Sztuka i oburzenie. Histeria wokół piersi - Sonia Kisza

-
Proszę czekać

Szczucie sztuką

Odkąd zostałam matką, "szczucie cycem" stało się jednym z moich ulubionych określeń. Obrzydliwe, mizoginiczne i zawstydzające kobiety hasło skutecznie odzyskałam, czyniąc z niego własną broń. "Nikt cię nie zawstydzi, jeśli sam(a) się nie wstydzisz", wbiłam sobie do głowy i powtarzałam jak mantrę. Zrozumienie karmienia piersią. Ba! Zrozumienie procesów fizjologicznych i psychicznych, jakim podlegają młoda matka i jej dziecko, wymaga albo empirycznego doświadczenia tego stanu, albo rozwiniętej empatii. Nasze spo­łeczeństwo wymiera, więc trudno od niego oczekiwać tego pierwszego, a i drugiego zdecydowanie brakuje. Mały człowiek, który dopiero opuścił wnętrze matczynego brzucha, nie zna konwenansów, nie czeka cierpliwie na sprzyjające okoliczności. Nie od­roczy potrzeby napicia się do momentu powrotu do domu - domaga się mleka tu i teraz, natychmiast. Przez pierwszych kilka lat życia głód i pragnienie - dotyczące zresztą nie tylko fizjologii, lecz również emocjonalnej i fizycznej bliskości - na pewno nie są czymś, co można odłożyć. Przyroda zadbała też o to, żeby płacz noworodka czy niemowlęcia wbijał się w matkę jak tasak, zmuszając do natychmiastowej reakcji. Ale jednocześnie obdarzyła ją mocą wytwarzania pokarmu. Mamy zatem coś, co uspokaja dziecko niemal w sekundę (w większości przypadków). Tyle że kiedy wykorzystujemy ten dar, to wiele osób oburzamy, ponieważ szczujemy cycem. Wspaniale! Szczujmy więc!

Oczywiście szczucie cycem dotyczy nie tylko matek. Szczułam już dużo wcześniej. Dokładnie pamiętam moment, kiedy dość nagle moje ciało z ciała dziecka stało się ciałem kobiety. W krótkim czasie zrozumiałam, że duży biust daje mi nieznaną wcześniej władzę - władzę, którą w patriarchalnym świecie sankcjonują męskie spojrzenie, atencja i aprobata. Długo pozwalałam sobie budować na dużym biuście swoją tożsamość, co oprócz przywilejów sprowadzało całkiem sporo problemów - blondynki z dużymi cyckami muszą nader często udowadniać, że nie są głupie. Cięte poczucie humoru, nacisk na edukację, czytanie mądrych książek, oglądanie ambitnego kina - tym się ratowałam przed etykietą. Nie zawsze zresztą skutecznie. Duży biust był dla niektórych zaproszeniem do seksistowskich komentarzy. To przerażające, że ja i większość moich koleżanek padałyśmy ofiarą molestowania seksualnego w drodze do szkoły. Sprawcy takich zachowań doskonale zdają sobie sprawę z tego, że młode dziewczyny nie zareagują ani się nie obronią przed niechcianym dotykiem i uprzedmiotawiającymi tekstami.

Duże biusty to coś, co kultura współczesna kocha i czego równie mocno nienawidzi. Właściwie dotyczy to każdego biustu. Piersi mają być okrągłe, sterczące, twarde. Nie za małe i nie za wielkie. Mają magicznie zaprzeczać prawom grawitacji. W przestrzeni publicznej właściwie nie widzimy naturalnych piersi, które spokojnie sobie wiszą. Widzimy te zoperowane, ostrzykiwane albo chociaż podtrzymywane i ściśnięte. Czy nasze piersi tego potrzebują? Czy zwisają bardziej niż kiedykolwiek w historii? (Może nastała jakaś bezprecedensowa era rozciągnięcia cycka?) Otóż nie. Reagujemy na marketing i otaczające nas tysiące, miliony reklam. Zamiast biustów przeciętnych kobiet oglądamy to, co serwuje nam kultura pornograficzna, w której piersi - podobnie jak reszta kobiecego ciała - mają jedną funkcję: są erotyczną ozdobą mającą cieszyć (głównie męskie) oko. Praca nad tą książką uświadomiła mi, że to nic nowego - histeria wokół piersi trwa.

Po histerii

Kiedy ukazała się Histeria sztuki, pierwsza książka, którą poświęciłam feministycznej historii sztuki, dostałam wiele pozytywnych opinii, jednak w części z nich wybrzmiewało rozczarowanie politycznością mojego wywodu. "Fajna, fajna, ale mam dość tego atakującego feminizmu" albo: "Ciekawa, ale po co wszędzie wciskać feminizm". Stawiam dolary przeciwko orzechom, że z ust tych samych osób nie usłyszałabym, że mają dość wciskania wszędzie patriarchatu. I to nie przypadek. Patriarchat jest systemem genialnym w swej diaboliczności, sukces zawdzięcza wypromowaniu poglądu, że jest systemem domyślnym. Zamaskował się w swojej pozornej neutralności. Nie zauważamy go, bo jest normą. "Tak było zawsze", "Tak ten świat został stworzony", myślimy, nawet jeśli coś nas uwiera albo zdaje się niesprawiedliwe. Aż w końcu dochodzimy do wniosku, że alternatywa nie istnieje. Zaszczepiono w nas głębokie przekonanie, że nie da się zbudować świata równego i sprawiedliwego. Że kobieta przez swoją biologię jest po wsze czasy skazana na posłuszeństwo względem mężczyzny. I dlatego zamierzam szczuć feminizmem. Póki perspektywa kobiet nie stanie się perspektywą domyślną, przynajmniej dla połowy ludzkości. Bo na litość - ile można tej patriarchalnej ideologii?!

Co pamiętacie z lekcji historii? Wojny, bitwy, powstania, podboje? Jak oceniacie bohaterów tych wydarzeń, choćby Aleksandra Wielkiego czy Krzysztofa Kolumba? Wiecie, jaki wpływ na ludność cywilną miały imperialne zakusy tych panów lub ich zwierzchników? Wiecie, że armia niezwyciężonego Macedończyka mogła zabić nawet 100 tysięcy ludzi?1 Albo że wskutek kolonizacji obu Ameryk poniosło śmierć 95 procent rdzennej ludności, czyli - według szacunków - jakieś 60 milionów osób?2 Zdajecie sobie sprawę z tego, że związane z niewolnictwem tortury, koszmarne warunki transportu, a później nielepsze warunki życia oraz katorżnicza praca zabiły miliony Afrykańczyków?3 Czy aby na pewno można to uznać za niesienie cywilizacji?

Mówi się, że historię piszą zwycięzcy. Coraz częściej myślę, że w rzeczywistości piszą ją żądni krwi i pieniędzy psychopaci, a omamieni ich "wielkością" ludzie nagłaśniają te bajki. W nauczaniu historii potrzebujemy wrażliwości i empatii, żeby zamiast "pacy­fikacji regionów", "podbojów" i "odkryć" widzieć w takich działaniach ludobójstwo. Żeby zrozumieć, że nasz świat powstaje na grobach ludzi, którzy stali na drodze imperializmowi. Agnieszka Jankowiak­-Maik, nauczycielka i badaczka, znana w sieci jako Babka od Histy, tak rozumianą historię społeczną trafnie nazywa "historią sprawiedliwą". Dopóki nie dopuścimy tej perspektywy do głosu, nasza historia, a wraz z nią historia sztuki (poza kilkoma wyjątkami), będzie pisana żądnym władzy siurkiem.

Historia sztuki jak każda dziedzina nauk społecznych wiąże się ściśle z polityką. Wbrew pozorom nie chodzi w niej o ładne obrazki. To potężne narzędzie do badania zależności pomiędzy człowiekiem, jego ekspresją twórczą i kwestiami systemowymi. Sztuka tworzy historię, a historia sztukę. I nie jest to pusty slogan. O sztuce przez setki lat pisali niemal wyłącznie mężczyźni. To ich dopuszczano do edukacji uniwersyteckiej, gdzie najpierw nasiąkali patriarchalnymi, seksistowskimi, rasistowskimi i europocentrycznymi wartościami, żeby je potem projektować na badane dzieła sztuki. Określać, co jest warte naszej uwagi, studiowania, konserwowania i wystawiania, a co trzeba skreślić. Samą sztukę też zresztą przez setki lat tworzyli głównie mężczyźni. To oni mieli wsparcie instytucji, dzięki którym mogli się uczyć w cechach, warsztatach, szkołach i na akademiach, a poza tym wolno im było włóczyć się po ulicach miast bez obaw o zszarganie reputacji. To mężczyźni mogli malować "wielką sztukę": akty, sceny bitewne i mitologiczne. Dla kobiet nauka była przez setki lat niedostępna. Tym nierównościom nie zawiniły, jak pisze badaczka Linda Nochlin4, gwiazdy, kobiece hormony ani wewnętrzne niedostatki, tylko system. Polityka w parze z kulturą, które celowo i z pełną premedytacją nie dopuszczały kobiet do sfery publicznej i zamykały je w domu.

Kiedy na jednym ze spotkań autorskich opowiadałam o wykluczeniu kobiet z edukacji i usłyszałam wypowiedziane z przekąsem pytanie: "Chce pani powiedzieć, pani Soniu, że to wynikało z jakiegoś spisku przeciwko kobietom?", nie musiałam się zastanawiać nad odpowiedzią. "Tak - rzuciłam - doskonale pan to ujął, choć w nauce nazywamy ten spisek ideologią patriarchalną". Spróbujcie wyjaśnić przedszkolakowi, dlaczego Europejki przez ponad 500 lat nie miały wstępu na uniwersytety5. Nie da się tego sensownie wytłumaczyć inaczej niż seksistowską ideologią.

Męskocentryczność wypaczyła nasze widzenie świata, historii i samych siebie6, jak skutecznie dowodzą Griselda Pollock i Rozsika Parker w kultowej książce Dawne mistrzynie. W historii cyk­licznie powracają okresy zaostrzonej antykobiecej indoktrynacji. Podsycanie wojny płci ma jasny cel polityczny - utrzymanie władzy w konkretnych rękach. Mimo tych ograniczeń są tysiące świetnych artystek! Ich dzieła stanowią świadectwo nie tylko indywidualnej determinacji, ale także głęboko ludzkiej potrzeby zaistnienia i tworzenia.

Sztuka kobiet nie ma wspólnego mianownika, co świetnie pokazują przekrojowe wystawy, choćby Kwestia kobieca 1550-2025 prezentowana w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Baby nie malują delikatniej, bardziej zmysłowo ani - wbrew histo­rycznie utrwalonym mitom - gorzej od mężczyzn. Kobiety - wszystkie, z każdego miejsca i momentu na przestrzeni dziejów - nie są ze sobą magicznie połączone ani spokrewnione. Dzieli nas naprawdę dużo. Tym, co łączy, jest doświadczenie inności. Życie na marginesie patriarchalnego świata. W ciele kobiety albo osoby niebinarnej, doświadczającej przemocy, dyskryminacji i wykluczenia, często z powodu menstruacji, menopauzy albo macierzyństwa.

Osoba bez penisa nie mogła zdaniem wielu krytyków osiągnąć tego, co osoba z penisem. Bo to on sankcjonował wielkość. Zresztą nie bez znaczenia pozostaje tu narzędzie, jakim posługiwali się artyści i artystki - falliczny pędzel. Przez wieki największym komplementem dla malarki było określenie, że "maluje jak mężczyzna"7. Już w renesansie artystom zalecano wstrzemięźliwość i czystość, by zachowali swoją "męskość" dla sztuki. Pobudzenie wynikające z powstrzymywania się od aktywności seksualnej - jak pisał Gustave Flaubert: "sperma gotowa do ejakulacji" - bardzo długo uważano za czynnik sprawczy dobrej sztuki. Do abstynencji zachęcał kolegów po fachu między innymi Vincent van Gogh8.

Siurkocentryzm

Fallocentryzm odnosi się do przekonania, że męski narząd płciowy jest osią organizacji świata społecznego. W teorii feministycznej sięga się po to pojęcie, żeby podkreślić, jak wszechobecne jest uprzywilejowanie męskości rozumianej jako zbiór określonych, nabytych w drodze socjalizacji cech.

Termin "patriarchat" z kolei opisuje system społeczny, w którym mężczyźni dominują w rolach przywódców i autorytetów, kontrolują majątek, zasoby i dostęp do surowców. W kontekście samej kultury mężczyzna jest symbolicznym centrum doświadczeń i opowieści. Widać to w języku, sztuce, literaturze, filmach, przemyśle... We wszystkim. Mężczyzna - nie ten żywy, tylko uśredniony i wyideali­zowany - to źródło norm i zasad. Trzeba dodać, że to odrealnienie krzywdzi samych mężczyzn, którzy też wbrew własnym instynktom zmuszeni są realizować patriarchalną agendę! Wszystko, co reprezentują sobą kobiety oraz osoby niebiałe, należące do mniejszości, czy niewpisujący się we wzorzec mężczyźni, jest odchyleniem. Premiuje się siłę, potęgę, gotowość i dominację. Wrażliwość, otwartość są mniej pożądane i świadczą o słabości. Długo powtarzane kłamstwo staje się prawdą - kobiecie i mężczyźnie kultura przypisuje konkretne cechy charakteru, a nawet temperamentu, i często się to pokry­wa z rzeczywistością! Sufluje się nam wyraźny podział na dwie płcie, który rzekomo wynika z natury. Coraz częściej okazuje się, że nie jest związany z biologią, lecz z kulturą. Dlatego mówimy o płci społeczno­-kulturowej, czyli gender. To ona odpowiada za większość cech, które określamy mianem kobiecych lub męskich. Panie - deli­katne i ugodowe. Panowie - odważni i pewni siebie.

Tu chciałabym podkreślić, że w książce operuję słowami "kobieta" i "mężczyzna" w uproszczony sposób. Płeć jest zniuansowaną kwestią i zawsze tak było. Mój tekst dotyczy cycków i ich funkcji karmiącej, którą wykorzystują głównie kobiety, ale też transmężczyźni i osoby niebinarne. Kwestię queerowości w kontekście karmienia także poruszę. Wreszcie chciałabym podkreślić: piersi albo ich brak nie definiują kobiecości lub męskości, tak samo jak macierzyństwa nie definiuje karmienie lub niekarmienie dziecka własną piersią.

Nie wiem, jak wy, ale ja mam dość wciskania wszędzie tej patriarchalnej ideologii... W Polsce od kilkunastu lat, szczególnie od 2016 roku i czarnych protestów przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego, rośnie zainteresowanie feminizmem. Udział w tym mają także popowe piosenkarki, które odczarowują do tej pory brzydkie słowo "feminizm" i z bycia feministką robią synonim bycia cool. Mimo że coraz więcej dziewczyn i kobiet identyfikuje się z feminizmem, wiele z nich nadal widzi zagrożenie w utożsamianiu go z ruchem politycznym, którym przecież jest. Feminizm to walka z seksistowską opresją, więc - jak to podkreśla bell hooks, przedstawicielka i teoretyczka feminizmu - "musi działać na rzecz zniesienia ideologii dominacji, która przenika kulturę zachodnią na wielu poziomach"9. Musimy się nauczyć, że życie ludzkie jest ważniejsze niż imperializm, ekspansja ekonomiczna czy zaspokajanie - w późnym kapitalizmie niemożliwych do zaspokojenia - potrzeb materialnych10.

Nawet badaczki feministycznej historii sztuki i te, które się zajmują artystkami, często odżegnują się w swoich tekstach i wypowiedziach od tematów politycznych, mimo że to właśnie polityka przyczynia się do nierówności między kobietami a mężczyznami.

Matriarchat - rządy (dla) matek

Patriarchat to rządy ojca. Mężczyźni przez wieki - choć nie od zawsze! - pełnili w rodzinach w dużej mierze funkcję głównodowodzących. Wokół nich organizowało się życie. Podoba mi się pogląd, że matriarchat - jeśli w jakiejś formie istniał lub będzie istnieć - w centrum umieszcza matki i dzieci. Bezpieczeństwo kobiet, matek, dzieci i całej społeczności czyni najwyższą wartością i celem. Matriarchat w moim mniemaniu (wiele osób podziela tę opinię) nie jest prze­ciwieństwem patriarchatu - nie zakłada powielenia modelu męskich rządów, tyle że w innej konfiguracji. Zakłada natomiast odrzucenie indywidualizmu, hierarchii i dominacji. W matriarchalnym świecie nie ma miejsca na wojny, głód i gwałty, bo ludzie stoją w nim ponad żądzą władzy i pieniędzy. Matriarchalne społeczeństwo radykalnie odrzuca przemoc jako narzędzie kontroli i sposób rozwiązywania konfliktów. Kiedy mówię o matkach, nie mam na myśli "tylko" matek w literalnym rozumieniu - matką jest ten, kto tworzy, dba, matkuje. Sprawowanie funkcji opiekuńczych, otaczanie miłością istnieje tak naprawdę ponad wszelkimi podziałami związanymi z płcią, wiekiem, klasą społeczną i rasą.

Kultura patriarchalna i wielkie religie odebrały kobietom możliwość czerpania mocy z kreowania życia, wymazując archetypalną figurę Matki. Wszelkie religie, które jako siłę stwórczą umieściły nie Boginię Matkę, lecz Boga Ojca, zaprzeczają prawom natury. Stwórca, zamiast urodzić pierwszego człowieka, ulepił go z gliny, a drugiego (kobietę) stworzył z żebra - i to w dodatku nie z własnego. Takie rozwiązanie zdegradowało kobiety nie tylko w wymiarze symbolicznym, ale również w realnym życiu. Odwrócenie biologicznego faktu i nadanie mężczyźnie mocy sprowadzania na świat życia sprawiło, że to, co prawdziwe, a jednocześnie święte i mistyczne, czyli zdolność kształtowania we własnym brzuchu nowej istoty ludzkiej z zaledwie dwóch komórek, zostało sprowadzone do kobiecego obowiązku. Mimo że nadal to one rodziły i rodzą dzieci, pozbawiono je boskości, a nawet dostępu do niej. Popatrzcie, w jak wielu religiach kobiety nie mogą zajmować wysokich stanowisk w duchowieństwie. To wynikający z seksizmu kompletny absurd niemający żadnych sensownych podstaw. Zdegradowanie, na szczęście, nie do końca się udało - większość kultur i tak sobie potem Matkę odnalazła, jak chrześcijanie Maryję.

Archetyp Matki stanowi uniwersalny wzorzec i obraz zapisany w nieświadomości wszystkich ludzi. To, w jaki sposób kultura portretuje matki i w ogóle kobiety, doskonale pokazuje, z jakim problemem się teraz kolektywnie zmagamy. Kultura Zachodu matkę, a więc matkowanie, niemal wyparła, a potem wyidealizowała. Kobietom systematycznie zabierano kontrolę nad własnymi ciałami, utrudniając, zakazując, stygmatyzując, a często wręcz kryminalizując antykoncepcję i aborcję. Pod pretekstem "obrony życia" doprowadzono do tego, że macierzyństwo stało się dla wielu kobiet samotną podróżą i karą za seks albo - co jeszcze okrutniejsze - za bycie ofiarą gwałtu. Na przekór kulturze, która matki albo idealizuje, albo nimi gardzi i nie widzi ich jako ludzi z krwi i kości, trzeba podkreślić niezbity fakt: bez matkowania nie byłoby gatunku ludzkiego. I nie chodzi tu tylko o moc tworzenia nowego życia we własnym ciele i wydania go na świat, ale również o troskę o dobrobyt innych. Gatunek ludzki przetrwał dzięki empatii i opiece. Dzięki matkowaniu.

Cyckocentryzm

Zapraszam w podróż po cyckocentrycznej historii sztuki. Zamiast fallusa naszym przewodnikiem będzie życiodajna, matkująca pierś. Pomysł ten kiełkował w mojej głowie od czasu Festiwalu Persona w Mazowieckim Instytucie Kultury, na którym mój obfity biust (byłam tuż po porodzie, więc naprawdę miałam wielkie balony) skomentowała krytyczka i historyczka literatury Kazimiera Szczuka. Powiedziała, że to właśnie cycek powinien stać w centrum świata. Mądrej to miło posłuchać.

Pierś jako część kobiecego ciała występowała w różnych kontekstach w zależności od czasów. Jest tematem macierzyńskim, erotycznym, feministycznym i queerowym. Ściśle wiąże się z ciałem i jego funkcjonowaniem, ale niesie też treści nagromadzone w naszej indywidualnej i kolektywnej psychice.

Pierś od co najmniej tysiąca lat miała szczególne miejsce w sztuce Zachodu. W obrazach i literaturze symbolizowała coś więcej niż to, czym jest w rzeczywistości. Ten kawałek ciała skupiał w sobie kulturowe lęki dotyczące figury matki i seksualności. Jego wygląd dyktowały polityka i ideologia. Jako organ służący skrajnie różnym celom - źródło pokarmu dla dziecka i obiekt pożą­dania - skłonił mnie do zadawania pytań... I okazuje się, że nie tylko mnie. "Piersi są skandalem dla patriarchatu, ponieważ zacierają granicę między macierzyństwem a seksualnością", pisała amerykańska teore­tyczka feminizmu Iris Marion Young11.

Pierś w sztuce jest nośnikiem ideologii i pozwala nam prześledzić największe zmiany w kulturze Europy. Ona będzie naszą przewodniczką. Sztuka, którą zwykle postrzegamy jako czystą, wzniosłą, mającą zbawienny wpływ na nasze życie (z czym się oczywiście poniekąd zgadzam), zagrała pierwsze skrzypce w kulturowym dyscyplinowaniu kobiecego ciała. Wnioski z niniejszej książki utwierdzają mnie w przekonaniu, że najważniejsze to patrzeć krytycznie. Obrazy, które pokażę, pomogą nam odpowiedzieć na kilka istotnych pytań. Czy zawsze cycki były sexy? Jeśli nie, to od kiedy są sexy i dlaczego? Czemu kobiece piersi stanowią tak pożądany, a zarazem tak oburzający element ludzkiej anatomii? Czemu niektórzy wymagają od kobiet zakrywania się podczas karmienia dziecka piersią, choć sami są bywalcami stron pornograficznych?

W tej opowieści skupię się na sztuce dawnej Europy Zachodniej, głównie na obszarze dzisiejszych Włoch i Francji, bo to tam najsilniej działała cyckowa i antycyckowa ideologia.

Dalsza część w wersji pełnej