zdrowo w ramię i powiedział:
- Mam nadzieję, że jesteś silniejszy, niż na to wyglądasz - a potem
wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Po kilku sekundach pojawiła
się w nich jego głowa. Zobaczył, że stoję w bezruchu:
- No chodź, wiele-Mil-esie Halterze. Mamy kupę spraw do załatwienia.
Poszliśmy do pokoju telewizyjnego, w którym według Chipa znajdował się
jedyny w kampusie odbiornik telewizji kablowej. W lecie pokój ten służył
jako magazyn. Wypchany był prawie po sufit tapczanami i zwiniętymi
dywanami, a teraz pękał w szwach od tłumu dzieciaków próbujących
znaleźć, a potem wynieść swoje rzeczy. Chip przywitał się z niektórymi,
ale mnie nie przedstawił. Gdy on wędrował przez wypełniony tapczanami
labirynt, ja stałem przy wejściu do pokoju, robiąc, co tylko w mojej
mocy, aby nie zagradzać drogi współlokatorom, gdy manewrowali meblami,
wynosząc je przez wąskie drzwi frontowe.
Znalezienie swoich rzeczy zajęło Chipowi dziesięć minut, a potem zeszła
nam jeszcze godzina na czterech wycieczkach tam i z powrotem przez
podwórko między pokojem telewizyjnym i pokojem 43. Pod koniec miałem
ochotę wczołgać się do minilodówki Chipa i zahibernować się w niej na
tysiąc lat, ale Chip był chyba odporny i na zmęczenie, i na upał.
Usiadłem na jego tapczanie.
- Znalazłem go na chodniku niedaleko mojego domu kilka lat temu -
powiedział, wskazując na tapczan i pracując nad instalowaniem mojej
konsoli PlayStation 2 na swojej szafce w nogach łóżka. - Wiem, że na
skórze jest parę pęknięć, ale co tam. To fajowskie wyro. - Na skórze
było trochę więcej niż parę pęknięć: pokrycie tapczanu w mniej więcej
trzydziestu procentach składało się ze sztucznej skóry w kolorze błękitu
majtkowego i w siedemdziesięciu procentach z pianki, ale mimo to czułem
się na nim diabelnie dobrze.
- Spoks - rzucił. - Już prawie jesteśmy w domu. - Podszedł do swojego
biurka i wyciągnął z szuflady taśmę klejącą. - Potrzebna nam tylko twoja
walizka.
Wstałem, wyciągnąłem walizkę spod łóżka, a Chip umieścił ją pomiędzy
tapczanem a PlayStation 2 i zaczął odrywać cienkie paski taśmy. Nakleił
je na walizkę w taki sposób, że utworzyły napis: STOLIK KAWOWY.
- No proszę - powiedział. Wstał i wyłożył nogi na ten, no, stolik
kawowy. - Gotowe.
Usiadłem obok niego, a on przyjrzał mi się i rzucił znienacka:
- Słuchaj. Nie będę twoim przewodnikiem po życiu towarzyskim Culver
Creek.
- No okej - przytaknąłem, czując, jak słowa więzną mi w gardle.
Przenoszę wyro tego gościa pod rozpalonym do białości słońcem, a on mnie
nie lubi?
- Zasadniczo mamy tu dwie grupy - zaczął wyjaśniać z coraz większym
zniecierpliwieniem. - Zwykłych, normalnych internatowców, jak ja, i Wojowników Dnia Powszedniego; przebywają tu w ciągu tygodnia, ale to
bogate dzieciaki, które naprawdę pochodzą z Birmingham i co weekend
wracają do klimatyzowanych rezydencji swoich rodziców. Te dzieciaki to
elita. Nie lubię ich, a oni mnie, więc jeśli myślałeś, że jesteś Bóg wie
kim w swojej szkole publicznej, i nadal ci się wydaje, że możesz się
uważać za Bóg wie kogo, to lepiej, żeby nikt cię tutaj ze mną nie
widział. Chodziłeś do szkoły publicznej, prawda?
- Aaa... - wymamrotałem w roztargnieniu i zacząłem skubać pęknięcia w obiciu tapczanu, wbijając palce w białą piankę.
- Jasne, że tak, bo gdybyś chodził do prywatnej, to miałbyś lepiej
dopasowane szorty - zaśmiał się.
Nosiłem spodenki trochę poniżej bioder, co, jak sądziłem, było cool. W końcu powiedziałem:
- Taa. Chodziłem do szkoły publicznej. Ale nie byłem tam Bóg wie kim,
Chip. Bóg jeden wie, kim ja tam byłem.
- Ha! Dobre. I nie nazywaj mnie Chip. Nazywaj mnie Pułkownik.
Stłumiłem śmiech. "Pułkownik"?
- Właśnie. Pułkownik. A ciebie nazwiemy... hmmm. Klucha.
- Hę?
- Klucha - powtórzył Pułkownik. - Bo jesteś chudy. To się nazywa ironia,
Klucha. Słyszałeś kiedyś o czymś takim? A teraz chodźmy po papierosy i zacznijmy ten rok jak należy.
Wyszedł z pokoju, znowu przyjmując za rzecz oczywistą, że udam się za
nim, co tym razem zrobiłem. Na szczęście zbliżał się już wieczór.
Przeszliśmy pięć pokoi dalej, do pokoju 48. Na drzwiach była przyklejona
kartka. Napisano na niej niebieskim markerem: "Alaska ma jedynkę!".
Pułkownik wyjaśnił mi, że 1. to jest pokój Alaski, że 2. ma jedynkę, bo
dziewczyna, która miała być jej współlokatorką, pod koniec zeszłego roku
została wyrzucona ze szkoły, i że 3. Alaska ma fajki, chociaż Pułkownik
nie raczył zapytać, czy 4. palę, na co odpowiedź brzmi: 5. nie.
Zapukał raz, głośno. Zza zamkniętych drzwi dobiegł wrzask:
- Boże, właź, niziołku, mam dla ciebie czaderską historię!
Weszliśmy. Odwróciłem się, by zamknąć za sobą drzwi, a Pułkownik
potrząsnął głową i powiedział:
- Po siódmej musisz zostawiać otwarte drzwi, jeśli jesteś w pokoju
dziewczyny - ale ledwo go dosłyszałem, bo oto najgorętsza dziewczyna w historii ludzkości stała przede mną w obciętych dżinsach i brzoskwiniowym topie. Mówiła równocześnie z Pułkownikiem, głośno i szybko.
- No więc pierwszego dnia lata jestem w wielkim starym Vine Station z tym chłopakiem Justinem. Oglądamy telewizję na kanapie u niego w domu -
a jak już pamiętasz, chodzę z Jakiem; w zasadzie wciąż z nim chodzę, to
chyba cud, ale Justin to mój przyjaciel z dzieciństwa - więc oglądamy
telewizję i gadamy normalnie o egzaminach albo o czymś takim, a tu
Justin obejmuje mnie ramieniem i myślę sobie: "Och, takie to przyjemne,
jesteśmy przyjaciółmi już od dawna i tak mi z nim dobrze", i sobie
gawędzimy, jestem właśnie w środku zdania o analogiach albo czymś takim,
a on jak drapieżny ptak łapie mnie za cycek i traktuje go jak klakson.
Po prostu nim trąbi. Piiiip. Stanowczo-zbyt-mocne, dwu-, trzysekundowe
PIIIIP. Moja pierwsza myśl, to "Okej, jak oderwać to łapsko od mojego
cycka, zanim zostawi trwałe ślady?". Moja druga myśl, "Boże, nie mogę
się doczekać, aż powiem o tym Takumiemu i Pułkownikowi".
Pułkownik chichotał. A ja gapiłem się na nią, ogłuszony częściowo siłą
emanującą z tej drobnej (ale, Boże, jakże kształtnej) dziewczyny, a częściowo gigantycznymi stertami książek, ułożonych wzdłuż ścian. Zbiory
jej biblioteczki wypełniały regały, a nawet przelewały się poza nie,
tworząc sięgające do pasa stosy książek, które piętrzyły się w różnych
miejscach pod ścianami. "Gdyby przewrócił się chociaż jeden z nich",
pomyślałem sobie, "wskutek efektu domina nasza trójka zostałaby
pochłonięta przez powódź literatury".
- Kto to jest ten facet, który nie śmieje się z mojej przekomicznej
historii? - zapytała.
- No tak. Alaska, to jest Klucha. Klucha zapamiętuje ostatnie słowa
różnych ludzi. Klucha, to jest Alaska, której pierś została użyta jako
klakson.
Podeszła do mnie z wyciągniętą ręką, ale w ostatnim momencie
błyskawicznie schyliła się i pociągnęła w dół moje szorty.
- To są największe krótkie spodnie w stanie Alabama!
- Lubię workowate spodnie - powiedziałem lekko urażony i podciągnąłem je
w górę. Na Florydzie to był ostatni krzyk mody.
- Jak dotąd podczas naszego krótkiego związku, Klucha, widywałem twoje
chude nóżki zdecydowanie za często - stwierdził Pułkownik z udawaną
powagą. - Alaska, sprzedaj nam parę fajek. - I wtedy, w jakiś trudny do
wytłumaczenia sposób, Pułkownik namówił mnie, abym zapłacił pięć baksów
za paczkę Marlboro Light, których nie miałem najmniejszego zamiaru
palić. Zaprosił Alaskę, aby się przyłączyła, ale ona powiedziała:
- Muszę poszukać Takumiego i powiedzieć mu o PIIIIP.
Następnie zwróciła się do mnie:
- Widziałeś go?
Nie miałem pojęcia, czy go widziałem, ponieważ nie miałem pojęcia, kto
to. Dlatego tylko pokręciłem głową.
- Oki. To do zo za parę minut nad jeziorem. - Pułkownik skinął głową.
Nad brzegiem jeziora, na samym skraju piaszczystej (i, jak mi powiedział
Pułkownik, sztucznej) plaży, usiedliśmy na huśtawce. Zażartowałem
obowiązkowo:
- Tylko nie chwyć mnie za biust.
Pułkownik obowiązkowo zachichotał, a potem zapytał:
- Chcesz zapalić?
Nigdy nie wypaliłem ani jednego papierosa, ale kiedy wejdziesz między
wrony...
- Tu jest bezpiecznie?
- Nie bardzo - przyznał, po czym zapalił papierosa i podał go mnie.
Zaciągnąłem się. Zakaszlałem. Zacharkałem. Zakrztusiłem się. Zakaszlałem
jeszcze raz. Myślałem, że się porzygam. Chwyciłem się rozhuśtanej ławki
- kręciło mi się w głowie - i rzuciłem papierosa na ziemię. Zdusiłem go,
przekonany, że papierosy nie były wliczone w Wielkie Być Może.
- Dużo palisz? - zaśmiał się, potem wskazał na białą plamkę na jeziorze
i zapytał: - Widzisz?
- No - mruknąłem. - Co to jest? Ptak?
- Łabędź - wyjaśnił.
- Ja cię kręcę, szkoła z łabędziem.
- Ten łabędź to diabelski pomiot. Nigdy nie zbliżaj się do niego
bardziej niż my teraz.
- Czemu?
- Ma coś do ludzi. Chyba kiedyś ktoś go dręczył. Rozerwie cię na
strzępy. Orzeł go tam posadził, żebyśmy nie przychodzili palić nad
jezioro.
- Orzeł?
- Pan Starnes. Kryptonim: Orzeł. Dyrektor. Większość nauczycieli mieszka
w kampusie i u nich też będziesz miał przerąbane. Ale tylko Orzeł
mieszka w obrębie internatu i widzi absolutnie wszystko. Wyczuje szluga
na pięć mil.
- Czy to nie jego dom? - zapytałem, wskazując na budynek w oddali.
Widziałem go dość wyraźnie mimo ciemności, co by znaczyło, że Orzeł też
najpewniej widział nas.
- No tak, ale zwykle nie działa w trybie blitzkrieg, póki nie zaczną
się zajęcia - powiedział Chip nonszalancko.
- Boże, rodzice mnie zabiją, jak się wpakuję w kłopoty - stwierdziłem.
- Podejrzewam, że przesadzasz. Słuchaj, na pewno napytasz sobie biedy.
Jednakowoż dziewięćdziesiąt dziewięć procent z tego może nigdy nie
dotrzeć do uszu twoich rodziców. Szkoła nie chce, żeby twoi rodzice
pomyśleli, że się tutaj zlumpiłeś bardziej niż do tej pory. - Dmuchnął
mocno dymem w stronę jeziora. Trzeba przyznać: wyglądał czadowo, kiedy
to robił. Był jakby wyższy. - W każdym razie, jak wpadniesz w tarapaty,
nie donoś na nikogo. Nienawidzę tutejszych bogatych gnojków z pasją,
którą zachowuję poza tym tylko dla zabiegów dentystycznych i mojego
ojca. Co nie znaczy, że bym ich zakapował. W zasadzie jedyne, co się
naprawdę liczy, to nigdy, nigdy, nigdy nie kapować.
- Luzik - powiedziałem, choć zastanawiałem się: "Jak mi ktoś przyrąbie w twarz, mam przekonywać wszystkich, że wpadłem na drzwi?". Wydawało mi
się to trochę głupie. Jak radzić sobie z dręczycielami i dupkami, gdy
nie można zrobić im koło pióra? Jednak nie zapytałem o to Chipa.
- Dobra, Klucha. Dotarliśmy do kolejnego punktu wieczoru. Teraz muszę
znaleźć swoją dziewczynę. Daj mi te parę fajek, których i tak nie
wypalisz, i do zobaczenia później.
Postanowiłem zostać jeszcze chwilę na huśtawce, częściowo dlatego, że
upał zelżał do przyjemnych, chociaż parnych dwudziestu siedmiu stopni, a częściowo dlatego, że miałem nadzieję, że przyjdzie Alaska. Ale prawie
dokładnie w momencie gdy Pułkownik odszedł, wkroczyły na scenę robale;
kąśliwe muszki (odnotowuję, że naprawdę
kąśliwe) i komary brzęczały w powietrzu dookoła, tak że cichutki dźwięk
ich trących się o siebie skrzydełek wywoływał prawdziwą kakofonię. I wtedy zdecydowałem się na fajkę.
Naprawdę myślałem, że dym odgoni owady. I do pewnego stopnia tak się
stało. Skłamałbym jednak, gdybym stwierdził, że zostałem palaczem dla
ochrony przed insektami. Zostałem palaczem, ponieważ 1. byłem sam na
huśtawce, 2. miałem papierosy, i 3. uznałem, że skoro wszyscy inni mogą
wypalić papierosa, nie krztusząc się, to ja też, do cholery, mogę.
Krótko mówiąc, nie miałem dobrego powodu. No dobrze, powiedzmy, że 4.
chodziło o owady.
Zdążyłem sztachnąć się porządnie trzy razy, aż mnie zemdliło, zakręciło
mi się w głowie i poczułem się niecałkiem przyjemnie zamroczony.
Zacząłem się zbierać. Kiedy wstałem, usłyszałem za sobą głos:
- Naprawdę uczysz się na pamięć ostatnich słów?
Podbiegła do mnie, chwyciła mnie za ramię i popchnęła z powrotem na
huśtawkę.
- Zgadza się - powiedziałem. A potem, z wahaniem, dodałem: - Chcesz mnie
sprawdzić?
- JFK - rzuciła.
- "To oczywiste" - odparłem.
- Czy na pewno? - zapytała.
- To były jego ostatnie słowa. Ktoś powiedział: "Panie prezydencie, nie może
pan zaprzeczyć, że Dallas pana kocha", na co on odpowiedział: "To
oczywiste" - i dostał kulkę.
Zaśmiała się.
- Boże, to straszne. Nie powinnam się śmiać. Ale będę - i zaśmiała się
znów. - Dobra, panie Specu od Ostatnich Słów. Mam tu coś dla pana. -
Sięgnęła po swój wypchany plecak i wyjęła książkę: - Gabriel García
Márquez, Generał w labiryncie. Absolutnie jedna z moich ulubionych. O Simónie Bolívarze.
Nie wiedziałem, kim był Simón Bolívar, ale nie zdążyłem zapytać, bo nie
dała mi czasu.
- To powieść historyczna, więc nie wiem, czy to prawda, ale wiesz, jakie
są jego ostatnie słowa w książce? Nie wiesz. Pozwól, że ci odpowiem,
sig?or "Pożegnalne Kwestie".
Zapaliła papierosa i zaciągnęła się nim tak mocno i tak długo, że
myślałem, iż wypali całego za jednym pociągnięciem. Wypuściła dym i przeczytała mi:
- "Wstrząsnęła nim" - znaczy Simónem Bolívarem - "oślepiająca, objawiona
przed chwilą prawda, że szaleńcze miotanie się między chorobą a złudnymi
marzeniami dobiega właśnie kresu. Reszta była ciemnością. -
"Cholera! - westchnął. - I jakże ja wyjdę z tego
labiryntu!"2.
Potrafiłem rozpoznać wielkie ostatnie słowa i zanotowałem sobie w pamięci, że muszę zdobyć biografię tego gostka, Simóna Bolívara. Piękne
ostatnie słowa, ale chyba niezupełnie je rozumiałem.
- Co to jest właściwie ten labirynt? - zapytałem ją.
To chyba dobry moment, żeby wyznać, że była piękna. W ciemności, obok
mnie, pachniała potem, słońcem i wanilią. Przy bladym świetle chudego
księżyca widziałem niewiele więcej niż zarys jej sylwetki, a kiedy
paliła, także twarz zalaną bladoczerwonym światłem żarzącego się
papierosa. Ale nawet w tej ciemności widziałem jej oczy - intensywne
szmaragdy. Miała ten rodzaj oczu, które zmuszały cię do natychmiastowej
zgody na każdy jej pomysł. Nie tylko piękna, ale i seksowna, z piersiami
sterczącymi pod obcisłym topem, machała krągłymi nogami pod huśtawką, a na palcach stóp z paznokciami pomalowanymi na jaskrawoniebiesko kołysały
się klapki. Dokładnie wtedy, w chwili między tym, jak zapytałem ją o labirynt i kiedy mi odpowiedziała, uświadomiłem sobie znaczenie krągłości, tego tysiąca miejsc, w których
ciała dziewczyn łagodnie przechodzą z jednej części w drugą, z łuku
stopy w kostkę, a potem w łydkę, z łydki w biodro, z biodra w talię, z piersi w szyję, z pochyłości nosa w czoło, z ramienia we wklęśnięcie
pleców, z łuku pleców w pośladki i tak dalej. Oczywiście, zauważałem wcześniej krągłości, ale nigdy naprawdę
nie zdawałem sobie sprawy z ich znaczenia.
Z ustami dość blisko, abym poczuł jej cieplejszy od powietrza oddech,
powiedziała:
- To dopiero tajemnica, co? Czy labiryntem jest życie, czy umieranie?
Przed czym próbuje uciec: przed światem czy końcem świata? - Czekałem na
jej dalsze słowa, ale po chwili stało się oczywiste, że to ona oczekuje
odpowiedzi.
- No nie wiem - odparłem w końcu. - Naprawdę przeczytałaś wszystkie te
książki, które masz w pokoju?
Zaśmiała się.
- No jasne, że nie. Może jedną trzecią. Ale mam zamiar przeczytać.
Nazywam je Biblioteką Życia. Każdego lata, od kiedy byłam mała,
chodziłam na garażowe wyprzedaże, kupowałam wszystkie książki, które
wyglądały na ciekawe. Chciałam zawsze mieć coś do czytania. No ale jest
tak dużo do zrobienia: papierosy do wypalenia, seks do uprawiania,
huśtawki do huśtania się. Będę miała więcej czasu na czytanie, jak
zrobię się stara i nudna.
Stwierdziła, że przypominam Pułkownika, kiedy zjawił się w Culver Creek.
Byli pierwszorocznymi w tym samym czasie, obydwoje na stypendiach,
dzielący, jak to określiła, "wspólne zainteresowanie alkoholem i kawałami". Na wzmiankę o alkoholu i kawałach ogarnął mnie lęk, że
wszedłem w to, co moja matka określała mianem "złego towarzystwa", ale
jak na złe towarzystwo, oboje wydawali się cholernie inteligentni. Gdy
odpalała kolejnego papierosa od niedopałka poprzedniego, powiedziała mi,
że Pułkownik to inteligentny gość, ale przed Creek nie przeżył zbyt
wiele.
- Szybko uwolniłam go od tego problemu. - Uśmiechnęła się. - Do
listopada znalazłam mu pierwszą dziewczynę, całkiem fajną osobę spoza
kręgu Wojowników Dnia Powszedniego, o imieniu Janice. Rzucił ją po
miesiącu, bo była zbyt bogata na jego proletariacką krew, ale co tam.
Zrobiliśmy tego roku nasz pierwszy kawał - wysypaliśmy podłogę Klasy
Numer Cztery cienką warstwą szklanych kulek. Ma się rozumieć, że od tego
czasu zrobiliśmy postępy - wybuchnęła śmiechem. Tak więc Chip został
Pułkownikiem, planującym ich numery dowódcą w wojskowym stylu, a Alaska
była jak zawsze Alaską, ekspansywną siłą sprawczą tych numerów.
- Jesteś inteligentny jak on - oznajmiła. - Ale cichszy. I masz więcej
uroku, ale nie powiedziałam tego, ponieważ kocham mojego chłopaka.
- Ty też nie jesteś zła - powiedziałem, zaszokowany jej komplementem. -
Ale właśnie nie powiedziałem tego, ponieważ kocham moją dziewczynę.
Zaraz. Chwileczkę. Przecież ja nie mam dziewczyny.
Zaśmiała się znowu.
- No, nie martw się, Klucha. Jeśli jest jakaś rzecz, której mogę
zaradzić, to właśnie brak dziewczyny. Umówmy się: ty dowiesz się, co to
jest ten labirynt i jak się z niego wydostać, a ja pomogę ci pójść do
łóżka.
- Zgoda. - Uścisnęliśmy sobie ręce.
Później poszliśmy z Alaską na podwórko internatu. Cykady grały swoją
pieśń na jednej nucie, tak samo jak na Florydzie. Gdy tak szliśmy w ciemności, Alaska zwróciła się do mnie:
- Kiedy idziesz tak przez noc, czy nie przechodzą cię ciary, tak że
chociaż to głupie i żenujące, masz ochotę po prostu zwiać do domu?
Wydawało się, że to zbyt osobiste i intymne, aby przyznawać się do tego
komuś praktycznie obcemu, ale odpowiedziałem jej:
- I to jak!
Przez chwilę milczała, a potem chwyciła mnie za rękę, szepcząc:
- Biegnij, biegnij, biegnij, biegnij. - I rzuciła się biegiem, ciągnąc
mnie za sobą.
(127 dni PRZED)
Nazajutrz wczesnym popołudniem ocierałem pot z czoła, przylepiając do
drzwi plakat z reprodukcją van Gogha. Pułkownik siedział na kanapie,
oceniając, czy plakat wisi równo, i odpowiadając na moje niezliczone
pytania o Alaskę.
- Co o niej wiesz?
- Jest z Vine Station. Można, przejeżdżając przez nie, wcale go nie
zauważyć, i z tego, co słyszałem, tak właśnie należy robić. Jej chłopak
jest na Vanderbilt na stypendium. Gra na basie w jakimś zespole. Nie
wiem zbyt wiele o jej rodzinie.
- Czyli że ona naprawdę go lubi?
- Raczej tak. Nie oszukuje go, co najważniejsze.
I tak dalej. Całe rano nie byłem w stanie skupić się na niczym innym -
ani na plakacie van Gogha, ani na grach wideo, ani nawet na planie
lekcji, który tego ranka przyniósł Orzeł. Przedstawił się:
- Witamy w Culver Creek, panie Halter. Dajemy tu panu duży zakres
wolności. Jeśli jej pan nadużyje, będzie pan żałował. Wygląda pan na
miłego młodego człowieka. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym musiał się z panem pożegnać.
Po czym wlepił we mnie wzrok, który był albo poważny, albo naprawdę
złośliwy.
- Alaska nazywa to Spojrzeniem Wiecznego Potępienia - powiedział
Pułkownik, kiedy Orzeł już wyszedł. - Następnym razem, gdy je
pochwycisz, będzie po tobie.
- Ujdzie w tłumie, Klucha - stwierdził, kiedy odsunąłem się od plakatu,
żeby ocenić efekt. - Niezupełnie równo, ale niech będzie. Dość o Alasce.
Jeśli dobrze liczę, to są w tej szkole dziewięćdziesiąt dwie dziewczyny
i każda z nich jest mniej zwariowana od Alaski, która, mógłbym jeszcze
dodać, ma już chłopaka. Idę na lunch. Dziś
dzień bufrido. - Wyszedł, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Czując się
jak zadurzony idiota, wstałem, żeby je zamknąć. Pułkownik, już w połowie
podwórka, odwrócił się:
- Chryste! Idziesz czy nie?
O Alabamie można powiedzieć wiele złych rzeczy, ale na pewno nie to, że
jej obywatele obawiają się smażenia w głębokim tłuszczu. W tym pierwszym
tygodniu w Creek w stołówce podali smażonego kurczaka, smażony stek z kurczaka i smażoną okrę3, która była moim pierwszym doświadczeniem
kulinarnym w kategorii "smażone warzywa". Już się zacząłem spodziewać,
że usmażą sałatę lodową. Nic jednak nie mogło się równać z bufrido,
daniem stworzonym przez Maureen, niesamowicie otyłą kucharkę z Culver
Creek. Bufrido, czyli smażone na głębokim tłuszczu burrito, udowadniało
ponad wszelką wątpliwość, że smażenie zawsze
wzmacnia doznania smakowe. Siedząc tego popołudnia przy okrągłym stole z Pułkownikiem i paroma innymi facetami, których nie znałem, zatopiłem
zęby w chrupiącej skorupce mojego pierwszego bufrido i doznałem
kulinarnego orgazmu. Moja mama gotowała całkiem nieźle, ale ja od razu
zapragnąłem przywieźć Maureen ze sobą do domu na Święto Dziękczynienia.
Pułkownik przedstawił mnie (jako "Kluchę") chłopakom siedzącym przy
rozchwianym drewnianym stole, ale ja zapamiętałem tylko imię "Takumi",
które wczoraj wymieniła Alaska. Takumi, chudy Japończyk, raptem
kilkanaście centymetrów wyższy od Pułkownika, mówił z pełnymi ustami,
podczas gdy ja przeżuwałem powoli, rozkoszując się chrupkością naleśnika
z fasolą.
- Boże - powiedział do mnie Takumi - nie ma nic lepszego niż widok
faceta jedzącego swoje pierwsze bufrido.
Nie mówiłem zbyt wiele - częściowo dlatego, że nikt mnie o nic nie
pytał, a częściowo dlatego, że chciałem zjeść tyle, ile zdołam. Ale
Takumi tak się nie ograniczał - potrafił, i faktycznie to robił, jeść,
przeżuwać, łykać i rozmawiać jednocześnie.
Lunchowa dyskusja skupiła się na dziewczynie, która miała być
współlokatorką Alaski, Maryi, i jej chłopaku, Paulu, Wojowniku Dnia
Powszedniego. Jak się dowiedziałem, zostali wywaleni ze szkoły w ostatnim tygodniu zeszłego roku szkolnego za to, co Pułkownik nazwał
"Trifektą" - złapano ich w trakcie popełniania naraz trzech przestępstw
karanych wyrzuceniem z Culver Creek. Leżąc razem nago w łóżku ("kontakt
genitalny", tzn. przestępstwo #1), już na bani (#2), palili jointy (#3),
kiedy do pokoju wparował Orzeł. Krążyły plotki, że ktoś ich zakapował, i wydawało się, że Takumi postawił sobie za punkt honoru dowiedzieć się
kto - do tego stopnia, by wykrzykiwać o tym z ustami zapchanymi bufrido.
- Paul to dupek - powiedział Pułkownik. - Nie zakapowałbym ich, ale
każdy, kto idzie do łóżka z Wojownikiem Dnia Powszedniego takim jak
Paul, posiadaczem jaguara, zasługuje na to, co dostał.
- Chłopie - odparł Takumi. - Tfoja ciewczyna - tu przełknął kęs - też
jest Wojowniczką.
- Słuszna uwaga - zaśmiał się Pułkownik. - Ten niezaprzeczalny fakt
wywołuje mój nieustanny żal. Ale nie jest takim dupkiem jak Paul.
- No nie wiem - uśmiechnął się znacząco Takumi. Pułkownik znowu
wybuchnął śmiechem, a ja zastanawiałem się, dlaczego nie broni swojej
dziewczyny. Nie przeszkadzałoby mi, gdyby moja dziewczyna była
posiadaczką jaguara i zarazem cyklopem z brodą - cieszyłbym się, gdybym
w ogóle miał z kim chodzić.
Tego wieczoru, kiedy Pułkownik wpadł do pokoju po papierosy (chyba
zapomniał, że formalnie ciągle były moje), nie
marzyłem wcale o tym, żeby zapytał, czy chcę pójść z nimi. W szkole
publicznej znałem wielu takich, którzy z przyzwyczajenia nienawidzili
tego albo tamtego rodzaju ludzi - publiczni nie lubili prywatnych itd. -
zawsze wydawało mi się to okropną stratą czasu. Pułkownik nie wspomniał,
gdzie spędzi popołudnie ani gdzie ma zamiar spędzić wieczór, ale
wychodząc, zamknął za sobą drzwi, więc odgadłem, że gdziekolwiek się
udawał, nie byłem tam mile widziany.
Zgodziłem się więc na to przymusowe odosobnienie i spędziłem wieczór,
surfując w Sieci (żadnej pornografii, przysięgam) i czytając Ostatnie
dni, książkę o Richardzie Nixonie i Watergate. Na kolację odgrzałem
sobie w mikrofalówce zimne bufrido, które Pułkownik wyniósł ze stołówki.
Przypomniało mi to wieczory na Florydzie, choć tutaj jedzenie było
lepsze i brakowało klimatyzacji. Czułem się przyjemnie swojsko, leżąc w łóżku i czytając.
Zdecydowałem się postąpić zgodnie z tym, co z pewnością radziłaby mi
moja matka, a mianowicie wyspać się porządnie przed pierwszym dniem
zajęć. Francuski zaczynał się o 8.10 i kalkulując, że włożenie na siebie
ubrań i przejście do klasy nie zajmie mi więcej niż osiem minut,
nastawiłem budzik na 8.02. Wziąłem prysznic, a potem położyłem się w łóżku i czekałem, aż sen uwolni mnie od upału. Około 23.00 zdałem sobie
sprawę, że bardziej skorzystam z przyczepionego do łóżka wiatraczka,
jeśli zdejmę koszulę, i w końcu zasnąłem na pościeli, w samych
bokserkach.
Kilka godzin później pożałowałem tej decyzji, bo obudziły mnie dwie
spocone, umięśnione łapy, które trzęsły mną jak diabli. Ocknąłem się
natychmiast i usiadłem na łóżku, przerażony. Z jakiegoś powodu nie
mogłem zrozumieć głosów, nie mogłem zrozumieć, skąd się w ogóle wzięły,
i która, do cholery, jest godzina. I w końcu, kiedy oprzytomniałem na
tyle, aby usłyszeć: "Jazda, dzieciaku. Nie zmuszaj nas, żebyśmy kopali
cię w dupę. Wstawaj", z górnego piętra dobiegły mnie słowa Pułkownika:
"Chryste, Klucha, po prostu wstań". Więc wstałem i po raz pierwszy
zobaczyłem trzy niewyraźne postacie. Dwie z nich chwyciły mnie za
przedramiona i wyprowadziły z pokoju. Na odchodnym Pułkownik wymamrotał:
- Baw się dobrze. Tylko nie za ostro z nim, Kevin.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki