Sztejer - Robert Foryś

-
Proszę czekać

 

Umarły Syn

- I -

Nazywam się Vincent Sztejer i zabijam dla srebra. To wszystko, co na razie powinniście o mnie wiedzieć.

Wierzchem dłoni otarłem pot z czoła i zmrużyłem oczy, wypatrując choćby najdrobniejszego poruszenia wody - śladu, że w głębinie czai się coś dużego. Na próżno.

Zacząłem już wątpić, czy wybrałem odpowiednie miejsce na zasadzkę. Takich uroczysk były tu dziesiątki, a teren łowiecki bestii ciągnął się zwykle do kilkunastu kilometrów w dół i w górę rzeki. Z drugiej strony przeczucie rzadko mnie zawodziło; no i jeszcze te ślady pazurów odkryte przy ujściu starorzecza. Oczywiście mogło to być coś innego: leśna hiena czy wudrułak, ślad pochodził sprzed kilku tygodni.

Zerknąłem na kozę przywiązaną do pnia wierzby zalegającego na płyciźnie. Łaciate, chude bydlę co jakiś czas szarpało sznurek zapętlony na rogach i spoglądało z pretensją na krzaki, które wybrałem na kryjówkę. Rozumiałem ją doskonale, mnie również ludzie często traktowali podle. Postanowiłem, że postaram się, aby wyszła z tej kabały w jednym kawałku.

Mieszkańcy osady z dużymi oporami zgodzili się, bym wziął ze sobą to zwierzę - w zamian próbowali wcisnąć mi niemowlę. Kozy są zbyt cenne, a większość malców i tak nie dożywa siódmego roku życia, zabijana przez choroby, głód lub potwory - choćby takie jak ten, na którego się tu zasadziłem. A tak przynajmniej jedno na coś się przyda.

Zwierzę jest jednak o wiele lepsze jako przynęta: w większości przypadków wcześniej niż ja wyczuje zbliżające się niebezpieczeństwo. Tak jak teraz - łaciata wydała z siebie krótki, rozpaczliwy bek.

Przyjrzawszy się uważniej wodzie, dostrzegłem zmarszczkę na zgniłozielonym kobiercu, tuż przy zwalonym pniu.

Kilka oddechów później toń poruszyła się i wyłonił się z niej płaski, bezwłosy łeb utopca. Dodatkowe powieki, chroniące oczy w głębinie, cofnęły się, odsłaniając niemal ludzkie źrenice. Bezduszne spojrzenie zatrzymało się przez chwilę na kozie szamoczącej się na postronku, po czym przesunęło się po porośniętym chaszczami brzegu zatoczki.

Z pewnością nie była to przezorność, utopce są na to za głupie. Zapewne ten osobnik był już po kolacji i pozostało czekać, aż znów poczuje apetyt.

I wtedy się wynurzył. Przemknąłem spojrzeniem po bladym, ociekającym wodą ciele. Pomyłka! To była ona.

Obwisłe piersi o małych brodawkach wskazywały, że nie jest to jej pora godowa. Wciąż była podobna do człowieka, choć cechy pozwalające żyć pod wodą były aż nadto widoczne. Pozbawiona owłosienia zielonkawa skóra, długie jak sztylety pazury wyrastające z połączonych błoną palców, skrzela po obu stronach szyi. Prawdziwa lalunia.

Zbliżyła się do ofiary, lekko zgarbiona, z obnażonymi kłami, ryjąc brzeg pazurami błonostóp.

Na ten widok łaciata dostała czegoś na kształt koziej apopleksji; nie było na co czekać, jeśli nie chciałem, by pękło jej serce.

Kładę palce na bliźniaczych cynglach dwururki i płynnie podnoszę się do strzału.

Z przyjemnością dostrzegam grymas zaskoczenia malujący się na płaskiej mordzie - nie napawam się długo, wystarczy mi kilka uderzeń serca.

Naciskam cyngle, celując w korpus. Z luf obrzyna pluje ogień i faszerowane siekańcami pociski przerabiają utopicę na krwawą padlinę.

W paru susach przedzieram się przez kłąb prochowego dymu, zatrzymując się na linii wody, po której rozlewa się nierówna szkarłatna plama.

To była jednak prosta robota.

Odkładam obrzyna i wyciągam nóż z pochwy zawieszonej u pasa. Długie na łokieć ostrze błyszczy w świetle zachodzącego słońca.

