Gdy zabrakło samolotów...
Eskadry 161 i 162 lwowskiego dywizjonu myśliwskiego pracowały w pocie
czoła. Natężenie lotów było wielkie, toteż pezetelki raz po raz
podrywały się w górę z lotniska Widzew pod Łodzią i szły na spotkanie
napastników. Napór wroga wzrastał, powietrze nad Polską coraz bardziej
wypełniało się maszynami z czarnymi krzyżami na skrzydłach i równie
czarnymi swastykami na statecznikach. Hitlerowska Luftwaffe1
- najpotężniejsza wówczas lotnicza siła świata - dysponowała ponad dwoma
i pół tysiącem nowoczesnych, szybkich i doskonale uzbrojonych samolotów
bojowych. Cele i zadania tej potwornej machiny bojowej niedwuznacznie
określił sam Hitler w znamiennej mowie z dnia 22 sierpnia 1939 roku:
"Zniszczenie Polski jest na pierwszym planie. Celem jest zniszczenie
żywych sił, a nie dojście do jakiejś linii... Podam propagandową
przyczyną rozpoczęcia wojny. Obojętne, czy będzie ona słuszna, czy nie.
Zwycięzcy nikt nie będzie pytał, czy mówił prawdę, czy nieprawdę. Nie
miejcie litośći. Brutalne podejście. Silniejszy ma rację. Jak największa
surowość..."2
Nie mieli litości, byli brutalni, byli... "surowi". Rzeczy właściwie
znane, lecz nigdy nie będzie dosyć przypomnienia i powtarzania! Już w pierwszych dniach najazdu pokazali, co potrafią. Bombardowali wsie i osiedla, mordowali bezbronnych mieszkańców, kobiety i dzieci,
ostrzeliwali nawet bydło na polach i pastwiskach. Masakrowali cywilnych
uciekinierów po szosach, a jeżeli jakiś szpital nieopatrznie umieszczał
znaki czerwonego krzyża na dachu lub dziedzińcu, nieuchronnie ściągał na
siebie ataki "nadludzi" z Luftwaffe.
Były to dotychczas nieznane i "supernowoczesne" sposoby użycia samolotów
w walce. Trudno jednak się dziwić, skoro sam marszałek Kesselring,
zausznik Göringa, tak nakazywał załogom Dornierów, Heinkli i Junkersów:
"Krążąc nad miastami i polami nieprzyjaciela powinniście zdusić w sobie
wszelkie uczucia. Powinniście powiedzieć sobie, że istoty, które
widzicie, nie są ludźmi, bowiem ludźmi są tylko walczący Niemcy. Dla
niemieckiej Luftwaffe nie istnieją ani tak zwane obiekty niewojskowe,
ani względy uczuciowe. Kraje nieprzyjacielskie trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi..."
Po drugiej zaś stronie, startowały w obronie eskadry myśliwskich
górnopłatów. Było ich przeraźliwie mało, zaledwie 129 przestarzałych PZL
P-11oraz 30 jeszcze starszych PZL P-73. Prędkość tych pościgowców
zaledwie dorównywała prędkości wrogich bombowców i mniejsza była od
prędkości myśliwskich Messerschmittów o blisko 200 kilometrów na
godzinę! Z łatwością można było przewidzieć wyniki powietrznych zmagań
we wrześniu 1939 roku.
Niemniej piloci polskich górnopłatów owiani niezwykłym duchem walki, nie
ustępowali, dawali z siebie i ze swych maszyn wszystko. Stąd też nad
całym odcinkiem Armii "Łódź", usiłującej nadaremnie powstrzymać napór
pancernej broni wroga, toczyły się niezliczone powietrzne pojedynki.
Eskadry lwowskiego dywizjonu myśliwskiego zwyciężały, ale też ponosiły
dotkliwe straty w ludziach i sprzęcie. W dodatku lotnisko widzewskie
atakowane było kilkakrotnie z góry. Duże szkody poczyniły nurkujące
bombowce Junkers Ju-87, a Messerschmitty Me-109 ostrzelały i spaliły na
ziemi kilka pezetelek, jeszcze bardziej zmniejszając kurczący się stan
polskiej jednostki. Poczęło brakować sprzętu, uzupełnienia samolotów nie
nadchodziły, bo nie było skąd, brakło paliwa, amunicji, części
zapasowych.
Tak nadszedł dzień 5 września, kiedy to pękł front armii "Łódź"4.
Przed wieczorem dywizjon otrzymał rozkaz przesunięcia się na lotnisko
Drwalew w okolicach Grójca. Rzut kołowy odszedł o świcie 6 września, a pięć samolotów - tyle bowiem pozostało maszyn - odleciało z Widzewa o godzinie siódmej. Po południu zaś na opustoszałym lotnisku znalazło się
dwóch ludzi, nadaremnie starających się doprowadzić do porządku rozbity
samolot.
Nadchodziła noc, poczęło się ściemniać. Dudnienie artylerii rozlegało
się bliżej i bliżej. Długie serie broni maszynowej wydawały się
dochodzić z przeciwległego krańca lotniska. Ludzie dłubiący przy
samolocie wymienili porozumiewawcze spojrzenie.
- Nic już z tego grata nie będzie! - zawołał z rozpaczą plutonowy
Wielgas, przeciągając dłonią po twarzy umazanej smarami.
Podporucznik Jerzy Kielski skinął głową i przygryzł wargi. Mechanik miał
rację. Nie można było dłużej się łudzić i oczekiwać cudu. Tak, to był
rzeczywiście grat nienadający się już do niczego. Płatowiec doprowadzono
do porządku względnie szybko i łatwo, chociaż pilot miał poważne
wątpliwości co do stanu kratownic skrzydeł. Ale silnik ani rusz nie
chciał zaskoczyć, a odnalezienie i usunięcie defektu absolutnie
przekraczało możliwości podporucznika Kielskiego i plutonowego Wielgasa.
- Co robimy, panie poruczniku? - padło nieuniknione pytanie ze strony
Wielgasa. Zarówno on, jak i oficer coraz częściej nastawiali uszu w kierunku wzmagającej się strzelaniny.
Jerzy wymownie popatrzył na stojący opodal motocykl. Był to lekki,
jednomiejscowy Sokół 200.
Wielgas momentalnie połapał się w sytuacji.
- Żal maszyny - bąknął.
- Tak - zgodził się Kielski. - Nic innego nie zostało...
- Spalimy?
- Mhm.
- Jak się zabierzemy. Na tym motorze?
- Nie ma wyboru. Jakoś sobie poradzimy. W Łodzi zobaczymy, co dalej.
Zresztą może w sztabie nam dopomogą.
- W sztabie? - Wielgas przeciągnął to słowo. - E, tam już pewnie żywego
ducha nie ma.
W piętnaście minut później, gdy bezużyteczny samolot płonął jaskrawym
ogniem, dwójka lotników podążała na motocyklu szosą do Łodzi. Prowadzący
Kielski dokonywał cudów zręczności, by w ciemnościach wymanewrować
pomiędzy uciekinierami, utrzymać równowagę i nie zwalić się do rowu.
Wielgas trzymał się go kurczowo. Jakoś udało im się dotrzeć do miasta,
odnaleźli drogę na kolonię Julianów, do dowództwa lotnictwa armii. Było
tam pusto i głucho. Po namyśle Kielski ruszył w dalszą drogę, do
odległego o kilometr pałacyku, gdzie mieścił się sztab Armii "Łódź". I tutaj nie zastali nikogo, a nieład w opuszczonych pomieszczeniach
sztabowych świadczył, że dowódca armii i jego współpracownicy opuścili
to miejsce postoju w wielkim pośpiechu.
- Co teraz?
- Nic. Jedziemy dalej - zdecydował pilot.
Wielgas odchrząknął z zakłopotaniem, potarł zabrudzony policzek,
przeciągnął się i wymownie poklepał po obolałym pośladku.
- Ale dokąd jedziemy, panie poruczniku?
- Wiadomo. Do dywizjonu.
- Taki kawał drogi? W nocy?
Jerzy zawahał się. Musiał przyznać, iż rzecz byłaby niezmiernie trudna
do przeprowadzenia. Trzeba było wystarać się o jakiś dodatkowy środek
lokomocji. Ale jak? Gdzie? U kogo? W mieście panowała panika. Władze
administracyjne ulotniły się, a policja w przyśpieszonym tempie czyniła
to samo, bynajmniej nie przejmując się tym, że jej obecność właśnie
teraz jest w Łodzi najpotrzebniejsza. Ulicami, w ciemności, przemykały
jakieś wycofujące się oddziałki wojska, czasem na przepełnionych
ciężarówkach, częściej na piechotę. Wszędzie panowała wszechwładna
plotka, nikt nie potrafił udzielić wiarygodnych informacji o sytuacji
własnej i nieprzyjaciela. Jak w takich warunkach myśleć o zdobyciu
samochodu, a chociażby drugiego motocykla?
W tym momencie Wielgas z całej siły palnął się dłonią w czoło.
- Przecież tu zaraz za rogiem mieszka mój kumpel! - zawołał. - Widziałem
się z nim jeszcze wczoraj. On ma motor.
Bez trudu odnaleźli owego "kumpla", właśnie szykującego się do drogi.
Wyjaśnili sytuację i Wielgas pozostał ze swym znajomym, dysponującym
wygodnym tylnym siodełkiem. Mechanik zapewnił pilota, iż najpóźniej nad
ranem zamelduje się w dywizjonie w Drwalewie. Uścisnęli sobie dłonie.
Kielski siadł na motocykl, kopnął starter. Nie oglądając się za siebie
opuścił miasto. Tak się jednak złożyło, iż nigdy więcej nie zobaczył
plutonowego Wielgasa i nie dowiedział się o jego losie.
Jechał szosą na Brzeziny, Rawę Mazowiecką i Grójec, licząc, że nie
później niż za trzy godziny znajdzie się w bezpośredniej bliskości swej
jednostki. Gdyby miał trudności w odszukaniu jej w nocy, z pewnością
rozpyta się i dotrze do celu. Dywizjon myśliwski stacjonujący na polowym
lotnisku, to nie ziarno grochu, nie tak łatwo go ukryć. Nie przewidywał
też poważniejszych kłopotów. Lotnicy Luftwaffe rzadko zapuszczali się
nad polskie drogi po zapadnięciu mroku. O napotkaniu jakichś wysuniętych
oddziałów wroga nawet nie myślał. Było to wykluczone! Nieprzyjaciel
znajdował się za nim, a nie przed nim.
Noc nie była zbyt ciemna. Gwiazdy świeciły jaskrawo, wschodził księżyc,
toteż jazda ze zgaszonym reflektorem nie nastręczała większych kłopotów.
Czasem na drodze pojawiały się jakieś ciemne obiekty, które należało
wymijać, a Jerzy domyślał się, iż były to rozbite i porzucone pojazdy -
samochody i wozy zaatakowane z powietrza. Zwalniał przy nich, skręcał,
omijał i znów dodawał gazu. Mimo zmęczenia czuł się coraz lepiej,
wrodzony optymizm brał w nim górę. Był pod wrażeniem ewakuacji, widział
ogromną przewagę nieprzyjaciela zarówno w powietrzu, jak i na ziemi, ale
- jak bardzo wielu podobnych mu ludzi - ciągle wierzył, że to
przejściowa porażka, a nie początek klęski. Odwrót, wycofanie się pod
Warszawę, trudno. Później losy kampanii muszą się odmienić. Gdy tylko
Francja i Anglia przejdą do ofensywy, w Polsce wróg zostanie zatrzymany,
rozbity i ostatecznie pokonany poprosi o pokój.
