Wstęp
Dziadek Adam leżał w trumnie uśmiechnięty. Myślę, że to ten detal zaważył na moim życiu i po wielu latach od pogrzebu dziadka doprowadził mnie do miejsca, w którym jestem: od czterech lat zajmuję się projektowaniem i prowadzeniem humanistycznych ceremonii pożegnania oraz popularyzacją wiedzy z zakresu umierania i żałoby.
Każdej jesieni w okolicach Wszystkich Świętych tą działalnością interesują się nagle media. Przez dwa dni pielgrzymuję po stacjach radiowych i telewizyjnych i opowiadam o mojej pracy. Czasami jeszcze w grudniu, przed Bożym Narodzeniem, bywam zapraszana ponownie - tym razem by mówić, jak je przeżyć dobrze, gdy ktoś jest w żałobie. Przez resztę roku temat śmierci nie jest medialny i niespecjalnie kogokolwiek interesuje. Śmierć natomiast interesuje się nami cały czas.
Kiedy czytasz to zdanie, gdzieś na świecie umierają dwie lub trzy osoby. W ciągu minuty ponad sto trzydzieści. W ciągu doby prawie dwieście tysięcy.
Mój dziadek Adam umarł w piątek o piętnastej, jak Jezus Chrystus. Zaskoczył nas tym, bo nigdy nie był religijny. Pogrzeb miał jednak kościelny, jak należy. Miałam wówczas dwanaście lat i z jakiegoś powodu sądziłam, że odeślemy uśmiechniętego dziadka w takiej atmosferze, jaka towarzyszyła naszym rodzinnym spotkaniom. Będziemy płakać, ale ktoś w końcu powie coś zabawnego i przestanie być poważnie. Sądziłam, że dziadek dalej jest, tylko w innej formie, czuwa nad nami i czeka na nas "gdzieś", "po drugiej stronie czegoś". Moja dziecięca wyobraźnia nie potrzebowała szczegółów. Najważniejsze było to, że dziadek wciąż istnieje i sądząc po jego minie, gdziekolwiek przebywa, jest mu tam wybornie.
Pogrzeb zrobił na mnie piorunujące wrażenie. W ponurym wczesnogotyckim kościele rozbrzmiały organy, a chór fałszujących starszych pań intonował niesamowicie smutne pieśni. Ksiądz mówił o grzechu pierworodnym, o cierpieniu i żalu. Po mszy wyruszyliśmy konduktem w stronę cmentarza. Szliśmy pomału, jak w zwolnionym tempie. Samochody się zatrzymywały, kierowcy wychodzili z aut i w milczeniu pochylali głowy. W małych poniemieckich miasteczkach, w których zamieszkali po wojnie kresowianie, takie zwyczaje są nadal honorowane. Wszyscy wiedzą, jak się ze śmiercią obchodzić. Albo jeszcze całkiem niedawno wiedzieli.
Kontrast pomiędzy tym, jak umieranie mojego dziadka przyjęli najbliżsi, a jakim językiem i w jakiej formie obchodził się z nim Kościół, był dla mnie porażający. Zaczęłam się wstydzić tego, jak spokojnie wtedy reagowałam. Poszłam więc do spowiedzi i przyznałam się przed księdzem, że nie rozpaczam po śmierci ukochanego dziadka. Łaskawie udzielił mi rozgrzeszenia. Ale tamto poczucie głębokiego dysonansu zostało już ze mną na zawsze. Podobnie jak pytanie: co wpływa na to, jak patrzymy na śmierć?
W dorosłym życiu zajęłam się dziennikarstwem. Współtworzyłam kwartalnik "Przekrój" i podejmowałam w nim tematykę społeczno-kulturalną. To ważne, bo znaczy, że miałam możliwość dzielenia się tym, co mnie interesowało i zachwycało. W odróżnieniu od dziennikarzy piszących na przykład o polityce nie musiałam koncentrować się na tym, co w naszym świecie nie działa, jak powinno. Podsuwałam natomiast czytelnikom tematy, które wydawały mi się warte poznania i fascynujące. A najbardziej lubiłam pisać tak zwane sylwetki, czyli artykuły poświęcone jednej postaci. Ich opracowywanie wymaga głębokiego researchu. O ile to jeszcze możliwe, rozmawia się z tymi, którzy danego bohatera znali, czyta się wszystko, co z nim związane, oraz odwiedza archiwa i biblioteki, by uzupełniać wiedzę o jego życiu. To ciekawy proces. Czasami jeden wątek swobodnie rozwija się w kilka kolejnych, a poszukiwania prowadzą do zaskakujących odkryć. Odnajdywałam osoby, które kilkadziesiąt lat temu pojawiały się na przekrojowych okładkach, i pisałam o tym, jak później potoczyło się ich życie. Bardzo lubiłam tę pracę. Z biegiem lat zaczęłam się zastanawiać, jak mogłabym opisać życia zupełnie zwyczajne, ludzi bez dokonań domagających się prasowych artykułów. Takich, jakich w drodze do redakcji mijałam na ulicy. Czego mogłabym się dowiedzieć, gdybym to im zapewniła tyle uwagi, ile zapewniałam moim tematom? Wtedy nie poznałam odpowiedzi - bo nikt przecież nie zamawia takich artykułów.
Śmierć pojawiała się w moim życiu od czasu do czasu. W zgodzie z rytmem natury brała w objęcia najstarszych członków mojej rodziny. Aż zupełnie niespodziewanie zabrała mojego przyjaciela. Odejście, które zaburza przyjęty schemat i zmusza rodziców do żegnania własnych dzieci - a nie odwrotnie, jak to być powinno - jest doświadczeniem wstrząsającym. Nagle to my, grupa dobiegających czterdziestki przyjaciół, musieliśmy się zaopiekować stratą - zarówno na poziomie emocjonalnym, jak i najbardziej praktycznym. Wspieraliśmy dziewczynę, która nieoczekiwanie została wdową, i jej dziecko, które straciło rodzica. Robiliśmy to po omacku. Nie było przy nas wielopokoleniowych rodzin, które doskonale wiedzą, jak należy w tej sytuacji działać, jakie kroki podjąć i jaką rolę w tym procesie odegrać. Myślę, że poradziliśmy sobie dość dobrze. Z perspektywy czasu i wiedzy, jaką teraz mam, widzę, że intuicyjnie robiliśmy wszystko dokładnie, jak należy. Nie byliśmy rodziną, ale byliśmy w tym razem.
Pogrzeb był niestety dość sztampową ceremonią, pozbawioną jakiegokolwiek osobistego akcentu. Zabrakło na nim rozmowy o tym, kogo straciliśmy. Nie mieliśmy poczucia, że pożegnanie było formą celebracji życia naszego przyjaciela.
Po kolejnym takim pożegnaniu kilka lat później pomyślałam, że chyba sama zrobiłabym to lepiej. Przyjaciele podchwycili ten pomysł i tak, od słowa do słowa, po kilku tygodniach dzięki jednemu z nich znalazłam się już w Amsterdamie, gdzie przyglądałam się tamtejszym ceremoniom na cmentarzach.
Szkolenie celebrantów humanistycznych, w którym wzięłam udział, zostało zorganizowane przez Instytut Dobrej Śmierci - organizację edukacyjną i społeczną, która pomaga Polakom lepiej rozumieć proces umierania, wspiera rozmowę o śmierci i promuje bardziej świadome podejście do końca życia. Powstał on na fali ruchu death positive, który zachęca do otwartego rozmawiania o śmierci, umieraniu i żałobie. Jego celem nie jest oswojenie śmierci przez banalizowanie jej czy odbieranie jej powagi, ale przywrócenie jej należnego miejsca w naszym życiu i kulturze.
Pierwszy pogrzeb, w jakim uczestniczyłam podczas amsterdamskiego szkolenia, zachwycił mnie formą. Goście siedzieli w kręgu w eleganckiej, jasnej, minimalistycznej sali pożegnań i słuchali albumu Kind of Blue Milesa Davisa. Nie było laudacji. Gdy muzyka ucichła, wszyscy stanęli wokół trumny ustawionej na postumencie z kołami, po czym ruszyli i wspólnie odprowadzili ciało zmarłego na miejsce spoczynku. Prowadziła tę trumnę kobieta, być może wdowa, z pomocą przyjaciół. Pracownicy zakładu pogrzebowego asystowali im dyskretnie, z ogromnym wyczuciem. Ta ceremonia była pełna spokoju, jakiegoś rodzaju gracji. Po prostu piękna w swojej prostocie.
W Holandii pożegnania humanistyczne, spersonalizowane i zgodne z indywidualnym światopoglądem osoby zmarłej, w tym z jej podejściem do kwestii miejsca człowieka we wszechświecie i stosunku do samej śmierci, są najpopularniejsze. Na początku lat dziewięćdziesiątych stanowiły ledwie kilka procent tamtejszego rynku funeralnego, dziś obejmują go niemalże w całości. W tym kraju bowiem już kilka lat temu, w 2021 roku, aż 58 procent społeczeństwa deklarowało brak przynależności religijnej. Wśród osób młodszych ten odsetek był jeszcze wyższy.
W Polsce sekularyzacja nie postępuje tak szybko, ale z pokolenia na pokolenie zmiany w podejściu do religii są coraz bardziej widoczne. Nie jest jednak tak, że gdy znika religia, wraz z nią znikają także potrzeby duchowe. Jak dotąd mieliśmy w zasadzie dwie możliwości: pogrzeb świecki lub wyznaniowy, czyli głównie rzymskokatolicki. Nasze społeczeństwo nie dzieli się jednak tylko na osoby niewierzące i katolików. Pomiędzy tymi kategoriami rozpościera się ogrom innych potrzeb.
Wróciłam do kraju urzeczona holenderskim podejściem do śmierci. Tam nie jest ona tematem tabu i nie została zawłaszczona przez żadną opcję światopoglądową.
Moimi klientami najczęściej są osoby wierzące, ale z wielu względów nieuczestniczące w życiu Kościoła, a także osoby, które postrzegają śmierć jako powrót do obiegu natury, zmianę formy, utratę tej osobowej na rzecz czegoś o wiele potężniejszego, co trudno zmieścić w słowach. Bez względu na przekonania w sytuacjach granicznych dochodzi do głosu potrzeba rytuału. Odpowiedzią są właśnie projektowane przeze mnie pożegnania humanistyczne.
Pogrzeb, w swej najgłębszej istocie, jest moim zdaniem celebracją życia. To spotkanie osób, które latami współtworzyły indywidualne ludzkie mikrokosmosy, w jakich funkcjonujemy. To spotkanie, które nie wymaga rozsyłania zaproszeń. Najbardziej demokratyczna ze wszystkich ceremonii. I najczęściej pierwszy i ostatni raz, gdy w jednym miejscu i czasie spotykają się wszyscy lub prawie wszyscy, którzy znali zmarłą osobę. Czy to nie fascynujące?
Przygotowanie ceremonii wymaga tych samych umiejętności, które przez ostatnie lata doskonaliłam w świecie mediów. W dziennikarstwie oczekuje się uważnego obserwowania rzeczywistości. Dobry dziennikarz o wiele częściej stawia pytania, niż formułuje tezy. Podąża za swoim bohaterem, nigdy odwrotnie. Tak samo ja podążam za tymi, których pomagam pożegnać. Każdą uroczystość poprzedzają długie godziny rozmów z bliskimi, poszukiwania informacji, łączenia wielu wątków w możliwie spójną opowieść. Tę opowieść nie zawsze da się ująć wyłącznie słowami, dlatego w pogrzebach humanistycznych ważną rolę odgrywają symbole i wspomniane już przeze mnie nowoczesne rytuały.
W poświęconym śmierci amsterdamskim muzeum Tot Zover (w wolnym tłumaczeniu - "To Tyle") przedstawiono w bardzo przystępny i obrazowy sposób istniejące już tradycje i obyczaje związane z kulturą funeralną na całym niemalże świecie i we wszystkich najliczniejszych religiach, jak też zadano pytania o to, jak może wyglądać przyszłość pożegnalnych ceremonii. Jednym z prezentowanych eksponatów jest tam smartwatch, który można nakarmić danymi dotyczącymi naszego stylu życia i rodzinną oraz własną dokumentacją medyczną, a on wylicza przewidywany czas, jaki dzieli nas od własnej śmierci. Model ten nigdy nie wszedł do masowej produkcji, ale pokazuje coś ważnego - młode pokolenia są niesamowicie otwarte na poznawanie tych obszarów ludzkiej egzystencji, z których wciąż tak często czyni się tabu.
Obszarem tym już interesują się zresztą technokraci i coraz częściej proponują rozwiązania czy usługi zarówno dla żałobników, jak i branży funeralnej oparte na sztucznej inteligencji. Mam mieszane uczucia, gdy widzę próby odtworzenia czyjegoś charakteru i relacji na podstawie zachowanych nagrań, maili czy wspomnień. Obawiam się, że możliwość prowadzenia rozmów z tymi, których już tu nie ma, za pomocą modeli językowych, jest dla ludzi szkodliwa. Rzeczywistość straty wymaga uznania, że do niej doszło, a takie czaty mogą dawać złudzenie ciągłości, o której już przecież nie może być mowy.
Pisałam niniejszą książkę z myślą o wszystkich, którzy są na takim etapie życia, w którym nie wydaje się już ono wieczne. Myślałam w pierwszej kolejności o kobietach, bo w Polsce to my najczęściej bierzemy na swoje barki najpierw ciężar opieki nad umierającą bliską osobą, a później organizacji pożegnania. Myślałam też o ludziach, których styl życia nie przypomina już stylu życia poprzednich pokoleń i którzy często zostają wobec niezwykle przecież trudnego doświadczenia utraty sami.
Nigdy nie planowałam, że zajmę się w życiu tematyką śmierci. Nie bawiłam się lalkami w pogrzeby. Zawsze za to lubiłam cmentarze i panujący na nich spokój. W każdej podróży starałam się je odwiedzać. To, jak obchodzimy się z naszymi zmarłymi, wiele mówi o stosunku do samych siebie. I do życia w ogóle. Pamiętam greckie groby z witrynami, za które wkłada się wodę w butelkach po Coca-Coli dla zmarłych, i kaukaskie, gdzie obok mogił od razu stawia się stoły, a każda niemal wizyta u zmarłej krewnej osoby zamienia się w małą ucztę. Pamiętam cmentarze z grobami, z których uśmiechają się do nas ze zdjęć zmarli w swoich młodych i pięknych wersjach. Pamiętam też nekropole wyłaniające się z chaszczy, zapomniane, porzucone.
Odkrywanie historii zmarłych jest dla mnie fascynujące, za każdym razem. Bez względu na to, czy zajmuję się przygotowaniem ceremonii państwowej dla wielce zasłużonej dla naszego kraju osoby, czy kogoś, kogo życie rozgrywało się w bardzo prywatnej skali. Każdy życiorys wzięty pod lupę, ale traktowany z szacunkiem i życzliwością, jest skarbnicą wiedzy dla tych, którzy pozostali. Możemy przeglądać się w tych historiach jak w lustrze. Od kiedy zajmuję się śmiercią, jestem chyba bardziej obecna we własnym życiu. Wiem, że jesteśmy sobie podarowani tylko na trochę, zawsze na zbyt krótko.
Dlatego tym bardziej dziękuję, że trzymasz w dłoniach moją książkę i poświęcisz część swojego czasu na wspólną wyprawę w szeroko rozumianą tematykę funeralną.
Opowiem ci o tym, jak obchodziliśmy się ze śmiercią kiedyś, a jak robimy to współcześnie, jakie zmiany zachodzą w naszym społeczeństwie, jak możemy wspierać siebie i naszych bliskich, gdy przechodzą przez proces żałoby, i jak się zachować, gdy to my kogoś tracimy. Oraz jak praktycznie przygotować się do własnego, nieuchronnego przecież odejścia.
Uprzedzam zarazem: to nie jest książka o śmierci.
Bo rozmowa o śmierci jest tak naprawdę rozmową o życiu.
Redaktorka inicjująca: Marta Anna Zabłocka
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Bellwon
Redakcja: Joanna Kłos
Korekta: Jolanta Gomółka, Beata Wójcik
Projekt okładki i ilustracji w środku książki: Marta Konarzewska
Zdjęcie wykorzystane na okładce:
Arnold Genthe, Elizabeth Duncan dancers, między 1916 a 1941, Library of Congress/domena publiczna
Zdjęcia wykorzystane na ilustracjach w środku książki:
Przed pierwszą częścią:
Russell Lee, Man looking up telephone number, 1939, Library of Congress/domena publiczna
Otto Gilmore, Child receiving medical attention at El Shatt, 1944, Library of Congress/domena publiczna
Jack Delano, Funeral of a merchant seaman, 1943, Library of Congress/domena publiczna
William M. Rittase, Parachute making, 1942, Library of Congress/domena publiczna
Przed drugą częścią:
Jack Delano, At a funeral, 1941, Library of Congress/domena publiczna
Przed trzecią częścią:
Bernard Gotfryd, Security Council, Iran crisis, między 1979 a 1981, Library of Congress/domena publiczna
autor nieznany, Roy G. Fitzgerald, 1924, Library of Congress/domena publiczna
Russell Lee, Bookkeeper, 1938, Library of Congress/domena publiczna
Skład wersji elektronicznej: Michał Latusek
Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.
00-017 Warszawa, ul. Marszałkowska 116/122
www.gwfoksal.pl
ISBN 978-83-8449-867-5
M5497
Jesteśmy jednym z największych polskich wydawnictw.
Od ponad trzydziestu lat publikujemy literaturę współczesną, kryminały,
reportaże i eseje, a także biografie i książki popularnonaukowe.
Pod naszym szyldem wydają laureatki i laureaci prestiżowych
nagród literackich oraz najbardziej wpływowe osobowości
życia publicznego. W.A.B. jest częścią Grupy Wydawniczej Foksal.