ROZDZIAŁ II
Po ukończeniu pierwszej klasy podstawowej szkoły muzycznej rodzice wysłali mnie z moją siostrą na kolonie. Siostra oczywiście obiecała, że będzie się mną opiekować, ale jak tylko wjechałyśmy na teren kolonii, zakręciła się z koleżankami i zniknęły. Znowu zostałam pozostawiona swojemu losowi.
Pozornie nawet bez siostry byłam tam pod dobrą opieką i na takich koloniach nie powinno się było wydarzyć nic złego. Ale opiekunowie widocznie uznali, że i oni mają wakacje. I pewnie nikt by się tym nie zainteresował, gdyby nie pewien incydent. Na teren kolonii weszło dwóch pijanych mężczyzn i zaczęli bić się na noże. Oczywiście wszystkie dzieciaki natychmiast poleciały, żeby zobaczyć, co się dzieje. Dzieci zawsze są ciekawskie. Na horyzoncie nie było widać dorosłych, więc nikt nie interweniował. A tu najmniejsze szkraby się zbiegły, bo wreszcie działo się coś ciekawego. Cały tłum małych pędraków otoczył bijących się mężczyzn i zaczął się im przyglądać.
Ja sobie kucnęłam z boku. Obserwowałam bójkę, kiedy nagle dostrzegłam, że z kolana sterczy mi nóż. Pijacy chyba zauważyli, że coś się stało, bo natychmiast uciekli. Nie pokazał się nikt z opiekunów kolonii, choć wszyscy wokół krzyczeli. Dopiero kiedy starsze dzieci zaczęły wrzeszczeć, pokazały się jakieś pańcie.
Przyznaję, rzadko można zobaczyć coś tak abstrakcyjnego, jak nóż sterczący z kolana. Jedna z nauczycielek wyszarpnęła go, a z rany zaczęły wyłazić jakieś flaki. Dopiero w tym momencie zjawiła się moja siostra. Nie wiedziała, co się stało, a ja nie miałam zamiaru się zwierzać. Potem pewnie zaczęła snuć jakieś dziwaczne opowieści niemające nic wspólnego z rzeczywistością. Ale przyznaję, nie słyszałam osobiście, co opowiadała moja siostra, mogłam się tylko domyślać. A znałam ją aż za dobrze.
Najbardziej zdumiało mnie to, że nic nie czułam. Ani bólu, ani pieczenia - w ogóle nic. Kolano zostało zabandażowane, po czym zawieziono mnie na chirurgię do Zgierza, gdzie ranę jakoś załatano. Ból pojawił się dopiero koło północy i była to naprawdę koszmarna noc. Jakoś nikt nie pomyślał, żeby mi dać środek przeciwbólowy i tak przeczekałam w tym szpitalu do rana.
Rano zabrali mnie do domu rodzice. Po pewnym czasie z rany zaczął się wylewać jakiś płyn. Mama zawiozła mnie do szpitala wojskowego, gdzie przeszłam solidną operację kolana. Niestety wdała się infekcja i trzeba było usunąć torebkę maziową i część rzepki. Po operacji kolano wykrzywiło się i aby wróciło na swoje miejsce, lekarz zalecił rehabilitację. Polegała ona na tym, że chwytałam palcami chorej nogi kasztana i przekładałam go do dłoni umieszczonej za plecami. I tak przez godzinę dziennie. W tym czasie mama siedziała na stołeczku i czytała mi Kubusia Puchatka.
Powoli kolano wracało do sprawności, ale lekarz nie pozwolił przerwać jego rehabilitacji. Kontynuowałyśmy z mamą ćwiczenia, bo choć bolało, noga wyglądała coraz lepiej. Do tej pory Kubuś Puchatek jest moją ulubioną książką. Tymczasem kolano robiło się coraz prostsze i coraz sprawniejsze. Obawiam się jednak, że gdyby nie upór mamy i Kubuś Puchatek, nie chciałoby mi się codziennie przez godzinę ćwiczyć regularnie, znosić kłucie w kolanie i powtarzać ćwiczenia, które były dostatecznie monotonne.
Rana goiła się powoli, ale dzięki codziennym ćwiczeniom kolano robiło się coraz elastyczniejsze. Przy czym ja już wiedziałam, że takie sporty jak łyżwy, narty czy tenis pozostaną poza moim zasięgiem. Wkrótce miałam się przekonać, że jazda na rowerze również.
Jeszcze nosiłam bandaż na kolanie, kiedy przeżyłam niezły horror. Byłam już po wieczornej kąpieli, przebrana w nocną piżamkę, a na nogach miałam kapcie, kiedy nagle siostra zawlekła mnie do przedpokoju, posadziła na skrzyni, która stała przy drzwiach wejściowych, uklękła z boku i zaczęła do moich kapci przykręcać łyżwy. Już nie mówię o stroju, ale gdybym miała z przykręconymi łyżwami wyjść z mieszkania, połamałabym sobie nogi na schodach. Nie wiem, dlaczego nagle zaczęła to robić ani co chciała przez to osiągnąć, ale stwierdziłam, że tylko rodzice mogą mnie z tej sytuacji jakoś uratować i uwolnić od niezrozumiałych pomysłów siostry.
Krzyknęłam i oberwałam pięścią po głowie. Rzuciłam drugą łyżwą w szklane drzwi przed sobą. Siostra potem opowiadała, że chciałam ją zabić, ale przecież nie walnęłam ją tą łyżwą w łeb, choć mogłam, bo klęczała tuż obok, tylko rzuciłam w szybę, żeby zwrócić uwagę rodziców.
Słysząc krzyki i brzęk tłuczonego szkła, rodzice natychmiast nadbiegli i uwolnili mnie z tej dość makabrycznej sytuacji. A ja nie na żarty się wtedy wystraszyłam. A przede wszystkim przestraszył mnie wyraz oczu siostry i jej dziwny grymas, a także to, że nie miałam pojęcia, jak się w tej sytuacji zachować.
Wtedy po raz pierwszy w życiu w nocy przyśniły mi się koszmary. Śniłam, że idę ośnieżonymi ulicami w zupełnie opuszczonym mieście, a gdzieś z tyłu goni mnie siostra z łyżwami w ręku. I nie byłam w stanie przed nią uciec, bo nogi mi się uginały, jakby były zrobione z gumy. Najgorsze, że ten incydent nie miał dalszego ciągu, podczas gdy siostra każdemu, komu tylko mogła, opowiadała, że chciałam ją zabić.
Nie jest łatwo żyć z takim człowiekiem pod jednym dachem. Szczególnie, że wkrótce mieliśmy się przekonać, iż to wszystko mogło doprowadzić do nieodwracalnej katastrofy.
(dyskretną opieką, bo przecież wyjechałam mając zaledwie szesnaście lat), a przede wszystkim zostałam ubezpieczona.
Mnie samej chodziło o to, że już w tym wieku po raz pierwszy zetknęłam się z poziomem wyższych studiów i atmosferą uniwersytecką. I, co najważniejsze, po prostu się nadawałam. Ale moja siostra nie była w stanie tego zrozumieć i wszystkim jedynie opowiadała, komu dałam się molestować, żeby tylko do tego Paryża wyjechać.
Już w stolicy Francji zorientowałam się (tak jak i wszystkie baby), że najtaniej można rozmaite ciuchy kupić na przedmieściach, w sklepach przyfabrycznych. Stały tam duże drewniane skrzynie pełne rzeczy pochodzących z końcówek serii czy ciuchów modnych w ubiegłym sezonie. Na każdej skrzyni widniał napis, ile kosztuje jedna sztuka odzieży, i od razu było widać, że w prawdziwych sklepach te same rzeczy były przynajmniej dziesięć razy droższe. A czasem nawet więcej.
Pamiętam, jakim szczęściem mnie napełniało posiadanie jasnoniebieskich dżinsów - produktu nieosiągalnego w demoludach. Nosiłam je i nosiłam, dopóki ze mnie nie spadły. Kupiłam też kilka sukienek, z których najbardziej lubiłam szary bezrękawnik. Służył mi jeszcze w czasie studiów w Łodzi. Ale przywiozłam też śliczny niebieski płaszczyk. Jak tylko siostra go zobaczyła, dosłownie zdarła go ze mnie, a ja nie chciałam się z nią szarpać, by płaszczyka nie podrzeć. Mówiła potem, że sama jej go oddałam, bo wyglądałam w nim jak garbata.
Wyrwała mi jeszcze kilka rzeczy, inne wyciągnęła z mojej walizki i już więcej nie oddała, w tym pantofelki balowe z białej, plecionej skórki. Nosiła je potem na zajęcia na politechnice, ale ponieważ były przeznaczone do kreacji balowej, wyglądała w nich dziwacznie. W dwa miesiące je zdarła i wyrzuciła do śmieci. Przywiozłam też złoty pierścionek z trzema turkusikami. Zdjęłam go w łazience, kiedy myłam dłonie, i zapomniałam schować. Wróciłam po chwili, ale pierścionek znikł bez śladu. I więcej go nie zobaczyłam.
Siostra w międzyczasie zdążyła rzucić fortepian i wszystko, co się wiązało z muzyką. Obraziła się. Przystąpiła do egzaminów na mikrobiologię. Tego egzaminu w ogóle nie zdała, co nie przeszkodziło jej zrobić potężnej awantury na wydziale uniwersytetu. A także publicznie obrzucić wyzwiskami profesora, który miał to nieszczęście, że blisko nas mieszkał. Ojciec znów chodził i za nią przepraszał. Wreszcie udało jej się zdać egzamin wstępny na Politechnikę Łódzką, na wydział elektryczny. Tu jakoś się zadomowiła, choć to ojciec nocami wykonywał jej rysunki techniczne. Ona z kolei chodziła po ludziach i każdemu wmawiała, że to ja się obrażam, wybieram od sasa do lasa, nieustannie zmieniam kierunki i w gruncie rzeczy nikt nie ma pojęcia, o co mi chodzi. I znów byli tacy ludzie, co jej wierzyli jak wyroczni.
Prawda była taka, że od czasu pobytu w Paryżu miałam dwa cele w życiu: nie czuć bezsilności wobec otaczającego mnie świata i pisać. I jedno, i drugie robię przez całe życie, choć na coraz wyższym poziomie. I nie porzuciłam swoich planów nawet na jeden moment.
Moja siostra nie wiedziała o jednym: wyjazd do Paryża był zaledwie początkiem długiej drogi, jaką samodzielnie wybrałam. Od tamtej pory nie przestałam się uczyć, bo od nauki zależała cała moja przyszłość. Ale nie przestałam też pracować nad udoskonaleniem warsztatu pisarskiego. Nastąpiły długie lata studiów, nieustannych prób pisarskich, podążania w jednym i tym samym kierunku. To dopiero był maraton!
Moja siostra była pewna, że obleję maturę. Wszystkich na to przygotowywała, zanim w ogóle przystąpiłam do egzaminów. A kiedy jednak, ku jej rozczarowaniu, tę maturę zdałam, opowiadała z niesłabnącym entuzjazmem, że to tylko dlatego, że mi posłała ściągi. Jakby to miało jakiekolwiek uzasadnienie. Co prawda matematykę zaliczyłam zaledwie na trójkę, ale jakoś dałam sobie radę, choć nauczyciel tego przedmiotu dosłownie przespał trzy lata i musiałam uczęszczać na korepetycje.
Prawda była jeszcze inna - w liceum, a potem także na studiach, miałam wszystkie możliwe stopnie z plusami czy minusami. Dwóje dostawałam za każdym razem, kiedy się kłóciłam z nauczycielami. Ale jakoś w nauce mi to nie przeszkadzało.
Teraz czekał mnie egzamin wstępny na Uniwersytet Warszawski. I tu trafiła się niespodzianka. W Łodzi wieczorem było plus dwadzieścia stopni, ale kiedy dojechałam następnego dnia do Warszawy, było prawie zero. Ubrana w cienką bluzeczkę i spódniczkę dosłownie szczękałam zębami. Nie dałabym rady, gdyby znajomi nie poratowali mnie swetrem. Zdawałam trwające w nieskończoność egzaminy pisemne i ustne. Kiedy je zakończyłam, byłam tak skonana, że prawie nie widziałam na oczy. Wyszedł ze mnie brak poprzednich wakacji (stypendium), cały rok przygotowywania się do matury, a potem egzaminów wstępnych. Nie przesadzę, kiedy powiem, że padałam na nos.
Ciocia z Warszawy przysłała mi telegram, że zostałam przyjęta. I wtedy zdarzył się pewien incydent. Jedna dziewczyna pochwaliła się mojej siostrze pantofelkami, jakie ojciec przywiózł jej z Włoch. Następnego dnia mokasyny zniknęły. Niestety zostały znalezione na dnie szafy w naszym pokoju. Siostra jak zwykle wszystko zwaliła na mnie. Na próżno się broniłam. W końcu nawet ja miałam dosyć, wyniosłam się i wynajęłam mieszkanie na mieście. Rodzice zwrócili pantofelki prawowitej właścicielce. Ale ja już nie czułam się komfortowo. Miałam dość nieustannego wyjaśniania.
We wrześniu odebrałam indeks i legitymację studencką. Przy okazji musiałam podpisać zobowiązanie, że nie będę się starała o miejsce w domu akademickim. Było wielu chętnych, mało miejsc, a ja nie pochodziłam z rodziny robotniczo-chłopskiej. Tak się to wtedy załatwiało. Podpisanie oświadczenia było warunkiem podjęcia przeze mnie studiów w Warszawie. I na tym wszystkie formalności się skończyły.