Szybko przestał zastanawiać się nad sprawami ogólnymi. Jego myśl
zwróciła się do teraźniejszości.
"Zaraz będę w Brzezinach - obliczał. - Odrobina szczęścia i zjem coś,
zasięgnę języka. Ciekawe, jak Wielgas daje sobie radę. Szkoda, że nie
pojechaliśmy razem..."
Dojechał do pierwszych zabudowań Brzezin, zwolnił, ale się nie
zatrzymał. Miasteczko było jak wymarłe, żywej duszy na ulicach, okna
ciemne. Ludzie albo się pochowali, albo zdążyli uciec jeszcze za dnia.
Wojsko? Ewentualna komenda garnizonu? Szukać ich? Nie - doszedł do
wniosku - po doświadczeniach z Łodzi wiadomo, że to nie miałoby sensu.
Odnalazł wylot z miasteczka i dodając gazu poprowadził motocykl szosą na
wschód. Odczuwał narastające znużenie. Kilka niedospanych nocy,
bezustanne napięcie nerwowe i wreszcie obecna jazda "w nieznane" zrobiły
swoje. Kilka razy przyłapał się na traceniu panowania nad motorem. Raz,
skutkiem przemęczenia oczu, zjechał nad samą krawędź szosy i w ostatniej
chwili odzyskał równowagę. Zwolnił więc i począł zastanawiać się, czy
mimo wszystko nie pora na choćby krótki postój i odpoczynek.
Nie wystarczyło czasu na decyzję. Wypadki potoczyły się aż nazbyt
szybko. Z gęstwiny leśnej z boku szosy błysnęły płomyczki wystrzałów, do
uszu pilota dobiegł huk. Motocykl dziwnie się zakołysał i zanim kierowca
zdołał ponownie zapanować nad kierownicą, już leżał na twardej
nawierzchni obok swego pojazdu.
"Kto strzelał? - przemknęła przez głowę trwożna myśl. - Dlaczego? Czy
jestem ranny? Co z motorem?..."
W pobliżu rozległy się ludzkie głosy, a w świetle księżyca Kielski
dojrzał zbliżających się trzech cywilów.
Dywersanci! - zorientował się błyskawicznie. Nie była to dla niego
nowość. Przecież już poprzednio ostrzeliwano zarówno lotnisko w Widzewie, jak też sąsiadujące lotnisko w Lublinku...
Równie błyskawicznie pomyślał o ratunku. Leżał na prawym boku,
szczęśliwie nieprzygnieciony przez motocykl, ale swym ciałem przyciskał
do ziemi kaburę z visem, jakże teraz potrzebnym! Poruszył się lekko -
tak, by nie zwrócić uwagi nadchodzących, palce jego prawej ręki z wolna
powędrowały do kabury, starały się ją otworzyć i ukradkiem dobyć broni.
Cywile z karabinami gotowymi do strzału przybliżali się coraz bardziej.
Wiedli półgłosem rozmowę po niemiecku, a Kielski, chociaż niezbyt dobrze
znał ten język, połapał się, iż napastnicy zastanawiali się, czy zabili
Polaka pierwszymi strzałami, czy też muszą go "wykończyć".
Pilot zacisnął wargi. Ogarnął go strach, lecz jednocześnie czuł
niepohamowany napływ wściekłości i nienawiści. Zdołał zapanować nad
sobą. Każda sekunda miała ogromne znaczenie, niemniej trzeba było
działać roztropnie. Leżał pozornie nieruchomo, udawał nieżywego, lecz
przez cały czas palce prawej dłoni niedostrzegalnie wędrowały do kabury.
Otworzył ją wreszcie, ścisnął w garści pistolet, odbezpieczył.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki