ROZDZIAŁ 1
Cierpieć należy z uczuciem.
Cierpieć należy tak, żeby wszyscy czuli, że cierpisz.
Ale to się tyczy tylko mnie, cierpiący pacjenci długo nie żyją.
Uzdrowiciel Daezael Tachlaelbrar o tym, kto może cierpieć
Furgon, skrzypiąc pękniętą osią, jechał powoli drogą. Koleiny zarosły świeżą, zieloną trawą i nie było na nich ani jednego śladu kół wozu czy końskich kopyt. Wszędzie dokoła dziewicza przyroda radowała się wiosną, głośno szczebiotały ptaki, całymi stadami zrywające się z gałęzi do lotu.
Nie miałam bladego pojęcia, dokąd jedziemy, tak samo, jak cała reszta naszej drużyny królewskich głosów. Zdaje się, że zabłądziliśmy jeszcze wtedy, gdy nas otruto w mieście, którego burmistrz nie miał ochoty odkrywać przed nami sekretów swoich ksiąg rachunkowych. Nocna, rozpaczliwa ucieczka przed śmiercią w postaci wielkiego stada wilkołaków tylko wszystko pogorszyła.
Wracać też nie mogliśmy, gdyż nad trupami wilkołaków już krążyły worony – ogromne, drapieżne ptaszyska wielkości krowy – należało więc zabierać się jak najdalej, żebyśmy nie zostali ich przekąską.
– Jedziemy naprzód – zdecydował Dranisz po dłuższej chwili studiowania mapy. – A potem się zobaczy, co dalej. Skoro jest droga, to musi nas gdzieś zaprowadzić.
– Ludzka maniera rysowania map pogrąża mnie w jeszcze głębszej depresji – oznajmił Daezael, wzgardliwie tykając palcem jednolitą, zieloną plamę wstydliwie ozdobioną dwiema krzywymi choineczkami. – Jesteśmy gdzieś tutaj, tak? Wszystko jasne! A najważniejsze: jak szczegółowo narysowane!
– Nie wiem, gdzie Jarek skręcił z głównej drogi, kiedy źle się poczuł! – burknął troll. Dwie doby temu burmistrz głównego miasta dominium nie wymyślił nic lepszego, jak tylko dosypać nam trucizny do jedzenia. Wykaraskaliśmy się z opałów jedynie dzięki elfickim medykamentom i sile magii rodu. – I nie wiem, kędy prowadziłeś furgon nocą. Więc skąd mogę wiedzieć, gdzie jesteśmy, skoro tutaj zaznaczona jest tylko główna droga i rzeka na granicy królestwa?!
– A dlaczego nie wzięliście szczegółowej mapy dominium od jego Władcy, Bicza?
U starego, lecz szalenie ambitnego arystokraty gościliśmy niedawno, a Jaromir przyjaźnił się z Tomigostem Biczem, więc w jego zamku mogliśmy otrzymać wszystko, czego tylko zapragnęliśmy.
– Skąd mam wiedzieć?! – ryknął Dranisz, ciskając mapę w głąb furgonu.
Jaromir Wilk po nocnym starciu z wilkołakami pogrążył się w głębokim śnie. Był wyczerpany magicznie, więc dowództwo przejął troll, jako najwyższy stopniem i posiadający doświadczenie bojowe. Pomimo tego, że na wiedzy i doświadczeniu mu nie zbywało, Dranisz nie miał ochoty wydawać rozkazów (w dodatku takiemu obszarpanemu wojsku). Martwił się o przyjaciela i złośliwe przytyki elfa drażniły go bardziej niż zwykle.
– Nie kłóćcie się – poprosiłam. – Wszyscy razem znaleźliśmy się w tej sytuacji i razem będziemy się z niej wyplątywać. Kłótnie tylko wszystko pogorszą.
– Nienawidzę, kiedy jesteś taka – powiedział Daezael. – Zwróćcie mi tę poprzednią Milę! Kiedy jesteś taka spokojna i mówisz oklepane frazesy, mam ochotę cię udusić. Cięciwą od mojego połamanego łuku.
Łuk elfa rzeczywiście ucierpiał podczas starcia z wilkołakami, jednak mnie się wydawało, że najbardziej zaszkodził mu mój upadek w kolczaste krzewy – biedny oręż złagodził obrażenia, ale sam nie przetrwał. Oczywiście rozsądnie to przemilczałam.
– Byłoby ci lżej, gdybym miotała się histerycznie i krzyczała: Aaaaa, zginiemy, zginiemy!? – spytałam, pocierając zadrapania.
Wcześniej jedynie Czestomir Dąb, mój przyjaciel z dzieciństwa, potrafił tak szybko doprowadzić mnie do białej gorączki, jednak teraz zdobył godnego rywala w postaci elfa z depresją. Mimo wszystko szanowałam ich obu jednakowo mocno.
Zamiast odpowiedzieć, Daezael objął głowę rękami i przycisnął twarz do kolan. Pod naciągniętą tkaniną jego koszuli wystąpiły kręgi i żebra. Uzdrowiciel wyglądał na bezbronnego i kruchego, jak nigdy.
Teraz wszyscy moi towarzysze nielekkiej służby w imię królewskich podatków drzemali wewnątrz furgonu, a ja siedziałam na koźle i uważnie wpatrywałam się w drogę, starannie omijając wyboje i jamy. Pojazd napędzała magia, a w obecnej chwili ja byłam jedyną osobą, która mogła go ruszyć z miejsca. Percival uprzedził, że w razie czego furgon nie wytrzyma kolejnej katastrofy, a my zostaniemy na obcym terytorium bez środka transportu i dachu nad głową.
– Posuń się – mruknął ochryple uzdrowiciel za moimi plecami.
Drgnęłam zaskoczona. Pogrążona w myślach nie słyszałam, jak podszedł.
– Napięte nerwy? – zauważył, ciężko przetaczając się nad oparciem ławki i kładąc głowę na mych kolanach.
Daezael wyglądał jeszcze gorzej, niż godzinę temu. Skóra mocno opinała kości, policzki zapadły się, a oczy na tle zielonkawej twarzy wydawały się ogromne.
– Co z tobą? Bardzo źle? – zapytałam.
– Głupie pytanie – warknął. – Nie. Czuję się świetnie. Tak dobrze, że na moim ciele niebawem wyrosną kwiaty.
Umierając, elfy zmieniały się w kwietniki, ale z jakiegoś powodu mnie się zawsze wydawało, że na mogile naszego uzdrowiciela wzejdą tylko osty.
– Czemu nic nie robisz? Dlaczego się nie uleczysz? – zaniepokoiłam się. Owszem, Daezael był złośliwym mizantropem, ale przy tym... pierwszą osobą, która stała mi się naprawdę bliska w ciągu ubiegłych dwóch lat, nie licząc niani.
– A co ja mogę zrobić? – wyszeptał, zamykając oczy i wyciągając chude ręce wzdłuż ciała. – Przesadziłem z magią. Najpierw leczyłem was z zatrucia, potem gnałem furgonem, uciekając przed wilkołakami... Nie jestem z żelaza, nie mogę cały czas jechać na stymulatorach. Pozostało mi tylko umrzeć na kolanach pięknej dziewczyny. A skoro pięknej tu nie ma, to muszę się zadowolić tym, co jest.
Nie powiem, by określenie moich kolan, jako najlepszego miejsca do umierania mnie uradowało.
– Mogę coś dla ciebie zrobić? – spytałam żałośnie.
Elf otworzył jedno oko.
– A co jesteś gotowa zrobić, żeby mnie uratować?
Zastanowiłam się chwilę, ale jednak zdecydowałam.
– Wszystko!
– Wszystko? – powtórzył Daezael podejrzliwie. – Nawet więcej niż dla kapitana?
– Tak – odparłam stanowczo. Wobec Jaromira nie żywiłam żadnych szczególnie ciepłych uczuć, choć rozumiałam, że nie przeżyjemy bez jego dowództwa.
– W takim razie daj mi swojej krwi – zajęczał umierający i szeroko otworzył usta.
Zatrzymałam furgon i wyjęłam z pochwy swój sztylet. Ostatecznie poprzednio zgodziłam się na seans wyższej magii z użyciem mojej krwi, by ocalić kapitana. W czym elf miałby być gorszy?
– Nie – zaprotestował Daezael. – Ja chcę cię ugryźć! Zębami!
– Jesteś elfem czy wampirem? Nie wystarczy ci krew z nacięcia? Musisz gryźć?
– Oczywiście! Zawsze marzyłem, by spróbować, jak to jest, tylko jakoś nie trafiałem na odpowiedni nadgarstek...
– Daezael! – oburzyłam się. Miałam ochotę zrzucić go z kolan. – Wydurniasz się? Potrzebna ci moja krew czy nie?!
– Nie – odparł elf, jakby nigdy nic, objął mnie w talii i przytulił twarz do brzucha. – Mumughmghuymmm...
– Co?
Uzdrowiciel raczył oderwać się ode mnie i wyjaśnić:
– Mówię, że z jakiej racji miałbym się leczyć krwią tobie podobnych? Kompletnie nie znasz się na fizjologii elfów. Po prostu muszę odpocząć.
– Ale dlaczego u mnie na kolanach? Idź do furgonu, połóż się wygodnie i śpij, ile chcesz.
– A wiesz, dlaczego bogaci starcy otaczają się młodymi dziewczętami? Po to, by spijać z nich życiową energię! I ja też będę spijał... Nie kręć się! Oddychaj równo! Stwórz mi normalne, uspokajające warunki dla pełnowartościowej regeneracji.
– I dlatego koniecznie musisz mi dyszeć w brzuch? To łaskocze.
Elf przewrócił się na plecy i w zadumie popatrzył do góry, na mój podbródek, aż przejął mnie dreszcz.
– Powiedz, Mila, kiedy ostatnio oddychał w twój brzuch mężczyzna – tak po prostu, odpoczywając i czerpiąc z tego przyjemność? Nie tęsknisz za tym?
Długo milczałam, wpatrując się w powoli wpełzającą pod koła drogę.
– Skąd tak dużo o mnie wiesz? Przecież nigdy niczego nie opowiadałam o tym, jak żyłam, zanim wstąpiłam na służbę. Dlaczego wydaje mi się, że rozumiesz mnie lepiej, niż ktokolwiek inny?
– Dziecino – odezwał się Daezael pobłażliwie. – Jestem uzdrowicielem. Z racji zawodu powinienem umieć zgadywać, co pacjenci przede mną skrywają. A ty na dodatek jesteś zbyt interesującą zabawką, żeby cię nie obserwować.
– Zabawką?
– No, ewentualnie cennym egzemplarzem w mojej kolekcji ludzkich dziwactw. Wybierz sobie określenie, które bardziej ci się podoba. Oddychaj równo! Czemu serce ci tak wali? Nie zamierzam nikomu zdradzać twoich tajemnic. Przeciwnie, będę z przyjemnością obserwował, jak same wyłażą na wierzch. Ależ będzie ubaw!
Mój ojciec powtarzał: człowiek, którego łatwo rozgryźć, nie jest wart tego, by z nim podtrzymywać znajomość. Każdy ma w szafie swoje szkielety, tylko u niektórych są tak schowane, że nawet samej szafy nie znajdziesz, a u innych... Drzwiczki ledwo domknięte, ze szpary sterczy koścista ręka. Jakim cudem uzdrowiciel dobrał się do mojej szafy, zdawałoby się, tak dobrze ukrytej w zakamarkach pamięci? Ojciec nie byłby z tego zadowolony. Zresztą, niewiele mu dawałam powodów do zadowolenia...
Potrząsnęłam głową, odpędzając smętne myśli. Pozbieraj się, Milo Kotowienko, kupiecka córko. Lepiej nie wspominać przeszłości, tylko oddychać równo i spokojnie, stwarzając Daezaelowi spokojne warunki do wypoczynku.
Już zapadał zmierzch, kiedy na drogę coś wyskoczyło z krzaków. Musiałam gwałtownie zahamować i furgon, zatrzeszczawszy złowróżbnie, zamarł metr od ogromnego zwierza.
Nie był to wilkołak należący do jakiegoś uldona ani też wilk. Zwierzę najbardziej przypominało wielkiego, kosmatego, czarnego psa ze spłaszczoną mordą i mocarnymi łapami. Nigdy nawet nie słyszałam o takiej rasie. I nie mogłam słyszeć – normalne psy nie miewają takich ślepiów gorejących purpurowymi ognikami.
Namacałam prawą ręką łuk zaczarowany przeciw pomroce, lecz nie spieszyłam się z podejmowaniem jakichkolwiek działań. Po prostu patrzyliśmy sobie w oczy, a bestia stała jak wryta i tylko lekki wiaterek poruszał jej długą sierścią.
Elf się przebudził, spojrzał na drogę i bezgłośnie zsunął pod ławkę.
Zwierzę zawarczało – nisko, gardłowo. Zadrżałam, włoski na skórze stanęły mi dęba. Zwierz przestąpił z łapy na łapę, gotując się do skoku, a ja zdobyłam się na szaleńczy krok.
– Proszę – odezwałam się cicho, nie odrywając wzroku od płonących ślepiów przeciwnika. – Przepuść nas. Nie chcemy nikogo krzywdzić w tym lesie. Zabłądziliśmy i jedziemy w swoich sprawach. Przepuść nas. Oczywiście, w razie czego ty wygrasz, ale drogo za to zapłacisz. Lepiej rozejdźmy się w pokoju.
Zwierz usiadł, nadal warcząc. Skłoniłam przed nim głowę, starając się wyrazić szacunek, a kiedy podniosłam oczy, trakt był pusty.
– Nigdy bym nie uwierzył – powiedział elf, wyłażąc spod ławki i strzepując z palców maleńkie, jaskrawozielone płomyczki. – Prowadzić negocjacje z nieznaną bestią i to jeszcze z powodzeniem!
Wytarł mi z czoła zimny pot i z obrzydzeniem otrząsnął rękę.
– Weź się w garść.
– S-am m-mówiłeś, że b-brakuje ci m-mojej h-h-histerii. – Reakcja nadeszła falą, z opóźnieniem: zaczęłam dygotać, zęby mi dzwoniły i w żaden sposób nie mogłam tego opanować.
– Po pierwsze, nie mówiłem niczego o histerii – oznajmił elf, patrząc na mnie bez cienia współczucia. – Po drugie, przez tego stwora zużyłem resztkę magii na zaklęcie bojowe i znów muszę odpocząć. Kiedy tak się trzęsiesz, nie możesz ani prowadzić furgonu, ani służyć mi za poduszkę. Co za nieodpowiedzialność!
Ponownie ułożył głowę na moich kolanach, pokręcił się, moszcząc wygodniej, i zamknął oczy.
– Dziękuję, że gotów byłeś do obrony i nie zostawiłeś mnie samej – powiedziałam.
– Aha... – Daezael ziewnął. – Zawsze do usług. Ale ja nie zamierzałem ci pomagać. Pomyślałem, że zanim on cię zeżre do końca, ja go zdążę obezwładnić i dokładniej zbadać. Może nawet zrobić sekcję... mmmmm...
Wszyscy spali, a mną owładnęło jakieś nienaturalne ożywienie. Chciałam coś robić, gdzieś biec, z kimś walczyć albo po prostu pędzić furgonem, gdzie oczy poniosą, na pełnej prędkości... To było niebezpieczne, więc instynkt samozachowawczy nakazał mi zatrzymać się na środku drogi i cofnąć ręce od kryształów. Wstałam ostrożnie, podtrzymując głowę Daezaela, troskliwie ułożyłam ją na koźle, po czym wzięłam łuk i poszłam do lasu. Kiedy uznałam, że dostatecznie się oddaliłam, opadłam na kolana, zgarnęłam fałdy spódnicy i przycisnęłam do ust, po czym rozpłakałam się z nadzieją, że te łzy wypłuczą ze mnie całe napięcie i już nie będzie mi groziło załamanie nerwowe. Chętnie odzyskałabym również zdolność podejmowania świadomych, rozsądnych decyzji. Rozmowy ze zwierzętami, podobnymi do dziwnych psów – to nie jest normalne. Łzy płynęły ciurkiem, ciało trzęsło się w konwulsyjnych szlochach. Tak źle nie czułam się od bardzo dawna, od dwóch lat. Myślałam, że wydoroślałam, stałam się twardsza i opanowana, ale nie, kiedy tylko pojawiły się prawdziwe kłopoty, znów straciłam pewność siebie!
Po jakimś czasie płacz ucichł sam, a ja poczułam się zupełnie wyczerpana. Za to w pełni opanowana. Tylko jak teraz wstać? Czułam się jak rozgotowany w zupie kawałek cebuli, a jeśli oprę się na tym nieszczęsnym, pękniętym łuku, złamie się do reszty.
– Jeżeli już skończyłaś, Kicia, to mogę ci pomóc – odezwał się troll nad moim uchem.
– Dranisz...?! Co ty tu robisz? – Omal nie spaliłam się ze wstydu.
– Daezael mnie obudził. Powiedział, że zabrałaś jego łuk i poszłaś do lasu, żeby się powiesić na cięciwie. Prosił, żebym cię tu zakopał, a łuk przyniósł mu z powrotem.
Troll objął mnie i przytulił do swojej szerokiej piersi. Twierdził, że zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia. Z początku bałam się tego wielkiego, strasznego, zahartowanego w bojach żołdaka, póki nie przywykłam do tego drugiego Dranisza – wiernego, mądrego i wykształconego, który skrywał się pod maską typowego trolla.
– Bardzo się wystraszyłem, Kicia – przyznał. – Bałem się, że nie wytrzymałaś naszych ostatnich... trudności i postanowiłaś przerwać to wszystko za jednym zamachem.
– Dranisz... – Wczepiłam się w jego koszulę obiema rękami, gardząc sobą za ten przejaw słabości, ale tak dobrze było czuć jego ciepło, miarowe bicie serca, spokojny oddech i ledwo uchwytny, gorzkawy zapach. – Nigdy nie zniżę się do samobójstwa. To nie jest żadne wyjście. Tym bardziej, że Daezael potrzebuje czasu na regenerację, kapitan leży w śpiączce, a ja jako jedyna mogę napełnić magią rezerwy furgonu. A co, jeśli znów się coś stanie?
– Jaka ty jesteś odpowiedzialna! – W blasku księżyca zęby trolla błysnęły w uśmiechu.
Dranisz wziął mnie na ręce i wstał bez większego wysiłku.
– Co ty robisz? – zlękłam się. – Przecież jesteś ranny!
– Ty teraz czujesz się gorzej ode mnie – odparł spokojnie. – Poza tym wątpię, że znajdziesz drogę powrotną i nie złamiesz przy tym nogi w jakiejś dziurze. To w ogóle cud, że zaszłaś tak daleko bez żadnego draśnięcia. I jeszcze zwierzynę przepłoszyłaś swoim rykiem, inaczej zostałyby po tobie same kości. Zamierzałaś się bronić tym pękniętym łukiem? Kicia, Kicia, czemu ty nie jesteś jak inne dziewczęta? Popłakałabyś sobie w kącie furgonu i mnie nie straszyła.
– Przepraszam – rzekłam ze skruchą.
Troll tylko mocniej przycisnął mnie do siebie.
Koło furgonu już płonęło małe ognisko, a Tisa nizała na patyk kawałki wędzonego boczku.
– Co, zemdliło ją? – zapytała na nasz widok.
– Nie, po prostu płakała – odrzekł troll, sadzając mnie na kocu przy ognisku i rozprostowując ręce.
– Brawo – powiedziała Tisa, sceptycznie oglądając swoje dzieło. Potem jednak zawiesiła patyk nad ogniem i poruszyła kijem płonące gałęzie. – Ja po swojej pierwszej bitwie dwa dni nic nie jadłam, tak mi było niedobrze.
– A jakże, pamiętam – uśmiechnął się Dranisz. – Strasznie byłaś śmieszna: sinozielona i ręce ci się trzęsły.
– Jasne. Ten, kto pierwszy raz zabił w wieku sześciu lat, tego nie zrozumie – odrzekła dziewczyna zgryźliwie.
– Pięć i pół – poprawił troll spokojnie. – Pierwszy raz wykończyłem wroga, kiedy miałem pięć i pół roku. A jak skończyłem sześć lat, miałem ich już na koncie siedmiu albo ośmiu. Kicia, nie patrz tak na mnie. W życiu wybór zawsze jest prosty: albo padasz ty, albo twój wróg.
– Taki maluch... jak ty zabijałeś? – zainteresował się elf, przysiadając do ogniska. W rękach trzymał słoiczki z aromatycznymi ziołami. – Rąbałeś ścięgna pod kolanami?
– Mniej więcej – Troll ziewnął, ani trochę nieporuszony wspomnieniami. – Napadaliśmy całą kupą na dużego chłopa i wtedy już każdy robił, co mógł. Atakować nasze plemię – gra niewarta świeczki! Wiecie, jak moja matula wrogów tłukła? W jedną rękę patelnię, w drugą nóż i huzia na nich! Złote czasy...
– Taak... Ciekawe miałeś dzieciństwo – powiedziałam.
Wiedziałam, że Dranisz jest synem wodza plemienia trolli. Jego ojciec miał dość nowoczesne poglądy na temat wykształcenia i Dranisz pobierał nauki wraz z Jaromirem. Jednak nie podejrzewałam, jak bardzo dzieciństwo małego księcia różniło się od dzieciństwa jakiegokolwiek ludzkiego arystokraty!
– Dzieciństwo jak dzieciństwo... Jakie było, takie jest. – Troll filozoficznie wzruszył ramionami. – Najważniejsze, że przeżyłem. A potem już tatuś ze wszystkimi zawarł pokój i wysłano mnie do Wilków.
– Dobrze – odezwał się Daezael. – Kończcie te pogaduszki i nastawiajcie kubki. Będziemy pić różne świństwa.
– Po co?
– Żeby jutro wszyscy byli rzeźwiutcy i gotowi na kolejne nieprzyjemności. Albo dziś w nocy, jeśli znajomy Mili przyprowadzi swoją rodzinkę w gości.
– Jaki znajomy? – zaniepokoił się Dranisz.
Elf marzycielsko przymknął oczy i barwnie opisał nasze spotkanie z psopodobnym zwierzem.
– Kapitan by cię zabił za takie rozmowy – mruknęła Tisa. – Też wymyśliła! Trzeba było go usmażyć na miejscu, czy co tam masz w swoim magicznym arsenale, a dopiero potem kombinować.
– Ciekawe, kto to był. – Troll obracał w dłoniach kubek, nie mogąc się zdecydować, czy z niego upić. Mieszanka, nawet rozcieńczona wodą, pachniała gorzko. – Nigdy nie spotkałem nikogo, kto by pasował do tego opisu.
– Pij, pij – popędził go uzdrowiciel. – No, dalej, chcę zobaczyć rezultat, zanim twoja Kicia zacznie cię zszywać.
– Zszywać?! – Poderwałam się z miejsca.
– A jakże. Szew na ręku twojego kawalera rozszedł się i krwawi. – Elf westchnął. – Oto do czego doprowadza miłość.
– Miałem ją zostawić w lesie? Przecież nie mogła iść! – oburzył się troll i jednym ruchem wlał do ust całą zawartość kubka, nawet się nie skrzywiwszy. Na twarzy Daezaela odmalowało się rozczarowanie.
– Mówiłem ci, żebyś ją tam zakopał, mniej by było problemów. Dawaj tu rękę!
– Ja zaszyję – zaproponowałam.
– Już ty mu naszyjesz po ciemku – burknął elf. – Zjedz mięso i kładź się spać do furgonu, przy okazji popilnujesz chorych. Krasnoluda naszpikowałem środkami na uspokojenie, bo był jakiś podejrzany. Już lepiej, żeby marudził, a ten siedzi i oskard ostrzy! Nawet nie podejrzewałem, że go ma!
– Co to jest oskard? – spytałam.
– Taki młotek z ostrymi końcami, którym pracują w kopalni, ignorantko – wyjaśnił Daezael. – Nim można czaszkę rozbić, jak skorupę jajka. No i siedzą tak niektórzy, i ostrzą, ostrzą, ostrzą... Niby na wilkołaki, a potem trach! – sąsiada w łeb.
– A ty go zostawiłeś samego z kapitanem! – Tisa zerwała się, zapomniawszy, że ma złamaną nogę, a sekundę później z jękiem opadła z powrotem na koc.
– Pewnie, że zostawiłem. Obaj teraz śpią, czego się bać? A jeśli ty sobie nogę dołamiesz do reszty, to ja uzdrawiać nie będę. Co ja, najmowałem się, żeby po pięć razy robotę poprawiać?
– A Dranisza będziesz zaszywać! – oburzyła się wojowniczka.
– Oczywiście – odparł elf. – Bo jak ktoś na nas napadnie, to będę się za nim chował.
– Za mną będzie się chować Kicia – zaoponował troll, nie odrywając wzroku od boczku. Nad ogniskiem unosił się tak przyjemny zapach, że zaczęłam się obawiać, czy napotkana bestia rzeczywiście nie zechce wpaść z wizytą.
– Ta, jasne. Twoja Kicia będzie na pierwszej linii, bo jest w tej chwili jedynym magiem, który jest do czegoś zdolny. Ja ci mogę za to obiecać, że pięknie pozszywam jej szczątki, żeby było co opłakiwać.
– Twoje miłosierdzie, Daezaelu, jest zaiste bezgraniczne – odparł troll ponuro, zdejmując koszulę i podstawiając rękę do szycia.
– Mila, jeść i spać! – zarządził elf. – Co się gapisz?
Szybko przeżułam parę kawałków mięsa, popiłam ziołowym wywarem, nawet nie czując smaku, i poszłam do furgonu.
Wewnątrz, w mętnym poblasku świecącej pod sufitem latarni, zwinięty w kłębek, spał Percival. Jego twarz była wilgotna od łez. Nie wytrzymałam i pogłaskałam go po głowie. Krasnolud jakby trochę się uspokoił. Wychowany przez kochającą matkę, nie zaznał w życiu najmniejszych przykrości. Podawano mu śniadanie do łóżka i gorące mleko z miodem przed snem. Służba jako głos królewski była dla niego szczególnie ciężką próbą i obawy uzdrowiciela, że krasnolud może w każdej chwili się załamać, miały swoje podstawy.
Kapitan jeszcze nie doszedł do siebie, jednak nie wyglądał już tak źle, jak rano. Przykryłam go dodatkowym kocem i położyłam się spać tylko po to, by nocą przebudzić się z koszmaru.
Tłumy wilkołaków gnały za nami, furgon nie mógł nabrać prędkości, a one rzucały się na nas, rozszarpując moich towarzyszy, łapiąc mnie zębami za ręce...
Zerwałam się, ciężko dysząc z przerażenia. W furgonie panował spokój. Percival głośno chrapał. Wyszłam na tylną platformę, by łyknąć świeżego, nocnego powietrza i trochę się uspokoić.
– Kicia, nie możesz spać? – rozległ się szept z dachu. – Właź do mnie!
Dranisz! Pewny, mocny i spokojny – oto kto był mi w tej chwili najbardziej potrzebny! Wdrapałam się na dach, gdzie troll pełnił wartę, oparty wygodnie o kufer. Skinął na mnie palcem, w milczeniu objął i położył sobie na kolanach, przykrywszy swoim swetrem.
– Śpij – powiedział. – Koszmary już ci się nie będą śniły, nie dam cię skrzywdzić. Widzisz? Wszędzie cisza. Nie sądzę, Kicia, żeby nam teraz groziło jakieś poważne niebezpieczeństwo. Zebrać taką watahę nie jest łatwo. Wilkołaki zeżarły w okręgu wszystko, co tylko mogły dorwać i teraz jest tutaj spokojnie. To zwierzę, które spotkaliśmy, to pewnie samotnik, inaczej by nie odszedł, tylko chronił swoją rodzinę przed nieproszonymi gośćmi. Możesz się uspokoić.
– W takim razie czemu obok ciebie leżą dwa miecze? – spytałam podejrzliwie.
– No przecież ochraniam moją Kicię. – Troll roześmiał się cichutko. – Więc wszystko musi być najwyższej jakości.
Nakrył swoją dużą dłonią moje ramię. Rozeszło się od niego ciepło, stopniowo ogarniając całe ciało.
– Jutro Jarek się obudzi i ukróci tę samowolę. – Nie widziałam twarzy Dranisza, ale czułam, że się uśmiecha. – Nasz Jarek nie cierpi tych wszystkich miłosnych drobnostek. Głupi...
Wtuliłam nos w brzuch trolla, jak to robił ze mną elf, i zdziwiłam się – poza rzeczywiście uspokajała i dodawała sił, w dodatku czułam się bezpieczna i chroniona. To było bardzo przyjemne.
– Tak mi przykro, Dranisz, że nie możemy być razem – wyszeptałam. – Jesteś taki dobry!
Ręka, gładząca mnie po ramieniu, na chwilkę zamarła, a potem podjęła swą drogę od barku do łokcia i z powrotem.
– Wyrzuć z głowy te głupstwa – rzekł troll surowo. – Najpierw zakończymy nasze zadanie i wrócimy do domu, a potem rozwiążemy wszystkie problemy. Czy może myślisz, że tak łatwo się poddam?
W obliczu takiej pewności siebie uśmiechnęłam się i zasnęłam.
Rano za sterami furgonu zasiadł Percival, korzystając z energii zgromadzonej w krysztale. Prowadził znacznie lepiej ode mnie, a w każdym razie oś już nie skrzypiała na każdym zakręcie.
Chłopcy dali mi pospać i obudziłam się grubo po południu, okropnie głodna, ale za to wypoczęta. Odkryłam, że leżę zwinięta w kłębuszek obok Dranisza i obejmuję jego nogę.
Sam Dranisz w skupieniu gryzł suszone owoce, które czerpał garścią z woreczka.
– Odpoczęłaś? Spałaś tak mocno, że nie ocknęłaś się nawet, kiedy cię rano przekładałem – uśmiechnął się i przeciągnął. – No i świetnie! Na śniadanie dziś mamy suchy prowiant, więc idź załatwić poranne sprawy. Furgon i tak ledwo się wlecze, zdążysz nas dogonić. I właź potem do mnie. Odłożyłem dla ciebie najsmaczniejsze owoce. Co bardziej lubisz: śliwki, jabłka czy gruszki? Ja wolę śliwki, bo lubię obgryzać pestki.
– Jedziemy bez popasów – wyjaśnił troll, kiedy wróciłam. – Powinniśmy tą drogą w końcu gdzieś dojechać! I masz tutaj, nie zapomnij... Elf znów naparzył tego świństwa. Powiedział, że dla ciebie to niezbędne, bo, wyobraź sobie, zbyt cicho się na dachu zajmowaliśmy bezeceństwami i to go zaniepokoiło.
– A zajmowaliśmy się?
– Nie, ale pewien zboczeniec bardzo na to liczył.
– To ja mam być zboczeńcem?! – oburzył się Daezael z dołu. – Ukochana przychodzi do ciebie w nocy, a ty co? Układasz ją do snu! I kto tu jest zboczeńcem?
– Jeszcze tego tylko brakowało, żeby nam hałasowali nad głową! – Tisa nie mogła się nie wtrącić. – Jakby mało było miejsca w lesie!
– W lesie mrówki w tyłek gryzą – zaprotestował troll.
– To patrz, gdzie siadasz... Persik!!!
Furgon niespodziewanie skręcił, stęknął i mocno przechylił się na bok. Poturlałam się po dachu i spadłabym na ziemię, gdyby troll nie zdążył złapać mnie za spódnicę.
– Co jest... – zaczął z irytacją i nagle westchnął: – No nieźle...!
Podniosłam się, trzymając Dranisza i zastygłam w szoku.
Furgon zamarł na wierzchołku wzgórza, z którego rozpościerał się przepiękny widok na wieś. Tylko wieś wcale nie wyglądała przepięknie.
Poszarzałe, dziurawe strzechy, przekrzywione płoty, chaty ze ślepymi, powybijanymi oknami i oberwanymi okiennicami. Niektóre domy spłonęły i pozostały po nich jedynie resztki pieców, sieroco unoszące ku niebu zakopcone kominy.
Najwyraźniej nieszczęście spadło na wioskę już dawno temu, gdyż zgliszcza zdążyły zarosnąć trawą i nawet na centralnym placyku ze wspólną studnią, który zwykle jest wydeptany do twardości granitu, kwitły jakieś kwiatki, ożywiając jaskrawymi barwami ogólny obraz opustoszenia.
– Jechaliśmy, jechaliśmy i w końcu dojechaliśmy – skomentował elf i napadł na krasnoluda:
– Widok martwej wsi to jeszcze nie powód, żeby tak nieodpowiedzialnie obchodzić się ze środkiem transportu!
– Przestraszyłem się – usprawiedliwiał się Percival – i furgon jakoś tak sam szarpnął.
– Jakoś tak sam... – przedrzeźniła Tisa.
Zeszliśmy na ziemię i troll wskazał ręką:
– Patrzcie.
– Co? – Próbowałam pojąć, co zwróciło jego uwagę, ale spojrzenie ślizgało się po ruinach, nie znajdując niczego osobliwego.
– Ruiny świątyni – powiedział bystrooki Syn Lasu. – Kamiennej.
– I co to znaczy? – zapytał nerwowo Persik, przeczuwając, że nic dobrego.
– To znaczy, że musimy się stąd wynieść przed zmrokiem – odezwał się za naszymi plecami Wilk.
Obróciliśmy się, Tisa z radosnym okrzykiem doskoczyła do uwielbianego kapitana, a Dranisz pospiesznie go podtrzymał. Jaromir jeszcze niepewnie trzymał się na nogach. Jego wypłowiałe włosy powymykały się z warkocza i zdążyły skołtunić, a posiwiałe po użyciu silnej magii kosmyki dziwnie rozjaśniały głowę kapitana. Koszulę miał przepoconą i pomiętą. Ogółem kapitan wyglądał niechlujnie, a przez to bardziej po ludzku. Pomimo spotkania z uldonem i jego niszczycielską aurą Wilk pozostał oddalony od nas, prostych śmiertelników, elegancki i akuratny nawet w stanie omdlenia.
– Wynieść... Dobrze powiedziane – zgodził się elf, sadzając dowódcę na ziemi i zaglądając mu w oczy. – Nie wydaje się panu, szanowny kapitanie, że pańscy przyjaciele: Władcza Bicz i jego synalek, w których zamku niedawno z taką przyjemnością gościliśmy, trochę... jakby to powiedzieć... umniejszyli rozmiary kataklizmu na podlegających im terytoriach? Co więcej, sądzę, że fraza "u nas jest wszystko w porządku" w ogóle nie ma nic wspólnego z rzeczywistością!
Jaromir się skrzywił. W Biczowsku próbowano nas otruć, więc słyszeć od podwładnego: "A ty im uwierzyłeś, bo młody Bicz to twój przyjaciel" nie było niczym przyjemnym. Jednak co można na to odpowiedzieć?
Elf uznał, że taka maleńka zemsta wystarczy i teraz należycie wypełniał swoje lekarskie obowiązki.
– Patrz za moim palcem, teraz tutaj... Jak mamy stąd odjechać, skoro furgon zdechł ostatecznie? Persik, co ty na to?
– Trzeba zejść do wsi po materiały i narzędzia – odrzekł krasnolud niechętnie. – Nie przypuszczałem, że trzeba będzie naprawiać furgon, więc nie mam odpowiednich instrumentów.
– I jeszcze trzeba nabrać wody, umyć się i zjeść coś gorącego – wyliczył Daezael. – Widzę jakąś rzeczkę, ze studni lepiej wody nie czerpać. Kapitanie, dojdziesz do wsi czy trzeba cię nieść?
– Sam dojdę.
– Może lepiej będzie, jeśli zostanie pan tutaj? – zająknęłam się, lecz Jaromir skierował na mnie spojrzenie chłodnych, srebrzystoszarych oczu i spokojnie odpowiedział:
– W takim miejscu lepiej się nie rozdzielać.
– W takim razie ruszajmy – rzucił troll.
– Mila, a dlaczego z powodu tego, że świątynia jest zburzona, musimy stąd odjechać przed nocą? – spytał Percival szeptem, kiedy wlekliśmy się drogą w dół ku wsi.
– Dlatego, że w świątyni zwykle mieszka mag albo kapłan, albo obu naraz. Tam są bardzo silne czary ochronne przeciwko wszelkiej pomroce albo, co gorsza, martwiakom. Zwykle tam mieszkańcy ukrywają się przed różnymi zagrożeniami.
– A czemu martwiaki są gorsze?
– Bo ich trudniej zabić, i tak są już nieżywe – odparł troll ponuro. – Świątynia może długo służyć jako ochrona okolicznych ziem, nawet jeśli wieśniacy opuszczą osadę. W czasie wojny parę razy kryliśmy się w takich miejscach. A to, że ta świątynia jest zburzona... Nie bój się, Persik, zapewne nie ma żadnego niebezpieczeństwa, po prostu jesteśmy ostrożni na wszelki wypadek. Żeby stworzyć martwiaka, potrzebny jest uldon, a do nich daleko. Poza tym wybiliśmy cały zapas wilkołaków w okręgu.
Rozłożyliśmy się na brzegu rzeczułki, gdzie jeszcze zachowały się ostatki pomostu, służącego wieśniaczkom do prania bielizny.
– Dranisz, Percival, idźcie szukać materiałów do remontu – polecił kapitan. – My z Daezaelem rozpalimy ognisko, a dziewczęta pójdą się wykąpać i zrobić pranie. Lepiej nie chodzić w zakrwawionych szmatach – to przyciąga niepotrzebną uwagę. Do zmierzchu trzeba się uwinąć i wracać do furgonu, więc biegiem!
Rozeszliśmy się, każdy w swoich sprawach. Bezpiecznie tu jest czy nie, lepiej się o tym przekonać w furgonie, niż pośrodku opustoszałej wsi.
ROZDZIAŁ 2
Nawet szlachetne pochodzenie z niewiadomych powodów
nie wybawia od potrzeby regularnego jedzenia.
Filozoficzne rozmyślania Jaromira Wilka
Kąpiel w zimnej rzeczce to nic przyjemnego, jednak należało zmyć pot i brud, więc rozebrałam się w nadbrzeżnych krzakach i zanurkowałam w lodowatej wodzie, z trudem tłumiąc krzyk. Wiosna już nas obdarzała ciepłymi dniami, lecz noce nadal były zimne i woda nie nadążała się ogrzać. Dostałam gęsiej skórki na całym ciele, a powietrze utknęło mi w gardle i nie chciało przejść ani w jedną, ani w drugą stronę.
– Myj się szybko, wyłaź i rozcieraj ręcznikiem – nakazała Tisa. – Potem leć do ogniska, wysusz włosy, a potem wracaj prać. Przeziębienie to ostatnie, czego nam teraz trzeba.
Ona sama ostrożnie weszła do wody, opierając się na zaimprowizowanej kuli. Nawet nie mrugnęła, chociaż złamana noga na pewno bardzo bolała. Mogłam tylko zazdrościć jej opanowania. W takiej sytuacji moje skargi wyglądałyby absolutnie nieprzyzwoicie i żałośnie.
Kiedy podeszłam do ogniska, zobaczyłam, że elf śpi, leżąc niebezpiecznie blisko płomieni, a kapitan (zdążył się wykąpać, mokre włosy niedbale związał sznurkiem) gotuje kaszę. Gotuje kaszę!!!
– Daezael prosił, żeby go nie ruszać, chyba że zajmie się ogniem – powiedział Jaromir, wyciągnął z kociołka wielką łyżkę, podmuchał i spróbował zawartości z poważnym wyrazem twarzy. – Co się stało, Mila? Rogi mi wyrosły?
– Pan gotuje kaszę... – westchnęłam z osłupieniem. Kapitan nie przestawał mnie zadziwiać.
Wyniosły, chłodny, nienaganny, rasowy arystokrata, syn Władcy Dominium, dwa dni temu nie brzydził się brudnej pracy przy ciężko chorych, oddał wszystkie swoje siły, by uratować nas przed wilkołakami, a dzisiaj gotuje kaszę! Byłam pewna, że on nawet nie ma pojęcia, jak się rozwiązuje worek z krupami!
– Gotuję. A kto inny miałby się tym zająć?
– Pan jest przecież szlachetnie urodzony. – Usiadłam przy ognisku z rozpuszczonymi włosami, naprędce przeczesując je palcami. Podczas kiedy ja się tu grzałam, Tisa robiła pranie. Chciałam ją odprowadzić do ogniska, ale dziewczyna wzgardliwie odrzuciła moją pomoc. Powiedziała, że jest zahartowana, a włosy miała o wiele krótsze od moich i prędko schły w promieniach wiosennego słońca.
– No i co? To tylko tobie się wydaję największym złem tego świata, a Dranisz i Tisa nie wątpią, że kiedy skończą swoją robotę, dostaną po misce pożywnej i gorącej kaszy.
– Nie jest pan złem, tylko po prostu realnie pana oceniam – odparłam. – Do tejże Tisy odnosi się pan jak do psa.
– Jest moją służącą – odrzekł kapitan spokojnie. – Jak powinienem się do niej odnosić? Spróbuj ją pozbawić możliwości służenia mi. Sądzisz, że to jej się spodoba? Poza tym, w naszym zamku nawet psy nigdy nie były głodne i zawsze o nie dbano.
– Nie wątpię. Przecież trzeba dbać o status Domu.
– Trzeba – zgodził się Wilk. – Ale proste, kupieckie córki tego nie rozumieją.
– Nie należy uważać innych za gorszych od siebie tylko dlatego, że nie mieli szczęścia urodzić się jako szlachta.
– Czestomir strasznie cię zdemoralizował swoimi poglądami – rzekł kapitan z obrzydzeniem. – I nabił głowę rozmaitymi bzdurami. On nie jest taki, jak wszyscy. To wyrodek, nierozumiejący stopnia odpowiedzialności, spoczywającej na każdym arystokracie i żyjący wedle jakichś własnych zasad. Jestem zdumiony, że jego rodzina jeszcze nie wygnała go ze swego Domu.
– Czestomir jest jednym z najlepszych ludzi, jakich spotkałam w życiu – odparłam cicho, lecz wyraźnie, podnosząc głowę i patrząc prosto w srebrzystoszare oczy Wilka. – I nie panu go sądzić.
– Wielka szkoda, że Dąb, biorąc cię na materac, nie pokazał ci w porę, gdzie twoje miejsce – rzucił kapitan pogardliwie i ze złością. – Ten błąd będę musiał naprawiać ja.
– Spróbuj. – Wstałam, zmuszając w ten sposób Jaromira, by patrzył na mnie z dołu. Oparłam ręce na biodrach, powstrzymując się, by chama nie uderzyć. Jeszcze nikt nigdy tak mnie nie obraził. – Nie masz żadnego prawa mnie poniżać. Zapomniałeś, gdzie się znajdujemy i w jakiej jesteśmy sytuacji? Oczywiście, w twoim zamku nawet bym nie śmiała podnieść oczu na jaśnie wielmożnego pana, ale teraz siedzisz tu żywy tylko dzięki mojej krwi i uzdrowicielskiej sztuce Daezaela, więc nie bądź taki zadufany.
Kapitan zerwał się na nogi i natychmiast zyskał przewagę. Nic dziwnego – po ojcu odziedziczyłam niski wzrost, a ciężka podróż sprawiła, że ze szczupłej zrobiłam się wręcz koścista. Oczy Jaromira zwęziły się z wściekłości, szczęka wysunęła naprzód; wygodniej uchwycił łyżkę. Aż się trzęsłam z gniewu, a ręka sama sięgnęła po nóż.
– Tylko spróbuj, dziewczynko – wycedził Wilk.
Zgarnęłam fałdy spódnicy lewą ręką, żeby mieć większą swobodę ruchów. Jaromir szerzej rozstawił nogi, na znak, że nie zamierza uchylać się przed ciosem i odpowie na niego z całą bezwzględnością.
– Hej! Stop, stop! – rozległ się głos trolla.
Odruchowo odwróciliśmy głowy i zobaczyliśmy biegnącego ku nam Dranisza. Po drodze zrzucił z ramienia wiązkę jakichś długich żerdzi, które rozsypały się ze stukiem. Sapiący za plecami trolla krasnolud zostawił swój własny ładunek, wleczony na kawałku starej rogoży i rzucił się zbierać rozsypane drągi.
– Stop! Uspokójcie się! – Dranisz stanął między nami, rozkładając ramiona. – Kicia, opuść nóż. Jarek, siadaj! Siadaj, mówię, tak, dobrze, a teraz powoli oddychamy. Jarek, trzeba zamieszać kaszę.
Wilk niechętnie zajął się kociołkiem, rzucając mi spojrzenia spode łba.
– Wystarczy, że się odwrócę, a zaraz się gryziecie jak psy! – powiedział troll z wyrzutem, gładząc mnie po plecach.
– Drychle by cię wzięły, trolla mordo! – burknął elf. – Jeszcze chwila i by się pobili! Zawsze się wtrącasz nie w porę!
– A ty tam śpij, bo zaraz sam sobie będziesz prał koszulę! – warknęłam na amatora skandali, w duchu ciesząc się, że mam możliwość wyładowania nagromadzonego rozdrażnienia.
Elf nie zniżył się do odpowiedzi, lecz na wszelki wypadek się odsunął.
– O co wam poszło? – zapytał Dranisz.
– Nazwał mnie materacem Czestomira – powiedziałam, znów czując napływ złości.
– Jarek, przeproś – rzekł troll.
– Nie – odparł Wilk. – Z jakiej racji? Pomyśl, Dranisz, obok kogo w tej chwili siedzisz i z kim masz zamiar się ożenić. Ożenić!
– Mój wybór jest moją sprawą i ciebie nie dotyczy – odpowiedział Dranisz spokojnie. – A dziewczynę obraziłeś zupełnie niepotrzebnie.
Kapitan długo milczał z zaciśniętymi zębami, mieszając kaszę tak, jakby to ona była winna wszystkim jego nieszczęściom. Wysuszyłam włosy i wstałam, zamierzając odejść.
– Przepraszam – burknął Jaromir.
– Niech to pozostanie na pańskim sumieniu – odrzekłam.
Oczywiście nie można odejść dumnie, dźwigając torbę brudnej bielizny, ale miałam nadzieję, że przynajmniej moje plecy wyobrażają całą moją pogardę wobec Jaromira Wilka.
Dranisz dogonił mnie, kiedy już rozkładałam pranie na pomoście. Tisa obok leniwie pluskała w wodzie swoją połowę brudnej odzieży.
– Persik strasznie klął, że rzuciłem drągi. – Troll uśmiechał się, jakby nigdy nic. – Zamierza jakoś naprawić furgon, trzęsie się nad każdą mocniejszą deseczką, a ja tak lekkomyślnie się z nimi obszedłem! Dziwne, ale w tej wsi wszystko zgniło z niewiarygodną szybkością.
– A co się stało? – zainteresowała się wojowniczka.
– Jak zwykle, Mila i Jarek się pokłócili – odrzekł troll, zdejmując koszulę.
– Nigdy nie spałam z Czestomirem – mruknęłam.
Troll przysiadł obok w kucki i dużymi, ciepłymi palcami uniósł mi podbródek tak, bym na niego spojrzała. Jego brązowe oczy były pełne powagi.
– Wiem – powiedział i pocałował mnie leciutko w czoło.
Potem szybko zrzucił resztę ubrania i niemal bez bryzg wślizgnął się z pomostu do wody.
– Dziewczyny, nie patrzcie tutaj – poprosił za naszymi plecami krasnolud, rozbierając się w krzakach.
– Tak jakbym miała zobaczyć coś nowego! – prychnęła Tisa. – A raczej: na co tam patrzeć?
– No to nie patrz. Aj! Jaka zimna!
– Coś nasz Persik zaczął pyskować – rzekła Tisa w zadumie. – Ani się obejrzymy, a zrobimy z niego mężczyznę. Chociaż... jak z niego robić mężczyznę, kiedy on nawet gaci nie zdjął?
– Skąd wiesz?
– Podglądałam – roześmiała się wojowniczka. – On nawet jak się myje, to nigdy nie rozbiera do naga. Śmieszny. Przynamniej jest mniej do prania...
Jakiś czas w milczeniu płukałyśmy ubrania. Naturalnie, plam krwi i błota nie dało się w ten sposób usunąć do końca, ale najważniejsze, by odzież nie cuchnęła krwią, przyciągając wszystkie okoliczne drapieżniki, albo i co gorszego.
– Tisa – odezwałam się, patrząc na rzekę. – Popatrz, co to jest?
Środkiem koryta płynęło coś wielkiego i ciemnego, przypominającego omszały pień, lecz poruszało się pod prąd.
– Dranisz! – wrzasnęła Tisa na całe gardło. – Na brzeg!
Złapała kulę i zamachnęła się nią, zapominając o złamanej nodze, upadła i w bezsilnej złości walnęła pięścią w deski, warcząc coś niewyraźnie.
Tymczasem Percival z okrzykiem rzucił się na wielką rybę. Dranisz ledwo zdążył go złapać i cisnąć na brzeg, jednak sam już nie miał czasu, by umknąć. Troll skrył się pod wodą, błyskawicznie poróżowiałą od krwi.
– Ogłusz ją! – krzyknęła Tisa, uderzając mnie kulą po nogach.
To mnie wyrwało z osłupienia i rzuciłam jedyne bojowe zaklęcie, jakie przyszło mi do głowy. Wzięłam zamach i rzuciłam w stwora ogromną, ognistą kulę. Woda zawrzała, w powietrze buchnęła para i przez dłuższą chwilę nic nie było widać.
– Dranisz! – krzyknęłam przeraźliwie. Serce mi się ścisnęło, w oczach stanęły łzy. – Dranisz!!!
– Żyję – odpowiedział, pojawiając się przy brzegu. – Tylko trochę oparzony. Zuch Kicia! Bojowa ty moja!
– Jesteś ranny...! – wybełkotałam, patrząc na jego czerwoną skórę, po której ciekły czerwone strużki.
– Aha – potwierdził spokojnie. – Za to patrzcie, co złowiłem!
Zostawiając na piasku krwawe plamy, wywlókł na brzeg wielkie rybie cielsko i wyczerpany upadł obok na brzuch. Plecy miał pokryte pęcherzami.
– Zęboszczuk! – zdumiała się Tisa, szturchając rybsko kijem. – A to dopiero! Myślałam, że ich tu nie ma!
– Jak widzisz, są – odparł Dranisz i zasyczał, kiedy próbowałam zasklepić magią poszarpane rany na jego ramieniu, zostawione przez zęby potwora.
– Na trolle magia słabo działa – odezwał się za mną Daezael. – Tym bardziej, że on ma w krwi mnóstwo wilkołaczego jadu, którego nie miałem czasu usunąć. Postanowiłaś wykończyć swojego narzeczonego? No to kontynuuj.
Przerażona, gwałtownie cofnęłam ręce. Jak mogłam o tym zapomnieć!
– Uspokój się, Kicia – poprosił Dranisz. – Nie ma co przedwcześnie składać mnie do grobu.
– Ugotowałaś go żywcem! – Elf powąchał rybę i oderwał kawałeczek. – Mm... Niezłe! Mila, ja tu cierpię z powodu magicznego wyczerpania, a ty rzucasz magią na prawo i lewo! Co za świństwo! Sama będziesz swojego obgotowanego kawalera łatać i smarować maścią na oparzenia, żebyś wiedziała! Nie czerwień się tak, najważniejszej części mu nie oparzyłaś.
– Tylko dlatego, że zdążył w porę zanurkować – odezwał się kapitan ponuro.
Obejrzałam się. Twarz Wilka była beznamiętna, lecz w oczach szalała burza. Obok Jaromira stał drżący krasnolud, obejmując się ramionami.
– Daj spokój, Jarek – powiedział Dranisz ugodowo. – Trochę przesadziła, ale jak inaczej nabierze doświadczenia? I tak ostatecznie jestem wygrany – wymasuje mnie delikatnymi rączkami.
– Na początek cię zaceruje. – Daezael bezlitośnie wcisnął mi przybornik do zaszywania ran. – Nie zapomnij przemyć! Nie wiadomo, jakie paskudztwa ta rybka miała na zębach.
– Na pewno nie truciznę – powiedział kapitan, przykucając koło ugotowanego zęboszczuka. – Te rybki wyhodowali uldoni, żeby chroniły ich ziemie, a zarazem służyły jako pokarm dla wilkołaków.
– A co taka rybka sama żre? – zainteresował się elf, dołączając do Jaromira. Wyciągnął nóż i rozpruł brzuch naszego połowu. – Pusto! Ale jak to...?
– Specjalny gatunek – wyjaśnił kapitan. – Po pierwszym i jedynym procesie rozmnożenia rośnie, żywiąc się szczątkowymi magicznymi emanacjami.
– Próbowaliśmy je hodować w czasie wojny. – Troll ciężko westchnął, ale w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że dokucza mu moja krzątanina z igłą i nićmi. – Ale nic z tego nie wychodziło, wszystkie zdychały.
– Nic dziwnego. Do tego potrzebne jest specjalne zaklęcie, podobne do tego, jakiego my używamy w swoich lasach i ogrodach – odparł elf z roztargnieniem, krojąc rybę. – Persik! Nie stój jak słup! Opłucz mi dolną szczękę, tylko ostrożnie! Zasuszę ją, przyda się. No proszę, budowa zupełnie jak u szczupaka! Uldoni zrobili świetną robotę.
– Nie rozrzucaj mięsa po piasku! – ofuknęła go Tisa. – My będziemy to jeść!
– Jedzcie – odparł elf, wywlekając z zęboszczuka kręgosłup. – Popatrzmy, co my tu mamy...
– Persik, a ty czemu rzuciłeś się na zęboszczuka? – zapytał troll. – Gdybym cię nie odepchnął, oderwałby ci rękę.
– Chciałem go zabić! – odrzekł krasnolud krwiożerczo. – Mam już dość, że wszyscy napadają na mnie. Ja też chcę na kogoś napaść!
– Zuch – pochwaliła Tisa, mlaskając.
– Nie – odparł kapitan sucho. – Żadnego napadania przez dyletantów. Gdybyś się nie rzucał na zęboszczuka, Dranisz nie musiałby cię odciągać i narażać się na atak, gdyby Mila nie...
– Gdyby Mila nie ugotowała ryby żywcem, to ta rozdarłaby mnie na strzępy – wpadł mu w słowo Dranisz. – Przestań, Jarek, robisz z igły widły. Przecież oni nie mają czasu się uczyć i dzieciaki czerpią doświadczenie, skąd mogą. Jeśli moja Kicia w ten sposób nauczy się bronić, kiedy mnie nie będzie obok, jestem gotów narażać się każdego dnia.
– Idiota – skonstatował elf. Zdążył już zbadać rybi szkielet i wrócił mu dawny zjadliwy nastrój. – Ty i tak ostatnio każdego dnia zdobywasz nowe rany. Jak tak dalej pójdzie, Mila wyjdzie za kalekę. I nie dam gwarancji, że jeśli sytuacja dalej się tak będzie rozwijać, będziesz się mógł rozmnażać. Chociaż nie, lepiej, jeżeli się nie zmieni. Nikt u nas jeszcze nie badał płciowych dysfunkcji u trolli, moja praca może odnieść wielki sukces.
– Przestańcie gadać po próżnicy – rzucił kapitan. – Jemy i wracamy do furgonu. Nie zostało wiele czasu do zmroku. Przy okazji, Mila, twoje pranie odpłynęło.
– Och! – Zerwałam się na nogi. Koszula trolla, którą płukałam w chwili pojawienia się zęboszczuka, była już tylko białą plamką daleko w dole nurtu.
– Nie szkodzi – powiedział Dranisz beztrosko. – Popłynę i wyciągnę.
– O nie! – oburzył się uzdrowiciel. – Jakie znowu "popłynę"? Co ty masz w głowie, siano? Dopiero co cię zaszyli. Siedź cicho i jedz rybę!
Westchnęłam smutno, pojmując, że po koszulę będę musiała płynąć ja. Włażenie do lodowatej wody było ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę. Na samą myśl dostawałam gęsiej skóry.
– Zostaw – rzekł troll, widząc, że zdejmuję buty. – Co to ja, nie mam już się w co ubrać?
Kapitan prychnął i zrobił minę pełną wzgardliwej dezaprobaty, ale już byłam na to uodporniona.
– Tak zmiękłeś, Dranisz, że aż żal patrzeć. – Tisa wyszarpnęła kawałek mięsa z taką siłą, że nieszczęsna tusza zadrgała i machnęła ogonem jak żywa.
– No to nie patrz – odparł troll, uśmiechając się błogo. Mimo bólu, gładził moją rękę i był szczęśliwy.
Mimowolnie podniosłam głowę i spojrzałam na Jaromira. Wydało mi się, że spod lodowatej dezaprobaty prześwitywał ból. Ale dlaczego? Czyżby wspominał tę dziewczynę, którą kochał w czasie wojny, i która go zdradziła z Czestomirem? Czy nasz zimny kapitan po prostu tęskni za ciepłymi uczuciami?
Kiedy się najedliśmy, elf polecił mi opłukać resztki zęboszczuka z piasku i zabrać ze sobą w kociołku.
– Kapitańską kaszę i resztę ryby zjemy na śniadanie. Mam przeczucie, że noc będzie burzliwa i rano nie będziemy mieli głowy do gotowania – prorokował złowieszczo Syn Lasu i powęszył demonstracyjnie. – W powietrzu wyraźnie pachnie kłopotami.
– Przestań krakać! – burknęła Tisa. – Ściągniesz nam na głowy jakieś świństwo, jakbyśmy i bez tego mieli mało kłopotów!
– Nie można wykrakać tego, co jest przesądzone – rzekł Daezael z patosem. – Au! Ożeż ty...
Wojowniczka, która zręcznie stuknęła kulą porwanego mrocznymi przepowiedniami elfa, wzięła się pod boki, stojąc na jednej nodze.
– Nie myśl, że będę cię jeszcze uzdrawiał! – przyobiecał Daezael, obmacując poszkodowane plecy. – Będziesz zdychać, a ja będę stał obok i się śmiał!
– Nigdy w to nie wątpiłam – odparła dziewczyna. – Zbierajmy się. Niedługo zacznie się ściemniać.
Procesja pełznąca na wzgórze do furgonu stanowiła łakomy kąsek dla dowolnej pomroki żądnej świeżego mięsa. W dodatku byliśmy zmęczeni i taszczyliśmy ciężki ładunek. Mokre ubrania, kociołek z kaszą, zapas wody, torba lekarska, z którą Daezael teraz się nie rozstawał, oraz rezultaty poszukiwań krasnoluda i trolla, czyli długie żerdzie i jakieś narzędzia kowalskie. Poparzony Dranisz nie mógł nieść niczego na plecach, więc rola tragarzy przypadła kapitanowi i elfowi.
– Mila – odezwał się Daezael głośnym szeptem – założymy się?
– O co? – spytałam obojętnie. Tobół z mokrymi rzeczami nieprzyjemnie ziębił grzbiet, a uzdrowicielska torba ciążyła na szyi, z każdym krokiem coraz bardziej przyginając mnie ku ziemi. Gwałtowny wyrzut energii magicznej również dawał o sobie znać i przed oczami pływały mi żółte płatki.
– Jaromir padnie, zanim dojdziemy do furgonu, czy nie? Ja stawiam, że padnie.
– Dlaczego jesteś taki pewny?
– Bo on niesie drugi koniec drągów i czuję, jak się zatacza – oznajmił elf z zadowoleniem.
– Teraz wszyscy źle się czują, a ty się przyczepiłeś do kapitana – oburzyła się Tisa, kuśtykająca z tyłu. – O, Dranisz też się chwieje!
– Ma też dreszcze – rzekł uzdrowiciel obojętnie. – Skutki oparzenia. Nie, troll mnie nie interesuje, niech Mila się o niego martwi – to ona będzie targać i jego, i kociołki. Kapitan to dopiero ciekawa sprawa. Powinien teraz leżeć, a on chodzi i nawet nosi ciężary.
– Nie padnie – oznajmiłam twardo. – Kapitan nie padnie, póki nie doniesie tych drągów do furgonu.
– No to zakład! – ucieszył się elf. – Jeśli wygram, jutro rano zabieram ci prawie cały zapas magii, zgoda?
– A jeśli ja wygram?
– Niemożliwe – odparł elf stanowczo.
– Niemożliwe! – pieklił się jakiś czas później, kiedy już cała nasza grupa pomyślnie dotarła do celu. – On powinien upaść! Powinien! Przecież on zupełnie nie ma sił! I nie czerpał z siły rodu, przecież wiem! Uch, jak ja was wszystkich nienawidzę! Persik, chodź tu, to cię kopnę!
– Jak potrzebujesz, to sam przyjdź i kopnij – odrzekł melancholijnie krasnolud, leżący plackiem koło rogoży z narzędziami, którą ledwo zataszczył na wzgórze. – Ja nie mam sił.
– Jesteś najzdrowszy z nas wszystkich i nie masz sił?! – zawył elf. – A gdzie je podziałeś? Przecież nawet nie jesteś ranny!
– Nie mogę żyć na takich skąpych racjach – przyznał się krasnolud cicho. – Przecież myśmy ostatnio prawie nie jedli. Taki z ciebie mądry medyk, a zapomniałeś, że my mamy inną przemianę materii? Krasnolud nie wyżyje na takich okruchach, my musimy jeść znacznie więcej niż elfy. Patrz!
Percival odpiął sprzączkę pasa i odchylił spodnie. W powstałym luzie mogłabym się zmieścić jeszcze ja. Sądząc po wyciągniętej twarzy Syna Lasu, albo rzeczywiście zapomniał o tej właściwości krasnoludzkiego organizmu, albo nie brał jej w ogóle pod uwagę. Co więcej, nikt z nas, zajętych własnymi problemami, nie zauważył, jak bardzo Percival schudł w ciągu ostatnich paru dni. Zresztą Daezael nie byłby sobą, gdyby szybko nie odzyskał rezonu.
– No to jedz, kto ci przeszkadza? O, cały kociołek kaszy i ryby. Jedz, ile wlezie i kładź się spać. W naszej drużynie stanowisko profesjonalnego szkieletu zajmuje już Mila, jeden starczy.
– Nie jestem szkieletem! – zdenerwowałam się. – Jestem po prostu chuda.
– Chuda na granicy wycieńczenia – sprecyzował uzdrowiciel, wchodząc do furgonu. – Mila, chodź tu!
Czując się jak staruszka, którą bolą wszystkie kości, poszłam za nim.
– Bierz koc i tę maść – zakomenderował elf. – Będziesz ratować swojego trolla, bo tam z nim niewesoło. A ja tymczasem dla wszystkich zrobię mikstury. Drychle by was wzięły, skąd miałem wiedzieć, że i środek przeciw oparzeniom trzeba ze sobą taszczyć?! A teraz się trzeba fatygować...
Kiedy smarowałam Draniszowi pokryte pęcherzami plecy i ramiona, kapitan przygotowywał obóz do noclegu, zaprzęgając do roboty nawet gderającego elfa. Na nas nie spojrzał ani razu. Zresztą, ja nie miałam do tego głowy, bo troll czuł się coraz gorzej. Nieustanna utrata krwi, rany, jad wilkołaka, fizyczne obciążenie, a w końcu oparzenia dokonały dzieła. Wzrok Dranisza był mętny i nieskupiony, obojętnie wypił wszystko, co podał mu Daezael, po czym w milczeniu zwalił się na koc, wciskając twarz w poduszkę. Widzieć mocnego i zawsze wesołego trolla w takim stanie było wręcz strasznie.
Jest mu zimno... Trzeba rozpalić ognisko! Zerwałam się i pobiegłam po latarnię, lecz po drodze Wilk chwycił mnie za rękę.
– Co się stało? – przestraszyłam się, widząc jego poszarzałą twarz.
– Z Draniszem jest bardzo źle? – zapytał.
– Tak – przyznałam. – Chcę rozpalić ogień, żeby nie zmarzł. Noce są zimne, a on się trzęsie...
Jaromir ścisnął moją rękę tak mocno, że aż krzyknęłam z bólu. Na pewno zostaną mi sińce.
– Niech mnie pan puści! – jęknęłam. – Wiem, co chce pan powiedzieć! Że to wszystko przeze mnie, że Dranisz jest panu bardzo drogi, i że mam zrobić wszystko, co tylko możliwe... Ale przecież i tak robię!
– Wcale nie chciałem powiedzieć, że to przez ciebie. – Wilk odetchnął i ostrożnie mnie puścił. – Przepraszam, poniosło mnie. Pomogę ci nazbierać drewna. Poprosimy też Daezaela, on dobrze widzi w ciemnościach.
Powoli zgięłam i rozprostowałam palce. Poniosło go, też coś!
– To normalne – oznajmił autorytatywnie elf, stając za mną z latarnią.
– Co dokładnie? – Starałam się opanować drżenie w głosie. Daezael swoimi sztuczkami kiedyś wpędzi mnie do grobu!
– Takie wybuchy. – Elf dotknął chłodną dłonią zaczynającego się tworzyć siniaka. – Tacy ludzie, jak kapitan, trzymają swoje emocje pod szczelną przykrywką. A one tam kipią, kipią, a potem – łubudu! – i wybuchają. A wtedy ratuj się, kto może. Poza tym, ty masz mniej szczęścia od innych, bo Jaromir jest wobec ciebie jawnie nieobojętny.
– Nieobojętny? – Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. – Co ty mówisz, przecież on mnie nie cierpi!
– Właśnie o tym mówię: nieobojętny. Na przykład Tisa, cokolwiek zrobi, on reaguje zwyczajnie, tak jak każdy pan na wybryki wiernego sługi. A ty nieustannie wyrywasz go z szablonowego zachowania. Wiesz, wydaje mi się, że on kiedyś cię udusi.
– Miła perspektywa. – Uśmiechnęłam się blado. – A może jednak poderżnie mi gardło?
– Nie, udusi. Żeby wszystko poczuć własnymi rękami: jak miażdży twoje tkanki, jak ciało drga w agonii, jak chrypisz i próbujesz się wyzwolić...
Z jakiegoś powodu nagle poczułam dreszcz przerażenia, jakby ktoś przeciągnął mi zimnym palcem po kręgosłupie. Mimowolnie chwyciłam Daezaela za rękę.
– Co? – spytał szeptem. – Też to poczułaś? Łapmy pierwsze z brzegu suche gałęzie i wracajmy do furgonu. Jakoś nie chce mi się dłużej chodzić po tym lesie.
Po powrocie czym prędzej zaczęłam rozpalać ognisko. Wydawało mi się, że jaskrawy, żywy płomień odgrodzi mnie od tego strasznego nie wiadomo czego, co przyczaiło się między drzewami. Obok Daezael sprawnie rąbał grube gałęzie na mniejsze kawałki.
– Czemu nazbieraliście tak mało drewna? – zapytał kapitan, wyłaniając się z mroku z naręczem chrustu. – Nie wystarczy na całą noc.
– A ty nie czułeś, że tam w lesie coś jest? – spytał elf.
– To nie powód, żeby siedzieć bez ognia. – Wilk zrzucił swoje brzemię na wspólny stos. – Bierz siekierę, widziałem tam suchą sosnę, starczy na długo. A Mila niech zostanie, jeśli się boi.
– Boję się – odrzekłam uczciwie.
– W takim razie wejdź do furgonu i weź broń – polecił kapitan z rozdrażnieniem. – Ani Tisa, ani Dranisz w tej chwili nie są w stanie się obronić.
Kiedy spoczywa na tobie odpowiedzialność za bezpieczeństwo towarzyszy, strach maleje. Poszłam do furgonu po elficki łuk, który świetnie odganiał pomrokę. Na ludzi zaś miałam sztylet.
W ciemnym wnętrzu rozlegało się ciche szlochanie.
– Tisa? – Ostrożnie skierowałam się w tamtą stronę, starając się na nic nie nastąpić. – Co się stało?
– Boli mnie – wyjęczała dziewczyna. – Myślisz, że łatwo skakać na tych kijach? Tak mnie boli noga...
– Dlaczego nie poprosiłaś któregoś z nas o znieczulenie? – Powiodłam ręką nad złamaną nogą Tisy. Od jej skóry biła gorączka. – Czemu nie powiedziałaś, że tak z tobą źle?
– Przecież Daezael powiedział, że magia jest zabroniona, kiedy we krwi ma się jad wilkołaka! Nie chcę umrzeć!
– Wszystko będzie dobrze. – W końcu zdołałam zapalić lampę pod powałą. – Są przecież jeszcze różne ziołowe nalewki i leki. Zaraz wszystko przygotuję i poczujesz się lepiej.
Zajmowałam się Tisą aż do powrotu naszych drwali, zupełnie zapomniawszy o lękach. Nawet nie drgnęłam, kiedy swoim zwyczajem za moimi plecami wyrósł elf, postał chwilę, mruknął z aprobatą i wyszedł.
Kiedy wojowniczka w końcu zasnęła, wyszłam do ogniska i natknęłam się na żałosny wzrok Daezaela. Elf jeszcze nigdy tak na nikogo nie patrzył, znów ogarnął mnie strach.
– Mila – wymamrotał żałośnie. – Znasz się na nekromancji?
– Nekromancji? – Niezły temat na rozmowy po nocy. – Tak, podstawy.
– To szybko ochroń nas przed martwiakami!
– Jakimi martwiakami?
– Nie czujesz tego? Idą za nami! Powstali z grobów i idą za nami! – Palce elfa wczepiły się w moją bluzkę, aż się zatoczyłam pod jego ciężarem. W oczach Daezaela błyszczało szaleństwo. – Idą! Idą!
Byłam tak przerażona, że nie mogłam się poruszyć. Tylko powtarzałam:
– Daezael, uspokój się, uspokój...
Kapitan podjął bardziej zdecydowane działania. Ogłuszony jednym ciosem Daezael upadł na ziemię, a mnie Jaromir klepnął w policzek.
– Ocknij się! Rób to, o czym mówił Daezael.
– Dobrze. – Spojrzałam mu w oczy i to jakimś sposobem dodało mi sił.
– Hej, a ty dokąd? – zawołał Wilk, układając elfa na posłaniu obok Dranisza.
– Szukam podręcznika! – odparłam z dachu, grzebiąc w swoich rzeczach. – A pan myślał, że poszłam się schować?
– Przyszło mi to do głowy – przyznał Wilk uczciwie i nawet zdobył się na uprzejmość, by pomóc mi zejść. – To znasz się na nekromancji czy nie?
– Powiedziałam przecież: tylko podstawy. Mieliśmy je na kursach, ale nigdy nie praktykowałam. Muszę coś sprawdzić, a nuż źle zapamiętałam?
– Wzięłaś ze sobą podręcznik nekromancji? – zdziwił się kapitan, zaglądając mi przez ramię, kiedy przeglądałam książkę w świetle ogniska.
– Nie, to poradnik dla początkującego maga, tu jest wszystkiego po trochu. O, znalazłam. Chwileczkę...
Kapitan odczekał w milczeniu, aż przeczytam odpowiedni akapit, a potem poradził, dotykając palcem schematu zaklęcia:
– Tutaj zrób inaczej. Pass dłonią, o tak, a energię skieruj do tego punktu, a nie tego.
– Pan się zna na nekromancji?! To dlaczego ja mam to robić?
– Mila – westchnął ciężko Jaromir – nie mów głupstw. Ja nie mogę w tej chwili zajmować się magią. I tak, oczywiście, znam nekromancję. Również podstawy, jak się chronić przed wszelkimi nieproszonymi elementami, ale ja przerobiłem to wszystko w praktyce podczas wojny, a autor podręcznika najwyraźniej nie. Dlatego proszę cię, żebyś zrobiła wszystko tak, jak ci powiedziałem, bo to będzie znacznie bardziej efektywne, dobrze?
– Czy jest coś, czego pan nie wie? – westchnęłam, odkładając książkę i gotując się do pracy.
– Jestem przecież dowódcą – odrzekł kapitan. – A dowódca powinien znać się na wszystkim po trochu. Ale wielu rzeczy jednak nie wiem. Nie znam się na przykład na uzdrowicielstwie, ani nie wiem, gdzie jest moja narzeczona, ani dlaczego postanowiła poszczuć na nas armię wilkołaków.
– Dlaczego pan też sądzi, że to ona?
– Co znaczy "też"? – Jaromir przechylił głowę na bok. – Omawialiście moje prywatne sprawy za moimi plecami?
– Kiedy sprawy dzieją się na taką skalę, przestają być prywatne – burknęłam. Nie chciałam, by Jaromir uważał mnie za plotkarkę. – To Dranisz sądzi, że pańska narzeczona zebrała tę sforę wilkołaków.
– Dom Haka zawsze słynął z unikalnej siły magicznej i właśnie dlatego ten ród zdołał utrzymać północną granicę, choć problemów tam nigdy nie brakowało – odrzekł Jaromir w zamyśleniu, patrząc w ogień. – Sądzę, że poradzić sobie z taką ilością pomroki mógłby jeszcze naczelny arcymag, a on pochodzi, nawiasem mówiąc, z królewskiego rodu. Tak więc kiedy spotkamy się z Jasnotą, trzeba będzie z nią poważnie porozmawiać.
– Jest pan taki pewny, że się spotkacie? Zdaje się, że ona wcale nie chce pana widzieć. – Nie mogłam powstrzymać się od wbicia mu szpilki.
– Próbowała zabić mnie i moich ludzi, więc jako syn Władcy nie mogę tego wybaczyć – odparł Jaromir szorstko.
– W dodatku nie chciała za pana wyjść za mąż i uciekła, a tego pan nie wybaczy jako mężczyzna. – Jaromir rzucił mi takie spojrzenie, że mimowolnie odskoczyłam. – No dobrze, zagadałam się, pora nas bronić przed zombiakami.
Za pomocą elfickiego łuku nakreśliłam krąg dokoła obozowiska, w ten sposób odgradzając nas od reszty świata. Wyrecytowałam odpowiednie zaklęcie i nawet nie próbując iść równo, zataczając się ze zmęczenia, dobrnęłam do ogniska, po czym padłam obok Dranisza. Mimo zmęczenia i wyczerpania nie chciało mi się spać, więc po prostu obserwowałam, jak odblaski płomieni igrają na zadumanej twarzy kapitana. Kto wie, co w nich widział? Pomyślałam, że właśnie taki zadumany, zmęczony i chory wędrowiec jest o wiele ładniejszy od zimnego, nieprzystępnego i szorstkiego arystokraty. Ciekawe, co teraz się dzieje w jego duszy i jak to wpłynie na nas?
– Dlaczego tak na mnie patrzysz, Mila? – zapytał nagle Jaromir.
– Próbuję zrozumieć, co z ciebie za człowiek – odpowiedziałam szczerze.
– I jak ci idzie?
– Na razie nijak.
– Lepiej nie próbuj mnie zrozumieć – poradził z gorzkim uśmiechem. – Masz Dranisza, a on jest o wiele lepszy ode mnie, nawet jeśli nie jest człowiekiem.
– Chyba pan nie sądzi, że się w panu zakochałam, jaśnie wielmożny? – odpowiedziałam, wkładając w to zdanie maksymalną dozę sarkazmu.
Wzruszył ramionami.
– Dlaczego nie? Dziewczyny z ludu często się we mnie zakochują. A ty się zachowujesz jakoś dziwnie. Mnie tylko żal Dranisza.
– Nie warto żałować Dranisza – odparłam. – Jego życie jest o wiele lepsze od pańskiego, gdyż on dostrzega w świecie i w ludziach to, co najlepsze, a nie doszukuje się ukrytych pobudek.
– To już zależy, co kto wyniósł z domu. Nie powiedziałaś, czy jesteś we mnie zakochana – tak czy nie?
– Nie kocha cię, nawet ślepy to zauważy – zachrypiał ktoś poza granicą skrawka oświetlonego przez nasze ognisko. – U niej w duszy jest taki bigos, że na miłość zwyczajnie nie ma miejsca. A kiedy już wszystko sobie poukłada, wtedy...
– Mila, odczep się ode mnie – powiedział Jaromir cicho. – Albo przynajmniej puść moją prawą rękę.
– Przepraszam, kapitanie – wymamrotałam.
Nie miałam pojęcia, jak i kiedy znalazłam się po drugiej stronie ogniska, przyciśnięta do Wilka i jeszcze w dodatku z głową schowaną pod jego pachą. Dygotałam z przerażenia.
– Pokaż no się, dobry człowieku, znający się na dziewczęcych duszach – odezwał się Wilk spokojnym tonem, a jego ręka legła na rękojeści sztyletu.
– Tu jestem, tutaj... Można się przysiąść?
Z mroku wyłonił się stareńki dziadek w wyleniałej futrzanej kamizeli, w walonkach i płóciennych portkach, z długą siwą brodą, której koniec dla wygody wetknął do kieszeni.
– Dajcie się pożywić – rzekł dziadek, drapieżnie wyszczerzywszy zęby, i wyciągnął ku nam ręce ze szponiasto zakrzywionymi palcami.
A ja, zamiast bronić pleców kapitana, zawstydzająco, haniebnie zemdlałam.