Nagle koza szarpie się na sznurku, jakby ugryzł ją giez, i wlepia oczy gdzieś za moje plecy.

Trzask łamanej gałęzi nie pozostawia wątpliwości - mam widownię.

Obracam się i tnę nożem na ukos, od góry w dół. Ostrze wbija się w chudą pierś, przechodząc między żebrami, i klinuje się aż po rękojeść, nie zatrzymując jednak szarżującej bestii. Impet ataku obala mnie na płyciznę. Zielona maź z bajora zalewa mi twarz, zalepia oczy, wdziera się do ust.

Odruchowo zasłaniam ręką krtań. Ostre kły zaciskają się na moim przedramieniu, przebijają skórę i mięśnie, zatrzymując się na kości. Jednocześnie grube pazury sięgają tułowia.

Skupiam się na obronie gardła, wolną dłonią szarpiąc nóż; na próżno, ostrze zaklinowało się na dobre.

Puszczam rękojeść, podnoszę rękę i wbijam kciuk w jedno ze ślepi bestii, tuż przy kąciku, tam gdzie widać skrawek wewnętrznej powieki. Przebita gałka pęka z wilgotnym plaśnięciem.

Rybojeb piszczy z bólu i rozluźnia szczęki, wykorzystuję okazję, by oswobodzić rękę, i dwa razy walę łokciem w płaski łeb, aż stwór stacza się ze mnie, bijąc błoniastymi stopami o ziemię.

Napinam mięśnie brzucha i ignorując ból, podnoszę się na kolana. Co dziwne, utopiec nie ucieka, choć jedną łapę ma bezwładną, podrywa się niemal równocześnie ze mną, gotów do dalszej walki.

Dopadamy do siebie. Bestia uderza sprawną ręką, celując pazurami w moją twarz. Blokuję cios przedramieniem i z całej siły walę pięścią w jądra, skryte w wilgotnych fałdach pachwin. Trafiam bez pudła. Rybojeb pada na kolana jak ścięty, odsłaniając przy okazji imponujący zestaw zębów. Wykorzystując moment przewagi, poprawiam z kolana w rachityczny nos, dokumentnie rozpłaszczając potwora na ziemi.

Teraz jest już mój i wie o tym.

W wodnistym ślepiu nie dostrzegam głodu... tylko czystą nienawiść, i to mnie zaskakuje. Nie powinien tak patrzeć, nie tak po ludzku. W ogóle, do chuja, nie powinno go tu być, samica nie była przecież płodna.

Jeśli czegoś nie rozumiesz, zabij to - to prosta zasada, którą wpajano nam w klasztorze. Lubię proste zasady.

Z impetem opuszczam podeszwę buta na odsłoniętą szyję. Rozlega się trzask łamanych kręgów i oślizgły łeb opada bezwładnie pod nienaturalnym kątem.

Zaciskam pięści i rozglądam się za kolejnym członkiem rodzinki - dziś nic mnie już nie zdziwi. Chwalić Najświętszą Panią, teren jest czysty. I dobrze, za kilkanaście minut nadejdzie gorączka, a potem drgawki.

Wpierw muszę zadbać o trofeum, w końcu po to tu jestem. Obejmuję wzrokiem dwa truchła i uśmiecham się zadowolony. Miałem dostać sto marek za łeb utopca, teraz mam dwa.

Człowiek nigdy nie wie, kiedy przytrafi mu się szczęśliwy dzień.

Koza szła za mną niczym wierny psiak, co chwila zerkając nerwowo na boki. Szczęśliwie do dłubanki nie mieliśmy daleko, ukryłem ją w pobliżu ujścia kanału łączącego starorzecze z rzeką. Siatka maskująca i grube płaty mchu sprawiały, że na pierwszy rzut oka mogła uchodzić za dawno powalony pień.

Niby na takim odludziu nie powinno być amatorów cudzej własności, ale nigdy nic nie wiadomo. W przypadku utraty dłubanki musiałbym wędrować przez puszczę, a to nigdy nie było bezpieczne.

Zwinąłem i zapakowałem siatkę maskującą, następnie zepchnąłem łódkę na wodę. Łaciata wskoczyła do środka bez poganiania. Mądre bydlę, trzeba przyznać. Byłby z niej dobry towarzysz podróży - ale kto wynajmie faceta od mokrej roboty łażącego z kozą u boku?

Czując, że dopadają mnie pierwsze dreszcze, przekroczyłem niską burtę i usadowiłem się na siedzisku. Podniosłem wiosło o pojedynczym piórze i zabrałem się energicznie do wiosłowania; nie miałem wiele czasu, nim dopadnie mnie gorączka.

Opuściłem kanał starorzecza, wypłynąłem na środek rzeki i pozwoliłem nieść się leniwemu nurtowi. Korzystając z okazji, obejrzałem obrażenia zadane mi przez rybojeba. Głębokie rany po pazurach, choć na pierwszy rzut oka wyglądały paskudnie, nie stanowiły dla mnie żadnego zagrożenia; bardziej martwiło mnie ugryzienie. Tam, gdzie kły przebiły skórę i mięśnie, pokazały się pierwsze oznaki zakażenia.

To czyni utopce tak groźnymi, że inne potwory czy drapieżnicy unikają ich jak ognia. Wystarczy jedno ugryzienie i większość stworzeń zdycha po kilku dniach. W klasztorze uczono nas, że ma to związek z ich śliną, w której żyją niewidoczne dla oka robaczki. Jakakolwiek by była przyczyna, czekała mnie koszmarna noc.

Odszukałem w sakwie z ziołami odpowiedni specyfik, rozmoczyłem w wodzie i nałożyłem papkę na rany.

Nieuchronnie zbliżał się zmrok. Musiałem szybko znaleźć miejsce na nocleg, nie chciałem, by ciemności zastały mnie na wodzie. Nigdy nie wiadomo, jakie paskudztwo czai się w odmętach.

Stara puszcza migotała niezliczonymi cieniami rzucanymi przez konary wiekowych drzew, głównie cedrów, klonów, dębów i jesionów. W tej okolicy drzew iglastych niemal się nie spotykało, najbliższe takie lasy można było znaleźć nad Morzem Niewolniczym w okolicach Bursztynu. Wiele drzew, zwłaszcza tych najstarszych, o monstrualnych kształtach, miało podwójne lub potrójne pnie i makabrycznie powykręcane konary.

Te równiny w wyniku Zagłady zostały szczególnie zniszczone; straszliwa broń użyta podczas walk skaziła w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób to, co przetrwało - rośliny, zwierzęta i ludzi.

Przypuszczam, że w klasztorach wiedzieli na ten temat więcej, ale nigdy o tym nie mówiono. Być może prawda była zbyt straszna.

Nocowanie w tym gąszczu nie byłoby mądrą decyzją, nie w moim obecnym stanie: z gorączką i ciałem trzęsącym się w febrze. Chwalić Panią, w mroku wypatrzyłem wysepkę: niewielki kawałek skały pośrodku rzeki, więc pokonując mdlejące mięśnie, zdobyłem się na ostatni wysiłek. Nurt w tym miejscu był szeroki na jakieś pięćdziesiąt metrów, spokojny, pozbawiony wirów, kilkanaście mocnych pociągnięć wiosłem wystarczyło, aby dziób dłubanki uderzył o skaliste podłoże.

Walcząc z narastającą słabością, przywiązałem łódkę sznurem do krzaka. Zabrałem derkę, obrzyna i jagathan, a potem, słaniając się na nogach, ruszyłem ku wysokiej skale tworzącej trzon wysepki. Znalazłem tam wnękę, ledwie okap zawieszony nad głową.

Wiedziałem, że powinienem rozpalić ogień, lecz nie miałem już na to sił. Osunąłem się na ziemię, a resztki energii przeznaczyłem na okręcenie się derką.

Noc była upalna, a ja trząsłem się, jakbym stał nago na mrozie.

Nim zemdlałem, ułożyłem broń tak, by móc jej natychmiast użyć, choć wiedziałem, że mam tyle siły, co niemowlę.

Wspomniałem wam już, że potwory je uwielbiają?

Potem zapadła ciemność.

Obudziło mnie gdakanie jakiegoś pełnego optymizmu ptaka.

Koszule i spodnie miałem mokre od potu, czułem się jednak o wiele lepiej. Gorączka, dreszcze i uczucie zamroczenia przeszły bez śladu.

Ciężko mnie zabić, to jeden z powodów, dla których ludzie traktowali mnie jak odmieńca - nie on jednak był najważniejszy.

Odepchnąłem obrzydliwe wspomnienia i podniosłem się na równe nogi.

Obejrzałem obrażenia zadane mi przez rybojeba. Ślady po pazurach zaczęły się już zrastać: dzięki maści i moim zdolnościom regeneracyjnym nie wdało się zakażenie. Jeśli chodzi o rękę, też nie było źle: opuchlizna zeszła niemal całkowicie i choć poruszanie palcami wciąż sprawiało mi ból, dłoń była sprawna. Na szczęście utopce nie mają tak silnych szczęk jak na przykład ghule - te potrafią zmiażdżyć zębami kość udową - nie potrzebują tego; zwykle dopadają ofiarę w wodzie, wciągają w toń i czekają, aż ta się utopi.

Koza przywitała mnie wdzięcznym beknięciem. Gdy tylko wyszedłem spod skalnego nawisu, zaczęła ocierać się o moje nogi i spoglądać na mnie tak jakoś dziwnie, nie po koziemu.

Kto wie co w tych odludnych osadach robią wieczorami kmiecie?

Poczułem wściekłe ściskanie w żołądku, jak zawsze, gdy mój organizm odzyskiwał siły. Postanowiłem rozejrzeć się za śniadaniem. Najpewniejszą opcją było złowienie ryby lub żółwia błotnego. Zauważyłem jednak ptaka siedzącego na skalnym występie. Wyglądał jak połączenie koguta i bażanta, całkiem spory i chyba niezbyt dobrze latający. To on wydawał to obrzydliwie radosne gdakanie. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego gatunku. Choć od Zagłady minęły setki lat, wśród roślin, zwierząt i ludzi wciąż pojawiały się nowe mutacje.

Kurak patrzył na mnie bez strachu czarnymi paciorkami oczu, przechylając małą główkę z czerwonym grzebieniem, jakby po raz pierwszy widział takie dwunożne dziwadło.

Spojrzałem pod mokasyny. Kamieni tu nie brakowało. Bardzo powoli, by nie spłoszyć śniadania, ukucnąłem, wymacałem odpowiedni i cisnąłem w ufne ptaszysko.

Zawsze miałem celne oko i parę w łapie.

Siedząc przy ognisku i opiekając kuraka, doszedłem do wniosku, że ta mutacja raczej się nie przyjmie.

Gdy skończyłem ogryzać kostki, poczułem przypływ optymizmu. Postanowiłem wziąć kąpiel. Wpierw jednak należało zadbać o broń.

Sięgnąłem po leżący przy udzie jagathan. Wysunąłem klingę z drewnianej, obciągniętej skórą pochwy. Wąskie ostrze zalśniło w porannym słońcu: doskonałe do fechtunku jak szabla, a jednocześnie poręczne w pchnięciach sztychem jak miecz.

Następnie przeczyściłem krótką dwururkę z resztek czarnego prochu osiadłego w lufie i komorze nabojowej. Była to solidna, niezawodna broń ładowana wielkokalibrowymi pociskami. Główną jej wadą była niska celność - maksymalnie do czterdziestu kroków, jednak nawet pojedynczy pocisk zabijał większość znanych mi potworów, że o ludziach nie wspomnę.

Dobyłem z juków metalowe pudełko. Wewnątrz były naboje, leżały w oddzielnych przegródkach: ołów na ludzi, a srebro i złoto na potwory.

Policzyłem naboje, pozostało trzynaście sztuk, w tym tylko dwa złote i trzy srebrne.

Skrzywiłem się na myśl o czekającej mnie wizycie w Piołunie - jak w każdym z większych miast i tam było Opactwo. Wprawdzie od mojej dezercji z Czarnej Gwardii minęło już kilkanaście lat, lecz nie wątpiłem, że podobizny z moją zakazaną gębą wysłano do wszystkich Ojców Protektorów od Morza Niewolniczego aż po wielkie góry na południu - z napisem: poszukiwany żywy lub martwy, ze wskazaniem na to drugie.

Niestety, nie miałem wyjścia, tylko tam mogłem zdobyć amunicję i wydać ciężko zarobione pieniądze.

Zrzuciłem ubranie. Z przyjemnością zanurzyłem się w chłodnej wodzie, dbając, by jagathan i obrzyn były na wyciągnięcie ręki.

Po kąpieli wyprałem ubranie i jeszcze mokre założyłem. Wiedziałem, że szybko wyschnie, niedawno minęła pora deszczowa i z każdym dniem robiło się cieplej.

Wyciągnąłem z worka mapę i ołówek, zaznaczyłem wyspę - mogła się jeszcze kiedyś przydać. Gdy wróciłem do łodzi, koza stała już na dziobie niczym jedna z tych figur, jakie przyozdabiają statki Jegierów pływające po Morzu Niewolniczym.

Przywitała mnie radosnym beczeniem. Chyba lubiła przygody?

Załadowałem do dłubanki skromny ekwipunek i odbiłem od wysepki. W osadzie powinienem być przed południem.

Na miejsce dotarłem zgodnie z przewidywaniami. Nim jeszcze ujrzałem słomiane dachy chałup, powitał mnie krzyk dzieci bawiących się nad wodą. Było to oczywiste igranie z losem, ale dzieciaki są wszędzie takie same - myślą, że są nieśmiertelne. Niektórym ta wada pozostaje w dorosłym życiu.

Dopłynąłem do przystani, uwiązałem dłubankę przy pomoście i wyszedłem na brzeg, zabierając ze sobą wszelką broń, jaką miałem, oraz worek, w którym trzymałem trofea.

Pożegnałem kozę pieszczotliwym klepnięciem w łeb, po czym udałem się w kierunku głównej bramy, umieszczonej w całkiem solidnym ostrokole.

Okolica nie była bezpieczna, pojawiali się tu handlarze niewolników zdążający do Piołunu. W dzisiejszych czasach różnica między uczciwym kupcem a piratem była raczej płynna i jeśli osada była źle strzeżona, jej mieszkańcy lądowali na targu. Z tej też przyczyny podejście pod bramę było tak skonstruowane, aby potencjalni napastnicy musieli przejść kilkadziesiąt kroków wzdłuż obwarowań, narażając się na ostrzał obrońców.

Przez otwartą bramę przeszedłem bez problemów. Trzech miejscowych strażników odsunęło się na bok, jakbym przynosił ze sobą zarazę.

Ruszyłem szeroką ulicą wiodącą na główny plac osady, mijając długie drewniane domy zamieszkałe przez całe rody. W tej dziczy rodzina jest wszystkim. Człowiek bez wsparcia rodu miał w zasadzie trzy wyjścia: kurewstwo, żołnierkę lub klasztor, inaczej szybko zostawał niewolnikiem lub trupem.

Wkroczyłem na wypełniony ludźmi plac, minąłem obszerną kapliczkę poświęconą Pani. Znak, że osadę zamieszkują dobrzy Marianie.

Niektórzy z tych dobrych ludzi mieli w rękach siekiery, włócznie, a dostrzegłem nawet dwa prymitywne samopały. Chyba nie spodziewali się, że wrócę, i nie wyglądali na szczęśliwych z tego powodu. Było mi to obojętne - już dawno przestałem liczyć na ludzką wdzięczność.

Wolną ręką odchyliłem połę płaszcza, pokazując gapiom imponujący zestaw taszczonej przeze mnie broni.

Przetoczyłem spojrzeniem po tłumie, dłużej zatrzymując wzrok na twarzach uzbrojonych mężczyzn. Żaden nie sprostał mi dłużej niż kilka oddechów. Tacy jak ja zawsze budzili strach zwykłych ludzi.

Odegrawszy rolę największego łobuza we wsi, skierowałem się do najokazalszego budynku w osadzie: piętrowego, z dachem krytym gontem i szybami w oknach. Szczyt luksusu, zważywszy na taką wiochę.

Wszedłem bez pukania. Wójt czekał na mnie, rozparty na wielkim krześle. Był to postawny mąż o brzuszysku wylewającym się zza szerokiego pasa. Potężne bary i zwalista sylwetka jasno wskazywały, że nim utuczył się na urzędzie, był z niego silny mężczyzna.

Czujne oczka wpiły się we mnie znad pulchnych, pokrytych siateczką żyłek policzków.

W wielkich dłoniach trzymał srebrny kielich, jakby chciał mi pokazać, że nie ma złych zamiarów. Zacząłem wierzyć, że tym razem nikogo nie zabiję. Nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało, ale zawsze to jakaś odmiana.

Jeśli tak będzie, to jeszcze dziś zapalę świeczkę przed obrazem Pani.

Rozejrzałem się po obszernym pomieszczeniu. Na ścianach wisiały skóry, a pod nimi ustawiono wielkie kufry. Dziesięć kroków przed półtronem stały stół i zydel, przeznaczone dla mnie. Drugie drzwi prowadzące do sypialni były uchylone. Poczułem lekkie ukłucie niepokoju.

Podszedłem do stołu, jednak nie usiadłem. Są przecież jakieś granice zaufania w interesach.

Przez krótką chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, po czym Llaf Mierlke spojrzał na poplamiony krwią worek.

- A więc udało ci się - rzekł niezbyt lotnie. - Ciężko było?

- Bywało gorzej - odparłem zgodnie z prawdą.

- Napijesz się miodu? - zaproponował po przyjacielsku.

- Chętnie.

Na te słowa drzwi prowadzące do sypialni otworzyły się szerzej i wyszła przez nie młoda, czarnowłosa dziewczyna, niosąc dzban i kielich. Sukienka z lnu obrysowywała zgrabną figurę, stymulując moją wyobraźnię. Na przedramieniu nosiła piętno niewolnicy. Zbliżyła się do mnie, postawiła cynowy kubek na blacie. Gdy pochyliła się przy nalewaniu złocistego trunku, pełne piersi naparły na cienki materiał.

Patrzyłem jak zahipnotyzowany: nie miałem kobiety od trzech miesięcy.

Młódka wyprostowała plecy i uchwyciłem spojrzenie wielkich czarnych oczu. Czaił się w nich strach. Nic więcej nie wypatrzyłem, gdyż pospiesznie spuściła wzrok i podeszła do swego pana.

Od tyłu była równie pociągająca jak z przodu.

Napełniwszy kielich trzymany przez wójta, niewolnica zniknęła za drzwiami sypialni. Dopiero wówczas odkleiłem wzrok od kształtnego tyłeczka.

Nie spieszyłem się z zamoczeniem ust: nie żeby mnie nie suszyło, ale już kilka razy próbowano mnie otruć. To uczy ostrożności.

- Wasze zdrowie - rzekłem przyjaznym tonem.

Oblicze gospodarza rozciągnął fałszywy uśmiech. Uniósł kielich i ostentacyjne wychylił jego zawartość do dna, co udowodnił, pokazując mi puste naczynie.

Poszedłem w ślad za wójtem i również osuszyłem kubek.

To tyle, jeśli chodzi o kurtuazję.

Odstawiłem naczynie i sięgnąłem po worek z trofeami, otworzyłem go i bezceremonialnie wysypałem na blat dwa łby. Oblicze wójta wydłużyło się pod wpływem zaskoczenia. Trzeba mu przyznać, że szybko się opanował. Gdy uniósł wzrok, na tłustą gębę wypłynęła wojownicza zaciętość.

- Umówiliśmy się tylko na jednego - powiedział zapalczywie.

Moje nadzieje na spokojne załatwienie sprawy uleciały jak powietrze z przebitego świńskiego pęcherza.

Uniosłem brew, udając zdziwienie.

- To była para - wyjaśniłem uprzejmie. - Gdybym zabił tylko jednego, wciąż miałbyś na karku drugiego rybojeba, i to porządnie wkurzonego.

Llaf Mierlke nie wyglądał na przekonanego. Wysunął bojowo szczękę, co wypadło żałośnie przy jego podwójnym podbródku.

- Masz mnie, kurwa, za przygłupa - parsknął wściekle, potrząsając przy tym wojowniczo pięścią. - O tej porze roku utopce nie łączą się w pary.

Wzruszyłem ramionami, nie chciało mi się tłumaczyć tłuściochowi tego, co ujrzałem w oczach potwora. W klasztorze wpojono mi, że czyny są ważniejsze niż słowa, przeto od niechcenia sięgnąłem po obrzyna, spoczywającego w pochwie umocowanej przy biodrze, i położyłem go na stole, z lufami skierowanymi w stronę rozmówcy.

- Widocznie się kochali - podpowiedziałem chłodnym tonem.

Wójt zastygł w bezruchu, świdrując mnie gniewnymi oczkami.

- Jeśli mnie zabijesz, nie wypłyniesz stąd żywy - stwierdził z przekonaniem i spojrzał wymownie w okno.

Wiedziałem, co też ma na myśli. W tego rodzaju osadach wszyscy są spokrewnieni. Właściwie to jeden klan podzielony na kilka rodów. Gdybym zabił ich przywódcę w jego własnym domu, okryłbym hańbą całą społeczność, a nie ma nic gorszego niż plama na honorze klanu.

Wzruszyłem ramionami z wystudiowaną obojętnością.

- Zapłacisz albo ci na zewnątrz będą musieli poszukać sobie nowego wójta, oczywiście ci, co przeżyją - dodałem z wilczym uśmiechem.

Przechwałka nieco na wyrost, gdyż zostało mi niewiele nabojów, ale on przecież o tym nie wiedział.

Wójt opuścił wzrok na obrzyna i przez chwilę wpatrywał się w wielkokalibrowe lufy.

Oblizał koniuszkiem języka dolną wargę i zerknął w stronę drzwi, za którymi zniknęła niewolnica.

Reaguję instynktownie: przewrót przez bark, podrywam się na nogi i skaczę do uchylonych drzwi. Kopię z całej siły, blokując lufę, która pojawiła się nagle w prześwicie, chwytam ją lewą ręką, ciągnę w górę i do siebie. Wolną dłonią wyszarpuję jagathan i płynnie pcham klingą w lukę tuż pod lufą. Wyraźnie wyczuwam moment, gdy ostrze rozcina miękkie ciało. Tego wrażenia nie da się pomylić z żadnym innym.

Jęk za drzwiami. Chwyt na drugim końcu rusznicy słabnie, szarpię samopał i rzucam na podłogę. Łapię za krawędź drzwi i otwieram na oścież, wyciągając jednocześnie klingę i gotując się do zadania kolejnego pchnięcia.

Bez potrzeby.

Czas i przestrzeń wokół mnie powróciły na normalne tryby. Tylko serce waliło niczym miechy w kuźni, a krew pulsowała w nabrzmiałych mięśniach i żyłach.

Zobaczyłem, jak niefortunny zamachowiec pada na kolana i chwyta się dłońmi za brzuch, usiłując zatamować wyciekającą krew.

Na przedramieniu miał wypalone niewolnicze piętno.

Z jego oczu wyzierał szok. Wiedziałem, że za chwilę zacznie wyć. Rany brzucha są bardzo bolesne, choć człowiek może żyć z nimi i kilka dni.

On nie miał tyle czasu.

Ciąłem krótko, celując w tętnicę. Fontanna krwi uderzyła w podłogę rwanymi chluśnięciami.

Dopiero wówczas spojrzałem na dziewczynę. Siedziała skulona w rogu wielkiego łoża, wpatrując się w umierającego człowieka. W wielkich czarnych oczach malowało się przerażenie i coś jeszcze, czego nie potrafiłem odgadnąć.

Zamknąłem drzwi i wróciłem do stołu. Wójt przez cały ten czas nawet nie drgnął, co dobrze świadczyło o jego rozumie.

- A więc to prawda, co o was mówią - w jego głosie brzmiał niechętny podziw. - Nie myślałem, że można być tak szybkim - doprecyzował po kilku oddechach.

Czyli jednak wiedział, kim jestem. Poczułem do niego coś w rodzaju sympatii. Mógł donieść o mnie braciszkom, a jednak sam spróbował załatwić sprawę. Rzecz jasna, uczynił to z czystego rozsądku.

Już za pierwszym razem, gdy zjawiłem się w osadzie, zorientowałem się, że nie mają tu własnego Ojca Głosiciela, a zatem dziesięć procent wszelkich dóbr zostawało w skrzyniach wójta i mieszkańców.

Na Wschodzie wpływy klasztorów nie były tak dominujące jak za Wrzącą, choć tutejsi ludzie również wyznawali kult Pani. W takich przypadkach zdarzało się, że najbliższy klasztor przysyłał Ojca Głosiciela w towarzystwie drużyny Zaprzysiężonych - elitarnego oddziału klasztornych wojowników - by ten zaopiekował się zbłąkanymi owieczkami.

Jako że sam również nie chciałem spotkać dawnych towarzyszy broni, wybaczyłem tłuściochowi niefortunny incydent sprzed chwili; ostatecznie dwieście marek w srebrze to pokaźna suma. Każdy mógł ulec pokusie.

Na szczęście wójt nie mógł słyszeć tych myśli. Pucołowatą twarz wykrzywiał gorzki grymas strachu. Mierlke podniósł zad z krzesła i ciężkim, posuwistym krokiem podszedł do jednego z kufrów - tego wyglądającego najsolidniej.

Wyjął klucz z kieszeni, wsadził w otwór zamka i przekręcił.

Nie sądziłem, że poważy się na jakieś głupstwo, ale dla pewności podniosłem obrzyna z blatu i wycelowałem w szerokie plecy.

Wójt obrzucił mnie posępnym spojrzeniem, po czym sięgnął do środka, chwilę poszperał i wyciągnął dwie solidnie napchane sakwy. Jedna była wyraźnie mniejsza od drugiej.

- Sto marek w srebrze i jeszcze pięćdziesiąt - rzekł z wyraźnym bólem w głosie.

Poczułem, jak opada mi szczęka. Stary łobuz jeszcze się targował.

- Po sto od łba to razem dwieście, chyba że w tych stronach jest inaczej? - warknąłem.

Tłuścioch zerknął w przepastne tunele luf. O dziwo, na jego twarz powróciło uprzednie zacięcie.

- Nie mam tyle srebra, to nie Piołun, do cholery - warknął. - Chyba że chcesz taszczyć worki z miedziakami - dodał, wskazując na pozostałe kufry - albo skóry.

Wykrzywiłem usta. Nie uśmiechało mi się wiosłować z dodatkowym obciążeniem.

- Co możesz dać w zamian? - zapytałem, choć obaj znaliśmy odpowiedź.

- Niewolnice do łoża, póki tu zostaniesz, kwaterunek, wyżywienie i co znajdziesz u naszych rzemieślników - wyliczył.

Zastanowiłem się. Propozycja nie była taka zła. Zwłaszcza pierwsza jej część.

- Odpoczniesz, rany zaleczysz - zachęcił wójt i wskazał na poplamione juchą, postrzępione przez pazury koszulę i płaszcz. - Wokół osady jest trochę siół, może kto wynajmie cię do roboty. W głębi puszczy potworów nie brakuje.

- Na ile czasu ta gościna?

Wójt potarł z namysłem podwójny podbródek.

- Do kolejnego nowiu.

Propozycja była uczciwa i przypadła mi do gustu.

- Potwierdzicie, wójcie, tę umowę pod przysięgą przed obliczem Pani wraz z wszystkimi mieszkańcami - upewniłem się.

- Potwierdzę i inni też tak uczynią.

Skinąłem głową zadowolony.

- Co do dziewki, to chcę tamtą. - Wskazałem ruchem głowy na sypialnię.

Oblicze wójta wykrzywił bolesny grymas.

- To moja ulubiona, zamiast niej dam ci dwie inne.

Aż tak to go nie polubiłem.

- Chcę tę - stwierdziłem tonem sugerującym, że ta kwestia nie podlega negocjacjom.

Zacisnął szczęki, przez co jego policzki lekko się zatrzęsły.

- Zgoda - wycedził, obrzucając mnie złym wzrokiem. - Gdzie się zatrzymasz?

- W gospodzie, przyślij ją do mnie jeszcze przed zmierzchem.

Nie zwracając więcej uwagi na jego ponurą minę, zgarnąłem srebro i ruszyłem do wyjścia, na wszelki wypadek trzymając odbezpieczonego obrzyna w dłoni.

Na dworze przywitał mnie milczący tłum. Spojrzenia wszystkich gapiów kierowały się ku sakwom w mojej dłoni. Wnioskując po wyrazie zaskoczenia malującym się na poniektórych twarzach, chyba się nie spodziewali, że pójdzie mi tak łatwo. Obdarzyłem tych dobrych ludzi moim najprzyjaźniejszym uśmiechem. Ostatecznie przez kilka najbliższych niedziel miałem wypoczywać tu na ich koszt.

COPYRIGHT ? by Robert ForyśCOPYRIGHT ? by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2010

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-872-7

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT ORAZ RAFIKA NA OKŁADCE Piotr Cieśliński

ILUSTRACJE Dominik Broniek

REDAKCJA Dorota Pacyńska

KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Bogusław Byrski

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI Dariusz Haponiuk

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl