Sztejer 2 - Robert Foryś

-
Proszę czekać

 

Prosta robota

 

A kto umarł, ten nie żyje. Tak mówią.

Kto tak twierdzi, nigdy nie stał naprzeciw szarżującego umarlaka. Ten wyskoczył z mroku, sadząc wielkie susy w moją stronę. Był wielki jak byk, a w ręku trzymał miecz. Pordzewiała kolczuga okrywająca jego tułów pobrzękiwała w dusznej ciszy grobowca.

Obrzyn niemal sam wskoczył w moją dłoń. Bliźniacze lufy plunęły ogniem i ołowiem. Siła odrzutu wbiła mi kolbę w biceps, tak że z trudem utrzymałem broń w rękach.

Umrzyk grzmotnął o ziemię i przekoziołkował dwa razy, nim wyciągnął się jak długi. Zwykle dwa pociski z obrzyna wystarczają, by przerobić każdego na mączkę kostną. Tyle że na umarlaka to za mało. Sztuką jest obalić stwora i dokończyć sprawę, póki ten nie dojdzie do siebie.

Wetknąłem dwururkę w futerał umocowany na biodrze, dobywając jednocześnie jagathana, tkwiącego w pochwie zawieszonej ukośnie na plecach. W trzech susach dopadłem powalonego martwiaka i ciąłem od góry, celując tak, by odrąbać mu łeb.

Miecz miga w mym ręku jak błyskawica i... dzwoni metalicznie o klingę oręża potwora. Nie mam czasu na zdziwienie, umarlak przetacza się przez bok i znów stoi na nogach, gotów do walki.

Okrążam monstrum, depcząc buciorami porozrzucane objedzone ludzkie kości. Słyszałem pogłoski, że przez wiele miesięcy z polecenia królowej Theodory do katakumb wrzucano kalekie dzieci i skazańców. Dlatego umarlak jest tak wytrzymały, szybki i silny.

Ludzie nie potrafią poradzić sobie ze śmiercią bliskiej osoby i potem wynikają z tego same kłopoty. Choćby taki jak ten.

Ścierwojad nie kwapi się z ponownym atakiem, świadectwo, że pod hełmem miał coś więcej niż wysuszony mózg. Głęboko zapadnięte oczy wpatrują się we mnie bacznie, śledząc każde moje poruszenie. Czeka, aż wykonam fałszywy ruch. Wie, że będę chciał dobrać się do jego głowy.

Nie spuszczając wzroku z wycelowanego we mnie długiego miecza, wyprowadzam cios na szyję. Umarlak go paruje, a kontratak niemal rozcina mi skroń. Robię piruet i odskakuję, klnąc w myślach głupców, którzy pochowali króla wraz z mieczem i zbroją, nie sprawdziwszy wpierw, co go zabiło.

Nacieram drugi i trzeci raz, z podobnie marnym skutkiem. Zza połamanych zębów ścierwojada wydobywa się drwiący, hieni śmiech.

Chce mnie sprowokować i, na Najświętszą Panią! udaje mu się to. Skaczę nań, a moje ścięgna i mięśnie pracują jak naoliwione sprężyny. Monstrum próbuje odeprzeć atak, tyle że tym razem nie celuję w szyję. Jagathan śmiga w ciemności i trafia w rękę trzymającą miecz. Ostra jak brzytwa klinga rozcina pordzewiałą kolczugę, odcinając dłoń, która zawisa bezwładnie na wysuszonym ścięgnie.

Oręż martwiaka uderza z wibrującym dźwiękiem o kamienne płyty w tym samym momencie, gdy ląduję na zgiętych nogach. Kończąc sekwencję, wbijam jagathan w kolano, ścinając potwora z nóg. Obrót, uwalniam miecz i jestem za jego plecami. Jest mój. Wystarczy tylko ciąć w odsłonięty, pokryty gąbczastą naroślą kark.

Zamiast tego solidnym kopniakiem posłałem ścierwo na brzuch. Opadłem całym ciężarem ciała, wbijając kolana pod łopatki mutanta, i zerwałem hełm z jego głowy. Czaszkę mężczyzny pokrywała gąbczasta narośl sięgająca uszu i nozdrzy. Najwięcej było jej na potylicy i w tyle głowy, gdzie tworzyła jakby olbrzymiego guza.

Chwyciłem nóż i wbiłem go w nabrzmiałą, pulsującą hubę.

Ścierwojad zawył przejmująco nieludzkim głosem, spróbował strząsnąć mnie z siebie. Nie zważając na odczuwany wstręt, chwyciłem strąki włosów i trzy razy walnąłem twarzą umarlaka o ziemię, aż zwiotczał, co umożliwiło mi spokojne odpiłowanie pasożyta. Schowałem trofeum do torby, jako dowód dla królowej, że wykonałem robotę. Trzymając ostrze w pogotowiu, obróciłem truposza na plecy. Patrzył na mnie półprzytomnym wzrokiem człowieka, który zbyt długo zażywał opium. A jednak było w tym spojrzeniu coś ludzkiego; wdzięczność i jednocześnie świadomość, że nie mogę mu pomóc. Zabiłem pasożyta, lecz mózg został nieodwracalnie zniszczony.

Przez moment zobaczyłem go takim, jaki był, nim pogrzebano go w tych katakumbach: królem Mangup, opiekunem swego ludu. Nie zasłużył na to, co go spotkało, ale to samo można powiedzieć o większości znanych mi ludzi.

- Zabij mnie - poprosił ledwie słyszalnym głosem.

Nie musiał. Za to mi zapłacono.

Obciąłem mu głowę, odrąbałem dłoń i stopy; tak dla pewności. Gdy skończyłem, był martwy jak należy.

A kto umarł, ten nie żyje, tak było kiedyś, przed Zagładą. Teraz wszystko jest inaczej.

Nazywam się Vincent Sztejer i zabijam dla srebra. Witajcie w moim świecie.

* * *

Czekali na mnie u wyjścia z katakumb, pięciu mężczyzn grzejących się przy ognisku. Widząc, jak wychodzę z podziemi, poderwali się czujnie, schwycili za broń, jakby nie do końca pewni, czy nie jestem duchem.

Nie dziwiłem im się. Nikomu wcześniej nie udało się wrócić z grobowców, by odebrać nagrodę wyznaczoną przez królową Theodorę.

W miastach na Południu słyszałem na temat tej władczyni niestworzone historie, że kąpie się we krwi młodych niewolnic, by zatrzymać urodę, kastruje swych kochanków, gdy jej się znudzą, a nawet że pozwala, by posuwał ją ogier.

W rzeczywistości królowa Theodora okazała się niegłupią, piersiastą babką o władczym spojrzeniu, lubiącą poszaleć w pościeli z gwardzistami. Jednym z tych szczęśliwców był dowódca oddziałku oczekującego na mój powrót. Nosił imię Hiron i był czempionem królowej. Wyszedł dwa kroki przed swych ludzi i przypatrywał mi się z namysłem. W zbroi i z mieczem u boku wyglądał imponująco. Nie nosił hełmu, a jego wygolona na łyso głowa pokryta była siatką większych i mniejszych blizn. Szeroką pierś chronił za napierśnikiem z wizerunkiem czarnego ogiera. Takie same przedstawienia zdobiły tarcze reszty wojowników - znak, że wszyscy oni należą do elitarnej straży konnej.

No i macie źródło plotek o królowej i jej upodobaniach łóżkowych. Czego to ludziska nie pokręcą, by tylko wymyślić jakieś świństewko.

Hiron dał znak wysokiemu rudzielcowi stojącemu przy ognisku. Mężczyzna podniósł leżące na ziemi sakwy. Usłyszałem przyjemny dźwięk uderzających o siebie monet.

- Pięćset srebrnych - oznajmił Hiron.

Spojrzałem na niego zaskoczony.

- Umawialiśmy się na czterysta.

- Królowa uznała, że zasłużyłeś na premię - odparł z nieszczerym uśmiechem, zupełnie jakby się domyślał, że ubiegłej nocy wyręczyłem go w obowiązku dogodzenia Jej Wysokości. Na tę myśl poczułem niemiłe łaskotanie w dołku.

Ryży strażnik zbliżył się i wyciągnął ku mnie solidnie nabite sakwy. Sądząc po tym, jak pracowały mu chude bicepsy, musiały być odpowiednio ciężkie.

Odbieram sakwy i błyskawicznie skręcając tułów, z całej siły grzmocę Hirona w skroń, nie nadąża wyciągnąć miecza z pochwy. Nie zwalił się jeszcze na ziemię, a ja już cofam nogę i biodro, unikając noża trzymanego przez rudzielca, i drugą sakwą trafiam go w ryło. Niezbyt czysto, ale i tak wystarczyło, bym wybił mu szczękę. Facet kwiczy z bólu, zatacza się w tył, dając mi czas na dobycie miecza. Pcham sztychem, trafiając w pachwinę, gdzie kolczuga jest słabsza, i natychmiast obracam się do szarżującego z boku włócznika, który z zabójczą siłą celuje we mnie lśniącym grotem. Wykonuję zwód, unikając włóczni, i szybkim cięciem przebijam gwardziście gardło. Buchając krwią, wali się na ziemię.

Odskakuję od zwłok i ścieram się z kolejnym nadbiegającym wojownikiem. Jest niemal tak wielki i ciężki jak Hiron, a strach dodaje mu sił.

Uderza wściekle od góry, przez co unosi zbyt wysoko tarczę. Wykorzystuję ten błąd i wbijam mu ostrze w brzuch, obrywając przy tym w głowę krawędzią tarczy. Ogłuszony przetaczam się po ziemi, broniąc się przed przygnieceniem. Niestety, jagathan zostaje w rozprutym brzuchu gwardzisty.

Widząc to, ostatni z żołnierzy krzyczy z tryumfem. Pewny siebie unosi pionowo włócznię i opuszcza ją z siłą zdolną przebić wołu na wylot. Znów przetaczam się, unikając liściastego grotu, i podkurczam nogę, sięgając cholewy buta: w dłoń wsuwa mi się wąski, ostry jak brzytwa sztylet.

Chwytam dłonią drzewce włóczni wbitej w dołek po moich plecach i jednym cięciem rozchlastuję gwardziście ścięgna u nogi, na której ten opiera swój ciężar.

Upadek go ogłusza, lecz nie obezwładnia. Przeciwnik chwyta moją rękę trzymającą nóż, jednocześnie próbując przygnieść mnie ciężarem swego ciała i kolczugi. Tyle że jestem silniejszy, niż na to wyglądam, powoli, cal po calu, pokonuję opór jego umięśnionych przedramion, przysuwam wąską klingę do odsłoniętego gardła i patrząc w jasne, przerażone oczy, wycinam krwawą dziurę w krtani.

Zrzuciłem z siebie drgające w konwulsjach zwłoki, chwyciłem jagathan, po czym wstałem i obmacałem delikatnie głowę i kark. Coś tam strzyknęło, ale w sumie nawet nie zabolało. Twardy ze mnie sukinsyn, ale to już wiecie. Starłem z twarzy krew sączącą się z rozcięcia na czole i podszedłem do Hirona, który próbował podnieść się z ziemi. Spojrzał na mnie i sięgnął po miecz. Był na wpół ogłuszony, więc rozbrojenie gwardzisty było dziecinnie proste. Przyłożyłem sztych miecza do jego gardła.

- To był twój pomysł czy ona ci kazała? - zapytałem, mając na myśli królową Theodorę.

Popatrzył na mnie bez strachu, z pogardliwym grymasem na wargach.

- Powinienem skorzystać z rady Jej Wysokości i zastrzelić cię z ukrycia, przybłędo.

- Powinieneś - zgodziłem się i silnym pchnięciem przebiłem mu krtań.

Trochę podrygiwał, popuścił gówno i zwiotczał. To był wielki, okrutny mężczyzna, który w swym życiu zabił wielu ludzi, a jednak, przyznacie to sami, umarł w dość podły sposób. Tak to już jest, gdy człowiek miesza pracę z wyrównywaniem osobistych uraz.

Zajrzałem do sakw, wewnątrz zamiast srebra były metalowe krążki. Ze złością popatrzyłem na potężne mury Mangup. Stolica górskiego królestwa Theodory zajmowała płaski szczyt góry, ograniczony z trzech stron urwiskami o wysokości siedemdziesięciu sążni, a z czwartej trzema głębokimi wąwozami.

Wejście do katakumb znajdowało się w zachodnim wąwozie, niedaleko starego cmentarza, pochodzącego jeszcze z czasów sprzed Zagłady. Gdy przybyli tam pierwsi uciekinierzy z głębi półwyspu, miasto było zwykłą ruiną, zapomnianym reliktem dawno wymarłej cywilizacji. We wszystkich krainach kontynentu, od Kalifatu Tuluzy przez księstwa Hercogów aż po imperium Jednodzierżcy na wschodzie, zawsze napotykałem podobne historie. Ludzkość przetrwała tam, gdzie nie sięgnęła zaraza: w odizolowanych osadach z dala od głównych dróg, gdzie często zachowały się pozostałości starożytnych obwarowań, pochodzących z czasów tak odległych, że nic o nich nie wiedzieliśmy.

Byłem pewien, że Theodora czeka w pałacu na swego czempiona, mającego przynieść jej moją głowę, chętna i gotowa do parzenia się niczym suka w rui. Przez chwilę walczyłem z pokusą, by przedostać się za mury, odebrać zapłatę i nauczyć zdzirę nieco pokory, ale rozsądek zwyciężył. Zamiast myśleć o zemście, musiałem się zastanowić, jak ujść z życiem z tej kabały. Od początku było jasne, że nie będzie to wcale takie proste.

Przez moment zamyślałem, czy nie udać się ścieżką prowadzącą przez cmentarz na zachód, lecz wówczas musiałbym obejść mur obronny, a potem zejść po stromym, odsłoniętym zboczu, dlatego też odrzuciłem ten plan.

Ściągnąłem z jednego z trupów płaszcz, taki mało pobrudzony krwią, i nałożyłem na siebie, od innego wojownika pożyczyłem hełm pasujący na moją głowę i tarczę z wizerunkiem ogiera. Szybkim, cichym krokiem zacząłem maszerować w dół wąwozu. Odkąd król Mangup został pogrzebany w katakumbach, nastały spokojne czasy i drogi do miasta nie był strzeżone zbyt dokładnie. Wiedziałem jednak, że gdzieś u podnóża skały musiał znajdować się posterunek.

Zmierzając w dół, mijałem zawieszone nad głową półki skalne, połączone wąziutkimi ścieżkami, z których w razie potrzeby obrońcy mogli powstrzymać całą armię, nim ta w ogóle zbliżyłaby się do bram i murów.

Dlatego właśnie Mangup nigdy nie zostało zdobyte, przynajmniej od czasów, gdy zaczęto zapisywać pierwsze kroniki po Zagładzie. A wielu przecież próbowało: Dońcy ze stepów, by pozbyć się uciążliwego pośrednika w handlu z wybrzeżem, Czarne Miasta, dla których rozbójnicze państewko było niczym cierń tkwiący w zadku, czy w końcu okoliczni przywódcy klanów, zazdroszczący miastu jego hegemonii nad tym przeklętym przez Panią zadupiem. Od trzech lat, czyli od czasu objęcia władzy przez Theodorę, na granicach panował spokój i żołnierze królowej, zamiast jak dawniej łupić karawany, teraz wynajmowali się jako ich ochrona.

Idąc tak, aby nie poruszać drobnych kamieni zaściełających dno wąwozu, dotarłem w pobliże jego gardzieli. Wartowników odkryłem bez trudu. Zaszyli się pod jednym ze skalnych nawisów, szukając przy malutkim ogniu ochrony przed panującym w nocy chłodem.

Nasunąłem hełm na oczy i śmiałym krokiem ruszyłem w stronę posterunku.

- Kto idzie? - odezwał się z ciemności zdenerwowany głos i zaraz potem zobaczyłem jego właściciela. Mierzył w moją stronę z wielkiej jak armata rusznicy. Dwaj inni wartownicy, uzbrojeni w miecze i włócznie, trzymali się za plecami strzelca.

- Swój - odkrzyknąłem.

- Jaki swój? - zapytał bystro. Usłyszałem trudny do pomylenia z czym innym odgłos odciąganego kurka.

- Z rozkazem od setnika Hirona. - I na dowód wypowiedzianych słów pokazałem mu wizerunek ogiera na tarczy. Poświecił pochodnią i przez jego twarz przemknęła źle skrywa ulga. Niepotrzebnie.

Rozpłatałem mu czaszkę jednym cięciem, nim zdołał nacisnąć spust. Dwóch pozostałych strażników miało więcej czasu na reakcję niż ich martwy towarzysz, lecz nie na wiele im się to zdało. Szybko padli na ziemię, wijąc się w przedśmiertnych konwulsjach.

Zastygłem, nasłuchując, czy walka nie przyciągnęła uwagi innych wart, jeśli takie były w pobliżu. Uznawszy, że tymczasem nic mi nie zagraża, wytarłem klingę o płaszcz strzelca, po czym poszukałem prowiantu. Znalazłem tylko chleb i trochę słoniny oraz metalowy pojemnik na wodę. Niby niewiele, ale zawsze coś, zwłaszcza że czekała mnie daleka i pełna niebezpieczeństw droga.

Było dla mnie sprawą oczywistą, że Theodora nie daruje zabicia czempiona i kochanka. Doświadczenie mówiło mi, że kobiety bywają w takich sprawach niezwykle pamiętliwe.

Opuściłem wąwóz i dotarłem do traktu handlowego. Podążałem nim do chwili, gdy zrobiło się jaśniej, potem zszedłem na bezdroża i ruszyłem przez góry na południowy wschód.

Wszystkie trzy pasma pokrywające południową część półwyspu odznaczały się łagodnymi zboczami od strony północnej, skąd zmierzałem. Porastała je gęsta puszcza, ukrywająca w swym wnętrzu liczne jary, kaniony, wąwozy i doliny. Łatwo było się tam skryć i uniknąć innych ludzi, którzy mogliby naprowadzić pościg na mój ślad.

Przed zachodem słońca dotarłem do malowniczej dolinki z jeziorem. Po drugiej stronie wody stało kilka chat. Burczało mi w brzuchu i chętnie zjadłbym ciepłą kolację, ale postanowiłem nie kusić losu. Znalazłem dla siebie kryjówkę w cisowym zagajniku i otuliwszy się płaszczem, zapadłem w czujny sen.

Do świtu nie wydarzyło się nic niepokojącego, raz tylko do kryjówki podeszła puma, ale widząc wymierzonego w siebie obrzyna, postanowiła poszukać łatwiejszego posiłku.

W górach w powietrzu czuło się już bliskość pory deszczowej. Za dnia słońce wisiało nisko nad szczytami i kryło się w otulających je mgłach, zaś nocą zdarzały się przymrozki.

Rankiem obudziłem się przemarznięty i obolały. Wykonałem kilka ćwiczeń rozciągających i ruszyłem w dalszą drogę. Wciąż nie wiedziałem, dokąd się udam, choć coraz częściej myślałem o powrocie w rodzinne strony.

Ale pewnie ciekawi was, jak wpakowałem się w tę kabałę w Mangup. Oczywiście dla srebra, ale też by znaleźć sobie zajęcie po rozstaniu z Jiang.

Po ucieczce z Piołunu zatrzymaliśmy się w Syrdaku, największym z Czarnych Miast. Przez pierwsze miesiące było nam ze sobą wspaniale, normalnie mleko i miód. Większość czasu spędzaliśmy w łóżku, nie dbając o następny dzień.

Z czasem jednak fascynacja opadła i jak to zwykle bywa, pojawiły się pierwsze pretensje. A to nie domknąłem sracza, rzuciłem tam gdzie nie trzeba gacie czy onuce albo przyszedłem do domu urżnięty w środku nocy, pachnąc tanimi perfumami. Sami wiecie, jak jest.

Mnie z kolei drażniło, że była tak niezależna, ostatecznie zabijała nie gorzej niż ja. Zacząłem podejrzewać, że jestem jej potrzeby tylko do jednego, i świadomość ta mocno nadszarpnęła moją samczą dumę. Jiang nazywała to partnerstwem.

- Patriarchat to szkodliwy, zbrodniczy przesąd - tłumaczyła mi z poważną miną. - Czy wiesz, Vincent, że przed Zagładą mężczyźni i kobiety byli sobie równi?

- I zobacz, do czego to doprowadziło - odpowiadałem złośliwie na jej argumenty, prowokując kolejne kłótnie.

Z tygodnia na tydzień stawało się oczywiste, że nie będziemy ze sobą. Dwoje zabójców pod jednym dachem, to nie mogło skończyć się dobrze. Zrozumiała to pierwsza i zostawiła mnie, nim zrobiliśmy sobie krzywdę. Nie wiedziałem, dokąd odpłynęła, tak było lepiej.

Przez następne dwa tygodnie piłem na umór, demolowałem pokoje w gospodach i wdawałem się w bójki, nawet kogoś zabiłem, ale dobrze nie pamiętam, o co poszło. W końcu musiałem uciekać z miasta przed strażą konsula.

I tak wylądowałem w Mangup, gdzie jak doszły mnie słuchy, Theodora szukała kogoś, kto dokończy spartolony pochówek królewskiego małżonka, uznając, że jej właśni woje nie mogą podnieść miecza na pana, któremu ślubowali służyć, nawet jeśli ten w zasadzie jest martwy.

Dziwny przesąd, ale wśród tutejszych górali honor i przysięgi są ważniejsze niż życie. Stąd też byłem pewien, że ludzie z Mangup ścigali będą mnie do upadłego.

O tym, że miałem rację, dowiedziałem się przed południem. Ostrzegł mnie głuchy łoskot galopujących jeźdźców i szczękanie żelaza. Uskoczyłem z drogi w chaszcze porastające pobocze i przycupnąłem z obrzynem gotowym do strzału.

Kilkunastu zbrojnych przemknęło traktem, wzbijając tumany kurzu. Po godłach wymalowanych na tarczach poznałem, że należeli do straży konnej Theodory. Po tym doświadczeniu postanowiłem znów opuścić drogę i zaryzykować wędrówkę na przełaj przez puszczę.

Na płaskowyż dotarłem na parę godzin przed zmrokiem. Teraz mogłem dostrzec potencjalny pościg z daleka, tyle że horyzont na północy był pusty. Nie znaczyło to bynajmniej, że byłem bezpieczny. Powierzchnia płaskowyżu to wapień, tak więc w pozornie płaskim krajobrazie kryły się setki kotlin, jaskiń czy wąwozów, połączonych często podziemnymi korytarzami. Kilka razy wypatrzyłem ślady łap stworzeń, których wolałbym nie napotkać.

Jednak to nie potwory są największym problemem dla wędrowca przemierzającego tamte tereny, lecz brak wody: deszczówka wsiąka błyskawicznie w skalne szczeliny, tworząc podziemne jeziora i potoki, niedostępne z powierzchni.

Zatrzymałem się, wodząc wzrokiem po zwodniczo płaskim krajobrazie, nad którym wznosiły się osnute mgłą pojedyncze szczyty. Z obliczeń, które poczyniłem, wyszło mi, że do klifów na wybrzeżu zostało nie więcej niż pięć wiorst. Niby niewiele, lecz dla ściganego człowieka może być to dystans jak między życiem a śmiercią.

Jakbym wykrakał. Usłyszałem okrzyk i z niecki na wschodzie wypadło czterech mangupskich jeźdźców. Zrozumiałem, że sukinsyny musieli rozdzielić się na mniejsze grupki, by przeszukać jak największy teren, a teraz jeden z takich oddziałków miał mnie jak na dłoni. Gdyby byli mądrzy, użyliby łuków zawieszonych przy kulbakach i zamienili mnie w jeża z bezpiecznej dla nich odległości, gdyż doński łuk ma skuteczny zasięg na dwieście pięćdziesiąt metrów, sześć razy dalej niż mój obrzyn. Jednak ci zaatakowali od razu wściekłą szarżą z zamiarem nabicia mnie na włócznie.

Celowałem w zwierzęta; jedna lufa, jeden koń. W kilka sekund dwóch jeźdźców pędzących na czele pościgu wraz z wierzchowcami zmieniło się w kłąb połamanych ciał. Załadować ponownie już nie zdążyłem.

Uskakuję przed pędzącym z rozwianym płaszczem gwardzistą, o włos unikając wymierzonej we mnie włóczni, obracam się w piruecie i tnę mieczem w odsłonięty brzuch klaczy.

 

COPYRIGHT ? by Robert ForyśCOPYRIGHT ? by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2011

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-602-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT ORAZ RAFIKA NA OKŁADCE Piotr Cieśliński

ILUSTRACJE Dominik Broniek

REDAKCJA Dorota Pacyńska

KOREKTA Magdalena Byrska

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI Dariusz Haponiuk

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl