Rozdział 3
Prognoza na weekend
Stołówka to bardzo niebezpieczne miejsce. Wystarczy, że ktoś podłoży ci nogę, a twoja taca z jedzeniem wyląduje na podłodze i staniesz się pośmiewiskiem całej szkoły. Taka sytuacja zdarzyła mi się w pierwszym tygodniu nauki w Agapetusie. Miałam wtedy jedenaście lat i jeszcze mało wiedziałam o świecie. Teraz jako szesnastolatka, zbyt dobrze zaznajomiona z niepisanymi zasadami rządzącymi szkołą, miałam świadomość, że zajmowanie stolików na środku sali i tych przy oknach nie jest najlepszym pomysłem, gdy królowa szkoły i jej świta nie darzą cię sympatią. Lepiej spędzić lunch jak najbliżej drzwi wejściowych i w spokoju zjeść posiłek, zamiast całą długą przerwę spierać purée ziemniaczane ze szkolnego mundurka.
- Czy wy też macie już wszystkiego dość? - Bianca postawiła na stoliku swoją tacę z jedzeniem.
- Jak zwykle przesadzasz, Bi - zaśmiała się Sabrina.
Tylko ślepy nie zauważyłby, że miała wyjątkowo dobry humor.
- To ty przesadzasz z tym swoim durnym entuzjazmem. - Bianca była niezwykle zgryźliwa od porannego zdarzenia na korytarzu.
Zastanawiało mnie, czy to przez to, co powiedziała jej Judy. Spytałam o to Bi, ale nie chciała mi niczego zdradzić. Denerwowało mnie, że wiele rzeczy chowała w sobie, zamiast wykrzyczeć je na głos. Czy miałam jednak prawo oczekiwać od niej zwierzeń, skoro pozwoliłam, by ona i Paul sami stawili czoła Judith? Chyba nie.
- Dzisiaj po lekcjach mam spotkanie komitetu organizacyjnego balu. Ostatnio wymyśliliśmy już temat przewodni i teraz będziemy dopracowywać elementy wystroju sali - oznajmiła rozentuzjazmowana Sabrina. - Nawet nie wiecie, jak bardzo na to czekałam.
- Nie rozumiem cię. Jak możesz tak dawać się wykorzystywać ludziom? - mruknęła Bianca i sięgnęła po frytkę.
Wyjęła mi to pytanie z ust. Sabrina lubiła brać udział w najróżniejszych inicjatywach organizowanych przez szkołę, lecz za każdym razem odbijało jej się to czkawką. Wplątywała się w dziwne relacje, które szybko się kończyły, gdy dane wydarzenie dobiegało końca. Zaskakująco często trafiała jej się współpraca z Paisley, która nie miała skrupułów, by pożyczać od niej rzeczy na wieczne nieoddanie i później obgadywać Sabby po kątach. Poza tym najróżniejsze spotkania po lekcjach odciągały Sabrinę od nauki. Przestawała uczyć się systematycznie i przed testami nie pomagały jej nawet notatki, które ode mnie pożyczała. Gdyby to moje oceny się pogorszy, od razu zrezygnowałabym z dodatkowych aktywności i do tego miałabym straszne wyrzuty sumienia.
Mój wzrok bezwiednie poszybował w stronę stolika zajętego przez Paisley i resztę osób z naszej klasy. Czasem zastanawiałam się, czy gdyby nie Judy i jej nienawiść do mnie i moich znajomych, bylibyśmy jednym z tych roczników, które są zgrane, głośne, a nauczyciele mają ich wiecznie dość. Może wtedy ja i Tony mielibyśmy jakąś szansę?
Ech... Tony Brandon, moje beznadziejne zauroczenie. Ze swojego miejsca miałam dobry widok na jego idealną twarz. Nawet z daleka widziałam te przepiękne zielone oczy okolone długimi rzęsami. Ale podobało mi się w nim coś więcej niż wygląd. Najbardziej lubiłam w nim to, że nie wstydził się pomagać innym. Organizował zbiórki pieniędzy na schroniska dla bezdomnych, zimą budował domki dla bezpańskich zwierzaków, a swój wolny czas po szkole spędzał w świetlicy, gdzie z młodszymi uczniami odrabiał zadane im prace domowe. W przeciwieństwie do Judy i jej bandy miał serce, i to szczerozłote. Szkoda tylko, że nie zwracał na mnie uwagi. Mogłam o nim jedynie bezwstydnie fantazjować
- Co ty na to, Mała? - zapytał Gabe. Nie przepadałam za tą ksywką, ale w gronie moich przyjaciół przylgnęła do mnie jak rzep.
Zorientowałam się, że przez dłuższy czas byłam nieobecna. Przyjaciele nadal prowadzili rozmowę, w której nawet nie próbowałam uczestniczyć. Zamiast tego wgapiałam się w Tony'ego, jakbyśmy byli sami na tej durnej stołówce i jakby nie istniała między nami przepaść.
- Przepraszam, zamyśliłam się. - Skupiłam wzrok na cieście pasterskim znajdującym się na talerzu.
- Chyba raczej się zagapiłaś. Nieładnie, oj, nieładnie - zaśmiała się Bi.
Oczywiście, że zauważyła, na kogo się patrzyłam. Nigdy nic jej nie umykało, a do tego najlepiej z całej grupy wiedziała, jak fatalne było moje zauroczenie.
- Bianca! - skarciła ją Sabrina.
- No co? Po prostu...
- Nie kończ - przerwałam jej, czując, jak policzki zaczynają mnie palić ze wstydu. - Nie kopie się leżącego.
- Rozmawialiśmy o weekendzie - oznajmił Gabe. - Dawno nigdzie razem nie wychodziliśmy. Moglibyśmy powłóczyć się po mieście dzisiaj, bo na zewnątrz jest zaskakująco ładnie, ale...
Nie pójdziemy nigdzie razem, bo spóźniłam się na lekcję i teraz musiałam ponieść tego konsekwencje. Chyba to chciał powiedzieć, zanim Paul wszedł mu w słowo.
- Co powiesz na sobotę? Posiedzimy u mnie. Tata przebąkiwał wczoraj coś o jakimś wyjeździe firmowym, więc chyba nie będzie nam przeszkadzał.
- Obejrzymy film i upieczemy babeczki - powiedziała Sabrina, poprawiając opaskę podtrzymującą jej kasztanowe włosy.
- Raczej to ja je dla was upiekę - mruknęłam.
To zdanie zabrzmiało gorzej, niż zakładałam. Chciałam tylko stwierdzić fakt. Uwielbiałam gotować dla ludzi, a moi przyjaciele lubili moje wypieki. Robiłam więc dla nich ciasta, ciasteczka, torty i przy okazji świetnie spędzałam z nimi czas.
- Racja.
- Proszę o chwilę ciszy. Do głowy wpadła mi pewna myśl - oznajmiła uroczyście Bianca.
Przez kilka ostatnich minut bujała się na krześle, ale teraz usiadła na nim wyprostowana jak struna, z szerokim uśmiechem na ustach.
To nie wróżyło niczego dobrego.
- Zaczyna się - westchnął przeciągle Paul i założył ręce na piersi.
Pomysły Bianki nigdy nie kończyły się dobrze. W teorii zawsze miały urozmaicić nasze nastoletnie życie szkolnych odludków. W praktyce doprowadzały do tego, że wszyscy razem lądowaliśmy w bagnie, z którego później nie tak łatwo było się wydostać. Tak jak wtedy, gdy uparła się, że musimy jakoś uczcić zdane egzaminy. Namówiła nas, byśmy zrobili coś wielkiego, wymyślili jakąś akcję, która miała nikomu nie zaszkodzić, ale jednocześnie sprawić, by wszyscy nas zapamiętali. Cóż... Udało nam się przynajmniej spełnić ten drugi wymóg - Wilkinson będzie nam wypominał ten wybryk do końca świata, a nauczyciele spoglądają na nas nieufnie za każdym razem, gdy za bardzo zbliżymy się do pracowni chemicznej. Wszystko przez to, że eksperyment wymyślony przez Paula wymknął się spod kontroli. Obiecał nam, że doświadczenie będzie spektakularne, łatwe do przygotowania, a nasz nauczyciel niczego nie zauważy, gdy na moment odciągniemy go od stanowiska z palnikiem. Jednak pomylił się w obliczeniach i wsypał za dużo jednej substancji. Pojawiły się ogień i o wiele więcej dymu, niż przewidział Paul. Nawet włączony wyciąg w pracowni nie zapobiegł uruchomieniu systemu przeciwpożarowego. Nigdy nie zapomnę płomieni, które wystrzeliły aż pod sufit, zamieszania związanego z ewakuacją i min moich rodziców, gdy dowiedzieli się, że brałam udział w całym zajściu. Ze szkoły nie wyrzucili nas tylko dlatego, że szkody były niewielkie, bo pożar szybko opanowano, a tata Paula bez mrugnięcia okiem pokrył koszty związane z wezwaniem straży pożarnej i odmalowaniem ściany w pracowni chemicznej.
Przez miesiąc wakacji sprzątałam w naszej rodzinnej restauracji, by jakoś udobruchać rodziców. Niezliczone godziny wkładania naczyń do zmywarki i wynoszenia śmieci przyniosły efekt, ale nie zamierzałam znowu przez to przechodzić. Przysięgłam sobie, że już nigdy więcej nie dam się skusić na żaden z cudownych pomysłów Bianki. Był tylko jeden problem - Bi potrafiła być szalenie przekonująca, jeśli czegoś naprawdę pragnęła.
- W ten weekend nie będziemy oglądać filmu jak jakieś przegrywy...
- No pewnie, że nie, zamiast tego napadniemy na bank - odparł spokojnie Paul.
- Zamknij się. Uratowałam cię przed gniewem zakompleksionego Jerome'a, okaż choć trochę wdzięczności i mi nie przerywaj.
Paul skrzywił się na ten przytyk. Zdarzenie z rana nie dawało mu o sobie zapomnieć.
- Ma rację. To co tam wymyśliłaś? - zapytał Gabe.
- Tak się składa, że zbliżają się urodziny Ivett Lalymer. Z czym wam się kojarzą? - Spojrzała wyczekująco na każdego z naszej czwórki, czekając, aż któreś się odezwie. - Z jedną z większych imprez organizowanych przez ludzi ze szkoły, na której na bank pojawi się mnóstwo maturzystów, a może nawet jacyś absolwenci - oznajmiła zniecierpliwiona. - Ivett organizuje ją co roku i tak się składa, że podsłuchałam szczegóły.
- Impreza - prychnął Paul. - Raczej demolka.
- A słyszeliście, że na niektórych przyjęciach ludzie dopuszczają się kradzieży rodzinnych pamiątek? Georgia mi mówiła, że...
- Później nam opowiesz, Sabby. Co wymyśliłaś, Bi? - zapytałam, choć wiedziałam, do czego zmierza Bianca i nie za bardzo mi się to podobało.
- Wprosimy się na imprezę do Ivett.
- Jak cudownie, weźmiemy udział w tym cyrku - skwitował Paul. W jego głosie próżno było szukać entuzjazmu.
- Chyba sobie żartujesz! - wyrzuciłam na jednym wdechu. - Przecież ona przyjaźni się z Elliotem, a ja z tym gościem nie wytrzymam w jednym pomieszczeniu dłużej niż przez pięć minut.
Na samo wspomnienie porannego spotkania na schodach poczułam ucisk w żołądku. Miałam dość Elliota i tego, że prawie cały czas na niego wpadałam. Sobota była dniem, w którym mogłam odpocząć od widoku jego twarzy, i nie uśmiechało mi się tego zmieniać. Już słyszałam te jego okropne komentarze na mój temat. Byłam pewna, że tam będzie. Niemożliwe, żeby nie przyszedł na imprezę w domu swojej najlepszej przyjaciółki. Chociażby po to, żeby pomóc jej sprzątać.
- Jesteś przewrażliwiona. Będzie tam tyle ludzi, że nie ma szans, byś na niego wpadła.
- A Ivett to czasem nie dziewczyna Elliota? - Gabe zmarszczył brwi.
Ciekawe, że akurat to go interesowało.
- Nie - zaprzeczyła szybko Sabrina, która z nas wszystkich najlepiej łapała się w szkolnych plotkach i ploteczkach.
- To dlaczego oni...
- Ich się o to pytaj, Gabe. Nawet będziesz miał ku temu świetną okazję, bo w sobotę wszyscy, bez żadnych wyjątków, idziemy na imprezę do Ivett - powiedziała Bianca.
- Daj spokój - westchnęłam zrezygnowana.
Bianca ani trochę nie przejęła się naszą mało entuzjastyczną reakcją.
- Nigdy nie braliśmy udziału w czymś takim. Wiecie dlaczego? Bo są osoby, które nas nie lubią i którym wydaje się, że są od nas lepsze. A my im na to pozwalamy, wciąż i wciąż chowając się po kątach. To nasz przedostatni rok tutaj, powinniśmy go przeżyć jak najlepiej. Korzystać z życia, porobić masę głupich błędów.
- Dzisiaj to do ciebie dotarło? - prychnęłam.
- A wiesz, że tak? Uświadomiłam sobie, że czas pędzi do przodu, a ja tylko stoję w miejscu. Nie powinno tak być.
Rozmyślałam nad jej słowami. Może Bianca miała rację. Rzeczywiście ostatnio moje życie składało się jedynie z przesiadywania w szkole lub w domu. Ciągle się uczyłam, żeby moje oceny nadal utrzymywały się na wysokim poziomie, i tylko kilka razy dałam się namówić na jakieś spotkanie z przyjaciółmi w weekend lub po lekcjach. Zdawałam sobie sprawę, że więcej wspólnych wyjść nie zaszkodziłoby moim wynikom w nauce, ale do tej pory nie zrobiłam nic, by spotykać się z przyjaciółmi częściej. Gryzący sweter, który długo nosimy, w pewnym momencie w końcu zaczyna być wygodny.
- Dobra, wchodzę w to - stwierdził po chwili Paul i wyciągnął dłoń w stronę Bianki. - Impreza u Ivett?
- Impreza u Ivett - odparła zadowolona z siebie Bi.
Gabe i Sabby jej zawtórowali, dokładając swoje dłonie do tej Paula.
Zostałam jedynie ja.
- To co? Przyłączysz się, Mała?
Moi przyjaciele spojrzeli na mnie wyczekująco. Nie mogłam ich zawieść, wcześniej zbyt wiele razy mi się to zdarzyło. Poza tym cieszyłam się, że Paul, mimo trudnej sytuacji w domu, przystał tak szybko na tę imprezę.
- Pewnie tego pożałuję, ale nie mogę zostawić was samych. Impreza u Ivett. - Położyłam swoją dłoń na ręce Gabe'a i uśmiechnęłam się szeroko.
W tamtym momencie byłam szczęśliwa. Wydawało mi się, że po tych pełnych chmur i deszczu dniach w szkole w końcu wzejdzie słońce. Myliłam się, bo prognoza wcale mi nie sprzyjała.