Sarmacka specjalność
Oprawiwszy kapłona i wyczyściwszy, włożyć w niego stal rozpaloną, a ręcznikiem obwinąwszy, w ręku obracać, tak idąc albo jadąc, żołnierz i podróżny, do apetytu upiecze kapłona bez kuchni i rożna.
Stanisław Duńczewski, Kalendarz polski y ruski na rok Pański 1752, 1751
Gdy Zofia Jagiellonka wychwalała kapłona z małmazją, ojciec polszczyzny Mikołaj Rej rzucił nieco światła w Żywocie człowieka poczciwego na zwyczaje żywieniowe zwykłego szlachcica, który mieszkał na wsi i doglądał własnych kapłonów, kur, gęsi i owiec. Wysublimowanie kuchni dworskiej, obfitującej w zagraniczne dodatki, to dla Reja zbędna ekstrawagancja; według niego do kapłona najlepiej pasują ingrediencje kojarzone z warzywną kwintesencją polskości, czyli z rzepą. Ta niewyszukana prostota musiała, oczywiście, hołdować zasadom dietetyki humoralnej, a podobne jak na jaśniepańskich stołach efekty smakowe uzyskiwano, używając w miejsce drogich produktów kiszonych ogórków albo chrzanu. Niemniej od Reja dowiadujemy się, że kastrowane koguty jadała, oprócz magnaterii i królów, także zwykła szlachta. Ale już nie chłopi. Ci chowali ptactwo na potrzeby wyższego stanu, opłacając także w ten sposób daniny. Socjolog Jarosław Urbański w raporcie o przemysłowej hodowli drobiu w Polsce ryzykuje tezę, że przez całe wieki chłopi traktowali chów ptactwa domowego jak działalność o minimalnym znaczeniu ekonomicznym lub ciężar narzucony im przez dwór. Trzymanie i utrzymanie kur nie były równoznaczne z ich wprowadzeniem do chłopskiego jadłospisu.
W XVII wieku doniosłość potraw z kapłona podkreślała zatem znajdująca się na przeciwległym biegunie kuchni szlacheckiej, a osadzona w realiach baroku, kuchnia magnacka, opisana w pierwszej polskiej książce kucharskiej Compendium ferculorum (1682) przez kuchmistrza Stanisława Czernieckiego pozostającego w służbie wojewody krakowskiego Aleksandra Michała Lubomirskiego (Compendium opracowali kilka lat temu Jarosław Dumanowski i Magdalena Spychaj w ramach serii Monumenta Poloniae Culinaria, wydawanej przez Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie).
Czerniecki, który nie jest jeszcze wielbicielem francuskiej zasmażki ani smażonych na różowo kotletów jagnięcych, puszcza w wielu przepisach oko w stronę Sekwany, a słowo "kapłon" jest przez niego powtarzane w części poświęconej potrawom mięsnym co najmniej kilkadziesiąt razy, i to w rozmaitych konfiguracjach. Czasami można odnieść wrażenie, że polska kuchnia barokowa to kapłon, którego Czerniecki wyniósł na piedestał. Barokowy mistrz uczynił go królem wszystkiego, co dziś zapomniane: smaku, przypraw, produktu, technik. Jest pieczyste, są potrawki, pulpety zwane figatellami, rosoły, kiełbasy, galarety. Mięso kapłona gotuje się, piecze, dusi, podaje z pierożkami albo w formie bigosku, czyli dania z siekanego mięsa (dawniej bez kapusty), obficie przyprawia korzeniami i dodatkami w postaci rodzynków, migdałów, oliwek, kaparów, sardeli. Wykorzystuje się też - choć rzadziej - mniej cenione podroby. Nudne? A czy nasze panierowane dewolaje bądź schaboszczaki mają, obiektywnie rzecz biorąc, interesujący smak?
Niektóre z przepisów Czernieckiego nie nadają się do odtworzenia z uwagi na współczesne regulacje dotyczące ochrony zwierząt. W baroku do wykonywania dziwacznych potraw wykorzystywano bowiem również żywe ptaki, jak choćby w recepturze na "kapłona nalanego octem żywcem". Mówiąc dobitnie: zwierzęta umierały w męczarniach. Tyle że przed oświeceniem przyrządzanie podobnych dań (także z gęsi czy pawi) dowodziło kunsztu kucharza. Wierzono też, że pijany drób nabiera specjalnych właściwości. Gdy jednak nastała epoka rozumu, praktyki te zaczęto traktować jako kuriozum, a potrawy z pieczonych żywcem ptaków jako dania z piekła rodem. Zaś ich wykonawców straszono ukaraniem takim samym losem, jaki oni zgotowali ptactwu.
Signature dish Czernieckiego stała się receptura na "kapłona całkiem we flasie". Kuchnia barokowa, podobnie jak ówczesna literatura i sztuka, gustowała w konceptach mających wprawić biesiadników w osłupienie. Rzecz jasna kapłona do flaszki włożyć nie można, można jednak osiągnąć efekt zaskoczenia za pomocą oszustwa, czyli obdarcia nieżywego ptaka ze skóry i upchnięcie tejże w butelce. "Weźmij kapłona dworowego, ochędoż pięknie, zdejmij skórę z niego całkiem, tak ostrożnie, żebyś dziury najmniejszej nie uczynił, a członki, z których się skóra zdjąć nie może, poprzyrzynaj, żeby przy skórze zostały. Włóż tę skórę we flaszę taką, u której będzie dziura w śrzobie, żeby trzy palce włożył, trzymajże tę przerżniętą skórę w dziurze. Weźmij żółtków szesnaście, rozbij, przydaj trochę mleka, zapraw jako chcesz, wlej lejem w tę skórę z kapłona, trzymając, a zaszyj i puść w flaszę. Wody wlej pełną flaszę, zasól, zaśrubuj albo mecherzyną zawiąż, włóż w kocioł wody, a warz. A gdy się ociągnie, te jajca z mlekiem rozedmą kapłona tak, że się będzie każdy dziwował, jako tamtego warzono kapłona, gdy go dasz z flaszą na stół".
W baroku mawiano, że "niedobry obiad, gdzie sztuki mięsa i kapłona nie masz". Nic dziwnego, że do kapłona, choć tym razem nie we flaszy, tęskni szlachcic i amator swojskiej kuchni opisany w siedemnastowiecznej satyrze Wacława Potockiego Bankiet włoski. Główny bohater, zaproszony na uroczysty posiłek u pochodzącego z Italii gospodarza, spodziewa się, że ten zaserwuje mu polskiego kapłona z rosołu - według gościa danie-symbol tradycyjnych wartości szanującego się sarmackiego domu. Kapłon po prostu musiał zostać podany na stół, zupełnie jak rosół z makaronem na niedzielny obiad w Polsce Ludowej. Niestety! Bohaterowi wiersza trudno jest ukryć burczenie w brzuchu i irytację, gdy w miejsce pieczonego mięsiwa widzi "rzodkwią młode masło, przetykane chwastem", a cielęce "kruszki" (flaki) i móżdżek upstrzone ślicznym kwieciem wzmagają jeszcze jego apetyt na wołową wędzonkę z czosnkiem albo sztukę mięsa z grochem. Gość ani myśli wąchać kwiatki, którymi móżdżek udekorowano. Gdy na stół wjeżdża dwanaście wróbli z kalafiorami, a kosteczki ptaszków są jak szpilki, ogarnia go niepohamowany gniew, który koi dopiero w gospodzie, racząc się słoniną w kapuście. Niechęć polskiej szlachty wobec nie tylko delikatniejszej, wręcz zniewieściałej obcej kuchni z obfitością zieleniny i ptaszków, ale także do niektórych podrobów, które w Polsce zaczęto doceniać dopiero pod koniec XVIII wieku, jest u Potockiego widoczna jak na dłoni. A przedmiot kulinarnej tęsknoty bohatera, czyli kapłon, zostaje przez autora przywołany jeszcze w Moraliach.
Od tamtego czasu minęło paręset lat, ale pewne analogie, nawet ze współczesnością, nasuwają się same. Poziom kultury gastronomicznej Polaków nie przypomina już tego z biednych lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Niemniej jeszcze dekadę temu, tak jak wróble z kalafiorami nie wzbudziły ongiś zachwytu barokowego szlachcica, tak fine dining szefów młodszego pokolenia, którzy uczyli się w restauracjach na Zachodzie, spotykał się z podejrzliwością mniej wyedukowanej kulinarnie klienteli. Ta życzyła sobie, nawet w restauracjach aspirujących do umieszczenia w międzynarodowych przewodnikach, tradycyjnego mięsnego kawałka wielkości talerza, nie zaś miniporcji utkanych w mikroziołach i szczawiku zajęczym, po których spożyciu żołądek domaga się wizyty w popularnej światowej sieci z fast foodem. Czy powodował to zakorzeniony w świadomości starszej i przekazywany młodszej generacji głód mięsa, którego źródła tkwią w zawiłych dziejach pańszczyźnianej Polski? Marta Zaraska dostrzega w nim nie tylko spuściznę po komunizmie, ale także nędzę i biedę chłopów i robotników, których jesteśmy potomkami.
Swoją drogą, gdy w XIX wieku kuchnia francuska opanowała wszystkie wydawane nad Wisłą książki kucharskie i salony, Bolesław Prus w jednym z felietonów upatrywał w modzie na nią zagrożenia wynarodowieniem. Sugerował, że chcąc podnieść społeczeństwo, trzeba zreformować sposób jego karmienia: dać klasom pracującym dużo mięsa i roślin strączkowych, "by nie byli słabi przy robocie", a klasom zamożnym - kuchnię polską, o której zapomniały. Nie można mu odmówić trafności obserwacji...
Sarmatom mięso kapłona miało zapewniać długowieczność; jeszcze w końcu XVII wieku było jednym z ulubionych wśród polskiej magnaterii i szlachty. Tymczasem we Francji wydanie w 1651 roku wiekopomnego dzieła Le Cuisinier françois, pióra kucharza François Pierre'a de la Varenne'a, z dnia na dzień wywróciło kulinarny świat do góry nogami. Dotychczasowe wiedza i smak legły w gruzach, a sięgające średniowiecza sposoby przyrządzania drobiu, zarówno nad Sekwaną, jak i w Europie Zachodniej, odeszły do lamusa. Francuscy kuchmistrze, już wcześniej cieszący się opinią specjalistów od drobiu (zwłaszcza wśród gustujących w wołowinie Anglików, którzy uważali, że francuska wołowina nadaje się wyłącznie do gulaszu dla chłopów), zaczęli przyrządzać domowe ptactwo po nowemu. Najpierw opiekali je na rożnie, by zachować naturalny smak, później karmelizowali, a następnie harmonizowali aromaty, owijając drób plasterkami boczku lub papierem wysmarowanym masłem, by zachował soczystość w trakcie pieczenia. Dopiero na samym końcu dawali sos na talerz10. Nawiasem mówiąc, niezależnie od nowych technik, kuchmistrzowie zrewolucjonizowali przyrządzanie sosów. Pożegnano się z migdałami i kwaśnym octem. Bazą sosów do mięsa stało się masło oraz roux, czyli poczciwa zasmażka, kojarząca się współcześnie z babciną kuchnią. Francuskie innowacje wyrugowały z kuchni sosy robione na modłę średniowieczną, na których bazował Czerniecki, lecz zadomowiły się u nas o wiele później.
Mimo popularności potraw z kapłona w kulturze kulinarnej dawnej Polski do jego pełnego obrazu zabrakło jednego: nie uwiecznił go chyba żaden polski malarz. O wyglądzie ówczesnych rodzimych produktów i dań można wnosić przeważnie z opisów. Tymczasem w renesansowych i barokowych Włoszech, Holandii, Flandrii, Hiszpanii, Francji, a nawet w Niemczech, czyli wszędzie tam, gdzie wykształciło się silne mieszczaństwo, rozkwitło malowanie martwych natur. Zapewne każdy kojarzy statyczne ujęcia, w które można wpatrywać się godzinami, przedstawiające z aptekarską dokładnością produkty z targów: owoce, warzywa, sery, przyprawy, mięso, martwy i oskubany drób, a także gotowe potrawy i wystrój kuchni. Pojawia się na nich nawet dopiero co przybyły do Europy kur indyjski, czyli indyk, a także zwierzęta rzeźne bądź zabite na polowaniach - w postaci rozebranych półtusz, żeberek, pieczeni. To taka ówczesna malarska fotografia, wskazująca na zasobność i obfitość, a jednocześnie niosąca głębszy przekaz i symbolikę, dziś cenne źródło wiedzy o produktach, zwyczajach czy nawet technikach kulinarnych. W kontekście mięsa dość przypomnieć Stragan rzeźnika Pietera Aertsena czy U rzeźnika Annibale Carracciego, Rozpłatanego wołu Rembrandta, Martwą naturę z szynką Willema Hedy. Również wśród dziewiętnastowiecznych malarzy temat mięsa był częsty - Martwa natura z głową jagnięcia Goi w zbiorach Luwru niemal dosłownie ocieka krwią. Szynki i udźce uwieczniali też impresjoniści i postimpresjoniści: Édouard Manet, Claude Monet, Paul Cézanne czy Vincent van Gogh. U nas, w kraju z kiepsko rozwiniętym mieszczaństwem i słabymi wpływami reformacji, za to z kwitnącymi folwarkami i wielkimi latyfundiami magnackimi, takie malarstwo nie powstało.
Gdy w czasach stanisławowskich w bufetach warszawskich redut za "talera bitego" dawało się zjeść pieczonego kapłona, opisane wyżej innowacje wkradały się na polskie talerze na różne sposoby. Rozpowszechniali je francuscy kucharze zatrudniani na dworach, szła za nimi sława obiadów czwartkowych pod kulinarnymi auspicjami Paula Tremo, kuchmistrza króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Mieszkańcy miast i szlachta mieli już do dyspozycji Kucharza doskonałego Wojciecha Wielądki, w pierwszym wydaniu zawierającego wyłącznie przekłady francuskich przepisów, ale przybliżającego nowe podejście do mięsa w sposób systemowy, poukładany.
W XIX wieku echem barokowej kuchni są receptury na kapłona z sardelami i kruszonym chlebem, powtarzane w różniących się wariantach w niemal wszystkich polskich książkach kucharskich. Przepisy na ptaka przytacza nawet najbardziej poczytna wówczas autorka, czyli Lucyna Ćwierczakiewiczowa (ta od 365 obiadów za 5 złotych), specjalizująca się w daniach dla pań z miasta, gdzie o jakościowy drób - w tym o kapłona - było trudno. Z kolei Tremo, po którym pozostał rękopiśmienny zbiór przepisów, podaje kapłona "po polsku" na modłę na wpół staropolską, na wpół nowatorską, bo pieczonego na rożnie, z sosem na bazie masła i bulionu, z dodatkiem skórki cytrynowej. O kapłonach jako o polskiej specjalności nie wspomina natomiast Anglik George Burnett w swoich wspomnieniach z pobytu na ziemiach polskich zatytułowanych Obraz obecnego stanu Polski. Na początku XIX wieku spędził on rok na dworach ordynata Zamoyskiego i księcia Czartoryskiego. Zwiedzając polską prowincję, miał non stop do czynienia z lokalnym jedzeniem, ale uboga w warzywa, za to bogata w kiepskiej jakości wołowinę dieta go nie zachwyciła. A już szczególne obrzydzenie budził w nim zwyczaj podawania w gospodach całego kurczaka, z łapami i głową sterczącymi z glinianego garnka, bez jakichkolwiek przypraw i sosu.
Relacja dżentelmena z Wysp nie jest zachęcająca, na szczęście jednak zaczynają powstawać książki kucharskie, w których jak drożdże pęcznieją wpływy kuchni francuskiej. Kapłon, i w ogóle drób, odpowiednio przygotowany i upieczony, ma smakować przede wszystkim sobą, ewentualnie kusić aromatem trufli i kasztanów jak jego kuzynka - sterylizowana kura, czyli pularda. Wprawdzie dziewiętnastowieczni kucharze wciąż używają octu i przypraw korzennych, ale w coraz mniejszych ilościach; nie wytrzymują one konkurencji z tak przyjemnym nośnikiem smaku, jakim jest masło. Natomiast u progu XX stulecia mocne przyprawy w połączeniu z delikatnym drobiem to już zupełny przeżytek. Smak tłustego kapłona dobrej jakości się broni, ale trawienie jego mięsa - z francuska - wspomaga już zielona sałata. Tyle że Maria Ochorowicz-Monatowa, autorka poczytnej Uniwersalnej książki kucharskiej wydanej po raz pierwszy w zaborze austriackim na początku XX wieku, nie ceni sobie kapłonów z zacofanych galicyjskich podwórek. Pisze, że najsmaczniejsze są pieczone z masłem kapłony styryjskie, bardzo duże i specjalnie karmione.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.