WPROWADZENIE
List do moich Wnuków
Moi drodzy Jordan, Logan, Ridley, Willow, Anthony, Dylan, Nicholas,
Reade, Henry, Riley i Merrick,
gdy byłem w ogólniaku, nie miałem pojęcia, co chciałbym zrobić ze swoim życiem. A mówiąc ściślej, co tydzień chciałem robić coś innego: być
dziennikarzem, biznesmenem, prawnikiem, komentatorem sportowym,
nauczycielem.
W college'u i na studiach wcale nie było lepiej. Starałem się zdobyć
wykształcenie - wiedziałem, że to mi pomoże - ale tak naprawdę obawiałem
się dokonywać życiowych wyborów.
Dziś rozumiem, że dopisało mi szczęście. Proces podejmowania decyzji
jest całkiem przyjemną częścią życiowej podróży. Nie miałem przed sobą
prostej drogi, ale ta, którą obrałem, okazała się nie najgorsza.
Pomyślałem więc, że jeśli podzielę się tym, co sam przeżyłem, może jakoś
Was wesprę.
Dobrze pamiętam chwile, gdy pojawiliście się na świecie - świat stał
wtedy otworem przed każdym z Was. Przed Waszymi najbliższymi stanęło zaś
nowe wyzwanie: jak Was przygotować, jak dyscyplinować, jak uczyć, jak
dzielić z Wami uśmiech?
Zwykle o wiele za wcześnie przychodzi ten dzień, w którym wchodzimy do
Waszego pokoju i jest w nim chłodno, a na łóżku nie został już nawet
odcisk ludzkiej postaci. Nasze zadanie zostało wykonane. Wkroczyliście w dorosły świat nauki, pracy albo życia u boku drugiego człowieka.
Jeśli we wspomnieniach drogi, którą pokonał Wasz dziadek, znajdziecie
choć jedną cenną wskazówkę, to cóż - warto było o niej opowiedzieć.
Mój dom był nieco inny od tego, w którym dorastaliście. Moi synowie,
Matt i Travis - ojcowie Waszej szóstki - czuli w nim obecność trzeciego
brata. Nie mogli go zobaczyć ani dotknąć, ale on nieustannie był przy
nich.
Zawsze czuli jego obecność.
To dla mnie ważne, abyście poznali i tego członka naszej rodziny. Wiem,
napisano o nim całkiem sporo, lecz chciałbym, żebyście spojrzeli nań
moimi oczami - na jego narodziny, nastoletnie przeprawy i wreszcie czas
dojrzewania do chwili, w której był gotów opuścić rodzinny dom.
Opisałem go tu, nie pomijając młodzieńczych niedoskonałości, i mam
nadzieję, że tym bardziej będziecie gotowi przyjąć go jako członka
rodziny.
Kocham Was bardzo,
Dziadek
Świt
Wstałem najwcześniej ze wszystkich, przed ptakami, przed słońcem.
Pochłonąłem grzankę, włożyłem szorty i bluzę, a potem zasznurowałem moje
zielone buty do biegania. Wreszcie wymknąłem się po cichu tylnymi
drzwiami.
Rozciągnąłem mięśnie czworogłowe i dwugłowe ud, potem odcinek lędźwiowy
kręgosłupa i jęknąłem, stawiając pierwsze, niechętne kroki w chłodnej
mgle. Dlaczego zawsze tak trudno jest zacząć?
Nie było samochodów, nie było ludzi, żadnych oznak życia. Byłem całkiem
sam i cały świat miałem dla siebie - może tylko drzewa, co dziwne,
wydawały się świadome mojej obecności. Cóż, taki jest Oregon: tu drzewa
po prostu wiedzą i stają za tobą murem.
Jak tu pięknie, myślałem, rozglądając się. Tak cicho, spokojnie, zielono
- byłem dumny, mogąc nazywać Oregon moim domem, dumny, że przyszedłem na
świat w małym Portlandzie. Lecz jednocześnie czułem coś jakby żal.
Oregon bowiem, choć piękny, dla wielu ludzi był miejscem, w którym nic
wielkiego nigdy się nie wydarzyło i zapewne się nie wydarzy. Jeżeli my,
oregończycy, słynęliśmy z czegokolwiek, to chyba z owego starego szlaku
oregońskiego, który musieliśmy pokonać, by tu dotrzeć. To jednak były
dawne dzieje; od tamtej pory w naszym stanie panował spokój.
Najlepszy nauczyciel, jakiego kiedykolwiek miałem, i jeden z najwspanialszych ludzi, jakich miałem szczęście spotkać, często
wspominał o szlaku. "To nasze dziedzictwo", warczał po swojemu. Nasz
charakter, nasze przeznaczenie - nasze DNA. "Tchórze nigdy nie wyruszyli
tą ścieżką", mówił, "a słabi pomarli w drodze - zostaliśmy tylko my".
My. Mój nauczyciel wierzył, że na owym szlaku ujawniła się rzadka
odmiana pionierskiego ducha: poczucie nieskończonych możliwości
splecione z wytłumioną skłonnością do pesymizmu. Naszym zadaniem,
zadaniem współczesnych oregończyków, było podtrzymanie tej tradycji.
Kiwałem głową z szacunkiem, słuchając jego wywodów. Uwielbiałem go. Ale
czasem, włócząc się po okolicy, myślałem: Jezu, przecież to zwyczajna
droga gruntowa.
Jednakże owego mglistego, pamiętnego ranka i ja niosłem w sobie świeże
wspomnienie o niełatwym szlaku: wróciłem do domu po siedmiu długich
latach. Osobliwe to było uczucie. Na powrót mieszkałem z rodzicami i siostrami bliźniaczkami pod jednym dachem, spałem w łóżku, które znałem
od dzieciństwa, lecz czułem się obco. Nocami leżałem na plecach,
spoglądając na podręczniki z uczelni i błękitne wstążki medali zdobytych
jeszcze w szkole średniej, zastanawiając się: czy to nadal ja?
Przyspieszyłem nieco. Krągłe obłoczki moich oddechów mieszały się z tumanem mgły. Rozkoszowałem się chwilą fizycznego przebudzenia, owym
cudownym momentem, w którym umysł nie jest jeszcze całkiem jasny, za to
stawy w kończynach zaczynają się rozluźniać, a ciało jakby się topi -
sztywność zmienia się w płynność.
Prędzej, pomyślałem. Prędzej.
W papierach byłem już dorosłym człowiekiem. Skończyłem dobry college -
University of Oregon. Najlepsza szkoła biznesu - Stanford - dała mi
dyplom magistra. Przetrwałem roczną służbę w Armii Stanów Zjednoczonych
- najpierw w Fort Lewis, a potem w Fort Eustis. Z mojego życiorysu
wynikało jasno, że jestem wykształconym człowiekiem, wyszkolonym
żołnierzem, dwudziestoczteroletnim mężczyzną w pełni sił... Dlaczego więc
wciąż czuję się jak dzieciak? - zachodziłem w głowę.
Jak ten sam nieśmiały, blady, chudy jak patyk dzieciak, którym zawsze
byłem.
Może dlatego, że jeszcze niczego w życiu nie doświadczyłem, zwłaszcza z tych rzeczy, które powszechnie uważa się za kuszące czy podniecające.
Nie złamałem żadnej zasady. To były lata sześćdziesiąte, czas buntu, a ja byłem bodaj jedyną osobą w Ameryce, która jeszcze się nie zbuntowała.
Nie mogłem sobie przypomnieć, żebym choć raz uczynił coś
nieoczekiwanego.
Powód, dla którego tyle czasu poświęcałem na rozmyślania o tym, kim nie
jestem, był prosty: znałem ten temat na wylot. Znacznie trudniej było mi
określić, kim lub czym jestem i kim mógłbym się stać. Podobnie jak
wszyscy moi znajomi, pragnąłem sukcesu, jednakże w przeciwieństwie do
nich nie wiedziałem, co by to mogło oznaczać. Pieniądze? Być może. Żona?
Dzieci? Dom? Jasne, jeśli tylko dopisze mi szczęście. Uczono mnie, żebym
właśnie do takich celów aspirował - i jakąś cząstką siebie instynktownie
to robiłem. Jednakże w głębi duszy szukałem czegoś innego, czegoś
więcej. Żyłem w bolesnym poczuciu, że dano nam niewiele czasu, mniej niż
się spodziewamy, może tylko tyle, ile trwa ta poranna przebieżka - i za
wszelką cenę chciałem sprawić, żeby mój czas okazał się znaczący. Bym
spędził go w drodze do celu. Twórczo. Istotnie. A nade wszystko -
odmiennie.
Pragnąłem zostawić po sobie ślad.
Pragnąłem zwyciężyć.
Nie, niezupełnie. Po prostu nie chciałem przegrać.
I właśnie wtedy to się stało. Gdy moje młode serce biło jak młot, gdy
różowe płuca rozciągały się i kurczyły rytmicznie jak skrzydła ptaka,
gdy drzewa zmieniły się w rozmazaną, zielonkawą plamę, miałem wizję i wiedziałem już, czym pragnę uczynić moje życie: niech będzie jak sport,
jak zabawa, jak gra.
Tak, pomyślałem, to jest to. Oto właściwe słowo. Zawsze podejrzewałem,
że sekret szczęścia kryje się w owej ulotnej chwili, gdy piłka zawisa w powietrzu, gdy dwaj bokserzy wyczuwają bliskość ostatniego gongu, gdy
biegacze pędzą ku mecie, a tłum kibiców podrywa się z miejsc. W ułamku
sekundy przed końcem, gdy decydują się losy wygranej, nadchodzi chwila
radosnej pewności - i tego właśnie pragnąłem. Czymkolwiek była,
chciałem, by stała się całym moim życiem.
Marzyłem niekiedy, by zostać wybitnym pisarzem, wybitnym dziennikarzem,
wybitnym mężem stanu, lecz tak naprawdę największym z moich marzeń było
to o karierze wybitnego sportowca. Niestety, los uczynił mnie dobrym,
ale nie wybitnym biegaczem. Miałem dwadzieścia cztery lata i byłem gotów
pogodzić się z tym faktem. Studiując w Oregonie, sporo biegałem i w trzech z czterech sezonów nawet się wyróżniałem, ale na tym koniec.
Teraz, połykając co sześć minut kolejną milę i patrząc, jak wschód
słońca rozpala igły na najniższych gałęziach sosen, zadałem sobie
pytanie: A gdyby tak istniał sposób, aby nie będąc sportowcem, czuć to,
czego doświadczają sportowcy? Żeby bawić się, a nie pracować? A może
raczej cieszyć się pracą tak bardzo, by stała się zabawą.
Świat z trudem łapał oddech, codzienna walka o przetrwanie - często
niesprawiedliwa - odbierała ludziom siły. Może więc, dumałem, jedyną
odpowiedzią jest podążanie za wielkim, niemal niedorzecznym marzeniem.
Niech będzie zabawne, niech będzie stworzone dla mnie, a będę je ścigał
z zaangażowaniem i niezłomnością prawdziwego sportowca. Bo przecież, czy
się to komuś podoba czy nie, życie jest grą. Ktokolwiek zaprzeczy tej
prawdzie, odmówi udziału w zabawie, prędzej czy później zostanie gdzieś
na bocznym torze - a tego nie chciałem. Nie chciałem tego bardziej niż
czegokolwiek innego.
Idąc tym tropem, powróciłem, jak zawsze, do mego Szalonego Pomysłu. Być
może, myślałem, być może wystarczy przyjrzeć mu się raz jeszcze. Być
może mój Szalony Pomysł po prostu... zadziała?
Być może.
Nie, nie, zmitygowałem się zaraz, znowu przyspieszając kroku. Biegłem
tak prędko, jakbym kogoś ścigał, a jednocześnie sam był ścigany. On
zadziała. Na Boga, to ja sprawię, że zadziała. Żadne "być może".
Poczułem nagle, że się uśmiecham; ba, omal nie roześmiałem się w głos.
Mokry od potu, mknąc lekko, bez wysiłku, jak nigdy dotąd, niemal
widziałem w oddali mój Szalony Pomysł - lśnił pięknie i wcale nie
wyglądał aż tak niedorzecznie. Nie wyglądał nawet jak pomysł. Wyglądał
jak miejsce. Wyglądał jak osoba albo siła życiowa, która istniała na
długo przede mną, oddzielna, ale i będąca cząstką mnie. Czekała na mnie,
ale i ukrywała się przede mną. Wiem, że pewnie brzmi to trochę
górnolotnie, może nawet szaleńczo... Ale naprawdę właśnie tak się wówczas
czułem.
A może i nie? Może to tylko moja pamięć wyolbrzymia ów moment objawienia
albo zlewa liczne chwile w jedno wielkie "eureka!". A może całe to
objawienie było tylko ubocznym skutkiem euforii biegacza? Sam nie wiem.
I nie będę wiedział. Wiele wspomnień z tamtych dni, miesięcy i lat
gdzieś umknęło, jak krągłe obłoczki pary, które wydmuchiwałem rytmicznie
tamtego ranka.
Pozostała jedynie przyjemna, pocieszająca pewność, prawda, która jest
dla mnie opoką i pozostanie ze mną na zawsze: gdy miałem dwadzieścia
cztery lata, skrystalizował się w mojej głowie Szalony Pomysł. I choć
targały mną egzystencjalne lęki, choć bałem się przyszłości i nie
wierzyłem w siebie - jak wszyscy ludzie w tym wieku, rzecz jasna - to
naprawdę właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że cały świat jest zbudowany
z szalonych pomysłów, że jego dzieje to nic innego jak niekończący się
pochód szalonych pomysłów. Przecież wszystko to, co najbardziej
ukochałem - książki, sport, demokracja, swoboda przedsiębiorczości -
zaczęło się kiedyś jako czyjś szalony pomysł.
A skoro już o tym mowa, to trudno o ideę bardziej zwariowaną niż moja
ulubiona: bieganie. Jest trudne. Bolesne. Niebezpieczne. Zwycięstwa
bywają rzadkie, nigdy nie są pewne. Biegacz, czy to na owalnym torze,
czy na pustej drodze, tak naprawdę nie zdąża do żadnego celu, a przynajmniej nie do takiego, który uzasadniałby tak wielki wysiłek.
Czynność biegania sama w sobie jest celem. I nie chodzi o to, że nie ma
wyraźnej linii mety; rzecz w tym, że każdy sam ją sobie wyznacza. Każdy
też musi sam znaleźć przyjemność czy pożytek płynące z biegania.
Wszystko zależy od tego, jak sobie ten wysiłek zaprezentujemy, jak
zdołamy go sobie sprzedać.
Wie o tym każdy biegacz. Biegnie bez końca, mila za milą, a w gruncie
rzeczy nawet nie wie dlaczego. Powtarza sobie w duchu, że ma jakiś cel,
że coś gna go naprzód, lecz prawda jest taka, że nie ma wyboru, bo sama
myśl o alternatywie - o zatrzymaniu się - budzi w nim śmiertelne
przerażenie.
I dlatego właśnie owego ranka w 1962 roku powiedziałem sobie: Kto chce,
niech nazywa twój pomysł szalonym, a ty... pędź naprzód. Nie zatrzymuj
się. Nawet nie myśl o odpoczynku, dopóki nie dotrzesz do celu, i nie
zastanawiaj się zbyt często nad tym, gdzie ów cel się znajduje.
Cokolwiek się zdarzy, nie zatrzymuj się.
Taką oto ważną, dalekowzroczną, zaskakująco dojrzałą radę dałem sobie na
początku drogi i, całkiem niespodziewanie, wziąłem ją sobie do serca.
Pół wieku później jestem zdania, że to najlepsza rada - a może i jedyna
- jaką można komukolwiek dać.
1962
Gdy już zebrałem się na odwagę, by porozmawiać z ojcem o moim Szalonym
Pomyśle, dopilnowałem, by nie poruszyć tematu o innej porze niż wczesnym
wieczorem. Jeśli chodzi o tatę - to zawsze była najlepsza chwila.
Zrelaksowany i najedzony rozsiadał się wtedy wygodnie w swym winylowym
fotelu, w kąciku telewizyjnym. Jeszcze dziś, gdy przymknę powieki i odchylę głowę, słyszę śmiechy publiczności i głucho brzmiące tematy
muzyczne z jego ulubionych seriali: Wagon Train i Rawhide.
Jego ulubieńcem był Red Buttons, który każdy odcinek swego programu
rozpoczynał, śpiewając: "Ho, ho, hi, hi... dziwne rzeczy się dzieją".
Postawiłem proste krzesło obok jego fotela, uśmiechnąłem się blado i w milczeniu zaczekałem na reklamy. Naturalnie w głowie ćwiczyłem swą
przemowę bez końca, skupiając się głównie na wstępie: "Pamiętasz może,
tato, ten mój Szalony Pomysł, na który wpadłem, studiując w Stanfordzie?".
Rzeczywiście tak było, podczas jednych z ostatnich zajęć w ramach
seminarium z przedsiębiorczości. Napisałem wtedy projekt badawczy na
temat obuwia, który ze zwykłego zadania domowego przeistoczył się w istną obsesję. Jako biegacz wiedziałem co nieco na temat butów do
uprawiania tego sportu, a jako student ekonomii nasłuchałem się o tym,
jak to japońscy producenci aparatów fotograficznych przejęli sporą część
rynku zdominowanego dotąd przez Niemców. W swojej rozprawie dowodziłem,
że tej samej sztuki mogliby dokonać japońscy wytwórcy butów do biegania.
Koncept ten najpierw mnie interesował, potem zainspirował, aż wreszcie
pochłonął bez reszty. Wydawał się tak oczywisty, tak prosty, a zarazem
pełen nieskończonych możliwości.
Szlifowałem mój projekt tygodniami. Niemal przeprowadziłem się do
biblioteki, gdzie pochłonąłem całą dostępną literaturę poświęconą
zagadnieniom importu i eksportu oraz zakładania firmy. Wreszcie, jak nam
nakazano, przedstawiłem oficjalną prezentację. Studenci z mojej grupy
zareagowali równie oficjalnym znudzeniem: nie zadali ani jednego
pytania. Z zapałem, wręcz z pasją opowiadałem im o moim projekcie, a jedyną odpowiedzią były nieobecne spojrzenia i ciężkie westchnienia.
Profesor za to uznał, że coś jest w moim Szalonym Pomyśle - mój wysiłek
nagrodził oceną A. I na tym się skończyło. Przynajmniej miało się
skończyć, bo tak naprawdę nigdy nie przestałem wracać myślami do mojego
projektu. Przez resztę studiów podczas każdej porannej przebieżki, aż do
owego dnia, kiedy usiadłem z ojcem w kąciku telewizyjnym, nieustannie
snułem plany: chciałem jechać do Japonii, znaleźć producenta butów i zarazić go Szalonym Pomysłem w nadziei, że zareaguje bardziej
entuzjastycznie niż moi koledzy z uczelni, że zechce mieć za partnera w interesach nieśmiałego, bladego, chudego jak patyk dzieciaka z sennego
Oregonu.
Rozważałem też, czy nie mógłbym pozwolić sobie na podróż do Japonii
nieco okrężną drogą. W jaki sposób mam zostawić swój ślad na tym
świecie, dumałem, skoro do tej pory nie dane mi było nawet go zobaczyć?
Przed poważnymi zawodami biegacz zawsze pragnie przespacerować się po
bieżni. Tak, podróż z plecakiem dookoła świata to coś, czego mi
potrzeba, rozumowałem. Pragnąłem odwiedzić najpiękniejsze i najbardziej
zadziwiające miejsca na Ziemi.
A także te najświętsze. Naturalnie ciekaw byłem i egzotycznych potraw, i obcych języków, i nieznanych mi kultur, ale przede wszystkim kierowała
mną chęć poznania, i to przez wielkie P. Pragnąłem zbliżyć się do tego,
co Chińczycy nazywają tao, Grecy - logosem, hinduiści - dźnianą, a buddyści - dharmą. I do tego, co chrześcijanie nazywają duchem. Zanim
rozpocznę własną, osobistą podróż, myślałem, niech najpierw pojmę sens
wielkiej podróży rodzaju ludzkiego. Poznam najwspanialsze świątynie,
kościoły i inne miejsca kultu, najświętsze rzeki i górskie szczyty. Być
może poczuję obecność... Boga?
Tak, powiedziałem sobie w duchu. Tak. Z braku lepszego słowa - Boga.
Lecz najpierw potrzebna mi była zgoda ojca.
Co więcej, potrzebne mi były jego pieniądze.
Rok wcześniej wspominałem mu o planach wielkiej podróży i wydawało mi
się, że był otwarty na ten pomysł, ale z pewnością zdążył już o nim
zapomnieć. Ja zaś niewątpliwie podejmowałem ryzyko, zamierzając dorzucić
do puli ów Szalony Pomysł, niedorzeczną wyprawę do... Japonii? Żeby
otworzyć firmę? Brednie.
Byłem pewny, że jego zdaniem to o jeden most za daleko.
W dodatku diabelnie drogi most. Owszem, i ja miałem pewne oszczędności z czasów służby wojskowej i dorywczych prac, których się podejmowałem
podczas przerw wakacyjnych. Planowałem też sprzedać samochód - wiśniowe
MG, rocznik 1960, twin cam na sportowych oponach. W sumie dysponowałem
kwotą może tysiąca pięciuset dolarów i brakowało mi jeszcze tysiąca, o czym poinformowałem ojca. Pokiwał głową, "aha", "hmm", a potem już tylko
odrywał wzrok od telewizora raz na jakiś czas, by na mnie spojrzeć, a ja
wykładałem mu swój plan.
Pamiętasz, tato, jak rozmawialiśmy? Gdy mówiłem, że chciałbym zwiedzić
świat?
Himalaje? Piramidy?
Morze Martwe, tato. Pamiętasz Morze Martwe?
Bo widzisz, cha, cha, tak sobie pomyślałem, tato, że mógłbym też
zatrzymać się w Japonii. Pamiętasz może mój Szalony Pomysł? Ten z japońskimi butami do biegania? Wiesz, to może być wielka rzecz. Wielka,
tato.
Szedłem na całego, starając się najlepiej, jak umiałem, choć szczerze
nienawidziłem sprzedawać, a ten kupujący był wyjątkowo twardym
przeciwnikiem i moje szanse były marne. Ojciec niedawno wydał setki
dolarów na moją edukację, najpierw w University of Oregon, a potem w Stanfordzie. Był redaktorem naczelnym popołudniówki "Oregon Journal" i zarabiał dostatecznie dużo, żeby zapewnić nam podstawowe wygody w przestronnym białym domu przy Claybourne Street na najbardziej zacisznym
przedmieściu Portlandu, zwanym Eastmoreland. Niestety nie spał na
pieniądzach.
Poza tym był rok 1962 i świat wydawał się nam znacznie większy niż dziś.
Owszem, pierwsi ludzie właśnie zaczynali orbitować wokół planety, ale
dziewięćdziesiąt procent Amerykanów jeszcze nigdy nie leciało samolotem.
Typowy obywatel ani razu nie zapuścił się dalej niż na sto mil od drzwi
swego domu, sama wzmianka o podróży dookoła świata zaś budziła grozę w każdym porządnym ojcu - a przede wszystkim w moim, którego poprzednik na
stanowisku redaktora naczelnego zginął w katastrofie lotniczej.
Lecz nawet gdyby nie miały znaczenia kwestie pieniędzy i mojego
bezpieczeństwa, cały ten plan był zwyczajnie niepraktyczny. Wiedziałem,
że dwadzieścia sześć na dwadzieścia siedem nowo zakładanych firm upada.
Ojciec też o tym wiedział, a sama myśl o tym, że miałby poprzeć takie
przedsięwzięcie, stała w rażącej sprzeczności z jego najgłębszymi
przekonaniami. Pod wieloma względami mój ojciec był typowym wiernym
Kościoła episkopalnego, wyznawcą Jezusa Chrystusa. W skrytości jednak
oddawał cześć jeszcze jednemu bóstwu: poważaniu. Lubił być podziwiany.
Każdego dnia z przyjemnością zanurzał się w głównym nurcie życia.
Spontaniczne wycieczki dookoła świata były dla niego nonsensem. Tak się
przecież nie robiło. A już na pewno nie robili tak poważani synowie
poważanych dżentelmenów. Może zdarzało się to innym dzieciakom.
Z tego i tuzina innych powodów spodziewałem się, że gdy spróbuję
sprzedać mu swój pomysł w zaciszu kącika telewizyjnego, nastroszy brwi i spławi mnie błyskawicznie: "Cha, cha. Szalony Pomysł. W cuda wierzysz,
Buck". (Na imię dał mi Philip, ale zawsze wołał na mnie Buck. Prawdę
mówiąc, robił to, już zanim przyszedłem na świat. Matka wspominała mi
kiedyś, że miał zwyczaj klepać ją po brzuchu, pytając: "Jak się dziś
miewa mały Buck?"). Gdy wreszcie umilkłem, powiedziawszy wszystko, co
miało go przekonać do mojego planu, ojciec pochylił się w swym winylowym
fotelu i spojrzał na mnie dziwnie. A potem rzekł, że właśnie tego zawsze
żałował: że nie podróżował więcej, póki był młody. Stwierdził, że taka
podróż może być zwieńczeniem mojej edukacji. Mówił dalej, bardziej
skupiając się na wyprawie dookoła świata niż na Szalonym Pomyśle, a ja
nie zamierzałem go naprowadzać. Nie mogłem przecież narzekać - wyglądało
na to, że daje mi swoje błogosławieństwo. I niemałą gotówkę.
- Dobra - powiedział. - Dobra, Buck.
Podziękowałem mu i czym prędzej zwiałem z kącika telewizyjnego, nie
czekając, aż się rozmyśli. Minęło sporo czasu, zanim z przykrym
poczuciem winy uświadomiłem sobie, że być może to właśnie fakt, iż
ojciec nie podróżował zbyt wiele, stał się niezbyt chwalebnym (i niewykluczone, że głównym) powodem, dla którego tak bardzo ciągnęło mnie
w świat. Ta wyprawa i mój Szalony Pomysł to były moje gwarancje, że
stanę się kimś innym niż on. Kimś mniej poważanym.
Albo inaczej: może nie mniej poważanym, ale wolnym od obsesji na punkcie
poważania.
Reszta rodziny nie okazała mi podobnego wsparcia. Gdy babcia usłyszała,
dokąd się wybieram, jedna pozycja w moim planie podróży wywołała jej
gwałtowną reakcję.
- Japonia! - zawołała. - Ależ Buck, zapomniałeś o Pearl Harbor?
Kochałem matkę mojej matki, którą na co dzień nazywaliśmy mamą Hatfield,
i rozumiałem jej obawy. Niewyobrażalna odległość dzieliła Japonię od
Roseburga w Oregonie, prowincjonalnego miasteczka, w którym przyszła na
świat i mieszkała całe życie. Sam zresztą spędzałem tam często wakacje,
z nią i z dziadkiem Hatfieldem. Prawie każdego wieczoru siadaliśmy na
ganku, słuchając koncertu ropuch, które starały się zagłuszyć radio.
Moje siostry bliźniaczki, Jeanne i Joanne, cztery lata młodsze ode mnie,
ani trochę nie interesowały się tym, dokąd się wybieram i co zamierzam.
Nawet matka, o ile pamiętam, nie odezwała się ani słowem. Zresztą rzadko
to robiła. Tym razem jednak w jej milczeniu było coś nowego: aprobata, a może nawet duma.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki