Sztab - Joakim Zander, Moa Berglof

-
Proszę czekać

Staben

Copyright ? Joakim Zander & Moa Berglöf 2025

Published by agreement with First Edition Management

Copyright ? 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright ? 2026 for the Polish translation by Maciej Muszalski

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Magdy2 Studio Projektowe Sp. z o.o.

Zdjęcia na okładce: ? Andriy Oliynyk/Unsplash; ? Benyamin Bohlouli/Unsplash; ? David Nitschke/Unsplash; Michael Gehlert/Pixabay; Sarah Richter/Pixabay

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Aneta Drdzeń, Iwona Wyrwisz, Agnieszka Tabor

ISBN: 978-83-68544-22-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

1

Gabinet z widokiem na ogród stanowił kompromis, jak wiele innych elementów życia Alfreda i Julii. On chciał tam urządzić małą jadalnię, ona - bibliotekę. Stanęło na w zasadzie nudnym, choć praktycznym gabinecie. Trafiły do niego rachunki i pudełka po ładowarkach. Stare podręczniki i segregatory. Tyle dobrego, że ściany były żółte.

Po trzech latach remontu zostali prawie bez pieniędzy, ale któregoś dnia w reportażu o urządzaniu wnętrz w Kopenhadze Julia zobaczyła kolor Babouche firmy Farrow & Ball. Alfred nie mógł odmówić, choć pokrycie nim dziesięciu metrów kwadratowych ścian pomieszczenia kosztowało więcej niż pomalowanie całej reszty domu.

- Przynajmniej ładnie wyszło - powiedziała Julia do siebie i z wałkiem w ręce zrobiła krok do tyłu. - Było warto.

Odłożyła wałek do kuwety z farbą, wyszła do kuchni, wyjęła z lodówki piwo i wróciła do pokoju ocenić efekt. Za oknem zaczął padać śnieg. Spojrzała na łańcuch światełek powieszony na sękatej jabłoni. Dzieci spały. Usiadła na podłodze, zamknęła oczy i się odchyliła, wspierając na łokciach. Na chwilę wszystko puściło.

- O cholera, już skończyłaś?

Obróciła się, czując bicie serca i niezdarnie wstała, ochlapując piwem papier malarski rozłożony na podłodze.

- Co ty wyprawiasz? - zawołała i zaraz zakryła usta dłonią, żeby nie obudzić Zacka i Iris.

W drzwiach stał Alfred. Rozkładał ręce.

- No co? - zdziwił się. - Nie zauważyłaś, że przyjechałem? Myślałem, że słyszałaś taksówkę, nie chciałem krzyczeć.

Wskazał podłogę i tak się skrzywił, jakby w piwnicy mieszkały potwory, którym pod żadnym pozorem nie wolno zakłócać spokoju. Właściwie nie było to dalekie od prawdy.

Uśmiechnął się i zaczął chodzić po pokoju.

- No dobrze - skwitował. - Muszę przyznać, że szybko ci poszło. Myślałem, że będziemy to robić w weekend.

- Podoba ci się?

Powoli pokiwał głową.

- Jak na gabinet, przynajmniej ma charakter - stwierdził. - Jest lepiej, niż się spodziewałem.

Julia spojrzała na niego i dopiła resztkę z butelki. Alfred robił nawet większe wrażenie, niż wówczas, gdy się poznali piętnaście lat wcześniej. Nabrał trochę ciała, ale miał takie same kręcone blond włosy, błękitne oczy i dołeczki w policzkach. Lepiej się ubierał, a tego wieczoru włożył granatowy sztruksowy garnitur i białą koszulę. Zrobiła krok do przodu i go pocałowała.

- Oj! - zawołał. - A to za co?

Ujął w dłonie jej twarz i odwzajemnił pocałunek.

- Ja nie mogę, ale ci dobrze poszło - powiedziała. - To znaczy, wiedziałam, że tak będzie. Ale żeby do tego stopnia?

- Jest jeszcze piwo? - zapytał z uśmiechem, odsuwając się od niej. Ruszył pierwszy korytarzem, dotarł do kuchni i wyjął butelkę z lodówki.

Na stole, który dostali w spadku, paliły się dwie świece. Alfred poluzował krawat, usiadł na jednym z krzeseł i otworzył piwo. Naczynia były załadowane do zmywarki. W domu panowały cisza i spokój.

- Naprawdę tak myślisz? - zapytał. - Że dobrze mi poszło?

Julia pokiwała głową. Wypił trochę piwa, nie przestając na nią patrzeć.

- Nie tylko. Przede wszystkim wypadłeś naturalnie. Odpowiadałeś bezpośrednio. Bez żadnych uników, wszystko trafiało prosto do widza. Szkoda, że nie widziałeś, jaką minę miał Zack, kiedy cię oglądał.

Alfred wybuchnął śmiechem.

- Nie wstydził się za mnie?

- Mówi, że jesteś teraz celebrytą, a więc on też. Słowo daję, kiedy szedł spać, mówił, że czuje się jak Benjamin Ingrosso.

- A ja w takim razie jestem Pernillą Wahlgren? Pytanie tylko, czy dwuminutowa wypowiedź w programie Aktuellt na temat farm wiatrowych wystarczy, by dali mi reality show w Kanale 5.

- Mam nadzieję, że nie - stwierdziła Julia, siadając naprzeciwko Alfreda przy stole. - Teraz twoja kolej - dodała z powagą w oczach. - Wiesz, że zawsze to mówiliśmy? Że będziemy pracować na zmianę? Wiem, że przez ostatnie lata dużo czasu spędzałam poza domem. Zwłaszcza o tej porze roku, jesienią. Jestem, jaka jestem, ale naprawdę szczerze mi przykro, że tak długo sam musiałeś się zajmować całą resztą. Dzieciakami. Jedzeniem. Treningami. Nie wiem, jak ty ze mną wytrzymujesz.

Uniósł butelkę i się napił.

- Nie powiem, czasem czułem się trochę samotny - przyznał.

Julia poczuła ukłucie. Nigdy nie mówił takich rzeczy. Nie narzekał. Zaciskał zęby.

- Ale masz rację - dodał. - Od początku wiedziałem, jaka jesteś.

Odpowiedziała lekko kpiącym uśmiechem i opadła na oparcie.

- Przypominasz rottweilera. Albo borsuka, który nie przestanie, dopóki się nie dokopie do samego dna. Lepiej z tobą nie zadzierać.

- Tak właśnie mnie postrzegasz? - zapytała z uśmiechem.

- A chcesz być tak postrzegana?

Stuknęła swoją butelką o jego.

- Zostawmy to - odparła. - Teraz jest spokojniej. Na chwilę przestałam kopać.

Nie wspomniała o temacie, który pochłaniał ją od jesieni, ale Alfred wiedział, że odpuściła nie tylko z wyboru. "Dwa kroki do przodu, jeden do tyłu" - tak powiedział jej szef Anders Ripfors, kiedy wreszcie ją zmusił, by dała sobie spokój. "Trzeba wiedzieć, którą bitwę mamy szansę wygrać".

- W każdym razie - podsumowała - jeśli chcę mieć faceta i rodzinę, powinnam zacząć się zachowywać jak ktoś, komu na tym zależy. Tak myślę.

Przyłożył butelkę do ust i spojrzał na nią spod grzywki.

- Chyba trochę przesadzasz - stwierdził. - Ale coś w tym jest.

- Dotarło to do mnie z całą mocą, kiedy dziś wieczorem zobaczyłam cię w Aktuellt. Naprawdę nadeszła pora, abym zaczęła odbierać dzieci z przedszkola. I czasem gotowała.

- Nie musimy popadać ze skrajności w skrajność.

Uderzyła go w ramię.

- Ale ja umiem gotować!

- Przekonamy się.

Zabrali piwo, świece i przeszli do świeżo pomalowanego gabinetu. W milczeniu siedzieli na podłodze, a telefon Alfreda co jakiś czas brzęczał i rozświetlał ciemny pokój.

- No proszę, ktoś tu jest popularny - powiedziała w końcu Julia i oparła się na łokciach. - Brzydkie kaczątko zmieniło się w łabędzia!

Alfred rzucił w nią zmiętym kawałkiem taśmy malarskiej i spojrzał na wyświetlacz telefonu.

- Ale chyba są zadowoleni, co? - dodała Julia. - Wygląda na to, że dziś wieczorem dzięki tobie wielu zmieniło zdanie w sprawie tych wiatraków na morzu. Powinieneś dostać podwyżkę.

- Potrzeba chyba czegoś więcej niż występu w telewizji, by zmienić czyjąś opinię - westchnął. Mimo to promieniał dumą. - Są zadowoleni - przyznał. - A wiesz, co jest jeszcze lepsze?

Odłożył telefon i na nią spojrzał. Pokręciła głową.

- Sprawiło mi to przyjemność. Większą, niż się spodziewałem. Bo wiesz, opowiadam o klimacie, zielonej zmianie, przemyśle bazowym i tak dalej, i tak dalej, odkąd zacząłem pracować w Ventum... kiedy to było? Trzy lata temu? Seminaria, debaty podczas Tygodnia Politycznego w Almedalen, spotkania tu i tam. Ale dopiero dziś wieczorem po raz pierwszy poczułem się naprawdę na swoim miejscu. Rozumiesz?

Skinęła głową.

- To było po tobie widać.

- Jakbym dopiero teraz miał szansę powiedzieć to wszystko, wiedząc, że spotka się ze zrozumieniem. Aktuellt. Ależ mi to dało kopa. Jakbym był na haju.

Jego oczy lśniły. Wyglądał atrakcyjnie, kiedy tak się nakręcał.

- To będzie teraz twój gabinet - oznajmiła. - Dlatego chciałam go przygotować, zanim przyjedziesz. Teraz przejdziemy do kolejnej fazy. Fazy Alfreda.

Z uśmiechem przysunął się do niej.

- Faza Alfreda - powtórzył. - Podoba mi się. A tak w ogóle...

Cofnął się i spojrzał na Julię.

- Wiesz, kogo spotkałem?

- Kogo?

- Christiana Bratta!

Pokręciła głową.

- Przepraszam, kogo?

Alfred przytaknął.

- Zgadza się! Premiera!

- Wiem, kim jest Christian Bratt - odparła.

- Kawał chłopa z niego - ciągnął Alfred. - Większy, niż by się wydawało. Przypomina jakiegoś księcia.

- Wilhelma-Aleksandra - powiedziała Julia. - Tak wszyscy mówią. Że wygląda jak król Holandii.

- Zgadza się - przytaknął Alfred.

- Byłeś onieśmielony? - zapytała ze śmiechem.

- Rozumiem, że dla ciebie to codzienność, pani dziennikarko polityczna. Ale on podszedł i się przywitał. Podał mi rękę i długo mówił, jak ważna jest zielona zmiana, energia wiatrowa... Że na początku rząd się spóźnił i naprawdę trzeba przyśpieszyć w tych kwestiach. Sprawiał wrażenie, że mówi szczerze, wiesz? Nie było to tylko takie gadanie.

Julia pogładziła go po policzku.

- Nie przesadzajmy, kochany - powiedziała. - Nie daj się oślepić jego blaskiem.

- Przecież nie jestem idiotą. Rozumiem, że to polityk. Ale uścisnąłem dłoń premierowi! Tak po prostu! Jak równy równemu! To nie byle co.

Alfred pokręcił głową i wydawało się, że na chwilę odpłynął myślami. Potem kontynuował:

- Jego żona też tam była. Przyjechali prosto z jakiegoś eventu. Beatrice? Tak ma na imię?

Julia skinęła głową.

- Słodka z niej kobieta - stwierdziła. - Może trochę prosta, ale słodka.

Naprawdę podobała jej się energia, którą kipiał Alfred. Przysunęła się do niego, ostrożnie wyjęła mu z ręki butelkę piwa, odstawiła na podłogę i usiadła na nim okrakiem. Zanim zdążył pojąć, co się dzieje, zdjęła poplamioną farbą koszulkę, nachyliła się i go pocałowała. Pod spodem była naga. Uniósł dłonie do jej piersi.

- Mamusiu?

Na dźwięk głosu córki Julia w panice uniosła wzrok, szybko sięgnęła po koszulkę i odsunęła się na bok. Alfred uklęknął.

- Cześć, skarbie - powiedział. - Obudziłaś się? Myśleliśmy, że śpisz.

- Nie mogę zasnąć - odparła. - Dlaczego mama na tobie siedziała?

- Tata i ja tylko się trochę wygłupialiśmy - wyjaśniła Julia i nerwowo zachichotała. Włożyła koszulkę i wstała.

- Chodź, kochanie - powiedziała. - Pójdziemy zrobić siusiu.

2

Po tradycyjnym wtorkowym meczu w Roslagshallen Alfred i Rashid siedzieli naprzeciwko siebie na wysłużonych ławkach w szatni, jak zwykle tak wykończeni, że ledwo mogli rozmawiać. Bywało, że po wszystkim wymieniali zaledwie kilka słów - "dobry mecz", "gratulacje", "do zobaczenia za tydzień" - a potem w milczeniu brali prysznic i powłócząc nogami, wracali do swoich zajęć.

Alfred i Rashid w zasadzie nie spędzali razem czasu poza halą do squasha. Piętnaście lat wcześniej byli kolegami z roku w Wyższej Szkole Handlowej w Sztokholmie i zaczęli w weekendy rozgrywać mecze. Po obronie dyplomu kontynuowali ten zwyczaj raz w tygodniu przez okrągły rok, robiąc przerwy tylko na urlopy ojcowskie i wakacje. Od ukończenia studiów Rashid pracował jako analityk w banku SEB, potem się ożenił, urodziło mu się dwoje dzieci i przeprowadził się do Nacki.

We wtorek wyjątkowo miał siłę mówić.

- W weekend widziałem cię w telewizji - oznajmił, ściągając przez głowę koszulkę treningową. - Zresztą moja żona stwierdziła, że nie był to twój pierwszy występ.

Alfred lekko się roześmiał i pokręcił głową. Po pierwszej emisji Aktuellt pojawił się jeszcze w telewizji śniadaniowej oraz w debacie w programie Agenda naprzeciwko zrzędliwego staruszka z Towarzystwa Ochrony Przyrody.

- Dobrze ci poszło! - Rashid szeroko się uśmiechnął. - Mnie w każdym razie kupiłeś. Z pełnym przekonaniem popieram teraz wielkie farmy wiatrowe na całym wybrzeżu.

- Gdyby każdego dało się tak łatwo przekonać - odparł Alfred i wziął łyk napoju energetycznego.

- Pracujesz w tej firmie już długo, prawda?

- Nie aż tak - powiedział Alfred. - Może ze trzy lata? Pamiętasz, że przedtem pracowałem w Atrium? A jeszcze wcześniej byłem na urlopie ojcowskim z Iris.

Rashid skinął głową.

- Agencja PR-owa, tak jest. Pamiętam. Praca na miejscu w firmie to chyba więcej spokoju? Nie ma ciągłej presji czasu. W każdym razie tak wszyscy mówią.

Równie długo nie rozmawiali chyba od pół roku. Czy właśnie w ten sposób działa na ludzi sława?

- Już jest zdecydowanie spokojniej - stwierdził Alfred. - I dobrze się złożyło, bo Julia miała urwanie głowy w redakcji. Prawie nie było jej w domu. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak byśmy to ogarnęli, gdybym nadal pracował jako konsultant. Ostatnio trochę zwolniła.

- No to teraz ty będziesz mógł więcej popracować - stwierdził Rashid, owijając ręcznikiem smukłe biodra.

Podniósł rękę, a Alfred zgodnie z jego oczekiwaniem przybił mu piątkę.

- Otóż to - powiedział. - Najwyższy czas.

Alfred szedł Surbrunnsgatan w kierunku Odenplan. Musiało być z minus pięć stopni. Mocniej otulił się płaszczem. Jego mokre włosy zesztywniały na mrozie jak wata cukrowa. W powietrzu unosiły się drobinki śniegu, a na balkonach wisiały girlandy lampek. Czyżby już zapadał zmrok? Drżąc z zimna, Alfred obrócił rękę, żeby spojrzeć na zegarek. Nie było jeszcze trzynastej, ale pochmurne niebo i dotkliwy chłód sprawiały, że odnosiło się wrażenie, że nadchodzi zmierzch.

Przystanął na skrzyżowaniu Norrtullsgatan i Karlbergsvägen. Wszedł do kawiarni Bröd & Salt i kupił kawę i szafranową bułeczkę - głównie po to, by się rozgrzać.

Dopił kawę, narzucił płaszcz i już się przygotowywał do wyjścia na siarczysty mróz, kiedy rozbrzmiał dźwięk telefonu.

Numer miał zapisany od dwóch lat i przez cały ten czas nikt z niego nie zadzwonił. Kancelaria Premiera.

Włożył do uszu AirPody i zmarszczył czoło.

- Tu Alfred Swärd.

Przez kilka sekund panowała cisza.

- Halo? - powiedział. - Kto mówi?

Już miał się rozłączyć, kiedy na linii coś trzasnęło.

- Alfred Swärd? - zapytał kobiecy głos.

- Już mówiłem, że to ja.

- Proszę mi wybaczyć, mam nawał pracy - odparła kobieta. - Nazywam się Mona Haddad i jestem sekretarką w Kancelarii Premiera. Kontaktuję się z polecenia ?sy Edvardsson Norling, sekretarz stanu pana premiera Christiana Bratta.

Alfred patrzył przez okno na śnieg, który padał coraz mocniej.

- Wiem, że dzwonię w ostatniej chwili, ale ?sa chciała się z panem spotkać jak najszybciej. W ostatnich tygodniach widziała pana w kilku programach telewizyjnych i bardzo jej na tym zależy. Inwestycje w energię wiatrową są dla rządu Szwecji absolutnym priorytetem.

- Jak najbardziej - przytaknął Alfred. - Oczywiście. Sprawdzę w Ventum, z kim najlepiej zorganizować spotkanie. Nasz prezes przebywa obecnie w Aarhus w Danii, ale wiem, że da radę zwolnić miejsce w kalendarzu i przylecieć pierwszym dostępnym samolotem.

- ?sa podkreśliła, że bardzo zależy jej na czasie i ma okienko o piętnastej.

Alfred obrócił nadgarstek. Była trzynasta czterdzieści. Roześmiał się.

- Przykro mi, ale nie sądzę, by ktokolwiek zdążył do tego czasu.

Otworzył kalendarz w telefonie i zaczął go przeglądać. Dopilnował, by mieć wgląd w obowiązki wszystkich, właśnie na wypadek podobnej sytuacji.

- Proszę mi dać pięć minut, a skonsultuję to z naszym zespołem z Malmö - powiedział. - W Sztokholmie mamy tylko dział public affairs. Sądzę jednak, że trudno będzie w tak krótkim czasie sprowadzić kogoś z zarządu. Może dałoby się przełożyć spotkanie na jutro albo dalszą część tego tygodnia?

Zamknął oczy i zacisnął zęby.

- Sekretarz stanu chce się spotkać konkretnie z panem, dostałam pański numer od szefowej gabinetu ministra środowiska i klimatu - oznajmiła Mona Haddad. - Tak jak powiedziałam, o piętnastej ma okienko. Da pan radę?

Alfred skinął głową.

- Jak najbardziej, nie ma problemu - odparł. - Tak wszystko zorganizuję, aby przybyć na czas. O piętnastej w Rosenbad?

- Tak jest, wyślemy panu potwierdzenie esemesem. Proszę nie zapomnieć dowodu tożsamości.

3

Julia uwielbiała redakcyjną kawę. Odkąd prawie piętnaście lat wcześniej szef newsroomu "Aftonposten" Anders Ripfors zrobił jej pierwszą kawę z ekspresu, zawsze czuła ten smak - napięcia, wielkich tajemnic, pracy do późnych godzin nocnych i permanentnego niewyspania.

- Gęstsza niż farba drukarska - stwierdził wtedy Anders. - Wymaga żołądka ze stali. Każdy, kto chce tu pracować, musi się przyzwyczaić.

To była jej pierwsza rozmowa o pracę od ukończenia studiów dziennikarskich. Miała dwadzieścia dwa lata i kompletnie brakowało jej doświadczenia.

- Zgłoś się ponownie za kilka lat - powiedział Anders. - Motywację masz. Musisz tylko nauczyć się pisać - dodał z naciskiem na ostatnie słowo.

Nauczyła się. Najpierw dzięki krótkiemu zastępstwu w "Norrköpings Tidningar", a potem nieco dłuższemu w "Nerikes Allehanda". Rok później wróciła do "Aftonposten" i wypiła jeszcze jedną ciemną jak farba drukarska kawę w zagraconym gabinecie Andersa.

- Mówiłem: za kilka lat - powiedział swoim miękkim dialektem z Värmlandii. - Przecież się do nas zgłosiłaś niecały rok temu?

- Kazałeś mi nauczyć się pisać - odparła. - Tak zrobiłam.

Wybuchnął śmiechem i pokręcił głową.

- Naprawdę? No to zobaczmy.

Niecały miesiąc później rozpoczęła pracę na zastępstwie jako reporterka od spraw bieżących i okazało się, że potrafi znajdować tematy, na które nie udaje się trafić nikomu innemu. Że spędza w pracy więcej godzin niż inni, jest bardziej wygłodniała, twardsza, bardziej nieustraszona. Późno kładzie się spać i wcześnie wstaje. Kiedy pracowała nad jakąś sprawą, potrzebowała zaledwie pięciu, sześciu godzin snu. Najwyżej.

Mimo to dopiero po prawie dziesięciu latach i dwóch urlopach macierzyńskich, które prawie ją wykończyły monotonią, w końcu zrealizowała swój cel. Zawsze dążyła do tego, by zostać reporterką polityczną, temu właśnie służyła cała jej kariera dziennikarska. Julia chciała patrzeć władzy na ręce, szukać pęknięć, luk i korupcji. Interesowały ją wielkie historie i demaskacje. Polowania, emocje i gorące tematy.

Jednak dopiero wiosną natknęła się na naprawdę dużą sprawę, a w sierpniu zwietrzyła kolejną. Rzuciła się na nią bez sekundy wahania, bez jednej myśli o tym, ile może ją to kosztować.

A kosztowało wiele, zarówno w kontaktach, jak i wiarygodności. Julia została przesunięta na inne stanowisko i była o włos od zwolnienia z redakcji.

A teraz siedziała tutaj. Nie w dziale śledczym, tylko piętro niżej, w otwartym newsroomie, z reporterami z działu spraw bieżących. Wśród świeżo zatrudnionych i tych, którzy wkrótce mieli przejść na emeryturę.

Z powrotem na najniższym szczeblu.

- Mamy coś jeszcze w sprawie ochrony wybrzeża?

Uniosła wzrok znad komputera i zobaczyła, że tuż przy jej biurku stoi szef newsroomu. Bębnił palcami w plik dokumentów z raportem, z którego wynikało, że należy uprościć procedurę stawiania nowych budynków w strefach przybrzeżnych. Raport dotarł późną porą poprzedniego dnia, a Julia napisała krótki, suchy tekst, który w ostatniej chwili udało się zamieścić w dzisiejszej gazecie.

- Na popołudnie mieli zaplanowaną konferencję prasową - poinformowała. - Ale właśnie ją przełożyli.

W oczach Andersa czaił się drapieżny błysk, jak u psa gończego, który właśnie zwietrzył trop.

- Dlaczego? Czy zdążyłaś...

Wybuchnęła śmiechem i uniosła rękę w obronnym geście.

- Sama dopiero o tym usłyszałam.

- Ciekawe - stwierdził, prostując plecy. - Bardzo, bardzo ciekawe.

Nic go tak nie odpalało jak odwołana konferencja prasowa, zwłaszcza jeśli miała dotyczyć głośnej obietnicy wyborczej.

W tej samej chwili na biurku zaczął brzęczeć jej telefon. Alfred. Co mu mówiła o niedzwonieniu w godzinach pracy?

Odrzuciła połączenie i w odpowiedzi napisała krótki esemes.

- Raport był pozytywny - ciągnął Anders. - Co w takim razie...

- Był pozytywny, bo taki zamówiono - stwierdziła i spojrzała na telefon, który znów zabrzęczał.

Nic ważnego, porozmawiamy wieczorem.

No pewnie. Rzadko chodziło o coś ważnego, kiedy dzwonił i stresował ją w pracy. Przeniosła wzrok na Andersa.

- Mówią, że to "kwestia harmonogramu". Komuś nałożyły się dwa terminy. Przesunęli na jutro.

- Kto miał się tam pojawić?

- Minister środowiska i sam premier.

- O rety.

Skinęła głową i przebiegła wzrokiem rządową notatkę, ale nie było tam więcej informacji.

- Premier pewnie dlatego, że nie mają teraz zbyt wielu innych tematów - stwierdziła. - Trzeba się starać o polityczne punkty za sukcesy.

- Kwestia harmonogramu - mruknął Anders. - Czyli szykuje się jakiś szajs.

- Zbadam sprawę - zapowiedziała, czując lekki dreszcz napięcia.

Anders spojrzał na nią i pokręcił głową.

- Pogadaj z Rolandem - polecił.

No świetnie! Jak długo jeszcze miała pozostawać w tej redakcyjnej kwarantannie, do której trafiła?

- Nie chcę, żebyś ruszała ten temat - powiedział szef newsroomu. - Może istnieje całkiem zwyczajne wytłumaczenie.

- Ale mogę zadzwonić i...

- Do kogo? - przerwał jej zmęczonym głosem. - Do Mimmi Wallner?

Wezbrał w niej wstyd i poczuła, że się czerwieni.

- Myślisz, że zechciałaby z tobą rozmawiać? - zapytał Anders.

Julia już nieraz próbowała wyjaśnić, co się wydarzyło w sierpniu, ale nikt w redakcji nie traktował jej poważnie. Poza tym tak naprawdę to właśnie Wallner, rzeczniczka prasowa, zachęcała ją do drążenia tematu. A kiedy przy okazji researchu Julia przypadkiem zbliżyła się do wrażliwych informacji, zmuszono ją, by się wycofała.

- O ile dobrze pamiętam - ciągnął Anders - wyraźnie kazałem ci zignorować ten sygnał. - Umilkł i na nią spojrzał. - Zrobiłaś to, Julio? Zignorowałaś go?

- Były powody przypuszczać, że to Bratt prowadzi negocjacje między...

- Między starymi szacownymi partiami prawicowymi z Europy a Viktorem Orbánem i jego hordą podobnie myślących populistów rozsianych po całym kontynencie - przerwał szef newsroomu. - Tak, już mówiłaś. Wiele razy. Ale na czym to opierasz?

- Długo krążyły takie pogłoski - odparła. - Poza tym były niejasności związane z lotami Bratta do Brukseli. Rozmawialiśmy o tym.

- Pogłoski - wycedził Anders. - Miałaś pogłoski i nic więcej. A co zrobiłaś, kiedy prosiłem, byś dała spokój? I gdy powiedziałem wprost, że masz zostawić temat, dopóki sytuacja trochę się nie wyklaruje?

Nie odpowiedziała od razu, więc mówił dalej, jak to miał w zwyczaju. Nijak nie mogła go powstrzymać.

- Ty zażądałaś całej masy dokumentów z Kancelarii Premiera, a jednocześnie nie dawałaś spokoju rzeczniczce prasowej, Mimmi Wallner. Do tego stopnia, że złożyła na policji zawiadomienie o nękaniu.

- Nieprawda - odburknęła Julia. - Tylko groziła, że złoży.

- I to masz na swoją obronę? Że nigdy nie zgłosiła cię na policję, więc nie ma problemu?

Anders pokręcił głową.

- To nie jest żadna obrona - oznajmiła Julia. - Mówię tylko, że zapowiedzi zgłoszenia mnie na policję były zwykłymi groźbami. Poza tym wiesz, że nie byłam żadną stalkerką.

- Wiem, Jul, że wszyscy przedstawiciele rządu i ludzie z ich otoczenia odmawiają rozmowy z tobą. Z tego powodu nie masz nawet jak sprawdzić, dlaczego przełożono konferencję prasową dotyczącą tak nieszkodliwego tematu jak ochrona wybrzeża.

- Załatwię to - powiedziała.

Anders podniósł rękę.

- Roland się tym zajmie. Odpuść.

4

Alfred stał z telefonem w ręce i patrzył w górę, w kierunku Kościoła Gustawa Wazy na Odenplan. Aha, pomyślał. Człowiek chodzi do pracy, ma rodzinę, grywa w squasha. Powoli drepcze przed siebie, robiąc swoje. A tu nagle dzwoni sekretarz stanu. Na zewnątrz śnieg padał mocniej, płatki wirowały w popołudniowej szarówce.

Ulicą Kalbergsvägen wlokły się samochody.

?sa Edvardsson Norling.

Niewyraźnie kojarzył to nazwisko. Gdy je wpisał w Google w telefonie, wyszukiwarka potwierdziła, że jest to sekretarz stanu w Kancelarii Premiera. W tej samej chwili telefon zabrzęczał i wyświetlił powiadomienie z Kalendarza: "Spotkanie z ?są Edvardsson Norling o 15.00 w Rosenbad. Proszę zabrać ze sobą szwedzki dowód tożsamości".

Zamknął wiadomość i zadzwonił do Julii. To był temat, który powinien jej przypaść do gustu. Sekretarz stanu chciała się z nim umówić na spotkanie. Po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa. No pewnie, nie odebrała, rzadko to robiła, gdy dzwonił do niej w godzinach pracy, i za każdym razem wytrącało ją to z równowagi.

Coś ważnego?

To była jej standardowa odpowiedź, kiedy próbował się z nią skontaktować. Odpisał krótko:

Nic ważnego, porozmawiamy wieczorem.

Twoja strata, pomyślał.

W drodze do metra przystanął i spojrzał na zegarek. Do umówionego spotkania w Rosenbad została jeszcze ponad godzina. Wystarczająco, by się przygotował. Nie co dzień dostaje się dostęp do wewnętrznych korytarzy władzy. Wiedział, że w takiej sytuacji trzeba mówić jasno i rzeczowo.

Wcześniej Alfred setki razy mijał Rosenbad, zbytnio nie zaprzątając sobie tym głowy. Oczywiście bywał w ministerstwach. Czasem miał spotkania z urzędnikami lub z tym czy owym sekretarzem stanu. Kiedy nieco ponad dwa lata temu tworzono rząd, dostał nawet pytanie, czy wyobraża sobie siebie na stanowisku rzecznika prasowego ministra środowiska i klimatu. Jego doświadczenie i profil najwyraźniej pasowały, on i minister znali się przelotnie z krótkiego okresu, gdy w czasie studiów działał w partyjnej młodzieżówce. Jednak odpuścił temat. Julia miała pełne ręce roboty w redakcji, więc nawet jej o tym nie wspomniał.

Usiadł na jednej z kanap przed wejściem. Było cicho i spokojnie. Po pewnym czasie z oddali dobiegł jakiś dźwięk. Alfred uniósł wzrok i zobaczył, że ciężkie szklane drzwi obok portierni się otwierają. Po chwili ciemnowłosa kobieta w szarym kostiumie i granatowej koszuli zapiętej pod samą szyję podeszła do niego szybkim krokiem, stukając obcasami.

- Pan Alfred Swärd? Jestem Mona Haddad, rozmawialiśmy wcześniej. Przepraszam za spóźnienie, mamy napięty grafik. ?sa już na pana czeka.

Machnęła ręką w stronę szklanych drzwi, jakby chciała go ponaglić.

- Powinien pan wiedzieć, że macie zaledwie dwadzieścia minut - dodała, gdy stanęli przed drzwiami windy. - Dziś wszystko trwało dłużej, niż powinno. Zresztą jak zwykle.

Rozległ się dźwięk. Kobieta puściła Alfreda przodem.

- No dobrze - powiedział, kiedy kabina jechała do góry. - Będę się starał mówić jak najzwięźlej. Wie pani może, czy coś szczególnie interesuje panią sekretarz? Spotkanie zostało umówione dość nagle.

Posłał jej ostrożny uśmiech. Nie chciał, by pomyślała, że czuje się niekomfortowo.

Jego rozmówczyni wzruszyła ramionami.

- ?sa to z panem omówi. Ja pilnuję terminów i staram się, by wszystko w miarę możliwości przebiegało bezboleśnie. Kwestie merytoryczne z przyjemnością zostawiam innym.

Kiedy winda stanęła i drzwi się otworzyły, Mona Haddad podeszła do kolejnej recepcji, a znajdująca się tam kobieta skinęła jej głową. Ruszyli dalej, pokonali drzwi z kontrolą dostępu, a potem jeszcze jedne, za którymi ciągnął się długi korytarz.

- Tu urzędują premier, sekretarze stanu i ich wspólne sztaby - poinformowała.

Korytarz był szeroki, lecz krótki. Po każdej z jego stron widniało sześcioro lub siedmioro wysokich drzwi. Na samym końcu swoistą ekskluzywną poczekalnię stanowiła niewielka strefa wypoczynkowa.

A więc tutaj urzęduje polityczne kierownictwo kraju, pomyślał.

- Pan premier ma gabinet tam, na samym końcu - wyjaśniła Mona.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi. Z jednego z pokoi nieco zbyt szybkim krokiem wyszedł młody blondyn w garniturze, z ważną miną i otwartym laptopem w rękach. Obrzucił Alfreda szybkim spojrzeniem i popędził korytarzem.

Kawałek dalej, przy uchylonych drzwiach, Mona gestem wskazała Alfredowi, że są już na miejscu.

- ?sa - powiedziała, zaglądając do pomieszczenia. - Alfred Swärd już tu jest. Macie osiemnaście minut.

5

Roland Mattson siedział w stołówce na piątym piętrze. Oczywiście wiedziała o tym. Zawsze można było go znaleźć w stołówce na piątym piętrze - miał tam swoje nieoficjalne miejsce pracy.

Tkwił z laptopem przy przeszklonej ścianie z widokiem na taras na dachu. Rozświetlone okna apartamentowców Norra Tornen tworzyły iluzję, że za nim rozpościera się scenografia z Blade Runnera. Śnieg sypał na całego i nie ulegało wątpliwości, że niedługo konserwator będzie musiał oczyścić taras.

Julia wzięła filiżankę kawy z ekspresu i głęboko odetchnęła. Rozmowa z Rolandem zawsze była drogą przez mękę i zazwyczaj unikała tego, jak tylko mogła. Jednak tym razem musiała chwycić byka za rogi.

- Co za zasrana pogoda - odezwała się, wskazując głową taras.

- Mhm - mruknął Roland, nie odrywając wzroku od komputera.

- Znowu polowanie na wilki?

Wypiła łyk kawy, odchyliła się na oparcie i skinęła głową w kierunku jego laptopa.

- Wygląda na to, że w północnej Skanii jest teraz cała wataha - odparł. - Ci idioci podjęli latem złą decyzję. Można się zastanawiać, dlaczego zarządy powiatów tak zwlekają z reakcją. Niech szlag trafi zielonych fanatyków. Niedługo nie zostanie tam ani jedna owca.

Odstawił komputer i spojrzał na Julię, mrużąc oczy.

- Ale nie jesteś tu po to, by rozmawiać o wilkach - stwierdził. - O co chodzi?

- To chyba nic takiego... - zaczęła niepewnie.

- Domyślam się - odparł Roland i spuścił wzrok na komputer.

Wypiła trochę kawy.

- Na popołudnie rząd zwołał konferencję prasową - powiedziała.

- O ochronie wybrzeża - mruknął. - Wiem.

- Ale ją przełożono.

- Naprawdę? Przegapiłem to, byłem całkowicie pochłonięty artykułem. A z jakiego powodu?

Podniósł wzrok znad komputera.

- Mówią, że chodziło o konflikt terminów. Zdublowaną rezerwację.

- Co na to Mimmi Wallner?

Julia ponownie łyknęła kawy i wzruszyła ramionami.

- Wiesz, że ze mną nie rozmawia.

- Chłopaki z Brukseli! - Roland zaśmiał się cicho i pokręcił głową.

Julia zacisnęła zęby, uznając, że z tym człowiekiem nie warto się spierać. Potrzebowała jego pomocy, dlatego przyszła.

Wyjrzała na śnieg i wieże migoczące w zapadającym zmroku. Była dopiero piętnasta, a Julia miała wrażenie, że dochodzi północ.

- Tak jak powiedziałam - podjęła. - To z pewnością nic takiego, ale obiecałam Andersowi, że sprawdzimy, z jakiego powodu odwołano konferencję.

Roland uniósł brwi.

- I chcesz, żebym to ja się skontaktował z Mimmi? - zapytał. - Można powiedzieć, że przyszłaś prosić mnie o przysługę?

Julia zareagowała uśmiechem.

- Tak, Rolandzie, chyba można tak powiedzieć.

Westchnął z zadowoleniem.

- Daj mi kwadrans. Dokończę ten fragment, a potem się tym zajmę.

Usiadła przy biurku, przejrzała raporty na temat ochrony wybrzeża i przeanalizowała kalendarz na stronie internetowej rządu. Oczywiście nic nie znalazła. Uruchomiła serwis X w telefonie i odszukała w wiadomościach Elisabeth Blomdahl.

Słyszałaś może, dlaczego odwołali konferencję o ochronie wybrzeża? - napisała.

Był to oczywiście strzał w ciemno, ale jeśli ktokolwiek znał odpowiedź, to właśnie Elisabeth, nestorka dziennikarzy politycznych z TT, szwedzkiej agencji prasowej. Pracowała w niej już od czasów Fälldina i wciąż była najlepiej poinformowana. Poza tym lubiła Julię. A przynajmniej szanowała.

Tak między nami - dodała Julia. Pyta mój szef. Oczywiście nie podkradnę ci tematu, jeśli nad nim pracujesz.

Przejrzała feed, ale nic ciekawego nie znalazła. Zieloni i socjaliści pisali, że przełożenie konferencji prasowej "wiele mówi". Niby co? - zastanowiła się.

Dostała odpowiedź od Elisabeth.

Mówią, że wystąpił konflikt terminów.

Julia westchnęła.

Tak, wiem. Ale dlaczego? Kto miał konflikt terminów? Bratt?

Wszyscy ministrowie musieli być dostępni - odpisała Elisabeth. To wszystko, co wiem.

- Bzdury - syknęła pod nosem Julia.

Zawsze potrafiła rozpoznać, kiedy dziennikarz nie chce zdradzić informacji.

- To przez Mimmi Wallner - powiedział jakiś głos.

Julia wypuściła z ręki telefon. Za nią stał Roland. Czuła zapach gumy nikotynowej, którą żuł całymi dniami.

- Mimmi Wallner jest chora. Dlatego odwołali - uściślił.

- Odwołali konferencję, bo rzeczniczka prasowa jest chora? - zdziwiła się Julia. - Przecież nie ona jedna potrafi poprowadzić briefing w Kancelarii Premiera. Rozmawiałeś z nią?

- Tak jak powiedziałem: jest chora. Chciałaś wiedzieć, dlaczego odwołano konferencję prasową. Masz odpowiedź.

- Czyli z nią nie rozmawiałeś?

- Mówię ci po raz trzeci: jest chora.

Roland wyjął gumę z ust i wcisnął ją w jedno z pustych miejsc na listku. Natychmiast wziął sobie nowy kawałek. Julia z irytacją potrząsnęła głową. Mimmi Wallner nie była typem osoby, która odwołuje konferencję prasową z powodu choroby. W ogóle by się nie przyznała, że źle się czuje. Była bardzo pilna. Prawdziwa boss girl, która biega w maratonach, a po pracy, wymagającej pod każdym względem, trenuje drużynę koszykówki, w której gra jej syn.

Roland ruszył przed siebie między stolikami.

- Masz u mnie dług - rzucił przez ramię.

- Czyli nie wiesz, czy to był powód odwołania? - zawołała za nim. - Wydaje się cholernie naciągany.

Roland przystanął i się odwrócił.

- Kto wie, może to ma związek z Brukselą? - powiedział i znów się roześmiał.

Potem poszedł do windy. Julia zamknęła oczy i pokazała jego plecom środkowy palec.

6

- Proszę wejść! - dobiegło z pokoju.

Alfred spojrzał na Monę Haddad, a ona dała mu ręką znak, by wszedł, zamiast się zastanawiać.

Ostrożnie przestąpił próg.

?sa Edvardsson Norling podniosła się z krzesła za biurkiem wypełnionym stosami dokumentów, które jednak bardziej wyglądało na uporządkowane niż zagracone. Za oknem, w mroku i śniegu, majaczyły światła ratusza. Kobieta była wysoka i szczupła, miała dobry metr osiemdziesiąt wzrostu. Włosy przycięte w krótką chłopięcą fryzurę nadawały jej wygląd osoby sprawnej, w nieustannym biegu.

- Witaj, Alfredzie - powiedziała, wyciągając do niego żylastą dłoń. - Przepraszam za tę panikę, ale wkrótce zrozumiesz, dlaczego tak się z tym wszystkim śpieszymy.

Jej uścisk dłoni był krótki i mocny, rzędy srebrnych bransoletek zabrzęczały.

- Nic nie szkodzi - odpowiedział Alfred. - Mam tylko nadzieję, że wystarczy wam ktoś taki jak ja.

?sa nie odpowiedziała, wyciągnęła tylko rękę i wskazała mu miejsce na niewielkim zestawie wypoczynkowym w kolorze koralowym, naprzeciwko biurka.

- Dziś jest tu wyjątkowo nerwowo - oznajmiła. - Nawet bardziej niż zwykle.

W drzwiach stanął mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze. Miał kruczoczarne włosy z długą, zaczesaną do tyłu grzywką, krótkie po bokach, a do tego pokaźną, bardzo zadbaną brodę. Alfred od razu go rozpoznał, bo w przeciwieństwie do ?sy często widział go na zdjęciach w gazetach u boku premiera. Był to Kianoush Hooshmand. Szef sztabu Christiana Bratta i jego najbliższy współpracownik. W prasie pisano, że stanowią nierozłączny duet. Gdzie jest jeden, tam pojawia się i drugi.

- No to zaczynamy - powiedział szef sztabu i zamknął za sobą drzwi.

Odwrócił się z szerokim uśmiechem i wyciągnął rękę do Alfreda.

- Dziękuję, że znalazłeś czas, Alfredzie. Nazywam się Hoosh - powiedział. - Moje prawdziwe nazwisko jest za trudne, więc tak właśnie się do mnie zwracaj.

- Naturalnie - odparł Alfred. - To wiele dla nas znaczy, że okazujecie zainteresowanie naszą działalnością.

Zajął fotel, z którego było widać wielki i mroczny portret królowej Krystyny, wiszący nad sofą. Bez wątpienia ten gabinet wzbudza zaufanie, pomyślał, wyjmując laptop z torby.

Hoosh usiadł na podłokietniku sofy naprzeciwko i splótł dłonie. Alfred mimo woli spojrzał na gruby złoty sygnet na jego palcu serdecznym. Trochę z niego paw, pomyślał.

- Jak mówiłem, nie jestem do końca pewny, jakich informacji szukacie - zaczął Alfred. - Przygotowałem dokument z zestawieniem najważniejszych danych i chętnie go omówię, abyście zrozumieli, na jakim etapie całego procesu jest obecnie Ventum. Jednak bardziej szczegółowe pytania, jeśli takie się pojawią, będę musiał przekazać dalej do naszego biura w Malmö. Chętnie też zorganizujemy spotkanie z ekspertami, o ile tylko dacie nam więcej niż godzinę na przygotowanie.

Hoosh się roześmiał i rozłożył ręce.

- Przepraszam za to - powiedział. - Zwykle tak nie pracujemy, ale sytuacja w tym tygodniu uległa zmianie.

Zapadła cisza, zerknął na ?sę. Ona odchrząknęła i nachyliła się do Alfreda.

- Przykro mi - powiedziała - ale muszę powiedzieć, że poprosiliśmy cię o przybycie pod nie do końca prawdziwym pretekstem. To nie o energetyce wiatrowej chcemy rozmawiać.

Alfred ze zdziwieniem uniósł brwi i spojrzał na Hoosha, który w dalszym ciągu się uśmiechał.

Mężczyzna wyglądał na podekscytowanego, jakby skrywał wielką tajemnicę i nie mógł się doczekać, aż ją wyjawi.

- Nie jest to z naszej strony brak zainteresowania klimatem - wyjaśnił Hoosh. - W żadnym wypadku, nie pomyśl tak. Po prostu farmy wiatrowe to raczej sprawa Ministerstwa Gospodarki.

Alfred pokręcił głową, próbując zrozumieć, co się dzieje.

- Wobec tego nie rozumiem - oznajmił. - Dlaczego prosiliście mnie o przybycie?

- Nie interesuje nas Ventum - odparł Hoosh. - Jesteśmy w najwyższym stopniu zainteresowani tobą.

Alfred zamknął laptop, odstawił go na niski stolik i odchylił się na oparcie fotela.

- Nie rozumiem...

Przerwał mu dudniący śmiech.

- Przepraszam - powiedział Hoosh i znów rozłożył ręce. - Rozumiem, że trudno się w tym połapać, naprawdę. Ale twoja mina jest fantastyczna!

?sa rzuciła mu poirytowane spojrzenie.

- Odrobina powagi byłaby tu chyba na miejscu - rzuciła. - To Rosenbad, nie twój akademik dwadzieścia pięć lat temu.

Nachyliła się do Alfreda.

- W ostatnich tygodniach widzieliśmy cię w telewizji. A raczej, wierz lub nie, to Hoosh zobaczył cię pierwszy w programie Aktuellt. Bardzo dobrze sobie poradziłeś. Zarówno wtedy, jak i podczas innych występów. Premier jest pod wrażeniem.

Tym razem to Alfred się roześmiał.

- Premier jest pod takim wrażeniem moich występów w telewizji, że mnie zaprasza, by mi oficjalnie podziękować w Rosenbad? Wybaczcie, ale dużo tego wszystkiego naraz.

?sa się uśmiechnęła. Nogi siedzącego na skraju sofy Hoosha podrygiwały niespokojnie.

- Nie po to, by podziękować. By zaproponować ci pracę.

- Niestety zostaliśmy bez kluczowej osoby odpowiadającej za naszą komunikację - oznajmił Hoosh.

- Szybko musimy wypełnić tę lukę.

- Ale... - zaczął Alfred, urwał jednak w pół słowa. - Ja już mam pracę!

Hoosh energicznie pokiwał głową i pochylił się nad stołem.

- Oczywiście, że tak! - potwierdził. - Ale nie tę pracę!

- Nie wiem, co powiedzieć - odparł Alfred. - To taka nagła propozycja.

- Mimo wszystko nie powinno to być dla ciebie kompletnym zaskoczeniem - ciągnął Hoosh. - O ile wiem, rząd już wcześniej miał cię na oku.

- Kilka lat temu odbyłem jedynie wstępne rozmowy z ministrem środowiska i klimatu w sprawie stanowiska rzecznika prasowego - wyjaśnił Alfred. - Ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Hoosh znów się roześmiał i pokręcił głową.

- Nie musisz się tłumaczyć. Wiadomo, że nikt nie marzy o pracy w tamtym miejscu. - Nachylił się w stronę Alfreda i popatrzył na niego brązowymi oczami. - My jednak proponujemy coś zupełnie innego.

- Rzecznik prasowy premiera to wymagające stanowisko - powiedziała ?sa. - Wiąże się z koniecznością podróży i pracy w niekomfortowych godzinach. Poza tym nie możemy zaproponować wynagrodzenia, które być może dostałbyś w firmie konsultingowej.

- To prawda - przytaknął Hoosh. - Ale bądźmy najzupełniej szczerzy: w całej Szwecji nie ma bardziej pożądanego stanowiska w branży komunikacji publicznej. Byłbyś w samym centrum. Polityki, kultury, wszystkich wydarzeń.

- Możemy zaproponować takie wynagrodzenie, jakie masz teraz - dodała ?sa. - Nie będziesz musiał obniżać poziomu życia. Poza tym na początek proponujemy umowę na rok. Tak czy inaczej, kiedy zaczniesz tu pracować, świat stanie przed tobą otworem. Wszyscy przedstawiciele mediów będą wiedzieli, kim jesteś. Nie ma takiej pracy w komunikacji, której nie dostaniesz po czymś takim.

Hoosh spojrzał na Alfreda.

- Słuchaj - powiedział. - To nie jest propozycja pracy, którą można odrzucić.

7

To była mordęga - doprowadzić dwójkę dzieci do domu w ciemności przez mokry śnieg. Julia miała zły humor. Oczywiście to ona musiała je odbierać akurat dzisiaj, gdy pogoda była tak paskudna, że nie odważyła się jechać własnym samochodem.

- Proszę cię, Iris! - zawołała. - Chodź już, jesteś kompletnie przemoczona!

Iris miała czerwone policzki. Leżała na plecach w dziesięciocentymetrowej warstwie świeżego śniegu i robiła orzełka. Choć jej granatowa kurtka Mini Rodini wisiała wcześniej w szafce do suszenia ubrań, to teraz z rękawów dało się wykręcać wodę. Legginsy były mokre aż do kolan.

"Dobrze by było, gdybyście pamiętali o przynoszeniu ubrań na zmianę". Ech, te przemądrzałe świetliczanki. Czy w ogóle zdawały sobie sprawę, że ludzie chodzą do pracy? Może myślały, że rodzic zostawia dziecko w szkole, a potem wraca do domu i ucina sobie drzemkę aż do czasu, gdy trzeba je odebrać?

Nie zdążyła dokończyć tej myśli, bo w kark uderzyła ją śnieżka. Nieubita i rzucona niezbyt mocno, ale sam fakt był już dość upokarzający.

- Zack, do jasnej cholery! - krzyknęła i się odwróciła. - Co ty, do diabła, wyprawiasz?

Roześmiany synek przemknął obok niej. Julia się pochyliła. Uformowała pokaźną kulę śniegu i rzuciła w jego stronę, ale bardzo chybiła.

Samochody sunęły wciąż zasypanymi ulicami, żółte światło latarni przebijało się przez ciemne popołudnie. Zack i Iris podążali za nią w coraz głębszym śniegu przez całą drogę między małymi willami. Dopiero na Olympiavägen zwolniła i pozwoliła im się dogonić. Najpierw przybiegł Zack, a potem, z trudem, Iris. W końcu wszyscy stracili równowagę i wpadli w zaspę za samochodem na podjeździe do garażu. Julia znalazła się na samym dole, mokra i przemarznięta, a na nią zwaliło się dwoje dyszących, lodowatych dzieci. Niech szlag trafi dodatkowe ubrania, pomyślała i jeszcze mocniej przycisnęła do siebie dwójkę głośnych maluchów. Tak właśnie wyglądało bycie mamą. Drobne ciałka. Czerwone policzki. Chaos.

- Szybko zasnęli - oznajmił Alfred.

Julia przystanęła w drzwiach kuchni i pokręciła głową. Alfred zapalił świeczki. Na stole postawił talerz z sześcioma ostrygami. Trzymał w ręce butelkę szampana i zanim zdążyła zareagować, otworzył ją z głuchym pyknięciem, napełnił kieliszek i jej go podał.

- Oj! - zawołała Julia. - A co to ma być? Wiem, że chyba zasnęłam u Iris, ale jak długo właściwie spałam? To już sylwester?

Alfred brzęknął kieliszkiem o jej kieliszek.

- Przecież dzisiaj środa - oznajmił. - Czyli mała sobota.

Julia wypiła łyk szampana i spojrzała na piekarnik. Czuła zapach ziół i czosnku.

- Zapiekany homar? Serio, Alfred, powiedz mi, co się dzieje?

Powoli usiadła przy stole. On zajął miejsce naprzeciwko i wziął sobie ostrygę.

- Zaproponowano mi pracę - powiedział.

- Słucham?

Julia sięgnęła po ostrygę, nie odrywając od niego wzroku.

- Nie wiedziałam, że szukasz pracy. Przecież jesteście dopiero na etapie rozruchu i świetnie sobie radzisz.

Wyssała ostrygę i poczuła w ustach słoną eksplozję zimowego morza.

- Tak właśnie jest - odparł.

Opróżnił swój kieliszek jednym haustem i ponownie napełnił oba.

- Sukces, który odniosłem, odbił się szerokim echem. Moje talenty zostały dostrzeżone z Olimpu. Zeus osobiście z niego zstąpił, by wyrazić podziw i poprosić mnie o...

Julia pokręciła głową i nachyliła się ku niemu.

- Okej, okej - przerwała. - Może po prostu opowiedz od początku, nie wdając się w żadne skomplikowane żarty. Co jest grane?

Odchylił się na oparcie krzesła i nagle spoważniał. Postawił kieliszek na stole przed sobą i oburącz potarł twarz.

- To wszystko jest nienormalne - powiedział, unosząc na nią wzrok. - Ale dziś zadzwoniła do mnie sekretarz stanu z Kancelarii Premiera.

- Co takiego? - Julia przełknęła szampana. Kręcąc głową, zaniosła się kaszlem. - Kto konkretnie? Tam jest kilka osób.

- ?sa Edvardsson Norling - wyjaśnił. - Wygląda na to, że jej zakres obowiązków obejmuje również sprawy krajowe.

- Kotku - powiedziała Julia, tłumiąc chichot. - Chyba pamiętasz, gdzie pracuję, co? Wiem, kim jest Edvardsson Norling. Sekretarz stanu. To nie byle kto. Właśnie ona pomaga Brattowi kierować całą kancelarią. Poważnie, dzwoniła do ciebie? Bardzo przepraszam... ale w jakiej sprawie?

- Zapytać, czy chcę zostać rzecznikiem prasowym premiera.

Zapadła kompletna cisza. Słychać było tylko ciche brzęczenie piekarnika i gruntowej pompy ciepła w przedpokoju.

- Żartujesz? - zapytała Julia. Rozejrzała się po kuchni. - Proszę, powiedz, że założyłeś kanał na YouTubie i nagrywasz z ukrycia, jak się nabieram na wymyślone przez ciebie pranki.

Alfred z uśmiechem pokręcił głową, popijając szampana.

- Widzieli cię w telewizji - kontynuowała. - No pewnie, przebiegłe skurczybyki. To do nich idealnie pasuje. Całkowicie w ich stylu.

- W ich stylu?

Spojrzała na Alfreda i jego słodką, niewinną twarzyczkę.

- W taki sposób pracują - stwierdziła. - Dziś po południu dowiedziałam się czegoś o Mimmi Wallner. Czyli twojej poprzedniczce.

Uśmiechnęła się.

- Są cyniczni, to trzeba im przyznać. Przez długi czas mieli taką właśnie receptę na sukces. Bratt i Hooshmand. Edvardsson Norling tak samo. I Fransson. Myślałam, że Wallner należy do tej ich małej bandy. Najwyraźniej jednak nie.

Wypiła łyk szampana.

- Z Wallner coś się stało i potrzebują nowego stracha na wróble.

- Dzięki - odparł Alfred. - Fajnie, że jesteś pod wrażeniem. O co chodzi z tym strachem na wróble?

- My, dziennikarze, jesteśmy ptakami, które krążą wokół członków rządu - wyjaśniła. - Strachami na wróble nazywamy ich rzeczników prasowych. To nic osobistego, nie obrażaj się. Zadaniem rzecznika premiera jest odstraszanie ptaków, by nie wydziobywały ziaren. Bo kto wie, co by wówczas znalazły.

- Nie do końca tak przedstawiali mi tę pracę - odparł ze śmiechem Alfred. - Ale jasne, słucham cię, w końcu od dawna w tym siedzisz.

- Nic dziwnego, że cię chcą - odparła Julia. - Masz odpowiednie doświadczenie. Chodziłeś do Wyższej Szkoły Handlowej w Sztokholmie, tak jak chłopaki. Pracowałeś w agencji PR, a w ostatnim miesiącu pokazałeś, na co cię stać. Jesteś na fali, kompetentny, idealnie im pasujesz. Samo twoje dołączenie do nich będzie newsem.

Poza tym zatrudnienie mojego partnera da im oczywiście pewność, że nie będę zadawała kolejnych niewygodnych pytań, dodała w myślach. Nie powiedziała jednak tego, tylko zapytała:

- Dlaczego to się dzieje teraz? Dlaczego Mimmi Wallner zniknęła? Powiedzieli coś na ten temat?

Ze wszystkich sił próbowała ukryć zainteresowanie. Podejrzewała jednak, że jej się to nie udaje.

- Zwolnienie chorobowe - odparł Alfred.

- Tylko tyle?

- A co mieli powiedzieć?

- A nie wspomnieli, że jesteśmy razem? A ja ubiegłej wiosny doprowadziłam do dymisji ministrę rozwoju Louise Ek?

Nie mogła się opanować. Słoń w pokoju był już zbyt wielki.

- Możesz mi wierzyć lub nie, Jul - odparł - ale nie rozmawialiśmy o tobie.

- Ale czy nie uważasz, że to dziwne? Że chcą zatrudnić akurat ciebie?

- Uspokój się.

Alfred rzucił jej zirytowane spojrzenie. Wziął głęboki wdech.

- Już dwa lata temu skontaktowała się ze mną Saga Halvarsson i zapytała, czy chcę być rzecznikiem prasowym. Wiesz, że znam ją ze studiów.

Julia wlepiła w niego wzrok.

- Słucham? Dwa lata temu pytano cię, czy zostaniesz rzecznikiem ministra środowiska i klimatu?

Alfred skinął głową.

- I nic mi o tym nie powiedziałeś? Nie czujesz, że...

- Nie było wtedy odpowiedniej sytuacji - przerwał jej Alfred. - Nic nie powiedziałem, bo nie byłem gotowy na taką dyskusję, jaką mamy teraz. Postanowiłem odpuścić tę sprawę. Ty patrzyłaś rządowi na ręce, a ja wciąż byłem względnie nowy w Ventum.

Julia poczuła w środku narastający niepokój. Rozmowa zmierzała w nieprzyjemnym kierunku.

- Kiedy dziś rozmawiałem z Hooshem, okazało się, że to Saga Halvarsson poleciła mnie do pracy u Bratta. I w tym samym czasie zobaczyli moje błyskotliwe wystąpienia w telewizji.

- Hoosh - powtórzyła Julia. - Już go tak nazywasz? Po jednej rozmowie telefonicznej?

Alfred rozłożył ręce.

- No a co mam zrobić? Tak się przedstawił. To jak niby mam go nazywać?

- Naprawdę cię omamili. I to już przez telefon. Imponujące.

- To nie była tylko rozmowa telefoniczna - odparł. - Spotkałem się z nimi dziś po południu. W Rosenbad.

Julia zmrużyła oczy i nachyliła się ku niemu nad stołem.

- Co zrobiłeś? Ludzie Bratta zadzwonili, a ty przybiegłeś? Co takiego...

Uniósł ręce, żeby ją uspokoić.

- Sekretarka, która do mnie zadzwoniła, mówiła, że będą chcieli porozmawiać o pracy. A my jesteśmy w trakcie zdobywania zezwoleń. Spotkanie z kimś z Kancelarii Premiera to dla nas wielka rzecz. Jak rozbicie banku!

- Słuchaj... - Julia nie przestawała kręcić głową. - Dlaczego nie zadzwoniłeś do mnie? Nie znasz tej ekipy.

- Próbowałem się dodzwonić, ale...