Szukając Alaski - John Green

Kup ebooka

34.90 zł
29.67 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

(136 dni PRZED)

Na tydzień przed tym jak opu­ści­łem moją rodzinę, Flo­rydę i całą resztę swo­jego nie­doj­rza­łego życia, by wyru­szyć do szkoły z inter­na­tem w Ala­ba­mie, moja matka uparła się, aby wydać przy­ję­cie poże­gnalne. Gdy­bym powie­dział, że mia­łem nie­wy­gó­ro­wane ocze­ki­wa­nia, byłoby to dra­ma­tyczne nie­do­mó­wie­nie. Zosta­łem w zasa­dzie zmu­szony do tego, by zapro­sić wszyst­kich moich "szkol­nych przy­ja­ciół", to zna­czy łach­ma­niar­ską bandę z kółka teatral­nego i typ­ków z angiel­skiego, z któ­rymi prze­sia­dy­wa­łem z towa­rzy­skiej koniecz­no­ści w zapa­dłych lochach szkol­nej kafe­te­rii, choć wie­dzia­łem, że nie przyjdą. Mimo to matka obsta­wała przy swoim, trwa­jąc w bło­gich złu­dze­niach, że przez te wszyst­kie lata ukry­wa­łem przed nią swoją popu­lar­ność. Przy­go­to­wała mnó­stwo dipu z kar­czo­chów. Przy­ozdo­biła nasz salon zie­lo­nymi i żół­tymi ser­pen­ty­nami, w bar­wach mojej nowej szkoły. Kupiła dwa tuziny bute­lek szam­pana z kor­kiem i usta­wiła je dookoła sto­lika kawo­wego.

A kiedy nad­szedł ten ostatni pią­tek i byłem pra­wie spa­ko­wany, o 16.56 usia­dła ze mną i tatą na kana­pie i cier­pli­wie ocze­ki­wała przy­by­cia kawa­le­rii pod wezwa­niem "Do widze­nia, Mile­sie". Wspo­mniana kawa­le­ria skła­dała się z dwojga ludzi: Marie Law­son, drob­nej blon­dynki w pro­sto­kąt­nych oku­la­rach, i jej pulch­nego (łagod­nie mówiąc) chło­paka, Willa.

- Hej, Miles - powie­działa Marie, sado­wiąc się na kana­pie.

- Hej - odpo­wie­dzia­łem.

- Jak ci minęło lato? - zapy­tał Will.

- W porządku. A tobie?

- Nie­źle. Wysta­wia­li­śmy Jesus Christ Super­star. Poma­ga­łem przy sce­no­gra­fii. Marie robiła świa­tła - powie­dział Will.

- Super. - Ski­ną­łem, uda­jąc, że wiem, o co cho­dzi, i to wła­ści­wie wyczer­pało nasz zestaw tema­tów do kon­wer­sa­cji. Mogłem zadać pyta­nie o Jesus Christ Super­star, tylko że: 1. nie wie­dzia­łem, co to jest, 2. nie chcia­łem wie­dzieć, i 3. ni­gdy nie byłem mocny w towa­rzy­skich poga­węd­kach. Moja mama - w prze­ci­wień­stwie do mnie - potrafi godzi­nami zaba­wiać gości roz­mową i tak oto przy­czy­niła się do prze­dłu­że­nia nie­zręcz­nej sytu­acji, pyta­jąc ich o plan prób, jak wyszło przed­sta­wie­nie i czy oka­zało się suk­ce­sem.

- Wydaje mi się, że tak - przy­znała Marie. - Przy­szło dużo ludzi. Tak mi się wydaje.

Marie była typem osoby, któ­rej cią­gle się coś wydaje.

W końcu ode­zwał się Will:

- No cóż, wpa­dli­śmy tylko, żeby się poże­gnać. Muszę odpro­wa­dzić Marie do domu przed szó­stą. Baw się dobrze w nowej szkole, Miles.

- Dzięki - odpar­łem z ulgą. Jedyną rze­czą gor­szą od przy­ję­cia, na któ­rym nie ma nikogo, jest przy­ję­cie, na które przy­szło dwoje strasz­nie, kom­plet­nie nie­in­te­re­su­ją­cych ludzi.

Wyszli - i tak oto sie­dzia­łem z rodzi­cami, gapiąc się w pusty ekran tele­wi­zora. Chcia­łem go włą­czyć, ale wie­dzia­łem, że nie powi­nie­nem. Czu­łem na sobie spoj­rze­nia ich obojga, jak cze­kali, aż wybuchnę pła­czem albo coś w tym stylu, jak­bym od samego początku nie wie­dział, że tak wyj­dzie. Wie­działem. Czu­łem ich litość, kiedy zanu­rzali chipsy w dipie kar­czo­cho­wym prze­zna­czo­nym dla moich wyima­gi­no­wa­nych przy­ja­ciół, ale to im potrzebna była litość, w każ­dym razie bar­dziej niż mnie; ja nie byłem roz­cza­ro­wany. Moim ocze­ki­wa­niom stało się zadość.

- To dla­tego chcesz wyje­chać, Miles? - zapy­tała mama.

Przez chwilę obra­ca­łem w myślach to pyta­nie, patrząc wszę­dzie, tylko nie na nią.

- Yyy... nie - wyją­ka­łem.

- No to dla­czego? - dopy­ty­wała. Nie pierw­szy raz zadała mi to pyta­nie. Mama nie­spe­cjal­nie pra­gnęła puścić mnie do szkoły z inter­na­tem i nie robiła z tego tajem­nicy.

- Przeze mnie? - pod­su­nął tata. Cho­dził do Culver Creek, tej samej szkoły, do któ­rej się wybie­ra­łem, tak jak oby­dwaj jego bra­cia i ich wszyst­kie dzieci. Myślę, że podo­bał mu się pomysł, abym poszedł w jego ślady. Moi wujo­wie opo­wia­dali histo­rie o tym, jak ojciec sły­nął w kam­pu­sie z sza­leń­czych eska­pad, które wsze­lako nie prze­szka­dzały mu osią­gać świet­nych wyni­ków w nauce. Wyda­wało się, że życie w Culver Creek będzie lep­sze od tego tutaj, na Flo­ry­dzie. Ale nie, to nie z powodu taty. Nie­zu­peł­nie.

- Chwi­leczkę - powie­dzia­łem. Posze­dłem do gabi­netu ojca i zna­la­złem bio­gra­fię François Rabe­lais'go. Lubi­łem czy­tać bio­gra­fie pisa­rzy, nawet jeśli (jak w wypadku pana Rabe­lais'go) ni­gdy nie czy­ta­łem żad­nych ich ksią­żek. Prze­wer­to­wa­łem książkę i zna­la­złem na końcu pod­kre­ślony odbla­sko­wym mar­ke­rem cytat ("NI­GDY NIE UŻY­WAJ MAR­KERA W MOICH KSIĄŻ­KACH" - powta­rzał mi ojciec tysiące razy. No to jak ina­czej potem zna­leźć to, czego szu­kasz?).

- Więc ten facet - powie­dzia­łem, sto­jąc w drzwiach salonu - François Rabe­lais. Był poetą. A jego ostat­nie słowa to "Udaję się na poszu­ki­wa­nie Wiel­kiego Być Może". Dla­tego wyjeż­dżam. Żebym nie musiał cze­kać z poszu­ki­wa­niem Wiel­kiego Być Może do śmierci.

To ich uspo­ko­iło. Goni­łem za Wiel­kim Być Może i oni wie­dzieli rów­nie dobrze jak ja, że nie znajdę go z ludźmi pokroju Willa i Marie. Usia­dłem z powro­tem na kana­pie, mię­dzy mamą i tatą, tata oto­czył mnie ramie­niem i trwa­li­śmy tak w ciszy długi czas, aż do chwili, kiedy wyglą­dało na to, że można już włą­czyć tele­wi­zor, a potem zje­dli­śmy dip kar­czo­chowy na kola­cję i obej­rze­li­śmy kanał histo­ryczny, ale prze­cież bywają znacz­nie gor­sze poże­gnalne przy­ję­cia.

(128 dni PRZED)

Na Flo­ry­dzie było pie­kiel­nie gorąco, to oczy­wi­ste, a ponadto wil­gotno. Tak gorąco, że ciu­chy kle­iły się do cie­bie jak pla­ster, a pot kapał ci z czoła na policzki jak łzy. Ale gorąco było tylko na dwo­rze, a ja z reguły wycho­dzi­łem na dwór tylko po to, by przejść z jed­nego kli­ma­ty­zo­wa­nego pomiesz­cze­nia do dru­giego.

Dla­tego nie byłem przy­go­to­wany na jedyny w swoim rodzaju upał, któ­rego można doświad­czyć pięt­na­ście mil na połu­dnie od Bir­ming­ham w Ala­ba­mie, w Szkole Przy­go­to­waw­czej Culver Creek. Bryka rodzi­ców była zapar­ko­wana na tra­wie, kilka stóp od mojego pokoju, pokoju numer 43. Ale za każ­dym razem, kiedy poko­ny­wa­łem te kilka kro­ków do i z samo­chodu, żeby wypa­ko­wać to, co teraz wyglą­dało mi na sta­now­czo za dużo rze­czy, słońce prze­pa­lało mi ubra­nie aż do skóry z zawistną wście­kło­ścią, któ­rej zaczą­łem się bać niczym zapo­wie­dzi ognia pie­kiel­nego.

Prze­nie­sie­nie rze­czy z samo­chodu zabrało nam tylko kilka minut, ale mój nie­kli­ma­ty­zo­wany pokój inter­na­towy, choć, dzięki Bogu, nie w peł­nym słońcu, był w sumie nie­wiele chłod­niej­szy. Byłem zasko­czony: wyobra­ża­łem sobie plu­szowy dywan, boaze­rię na ścia­nach i wik­to­riań­skie meble. Poza jedyną atrak­cją - wła­sną łazienką - dosta­łem pudełko ze ścia­nami z pusta­ków pokry­tymi grubo war­stwami bia­łej farby i z pod­łogą wyło­żoną zie­lono-bia­łym lino­leum. To miej­sce przy­po­mi­nało bar­dziej szpi­tal niż pokój w inter­na­cie z moich marzeń. Pię­trowe łóżko z nie­wy­koń­czo­nego drewna, z mate­ra­cami z gąbki, stało przy oknie. Biurka, szafki i półki na książki były na stałe przy­mo­co­wane do ścian, co miało zapo­biec kre­atyw­nemu pla­no­wa­niu prze­strzeni. No i brak kli­ma­ty­zacji.

Sie­dzia­łem na dol­nym łóżku, kiedy mama otwo­rzyła walizkę, wyjęła z niej stos bio­gra­fii, z któ­rymi tata zgo­dził się roz­stać, i zaczęła ukła­dać je na rega­łach.

- Potra­fię się roz­pa­ko­wać, mamo - powie­dzia­łem. Tata wstał. Był gotów do odjazdu.

- Daj przy­naj­mniej posłać ci łóżko - upie­rała się mama.

Nie, naprawdę. Umiem to zro­bić. W porządku.

Bo nie można prze­cią­gać tych spraw w nie­skoń­czo­ność. W któ­rymś momen­cie po pro­stu pocią­gasz za pla­ster i boli, ale za chwilę jest już po wszyst­kim i czu­jesz ulgę.

- Mój Boże, ale będziemy tęsk­nić - wes­tchnęła mama, prze­ska­ku­jąc mię­dzy waliz­kami, żeby dostać się do łóżka. Wsta­łem i uści­ska­łem ją. Tata też pod­szedł i stwo­rzy­li­śmy swego rodzaju stadko.

Było za gorąco i byli­śmy zbyt spo­ceni, aby uści­ski mogły trwać długo. Wie­dzia­łem, że powi­nie­nem uro­nić parę łez, ale miesz­ka­łem z rodzi­cami już szes­na­ście lat i próbna sepa­ra­cja powinna była nastą­pić już dawno.

- Luzik - uśmiech­ną­łem się. - Nauczę się godać po połu­dnio­wemu.

Mama zaśmiała się.

- Tylko nie zrób jakie­goś głup­stwa - prze­strzegł mnie tata.

- Spoko.

Żad­nych nar­ko­ty­ków. Żad­nego picia. Żad­nych papie­ro­sów.

Jako uczeń Culver Creek robił rze­czy, które zna­łem tylko ze sły­sze­nia: tajne przy­ję­cia, biegi na golasa przez pola z sia­nem (zawsze jęczał, jak to wtedy bra­ko­wało dziew­czyn), dragi, picie i fajki. Rzu­ce­nie pale­nia zajęło mu tro­chę czasu, ale jego durne lata minęły na dobre.

- Kocham cię - wypa­lili jed­no­cze­śnie. Nale­żało to powie­dzieć, ale przy tych sło­wach poczu­łem się tak nie­zręcz­nie, jak­bym patrzył na cału­ją­cych się bab­cię i dziadka.

- Ja was też. Będę dzwo­nił co nie­dziela. - Nasze pokoje nie miały tele­fo­nów, ale rodzice wystą­pili z prośbą, aby umiesz­czono mnie w pokoju w pobliżu jed­nego z pię­ciu auto­ma­tów, jakie posia­dało Culver Creek.

Uści­skali mnie znowu - mama, potem tata - i było po wszyst­kim. Patrzy­łem przez okno, jak wyjeż­dżają z kam­pusu krętą drogą. Powi­nie­nem może poczuć lepki, sen­ty­men­talny smu­tek. Ale przede wszyst­kim chcia­łem po pro­stu ochło­nąć, więc zabra­łem jedno z krze­seł i usia­dłem przed drzwiami w cie­niu okapu, cze­ka­jąc na wiatr, który nie przy­cho­dził. Powie­trze na zewnątrz było tak samo nie­ru­chome i męczące, jak powie­trze w środku. Ogar­ną­łem wzro­kiem swój nowy inter­nat: sześć jed­no­pię­tro­wych budyn­ków, po szes­na­ście pokoi w każ­dym, ukła­dało się w sze­ścio­kąt dookoła roz­le­głego tra­wia­stego okręgu. Wyglą­dał jak prze­ro­śnięty stary motel. Wszę­dzie cho­dzili chłopcy z dziew­czy­nami, śmie­jąc się i ści­ska­jąc. Mia­łem nikłą nadzieję, że ktoś podej­dzie i poroz­ma­wia ze mną. Wyobra­zi­łem sobie kon­wer­sa­cję:

- Hej. To twój pierw­szy rok?

- Zga­dza się. Jestem z Flo­rydy.

- Super. To pew­nie jesteś przy­zwy­cza­jony do upału.

- Do tego upału nie był­bym przy­zwy­cza­jony nawet wów­czas, gdy­bym był z Hadesu - zażar­to­wał­bym. Zro­bił­bym dobre wra­że­nie zaraz na star­cie. "Jest zabawny. Ten facet Miles jest prze­za­bawny".

To oczy­wi­ście się nie wyda­rzyło. Nic ni­gdy nie działo się tak, jak to sobie wyobra­ża­łem.

Znu­dzony, wsze­dłem z powro­tem do środka, zdją­łem koszulę, poło­ży­łem się na roz­grza­nej od upału gąbce mate­raca z dol­nego łóżka i zamkną­łem oczy. Ni­gdy nie doświad­czy­łem powtór­nych naro­dzin przez chrzest, z pła­czem itp., ale nie mogłem czuć się lepiej niż teraz, nowo naro­dzony facet z jego nie­znaną tu nikomu prze­szło­ścią. Myśla­łem o ludziach zna­nych mi z ksią­żek - Joh­nie F. Ken­ne­dym, Jame­sie Joy­sie, Hum­ph­reyu Bogar­cie - któ­rzy cho­dzili do szkół z inter­na­tami, i ich przy­go­dach. Ken­nedy na przy­kład uwiel­biał odsta­wiać numery. Pomy­śla­łem o Wiel­kim Być Może i o tym, co się może zda­rzyć, o ludziach, któ­rych mogę spo­tkać, i o tym, kim okaże się mój współ­lo­ka­tor (kilka tygo­dni wcze­śniej dosta­łem list, w któ­rym podano mi jego nazwi­sko, Chip Mar­tin, ale żad­nych dal­szych infor­ma­cji). Kim­kol­wiek był Chip Mar­tin, pokła­da­łem w Bogu nadzieję, że przy­wie­zie ze sobą kilka super­wen­ty­la­to­rów, bo ja nie zapa­ko­wa­łem do swo­ich wali­zek ani jed­nego, i już czu­łem, jak na mate­racu zbiera się kałuża mojego potu, co mnie tak znie­sma­czyło, że prze­sta­łem się nad sobą roz­tkli­wiać i ruszy­łem tyłek, żeby zna­leźć jakiś ręcz­nik do wytar­cia mokrej plamy. A następ­nie pomy­śla­łem: "Cóż, przed przy­godą roz­pa­ko­wy­wa­nie".

Udało mi się przy­kleić na ścia­nie mapę świata i scho­wać więk­szość ciu­chów do szu­flad, gdy zauwa­ży­łem, że od gorą­cego, wil­got­nego powie­trza pocą się nawet ściany, i zde­cy­do­wa­łem, że nie czas teraz na pracę fizyczną. Czas na wspa­niale zimny prysz­nic.

W małej łazience za drzwiami było olbrzy­mie, peł­no­wy­mia­rowe lustro, więc nie mogłem nie zoba­czyć sie­bie nagiego w lustrze, gdy pochy­la­łem się, żeby odkrę­cić wodę. Zawsze dzi­wiło mnie to, jaki jestem chudy: ręce nie­wiele grub­sze w ramio­nach niż w nad­garst­kach, na kla­cie ani śladu tłusz­czu czy mię­śni, i zasta­na­wia­łem się z zaże­no­wa­niem, czy nie można cze­goś zro­bić z tym lustrem. Odsło­ni­łem nie naj­pięk­niej­szą białą zasłonkę i wsu­ną­łem się do kabiny.

Na nie­szczę­ście, prysz­nic wyda­wał się zapro­jek­to­wany dla kogoś o wzro­ście w przy­bli­że­niu stu dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów, więc zimna woda ude­rzyła mnie w dolne żebra - z całą mocą kapią­cego kranu. Aby zmo­czyć swoją spo­coną twarz, musia­łem roz­sta­wić nogi i przy­kuc­nąć. Z pew­no­ścią John F. Ken­nedy (który miał, według bio­grafa, sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu, czyli dokład­nie tyle co ja) nie musiał kucać w swoim inter­na­cie. Nie, to była zupeł­nie inna bestia, i gdy kapiący prysz­nic powoli zra­szał moje ciało, zasta­na­wia­łem się, czy znajdę tu w ogóle Wiel­kie Być Może, czy też grubo się prze­li­czy­łem.

Kiedy otwar­łem drzwi łazienki, mając na sobie tylko ręcz­nik, któ­rym owi­ną­łem bio­dra, zoba­czy­łem w drzwiach niskiego, musku­lar­nego faceta z burzą ciem­nych wło­sów. Wlókł za sobą gigan­tyczny worek w kolo­rze khaki. Miał metr pięć­dzie­siąt i ani cen­ty­me­tra wię­cej, ale był dobrze zbu­do­wany, niczym model Ado­nisa w skali. Cią­gnął się za nim smród zatę­chłego dymu papie­ro­so­wego. "Świet­nie", pomy­śla­łem sobie. "Przyj­muję mojego współ­lo­ka­tora w negliżu". Wtasz­czył worek do pokoju, zamknął drzwi i pod­szedł do mnie.

- Jestem Chip Mar­tin - ogło­sił głę­bo­kim gło­sem radio­wego didżeja. Zanim zdo­ła­łem odpo­wie­dzieć, dodał: - Uści­snął­bym ci rękę, ale zdaje się, że musisz cho­ler­nie mocno przy­trzy­my­wać ten ręcz­nik, dopóki nie znaj­dziesz sobie jakichś ciu­chów.

Zaśmia­łem się i ski­ną­łem głową (to jest cool, nie?, zna­czy się ski­nię­cie), i powie­dzia­łem:

- Miles Hal­ter. Miło mi.

- Mil-es, tak jak w "i wiele mil od snu mnie dzieli"1? - zapy­tał mnie.

- Że co?

- To wiersz Roberta Fro­sta. Nie czy­ta­łeś?

Potrzą­sną­łem głową. Nie.

- No to szczę­ściarz z cie­bie - uśmiech­nął się.

Zabra­łem jakąś czy­stą bie­li­znę, nie­bie­skie szorty Adi­dasa do gry w nogę i biały T-shirt, wymam­ro­ta­łem, że wrócę za sekundę, i zamkną­łem się w łazience. To tyle, jeśli cho­dzi o dobre pierw­sze wra­że­nie.

- Gdzie są twoi rodzice? - zapy­ta­łem z łazienki.

- Rodzice? Ojciec jest w tej chwili w Kali­for­nii. Pew­nie sie­dzi w mar­ko­wym fotelu. Albo pro­wa­dzi pikapa. Tak czy ina­czej, pije. Matka wła­śnie praw­do­po­dob­nie wyjeż­dża z kam­pusu.

- O - powie­dzia­łem już ubrany, nie­pewny, jak zare­ago­wać na tak oso­bi­ste infor­ma­cje. Chyba nie powi­nie­nem był pytać, skoro wola­łem nie wie­dzieć.

Chip chwy­cił prze­ście­ra­dło i rzu­cił je na górne łóżko.

- Jestem czło­wie­kiem z góry. Mam nadzieję, że ci to nie prze­szka­dza.

- Yyy, nie. Tak czy tak, będzie dobrze.

- Widzę, że zdą­ży­łeś już wal­nąć parę deko­ra­cji - powie­dział, wska­zu­jąc na mapę świata. - Spoko.

A potem zaczął wymie­niać nazwy kra­jów. Mówił mono­ton­nie, jakby robił to już wcze­śniej tysiąc razy.

Afga­ni­stan.

Alba­nia.

Algie­ria.

Ame­ry­kań­skie Samoa.

Andora.

I tak dalej. Zdą­żył prze­brnąć przez "A", kiedy pod­niósł wzrok i zauwa­żył, że gapię się na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Mógł­bym wyre­cy­to­wać resztę, ale zanu­dził­byś się na śmierć. Nauczy­łem się tego w lecie. Boże, nie masz poję­cia jak nudno jest w New Hope w Ala­ba­mie w środku lata. Naj­więk­sza roz­rywka to przy­glą­da­nie się, jak rośnie soja. A tak w ogóle, skąd jesteś?

- Z Flo­rydy - uści­śli­łem.

- Nie byłem.

- To nie­sa­mo­wite, zna­czy te kraje - powie­dzia­łem.

- Każdy ma jakiś talent. Ja potra­fię zapa­mię­ty­wać różne rze­czy. A ty?

- Znam ostat­nie słowa sław­nych ludzi. Ucze­nie się ostat­nich słów było moją przy­jem­no­ścią. Inni mieli swoją cze­ko­ladę, ja mia­łem przed­śmiertne dekla­ra­cje.

- Na przy­kład?

- Lubię ostat­nie słowa Hen­ryka Ibsena. Był dra­ma­tur­giem.

Wie­dzia­łem dużo o Ibse­nie, ale ni­gdy nie prze­czy­ta­łem żad­nej z jego sztuk. Nie lubi­łem czy­tać dra­ma­tów. Lubi­łem czy­tać bio­gra­fie.

- Jasne, wiem, kim on był - powie­dział Chip.

- No więc, od pew­nego czasu był chory i pie­lę­gniarka powie­działa do niego: "Wygląda na to, że dziś czuje się pan o wiele lepiej", a Ibsen popa­trzył na nią i powie­dział: "Wprost prze­ciw­nie" - i umarł.

Chip wybuch­nął śmie­chem.

- Maka­bryczne. Ale podoba mi się.

Powie­dział mi, że to jego trzeci rok w Culver Creek. Przy­szedł tutaj w dzie­wią­tej kla­sie, na początku szkoły śred­niej, i był teraz w jede­na­stej, tak jak ja. Sty­pen­dy­sta, jak powie­dział. Pełna jazda. Sły­szał, że to naj­lep­sza szkoła w Ala­ba­mie, więc napi­sał w poda­niu, jak bar­dzo chciałby cho­dzić do szkoły, gdzie mógłby czy­tać grube książki. Pro­blem w tym, pisał dalej, że w domu tata zawsze walił go książ­kami po gło­wie, więc Chip dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa trzy­mał tylko cien­kie książki w mięk­kiej opra­wie. Jego rodzice roz­wie­dli się, kiedy był w dru­giej kla­sie. Lubił "Creek", jak nazy­wał szkołę, ale ostrzegł mnie: "Musisz tutaj uwa­żać na uczniów i na nauczy­cieli. A ja nie cier­pię uwa­żać" - uśmiech­nął się zna­cząco. I ja nie cier­pia­łem uwa­żać - albo przy­naj­mniej chcia­łem nie cier­pieć.

Powie­dział mi to, kopiąc w swoim worku i wrzu­ca­jąc ubra­nia do szu­flad z wiel­kim zapa­łem. Chip nie wie­rzył w posia­da­nie "szu­flady na skar­pety" albo "szu­flady na T-shirty". Wie­rzył w rów­no­upraw­nie­nie wszyst­kich szu­flad i wypeł­niał je tym, co popa­dło. Moja matka dosta­łaby zawału.

Kiedy tylko skoń­czył się "roz­pa­ko­wy­wać", wal­nął mnie zdrowo w ramię i powie­dział:

- Mam nadzieję, że jesteś sil­niej­szy, niż na to wyglą­dasz - a potem wyszedł, zosta­wia­jąc za sobą otwarte drzwi. Po kilku sekun­dach poja­wiła się w nich jego głowa. Zoba­czył, że stoję w bez­ru­chu:

- No chodź, wiele-Mil-esie Hal­te­rze. Mamy kupę spraw do zała­twie­nia.

Poszli­śmy do pokoju tele­wi­zyj­nego, w któ­rym według Chipa znaj­do­wał się jedyny w kam­pu­sie odbior­nik tele­wi­zji kablo­wej. W lecie pokój ten słu­żył jako maga­zyn. Wypchany był pra­wie po sufit tap­cza­nami i zwi­nię­tymi dywa­nami, a teraz pękał w szwach od tłumu dzie­cia­ków pró­bu­ją­cych zna­leźć, a potem wynieść swoje rze­czy. Chip przy­wi­tał się z niektó­rymi, ale mnie nie przed­sta­wił. Gdy on wędro­wał przez wypeł­niony tap­cza­nami labi­rynt, ja sta­łem przy wej­ściu do pokoju, robiąc, co tylko w mojej mocy, aby nie zagra­dzać drogi współ­lo­ka­to­rom, gdy manew­ro­wali meblami, wyno­sząc je przez wąskie drzwi fron­towe.

Zna­le­zie­nie swo­ich rze­czy zajęło Chi­powi dzie­sięć minut, a potem zeszła nam jesz­cze godzina na czte­rech wyciecz­kach tam i z powro­tem przez podwórko mię­dzy poko­jem tele­wi­zyj­nym i poko­jem 43. Pod koniec mia­łem ochotę wczoł­gać się do mini­lo­dówki Chipa i zahi­ber­no­wać się w niej na tysiąc lat, ale Chip był chyba odporny i na zmę­cze­nie, i na upał. Usia­dłem na jego tap­cza­nie.

- Zna­la­złem go na chod­niku nie­da­leko mojego domu kilka lat temu - powie­dział, wska­zu­jąc na tap­czan i pra­cu­jąc nad insta­lo­wa­niem mojej kon­soli Play­Sta­tion 2 na swo­jej szafce w nogach łóżka. - Wiem, że na skó­rze jest parę pęk­nięć, ale co tam. To fajow­skie wyro. - Na skó­rze było tro­chę wię­cej niż parę pęk­nięć: pokry­cie tap­czanu w mniej wię­cej trzy­dzie­stu pro­cen­tach skła­dało się ze sztucz­nej skóry w kolo­rze błę­kitu majt­ko­wego i w sie­dem­dzie­się­ciu pro­cen­tach z pianki, ale mimo to czu­łem się na nim dia­bel­nie dobrze.

- Spoks - rzu­cił. - Już pra­wie jeste­śmy w domu. - Pod­szedł do swo­jego biurka i wycią­gnął z szu­flady taśmę kle­jącą. - Potrzebna nam tylko twoja walizka.

Wsta­łem, wycią­gną­łem walizkę spod łóżka, a Chip umie­ścił ją pomię­dzy tap­cza­nem a Play­Sta­tion 2 i zaczął odry­wać cien­kie paski taśmy. Nakleił je na walizkę w taki spo­sób, że utwo­rzyły napis: STO­LIK KAWOWY.

- No pro­szę - powie­dział. Wstał i wyło­żył nogi na ten, no, sto­lik kawowy. - Gotowe.

Usia­dłem obok niego, a on przyj­rzał mi się i rzu­cił znie­nacka:

- Słu­chaj. Nie będę twoim prze­wod­ni­kiem po życiu towa­rzy­skim Culver Creek.

- No okej - przy­tak­ną­łem, czu­jąc, jak słowa wię­zną mi w gar­dle. Prze­no­szę wyro tego gościa pod roz­pa­lo­nym do bia­ło­ści słoń­cem, a on mnie nie lubi?

- Zasad­ni­czo mamy tu dwie grupy - zaczął wyja­śniać z coraz więk­szym znie­cier­pli­wie­niem. - Zwy­kłych, nor­mal­nych inter­na­tow­ców, jak ja, i Wojow­ni­ków Dnia Powsze­dniego; prze­by­wają tu w ciągu tygo­dnia, ale to bogate dzie­ciaki, które naprawdę pocho­dzą z Bir­ming­ham i co week­end wra­cają do kli­ma­ty­zo­wa­nych rezy­den­cji swo­ich rodzi­ców. Te dzie­ciaki to elita. Nie lubię ich, a oni mnie, więc jeśli myśla­łeś, że jesteś Bóg wie kim w swo­jej szkole publicz­nej, i na­dal ci się wydaje, że możesz się uwa­żać za Bóg wie kogo, to lepiej, żeby nikt cię tutaj ze mną nie widział. Cho­dzi­łeś do szkoły publicz­nej, prawda?

- Aaa... - wymam­ro­ta­łem w roz­tar­gnie­niu i zaczą­łem sku­bać pęk­nię­cia w obi­ciu tap­czanu, wbi­ja­jąc palce w białą piankę.

- Jasne, że tak, bo gdy­byś cho­dził do pry­wat­nej, to miał­byś lepiej dopa­so­wane szorty - zaśmiał się.

Nosi­łem spodenki tro­chę poni­żej bio­der, co, jak sądzi­łem, było cool. W końcu powie­dzia­łem:

- Taa. Cho­dzi­łem do szkoły publicz­nej. Ale nie byłem tam Bóg wie kim, Chip. Bóg jeden wie, kim ja tam byłem.

- Ha! Dobre. I nie nazy­waj mnie Chip. Nazy­waj mnie Puł­kow­nik.

Stłu­mi­łem śmiech. "Puł­kow­nik"?

- Wła­śnie. Puł­kow­nik. A cie­bie nazwiemy... hmmm. Klu­cha.

- Hę?

- Klu­cha - powtó­rzył Puł­kow­nik. - Bo jesteś chudy. To się nazywa iro­nia, Klu­cha. Sły­sza­łeś kie­dyś o czymś takim? A teraz chodźmy po papie­rosy i zacznijmy ten rok jak należy.

Wyszedł z pokoju, znowu przyj­mu­jąc za rzecz oczy­wi­stą, że udam się za nim, co tym razem zro­bi­łem. Na szczę­ście zbli­żał się już wie­czór. Prze­szli­śmy pięć pokoi dalej, do pokoju 48. Na drzwiach była przy­kle­jona kartka. Napi­sano na niej nie­bie­skim mar­ke­rem: "Ala­ska ma jedynkę!".

Puł­kow­nik wyja­śnił mi, że 1. to jest pokój Ala­ski, że 2. ma jedynkę, bo dziew­czyna, która miała być jej współ­lo­ka­torką, pod koniec zeszłego roku została wyrzu­cona ze szkoły, i że 3. Ala­ska ma fajki, cho­ciaż Puł­kow­nik nie raczył zapy­tać, czy 4. palę, na co odpo­wiedź brzmi: 5. nie.

Zapu­kał raz, gło­śno. Zza zamknię­tych drzwi dobiegł wrzask:

- Boże, właź, niziołku, mam dla cie­bie cza­der­ską histo­rię!

Weszli­śmy. Odwró­ci­łem się, by zamknąć za sobą drzwi, a Puł­kow­nik potrzą­snął głową i powie­dział:

- Po siód­mej musisz zosta­wiać otwarte drzwi, jeśli jesteś w pokoju dziew­czyny - ale ledwo go dosły­sza­łem, bo oto naj­go­ręt­sza dziew­czyna w histo­rii ludz­ko­ści stała przede mną w obcię­tych dżin­sach i brzo­skwi­nio­wym topie. Mówiła rów­no­cze­śnie z Puł­kow­ni­kiem, gło­śno i szybko.

- No więc pierw­szego dnia lata jestem w wiel­kim sta­rym Vine Sta­tion z tym chło­pa­kiem Justi­nem. Oglą­damy tele­wi­zję na kana­pie u niego w domu - a jak już pamię­tasz, cho­dzę z Jakiem; w zasa­dzie wciąż z nim cho­dzę, to chyba cud, ale Justin to mój przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa - więc oglą­damy tele­wi­zję i gadamy nor­mal­nie o egza­mi­nach albo o czymś takim, a tu Justin obej­muje mnie ramie­niem i myślę sobie: "Och, takie to przy­jemne, jeste­śmy przy­ja­ciółmi już od dawna i tak mi z nim dobrze", i sobie gawę­dzimy, jestem wła­śnie w środku zda­nia o ana­lo­giach albo czymś takim, a on jak dra­pieżny ptak łapie mnie za cycek i trak­tuje go jak klak­son. Po pro­stu nim trąbi. Piiiip. Sta­now­czo-zbyt-mocne, dwu-, trzy­se­kun­dowe PIIIIP. Moja pierw­sza myśl, to "Okej, jak ode­rwać to łap­sko od mojego cycka, zanim zostawi trwałe ślady?". Moja druga myśl, "Boże, nie mogę się docze­kać, aż powiem o tym Taku­miemu i Puł­kow­ni­kowi".

Puł­kow­nik chi­cho­tał. A ja gapi­łem się na nią, ogłu­szony czę­ściowo siłą ema­nu­jącą z tej drob­nej (ale, Boże, jakże kształt­nej) dziew­czyny, a czę­ściowo gigan­tycz­nymi ster­tami ksią­żek, uło­żo­nych wzdłuż ścian. Zbiory jej biblio­teczki wypeł­niały regały, a nawet prze­le­wały się poza nie, two­rząc się­ga­jące do pasa stosy ksią­żek, które pię­trzyły się w róż­nych miej­scach pod ścia­nami. "Gdyby prze­wró­cił się cho­ciaż jeden z nich", pomy­śla­łem sobie, "wsku­tek efektu domina nasza trójka zosta­łaby pochło­nięta przez powódź lite­ra­tury".

- Kto to jest ten facet, który nie śmieje się z mojej prze­ko­micz­nej histo­rii? - zapy­tała.

- No tak. Ala­ska, to jest Klu­cha. Klu­cha zapa­mię­tuje ostat­nie słowa róż­nych ludzi. Klu­cha, to jest Ala­ska, któ­rej pierś została użyta jako klak­son.

Pode­szła do mnie z wycią­gniętą ręką, ale w ostat­nim momen­cie bły­ska­wicz­nie schy­liła się i pocią­gnęła w dół moje szorty.

- To są naj­więk­sze krót­kie spodnie w sta­nie Ala­bama!

- Lubię wor­ko­wate spodnie - powie­dzia­łem lekko ura­żony i pod­cią­gną­łem je w górę. Na Flo­ry­dzie to był ostatni krzyk mody.

- Jak dotąd pod­czas naszego krót­kiego związku, Klu­cha, widy­wa­łem twoje chude nóżki zde­cy­do­wa­nie za czę­sto - stwier­dził Puł­kow­nik z uda­waną powagą. - Ala­ska, sprze­daj nam parę fajek. - I wtedy, w jakiś trudny do wytłu­ma­cze­nia spo­sób, Puł­kow­nik namó­wił mnie, abym zapła­cił pięć bak­sów za paczkę Marl­boro Light, któ­rych nie mia­łem naj­mniej­szego zamiaru palić. Zapro­sił Ala­skę, aby się przy­łą­czyła, ale ona powie­działa:

- Muszę poszu­kać Taku­miego i powie­dzieć mu o PIIIIP.

Następ­nie zwró­ciła się do mnie:

- Widzia­łeś go?

Nie mia­łem poję­cia, czy go widzia­łem, ponie­waż nie mia­łem poję­cia, kto to. Dla­tego tylko pokrę­ci­łem głową.

- Oki. To do zo za parę minut nad jezio­rem. - Puł­kow­nik ski­nął głową.

Nad brze­giem jeziora, na samym skraju piasz­czy­stej (i, jak mi powie­dział Puł­kow­nik, sztucz­nej) plaży, usie­dli­śmy na huś­tawce. Zażar­to­wa­łem obo­wiąz­kowo:

- Tylko nie chwyć mnie za biust.

Puł­kow­nik obo­wiąz­kowo zachi­cho­tał, a potem zapy­tał:

- Chcesz zapa­lić?

Ni­gdy nie wypa­li­łem ani jed­nego papie­rosa, ale kiedy wej­dziesz mię­dzy wrony...

- Tu jest bez­piecz­nie?

- Nie bar­dzo - przy­znał, po czym zapa­lił papie­rosa i podał go mnie.

Zacią­gną­łem się. Zakasz­la­łem. Zachar­ka­łem. Zakrztu­si­łem się. Zakasz­la­łem jesz­cze raz. Myśla­łem, że się porzy­gam. Chwy­ci­łem się roz­huś­ta­nej ławki - krę­ciło mi się w gło­wie - i rzu­ci­łem papie­rosa na zie­mię. Zdu­si­łem go, prze­ko­nany, że papie­rosy nie były wli­czone w Wiel­kie Być Może.

- Dużo palisz? - zaśmiał się, potem wska­zał na białą plamkę na jezio­rze i zapy­tał: - Widzisz?

- No - mruk­ną­łem. - Co to jest? Ptak?

- Łabędź - wyja­śnił.

- Ja cię kręcę, szkoła z łabę­dziem.

- Ten łabędź to dia­bel­ski pomiot. Ni­gdy nie zbli­żaj się do niego bar­dziej niż my teraz.

- Czemu?

- Ma coś do ludzi. Chyba kie­dyś ktoś go drę­czył. Roze­rwie cię na strzępy. Orzeł go tam posa­dził, żeby­śmy nie przy­cho­dzili palić nad jezioro.

- Orzeł?

- Pan Star­nes. Kryp­to­nim: Orzeł. Dyrek­tor. Więk­szość nauczy­cieli mieszka w kam­pu­sie i u nich też będziesz miał prze­rą­bane. Ale tylko Orzeł mieszka w obrę­bie inter­natu i widzi abso­lut­nie wszystko. Wyczuje szluga na pięć mil.

- Czy to nie jego dom? - zapy­ta­łem, wska­zu­jąc na budy­nek w oddali. Widzia­łem go dość wyraź­nie mimo ciem­no­ści, co by zna­czyło, że Orzeł też naj­pew­niej widział nas.

- No tak, ale zwy­kle nie działa w try­bie blitz­krieg, póki nie zaczną się zaję­cia - powie­dział Chip non­sza­lancko.

- Boże, rodzice mnie zabiją, jak się wpa­kuję w kło­poty - stwier­dzi­łem.

- Podej­rze­wam, że prze­sa­dzasz. Słu­chaj, na pewno napy­tasz sobie biedy. Jed­na­ko­woż dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent z tego może ni­gdy nie dotrzeć do uszu two­ich rodzi­ców. Szkoła nie chce, żeby twoi rodzice pomy­śleli, że się tutaj zlum­pi­łeś bar­dziej niż do tej pory. - Dmuch­nął mocno dymem w stronę jeziora. Trzeba przy­znać: wyglą­dał cza­dowo, kiedy to robił. Był jakby wyż­szy. - W każ­dym razie, jak wpad­niesz w tara­paty, nie donoś na nikogo. Nie­na­wi­dzę tutej­szych boga­tych gnoj­ków z pasją, którą zacho­wuję poza tym tylko dla zabie­gów den­ty­stycz­nych i mojego ojca. Co nie zna­czy, że bym ich zaka­po­wał. W zasa­dzie jedyne, co się naprawdę liczy, to ni­gdy, ni­gdy, ni­gdy nie kapo­wać.

- Luzik - powie­dzia­łem, choć zasta­na­wia­łem się: "Jak mi ktoś przy­rą­bie w twarz, mam prze­ko­ny­wać wszyst­kich, że wpa­dłem na drzwi?". Wyda­wało mi się to tro­chę głu­pie. Jak radzić sobie z drę­czy­cie­lami i dup­kami, gdy nie można zro­bić im koło pióra? Jed­nak nie zapy­ta­łem o to Chipa.

- Dobra, Klu­cha. Dotar­li­śmy do kolej­nego punktu wie­czoru. Teraz muszę zna­leźć swoją dziew­czynę. Daj mi te parę fajek, któ­rych i tak nie wypa­lisz, i do zoba­cze­nia póź­niej.

Posta­no­wi­łem zostać jesz­cze chwilę na huś­tawce, czę­ściowo dla­tego, że upał zelżał do przy­jem­nych, cho­ciaż par­nych dwu­dzie­stu sied­miu stopni, a czę­ściowo dla­tego, że mia­łem nadzieję, że przyj­dzie Ala­ska. Ale pra­wie dokład­nie w momen­cie gdy Puł­kow­nik odszedł, wkro­czyły na scenę robale; kąśliwe muszki (odno­to­wuję, że naprawdę kąśliwe) i komary brzę­czały w powie­trzu dookoła, tak że cichutki dźwięk ich trą­cych się o sie­bie skrzy­de­łek wywo­ły­wał praw­dziwą kako­fo­nię. I wtedy zde­cy­do­wa­łem się na fajkę.

Naprawdę myśla­łem, że dym odgoni owady. I do pew­nego stop­nia tak się stało. Skła­mał­bym jed­nak, gdy­bym stwier­dził, że zosta­łem pala­czem dla ochrony przed insek­tami. Zosta­łem pala­czem, ponie­waż 1. byłem sam na huś­tawce, 2. mia­łem papie­rosy, i 3. uzna­łem, że skoro wszy­scy inni mogą wypa­lić papie­rosa, nie krztu­sząc się, to ja też, do cho­lery, mogę. Krótko mówiąc, nie mia­łem dobrego powodu. No dobrze, powiedzmy, że 4. cho­dziło o owady.

Zdą­ży­łem sztach­nąć się porząd­nie trzy razy, aż mnie zemdliło, zakrę­ciło mi się w gło­wie i poczu­łem się nie­cał­kiem przy­jem­nie zamro­czony. Zaczą­łem się zbie­rać. Kiedy wsta­łem, usły­sza­łem za sobą głos:

- Naprawdę uczysz się na pamięć ostat­nich słów?

Pod­bie­gła do mnie, chwy­ciła mnie za ramię i popchnęła z powro­tem na huś­tawkę.

- Zga­dza się - powie­dzia­łem. A potem, z waha­niem, doda­łem: - Chcesz mnie spraw­dzić?

- JFK - rzu­ciła.

- "To oczy­wi­ste" - odpar­łem.

- Czy na pewno? - zapy­tała.

- To były jego ostat­nie słowa. Ktoś powie­dział: "Panie pre­zy­den­cie, nie może pan zaprze­czyć, że Dal­las pana kocha", na co on odpowie­dział: "To oczy­wi­ste" - i dostał kulkę.

Zaśmiała się.

- Boże, to straszne. Nie powin­nam się śmiać. Ale będę - i zaśmiała się znów. - Dobra, panie Specu od Ostat­nich Słów. Mam tu coś dla pana. - Się­gnęła po swój wypchany ple­cak i wyjęła książkę: - Gabriel García Márquez, Gene­rał w labi­ryn­cie. Abso­lut­nie jedna z moich ulu­bio­nych. O Simó­nie Bolívarze.

Nie wie­dzia­łem, kim był Simón Bolívar, ale nie zdą­ży­łem zapy­tać, bo nie dała mi czasu.

- To powieść histo­ryczna, więc nie wiem, czy to prawda, ale wiesz, jakie są jego ostat­nie słowa w książce? Nie wiesz. Pozwól, że ci odpo­wiem, sig?or "Poże­gnalne Kwe­stie".

Zapa­liła papie­rosa i zacią­gnęła się nim tak mocno i tak długo, że myśla­łem, iż wypali całego za jed­nym pocią­gnię­ciem. Wypu­ściła dym i prze­czy­tała mi:

- "Wstrzą­snęła nim" - zna­czy Simó­nem Bolívarem - "ośle­pia­jąca, obja­wiona przed chwilą prawda, że sza­leń­cze mio­ta­nie się mię­dzy cho­robą a złud­nymi marze­niami dobiega wła­śnie kresu. Reszta była ciem­no­ścią. - "Cho­lera! - wes­tchnął. - I jakże ja wyjdę z tego labi­ryntu!"2.

Potra­fi­łem roz­po­znać wiel­kie ostat­nie słowa i zano­to­wa­łem sobie w pamięci, że muszę zdo­być bio­gra­fię tego gostka, Simóna Bolívara. Piękne ostat­nie słowa, ale chyba nie­zu­peł­nie je rozu­mia­łem.

- Co to jest wła­ści­wie ten labi­rynt? - zapy­ta­łem ją.

To chyba dobry moment, żeby wyznać, że była piękna. W ciem­no­ści, obok mnie, pach­niała potem, słoń­cem i wani­lią. Przy bla­dym świe­tle chu­dego księ­życa widzia­łem nie­wiele wię­cej niż zarys jej syl­wetki, a kiedy paliła, także twarz zalaną bla­do­czer­wo­nym świa­tłem żarzą­cego się papie­rosa. Ale nawet w tej ciem­no­ści widzia­łem jej oczy - inten­sywne szma­ragdy. Miała ten rodzaj oczu, które zmu­szały cię do natych­mia­sto­wej zgody na każdy jej pomysł. Nie tylko piękna, ale i sek­sowna, z pier­siami ster­czą­cymi pod obci­słym topem, machała krą­głymi nogami pod huś­tawką, a na pal­cach stóp z paznok­ciami poma­lo­wa­nymi na jaskra­wo­nie­bie­sko koły­sały się klapki. Dokład­nie wtedy, w chwili mię­dzy tym, jak zapy­ta­łem ją o labi­rynt i kiedy mi odpo­wie­działa, uświa­do­mi­łem sobie zna­cze­nie krą­gło­ści, tego tysiąca miejsc, w któ­rych ciała dziew­czyn łagod­nie prze­cho­dzą z jed­nej czę­ści w drugą, z łuku stopy w kostkę, a potem w łydkę, z łydki w bio­dro, z bio­dra w talię, z piersi w szyję, z pochy­ło­ści nosa w czoło, z ramie­nia we wklę­śnię­cie ple­ców, z łuku ple­ców w pośladki i tak dalej. Oczy­wi­ście, zauwa­ża­łem wcze­śniej krą­gło­ści, ale ni­gdy naprawdę nie zda­wa­łem sobie sprawy z ich zna­cze­nia.

Z ustami dość bli­sko, abym poczuł jej cie­plej­szy od powie­trza oddech, powie­działa:

- To dopiero tajem­nica, co? Czy labi­ryn­tem jest życie, czy umie­ra­nie? Przed czym pró­buje uciec: przed świa­tem czy koń­cem świata? - Cze­ka­łem na jej dal­sze słowa, ale po chwili stało się oczy­wi­ste, że to ona ocze­kuje odpo­wie­dzi.

- No nie wiem - odpar­łem w końcu. - Naprawdę prze­czy­ta­łaś wszyst­kie te książki, które masz w pokoju?

Zaśmiała się.

- No jasne, że nie. Może jedną trze­cią. Ale mam zamiar prze­czy­tać. Nazy­wam je Biblio­teką Życia. Każ­dego lata, od kiedy byłam mała, cho­dzi­łam na gara­żowe wyprze­daże, kupo­wa­łam wszyst­kie książki, które wyglą­dały na cie­kawe. Chcia­łam zawsze mieć coś do czy­ta­nia. No ale jest tak dużo do zro­bie­nia: papie­rosy do wypa­le­nia, seks do upra­wia­nia, huś­tawki do huś­ta­nia się. Będę miała wię­cej czasu na czy­ta­nie, jak zro­bię się stara i nudna.

Stwier­dziła, że przy­po­mi­nam Puł­kow­nika, kiedy zja­wił się w Culver Creek. Byli pierw­szo­rocz­nymi w tym samym cza­sie, oby­dwoje na sty­pen­diach, dzie­lący, jak to okre­śliła, "wspólne zain­te­re­so­wa­nie alko­ho­lem i kawa­łami". Na wzmiankę o alko­holu i kawa­łach ogar­nął mnie lęk, że wsze­dłem w to, co moja matka okre­ślała mia­nem "złego towa­rzy­stwa", ale jak na złe towa­rzy­stwo, oboje wyda­wali się cho­ler­nie inte­li­gentni. Gdy odpa­lała kolej­nego papie­rosa od nie­do­pałka poprzed­niego, powie­działa mi, że Puł­kow­nik to inte­li­gentny gość, ale przed Creek nie prze­żył zbyt wiele.

- Szybko uwol­ni­łam go od tego pro­blemu. - Uśmiech­nęła się. - Do listo­pada zna­la­złam mu pierw­szą dziew­czynę, cał­kiem fajną osobę spoza kręgu Wojow­ni­ków Dnia Powsze­dniego, o imie­niu Janice. Rzu­cił ją po mie­siącu, bo była zbyt bogata na jego pro­le­ta­riacką krew, ale co tam. Zro­bi­li­śmy tego roku nasz pierw­szy kawał - wysy­pa­li­śmy pod­łogę Klasy Numer Cztery cienką war­stwą szkla­nych kulek. Ma się rozu­mieć, że od tego czasu zro­bi­li­śmy postępy - wybuch­nęła śmie­chem. Tak więc Chip został Puł­kow­ni­kiem, pla­nu­ją­cym ich numery dowódcą w woj­sko­wym stylu, a Ala­ska była jak zawsze Ala­ską, eks­pan­sywną siłą spraw­czą tych nume­rów.

- Jesteś inte­li­gentny jak on - oznaj­miła. - Ale cich­szy. I masz wię­cej uroku, ale nie powie­dzia­łam tego, ponie­waż kocham mojego chło­paka.

- Ty też nie jesteś zła - powie­dzia­łem, zaszo­ko­wany jej kom­ple­men­tem. - Ale wła­śnie nie powie­dzia­łem tego, ponie­waż kocham moją dziew­czynę. Zaraz. Chwi­leczkę. Prze­cież ja nie mam dziew­czyny.

Zaśmiała się znowu.

- No, nie martw się, Klu­cha. Jeśli jest jakaś rzecz, któ­rej mogę zara­dzić, to wła­śnie brak dziew­czyny. Umówmy się: ty dowiesz się, co to jest ten labi­rynt i jak się z niego wydo­stać, a ja pomogę ci pójść do łóżka.

- Zgoda. - Uści­snę­li­śmy sobie ręce.

Póź­niej poszli­śmy z Ala­ską na podwórko inter­natu. Cykady grały swoją pieśń na jed­nej nucie, tak samo jak na Flo­ry­dzie. Gdy tak szli­śmy w ciem­no­ści, Ala­ska zwró­ciła się do mnie:

- Kiedy idziesz tak przez noc, czy nie prze­cho­dzą cię ciary, tak że cho­ciaż to głu­pie i żenu­jące, masz ochotę po pro­stu zwiać do domu?

Wyda­wało się, że to zbyt oso­bi­ste i intymne, aby przy­zna­wać się do tego komuś prak­tycz­nie obcemu, ale odpo­wie­dzia­łem jej:

- I to jak!

Przez chwilę mil­czała, a potem chwy­ciła mnie za rękę, szep­cząc:

- Bie­gnij, bie­gnij, bie­gnij, bie­gnij. - I rzu­ciła się bie­giem, cią­gnąc mnie za sobą.

(127 dni PRZED)

Naza­jutrz wcze­snym popo­łu­dniem ocie­ra­łem pot z czoła, przy­le­pia­jąc do drzwi pla­kat z repro­duk­cją van Gogha. Puł­kow­nik sie­dział na kana­pie, oce­nia­jąc, czy pla­kat wisi równo, i odpo­wia­da­jąc na moje nie­zli­czone pyta­nia o Ala­skę.

- Co o niej wiesz?

- Jest z Vine Sta­tion. Można, prze­jeż­dża­jąc przez nie, wcale go nie zauwa­żyć, i z tego, co sły­sza­łem, tak wła­śnie należy robić. Jej chło­pak jest na Van­der­bilt na sty­pen­dium. Gra na basie w jakimś zespole. Nie wiem zbyt wiele o jej rodzi­nie.

- Czyli że ona naprawdę go lubi?

- Raczej tak. Nie oszu­kuje go, co naj­waż­niej­sze.

I tak dalej. Całe rano nie byłem w sta­nie sku­pić się na niczym innym - ani na pla­ka­cie van Gogha, ani na grach wideo, ani nawet na pla­nie lek­cji, który tego ranka przy­niósł Orzeł. Przed­sta­wił się:

- Witamy w Culver Creek, panie Hal­ter. Dajemy tu panu duży zakres wol­no­ści. Jeśli jej pan nad­użyje, będzie pan żało­wał. Wygląda pan na miłego mło­dego czło­wieka. Byłoby mi bar­dzo przy­kro, gdy­bym musiał się z panem poże­gnać.

Po czym wle­pił we mnie wzrok, który był albo poważny, albo naprawdę zło­śliwy.

- Ala­ska nazywa to Spoj­rze­niem Wiecz­nego Potę­pie­nia - powie­dział Puł­kow­nik, kiedy Orzeł już wyszedł. - Następ­nym razem, gdy je pochwy­cisz, będzie po tobie.

- Ujdzie w tłu­mie, Klu­cha - stwier­dził, kiedy odsu­ną­łem się od pla­katu, żeby oce­nić efekt. - Nie­zu­peł­nie równo, ale niech będzie. Dość o Ala­sce. Jeśli dobrze liczę, to są w tej szkole dzie­więć­dzie­siąt dwie dziew­czyny i każda z nich jest mniej zwa­rio­wana od Ala­ski, która, mógł­bym jesz­cze dodać, ma już chło­paka. Idę na lunch. Dziś dzień bufrido. - Wyszedł, zosta­wia­jąc za sobą otwarte drzwi. Czu­jąc się jak zadu­rzony idiota, wsta­łem, żeby je zamknąć. Puł­kow­nik, już w poło­wie podwórka, odwró­cił się:

- Chry­ste! Idziesz czy nie?

O Ala­ba­mie można powie­dzieć wiele złych rze­czy, ale na pewno nie to, że jej oby­wa­tele oba­wiają się sma­że­nia w głę­bo­kim tłusz­czu. W tym pierw­szym tygo­dniu w Creek w sto­łówce podali sma­żo­nego kur­czaka, sma­żony stek z kur­czaka i sma­żoną okrę3, która była moim pierw­szym doświad­cze­niem kuli­nar­nym w kate­go­rii "sma­żone warzywa". Już się zaczą­łem spo­dzie­wać, że usmażą sałatę lodową. Nic jed­nak nie mogło się rów­nać z bufrido, daniem stwo­rzo­nym przez Mau­reen, nie­sa­mo­wi­cie otyłą kucharkę z Culver Creek. Bufrido, czyli sma­żone na głę­bo­kim tłusz­czu bur­rito, udo­wad­niało ponad wszelką wąt­pli­wość, że sma­że­nie zawsze wzmac­nia dozna­nia sma­kowe. Sie­dząc tego popo­łu­dnia przy okrą­głym stole z Puł­kow­ni­kiem i paroma innymi face­tami, któ­rych nie zna­łem, zato­pi­łem zęby w chru­pią­cej sko­rupce mojego pierw­szego bufrido i dozna­łem kuli­nar­nego orga­zmu. Moja mama goto­wała cał­kiem nie­źle, ale ja od razu zapra­gną­łem przy­wieźć Mau­reen ze sobą do domu na Święto Dzięk­czy­nie­nia.

Puł­kow­nik przed­sta­wił mnie (jako "Klu­chę") chło­pa­kom sie­dzą­cym przy roz­chwia­nym drew­nia­nym stole, ale ja zapa­mię­ta­łem tylko imię "Takumi", które wczo­raj wymie­niła Ala­ska. Takumi, chudy Japoń­czyk, rap­tem kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów wyż­szy od Puł­kow­nika, mówił z peł­nymi ustami, pod­czas gdy ja prze­żu­wa­łem powoli, roz­ko­szu­jąc się chrup­ko­ścią nale­śnika z fasolą.

- Boże - powie­dział do mnie Takumi - nie ma nic lep­szego niż widok faceta jedzą­cego swoje pierw­sze bufrido.

Nie mówi­łem zbyt wiele - czę­ściowo dla­tego, że nikt mnie o nic nie pytał, a czę­ściowo dla­tego, że chcia­łem zjeść tyle, ile zdo­łam. Ale Takumi tak się nie ogra­ni­czał - potra­fił, i fak­tycz­nie to robił, jeść, prze­żu­wać, łykać i roz­ma­wiać jed­no­cze­śnie.

Lun­chowa dys­ku­sja sku­piła się na dziew­czy­nie, która miała być współ­lo­ka­torką Ala­ski, Maryi, i jej chło­paku, Paulu, Wojow­niku Dnia Powsze­dniego. Jak się dowie­dzia­łem, zostali wywa­leni ze szkoły w ostat­nim tygo­dniu zeszłego roku szkol­nego za to, co Puł­kow­nik nazwał "Tri­fektą" - zła­pano ich w trak­cie popeł­nia­nia naraz trzech prze­stępstw kara­nych wyrzu­ce­niem z Culver Creek. Leżąc razem nago w łóżku ("kon­takt geni­talny", tzn. prze­stępstwo #1), już na bani (#2), palili jointy (#3), kiedy do pokoju wpa­ro­wał Orzeł. Krą­żyły plotki, że ktoś ich zaka­po­wał, i wyda­wało się, że Takumi posta­wił sobie za punkt honoru dowie­dzieć się kto - do tego stop­nia, by wykrzy­ki­wać o tym z ustami zapcha­nymi bufrido.

- Paul to dupek - powie­dział Puł­kow­nik. - Nie zaka­po­wał­bym ich, ale każdy, kto idzie do łóżka z Wojow­ni­kiem Dnia Powsze­dniego takim jak Paul, posia­da­czem jagu­ara, zasłu­guje na to, co dostał.

- Chło­pie - odparł Takumi. - Tfoja ciew­czyna - tu prze­łknął kęs - też jest Wojow­niczką.

- Słuszna uwaga - zaśmiał się Puł­kow­nik. - Ten nie­za­prze­czalny fakt wywo­łuje mój nie­ustanny żal. Ale nie jest takim dup­kiem jak Paul.

- No nie wiem - uśmiech­nął się zna­cząco Takumi. Puł­kow­nik znowu wybuch­nął śmie­chem, a ja zasta­na­wia­łem się, dla­czego nie broni swo­jej dziew­czyny. Nie prze­szka­dza­łoby mi, gdyby moja dziew­czyna była posia­daczką jagu­ara i zara­zem cyklo­pem z brodą - cie­szył­bym się, gdy­bym w ogóle miał z kim cho­dzić.

Tego wie­czoru, kiedy Puł­kow­nik wpadł do pokoju po papie­rosy (chyba zapo­mniał, że for­mal­nie cią­gle były moje), nie marzy­łem wcale o tym, żeby zapy­tał, czy chcę pójść z nimi. W szkole publicz­nej zna­łem wielu takich, któ­rzy z przy­zwy­cza­je­nia nie­na­wi­dzili tego albo tam­tego rodzaju ludzi - publiczni nie lubili pry­wat­nych itd. - zawsze wyda­wało mi się to okropną stratą czasu. Puł­kow­nik nie wspo­mniał, gdzie spę­dzi popo­łu­dnie ani gdzie ma zamiar spę­dzić wie­czór, ale wycho­dząc, zamknął za sobą drzwi, więc odga­dłem, że gdzie­kol­wiek się uda­wał, nie byłem tam mile widziany.

Zgo­dzi­łem się więc na to przy­mu­sowe odosob­nie­nie i spę­dzi­łem wie­czór, sur­fu­jąc w Sieci (żad­nej por­no­gra­fii, przy­się­gam) i czy­ta­jąc Ostat­nie dni, książkę o Richar­dzie Nixo­nie i Water­gate. Na kola­cję odgrza­łem sobie w mikro­fa­lówce zimne bufrido, które Puł­kow­nik wyniósł ze sto­łówki. Przy­po­mniało mi to wie­czory na Flo­ry­dzie, choć tutaj jedze­nie było lep­sze i bra­ko­wało kli­ma­ty­za­cji. Czu­łem się przy­jem­nie swoj­sko, leżąc w łóżku i czy­ta­jąc.

Zde­cy­do­wa­łem się postą­pić zgod­nie z tym, co z pew­no­ścią radzi­łaby mi moja matka, a mia­no­wi­cie wyspać się porząd­nie przed pierw­szym dniem zajęć. Fran­cu­ski zaczy­nał się o 8.10 i kal­ku­lu­jąc, że wło­że­nie na sie­bie ubrań i przej­ście do klasy nie zaj­mie mi wię­cej niż osiem minut, nasta­wi­łem budzik na 8.02. Wzią­łem prysz­nic, a potem poło­ży­łem się w łóżku i cze­ka­łem, aż sen uwolni mnie od upału. Około 23.00 zda­łem sobie sprawę, że bar­dziej sko­rzy­stam z przy­cze­pio­nego do łóżka wia­traczka, jeśli zdejmę koszulę, i w końcu zasną­łem na pościeli, w samych bok­ser­kach.

Kilka godzin póź­niej poża­ło­wa­łem tej decy­zji, bo obu­dziły mnie dwie spo­cone, umię­śnione łapy, które trzę­sły mną jak dia­bli. Ock­ną­łem się natych­miast i usia­dłem na łóżku, prze­ra­żony. Z jakie­goś powodu nie mogłem zro­zu­mieć gło­sów, nie mogłem zro­zu­mieć, skąd się w ogóle wzięły, i która, do cho­lery, jest godzina. I w końcu, kiedy oprzy­tom­nia­łem na tyle, aby usły­szeć: "Jazda, dzie­ciaku. Nie zmu­szaj nas, żeby­śmy kopali cię w dupę. Wsta­waj", z gór­nego pię­tra dobie­gły mnie słowa Puł­kow­nika: "Chry­ste, Klu­cha, po pro­stu wstań". Więc wsta­łem i po raz pierw­szy zoba­czy­łem trzy nie­wy­raźne posta­cie. Dwie z nich chwy­ciły mnie za przed­ra­miona i wypro­wa­dziły z pokoju. Na odchod­nym Puł­kow­nik wymam­ro­tał:

- Baw się dobrze. Tylko nie za ostro z nim, Kevin.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki