Sztorm doskonały - Leffe Grimwalker & Dan Buthler

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Storm Exclusive Cars, teren przemysłowy Högdalen

"Kurwa!"

Alex Storm przy­rzekłby, że po­ka­zu­jąc mu te kilka mar­nych ty­sięcy ko­ron, konto ban­kowe śmieje mu się w twarz. Ju­tro musi wy­pła­cić pen­sje. Do­stają wy­na­gro­dze­nie co dwa ty­go­dnie, tak jak się tego do­ma­gali, gdy ich za­trud­niał. Ma ich to za­bez­pie­czyć, że w ra­zie po­wrotu do na­łogu nie wy­da­dzą od razu ca­łej mie­sięcz­nej pen­sji. Otrzy­mują wy­płatę dzie­sią­tego i dwu­dzie­stego pią­tego każ­dego mie­siąca, a ju­tro jest dzie­siąty maja.

Bie­rze szklankę z wodą i zbliża ją do ust, po czym za­uważa, że jest pu­sta. Po raz siódmy tego ranka spraw­dza skrzynkę ma­ilową, ale nikt nie jest za­in­te­re­so­wany. Ani jed­nej wia­do­mo­ści. Mimo że oferty sprze­daży sa­mo­cho­dów za­mie­ścił wszę­dzie, na­wet na stro­nach za­gra­nicz­nych.

"Psia­krew".

Ogar­nięty nie­po­ko­jem bie­rze głę­boki od­dech. Ma wra­że­nie, jakby w jego klatce pier­sio­wej trze­po­tał ja­kiś pta­szek, który w pa­nice pró­buje się stam­tąd wy­do­stać. Skrzy­dła ude­rzają mocno i szybko. Serce ło­mo­cze jak osza­lałe, ptak agre­syw­nie dzio­bie.

Męż­czy­zna za­myka oczy i sku­pia się na od­de­chu. Mocno ści­ska ołó­wek, aż ten się ła­mie. Pró­buje po­wstrzy­mać atak, szuka spo­so­bów na zdo­by­cie stu ty­sięcy w ciągu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, lecz wciąż wpada na to samo roz­wią­za­nie. Przy­rzekł jed­nak Jes­sice, swo­jej żo­nie, że ni­gdy wię­cej tego nie zrobi.

"Sęk w tym, że je­stem do­bry w te klocki..."

W ja­kiś spo­sób musi zna­leźć roz­wią­za­nie, które nie ozna­cza zła­ma­nia obiet­nicy. Tak czy ina­czej musi zdo­być pie­nią­dze. Ze względu na Be­nitę i Jop­pego. To na nim spo­czywa od­po­wie­dzial­ność. Bez niego mo­gliby znowu sto­czyć się na dno, z któ­rego wcze­śniej ich wy­cią­gnął. To jego pra­cow­nicy i mu ufają. Mają ra­chunki do za­pła­ce­nia i je­śli Alex nie znaj­dzie roz­wią­za­nia, mogą znowu upaść. Przy­ja­ciół się nie za­wo­dzi.

Be­nita na pewno da­łaby so­bie radę, ale Joppe jest słab­szy psy­chicz­nie. Po­trze­buje pracy, by nie za­wład­nął nim we­wnętrzny mrok. Alex do­brze wie, jak szybko mrok może prze­jąć kon­trolę nad czło­wie­kiem.

Poza tym... je­śli nie bę­dzie mógł wy­pła­cić so­bie pen­sji, sy­tu­acja w domu rów­nież sta­nie się kiep­ska. Jes­sica jest w za­awan­so­wa­nej ciąży, a bu­dżet do­mowy już nad­wy­rę­żony.

Alex dzwoni do klien­tów. Od­rzu­cają oferty, je­den po dru­gim. Nikt nie jest za­in­te­re­so­wany żad­nym z jego eks­klu­zyw­nych aut, każdy chce cze­goś in­nego, sa­mo­cho­dów, któ­rych na­wet nie można do­stać w Szwe­cji. Albo ofe­rują zde­cy­do­wa­nie za mało pie­nię­dzy. Alex prze­klina się za to, że nie sta­rał się bar­dziej, że nie po­dej­mo­wał bar­dziej agre­syw­nych dzia­łań. Za­miast tego znów w ostat­niej chwili pró­buje ra­to­wać firmę, sie­bie i pra­cow­ni­ków.

Po prze­ana­li­zo­wa­niu wszyst­kich moż­li­wo­ści wzdy­cha, a jego ciało staje się nie­sły­cha­nie cięż­kie. Mały pta­szek jest co­raz bar­dziej oży­wiony i do­maga się uwagi. Alex pró­buje my­śleć o czymś in­nym, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc pa­pie­ro­wej torby, która po­mo­głaby mu od­dy­chać.

Za­sta­na­wia się, czy nie po­wi­nien po­rząd­nie ob­ni­żyć cen sa­mo­cho­dów, tylko po to, by uzbie­rać pie­nią­dze na prze­trwa­nie tego mie­siąca. Ale wtedy cały biz­nes upad­nie jesz­cze szyb­ciej, aż w końcu Alex do­sta­nie po du­pie i bę­dzie zmu­szony ogło­sić ban­kruc­two.

Nie wi­dzi in­nego roz­wią­za­nia, musi po­sta­wić wszystko na jedną kartę. Musi zro­bić to, czego obie­cał już ni­gdy nie ro­bić.

Rozdział 3

F?rdala, Tyresö

- Cho­lerny brzuch - wzdy­cha Jes­sica i prze­kręca się po­now­nie na drugą stronę.

Za­wsze spała na brzu­chu, z rę­kami po bo­kach i dłońmi ob­ró­co­nymi wnę­trzem do góry. Ale te­raz, gdy jest wiel­ko­ści piłki le­kar­skiej, a w środku za­bawa w berka trwa w naj­lep­sze, to ra­czej nie­moż­liwe. I to przez całą noc.

Wstaje i pa­trzy przez okno. Jest dzie­siąta, chłodny ma­jowy wie­czór. Miesz­kają w domu jed­no­ro­dzin­nym na Fl?hac­ke­bac­ken w Ty­resö. Jes­sica trak­tuje go jako przy­sta­nek na dro­dze do ko­lej­nego lo­kum. Chcia­łaby się prze­pro­wa­dzić bli­żej ro­dzi­ców w Bre­vik i za­miesz­kać w ład­niej­szym domu, w oko­licy, w któ­rej się wy­cho­wała. Dziel­nica do­mów jed­no­ro­dzin­nych, gdzie te­raz miesz­kają, ni­czym się nie wy­róż­nia. Mniej­sze i star­sze par­te­rowe mu­ro­wane domy. Co week­end śmier­dzi tu roz­pałką do grilla i wszę­dzie wi­dać ty­po­wych Svens­so­nów.

Jes­sica skręca się z bólu od kop­nię­cia w brzu­chu. Wy­piła her­batę ru­mian­kową, kła­dła na brzu­chu chry­zo­kolę i śpie­wała ko­ły­sanki, gła­dząc na­piętą skórę. To wszystko wina tej fo­liary Sus­sie. Ale co ma zro­bić cię­żarna ko­bieta, gdy nic in­nego nie po­maga? Jes­sica jest co­raz bar­dziej zde­spe­ro­wana i my­śli o tym, żeby przy­nieść z kuchni nóż ku­chenny i otwo­rzyć nim so­bie brzuch. Wszystko wy­daje się lep­sze od tego, co te­raz prze­cho­dzi. Ile można znieść?

Miała do­bre dzie­ciń­stwo w domu rzą­dzo­nym przez matkę. Pra­wie za­wsze do­sta­wała naj­wyż­sze oceny, im­pre­zo­wała z umia­rem i ni­gdy nie ze­szła na złą drogę. Ma wielu przy­ja­ciół, ale tylko jedną naj­lep­szą przy­ja­ciółkę, która coś dla niej zna­czy. Sus­sie. Bun­tow­niczka, za­wsze cho­dząca wła­snymi dro­gami, skrajne prze­ci­wień­stwo Jes­siki. W za­dzi­wia­jący spo­sób się uzu­peł­niają, ni­czym yin i yang, i za­wsze się wspie­rały, mimo że wy­brały różne ścieżki ży­ciowe.

Jes­sica tę­skni za tre­nin­gami. W kar­to­nie na stry­chu scho­wane są wszyst­kie tro­fea i me­dale, które zdo­była w mło­do­ści. Wtedy całe jej ży­cie było wy­ści­giem i pod wie­loma wzglę­dami na­dal nim jest. Za­wsze ciężko pra­co­wała i za­wsze wie­działa, czego chce. Ni­gdy nie ule­gała ni­czemu ani ni­komu, do­póki w jej ży­ciu nie po­ja­wił się Alex. Oni też są jak yin i yang. Męż­czy­zna jesz­cze nie wró­cił do domu i Jes­sica się za­sta­na­wia, czy jest w klu­bie po­ke­ro­wym, czy w fir­mie. Ostat­nio był cich­szy niż zwy­kle. Ow­szem, uśmie­cha się do niej, mówi miłe rze­czy, które po­pra­wiają jej na­strój, ale do­brze go zna i ani tro­chę mu nie wie­rzy, gdy cza­sem za­kłada tę ma­skę. Na­wet po­roz­kła­dał po domu kar­teczki z pięk­nymi, peł­nymi mi­ło­ści cy­ta­tami, ale mimo wszystko... Robi dla niej miłe rze­czy, wy­daje się jed­nak nie­obecny. Alex to Alex i w pew­nym sen­sie sama jest so­bie winna. Za­ko­chała się prze­cież wła­śnie w jego mrocz­nym wnę­trzu. Z pew­no­ścią mógłby być nie­bez­pieczny, je­śli tylko by ze­chciał, ale jej tego nie po­ka­zuje. Drę­czą go de­mony prze­szło­ści. Jes­sica zdaje so­bie sprawę, że nie miał w ży­ciu lekko. Ale te­raz po­wi­nien być przy niej. Od kiedy jest w ciąży, nie­na­wi­dzi zo­sta­wać sama.

Wstaje i idzie do kuchni. Trąca jabłka ku­pione przez Aleksa, oczy­wi­ście nie te, które ona lubi. I to dwa kilo, tak na wszelki wy­pa­dek. Nie spro­stał za­da­niu, mimo że dała mu kartkę. Ale za to na pewno pa­mięta, ja­kie lody sam lubi naj­bar­dziej.

"Wino..."

Jes­sica pa­trzy na bu­telki, na któ­rych w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy ze­brał się kurz, i ma ochotę wy­pić je wszyst­kie. Ale w tym pie­przo­nym kraju już tak nie można, o nie. Ma być bez­al­ko­ho­lowo i cho­ler­nie nudno. Za­słu­guje na drinka i obie­cała so­bie, że za­raz po po­ro­dzie wy­je­dzie na week­end z przy­ja­ciół­kami. Nie może się do­cze­kać, aż znik­nie jej brzuch. Za­słu­guje na ode­rwa­nie się od co­dzien­no­ści i wy­pi­cie mo­rza wina z przy­ja­ciół­kami. Na to, by naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­po­mnieć o nie­mow­lę­tach, brzu­chach, bu­tel­kach do kar­mie­nia i gó­rze pie­luch, które ma przed oczami. Z dala od Aleksa, który ostat­nio wku­rzał ją bar­dziej niż zwy­kle. Naj­le­piej na cały ty­dzień, bez za­sięgu. Ale naj­waż­niej­sze jest wino. I ser z nie­pa­ste­ry­zo­wa­nego mleka. I szynka par­meń­ska. I wino.

W ko­mórce sły­chać dźwięk przy­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści i kiedy ją od­czy­tuje, zbiera jej się na płacz.

Rozdział 4

Teren dzielnicy przemysłowej Hammarby, Sztokholm

Alex Storm sie­dzi z dwiema piąt­kami w ręku i wie, że praw­do­po­dob­nie wy­gra to roz­da­nie.

Znaj­duje się w dość za­pusz­czo­nym bu­dynku prze­my­sło­wym, a ka­syno mie­ści się w czę­ści biu­ro­wej po nie­udol­nej pró­bie od­re­mon­to­wa­nia, dla­tego nie­zbyt da się tu po­czuć at­mos­ferę praw­dzi­wego domu ha­za­rdu. Rów­nie do­brze można by grać w czy­imś ga­rażu. Za biur­kiem, które jest kasą, gdzie wy­mie­nia się pie­nią­dze na że­tony, sie­dzi An­nika, ko­bieta bez przy­szło­ści. Stoją tu trzy wy­słu­żone stoły do po­kera z na­dru­kami ka­syna Cherry i nikt nie przej­muje się smęt­nie ubru­dzo­nymi ob­ru­sami. Wil­gotne pier­ście­nie od szkla­nek, ślady przy­pa­leń od pa­pie­ro­sów i gdzie­nie­gdzie ja­kieś inne plamy, le­piej nie wie­dzieć od czego. Pach­nie tu stę­chli­zną, a ściany zdo­bią tan­detne pla­katy z gwiaz­dami po­kera. To z pew­no­ścią nie miej­sce na randkę.

Piątki, które ma w ręce, i ta jedna na stole two­rzą ra­zem trójkę, a w tym to­wa­rzy­stwie to twarda wa­luta. Ośmiu męż­czyzn w róż­nym wieku gra w No Li­mit Te­xas Hold'em i pa­nuje mię­dzy nimi miła at­mos­fera, mimo że po­sta­wili na szali swoje pie­nią­dze i au­to­ry­tet. Choć tak na­prawdę więk­szość z nich wie­dzie nudne, sa­motne ży­cie i pra­gnie to­wa­rzy­stwa.

Se­ba­stian, je­den z tych, któ­rzy stale tracą na gra­niu pie­nią­dze, ale my­ślą, że to przez pe­cha, rzuca dwie karty i pa­suje, gdy przy­cho­dzi jego ko­lej, a po­tem jak zwy­kle na­wija da­lej. Coś o tym, że chciałby prze­le­cieć la­ski, z któ­rymi ni­gdy nie od­wa­żyłby się po­roz­ma­wiać w praw­dzi­wym ży­ciu. I że gwałt może być do­brą rze­czą, że prze­cież wszyst­kie dziew­czyny to kręci.

Se­ba­stian to typ, któ­rego masz ochotę po­bić, aż bę­dzie wy­glą­dał jak po wy­padku dro­go­wym, ale zda­jesz so­bie sprawę, że ktoś inny cię ubiegł...

Po dru­giej stro­nie stołu sie­dzi Ali, czło­wiek, który miał pe­cha przy roz­da­wa­niu DNA. Od­sta­jące uszy, bli­sko osa­dzone oczy. Cza­sem wy­grywa, cza­sem prze­grywa. Alex po­dej­rzewa, że ka­syno to je­dyne miej­sce, gdzie rze­czy­wi­ście jest mile wi­dziany, i że nie ro­zu­mie, że cho­dzi je­dy­nie o jego pie­nią­dze. Że nikt z sie­dzą­cych przy stole nie po­szedłby z nim na piwo.

Alex lubi nie­któ­rych gra­ją­cych tu lu­dzi, choć więk­szość z nich ma swoje dzi­wac­twa.

Ali za­czyna ro­bić so­bie jaja z męż­czy­zny, który jest tu po raz pierw­szy. Mówi szwedz­kim z przed­mie­ścia i udaje zbira. Fa­cet, z któ­rym za­dziera, wy­gląda na prze­ra­żo­nego, naj­wy­raź­niej ta­kie kluby jak ten to dla niego no­wość.

- Da­ruj so­bie, Ali - mówi Storm, a Ali wy­dyma usta jak na­dą­sany pię­cio­la­tek.

- Ni­gdy nie po­zwa­lasz mi się za­ba­wić. - Pod­nosi wzrok i spo­gląda na no­wego go­ścia. - Czy jed­nak mogę?

- Nie przej­muj się Alim. On tylko tak wy­gląda. W rze­czy­wi­sto­ści jest fo­to­gra­fem i robi zdję­cia, głów­nie wa­rzy­wom i po­tra­wom. A może wzbi­łeś się na wyż­szy po­ziom i fo­to­gra­fu­jesz też lu­dzi?

- Co jest, kurwa?! Bo spie­przysz mi re­pu­ta­cję, ziom. Tak na­prawdę to ro­bię zdję­cia sa­mo­cho­dom i mam za to cho­ler­nie dużo hajsu. Mu­cho. - Ali za­ciera ręce.

- Alex - przed­sta­wia się Storm, wy­cią­ga­jąc rękę do no­wego.

- Jo­na­than, ale mó­wią na mnie Nalle.

Po­dają so­bie ręce, a wtedy Ali wy­bu­cha śmie­chem i kręci głową.

Dziś po raz pierw­szy do klubu za­wi­tał jego wła­ści­ciel. Choć Alex by­wał tu wie­lo­krot­nie, ni­gdy wcze­śniej go nie spo­tkał. Męż­czy­zna ma na imię Oleg. Co cie­kawe, stawka w grze ni­gdy nie była tak wy­soka jak dziś. Storm za­sta­na­wia się przez chwilę, czy ma to zwią­zek z po­ja­wie­niem się Olega, czy ra­czej cho­dzi o to, że ten nowy ko­leś, fa­cet po trzy­dzie­stce, gra tak agre­syw­nie.

Spo­gląda na ka­la­fio­ro­wate uszy Olega, nie­pod­wa­żalny do­wód, że dużą część jego ży­cia sta­no­wiły sztuki walki. Chrząstki zo­stały tak znie­kształ­cone, że fak­tycz­nie przy­po­mi­nają wy­glą­dem ka­la­fiora. Ty­powy uraz za­pa­śnika. Alex do­my­śla się, że Oleg tre­no­wał sambo, ro­syj­ską sztukę walki.

Za­zwy­czaj Alex nie lubi grać na tak duże sumy, ale dzi­siaj są tu ama­to­rzy - jego dwie ulu­bione rybki - i po nieco po­nad trzech go­dzi­nach jest około trzy­dzie­stu ty­sięcy na plu­sie. Na po­kry­cie pen­sji po­trze­buje co naj­mniej dzie­więć­dzie­się­ciu.

Po­dej­rzewa, że nie jest tak bo­gaty jak po­zo­stali gra­cze - albo przy­naj­mniej jak udają, że są - i dla­tego czuje się szcze­gól­nie pod­eks­cy­to­wany. Ma wię­cej do stra­ce­nia, ale jak to w ży­ciu bywa, rów­nież wię­cej do zy­ska­nia.

Za­schło mu w ustach, więc bie­rze łyk wody Ram­lösa. Nie­któ­rzy gra­cze piją al­ko­hol, ale on ni­gdy za tym nie prze­pa­dał. Boi się, że się upije i straci nad sobą kon­trolę, a poza tym zwy­kle po pi­ciu przez ty­dzień mę­czy go kac.

Przy­cho­dzą tu cał­kiem zwy­czajni lu­dzie, któ­rzy w ten czy inny spo­sób za­ra­biają zu­peł­nie nie­złe pie­nią­dze, ale nie chcą się z nimi ob­no­sić. To nie­le­galny klub, a więc i brudna forsa na stole. To główny po­wód, dla któ­rego nie sie­dzą w Ca­sino Co­smo­pol. Ta­kich go­ści by­naj­mniej nie po­ciąga pań­stwowe ka­syno z we­ry­fi­ka­cją toż­sa­mo­ści, ka­me­rami i cią­głym ry­zy­kiem kon­taktu z po­li­cją. Wcze­śniej w ciągu dnia Alek­sowi udało się sprze­dać pon­tiaca fi­re­birda, za któ­rego do­stał cał­kiem nie­złe pie­nią­dze. Trzy­dzie­ści ty­sięcy zy­sku, for­mal­nie rzecz bio­rąc to pie­nią­dze firmy, ale te­raz za­równo one, jak i wy­grana dzi­siej­szego wie­czoru zna­la­zły się na stole. Gdyby Jes­sica się o tym do­wie­działa, Storm przez rok mu­siałby spać na ka­na­pie. Co naj­mniej rok. Jest jed­nak dość wy­godna, więc nie by­łoby naj­go­rzej.

Pit­bull kła­dzie głowę na ko­la­nach Aleksa i do­maga się piesz­czot, a Alex z przy­jem­no­ścią to robi. Gdyby mógł de­cy­do­wać, mie­liby z Jes­sicą wła­śnie ta­kiego psa za­miast tej jej Mi­mozy. Za każ­dym ra­zem, gdy za­biera rękę, pit­bull go trąca, by gła­skał go da­lej. Nie wie na­wet, czyj to pies, ale wy­daje mu się, że mieszka w klu­bie ha­zar­do­wym, bo za­wsze tu jest. My­śli, żeby za­brać go ze sobą do domu. To mo­głoby być cie­kawe.

Więk­szość osób przy stole to ro­do­wici Szwe­dzi, z wy­jąt­kiem Alego, Olega i Aleksa. Jak zwy­kle czuje się wy­ob­co­wany. Bę­dąc pół-Szwe­dem, pół-Chiń­czy­kiem, ni­g­dzie nie za­pu­ścił ko­rzeni na tyle głę­boko, by gdzie­kol­wiek czuć się jak u sie­bie. Za­wsze żył w po­czu­ciu, że inni lu­dzie nie mają wąt­pli­wo­ści co do swo­jego po­cho­dze­nia. Że pa­sują do miej­sca, w któ­rym się znaj­dują, i do tego, co ro­bią. I że on ni­gdy tak nie miał. Do­póki nie po­znał Jes­siki. To ona jest dla niego opar­ciem w mo­men­tach za­ła­ma­nia. Nie­stety nie po­maga mu to w zna­le­zie­niu wła­snej toż­sa­mo­ści. Trudno mu to wy­ja­śnić. Może dla­tego do­brze się czuje w to­wa­rzy­stwie in­nych za­gu­bio­nych dusz, mię­dzy in­nymi wśród tych, któ­rzy grają w nie­le­gal­nych klu­bach. Daje mu to po­czu­cie, że jest tro­chę lep­szy od nich.

Alex od­dy­cha spo­koj­nie, by nie po­ka­zać, że się de­ner­wuje. Gdyby nie cho­dziło o pen­sje i gdyby miał dużo pie­nię­dzy, to by się aż tak nie stre­so­wał. Wszystko za­leży od ostat­niej karty, ri­ver, którą kru­pier za­raz od­wróci na po­kry­tym zie­lo­nym fil­cem stole. W puli jest nieco po­nad sto ty­sięcy. Oleg od pierw­szego roz­da­nia ob­sta­wiał wy­soko, za­pewne, by po­zbyć się jak naj­szyb­ciej ry­wali, ale taka tak­tyka działa rzadko, gdy gra się z tak kiep­skimi prze­ciw­ni­kami. Alex za­ry­zy­ko­wał i zo­ba­czył flopa, po­nie­waż ma naj­lep­sze karty w tym roz­da­niu i dzięki temu, za­nim za­de­cy­duje o tym, co zrobi, wie, jak wszy­scy za­grali.

Choć Storm nie zna Ro­sja­nina, wy­star­czy mu to, co wi­dział, by mieć pew­ność, że ten blond ol­brzym ze zło­tym zę­bem, w wor­ko­wa­tych dre­sach i spra­nej sza­rej ko­szulce z na­dru­kiem "Slayer", ma w ręce dwa asy lub króle. Zo­stało ich trzech w grze o naj­więk­szą stawkę. Alex się de­ner­wuje, ale nie może te­raz zdjąć ma­ski, którą przy­wdział. Musi na­dal uda­wać, że się nie przej­muje. W po­ke­rze bar­dziej cho­dzi o lu­dzi niż o karty. O umie­jęt­ność czy­ta­nia prze­ciw­ni­ków i do­strze­ga­nia ich stra­te­gii. Każde roz­da­nie to po czę­ści kwe­stia szczę­ścia, ale osta­tecz­nie za­wsze wy­grywa bar­dziej do­świad­czony gracz. Co oczy­wi­ście pa­suje Alek­sowi, bo kto by chciał, żeby o grze de­cy­do­wał przy­pa­dek?

Trzeci z gra­czy, Sonny, uczu­lony na my­śle­nie, naj­młod­szy przy stole, może już - albo do­piero, za­leży, jak na to spoj­rzeć - dwu­dzie­sto­pię­cio­letni, wyj­muje por­cję snusa na wieczko pu­dełka i po raz ósmy spo­gląda na swoje karty. Znak, że ma słabą rękę. Naj­praw­do­po­dob­niej prze­szar­żo­wał z pa­roma da­mami lub wa­le­tami, a po­nie­waż karty na stole mu nie po­mo­gły, po­wi­nien zdać so­bie sprawę, że prze­gra.

Alex po­trafi czy­tać lu­dzi, a ra­czej od­czy­ty­wać ich sła­bo­ści. Chyba dla­tego tak do­brze mu wy­cho­dzi utrzy­my­wa­nie się z kupna i sprze­daży sa­mo­cho­dów. Ta umie­jęt­ność to także nie­oce­niony atut przy grze w po­kera i jest cał­kiem pe­wien, że męż­czy­zna spa­suje. Wy­star­czyło jedno wy­mowne spoj­rze­nie Sonny'ego i oka­zuje się, że ma ra­cję.

- Shit, pa­mię­tam, jak po­sta­wi­łem na...

- Bła­gam cię - wzdy­cha znu­żony Alex.

- Mam prze­stać mó­wić czy co? To chyba wolny kraj, no nie?

Se­ba­stian szybko rzuca okiem na Olega, który kręci głową.

- Nie, nie - od­po­wiada Alex. - Śmiało, mów da­lej, prę­dzej czy póź­niej na pewno wyj­dzie z two­ich ust coś in­te­li­gent­nego.

Po­zo­stali się śmieją i na­pięta at­mos­fera tro­chę się roz­luź­nia.

- Czy wła­śnie po­wie­dzia­łeś, że je­stem głupi?

Se­ba­stian, z gru­bym zło­tym łań­cu­chem na szyi, uważa się za pod­miej­skiego gang­stera i na­pina mię­śnie.

- Nie je­steś głupi - mówi Alex i się uśmie­cha - tylko my­śle­nie przy­nosi ci pe­cha.

Po­zo­stali znów się śmieją, a Storm bawi się zie­lo­nym że­to­nem. W za­sa­dzie chciałby, żeby Se­ba­stian mu przy­wa­lił, ma jed­nak na­dzieję, że tego nie zrobi. Nie tu­taj i nie te­raz. Alex obie­cał sio­strze, że ni­gdy wię­cej nie bę­dzie się bił, a poza tym ma mocne karty w ręku. Ale nie mógł się po­wstrzy­mać - ma pro­blem z ta­kimi ludźmi jak Se­ba­stian, któ­rzy my­ślą, że wszystko może im ujść na su­cho. Ob­sta­wia, że znę­cał się w szkole nad in­nymi, a tacy go­ście ro­zu­mieją tylko jedno. Prze­moc. Ale upły­nęło dużo czasu i los ta­kich jak on trzeba zo­sta­wić prze­zna­cze­niu.

Se­ba­stian pod­nosi się tak ener­gicz­nie, że krze­sło z gło­śnym szur­nię­ciem leci do tyłu. Za­ci­ska dło­nie w pię­ści, ale po­wstrzy­muje go chrząk­nię­cie Olega. Pod­nosi krze­sło i siada, wpa­tru­jąc się w stół.

Aleksa ści­ska w gar­dle, ale nie zrzuca ma­ski. Jak za­wsze chce po­ka­zać po so­bie jak naj­mniej. Se­ba­stia­nowi, ale przede wszyst­kim w grze. Pra­wie na pewno ma w tej chwili naj­sil­niej­sze karty, ale wciąż po­zo­staje jedna. Cał­kiem moż­liwe, że Oleg ma strita, na stole jest dwójka, czwórka, ta wspa­niała piątka i ósemka. To tak zwana tę­cza, czyli każda karta na stole jest w in­nym ko­lo­rze. Ro­sja­nin może go po­ko­nać tylko asem i trójką, co wy­daje się mało praw­do­po­do­bne. Albo parą óse­mek, ale to pra­wie wy­klu­czone. Je­śli więc ri­ver nie jest asem, kró­lem lub trójką, Alex za­bie­rze do domu pulę o war­to­ści po­łowy rocz­nej pen­sji.

Czuje dreszcz na ple­cach, a na skroni po­ja­wia mu się kro­pla potu.

- Co masz? - pyta Oleg z nie­wy­raź­nym uśmie­chem, jed­no­cze­śnie po­brzę­ku­jąc nie­wiel­kim sto­sem czer­wo­nych że­to­nów o naj­wyż­szym no­mi­nale; każdy z nich jest wart pięć ty­sięcy.

To ko­lej Aleksa, a ol­brzy­mowi zo­stało około czter­dzie­stu ty­sięcy ko­ron.

- Po to tu je­ste­śmy, żeby się do­wie­dzieć - od­po­wiada. - Ale to kosz­tuje.

Czuje się nie­zbyt kom­for­towo, za­dzie­ra­jąc z kimś, kto po­do­bno na­leży do ma­fii, ale to po­ker i obo­wią­zują tu inne za­sady. To nie­moż­liwe, że źle zin­ter­pre­to­wał sy­tu­ację lub żeby dał się za­stra­szyć i miał się te­raz wy­co­fać. Wszystko od tego za­leży.

- Je­stem pe­wien, że ble­fu­jesz, prze­cież lim­po­wa­łeś...

- Skoro je­steś tego pe­wien, to chyba po­zo­staje tylko jedno... - od­zywa się Alex z szy­der­czym uśmie­chem.

Dud­nie­nie w gło­wie staje się co­raz bar­dziej upo­rczywe. "Od­dał­bym wszystko za ta­bletkę prze­ciw­bó­lową" - my­śli i wstrzy­muje od­dech. To jego szansa.

- Prawda - od­po­wiada wy­ta­tu­owany ol­brzym. - Wcho­dzę all in.

Po tych sło­wach prze­suwa wszyst­kie po­zo­stałe że­tony na śro­dek stołu i bie­rze łyk mar­nej whi­sky pi­tej w tym klu­bie. Nie­le­galny al­ko­hol z im­portu.

Alex się nie przej­muje. Za­wsze może być go­rzej, a w tej chwili cho­dzi o to, żeby za­ro­bić na pen­sje. Tylko ten je­den raz, po­tem bę­dzie mu­siał prze­stać tu przy­cho­dzić.

"Znowu..."

Wy­gląda na to, że Oleg ma głę­boko gdzieś pie­nią­dze, że chce tylko wy­grać lub ble­fo­wać, sto­su­jąc tak­tykę za­stra­sza­nia, wcho­dząc do gry all in. Je­śli prze­gra, nie bar­dzo bę­dzie wie­dział, co zro­bić. Wy­daje mu się, że wi­dzi w oczach Olega odro­binę nie­pew­no­ści.

- Spraw­dzam.

Oleg non­sza­lancko rzuca od­kryte karty na stół, a w mó­zgu Aleksa młot włą­cza ostatni, za­bój­czy bieg. Ten wa­riat za­grał jak ostatni głu­pek, asa karo i trójkę karo. Ma strita, więc już po Alek­sie. Czuje się tak, jakby ska­kał w prze­paść.

"Kurwa!"

Oleg się śmieje.

- Za­wsze bar­dzo mi przy­jem­nie, kiedy do mo­jego skrom­nego klubu przy­cho­dzą nowi go­ście. Zwłasz­cza gdy wra­cają do domu bez go­tówki.

Po­wie­dzieć, że Ro­sja­nin po­trafi wy­gry­wać, by­łoby grubą prze­sadą. Alex naj­chęt­niej by stąd uciekł i zwró­cił tę gów­nianą tor­tillę, którą zjadł na obiad w dro­dze tu­taj, ale nie da tej sa­tys­fak­cji ani Ole­gowi, ani po­zo­sta­łym. Nad­cho­dzą ko­lejne roz­da­nia, a oka­za­nie te­raz sła­bo­ści mia­łoby wpływ na dal­szą grę. Dla­tego od­wraca karty.

- Oczy­wi­ście. Trudno nie cie­szyć się to­wa­rzy­stwem tak uprzej­mego go­spo­da­rza. Nie­źle, by­łem pe­wien, że masz asy albo króle.

Kru­pier do tej pory spo­koj­nie ob­ser­wo­wał sy­tu­ację, ale te­raz mówi:

- Ri­ver...

Zroz­pa­czony nie­po­wo­dze­niem Alex pra­wie za­po­mniał, że zo­stała jesz­cze jedna karta, i gdy na stole po­ja­wia się ósemka trefl, w ułamku se­kundy się orien­tuje, że ta karta go ra­tuje.

Mówi na tyle bez­tro­skim to­nem, na ile po­zwala mu na to przy­spie­szone tętno:

- No i wła­śnie, ra­tu­nek przy­szedł przed po­dzia­łem puli.

Z nie­do­wie­rza­niem zgar­nia kupkę roz­rzu­co­nych że­to­nów i siada, by uło­żyć je w schludne stosy. Dwaj męż­czyźni przy stole pa­trzą po so­bie, prze­bą­kują, że jest późno, biorą kurtki i kie­rują się w stronę cięż­kich me­ta­lo­wych drzwi.

Oleg nie od­zy­wał się przez co naj­mniej pół mi­nuty, ale te­raz okrąża stół i kła­dzie gi­gan­tyczną dłoń na ra­mio­nach Aleksa. Ten niedź­wiedź musi wa­żyć czter­dzie­ści ki­lo­gra­mów wię­cej niż on.

- Cho­lera, co za ręka.

Oleg na­ci­ska moc­niej, niż po­wi­nien, ale po jego oczach nic nie wi­dać, więc uśmiech może być szczery.

- Po to się gra, ina­czej czło­wiek nie czuje, że żyje. No, chyba że ob­ciąga ci para ład­nych bliź­nia­czek, ale to nie zda­rza się zbyt czę­sto. Trudno to prze­bić. Ro­bię so­bie prze­rwę, po­trze­buję pa­pie­rosa.

Alex wo­lałby spie­nię­żyć że­tony i wró­cić do domu, ale nie by­łoby to do­brze wi­dziane, więc zo­staje jesz­cze pra­wie dwie go­dziny. Gdy na­pię­cie mija, wie­czór mu się dłuży i przez resztę czasu gra bar­dzo ostroż­nie. Za to sie­dząc w tak­sówce w dro­dze do Ty­resö, czuje, że od­zy­skał ener­gię do ży­cia.

Rozdział 5

Lidingö, Sztokholm

Alex Storm ma dwa­na­ście lat i jest wku­rzony. Za­mie­rza zro­bić coś, co jest jed­no­cze­śnie wredne i do­bre, i ma na to naj­lep­szy plan na świe­cie. Mi­kael, je­den z naj­gor­szych dzie­cia­ków w szkole, ten z dzie­wią­tej klasy, któ­rego nie da się po­bić, bo jest zbyt duży, nie prze­staje się nad nim znę­cać. Nie jest agre­sywny, ale gdy nikt nie pa­trzy, rzuca ob­raź­liwe po­mó­wie­nia i do­ku­cza mu zło­śli­wymi do­cin­kami. Nie­mal za­wsze wiąże się to z fak­tem, że Alex nie ma ojca.

Chło­pak idzie pięć me­trów za oj­cem Mi­ka­ela. Męż­czy­zna ma na so­bie długi ja­sny płaszcz i brzydką czarną czapkę z pom­po­nem. Tro­chę ku­leje, ale jest cał­kiem do­brze zbu­do­wany.

Alex przy­go­to­wał się sta­ran­nie, po­znał plan dnia ojca Mi­ka­ela i za­mie­rza wy­świad­czyć jego sy­nowi przy­sługę. Ma mały czarny no­tes, który na­zywa księgą rów­no­wagi. Do­stał go od mamy na Boże Na­ro­dze­nie. Po­wie­działa mu, że za każ­dym ra­zem, gdy wy­wi­nie coś głu­piego, musi zro­bić jedną do­brą rzecz. Bo w ży­ciu trzeba za­cho­wać rów­no­wagę. Pi­sze więc w no­te­sie nie­mal co­dzien­nie. Gdy zrobi coś głu­piego, musi zro­bić coś do­brego. Można też to od­wró­cić: gdy zrobi coś do­brego, musi zro­bić coś złego. Tak so­bie wma­wia, mimo że mama nic na ten te­mat nie mó­wiła.

Oj­ciec Mi­ka­ela jest dup­kiem, więc nic dziw­nego, że Mi­kael jest taki, jaki jest. Alex wi­dział, jak oj­ciec ude­rza Mi­ka­ela, nie mocno, to było jedno lek­kie klep­nię­cie w tył głowy, ale wła­śnie ta­kie ude­rze­nia, te, które upo­ka­rzają, wy­rzą­dzają naj­więk­sze zło. Mi­kael do­stał po gło­wie, bo spu­dło­wał do pra­wie pu­stej bramki. Po­tem oj­ciec wy­gło­sił pełne po­gardy ka­za­nie o tym, jak złym pił­ka­rzem jest Mi­kael. Że po­wi­nien mieć jesz­cze jed­nego syna, który wie­działby, jak się gra w piłkę nożną, a nie taką ciotę jak on. Co za nie­do­rzecz­ność. Mi­kael jest naj­lep­szym pił­ka­rzem w ca­łym Li­dingö i praw­do­po­dob­nie w Sztok­hol­mie, wszy­scy my­ślą, że zo­sta­nie za­wo­dow­cem. Mi­kael uważa, że to żadna przy­jem­ność grać w piłkę przy ojcu - Alex wi­dział to w jego oczach.

"Dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu..."

Zrobi to wła­śnie dzi­siaj i nie­wy­klu­czone, że to, co za­mie­rza pod­rzu­cić, na­wet nie bę­dzie kłam­stwem. Wi­dział, jak na­uczy­cielka uśmie­cha się do ojca Mi­ka­ela w ten spe­cjalny spo­sób, łap­czy­wie się w niego wpa­tru­jąc. Że tro­chę za czę­sto się do­ty­kają, by można było uznać to za sto­sowne. Poza tym Alex za nią nie prze­pada, bo gdy zgła­sza się do od­po­wie­dzi, ona ni­gdy go nie wy­biera, jakby go nie lu­biła. Bo jest dziwny i pół­krwi. Wszystko, co zwią­zane z Alek­sem, wy­daje się nie­kom­pletne.

Chło­pak sie­dzi na sta­cji i czeka, aż oj­ciec Mi­ka­ela skoń­czy pracę. Do­cho­dzi dzie­siąta wie­czo­rem. Mama Aleksa jest na im­pre­zie i wróci do domu późno, więc Alex musi to zro­bić te­raz.

Pada śnieg, dla­tego lu­dzie nie zwra­cają spe­cjal­nej uwagi na dwu­na­sto­latka, który o tak póź­nej po­rze jest jesz­cze na dwo­rze. Śle­dzi ojca Mi­ka­ela, idąc wzdłuż dworca, gdzie tło­czą się sa­mo­chody, au­to­busy i lu­dzie. Ogromne płatki śniegu po­woli spa­dają Alek­sowi na ję­zyk. To chyba naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dział. Z wy­jąt­kiem Ju­lii z jego klasy.

Alex wie, że w dro­dze do domu męż­czy­zna za­trzyma się w kio­sku i jak zwy­kle kupi pa­pie­rosy, a wtedy on zrobi to, co za­mie­rza. Ćwi­czył to już kilka razy. Choć do tej pory je­dy­nie ocie­rał się o płaszcz męż­czy­zny i stam­tąd wy­cho­dził.

Zbli­żają się do kio­sku. Alex wyj­muje z kie­szeni kar­teczkę i stara się jej nie ści­skać, by nie roz­ma­zać naj­waż­niej­szej czę­ści. Zdo­był nu­mer na­uczy­cielki i od­bił na kartce swoje usta wy­ma­lo­wane szminką po­ży­czoną od mamy. Pró­bo­wał kilka razy, za­nim było ide­al­nie.

Kiedy oj­ciec Mi­ka­ela zaj­muje miej­sce w ko­lejce, chło­pak usta­wia się tuż za nim. Męż­czy­zna prze­klina po ci­chu, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek.

"Te­raz" - po­sta­na­wia w my­ślach Alex.

Wsuwa kar­teczkę do kie­szeni płasz­cza męż­czy­zny i od­cho­dzi spo­koj­nym kro­kiem. Jest pe­wien, że znaj­dzie ją matka Mi­ka­ela, bo to ona zaj­muje się do­mem, sprząta i robi pra­nie. Wie o tym, bo wie­lo­krot­nie stał przed ich do­mem i ich ob­ser­wo­wał. Ni­gdy nie wy­gląda na szczę­śliwą, z wy­jąt­kiem sy­tu­acji, gdy są z Mi­ka­elem sami. Wtedy jakby oży­wają. Aleksa tro­chę to dziwi, ale do­my­śla się, że ma to zwią­zek z oj­cem. Alex chce wy­zwo­lić ją i Mi­ka­ela. Przy­naj­mniej tak to wi­dzi.

Mama po­wie­działa, że na­leży ro­bić do­bre rze­czy, że wszech­świat na­gra­dza lu­dzi, któ­rzy są do­brzy, więc Alex czuje się jak anioł. Może kiedy Mi­kael nie bę­dzie już miał taty, on i Alex zo­staną naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi...

Wła­śnie wtedy po­sta­na­wia, że je­śli sam kie­dyś zo­sta­nie oj­cem, to bę­dzie naj­lep­szym tatą pod słoń­cem.

Rozdział 6

F?rdala, Tyresö

"Prze­pra­szam. Nie zdążę wró­cić do domu. Mu­szę znów je­chać do pracy. Wku­rza mnie to. Ale ko­cham cię po­nad wszystko".

"Ta, ja­sne". Po prze­czy­ta­niu SMS-a, któ­rego jej przy­słał, wrzuca te­le­fon do śmiet­nika w kuchni. Te­raz jest już pewna, że grał do późna w po­kera i po­je­chał z ka­syna pro­sto do firmy. My­śli, że może mieć przed nią ta­jem­nice, ale ona wie wię­cej, niż mu się wy­daje.

Jest po pół­nocy, za­czyna się ko­lejny zwy­kły czwar­tek. Nie­na­wi­dzi kłaść się do łóżka sama, mimo że tak na­prawdę nie jest sama, bio­rąc pod uwagę ży­cie, które w so­bie nosi.

Włą­cza te­le­wi­zor i Net­flixa. Ma ochotę obej­rzeć coś smut­nego, by móc się wy­pła­kać. Głów­nie dla wła­snego do­bra. Już nie ży­jesz... Brzmi obie­cu­jąco.

Obej­rze­nie wszyst­kich od­cin­ków za­jęło Jes­sice kilka go­dzin, a ten durny se­rial był za­bawny, mimo że w du­żej mie­rze do­ty­czył śmierci. I za­bi­ja­nia męż­czyzn. Po­wiew świe­żo­ści. Gdyby tak Alex był mul­ti­mi­lio­ne­rem, mo­głaby go w ja­kiś sprytny spo­sób za­bić, a po­tem zgar­nąć spa­dek i ubez­pie­cze­nie na ży­cie. Ale nie jest ta­kim szczę­ścia­rzem. Po­zwoli mu cier­pieć. Zbyt mocno go ko­cha, by nie po­zwo­lić mu cier­pieć.

Ko­bieta ma wy­rzuty su­mie­nia. To za­le­wa­jące jej ciało hor­mony po­wo­dują chaos w gło­wie. Ni­gdy nie skrzyw­dzi­łaby Aleksa. Oboje do­brze o tym wie­dzą. Ona ko­cha jego, a on ją. Pa­sują do sie­bie ide­al­nie. Naj­czę­ściej.

- Och, prze­stań­cie - mówi do swo­jego brzu­cha. - Śpij­cie już, bo ina­czej... bę­dzie szla­ban czy coś. Albo... Ech.

Wyj­muje ko­mórkę z ko­sza na śmieci i wy­syła Sus­sie SMS, że nie chce być już w ciąży. Że Sus­sie ma do niej przyjść z no­żem i ja­ki­miś pro­chami, żeby od razu mo­gły to za­ła­twić. Przy­ja­ciółka, która chyba ni­gdy nie śpi, od­po­wiada nie­mal na­tych­miast i prze­syła jej link do pio­senki Al­ways Look on the Bri­ght Side of Life. Jes­sica za­sta­na­wia się, ja­kie leki bie­rze Sus­sie. Przy­da­łoby jej się kilka opa­ko­wań wła­śnie te­raz.

Wcho­dzi na In­sta. Robi zdję­cie gi­gan­tycz­nego brzu­cha z pro­filu w lu­strze i na­tych­miast je pu­bli­kuje. Umiesz­cza ja­kiś fajny ko­men­tarz i wie, że do­sta­nie co naj­mniej kil­ka­set laj­ków. Nie­na­wi­dzi kła­mać. W za­sa­dzie chcia­łaby do­dać wście­kły post i wy­rzy­gać całą prawdę o tym, jak się czuje w ciąży. Spra­wić, by Alex po­czuł wy­rzuty su­mie­nia, gdyby oczy­wi­ście miał In­sta­grama.

Siada w ogro­dzie pod gru­bym ko­cem i czeka na wschód słońca. Ma na­dzieję, że Alex wkrótce wróci do domu. Tę­skni za nim...

Po­tem za­sy­pia.

Rozdział 7

Storm Exclusive Cars, teren przemysłowy Högdalen

Jest czwar­tek rano, dzie­siąty maja, dzień po roz­grywce w po­kera, a Alex wciąż nie zmru­żył oka. Wło­żył ko­perty z pen­sjami Be­nity i Jop­pego do po­jem­ni­ków na do­ku­menty. Na pewno się do­my­ślą, że w tym mie­siącu otrzy­mują wy­na­gro­dze­nie na czarno. Poza tym dał im wię­cej pie­nię­dzy, niż po­winni do­stać, głów­nie dla­tego, że nie wie, czy bę­dzie w sta­nie za­pła­cić im dwu­dzie­stego pią­tego.

Za­pewne nie jest to dla nich ide­alna sy­tu­acja, że w spra­wie pen­sji mu­szą po­le­gać na dys­lek­tyku z dys­kal­ku­lią, ale się udało. Po raz ko­lejny.

Alex wer­tuje mały czarny no­tes, dzięki któ­remu - w za­leż­no­ści od tego, co w nim za­pi­sze - czuje się raz le­piej, raz go­rzej. Czter­dzie­sty ósmy za­pis plu­sów i mi­nu­sów. Za­cho­wał wszyst­kie małe czarne no­tesy, w któ­rych opi­sał swoje uczynki. Leżą na pod­da­szu nad ga­ra­żem i tylko się ku­rzą, ale pew­nego dnia przej­rzy je wszyst­kie.

Otwiera no­tes i po stro­nie z mi­nu­sami wpi­suje grę w po­kera i to, że okła­mał Jes­sicę, a po stro­nie z plu­sami pen­sje i pre­mie oraz to, że wsta­wił się za Nal­lem, ale kłam­stwo prze­waża nad po­zy­ty­wami. To nie był do­bry dzień, musi wziąć się w garść.

Gdy roz­lega się de­li­katne pu­ka­nie do drzwi, pod­nosi zmę­czony wzrok i spo­gląda w ciem­no­brą­zowe oczy, które wy­dają się smutne, jakby wi­działy w ży­ciu za dużo. Na­leżą do Be­nity An­ders­son, głów­nej księ­go­wej w jego fir­mie sa­mo­cho­do­wej. Ma czter­dzie­ści pięć lat, ale wy­gląda na dzie­sięć wię­cej. Jest byłą he­ro­in­istką, a Alex to je­dyna osoba, która od­wa­żyła się ją za­trud­nić. Z po­czątku li­czył głów­nie na to, że za nie­wiel­kie pie­nią­dze po­może mu pro­wa­dzić księ­go­wość i ogar­niać po­datki oraz inne płat­no­ści, z któ­rymi we­dług wiecz­nie wy­głod­nia­łych sę­pów z rządu za­lega. Szybko jed­nak się oka­zało, że była to jedna z naj­lep­szych de­cy­zji, ja­kie pod­jął. Be­nita to jego opoka. Nie tylko utrzy­muje po­rzą­dek, żeby wszystko dzia­łało, jak na­leży, ale jest także pro­my­kiem słońca w fir­mie. Co samo w so­bie nie jest aż ta­kie trudne, bio­rąc pod uwagę, że pra­cują tam tylko trzy osoby. Ale bez niej czułby się kom­plet­nie za­gu­biony. Po­dob­nie jest w przy­padku Jop­pego, by­łego pi­jaka, ale ma­gika od sil­ni­ków. Alex dał mu szansę, a Joppe ją wy­ko­rzy­stał i ani razu nie spie­przył. Cza­sami szansa dana po raz ty­sięczny oka­zuje się wła­śnie tą, któ­rej się po­trze­buje.

- Słu­chaj, Alex... Nie chcę cię mar­twić, ale... - Z jej po­bruż­dżo­nej twa­rzy bije nie­po­kój.

- No wła­śnie wi­dzę - rzuca Storm na jed­nym wy­de­chu. Czuje, jak tętno przy­spie­sza ze stresu.

- Czy masz fir­mową kasę na ja­kimś in­nym taj­nym kon­cie?

- Ile po­trzeba?

- W przy­szłym ty­go­dniu trzeba za­pła­cić fak­tury na trzy­dzie­ści osiem tysi. A poza tym spójrz, co wła­śnie przy­szło.

Bie­rze od niej kartkę i gdy wi­dzi logo Urzędu Skar­bo­wego, tłumi dzie­cięce pra­gnie­nie, by ją spa­lić. Gdyby ma­fia była tak do­bra w wy­cią­ga­niu pie­nię­dzy od lu­dzi, już dawno kon­tro­lo­wa­łaby cały glob.

- Nie za­mie­rzasz prze­czy­tać?

Be­nita bębni o drzwi dłu­gimi, akry­lo­wymi pa­znok­ciami. Ma siwe, dość rzad­kie włosy i gdy­byś zo­ba­czył ją na ulicy, wziął­byś ją za ćpunkę i trzy­mał swoje rze­czy przy so­bie.

- Nie mo­żesz po pro­stu mi po­wie­dzieć, czego chcą?

Alex opiera czoło o ja­sny drew­niany blat i nie zważa na wi­bru­jący te­le­fon. Parę razy lekko ude­rza głową w biurko z Ikei i czuje, jak tętno mu przy­spie­sza. Nie­na­wi­dzi pism, or­ga­nów wła­dzy, ad­mi­ni­stra­cji i wszyst­kiego, co się z tym wiąże. Dys­lek­sja utrud­nia mu czy­ta­nie zwy­kłych do­ku­men­tów, ale gdy tylko pa­trzy na pi­smo z Urzędu Skar­bo­wego, li­tery za­czy­nają tań­czyć rave'a.

- Mi­lion dwie­ście. Tyle chcą w ciągu dwu­dzie­stu ośmiu dni.

Alex czuje się tak, jakby na­cie­rały na niego dwa byki i je­den ude­rzał go w klatkę pier­siową, a drugi pró­bo­wał stra­to­wać.

- Ja pier­dolę. Mo­żesz po­wtó­rzyć?

- Sły­sza­łeś mnie, mój drogi.

- Chyba się prze­sły­sza­łem.

- Mi­lion dwie­ście ty­sięcy ko­ron. Te­raz usły­sza­łeś?

- Czy wolno im to zro­bić?

- Urząd Skar­bowy może ro­bić, co tylko ze­chce. To po­da­tek, który trzeba za­pła­cić. Mó­wi­łam ci to chyba z pięć razy w ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy.

Alex za­myka oczy. Be­nita ma za­pewne ra­cję, ale jak zwy­kle wy­parł to z pa­mięci. Jego matka lubi po­wta­rzać, że w ży­ciu są trzy rze­czy, które szybko zni­kają: pie­nią­dze, szczę­ście i lody. Męż­czy­zna chciałby zwi­nąć się w kłę­bek, zjeść trzy li­try lo­dów i uda­wać, że ma pięć lat i nie musi brać na sie­bie żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści. Na­gle te nieco po­nad sto ty­sięcy, które wczo­raj wy­grał w po­kera, wy­dają mu się nic nie­warte. Na­wet nie chce my­śleć o tym, co po­wie Jes­sica.

- Czy ży­cie choć raz nie może być pro­ste?

Be­nita się uśmie­cha, ale nie wy­gląda na we­sołą.

- Ży­cie to dziwka, jak ma­wiał mój oj­ciec.

Wła­ści­wie po­wi­nien się za­mknąć. Je­śli ktoś tu miał trudne ży­cie, to wła­śnie Be­nita. Tro­chę mu wstyd, ale nic nie może po­ra­dzić na to, że uważa, że cza­sem jest do bani. Wcze­śniej by­wało ciężko i za­wsze ja­koś so­bie ra­dził, ale te­raz jest tego po pro­stu za dużo. Wszyst­kiego. Wy­grana w po­kera miała mu dać mie­siąc bez zmar­twień, za­miast tego jest bar­dziej spłu­kany niż ja­kiś bez­do­mny.

- Zdo­bę­dziesz tę kasę? - Brwi Be­nity jesz­cze ni­gdy się tak wy­soko nie unio­sły. Sztuczne rzęsy nie­malże trze­po­czą o su­fit.

- Nie wiem, Be­nito. Mu­siał­bym sprze­dać je­den lub dwa sa­mo­chody, a w tej chwili nie mam ni­kogo, kto umó­wiłby się cho­ciaż na jazdę próbną - mówi, pa­trząc w stół.

- Mu­sisz uzbie­rać te pie­nią­dze. W prze­ciw­nym ra­zie skar­bówka może do­pro­wa­dzić firmę do ban­kruc­twa, to­bie i Jes­sice za­biorą dom, wszystko, co ma­cie war­to­ścio­wego, nie mó­wiąc o biz­ne­sie i sa­mo­cho­dach, a ja i Joppe stra­cimy pracę.

- Bez pre­sji.

- Na pewno coś wy­my­ślisz. Za­wsze tak jest.

Alex na­słu­chuje, jak Be­nita idzie do swo­jego ga­bi­netu. Zo­sta­wia go sa­mego z wszyst­kimi jego oba­wami. Po­gwiz­duje me­lo­dię z Kill Billa. Ależ ma chore po­czu­cie hu­moru. Jej dawna bez­dom­ność, nar­ko­ma­nia i walka o prze­trwa­nie każ­dej ko­lej­nej go­dziny nie dają o so­bie za­po­mnieć, te­raz jed­nak jest dumna z tego, że zy­skała kon­trolę nad swoim ży­ciem.

"Jak, do cho­lery, mam zdo­być mi­lion...?"

Pro­blem z pro­wa­dze­niem wła­snej dzia­łal­no­ści po­lega na tym, że czę­sto nie ma się kasy i czuje się tak, jakby się stało nad prze­pa­ścią. I to nie jest zwy­kła prze­paść, a ra­czej Wielki Ka­nion.

Sa­lon wy­sta­wowy jest świeżo po re­mon­cie. Alex wszystko zro­bił sam, by za­osz­czę­dzić. Pod­łoga lśni, a re­flek­tory su­fi­towe są ide­al­nie sy­me­trycz­nie umiesz­czone nad sa­mo­cho­dami. Jest tam przy­tulny ką­cik z eks­pre­sem do kawy dla klien­tów, miłe oświe­tle­nie i mięk­kie fo­tele, żeby mo­gli się zre­lak­so­wać. W ja­snej i prze­stron­nej prze­strzeni, na po­ma­lo­wa­nej be­to­no­wej pod­ło­dze, stoją sa­mo­chody, na ścia­nach wi­szą ob­razy sa­mo­cho­dów i szczę­śli­wych ro­dzin, a biura mają prze­szklone ściany od pod­łogi do su­fitu. Akwa­rium, jak ma­wia Be­nita. W bu­dynku znaj­duje się warsz­tat, któ­rego nie wi­dać z sa­lonu.

Z gło­śni­ków leci mu­zyka in­stru­men­talna, "do windy". Ro­dzaj mu­zyki, który we­dług Aleksa działa na klienta re­lak­su­jąco, co z ko­lei spra­wia, że jest bar­dziej skłonny, by wy­brać je­den z tych uni­kal­nych sa­mo­cho­dów, praw­dziwe speł­nie­nie ma­rzeń. Alex spro­wa­dza sa­mo­chody z Eu­ropy, cza­sem z USA, a za­nim zo­staną wy­sta­wione w sa­lo­nie, zleca Jop­pemu ich prze­gląd i na­prawę. Nie da się wzbo­ga­cić na sprze­daży sa­mo­cho­dów, ale wła­śnie tego chce Alex - ma­łego i ła­twego do kon­tro­lo­wa­nia biz­nesu, da­ją­cego mu więk­szą swo­bodę w za­rzą­dza­niu go­dzi­nami pracy.

Co za pie­przony żart! Nie ma nad nim żad­nej kon­troli...

Roczne ob­roty firmy wy­no­szą około dwu­dzie­stu mi­lio­nów ko­ron, może dzięki temu wy­cią­gnąć cał­kiem przy­zwo­itą pen­sję, utrzy­mać się na po­wierzchni i osią­gać nie­wielki zysk. "Nie naj­go­rzej jak na pół-Szweda z dys­lek­sją i za­le­d­wie śred­nim wy­kształ­ce­niem eko­no­micz­nym" - my­śli Alex.

Jes­sice jed­nak to nie wy­star­cza i za­wsze po­wta­rza, że można wy­cią­gnąć z tego biz­nesu wię­cej. A gdy już cza­sami do­cho­dzi mię­dzy nimi do kłótni, za­wsze ma to zwią­zek z tym, że Alex nie chce, jak to ona uj­muje, "sprze­da­wać praw­dzi­wych, no­wych sa­mo­cho­dów". "Za­cią­gnij kre­dyt i się roz­wi­jaj. Weź na sie­bie więk­szą od­po­wie­dzial­ność i za­trud­nij wię­cej pra­cow­ni­ków. Zo­stań de­ale­rem ja­kiejś du­żej marki". Jed­nak Alex nie ma­rzy o czymś ta­kim, to ra­czej jego kosz­mar. Wy­spe­cja­li­zo­wał się w sprze­daży nieco bar­dziej nie­ty­po­wych sa­mo­cho­dów, naj­chęt­niej po­dró­żo­wałby wię­cej i ku­po­wał lo­kal­nie, ale jesz­cze częst­sza nie­obec­ność w domu tylko po­gor­szy­łaby sprawę. Zwłasz­cza te­raz, gdy będą mieć dziecko. Mi­nus jest taki, że sprze­daje dość mało aut, ale kiedy już mu się uda, to za­ra­bia dużo pie­nię­dzy. Obec­nie ma w sa­lo­nie sie­dem sa­mo­cho­dów, wszyst­kie z tych bar­dziej luk­su­so­wych. Jes­sica ma oczy­wi­ście ra­cję, ale trudno.

- Alex. - Be­nita znów stoi w drzwiach.

- W tej chwili nie mogę z tobą roz­ma­wiać. - Ude­rza znowu czo­łem o stół.

- Masz klienta w sa­lo­nie. Wy­gląda na to, że ma pie­nią­dze. Gapi się na audi jak na cze­ko­la­dową fon­tannę.

Storm pod­nosi głowę, wy­sta­wia środ­kowy pa­lec i ję­zyk w stronę pi­sma ze skar­bówki. Cza­sami za­cho­wuje się jak pię­cio­la­tek, ale co mu tam. Je­śli uda mu się sprze­dać sa­mo­chód, to może wszystko się ułoży, zwłasz­cza je­śli to bę­dzie audi. Wszech­świat daje i za­biera, a może, mimo wszystko, aku­rat dziś jest je­den z tych do­brych dni.

Idzie do po­miesz­cze­nia z sa­mo­cho­dami i do­strzega męż­czy­znę w gar­ni­tu­rze, bia­łej ko­szuli, ale bez kra­wata, błysz­czą­cych czar­nych bu­tach i z dro­gim sza­li­kiem owi­nię­tym nieco nie­dbale wo­kół szyi. Wy­gląda, jakby wy­grał w totka.

- Ka­bum - szep­cze do sie­bie Alex. Wszech­świat się do niego uśmie­cha, jak po­wie­dzia­łaby Sus­sie.

Do­piero gdy męż­czy­zna od­wraca się twa­rzą do niego, do Aleksa do­ciera, kto to jest. Oleg. Wy­gląda, jakby ktoś prze­pu­ścił go przez ma­szynę i wy­pluł zu­peł­nie nowy klon. Klasa i styl za­miast smo­kingu w po­staci dresu adi­dasa ro­dem z getta. Alex spo­strzega, że spod gar­ni­turu nie wy­stają żadne ta­tu­aże.

- Alex... Dzięki za wczo­raj. Mimo że osku­ba­łeś mnie ze wszyst­kiego w moim wła­snym klu­bie. - Uśmie­cha się sze­roko i wy­ciąga ol­brzy­mią rękę, którą jak ima­dłem ści­ska dłoń Aleksa. Złoty ząb bły­ska mu w ustach, po czym uśmiech znika z jego twa­rzy. Na pra­wej ręce Oleg nosi duży złoty sy­gnet z ogrom­nym ru­bi­nem. Mówi z lek­kim ro­syj­skim ak­cen­tem, choć za­le­d­wie wczo­raj po­słu­gi­wał się bez­błęd­nym szwedz­kim. Jesz­cze więk­szy męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze, który stoi tuż przy wej­ściu, stara się - z po­wo­dze­niem - wy­glą­dać jak ro­syj­ski gang­ster i ochro­niarz. Alex za­sta­na­wia się, czy ma przy so­bie broń. Za­pala mu się w gło­wie czer­wona lampka, ale myśl o pie­nią­dzach jest ku­sząca.

- Ja też dzię­kuję. Mia­łem szczę­ście. Je­stem pe­wien, że na­stęp­nym ra­zem mnie ograsz. Ale co ty tu ro­bisz, do cho­lery?

- Co ja ro­bię w sa­lo­nie sa­mo­cho­do­wym? Żar­tu­jesz so­bie? - Oleg śmieje się ochry­ple. Brzmi to tak, jakby za dużo pa­lił. Za­pach zbyt sil­nych per­fum unosi się wo­kół niego ni­czym smog wo­kół Hong­kongu. - Po na­szym wczo­raj­szym spo­tka­niu do­wie­dzia­łem się przy­pad­kiem, że masz sa­mo­chód, który mi się po­doba.

- O, to faj­nie. Je­steś za­in­te­re­so­wany tym audi, tak?

Oleg kiwa twier­dząco głową.

- Ma­rze­nie. W ca­łej Szwe­cji jest tylko jedno ta­kie auto na sprze­daż i wy­ob­raź so­bie moje zdzi­wie­nie, kiedy się do­wie­dzia­łem, że masz je u sie­bie w sa­lo­nie.

Alek­sowi nie po­doba się ten inny spo­sób mó­wie­nia Olega. Jakby ubra­nie okre­ślało to, kim jest, jak mówi i jak się za­cho­wuje. Jakby zmie­niał ma­ski. Storm prze­ciąga dło­nią po ka­ro­se­rii.

- Audi R8 spy­der. V10, ka­brio­let. Spor­towy układ wy­de­chowy. Sześć­set dzie­sięć koni. Su­per­szybka fura. Od zera do stu w trzy i sześć set­nych se­kundy. Ale pew­nie już to wszystko wiesz.

Oleg przy­ta­kuje.

- Można po­wie­dzieć, że sa­mo­chody to moje hobby. Stra­ci­łem ra­chubę, ale w mo­ich ga­ra­żach już pra­wie nic się nie mie­ści. Choć R8 ni­gdy nie mia­łem. Ile za niego chcesz?

- Mi­lion trzy­sta. I to jest cena dla kum­pla od po­kera.

Oleg spo­gląda na sa­mo­chód i prze­krzy­wia głowę. Robi scep­tyczną minę.

- Mogę się nim prze­je­chać?

Alex kiwa twier­dząco głową, otwiera drzwi Ro­sja­ni­nowi i już ma iść po klu­czyki, ale Be­nita mu je po­daje i pusz­cza sze­fowi oko. Alex się do niej uśmie­cha - jest na­prawdę su­per­bo­ha­terką. Nie­dbale rzuca klu­czyki Ole­gowi, który na­tych­miast uru­cha­mia sa­mo­chód.

Za­myka oczy, lekko wci­ska gaz, de­mon­stru­jąc po­tworną moc sil­nika. Kiwa z sa­tys­fak­cją głową.

- Do­sta­niesz równy mi­lion. Zro­bię prze­lew dziś, a ju­tro bę­dziesz miał pie­nią­dze na kon­cie. Umowa stoi?

- Zejdę do mi­liona dwu­stu, ale nic po­ni­żej, bo będę stratny.

Oleg się śmieje i wy­łą­cza sil­nik. Wy­siada z ni­skiego sa­mo­chodu za­ska­ku­jąco spraw­nie jak na męż­czy­znę jego wzro­stu.

- Mi­lion sto.

- Zgo­dzę się na mi­lion sto pięć­dzie­siąt.

Ro­sja­nin par­ska śmie­chem.

- Czy znowu je­ste­śmy przy stole po­ke­ro­wym, Alex?

- Nie gram w po­kera o swoje sa­mo­chody. Mam na to zbyt kiep­skie marże. Nie je­stem tak bo­gaty jak ty. Sam ni­gdy nie mógł­bym so­bie po­zwo­lić na to auto.

Oleg kiwa głową i mówi:

- Do­brze, ale i tak mu­sisz zejść tro­chę z ceny, mi­lion sto i mamy to.

Storm może ode­tchnąć z ulgą. Bę­dzie w sta­nie za­pła­cić po­datki i jesz­cze raz wyj­dzie na pro­stą. A jak sprzeda kilka ko­lej­nych sa­mo­cho­dów, nad­robi straty. Na pewno nie za­mie­rza po­now­nie zna­leźć się w po­dob­nej sy­tu­acji.

Z uda­waną nie­chę­cią i uśmie­chem na twa­rzy wy­ciąga rękę.

- Niech bę­dzie! - Alex wska­zuje na przy­tulny ką­cik dla klien­tów. - Chcesz coś? Kawy, wody, droż­dżówkę?

- Po­pro­szę kawę. Żad­nych droż­dżó­wek. Za­czy­nam się ro­bić gruby. - Oleg śmieje się i kle­pie po brzu­chu.

Alex też się śmieje, a jego brzuch wy­peł­nia spo­kój. Ma nie­praw­do­po­do­bne szczę­ście, że mu się udało. Urząd skar­bowy do­sta­nie swoje pie­nią­dze i wszystko znowu wróci do normy.

- Usiądź, a ja wy­dru­kuję wszyst­kie do­ku­menty.

Kiedy wraca dwie mi­nuty póź­niej, Oleg za­jada droż­dżówkę. Be­nita po­dała mu kawę i ma­gicz­nym spo­so­bem wci­snęła mu słodką bułkę.

Storm się uśmie­cha i siada. Za­sta­na­wia się nad róż­nicą mię­dzy Ole­giem z wczo­raj a Ole­giem sie­dzą­cym u niego w sa­lo­nie i do­cho­dzi do wnio­sku, że coś w tym fa­ce­cie spra­wia, że chce trzy­mać się od niego z da­leka. Nie cho­dzi tylko o to, że nie­wąt­pli­wie jest ma­fio­sem, ale czuje się nie­swojo w to­wa­rzy­stwie czło­wieka, który po­trafi cał­ko­wi­cie prze­obra­zić się w ko­goś in­nego.

Oleg za­po­znaje się z do­ku­men­tami, bie­rze do ust ostatni duży ka­wa­łek droż­dżówki, osten­ta­cyj­nie sior­bie kawę i od­kłada umowę na mały sto­lik ze stali nie­rdzew­nej i szkła.

- Tylko jedna rzecz.

Alex wierci się na krze­śle. "Żad­nych nu­me­rów. Na­prawdę po­trze­buję pie­nię­dzy".

- Jak pew­nie wiesz, pro­wa­dzę kilka biz­ne­sów, nie tylko ten mały klub ha­zar­dowy, który jest moim hobby. To nie może być mój pry­watny sa­mo­chód, mu­simy go za­re­je­stro­wać na jedną z mo­ich firm.

Wy­ciąga z kie­szeni zło­żoną kartkę i po­daje ją Alek­sowi.

- Urząd Skar­bowy, ro­zu­miesz. Pie­przone żmije.

To peł­no­moc­nic­two firmy bu­dow­la­nej. Alek­sowi wy­daje się, że roz­po­znaje jej na­zwę.

- To ża­den pro­blem, dla mnie nie ma zna­cze­nia, kto ku­puje. Mo­żesz ode­brać sa­mo­chód, gdy tylko pie­nią­dze znajdą się na moim kon­cie. Albo, jak wo­lisz, mo­żemy auto do­star­czyć do cie­bie. Bez do­dat­ko­wych opłat.

- Ech, oba­wiam się, że mu­szę za­brać je już dziś. Jadę w po­dróż służ­bową do mo­jego kraju ro­dzin­nego, chciał­bym zro­bić wiel­kie wej­ście.

Oleg bębni pal­cami w stół, wy­da­jąc z sie­bie po­mruk nie­za­do­wo­le­nia i zmie­nia ton - te­raz brzmi jak czło­wiek, który nie znosi sprze­ciwu.

- Dla­tego chcę za­brać sa­mo­chód od razu. W czym pro­blem? Su­ge­ru­jesz, że nie można mi wie­rzyć na słowo? Do­sta­łeś peł­no­moc­nic­two, zlecę księ­go­wemu, by zro­bił na­tych­mia­stowy prze­lew i wy­słał po­twier­dze­nie. Je­śli nie do­sta­niesz pie­nię­dzy, to wiesz, gdzie miesz­kam, i w ogóle. Wy­star­czy, że na­ślesz na mnie po­li­cję. - Oleg śmieje się i od­chyla do tyłu. - Mu­szę mieć to auto dziś. Po­chwa­li­łem się już wspól­ni­kom i nie chcę się skom­pro­mi­to­wać przed ludźmi, z któ­rymi ro­bię in­te­resy. Ty aku­rat po­wi­nie­neś to ro­zu­mieć.

Alex naj­chęt­niej by mu się po­sta­wił, ale nie chce stra­cić ta­kiej oka­zji. Od tego za­leży wszystko.

- Je­śli się do­ga­damy, dam ci dwa­dzie­ścia pod sto­łem. W ra­mach po­dzię­ko­wa­nia. - Oleg wkłada rękę do kie­szeni, po czym po­daje Alek­sowi zwi­tek bank­no­tów pięć­set­ko­ro­no­wych. - Był­bym nie­zmier­nie wdzięczny, gdy­by­śmy mo­gli to ro­ze­grać w ten spo­sób. Wszy­scy wy­gry­wają, ro­zu­miesz. - Mruga do prze­ciw­nika.

Alek­sowi w ogóle nie po­doba się ten układ, ale je­śli nie doj­dzie do tej trans­ak­cji, wszystko szlag trafi. Peł­no­moc­nic­two wy­daje się stan­dar­dowe, poza tym wie, że Oleg ma pie­nią­dze. Praw­do­po­dob­nie dużo pie­nię­dzy - na­wet naj­gor­szy gang­ster świata nie może źle za­ra­biać jako szef ma­fii. Poza tym nie mru­gnął okiem, gdy prze­grał pie­nią­dze w po­kera, a wręcz prze­ciw­nie, wy­da­wał się nie­mal roz­ba­wiony.

- Mo­żesz spoj­rzeć na to rów­nież w ten spo­sób: będę ci wi­nien przy­sługę. Więk­szość lu­dzi zde­cy­do­wa­nie wo­la­łaby coś ta­kiego niż to, że­bym był nie­za­do­wo­lony.

Alex prze­czuwa, co w świe­cie Olega jest ro­zu­miane jako przy­sługa, i do­my­śla się, co może ozna­czać jego nie­za­do­wo­le­nie.

- Okej, zwy­kle nie ro­bię ta­kich rze­czy, ale skoro oso­bi­ście gwa­ran­tu­jesz, że pie­nią­dze będą ju­tro na kon­cie...

- Będą.

Męż­czy­zna bie­rze ko­mórkę, dzwoni do ko­goś i roz­ma­wia po ro­syj­sku. Storm sły­szy słowo "mi­lion", w tym sa­mym cza­sie Oleg wrę­cza mu szwedz­kie prawo jazdy, mru­ga­jąc i uno­sząc kciuk.

Alex wi­dzi na­zwi­sko Kop­pel na do­ku­men­cie Olega. Ro­sja­nin koń­czy roz­mowę.

- Zrobi prze­lew w ciągu mi­nuty, a po­tem wy­śle ci ma­ilem po­twier­dze­nie. Gdzie mam się pod­pi­sać?

- Kop­pel... To nie brzmi jak ro­syj­skie na­zwi­sko.

Oleg po­trząsa głową.

- Mój oj­ciec po­cho­dzi z Es­to­nii. Mama jest Ro­sjanką.

Alex roz­po­znaje ten wy­raz twa­rzy, który po­ja­wia się na mi­kro­se­kundę. Oleg jest pół­krwi, tak jak on. Sam też ro­bił taką minę, gdy mó­wił o swoim po­cho­dze­niu. Przez chwilę współ­czuje Ole­gowi, ale o tym nie wspo­mina.

- Pod­pisz tu i tu.

Alex wpi­suje zmianę wła­ści­ciela na stro­nie Szwedz­kiej Agen­cji Trans­portu, a kiedy koń­czy, ma mie­szane uczu­cia. Ale to pew­nie jak zwy­kle tylko jego pa­ra­noja. Cza­sami Jes­sica na­zywa go sko­rupką od jajka, zwłasz­cza gdy się po­kłócą, a w tym mo­men­cie nie­mal sły­szy, jak pęka mu skóra.

Gdy sa­mo­chód ru­sza w kie­runku wy­jazdu na te­ren prze­my­słowy, a po­tem znika, Storm czuje ćmiący nie­po­kój. Ale co mógł zro­bić? Ju­tro pój­dzie do Be­nity z pod­nie­sio­nym czo­łem i po­prosi ją o wpła­ce­nie pie­nię­dzy na konto po­dat­kowe. W dro­dze do domu za­mie­rza ku­pić kwiaty, ostrygi i bez­al­ko­ho­lo­wego szam­pana, by za­sko­czyć Jes­sicę. Nie po­wie jej, że pra­wie zban­kru­to­wał. Nie chce jej nie­po­trzeb­nie nie­po­koić. Zdaje so­bie też sprawę, że dzięki temu nie bę­dzie się go cze­piać. Przy­naj­mniej nie o pie­nią­dze. W ogóle nie chce, żeby na niego na­rze­kała. Żeby znowu miała ra­cję.

Wzywa Be­nitę i Jop­pego, idzie do lo­dówki i otwiera bu­telkę szam­pana.

- Po­win­ni­śmy to uczcić! Wła­śnie sprze­da­łem audi!

Rozdział 8

Västerbron, Sztokholm

Gdy Alex Storm po raz trzeci po­sta­na­wia się za­bić, ma czter­na­ście lat. Jest zima, a więc naj­lep­sza pora roku, by po­peł­nić sa­mo­bój­stwo, ska­cząc z mo­stu. Prze­czy­tał o tym w ja­kiejś książce i dla­tego stoi te­raz na ba­rierce i wpa­truje się w zimną czarną wodę dwa­dzie­ścia pięć me­trów ni­żej. Me­tal jest śli­ski. Trzyma się sta­lo­wego słupka, ale za­czyna tra­cić czu­cie w pal­cach. Ja­kie to ma zresztą zna­cze­nie? Skoro i tak ma umrzeć.

Jest dwu­dzie­sty ósmy grud­nia, do­cho­dzi ósma wie­czo­rem. Nie­dawno od­była się pre­miera filmu Ti­ta­nic i to przez niego Alex tu stoi. Za­in­spi­ro­wał się nim, a poza tym jest nie­dziela, kilka dni po świę­tach. In­nymi słowy, do­bry dzień na śmierć.

Ścisk w gar­dle ro­śnie wraz z pra­gnie­niem śmierci, gdy my­śli o swoim gów­nia­nym ży­ciu. O tym, jak nic ni­gdy nie układa się po jego my­śli, jak los naj­wy­raź­niej uwiel­bia od­bie­rać mu to, co każdy bie­rze za pew­nik: ojca, mi­łość, przy­ja­ciół, śmiech. Gdyby tylko miał naj­lep­szego przy­ja­ciela. Ale nikt go nie ro­zu­mie. Wszy­scy się go boją lub go nie­na­wi­dzą, bo jest pół­krwi.

Alex bie­rze głę­boki od­dech. Po­dmuch wia­tru po­rywa mu czapkę, która spada po­woli, robi kilka salt, po czym znika w mroku nocy. Pie­przyć to. Tam, do­kąd się wy­biera, i tak nie bę­dzie po­trze­bo­wał czapki.

Za­sta­na­wia się, gdzie trafi. O ile niebo i pie­kło ist­nieją. Pew­nie do pie­kła, tak brzyd­kiego jak on sam. Alex nie cierpi swo­ich azja­tyc­kich ry­sów. Ma ochotę roz­bić lu­stro za każ­dym ra­zem, gdy wi­dzi swoje od­bi­cie. Czy mama nie mo­gła wy­brać mu in­nego ojca? Ta­kiego, który by go chciał? Oj­ciec po­wi­nien ko­chać swoje dziecko, a nie je po­rzu­cać, czyż nie? Tylko że Alex jest zbyt brzydki, by kto­kol­wiek go ze­chciał. Ma­ria na­wet to po­wie­działa: "Je­steś brzydki i od­py­cha­jący i masz strasz­nie brzyd­kie oczy". Do tego splu­nęła.

Dwa dni temu z nim ze­rwała, pew­nie dla­tego, że do­ku­czano jej ze względu na Aleksa, że jest sko­śno­oki, że nie jest taki jak inni. Ma­ria po­wie­działa, że ona nie ma ta­kich oczu jak on. Wszyst­kie jej ko­le­żanki to sły­szały i śmiały się z niego. Alex wie, że nie za­mie­rzała być zło­śliwa. Że to była gra, bo nie chciała, by ją drę­czyli. Po­zbyła się ba­la­stu, któ­rym w tym przy­padku był Alex. Jego pierw­sza i ostat­nia dziew­czyna. Co on so­bie wła­ści­wie my­ślał? Że ktoś go po­ko­cha?

Czuje nie­wy­obra­żalny ból w klatce pier­sio­wej i brzu­chu. Mama, choć nie­chęt­nie, za­brała go wczo­raj na po­go­to­wie, bo le­żał na pod­ło­dze, wi­jąc się z bólu. Le­ka­rze nic nie zna­leźli. Jakby był cał­kiem pu­sty i bez­war­to­ściowy.

Alex po­now­nie spo­gląda w dół. Woda wy­daje się twarda. Wy­gląda, jakby tylko cze­kała, by prze­jąć jego ciało i na­kar­mić nim ryby. Je­śli nie zgi­nie od ude­rze­nia o po­wierzch­nię wody, to uto­nie lub za­mar­z­nie. To bez zna­cze­nia. By­leby szybko po­szło.

Dość już tego, nie ma po co żyć. Nie ma ko­rzeni. Matka wiecz­nie pra­cuje. Sam musi go­to­wać dla sie­bie i sio­stry i jeść bez mamy. Pra­wie cały czas jest sam. Nie ma przy­ja­ciela, z któ­rym mógłby się spo­tkać, po­śmiać... Cho­lera. Smuci go je­dy­nie to, że zo­stawi sio­strę Sarę, ale już nie ma siły.

"Do trzech razy sztuka..."

Pierw­szy raz pró­bo­wał się za­bić na sta­cji ko­le­jo­wej. Tuż przed przy­jaz­dem po­ciągu po­spiesz­nego, kiedy już ze­sta­wiał nogę z pe­ronu w kie­runku nad­jeż­dża­ją­cego po­ciągu, za­trzy­mał go star­szy męż­czy­zna. Wcią­gnął go z po­wro­tem i za­pro­wa­dził na ławkę. Roz­ma­wiał z nim jak z nor­mal­nym czło­wie­kiem. Chciał za­brać go do szpi­tala, ale Alex od­mó­wił.

Tego dnia wró­cił do domu z pewną na­dzieją w sercu, ale wkrótce smu­tek i zwąt­pie­nie po­wró­ciły. Na­trętne my­śli, które cią­gle mu pod­po­wia­dały, że inni wie­dzą wię­cej, że mają całe piękne ży­cie przed sobą. Nie tak jak on, wy­ob­co­wany i za­wsze o krok do tyłu.

Za dru­gim ra­zem sko­czył z da­chu szkoły, ale wy­lą­do­wał w krza­kach, zła­mał rękę i to wszystko. Je­śli cho­dzi o sa­mo­bój­stwo, Alex jest w tym naj­gor­szy na świe­cie. Na­wet tego nie po­trafi.

"Pie­przony fra­jer..."

Mama o ni­czym nie wie. Po­wie­dział, że się prze­wró­cił i ude­rzył ręką o duży ka­mień. Do­stał lody i tylko jej imię po­ja­wiło się na gip­sie. Mama pew­nie wie, że syn z ni­kim się nie przy­jaźni, że za­wsze trzyma się na ubo­czu, ale naj­wy­raź­niej go nie słu­cha. I nie wi­dzi blizn po ży­letce.

Po­wie­działa, że musi pra­co­wać, żeby mo­gli żyć, a Alex zdaje so­bie sprawę, że to jego wina. Mama musi pra­co­wać, dla­tego że on ist­nieje.

Tak na­prawdę trosz­czy się o niego tylko jego młod­sza sio­stra. Ale jest mała i nic nie ro­zu­mie. Poza tym jest słodka i wy­gląda nor­mal­nie. Nie ma obrzy­dli­wie sko­śnych oczu, które spra­wiają, że przy­po­mina istotę z ko­smosu. Ina­czej niż Alex. Cing­ciong, żół­tek, zbie­racz ryżu lub jego fa­wo­ryt: pie­przony bam­bus. Dzieci stają się wy­jąt­kowo po­my­słowe, gdy chcą być wredne. Trzeba im to od­dać.

Alex tę­skni za oj­czy­mem, który znik­nął. Ni­gdy nie miesz­kali ze sobą jak ro­dzina, ale kiedy prze­by­wali ra­zem w Peru, przy­naj­mniej wi­dy­wali się tak czę­sto, że tro­chę ją przy­po­mi­nali. Nie­stety, kiedy przy­szedł czas na ko­lejną prze­pro­wadzkę, już tak się nie dało. Mama mówi, że nie miało to nic wspól­nego z Alek­sem, ale on wie swoje. Dla­tego le­piej, żeby je zo­sta­wił, za­nim mama z sio­strą zo­sta­wią jego. Bo to pew­nie tylko kwe­stia czasu.

Pa­mięta, jak kie­dyś dy­rek­tor szkoły za­dzwo­nił i po­wie­dział, że Alex pra­wie za­bił jed­nego ucznia, mimo że tylko po­pchnął chło­paka, a ten stra­cił rów­no­wagę i spadł ze scho­dów. Wszy­scy mu współ­czuli i chcieli się pod­pi­sać na gip­sie. Po tej roz­mo­wie mama strasz­nie pła­kała. Nie są­dziła, że syn ją wi­dzi, ale wi­dział. Alex nie chce taki być, tak się po pro­stu dzieje. Chciałby je­dy­nie, żeby dali mu spo­kój, chciałby mieć naj­lep­szego przy­ja­ciela i nie mu­sieć słu­chać...

Śli­zga się na po­rę­czy, ssie go w żo­łądku. Szybko od­dy­cha, a serce mu wali, jakby się do­kądś spie­szyło. Zrobi to. Ode­rwie się od wszyst­kiego i niech się dzieje wola nieba. Czy skoń­czy w pie­kle, czy nie, bę­dzie to lep­sze niż to gów­niane ży­cie.

"Raz..."

Za­myka oczy. My­śli, że musi od­dy­chać pod wodą, żeby tra­fiła pro­sto do płuc. Sły­szał, że uto­nię­cie to naj­lep­szy spo­sób na śmierć. Bez bólu, tylko opaść na dno, w ciem­ność wod­nej głę­biny.

"Dwa..."

Za­sta­na­wia się, czy mama bę­dzie szczę­śliwa. Oczy­wi­ście naj­pierw bę­dzie smutna. Ale po­tem. Po po­grze­bie i tak da­lej po­czuje się wolna, w spo­sób, jaki ni­gdy sam się nie czuł. Za­słu­guje na to.

- Ko­cham cię, ma­mu­siu - mówi ci­cho Alex, na­pi­na­jąc się.

"Trzy..."

Robi krok w nie­skoń­czo­ność i spada.

Rozdział 9

F?rdala, Tyresö

Alex wy­jąt­kowo źle spał. Śniło mu się, jak spadł z Väster­bron, ale mimo to prze­żył - jak zwy­kle miał pe­cha. Choć oka­zało się, że wy­szło mu na do­bre to, że nie zgi­nął, bo ina­czej nie po­znałby Jes­siki, która te­raz jest w ciąży. Wpadł do wody, a po­tem obu­dził się na plaży wśród skał. Po­ża­ło­wał tego, co zro­bił, gdy chłód nie­mal po­zba­wił go tchu. Ja­kimś cu­dem za­wsze uda­wało mu się prze­żyć.

Wpa­truje się w ze­gar na ścia­nie. Jest za dwa­dzie­ścia ósma, pią­tek rano. Ma­jowa po­goda jak zwy­kle ma roz­dwo­je­nie jaźni i nie może się zde­cy­do­wać, czy bę­dzie sło­necz­nie, czy desz­czowo. Późno po­ło­żył się do łóżka, a Jes­sica wier­ciła się przez całą noc i z mi­lion razy wsta­wała do to­a­lety. Za­pach ostryg staje się co­raz in­ten­syw­niej­szy, więc wkłada muszle do osob­nego worka, za­wią­zuje go szczel­nie i kła­dzie przy drzwiach wej­ścio­wych. Wy­rzuci go, gdy prze­sta­nie mżyć. Choć pew­nie o nim za­po­mni. Siada przy stole, otwiera lap­topa i spraw­dza saldo na fir­mo­wym kon­cie.

Czter­dzie­ści sześć ty­sięcy z ha­kiem, nie­re­al­nie da­leko od mi­liona, który musi się wkrótce po­ja­wić. Zdaje so­bie sprawę, że nie bę­dzie mógł nor­mal­nie my­śleć ani od­dy­chać, do­póki nie zo­ba­czy pie­nię­dzy za audi. Z dru­giej strony, nie można ufać ban­kom, które je­dy­nie w okre­ślo­nych po­rach dnia prze­le­wają pie­nią­dze klien­tów na konto, zwłasz­cza je­śli są to duże kwoty. Czy­tał o sys­te­mie ban­ko­wym w Szwe­cji, że w po­rów­na­niu z in­nymi ban­kami na świe­cie jest prze­sta­rzały. Bę­dzie mu­siał spraw­dzić konto jesz­cze raz o dzie­wią­tej.

Czuje lek­kie kłu­cie w klatce pier­sio­wej. Dla­czego zgo­dził się od­dać sa­mo­chód przed za­płatą? Bur­czy mu w brzu­chu, a kwas żo­łąd­kowy pod­cho­dzi do gar­dła. Je­śli zo­stał wy­sta­wiony do wia­tru, to wszystko dia­bli we­zmą. Na­wet gdyby ob­ni­żył ceny za po­zo­stałe sa­mo­chody, które ma w fir­mie, nic to nie da. Oczy­wi­ście, dzięki temu mógłby za­pła­cić po­datki, ale wtedy nie miałby za co ku­pić no­wych aut, a kon­ku­renci zo­rien­to­wa­liby się, że jest w ta­ra­pa­tach, przez co mu­siałby ku­po­wać dro­żej. Poza tym pen­sje trzeba wy­pła­cać co mie­siąc, więc mu­siałby ogło­sić ban­kruc­two, byłby też zmu­szony po­rę­czyć, że spłaci zo­bo­wią­za­nia. Zo­stałby bez pracy i z dłu­giem i praw­do­po­dob­nie nie oby­łoby się bez sprze­daży domu. Mu­siałby po­pro­sić o po­moc ro­dzi­ców Jes­siki, lu­dzi, u któ­rych za­wsze wy­czuwa nie­skry­waną po­gardę, po­nie­waż ich córka wy­szła za mąż za nie­wy­kształ­co­nego sprze­dawcę sa­mo­cho­dów, za­ra­bia­ją­cego mniej niż ona. Już wo­lałby zo­stać po­cho­wany nago i uma­zany w mio­dzie w le­sie desz­czo­wym. W środku nocy.

"Ale - z de­ter­mi­na­cją stwier­dza w my­ślach - pie­nią­dze po­ja­wią się o dzie­wią­tej". Oleg nie ma prze­cież po­wodu, by go oszu­kać. Na pewno dba o re­pu­ta­cję.

Ma­suje mo­stek w miej­scu, gdzie zgaga mie­sza się z po­cząt­kami nie­po­koju. Za­sta­na­wia się, czy bę­dzie mu dziś po­trzebna pa­pie­rowa torba do hi­per­wen­ty­la­cji.

Alex i Jes­sica miesz­kają w być może naj­brzyd­szym domu w ca­łym Ty­resö. Kie­dyś był otyn­ko­wany na biało, ale te­raz ma ko­lor sza­ro­zie­lo­nych glo­nów i wi­dać na nim pęk­nię­cia. Re­mont ele­wa­cji kosz­tuje pół mi­liona, a oni nie mają ta­kich pie­nię­dzy. Nie­zbędna jest też re­no­wa­cja da­chu, po­dob­nie jak piw­nicy i stry­chu. Mieli je od­no­wić, ale Alex nie zna­lazł czasu ani fun­du­szy, a na tak póź­nym eta­pie ciąży Jes­sica po­winna mieć spo­kój i ci­szę. W nocy pra­wie nie śpi i czę­sto jest w fa­tal­nym na­stroju. Alex stara się oczy­wi­ście nie po­gar­szać jej hu­moru, lecz na­wet je­śli mu się po­wie­dzie, to za każ­dym ra­zem, gdy zrobi coś nie tak, jego małe zwy­cię­stwa po­zo­stają nie­do­ce­nione. Nie­mal sły­szy od­głos tłu­czo­nego szkła, gdy znaj­dzie się nie­da­leko Jes­siki, ale po pro­stu musi się z tym po­go­dzić. Nosi w so­bie jego geny i to daje jej przy­zwo­le­nie na ta­kie za­cho­wa­nie. Więc tak na­prawdę to jego wina.

Wczo­raj naj­wy­raź­niej mu­siał ku­pić złą od­mianę ja­błek, bo za­częła go igno­ro­wać. Po­my­ślał, że to do­bry po­mysł wziąć od razu dwa ki­lo­gramy, i te­raz cała piw­nica pach­nie owo­cami.

Wyj­muje z lo­dówki bu­telkę wody. Jes­sica nie chce pić wody z kranu, która we­dług niej za­wiera zbyt dużo azo­ta­nów. Alex znów siada przy stole, pod­kręca słu­chawki Mar­shalla na mak­sy­malną gło­śność, go­ogluje na­zwę firmy bu­dow­la­nej i wcho­dzi na jej stronę in­ter­ne­tową. Zdję­cia wiel­kich, efek­tow­nych bu­dyn­ków i pre­zesa An­dersa Gu­sta­fs­sona. Strona wy­gląda po­rząd­nie i Storm tro­chę się uspo­kaja. Oleg ra­czej nie mógł pod­ro­bić peł­no­moc­nic­twa tak du­żej firmy. Prze­gląda in­for­ma­cje o przed­się­bior­stwie, ale po chwili prze­staje, bo przez dys­lek­sję li­tery na ekra­nie za­czy­nają żyć wła­snym ży­ciem. Wy­ćwi­czył umie­jęt­ność czy­ta­nia, ale ni­gdy cał­ko­wi­cie nie uwolni się od tego za­bu­rze­nia. My­śli o tym, jak do­ku­czano mu z tego po­wodu w szkole, jesz­cze za­nim go zdia­gno­zo­wano. Na­uczy­ciele uwa­żali, że jest nieco opóź­niony w roz­woju, co spra­wiało, że Alex czuł się jak idiota. Ciężko zli­czyć, ile razy bił się z drę­czą­cymi go ko­le­gami; z cza­sem od­pu­ścili, po­nie­waż ciosy Storma za bar­dzo bo­lały. No i jesz­cze ten szcze­gół, że miał sko­śne oczy. Po­tem prze­no­sili się z mamą do no­wego miej­sca, a w no­wej szkole cały cykl za­czy­nał się od nowa. I tak w kółko. To na­prawdę świet­nie, gdy twoja matka pra­cuje w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych. Nie po­wi­nien jed­nak na­rze­kać.

- Ale zbla­dłeś. Je­steś chory?

Jes­sica stoi w szla­froku, ale na­wet z wy­sta­ją­cym brzu­chem jest wspa­niała jak za­wsze. Jej dłu­gie, ciemne włosy są upięte w nie­chlujny kok. Piękne oczy, obie­cu­jące gar­nek złota na końcu tę­czy, i ten jej nos, któ­rym stale po­ciąga, a który on i tak uwiel­bia. Cza­sami się za­sta­na­wia, dla­czego za niego wy­szła. Niby wie, że wiele osób uważa go za przy­stoj­nego. Jes­sica czę­sto to mówi, lecz sam jest in­nego zda­nia. Gdy pa­trzy w lu­stro, wi­dzi gę­ste czarne włosy i pro­sty nos, ale głów­nie - sko­śne oczy. Alex ma metr sie­dem­dzie­siąt pięć i jak na Azjatę jest wy­soki, przede wszyst­kim jed­nak jest pół­krwi. Gdzie­kol­wiek się po­ja­wia, ma wra­że­nie wła­snej in­no­ści, ale Jes­sica ni­gdy się tym nie przej­mo­wała i po­winna do­stać za to me­dal. Bez niej czułby się jesz­cze bar­dziej nie­pełny, bo to ona sta­nowi je­dyną stałą w jego ży­ciu. Ona i jego małe no­tesy.

Jes­sica trzyma rękę na brzu­chu. Alex chciałby się do niej przy­tu­lić i po­wie­dzieć jej o pie­nią­dzach. Ale to nie­moż­liwe. Nie chce jej mar­twić, a przede wszyst­kim roz­cza­ro­wać. Wkrótce ro­dzina się po­więk­szy, ona musi czuć, że on robi to, co do niego na­leży. Prze­cież bę­dzie naj­lep­szym tatą na świe­cie i w ogóle.

- Skądże, je­stem po pro­stu tro­chę zmę­czony. Chyba nie udało ci się za bar­dzo po­spać, co?

- Może ze dwie go­dziny. Je­śli ko­biety uwa­żają, że jedno dziecko to za dużo, po­winny spró­bo­wać mieć trójkę w tym sa­mym cza­sie. Mam wra­że­nie, że bok­sują i ko­pią w dwu­na­stu kie­run­kach jed­no­cze­śnie.

Alex ziewa, a Jes­sica wsa­dza mu pa­lec do ust.

- Co ty ro­bisz!

- Prze­pra­szam, nie mo­głam się oprzeć. To moja ob­se­sja. - Śmieje się i ca­łuje go w po­li­czek. - Słu­chaj, mógł­byś pod­je­chać dzi­siaj do sklepu z far­bami? Ta­peta już przy­szła.

- Oczy­wi­ście - przy­ta­kuje Alex, choć tak na­prawdę chce mu się krzy­czeć.

Jes­sica zro­biła spe­cjalne za­mó­wie­nie na ta­petę do po­koju dzie­cię­cego i Alex obie­cał, że po­łoży ją przed na­ro­dzi­nami dzieci. Oczy­wi­ście, że to zrobi, a wtedy ona zwróci mu uwagę, że jest krzywo, więc bę­dzie mu­siał za­czy­nać od nowa.

- Ile kosz­tuje?

- Nie pa­mię­tam do­kład­nie, ja­kieś sześć ty­sięcy.

"Sześć ty­sięcy..."

- Rany.

- Ej, byli tacy mili i tak na­prawdę dali mi zniżkę. Moja mama zna wła­ści­ciela. Trzeba też na­pra­wić tę de­skę na da­chu. Od dwóch mie­sięcy obie­cu­jesz, że to zro­bisz. Za­la­nie to chyba ostat­nia rzecz, ja­kiej po­trze­bu­jemy.

- Ja­sne. Na­pra­wię to w week­end.

Jes­sica mówi da­lej, ale on sły­szy tylko stłu­miony po­mruk. Szumi mu w uszach i kręci mu się w gło­wie. Sześć ty­sięcy z ha­kiem, które to on musi za­pła­cić, bo ona ku­piła nową lo­dówkę. Ko­lejny wy­da­tek, na który nie ma pie­nię­dzy.

- Skar­bie - mówi, prze­jeż­dża­jąc pal­cem po jego klatce pier­sio­wej.

Alex na­tych­miast do­my­śla się, o co jej cho­dzi. Po­łożna po­wie­działa, że seks może wy­wo­łać po­ród, a Jes­sica ni­czego bar­dziej nie pra­gnie.

- Nie, nie te­raz, ko­cha­nie.

- No chodź, wiesz, że tego chcesz - mówi, a Alex nie może po­wstrzy­mać się od śmie­chu. Cza­sami Jes­sica za­cho­wuje się jak je­den z jego kum­pli.

Scho­dzi ręką ni­żej, za­czyna go pie­ścić, wą­cha jego ucho i de­li­kat­nie je sku­bie. Wie, że to zwy­kle działa.

Alex od­chyla głowę i wy­daje z sie­bie jęk, ale spo­gląda na ekran lap­topa i głę­boko wzdy­cha.

- Se­rio, mu­szę pra­co­wać.

- Ech! Żad­nej roz­rywki dla mnie. - Ko­bieta po­chyla głowę, wy­dyma dolną wargę i idzie do kuchni.

Na myśl o kup­nie ta­pety Alex czuje na­ra­sta­jącą pa­nikę, więc po­now­nie spraw­dza konto, a gdy wi­dzi na nim tę samą kwotę co po­przed­nio, za­czyna mar­twić się jesz­cze bar­dziej. Jest po ósmej, a nie­mal pu­ste konto zdaje się z niego szy­dzić.

Kre­dyt hi­po­teczny też trzeba spła­cić, a część Aleksa jesz­cze nie zo­stała ure­gu­lo­wana. Jes­sica wło­żyła wię­cej w dom, więc on płaci więk­szą część od­se­tek. Do­bra rada jej ro­dzi­ców. Wie, że Jes­sica chce się prze­nieść bli­żej nich, do Bre­vik, dziel­nicy sno­bów, gdzie miesz­kają lu­dzie uro­dzeni w bo­ga­tych ro­dzi­nach. Gdy Alex bę­dzie miał pie­nią­dze, będą to ciężko za­ro­bione pie­nią­dze.

Wzdy­cha.

Pra­gną tak od­mien­nych rze­czy, tak się od sie­bie róż­nią, a mimo to ją ko­cha.

Wy­cho­dzi do ga­rażu, by Jes­sica nie usły­szała roz­mowy, którą za­mie­rza od­być. Spraw­dza nu­mer te­le­fonu na umo­wie, którą pod­pi­sał Oleg. Po­wi­nien się wy­lu­zo­wać i po­cze­kać do po­łu­dnia, wy­ciąga jed­nak ko­mórkę i dzwoni. Wstrzy­muje od­dech, gdy oka­zuje się, że pod wy­bra­nym nu­me­rem nie ma żad­nego abo­nenta.

- Kurwa - szep­cze.

Wy­biera go po­now­nie - znowu to samo.

- Nie, nie, nie, nie - po­wta­rza, przy­gry­za­jąc dolną wargę.

"Nie­moż­liwe" - my­śli. Czy ten skur­wiel go wy­dy­mał, czy to tylko zwy­kła po­myłka, bo nie­chcący źle wpi­sał któ­rąś cy­frę?

Dzwoni do firmy bu­dow­la­nej. Te­le­fon od­biera re­cep­cjo­nistka.

- Dzień do­bry, chciał­bym roz­ma­wiać z Ole­giem Kop­pe­lem.

Przez kilka se­kund pa­nuje ci­sza, po czym ko­bieta od­po­wiada:

- W tej fir­mie nie pra­cuje ża­den Kop­pel.

- Jak to? Czy pani w ogóle jest tam na miej­scu?

- Nie, do­dzwo­nił się pan do in­fo­li­nii. Czy mogę po­móc w czymś jesz­cze?

Alex nie od­po­wiada. Roz­łą­cza się i dzwoni na po­li­cję. Na­tych­miast ktoś od­biera.

- Dzień do­bry, na­zy­wam się Alex Storm i oba­wiam się, że skra­dziono mi sa­mo­chód.

- Dla­czego pan tak my­śli? - od­zywa się męż­czy­zna po dru­giej stro­nie słu­chawki zmę­czo­nym i za­ra­zem zdu­mio­nym gło­sem.

- Mam sa­lon sa­mo­cho­dowy i klient, który ku­pił sa­mo­chód, mi nie za­pła­cił.

- A co to za klient?

- Firma bu­dow­lana. Ro­sja­nin czy też Es­toń­czyk, miał peł­no­moc­nic­two, na­zywa się Oleg Kop­pel. Ra­zem gra­li­śmy w po­kera. Spraw­dzi­łem przed chwilą i wy­gląda na to, że ta firma to nic in­nego jak przy­krywka. Po­wie­dział, że pla­nuje wy­je­chać z kraju, więc mu­si­cie mi po­móc, za­nim to zrobi.

- Gra­li­ście w po­kera. Więc się zna­cie?

- Wła­ści­wie nie.

- Okej. Czy do­brze ro­zu­miem, że dał pan sa­mo­chód czło­wie­kowi, któ­rego pan nie zna, nie za­bez­pie­cza­jąc się przez bra­kiem za­płaty? Prze­pra­szam, ale nie są­dzi­łem, że lu­dzie tak ro­bią.

- Zga­dza się, źle to ro­ze­gra­łem. Ale to była szcze­gólna sy­tu­acja. Sam sły­sza­łem, jak ka­zał ko­muś z firmy prze­lać pie­nią­dze. - Alex mocno za­ci­ska po­wieki. Czuje się jak naj­bar­dziej na­iwna osoba w Szwe­cji.

- Do­brze, chciał­bym mieć pe­łen ob­raz sy­tu­acji. Sprze­dał pan sa­mo­chód, nie otrzy­mał za niego za­płaty, a na­stęp­nie wy­dał pan po­jazd. Sa­mo­chód jest za­re­je­stro­wany na firmę bu­dow­laną, któ­rej niby nie ma, ale jed­nak ist­nieje. Sprze­dał go pan Ro­sja­ni­nowi, który na­zywa się Oleg Kop­pel. A te­raz nie od­biera od pana te­le­fo­nów. Czy do­brze zro­zu­mia­łem?

- Tak jakby.

- W ta­kim ra­zie może pan wnieść rosz­cze­nie wo­bec firmy bu­dow­la­nej. Sa­mo­chód jest na nią za­re­je­stro­wany, dla­tego pan nie jest już jego wła­ści­cie­lem, a to ozna­cza, że nie zo­stał skra­dziony. Bę­dzie pan mu­siał po­roz­ma­wiać z firmą win­dy­ka­cyjną, po­nie­waż to nie sprawa dla po­li­cji... A tak mię­dzy nami, może pan za­po­mnieć o tym sa­mo­cho­dzie. Praw­do­po­dob­nie jest już w Es­to­nii czy ja­kimś in­nym kraju, z no­wymi ta­bli­cami re­je­stra­cyj­nymi lub w czę­ściach prze­zna­czo­nych do sprze­daży w Eu­ro­pie.

- Czyli je­stem w czar­nej du­pie.

- To krót­sze, ale rów­nie trafne pod­su­mo­wa­nie.

- No to za­je­bi­ście.

Alex wstaje. Opiera głowę o zimną ścianę i my­śli, czy nie po­wi­nien po pro­stu za­brać swo­ich rze­czy i uciec. Wy­je­chać za gra­nicę. Zo­stać hi­pi­sem i włó­czyć się po Ame­ryce Ła­ciń­skiej. Za­cho­wać ano­ni­mo­wość. Znik­nąć i uciec od tego wszyst­kiego. Stać się nie­ro­bem, który pali ma­ri­hu­anę i opo­wiada zmy­ślone hi­sto­rie obie­ży­świa­tom za coś do je­dze­nia. Zo­stać dzi­wa­kiem.

- Wiem. Ale nie jest pan je­dyną osobą, która zo­stała w ten spo­sób oszu­kana. Czy zwy­kle od­daje pan po­jazdy bez wcze­śniej­szego otrzy­ma­nia za­płaty?

- Nie, oczy­wi­ście, że nie.

- No wła­śnie. A tym ra­zem tak pan zro­bił. Ma pan jed­nak pełne prawo, by­śmy przy­jęli zgło­sze­nie. Chce pan, że­by­śmy to zro­bili?

- Ja... Hm, mu­szę się za­sta­no­wić. W ra­zie czego się ode­zwę.

Alex się roz­łą­cza, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Po­trze­buje pa­pie­ro­wej torby, która po­może mu zła­pać od­dech. Od­pala Spo­tify i łą­czy się z gło­śni­kiem. Klika Type O Ne­ga­tive i opada na krze­sło.

Wy­ciąga torbę, która przy­daje mu się w ta­kich sy­tu­acjach, i szybko przy­kłada ją do ust. Bas z gło­śnika ude­rza o ciało. Prze­peł­niony emo­cjo­nal­nym bó­lem tekst tra­fia mocno w serce. Tekst o naj­gor­szym cier­pie­niu.

Well I lo­ved my aunt - but she died

and my un­cle Lou - then he died

Alex my­śli o domu, który mogą stra­cić. O tym, że może stra­cić firmę, że jego pra­cow­nicy mogą stra­cić pracę, że kiedy to wszystko wyj­dzie na jaw, Jes­sica może chcieć roz­wodu. O tym, jak bar­dzo ma prze­je­bane.

I'm se­ar­ching for so­me­thing which can't be fo­und -

but I'm ho­ping I still dream of dad - tho­ugh he died

My­śli o Olegu, który pew­nie zjeż­dża z promu w Tal­li­nie. W nie­bie­skim audi R8. Oczami wy­ob­raźni wi­dzi ro­ze­śmia­nego i za­do­wo­lo­nego gang­stera.

Eve­ry­thing dies - Eve­ry­thing dies...

Rozdział 10

F?rdala, Tyresö

"Bę­dzie ide­al­nie!"

Jes­sica stoi w po­koju dzie­cię­cym i pla­nuje, co jesz­cze trzeba tu zro­bić. Wzięła prysz­nic, po­sma­ro­wała brzuch olej­kiem, który ma za­po­biec roz­stę­pom. Oczy­wi­ście do­stała go od Sus­sie.

Zwy­mio­to­wała całe śnia­da­nie, umyła zęby, zja­dła dru­gie śnia­da­nie i je też zwy­mio­to­wała. Po­ra­nek jak każdy inny w ostat­nim cza­sie. Czuje się, jakby miała w gar­dle sza­lo­nego jeża, który pró­buje zbu­do­wać gniazdo w ster­cie li­ści. Ten stan trwa u niej od dru­giego mie­siąca ciąży, choć wie, że u więk­szo­ści ko­biet to uczu­cie mija w miarę szybko. Na­dal czeka, aż jej przej­dzie, a zbliża się ter­min po­rodu. Zo­stały ja­kieś dwa ty­go­dnie, po­tem się od tego uwolni. I za­cznie się dla niej zu­peł­nie nowe ży­cie. Trzy nowe osoby, które będą tylko jej, któ­rymi bę­dzie mo­gła się opie­ko­wać, uczyć je i im po­ma­gać. I które będą jej po­trze­bo­wać.

Ale nie jest w pełni szczę­śliwa. Alex za­cho­wuje się tak, jakby stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, i choć Jes­sica wie, że jej mę­żem mio­tają sprzeczne uczu­cia - z jed­nej strony wiele spraw ba­ga­te­li­zuje, z dru­giej zaś mar­twi się dziw­nymi rze­czami - to tego ranka było w nim coś in­nego. Wi­działa to w jego twa­rzy, wy­da­wał się nie­obecny, ale w ja­kiś nowy spo­sób. Może ma to coś wspól­nego z tym, że nie­długo zo­sta­nie oj­cem, a może ma po pro­stu dużo pracy.

Sły­chać pik­nię­cie ko­mórki. To wia­do­mość na Mes­sen­ge­rze od Sus­sie: "Dziś trzeba sie­dzieć w domu. Na nie­bie za dużo chem­tra­il­sów, a wia­domo, w ja­kim je­steś sta­nie, i w ogóle. Prze­sy­łam świa­tło!!!".

Jes­sica po­trząsa głową. Za­nim za­szła w ciążę, pa­ra­noje Sus­sie wy­da­wały jej się tro­chę za­bawne, a tro­chę chore, ale wraz z ro­sną­cym brzu­chem jej sprze­ciw wo­bec teo­rii spi­sko­wych Sus­sie ła­god­nieje. Wie, że przy­ja­ciółka chce dla niej do­brze. A prze­cież fo­liar­skie wy­my­sły ni­komu nie szko­dzą, więc jej na to po­zwala. Nie­stety, wy­gląda na to, że ciąża Jes­siki to woda na młyn dla Sus­sie, je­śli cho­dzi o wy­naj­do­wa­nie no­wych spo­so­bów na za­kli­na­nie wszech­świata. Przy­cho­dzi ko­lejna wia­do­mość, w któ­rej przy­ja­ciółka po raz sześć­dzie­siąty czwarty błaga Jes­sicę, by ta pod żad­nym po­zo­rem nie wie­rzyła w pro­pa­gandę Cen­trum Zdro­wia Dziecka, że szcze­pionki są nie­szko­dliwe i do­bre dla wszyst­kich. Firmy far­ma­ceu­tyczne po­sia­dają ar­mię lob­by­stów i wma­wiają to le­ka­rzom, bo są czę­ścią spi­sku ma­ją­cego na celu uczy­nie­nie z lu­dzi po­słusz­nej i ła­twej do opa­no­wa­nia masy.

Jes­sica tłumi wes­tchnie­nie. Przy­jaźni się z Sus­sie od szó­stego roku ży­cia i na­uczyła się nie zwra­cać uwagi na jej dzi­wac­twa, bo to jedna z dwóch naj­bar­dziej lo­jal­nych osób, ja­kie spo­tkała w ży­ciu. Drugą jest Alex. Cho­ciaż róż­nią się od sie­bie tak bar­dzo, że cza­sem jej się wy­daje, że Sus­sie jest ko­smitą.

Jes­sica zdaje so­bie sprawę, że tak na­prawdę nie po­trafi zro­zu­mieć, przez co Alex prze­szedł. Więk­szość lu­dzi, do­świad­czyw­szy tego, o czym jej nie­chęt­nie i par­tiami opo­wie­dział, za­ła­ma­łaby się, stała wra­kami i to­nęła, aż tra­fi­łaby na dno. Ma w so­bie siłę, któ­rej Jes­sica nie ro­zu­mie, ale wie, że ją ko­cha. W trud­nych sy­tu­acjach staje się jakby ma­szyną, włą­cza wyż­szy bieg i to, co musi być zro­bione, po pro­stu zo­staje zro­bione. Uwiel­bia w nim to, że jest dla niej ni­czym siatka ase­ku­ra­cyjna, jaką mieli akro­baci w cyrku, do któ­rego cho­dziła jako dziecko. Ale mu tego nie mówi, żeby nie stał się za bar­dzo za­du­fany w so­bie.

Dzie­ciń­stwo Jes­siki, pa­trząc na nie z per­spek­tywy czasu, było nie­malże nudne. Wtedy nie zda­wała so­bie z tego sprawy, ale jej do­ra­sta­nie oka­zało się drogą bez wy­bo­jów, poza spo­ra­dycz­nymi przy­pad­kami, gdy za­ko­chi­wała się w ja­kimś nie­szczę­snym i nie­doj­rza­łym dupku. Żad­nych więk­szych traum, żad­nego znę­ca­nia się, nic, co by ją w ja­ki­kol­wiek spo­sób skrzyw­dziło. Miała do­bre ży­cie i wie, że po­ra­dzi­łaby so­bie, na­wet gdyby Alex ją zo­sta­wił. Jes­sica jest już na urlo­pie ma­cie­rzyń­skim, choć uwiel­bia swoją pracę jako sze­fowa mar­ke­tingu w sieci skle­pów z elek­tro­niką użyt­kową Au­dio­group. Za­ra­bia znacz­nie wię­cej od Aleksa, który nie za bar­dzo przej­muje się pie­niędzmi. Nie to co ona. Pie­nią­dze ozna­czają wol­ność, są też naj­lep­szym za­bez­pie­cze­niem przed stre­sem i pre­sją. W naj­gor­szym wy­padku za­wsze może po­wie­dzieć in­nym, żeby się pier­do­lili - uła­twia jej to ra­dze­nie so­bie ze wszyst­kimi więk­szymi i mniej­szymi kon­flik­tami w pracy. Wie, że w prze­ci­wień­stwie do in­nych może so­bie po­zwo­lić na to, by odejść i pie­przyć wszystko. Po­doba jej się ta prze­waga. A do tego może ku­po­wać rze­czy, na które ma ochotę - na to też nie na­rzeka. Te­raz, gdy jej pen­sja jest niż­sza niż wcze­śniej, ko­bieta musi bar­dziej po­le­gać na Alek­sie, a on musi się bar­dziej wy­si­lić.

Jes­sica jest to­wa­rzy­ska i opty­mi­styczna, uwiel­bia być wśród lu­dzi i im­pre­zo­wać, pod­czas gdy Alex woli sie­dzieć w domu i maj­stro­wać w ga­rażu, a do tego stale ma oko na to, co może pójść nie tak. Ow­szem, cza­sami bywa nudny, ale za to jest jej cał­ko­wi­cie od­dany, a dzięki drze­mią­cej w nim mocy ona czuje się przy nim bez­pieczna. Za­leży jej na tym, by wie­dzieć, gdzie jej part­ner prze­bywa w da­nej chwili, ale w przy­padku Aleksa to jak po­sia­da­nie ty­grysa w klatce.

- Chcesz wyjść, ma­lutka? - Jes­sica wy­pusz­cza suczkę Mimmi, która za­raz po wyj­ściu na ze­wnątrz ru­sza na traw­nik i sika.

Z psiaka nie ma więk­szego po­żytku, ale wy­star­czy jej, że jest. Jes­sica do­ce­nia jego to­wa­rzy­stwo, gdy Aleksa nie ma w domu. Męż­czy­zna mówi na Mimmi Mi­moza, ale prze­waż­nie tylko wtedy, gdy my­śli, że Jes­sica tego nie sły­szy. Może to jej wina, bo nie był przy niej, gdy pod­jęła de­cy­zję i ku­piła psa. Po pro­stu pew­nego dnia wró­ciła z Mimmi do domu. Pu­del kró­lew­ski, który nie jest strzy­żony, bo Jes­sica uważa, że dzięki temu wy­gląda ład­niej, tak jak stwo­rzyła go na­tura. Alex nie­na­wi­dzi Mimmi, chyba naj­bar­dziej za to, że kie­dyś na­si­kała do jed­nego z jego bar­dzo dro­gich bu­tów. Na myśl o tym Jes­sica się uśmie­cha. W pew­nym sen­sie był to cał­kiem nie­zły nu­mer. Jak oświad­cze­nie: ko­chaj mnie, a jak nie, to cze­kają cię kon­se­kwen­cje.

Mimmi wraca do domu i od razu wska­kuje na ka­napę. Wła­ści­wie oboje zga­dzają się co do tego, że nie wolno jej tego ro­bić, kiedy jed­nak Aleksa nie ma, Jes­sica zwy­kle nie za­wraca so­bie głowy, żeby prze­pę­dzać stam­tąd psa. Wkłada na sie­bie okropne, nie­fo­remne ubra­nia cią­żowe i czuje się jak ob­że­ra­jący się ze stresu ka­sza­lot. Wszystko robi po­woli, a brzuch za­wsze jej prze­szka­dza. Musi nim ko­ły­sać na boki, żeby móc cho­dzić, do tego roz­pacz­li­wie tę­skni za wszyst­kim, co za­wsze ro­biła. Jej wspa­niały, choć zde­cy­do­wa­nie za stary ro­wer gór­ski od mie­sięcy stoi w ga­rażu, tre­ningi z pa­ra­lot­nią i cross­fit to już senne mi­raże. Sta­rała się nie przy­brać za bar­dzo na wa­dze, wal­cząc z za­chcian­kami na słod­kie, ale oka­zało się to zu­peł­nie nie­moż­liwe, mimo że ćwi­czyła przez pra­wie całą ciążę. Wcze­śniej miała sze­ścio­pak na brzu­chu i do­ku­czała Alek­sowi, że on nie ma.

Wie, że cza­sem się go cze­pia i jest dla niego su­rowa, ale robi to dla jego do­bra. Jest prze­cież tylko męż­czy­zną.

Jes­sice udaje się wci­snąć z brzu­chem do ma­łego fiata 500 w wer­sji Gucci. Uwiel­bia tę kre­mo­wo­białą pe­rełkę z bor­do­wym da­chem, ale już dawno zdała so­bie sprawę, że wło­ski ze­spół pro­jek­tan­tów nie­ko­niecz­nie my­ślał o ko­bie­tach w ciąży jako gru­pie do­ce­lo­wej. Sa­mo­chód to pre­zent od Aleksa i Jes­sica do­brze wie, że głu­potą by­łoby go za­trzy­mać po uro­dze­niu tro­jacz­ków. Ale ma to gdzieś.

Po pod­ję­ciu de­cy­zji o dziecku przez po­nad trzy lata upra­wiali seks, gdzie po­pa­dło, aż do mo­mentu, gdy zdali so­bie sprawę, że po­trze­bują po­mocy. Po­tem przy­szedł czas na po­bie­ra­nie pró­bek, śle­dze­nie cy­kli i bzy­ka­nie się w od­po­wied­nim cza­sie. Na pewno nie był to ro­man­tyczny okres w ich ży­ciu. Po dru­gim za­płod­nie­niu in vi­tro Jes­sica w końcu za­szła w ciążę; wszyst­kie trzy za­rodki prze­żyły, co zda­rza się nie­zwy­kle rzadko. Jest szczę­śliwa mimo do­le­gli­wo­ści cią­żo­wych, ale im bli­żej po­rodu, tym bar­dziej uświa­da­mia so­bie, że ży­cie już ni­gdy nie bę­dzie ta­kie samo. Alex wy­raź­nie się de­ner­wuje, lecz za­myka się w so­bie, jak za­wsze, gdy sprawy za­czy­nają go prze­ra­stać. Być może dużo roz­my­śla o by­ciu oj­cem, ale z nią o tym nie roz­ma­wia.

Jes­sica bie­rze głę­boki od­dech, zwal­nia­jąc przed dwu­pię­tro­wym do­mem z czer­wo­nej ce­gły. Przed wej­ściem do ga­bi­netu Sus­sie ko­lejny raz głę­boko od­dy­cha. Spo­gląda na sto­per w te­le­fo­nie. Sie­dem­na­ście mi­nut i pięt­na­ście se­kund. Nowy re­kord. By­łaby gwiazdą wśród raj­dow­ców.

Gdy otwiera drzwi, Sus­sie jest za­jęta ukła­da­niem krysz­ta­łów na półce.

- Cześć, piękna.

- Wchodź szybko! - Sus­sie za­myka drzwi i scep­tycz­nie pa­trzy w niebo. Twarz jej pro­mie­nieje w mo­men­cie, gdy od­wraca się do Jes­siki, po czym nie­po­rad­nie ją przy­tula i ca­łuje w oba po­liczki.

- Znowu przy­je­cha­łaś au­tem?

Sus­sie wy­róż­nia się wśród lu­dzi. Jest jak jed­no­ro­żec wśród koni. Za­wsze nosi ko­lo­rowe ubra­nia, by wzmoc­nić swoją aurę. Kol­czyk w no­sie i ma­te­ria­łowe bran­so­letki na jed­nym nad­garstku, za­pewne z każ­dego hi­pi­sow­skiego zjazdu, na ja­kim była, a na dru­gim mnó­stwo bran­so­le­tek z ko­ra­li­ków. Alex mówi, że dźwięk ko­ra­li­ków ude­rza­ją­cych o sie­bie, gdy Sus­sie tań­czy lub z kimś roz­ma­wia, przy­po­mina od­głos roz­draż­nio­nego grze­chot­nika. Bo kiedy Sus­sie mówi, robi to ca­łym cia­łem.

- Tak jest. Mam też nowy re­kord - mówi Jes­sica, uno­sząc rękę w ge­ście zwy­cię­stwa.

- Nie po­win­naś jeź­dzić tak szybko, w za­sa­dzie w ogóle nie po­win­naś jeź­dzić au­tem w twoim sta­nie. A co poza tym?

- To co zwy­kle.

- Na­dal nie mo­żesz za­trzy­mać śnia­da­nia w żo­łądku?

- Nie tylko tego.

- Masz. Weź to - mówi Sus­sie i sta­wia przed nią małą pi­ra­midkę. Co za szka­radz­two. Wy­staje z tego ja­kiś ka­be­lek za­koń­czony gniaz­dem za­pal­niczki czy jak to się tam na­zywa.

- Co tym ra­zem wy­my­śli­łaś? I co mam z tym zro­bić?

Sus­sie pal­cem wska­zuje w górę.

- Pi­ra­mida two­rzy i emi­tuje ener­gię or­gonu, a du­chy po­wie­trza ją uwiel­biają. Gdy sa­mo­lot roz­pyli to swoje gówno, prze­strzeń nad tobą nie bę­dzie za­nie­czysz­czona. Mu­sisz zo­stać wo­jow­niczką or­gonu, dla do­bra dzieci. Chyba nie chcesz, że­by­śmy za­równo my, jak i twoje po­tom­stwo zmie­nili się w zom­bie z wy­pra­nymi mó­zgami? - Sus­sie zde­cy­do­wa­nym ru­chem głowy wska­zuje na pi­ra­midę.

- Wo­jow­niczka or­gonu? Bła­gam cię, Sus­sie, na­prawdę nie mam już na to siły...

- To dla do­bra dzieci. I two­jego.

- Okej, okej, będę tego uży­wać.

Wie, że i ta sza­lona za­bawka wy­lą­duje w szu­fla­dzie w sza­fie, tam gdzie reszta dur­not, które od lat do­staje od przy­ja­ciółki.

Sus­sie wy­ciąga ta­bliczkę cze­ko­lady i po­daje ją Jes­sice, która za­czyna się śmiać. Co­kol­wiek by mó­wić o Sus­sie, to na­prawdę jest miła i choć sama nie ma dzieci, do­sko­nale wie, czego po­trze­buje ko­bieta w ciąży. Po­mi­ja­jąc tę nie­wia­ry­god­nie brzydką pi­ra­midkę. Ale wszystko robi z mi­ło­ścią.

- Je­steś pie­przo­nym hi­pi­sem.

Jes­sica gra­moli się na ko­ze­tkę i po­ję­ku­jąc, kła­dzie się na boku.

- A ty sno­bem.

Sus­sie bie­rze ka­wa­łek cze­ko­lady i wkłada go do ust. Jest chuda jak pa­tyk i na­leży do osób, które mogą jeść wszystko, nie przy­bie­ra­jąc na wa­dze ani grama. Jes­sica tro­chę jej za to nie­na­wi­dzi, choć oczy­wi­ście i tak ją ko­cha.

- A co u Bruce'a Lee? - pyta Sus­sie, ma­su­jąc ra­miona Jes­siki.

- Prze­stań go tak na­zy­wać! On... Sama nie wiem. Wy­daje się tro­chę nie­obecny.

- Czyli bez zmian?

Jes­sica wkłada kostkę cze­ko­lady do ust i roz­pusz­cza ją na pod­nie­bie­niu. Dzięki temu bę­dzie się nią dłu­żej roz­ko­szo­wać. Uśmie­cha się i mówi:

- Tak, chyba można tak po­wie­dzieć. Wy­da­wało mi się, że się nie stre­suje, że bę­dzie miał dzieci, ale w ostat­nich dniach jest ja­kiś inny.

- Może cię zdra­dza albo tak na­prawdę jest płat­nym za­bójcą pra­cu­ją­cym dla służb bez­pie­czeń­stwa Säpo. Od dawna to po­wta­rzam - mówi Sus­sie i chi­cho­cze jak sroka.

Jes­sica po­trząsa z re­zy­gna­cją głową i roz­gląda się po ma­łym po­miesz­cze­niu, które sta­nowi część sklepu Wóz Słońca. Oprócz wszyst­kich moż­li­wych ne­wage'owych ga­dże­tów, ja­kie można so­bie wy­obra­zić, znaj­duje się tam rów­nież mały ga­bi­net, w któ­rym Sus­sie wy­ko­nuje prze­różne za­biegi. Za każ­dym ra­zem, gdy Jes­sica tu przy­cho­dzi, po­miesz­cze­nie wy­gląda ina­czej. Feng shui i ta­kie tam. Pach­nie ka­dzi­dłem, a po­nie­waż Sus­sie dzieli ten lo­kal z ta­tu­aży­stą, sły­chać tu iry­tu­jący, mo­no­tonny dźwięk na­rzę­dzia wtła­cza­ją­cego tusz pod czy­jąś skórę.

- Nie no, żar­to­wa­łam, Alex ni­gdy by cię nie zdra­dził. Je­śli cho­dzi na­to­miast o pracę dla Säpo, to pa­suje to do ko­goś spod znaku Skor­piona. Choć z dru­giej strony, je­ste­ście ja­kąś ano­ma­lią. Ty Ba­ran, on Skor­pion, a tak na­prawdę po­winno być na od­wrót. Ale cóż, na­wet wszech­świat miewa złe dni. - Chi­cho­cze, jed­no­cze­śnie ukła­da­jąc na brzu­chu Jes­siki pięć ciem­no­fio­le­to­wych krysz­ta­łów w taki spo­sób, że two­rzą wzór. Jes­sica zu­peł­nie nie wie­rzy w moc krysz­ta­łów, do­brze się jed­nak czuje, gdy Sus­sie tak tro­skli­wie się nią zaj­muje.

- O rany! - wy­krzy­kuje ko­bieta, gdy brzuch przy­ja­ciółki się po­ru­sza, a le­żący na nim krysz­tał spada na zie­mię. - Czy one tam w środku ćwi­czą kung-fu, czy co?

Sus­sie siada obok Jes­siki.

- Są­dzę, że tro­jaczki po pro­stu nie lu­bią krysz­ta­łów - mówi z szy­der­czym uśmie­chem Jes­sica, kła­dąc rękę na brzu­chu, żeby uspo­koić dzieci. Nie żeby to kie­dy­kol­wiek po­mo­gło.

- Pff, non­sens. Uwiel­biają je. Dzieci nie zdą­żyły wy­two­rzyć tych sa­mych me­cha­ni­zmów blo­ku­ją­cych na­tu­ralne ener­gie co do­ro­śli.

- Roz­my­śli­łam się - mówi Jes­sica, kła­dąc głowę na ko­la­nach Sus­sie, która za­czyna gła­dzić ją po wło­sach. - Czy ist­nieje przy­cisk co­fa­nia ciąży? - Bie­rze ka­wa­łek cze­ko­lady i stęka.

Sus­sie de­li­kat­nie prze­nosi głowę przy­ja­ciółki z ko­lan, wstaje i włą­cza ja­kąś in­dyj­ską mu­zykę. Jes­sica pró­buje się od­prę­żyć, ale za­czyna ją swę­dzieć kark. Alex. Wcze­śniej się tak nie za­cho­wy­wał. Coś go gry­zie, a ona chce wie­dzieć, o co cho­dzi.