Szpony mocy. Saga Skrzydła ognia. Księga 9 - Tui T. Sutherland

Kup ebooka

40.00 zł
34.00 zł (31,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Trzy lata wcze­śniej...

Kró­lew­ska Wylę­gar­nia powinna być cie­płym, bez­piecz­nym i spo­koj­nym miej­scem, w któ­rym jaja spo­czy­wały do czasu wylęgu. Nie powinna być śmier­telną pułapką, która przy­pra­wiała o gęsią skórkę.

- To nie jest śmier­telna pułapka! - pro­te­sto­wała Korala, kie­dy­kol­wiek Skrzele poru­szał ten temat. - Mor­sko­skrzy­dłe księż­niczki i ksią­żęta wylę­gają się tam od tysięcy lat. Ja się tam wylę­głam i było tam spo­koj­nie i pięk­nie. To część naszego dzie­dzic­twa. To tra­dy­cja Mor­sko­skrzy­dłych. Z wylę­gar­nią wszystko jest w porządku, pro­ble­mem są nasze bez­u­ży­teczne straże.

- Robią, co tylko mogą - sprze­ci­wił się Skrzele. - Nie można wyma­gać od smo­ków zbyt wiele.

- Nie ocze­kuję, że poda­dzą mi trzy księ­życe na tacy - wark­nęła Korala. - Jedyne, co muszą robić, to chro­nić moje jaja, dopóki nie wykluje się dzie­dziczka tronu. CZY TO TAKIE TRUDNE?

Skrzele nie odpo­wie­dział. Nie wie­dział, dla­czego w ostat­nich pię­ciu latach stra­cili sześć żeń­skich jaj. Nie wie­dział, jak zmarły jego kolejne trzy córki. Korala była pewna, że w pałacu był zabójca, lecz on sam nie rozu­miał, kto mógłby chcieć zabić tyle nie­na­ro­dzo­nych księż­ni­czek.

Kiedy pły­nął przez Pałac w Głę­bi­nie, czuł ból w sercu na myśl o tych wszyst­kich smo­czę­tach, które stra­cili. Korala tak bar­dzo sta­rała się o dzie­dzica, że skła­dała jaja już każ­dego roku. Pałace prze­peł­nione były synami, któ­rzy prze­żyli wyklu­cie. Ksią­żęta byli wszę­dzie, do tego stop­nia, że na ich kwa­tery prze­zna­czono całe skrzy­dło Pałacu w Głę­bi­nie.

Skrzele sta­rał się zapa­mię­tać ich imiona i ich roz­róż­niać - Korala nie zawra­cała sobie tym głowy - ale było ich już dwu­dzie­stu czte­rech, plus trzech kolej­nych, któ­rzy mieli się wykluć. Cza­sami chciał, by nie posia­dali nada­nego przez ani­musa zmy­słu dotyku, który pozwa­lał odróż­nić męskie jaja od żeń­skich. Zasta­na­wiał się, czy uła­twiał on, czy utrud­niał zabój­com zada­nie, gdy wyraź­nie oddzie­lali jaja w wylę­garni. Wtedy jed­nak zaczął się zasta­na­wiać, czy miało to jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Bez moż­li­wo­ści roz­róż­nie­nia jaj być może zabójca znisz­czyłby je wszyst­kie.

Skrzy­dła zanio­sły go do wylę­garni, tak jak zawsze ostat­nimi czasy, a bywało, że nawet pięć razy dzien­nie. Jak dotąd naj­now­szy plan Korali się spraw­dzał - już nie­długo młode się wyklują, całe i zdrowe. Wtedy zostaną zabrane z Kró­lew­skiej Wylę­garni, co będzie dla niego praw­dziwą ulgą... cho­ciaż - bio­rąc pod uwagę, co się stało z poprzed­nimi księż­nicz­kami - nie był pewien, czy gdzie­kol­wiek będą bez­pieczne.

Nowy Prze­wod­ni­czący Rady Opieki nad Smo­czę­tami był ner­wowy, ale oddany swo­jej pracy. Ucho­wiec miał do pomocy zastępcę i na zmianę peł­nili obo­wiązki w wylę­garni tak, że jaja księż­ni­czek były bez­u­stan­nie strze­żone. Ucho­wiec i Lucjana byli dwoma naj­bar­dziej zaufa­nymi żoł­nie­rzami Skrzela; oso­bi­ście ich wybrał.

A mimo to... nie mógł się powstrzy­mać, by ich nie spraw­dzać. Tak dla pew­no­ści. Dla bez­pie­czeń­stwa.

Uchy­lił drzwi i wpły­nął do ciem­nego pomiesz­cze­nia w kształ­cie jaja. Jego skrzy­dła zadrgały w przy­pły­wach cie­płej, wypeł­nia­ją­cej wylę­gar­nię wody, która utrzy­my­wała ide­alną dla jaj tem­pe­ra­turę.

Uchowcu? - zapy­tał w wod­nej mowie.

Wszę­dzie pano­wała cisza. Mar­mu­rowy posąg jego córki, Orki, pochy­lał się nad gniaz­dami, czu­wa­jąc nad przy­szłymi braćmi i sio­strami. Skrzele chciałby, żeby posąg mógł strzec ich z taką zacie­kło­ścią, jaka malo­wała się na jego obli­czu. Chciałby, żeby Orka na­dal żyła, by sama mogła ich strzec.

Jed­nakże gdyby żyła, Korala byłaby mar­twa. Pokrę­cił głową. Ni­gdy nie zro­zu­mie, dla­czego Orka wyzwała matkę na poje­dy­nek o tron w tak mło­dym wieku. Gdyby tylko pocze­kała... mie­liby przed sobą jesz­cze tyle lat jako rodzina.

Chyba że zabójca rów­nież ją by zabił.

Zadrżał i wpły­nął głę­biej do pomiesz­cze­nia.

Ucho­wiec leżał przy gnieź­dzie, w któ­rym spo­czy­wały jaja księż­ni­czek, okry­wa­jąc je roz­ło­żo­nymi skrzy­dłami.

Uchowcu?

Zanie­po­ko­jony Skrzele pośpie­szył do niego. Ucho­wiec ni­gdy się nie kładł; pra­wie w ogóle nawet nie sia­dał. Był zawsze czuj­nym, zawsze wzo­ro­wym żoł­nie­rzem.

Skrzele potrzą­snął ramie­niem przy­ja­ciela. Ze sła­bym jękiem Ucho­wiec usiadł, a Skrzele zauwa­żył, że prze­wod­ni­czący rady ma dziw­nie pobie­lałe skrzela. Jego oczy nabie­gły krwią, a spod łusek doby­wały się dro­binki piany.

Prze­pra­szam. Ucho­wiec bły­snął flu­ore­scen­cyj­nymi łuskami pod skrzy­dłami. Cze­ka­łem, aż ktoś przyj­dzie. Ale nie opusz­czę jaj... na pewno, obie­cuję. Będą bez­pieczne. Roz­po­starł skrzy­dła, by ponow­nie okryć nimi gniazdo, lecz się zachwiał.

Jesteś chory - powie­dział Skrzele. Nie powi­nie­neś tutaj być. Spro­wa­dzę pomoc.

Tak... nie! Ucho­wiec ponow­nie bły­snął łuskami. Boję się, że... usnę... wszystko wiruje.

Dasz radę dotrzeć do sali uzdro­wień? - zapy­tał Skrzele. Jeśli zostanę tutaj i będę strzegł jaj?

Może.

Ucho­wiec spró­bo­wał popły­nąć, poru­sza­jąc skrzy­dłami, lecz jego cia­łem wstrzą­snęły w jed­nej chwili potężne dresz­cze. Wes­tchnął gwał­tow­nie i zwi­nął się w kłę­bek na gład­kiej pod­ło­dze wylę­garni.

W porządku, zostań tu. Pil­nuj jaj i nie zasy­piaj. Znajdę kogoś i poślę go po pomoc.

Skrzele tak szybko, jak tylko mógł, popły­nął do drzwi, a potem w górę po ram­pie, aż dotarł na pię­tro pałacu.

Trzy małe smo­częta, wszyst­kie mniej wię­cej dwu­let­nie, siło­wały się w głów­nym hallu, kopiąc i pisz­cząc rado­śnie. To jego syno­wie, zdał sobie sprawę Skrzele, sprzed dwóch wylę­gów. (W tej gru­pie było tylko jedno żeń­skie jajo, lecz księż­niczka nie dotrwała nawet do połowy okresu inku­ba­cji, przy­po­mniał sobie z żalem).

Roz­bły­snął jaskrawo łuskami, by zwró­cić ich uwagę, na co, mru­ga­jąc, odwró­cili się do niego.

Potrze­buję pomocy - bły­snął. Kto mi pomoże?

Ksią­żęta zer­k­nęły na sie­bie ner­wowo, po czym jeden z nich pod­pły­nął nieco bli­żej.

Ja! - odpo­wie­dział. Ja to zro­bię, ojcze!

Dobrze - powie­dział Skrzele. Dzię­kuję...

Zawa­hał się.

Żół­wiu - bły­snęło smo­czę. Jestem Żółw.

Wiem - odparł Skrzele, cho­ciaż nie do końca był pewien. Żół­wiu, to bar­dzo ważne. Chcę, żebyś zna­lazł Lucjanę i przy­słał ją natych­miast do Kró­lew­skiej Wylę­garni. Powiedz, by się pośpie­szyła i przy­była tak szybko, jak tylko przy­wiodą ją skrzy­dła. Zro­bisz to?

Pew­nie. - Żółw ski­nął głową, otwie­ra­jąc sze­roko zie­lone oczy.

Liczę na cie­bie, Żół­wiu - powie­dział Skrzele, doty­ka­jąc ramie­nia syna. To naprawdę bar­dzo ważne. Wiem, że dasz sobie radę. Będę cze­kał, dobrze?

Tak, panie - odparł Żółw, lekko drżąc.

Idź więc. Szybko!

Żółw bole­śnie powoli popły­nął w stronę kuchni. Skrzele upo­mniał się, że ten smo­czek to książę. Nie zawie­dzie. Znaj­dzie Lucjanę, zastęp­czy­nię Uchowca, która przy­pil­nuje jaj, pod­czas gdy on zabie­rze Uchowca do Sali uzdro­wień.

Skrzele pognał z powro­tem do wylę­garni. Ucho­wiec był wciąż przy­tomny i kucał nad jajami ze szpo­nami przy­ci­śnię­tymi do piersi. Skrzele z nie­po­ko­jem dostrzegł, że na szyi przy­ja­ciela jest narośl - duże, okrą­głe wybrzu­sze­nie, któ­rego kilka chwil temu jesz­cze nie było. Dotknął jej lekko, na co Ucho­wiec wzdry­gnął się gwał­tow­nie. Narośl była nie­zno­śnie gorąca.

Skrzele nie miał poję­cia, co to była za cho­roba. Czy to bez­pieczne, żeby tutaj był? Czy mógł zain­fe­ko­wać jaja?

Musiał wydo­stać Uchowca z wylę­garni. Dla bez­pie­czeń­stwa jaj, ale i dla­tego, że prze­wod­ni­czący rady wyglą­dał na coraz bliż­szego śmierci.

Pośpiesz się, Żół­wiu.

Cze­kali w bole­snej ciszy.

Czy narośl się powięk­szyła?

Żół­wiu, gdzie jesteś?

No szyb­ciej, szyb­ciej.

Wybrzu­sze­nie powięk­szało się powoli, spra­wia­jąc, że łuski Uchowca ster­czały pod dziw­nym kątem. Narośl wyglą­dała teraz, jakby w każ­dej chwili mogła wybuch­nąć.

Nic ci nie będzie - bły­snął do Uchowca. Pomoc nad­cho­dzi.

Ale Pomoc nie nade­szła. Czas pły­nął, powoli cią­gnąc za sobą swój długi, długi ogon. Nikt się nie zja­wił.

Ucho­wiec zaczął poję­ki­wać cicho i chra­pli­wie, jakby czy­jeś szpony dra­pały go po ścia­nie gar­dła. Nie odry­wał wzroku od jaj, trzy­ma­jąc skrzy­dła cia­sno przy ciele i koły­sząc się lekko.

Żół­wiu, pomy­ślał Skrzele z bez­silną furią. To była jego wina. Jakże bez­sen­sowne pole­ce­nie mu wydał. Powi­nien był wysłać wszyst­kie smo­częta, by odna­la­zły Lucjanę. Nie... powi­nien był powie­dzieć im, by zna­la­zły któ­re­go­kol­wiek doro­słego smoka albo wezwały jed­nego z uzdro­wi­cieli. Albo kiedy tylko zoba­czył, że Ucho­wiec jest chory, mógł sam popły­nąć po uzdro­wi­ciela. Teraz widział, że wystar­czy­łoby czasu, by popły­nął tam i z nim wró­cił. Jed­nak z każdą mija­jącą chwilą Ucho­wiec był coraz bli­żej upadku. Prawda była taka, że Skrzele mógł zro­bić wszystko, tylko nie to, co wła­ści­wie zro­bił. Popeł­nił okropny błąd.

Ale gdzie jest Żółw? Jeśli nie mógł zna­leźć Lucjany, to czy sam nie potra­fił zna­leźć mądrzej­szego wyj­ścia?

Niech ktoś przyj­dzie. Pro­szę, pro­szę, kto­kol­wiek...

W końcu cze­ka­nie stało się nie do znie­sie­nia. Ucho­wiec umrze, jeśli wkrótce nie zaj­mie się nim uzdro­wi­ciel... być może już było za późno. Skrzele nie mógł dłu­żej cze­kać.

Nie odchodź - bły­snął Ucho­wiec, kiedy Skrzele ruszył do drzwi.

Nie mogę pozwo­lić ci tak umrzeć - odpo­wie­dział Skrzele. Nie zasy­piaj, dopóki nie wrócę.

Pełen obaw zawa­hał się przy drzwiach. W tym sta­nie Ucho­wiec nie był żadną prze­szkodą dla zabójcy. Ale nie będzie go zale­d­wie chwilę... to byłoby praw­dziwe nie­szczę­ście i pech, gdyby zabójca zja­wił się w ciągu zale­d­wie tych kilku chwil.

Popły­nął. Pły­nął, by rato­wać życie Uchowca i swo­ich córek. Prze­mknął przez pałac niczym taj­fun, zmie­rza­jąc pro­sto do kom­nat uzdro­wi­cieli. Jego syno­wie znik­nęli z głów­nego hallu; ni­gdzie też nie widział Żół­wia ani Lucjany.

POMOCY - bły­snął naj­ja­śniej, jak mógł, kiedy tylko dotarł na pię­tro uzdro­wi­cieli. Zacie­ka­wione smoki natych­miast poja­wiły się przy nim, a w wodzie wznio­sły się bąbelki peł­nych szoku wes­tchnień, gdy wyja­śnił im stan, w jakim znaj­duje się Ucho­wiec.

Trzech z nich chwy­ciło swoje torby i pośpie­szyło za nim w dół, do Kró­lew­skiej Wylę­garni.

Kiedy zna­leźli Uchowca, był nie­przy­tomny, a jego skrzy­dła falo­wały z prą­dem wody. Przez chwilę Skrzele myślał, że ktoś roz­ciął mu kark, lecz zaraz zdał sobie sprawę, że krew ście­ka­jąca po łuskach przy­ja­ciela wypły­wała z naro­śli, która pękła.

Uzdro­wi­ciele szybko pod­pły­nęli do niego, po czym zatrzy­mali się i z roz­pa­czą na pyskach się odwró­cili.

Nie - bły­snął nie­świa­do­mie Skrzele. Nie, nie!

Dwa jaja zostały znisz­czone, wyraź­nie przez potężne i cięż­kie szpony. Smo­częta w nich były mar­twe.

Kolejne dwie stra­cone księż­niczki.

Skrzele zawył z bólu i furii. Ryczał, aż zawio­dło go gar­dło. Wtedy zawró­cił gwał­tow­nie i odpły­nął. Już ni­gdy nie chciał widzieć Kró­lew­skiej Wylę­garni.

Znajdź­cie mojego syna, Żół­wia - wark­nął do jed­nego ze smo­ków w kory­ta­rzu.

Wypły­nął na górę i zoba­czył grupę smo­ków zbli­ża­ją­cych się od strony ogro­dów... Kró­lowa Korala wra­cała wła­śnie z Pałacu Let­niego i ze spo­tka­nia z Żagwią.

Jak miał jej powie­dzieć o tym, co się stało... ponow­nie?

Ona jed­nak dostrze­gła to w minie, gdy popły­nął do niej od drzwi. Nagle osu­nęła się, jakby przy­gnie­ciona ogrom­nym cię­ża­rem, na polu ane­mo­nów. Prze­su­nęła skrzy­dła do przodu i zakryła oczy szpo­nami. Nie chciała widzieć, jak prze­ka­zuje jej te wie­ści w wod­nej mowie.

Przy­kro mi - bły­snął mimo to. Tak mi przy­kro.

Nie poru­szyła się, nie pod­nio­sła wzroku.

Skrzele odwró­cił się, gdy jakiś ruch przy­cią­gnął jego uwagę. Zoba­czył Żół­wia, który, roz­glą­da­jąc się, pły­nął powoli przez ogród. Bra­cia pły­nęli za nim, żar­tu­jąc, śmie­jąc się i sztur­cha­jąc.

Skrzele rzu­cił się przez ogród, zła­pał Żół­wia za skrzy­dło i odwró­cił go przo­dem do sie­bie.

GDZIEŚ TY BYŁ?!!! - ryk­nął.

Żółw drgnął i zakrył oczy pod wpły­wem inten­syw­no­ści bły­sku jego łusek.

Nie mogę jej zna­leźć - odpo­wie­dział ner­wowo. Ja... ja wciąż jej szu­kam.

TUTAJ?

Skrzele wska­zał szpo­nami nie­mal pustą część rafy, dokąd zabie­rano ran­nych żoł­nie­rzy, by mogli wypo­cząć i w oto­cze­niu piękna i barw leczyć rany. Miał ochotę roze­rwać to piękno na strzępy; pra­gnął znisz­czyć całą kora­lową rafę i zabić wszel­kie stwo­rze­nia, które w niej miesz­kały.

Cóż... nie mogłem zna­leźć jej ni­gdzie w pałacu, więc... nie wie­dzia­łem, gdzie mam jej szu­kać! Ale sta­ram się!

Już za późno - wark­nął Skrzele. Twoje nowe sio­stry nie żyją i to twoja wina.

Żółw pobladł.

Ale... jak... Ja nie...

Byłeś zbyt powolny.

Skrzele cof­nął się, wbi­ja­jąc wście­kły wzrok w pozo­sta­łych dwóch ksią­żąt, któ­rzy sku­lili się za skałą i patrzyli na nich sze­roko otwar­tymi oczami.

Prze­pra­szam. - Żółw pochy­lił głowę, obra­ca­jąc w pal­cach kawa­łek korala. Ja... nie wie­dzia­łem, jak wygląda Lucjana. I nikt nie wie­dział, gdzie może być...

Nie powi­nie­neś zgła­szać się do cze­goś, czego nie jesteś w sta­nie zro­bić - powie­dział ostro Skrzele. Nie powi­nie­neś pro­po­no­wać pomocy, jeśli masz być bez­u­ży­teczny.

Naprawdę się sta­ra­łem - odparł Żółw, ner­wowo poru­sza­jąc szpo­nami. Naprawdę, naprawdę mocno. Prze­pra­szam, tato.

Zawio­dłeś.

Skrzele wbił w niego wzrok. Na widok roz­dzie­ra­ją­cej roz­pa­czy na pysku małego smoka poczuł ukłu­cie wyrzu­tów sumie­nia... jed­nak jego gniew był teraz zbyt silny, by mógł go powstrzy­mać.

Bar­dzo mnie roz­cza­ro­wa­łeś.

Być może pew­nego dnia wyba­czy synowi. Być może pew­nego dnia będzie w sta­nie znów myśleć trzeźwo. Nawet teraz gdzieś w głębi wie­dział, że obwi­nia­nie dwu­let­niego smoczka za swoje wła­sne błędy było złe. Pew­nego dnia, kiedy jego roz­pacz minie, może uda mu się zna­leźć słowa, by mu o tym powie­dzieć. Ale nie dzi­siaj.

Skrzele odwró­cił się od zszo­ko­wa­nego Żół­wia i pod­pły­nął do Korali. Patrzyła na niego pustymi, smut­nymi oczami.

Co takiego zro­bił? - zapy­tała słabo.

Posła­łem go po pomoc, ale zamiast ją spro­wa­dzić, błą­kał się we wszyst­kich nie­wła­ści­wych miej­scach.

To tylko książę - odparła. Czego się spo­dzie­wa­łeś?

Się­gnęła przed sie­bie i chwy­ciła jeden z jego szpo­nów.

Skrzele, kolejna na pewno prze­żyje.

Och, Koralo - powie­dział. Może nie powin­ni­śmy...

Tym razem sama z nią zostanę - prze­rwała mu Korala z mocą. Nikt oprócz mnie tego nie zrobi. Mia­łam rację co do nie­kom­pe­tent­nych straży.

To nie była wina Uchowca - zapro­te­sto­wał.

To bez zna­cze­nia - odpo­wie­działa kró­lowa, wska­zu­jąc pal­cem pałac. Już roz­ka­za­łam zgła­dzić jego i Lucjanę.

Koralo! - zawo­łał zszo­ko­wany Skrzele. Pró­bo­wał się od niej odsu­nąć, lecz wtedy jesz­cze moc­niej chwy­ciła za jego szpony.

Utrzy­mam przy życiu naszą następną córkę - powie­działa. Dla jej bez­pie­czeń­stwa zostanę z nią w wylę­garni. Ale potrze­buję, byś spra­wo­wał za mnie wła­dzę w kró­le­stwie.

Zro­bię wszystko - obie­cał ze smut­kiem. Kiedy była w tym sta­nie, nie mógł się z nią spie­rać, nie teraz.

Przez cały czas będę obok niej. A jeśli będzie trzeba, będę trwać przy niej przez całe jej życie. Oczy kró­lo­wej zapło­nęły, a ich blask odbił się na jej łuskach. Ni­gdy nie zosta­wię jej samej. Będzie dosko­nała, Skrzele, zoba­czysz.

Spoj­rzała w dół, na miej­sce, w któ­rym wylą­do­wała, gdzie morze ane­mo­nów koły­sało się, prze­sła­nia­jąc jej szpony dłu­gimi różowo-nie­bie­skimi kosmy­kami.

I nazwiemy ją Ukwiał.

Rozdział 1

Kosz­mar wzniósł się znad góry, ogromny i migo­czący.

Żółw jesz­cze ni­gdy nie widział tak ogrom­nego smoka; ni­gdy nie widział takich oczu o tak prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niu. W jed­nej chwili wie­dział, że ten smok może go zabić i praw­do­po­dob­nie w mgnie­niu oka to zrobi.

Prze­ra­że­nie zale­wało go niczym fale pod­czas sztormu, coraz więk­sze i więk­sze.

Muszę się ukryć. Muszę się ukryć.

Roz­pacz­li­wie pra­gnął znik­nąć, roz­pły­nąć się na ciem­nym nie­bie, jakby ni­gdy go tam nie było. Żało­wał, że nie potrafi kamu­flo­wać się tak, jak Desz­czo­skrzy­dłe.

Dla­czego kie­dy­kol­wiek pozwo­li­łem innym mnie dostrzec? Był­bym bez­piecz­niej­szy, gdy­bym był nudny i prze­ciętny. Wła­śnie tak to się dzieje - kiedy ktoś cię zoba­czy, wkrótce wszy­scy będą cię widzieć. A pew­nego dnia do tego "kogoś" dołą­czy smok, który chce cię zabić.

Nie potra­fił sobie wytłu­ma­czyć, skąd ta pew­ność.

Mroczny Prze­śla­dowca uśmie­chał się, patrząc na smo­częta poni­żej. Wła­ści­wie to wyglą­dał na abso­lut­nie zachwy­co­nego, a nie jakoś szcze­gól­nie owład­nię­tego chę­cią mordu. A mimo to, kiedy prze­su­nął wzro­kiem po Żół­wiu, książę miał wra­że­nie, że w jego oczach dostrzegł ślad nie­na­wi­ści, głę­bo­kiej i zażar­tej.

Z jakie­goś powodu ten naj­więk­szy, naj­po­tęż­niej­szy Noco­skrzy­dły, jaki kie­dy­kol­wiek żył, z całego serca go nie­na­wi­dził. Żółw był tego pewien.

Zabije mnie przy pierw­szej lep­szej oka­zji.

Nie takiego końca się spo­dzie­wał. Żółw zawsze uwiel­biał opo­wie­ści. Te histo­ryczne, o ani­mu­sach i te o woj­nie, o pod­nieb­nych pira­tach lub ukry­tych skar­bach, o wyskrob­kach mówią­cych w języku smo­ków, o zagi­nio­nych ple­mio­nach na odle­głych zie­miach.

Jed­nakże naj­bar­dziej uwiel­biał opo­wie­ści o boha­te­rach - a szcze­gól­nie o tych na zwo­jach, które spi­sała jego matka. Ponie­waż była zbyt zajęta pano­wa­niem w kró­le­stwie, spi­sy­wa­niem zwo­jów i chro­nie­niem dzie­dzi­czek tronu, kró­lowa Korala nie miała czasu inte­re­so­wać się któ­rym­kol­wiek ze swo­ich trzy­dzie­stu dwóch synów. Czy­ta­nie jej zwo­jów było jedy­nym spo­so­bem, by się do niej zbli­żyć.

Uwiel­biał zwoje o odważ­nych smo­kach ratu­ją­cych świat i poko­nu­ją­cych siły zła. Jeden z jego ulu­bio­nych opo­wia­dał o smoku imie­niem Indygo, który ura­to­wał całe ple­mię przed obłą­ka­nym zabójcą. Inny opi­sy­wał mało zna­czą­cego ogrod­nika o imie­niu Dro­plet, który odkrył sekretną inwa­zję Bło­to­skrzy­dłych i poko­nał je, zanim zna­la­zły ukryte pałace.

Im dłu­żej Żółw czy­tał te histo­rie, tym bar­dziej wyobra­żał sobie swoją wła­sną opo­wieść, w któ­rej był boha­te­rem. Opo­wieść, w któ­rej sam wal­czył ze szwa­dro­nami Nie­bo­skrzy­dłych i zastę­pami Pia­sko­skrzy­dłych. Opo­wieść, w któ­rej stał u bram pałacu i rzu­cał włócz­nią, prze­szy­wa­jąc nią swo­ich wro­gów, sil­nych jak wie­lo­ryby, pod­czas gdy jego starsi bra­cia i reszta ple­mie­nia tchórz­li­wie cho­wali się w środku. Opo­wieść, na końcu któ­rej jego rodzice wiwa­to­wali na jego cześć i go obej­mo­wali. A potem jego matka spi­sy­wała zwój, który był tylko o nim.

Mocarny i Potężny Żółw

Żółw - Opo­wieść o boha­te­rze boha­ter­sko doko­nu­ją­cym typowo boha­ter­skich czy­nów

O tym, jak Żółw swoją nie­sa­mo­wi­to­ścią oca­lił kró­le­stwo

Cza­sami, kiedy był sam lub kiedy nie uwa­żał na zaję­ciach w kla­sie, w tajem­nicy spi­sy­wał frag­menty swo­jej histo­rii na odłam­kach łup­ków, które ukry­wał w swoim pokoju. Marzył o tym, że pew­nego dnia będzie mógł poka­zać matce cały manu­skrypt, a wtedy ona powie: "Och, synu, wiem, że kie­dyś to jedna z moich córek będzie rzą­dziła naszym kró­le­stwem... ale to ty jesteś praw­dzi­wym dzie­dzi­cem, na któ­rego cze­ka­łam: kolej­nym pisa­rzem w naszej rodzi­nie".

Boha­ter albo pisarz. A może i to, i to? To byłoby jego miej­sce w świe­cie.

Wtedy jed­nak, zbyt szybko i ukrytą w dziw­nym kształ­cie, dostał swoją szansę. Jedyną moż­li­wość, by ura­to­wać sytu­ację i zostać boha­te­rem w oczach rodzi­ców... jed­nak o tym dowie­dział się, kiedy było już za późno, a on zawiódł.

Zawiódł, a oni go znie­na­wi­dzili. Ni­gdy już tej szansy nie dosta­nie.

Tam­tej nocy, kiedy nie udało mu się odna­leźć Lucjany i oca­lić swo­ich nie­wy­klu­tych jesz­cze sióstr, znisz­czył każdy frag­ment opo­wie­ści, który kie­dy­kol­wiek spi­sał, i poprzy­siągł sobie, że ni­gdy już nic nie napi­sze. Prze­stał marzyć. Prze­stał wyobra­żać sobie, że taki bez­u­ży­teczny smok jak on kie­dy­kol­wiek zdoła wszyst­kich ura­to­wać lub doko­nać cze­goś wspa­nia­łego.

Nie był żad­nym boha­te­rem ani żad­nym gawę­dzia­rzem. Był idiotą, który potknął się o wła­sne szpony już w pierw­szym roz­dziale, musiał być rato­wany w czwar­tym, nie­mal zruj­no­wał cały plan w dzie­wią­tym, a na koniec uciekł lub - jeśli był naprawdę bar­dzo głupi - umarł.

Ukrył więc swoją jedyną praw­dziwą moc i został dokład­nie tam, gdzie powi­nien być: pod powierzch­nią wody, wśród gro­mady swo­ich braci. Zwy­czaj­nych i nie­za­pa­da­ją­cych w pamięć. Będzie smo­kiem, po któ­rym nikt się niczego nie spo­dziewa i który nikogo wię­cej już ni­gdy nie roz­cza­ruje.

Takie podej­ście nawet długo się spraw­dzało... dopóki nie zaczęło mu zale­żeć na kilku innych smo­kach i dopóki nie posta­no­wił zro­bić kilku nie­wiel­kich rze­czy, by im pomóc. I dokąd go to dopro­wa­dziło?

Pro­sto pod łapy naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego smoka, jakiego kie­dy­kol­wiek znał świat.

Wła­śnie teraz poniosę bez­sen­sowną śmierć. Będę tym, któ­rego poświęca się, by praw­dziwi boha­te­ro­wie mogli oca­lić świat.

Skrzy­dła drżały mu tak bar­dzo, że nie mógł utrzy­mać się w powie­trzu. Opadł obok Pełni i Ghi­bliego, wbi­ja­jąc szpony w zie­mię. Zima i Groźba wciąż uno­sili się w powie­trzu, bijąc skrzy­dłami i bły­ska­jąc zło­tymi i srebr­nymi łuskami w świe­tle księ­życa.

Muszę się ukryć, pomy­ślał Żółw.

Ale jak kto­kol­wiek mógł ukryć się przed naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nym smo­kiem na ziemi - tele­patą, ani­mu­sem i widzą­cym, który prze­wi­dy­wał przy­szłość?

Moich myśli jed­nak nie potrafi czy­tać. Żółw opu­ścił wzrok na trzy kamie­nie z gwiezd­nego ognia, które chro­niły go przed każ­dym tele­patą. Miał może mili­se­kundę, nim Mroczny Prze­śla­dowca prze­wi­dzi jego plan i go powstrzyma.

Nie odry­wa­jąc wzroku od góru­ją­cego nad nimi Noco­skrzy­dłego, drap­nął pazu­rami po ziemi. Jego szpony zamknęły się na czymś małym i szorst­kim - zła­ma­nym patyku z drzewa, które upa­dło, kiedy otwo­rzyła się góra.

Ukryj mnie, pomy­ślał z paniką. Ukryj mnie przed nim.

Mroczny Prze­śla­dowca roz­po­starł ogromne skrzy­dła i uśmiech­nął się sze­roko do Groźby.

- Ach, tak jest nie­skoń­cze­nie lepiej - powie­dział. - Miło mi cię w końcu poznać, Groźbo. Bar­dzo dzię­kuję ci za pomoc.

Groźba ryk­nęła z furią i rzu­ciła się na niego z wycią­gnię­tymi szpo­nami i pło­mie­niami bucha­ją­cymi z noz­drzy.

- Groźbo! - wrza­snęła Peł­nia, gdy pysk Noco­skrzy­dłego spo­wił ogień.

- Och nie, nie - powie­dział Mroczny Prze­śla­dowca, roz­ga­nia­jąc kłęby dymu. Przy­ci­snął jeden ze szpo­nów do piersi Groźby i trzy­mał ją na wycią­gnię­cie łapy, gdy rzu­cała się, pró­bu­jąc go ugryźć. - Bar­dzo to odważne Groźbo, ale nu-nu. Po pierw­sze, jestem twoim przy­ja­cie­lem, cho­ciaż zdaję sobie sprawę, że jesteś w tym wszyst­kim nowa. Po dru­gie... nie­znisz­czalne łuski! Nie wie­dzia­łaś o tym? Z pew­no­ścią ten szcze­gół poja­wił się gdzieś w dłu­gich i prze­ra­ża­ją­cych opo­wie­ściach o Mrocz­nym Prze­śla­dowcy. Nic nie możesz mi zro­bić, mała iskierko. Uspo­kój się więc i zacznijmy od nowa.

Groźba cof­nęła się i oddy­cha­jąc ciężko, prze­su­nęła łapą po łuskach w miej­scu, gdzie Prze­śla­dowca ją dotknął. Uno­szący się z jej skrzy­deł dym zmie­niał się w nie­wiel­kie obłoki nad ich gło­wami.

Serce Żół­wia na­dal tłu­kło sza­leń­czo. Mroczny Prze­śla­dowca odwró­cił się do Pełni, a jego wzrok omi­nął Żół­wia, jakby Mor­sko­skrzy­dłego księ­cia w ogóle tam nie było. Żółw jed­nak nie czuł się bez­piecz­nie, nie do końca ukryty... jesz­cze nie.

Mroczny Prze­śla­dowca zamarł i zmarsz­czył czoło.

- Czy nie było was... wię­cej? - zapy­tał, doty­ka­jąc pal­cem skroni. - Nie było z wami kogoś, kogo szcze­gól­nie chcia­łem zoba­czyć?

Peł­nia rozej­rzała się zdu­miona.

"Szcze­gól­nie chcia­łem zoba­czyć"... Czy on ma na myśli MNIE? Potrze­buję lep­szego zaklę­cia, pomy­ślał Żółw w panice. Moc­niej uchwy­cił się patyka. Dopóki jestem bli­sko tej gałązki lub jej doty­kam, zakli­nam ją, by ukryła moje ist­nie­nie przed Mrocz­nym Prze­śla­dowcą. To ozna­cza, że mnie nie widzi i nie sły­szy. Nie pamięta, że cokol­wiek o mnie wie­dział, nie sły­szy o mnie w roz­mo­wach innych i nie widzi mnie ni­gdzie w swo­jej przy­szło­ści. Zakli­nam tę gałązkę, by cał­ko­wi­cie wyma­zała smoka, który ją trzyma, ze świa­do­mo­ści Mrocz­nego Prze­śla­dowcy.

Zmarszczka znik­nęła z czoła ogrom­nego Noco­skrzy­dłego.

- Peł­nia! - zawo­łał, uśmie­cha­jąc się do niej pro­mien­nie. - W końcu się spo­ty­kamy! Czy to nie cudowne? Wow, jesteś o wiele mniej­sza, niż sądzi­łem!

- To wła­ści­wie ty - powie­dział Ghi­bli, w końcu odzy­sku­jąc głos. - Jesteś... o wiele więk­szy, niż pew­nie pamię­tasz.

Mroczny Prze­śla­dowca spoj­rzał w dół, wysu­nął pazury i mach­nął ogo­nem, zrzu­ca­jąc ze zbo­cza lawinę kamieni. Tak naprawdę nie był wielki jak góra, cho­ciaż na początku Żół­wiowi wła­śnie tak się wyda­wało. Był jed­nak przy­naj­mniej trzy razy więk­szy od któ­re­go­kol­wiek z doro­słych smo­ków, jakie kie­dy­kol­wiek widział.

- Tak, naprawdę jestem - odparł Prze­śla­dowca, wyraź­nie zachwy­cony. - Dwa tysiące lat powol­nego wzro­stu. Muszę być naj­więk­szym smo­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek żył. I rów­nież naj­star­szym... Na wszyst­kie bla­ski księ­życa, jestem okrop­nie stary!

- Wystrze­gaj się smo­czego mroku - powie­działa Peł­nia, cofa­jąc się o krok. - Intruza, co się w snach ukrywa...

- Och, to nie ja! - zaprze­czył wielki smok. - Peł­nio, daj spo­kój, prze­cież o tym wiesz. Nie wśli­zguję się do snów innych smo­ków, nie licząc napra­wia­nia two­ich kosz­ma­rów. Zga­duję, że ta część pro­roc­twa była o kró­lo­wej Czer­wień, która - jak zapewne pamię­tasz - była po uszy pełna mroku. Jed­nak z dru­giej strony "Przy­bę­dzie coś, co wstrzą­śnie całym naszym świa­tem"... To abso­lut­nie ja! Patrz na to. - Tup­nął z taką siłą, że zadrżała zie­mia.

Żółw zachwiał się, a rosnące w pobliżu niego drzewo się prze­wró­ciło.

Mroczny Prze­śla­dowca uśmiech­nął się do Pełni.

- Impo­nu­jące, prawda? - Zamy­ślił się na chwilę. - Zdaje się, że taki wzrost to pozy­tywna strona życia przez dwa tysiące lat, nawet jeśli całe je prze­spa­łem. NA SZPO­NIA­STY KSIĘ­ŻYC, jestem taki GŁODNY. Macie może jakieś jedze­nie?

- Jak się wydo­sta­łeś? - zapy­tał Zima.

Spoj­rze­nie, jakie rzu­cił mu Mroczny Prze­śla­dowca było rów­nie nie­przy­ja­zne jak to, któ­rym obrzu­cił Żół­wia.

Lodo­skrzy­dłych też nie lubi, zdał sobie sprawę Żółw.

Jed­nakże odpo­wiedź ogrom­nego smoka była ser­deczna.

- Och, to wszystko dzięki Groź­bie - powie­dział i postu­kał Nie­bo­skrzy­dłą po gło­wie.

Groźba mru­gała szybko, a jej szpony na zmianę zaci­skały się i roz­luź­niały.

- Kiedy pod­pa­liła mój zwój, wró­ciła do mnie cała magia i mogłem jej użyć, by się uwol­nić - wyja­śnił Prze­śla­dowca. - Czy to nie miłe z jej strony?

Skrzy­dła Groźby opa­dły. Wyglą­dała, jakby wła­śnie ura­to­wała małe smo­czątko z pułapki, by w następ­nej chwili patrzeć, jak zostaje pożarte przez ogrom­nego bia­łego żar­ła­cza.

Żółw chciał ją pocie­szyć. Chciał wzle­cieć do góry i powie­dzieć jej, że to nie była jej wina, lecz jego skrzy­dła wciąż drżały zbyt mocno, by mógł się pode­rwać. Poza tym jesz­cze nie do końca prze­ko­nał sie­bie samego, że magia dzia­łała. A co, jeśli Prze­śla­dowca mimo wszystko go widział? Nie chciał przy­cią­gać uwagi smoka, tak na wszelki wypa­dek.

- Cze­kaj... - powie­działa Peł­nia. - To zna­czy... że mnie okła­ma­łeś. - Roz­wi­nęła skrzy­dła i wska­zała Prze­śla­dowcę. - Kaza­łeś znisz­czyć zwój, jeśli będzie wyglą­dało na to, że wpad­nie w złe szpony. Zabrzmiało to tak, że wtedy zosta­niesz uwię­ziony na wieki, ale będzie warto, jeśli dzięki temu inni będą bez­pieczni. Tylko że ty od początku chcia­łeś, żebym znisz­czyła zwój. Wie­dzia­łeś, że to przy­wróci ci całą moc! Oszu­ka­łeś mnie!

- Tak, to prawda - odparł smok. - Ale szczę­ście dla mnie, że to zro­bi­łem, prawda? Ina­czej mogli­by­ście ni­gdy mnie nie uwol­nić. To nie­zbyt miłe, Peł­nio. Powie­dział­bym, że postą­pi­łem wła­ści­wie. - Spoj­rzał na nią, po raz pierw­szy bez uśmie­chu, a jego oczy zalśniły dziw­nie.

- Nazwa­łeś nas przy­ja­ciółmi - powie­działa Peł­nia. - Nie powinno się oszu­ki­wać przy­ja­ciół.

- Tak, cóż, nie powinno się też pozo­sta­wiać przy­ja­ciół uwię­zio­nych pod górą na resztę ich nie­śmier­tel­nego życia - odpo­wie­dział ener­gicz­nie Prze­śla­dowca. - Punkt dla Mrocz­nego Prze­śla­dowcy. Posłu­chaj­cie, nie mogę dłu­żej gadać, jestem taki głodny. Złapmy coś do jedze­nia, a potem może­cie poka­zać mi Jade­itową Górę! Jest tam kilka smo­ków, które naprawdę chciał­bym spo­tkać. - Wzniósł się w powie­trze, po czym odwró­cił się i wska­zał Peł­nię. - Daj spo­kój, Peł­nio! Po pro­stu chcę znów mieć przy­ja­ciół, korzy­stać z głosu, polo­wać i latać. Możemy daro­wać sobie te wszyst­kie skrę­ca­jące szpony "och nie, ale jesteś taki groźny i zły" na póź­niej? Co wy na to...? Dacie mi szansę?

Peł­nia spoj­rzała na Ghi­bliego. Wyglą­dała na roz­dartą.

- Nie pójdę z tobą - powie­działa Groźba. - Nie jesteś dla mnie kró­lową!

- Ja rów­nież - dodał Zima. - Lodo­skrzy­dłe opo­wia­dają o tobie legendy. Wiemy, co nam zro­bi­łeś. A ja nie przyj­muję roz­ka­zów od...

- Nie zmu­szam cię do zro­bie­nia cze­go­kol­wiek, książę Zimo - prze­rwał mu Prze­śla­dowca, odwra­ca­jąc się do niego. - Ale myślę, że wiesz, że te legendy nie mówią całej prawdy. Wiesz, że smok nie powi­nien być oce­niany przez to, co mówią o nim inne smoki. A im wię­cej czasu ze mną spę­dza­cie, tym bar­dziej uwa­żam, że odkry­je­cie, że jestem abso­lut­nie fan­ta­stycz­nym smo­kiem. - Uśmiech­nął się, uka­zu­jąc wszyst­kie zęby.

Zima na moment dotknął skroni, po czym spoj­rzał na niego z nowym wyra­zem w swych nie­bie­skich oczach.

- Masz rację - powie­dział. - Zacznijmy od nowa.

- Zimo? - zapy­tał Ghi­bli. Wzbił się w powie­trze i zatrzy­mał przy nim, doty­ka­jąc skrzy­dłami skrzy­deł srebr­nego smoka. - Wszystko w porządku?

- Oczy­wi­ście - odparł Zima i prze­chy­lił lekko głowę w stronę Mrocz­nego Prze­śla­dowcy. - Sta­ram się już zbyt szybko nie oce­niać smo­ków. Wysłu­chajmy go.

- To nie brzmi jak Zima, któ­rego znam - powie­dział Ghi­bli do Pełni. - Czy tobie też wydaje się to dziwne?

- Nie znasz mnie aż tak dobrze - rzu­cił Zima, pry­cha­jąc z noz­drzy obło­kiem lodo­wych krysz­ta­łów. - Smoki mogą się zmie­nić! Ja się zmie­ni­łem. Być może on też.

- Bez wąt­pie­nia - wtrą­cił Prze­śla­dowca. - Mia­łem mnó­stwo czasu, by pomy­śleć o swo­ich błę­dach.

Ghi­bli odsu­nął się od nich ze zmar­twioną miną.

- Peł­nio... - powie­dział ostroż­nie, jakby zmie­rzał ku jedy­nej wyspie na ogrom­nym, pustym morzu.

Pod­le­ciała do niego i pochy­liła głowę, by spoj­rzeć Zimie w oczy.

- Zro­bi­łeś mu coś? - zapy­tała Prze­śla­dowcę Peł­nia.

- Oczy­wi­ście, że nie! - zapro­te­sto­wał smok.

- Nie! Nic mi nie zro­bił! - zawo­łał rów­no­cze­śnie Zima.

- Mroczny Prze­śla­dowco - powie­działa Peł­nia. - Musisz mi obie­cać... nie możesz rzu­cać zaklęć na moich przy­ja­ciół.

- Jestem naprawdę ura­żony - powie­dział Zima wynio­śle. - Jestem smo­kiem o bar­dzo otwar­tym umy­śle.

Groźba i Ghi­bli prych­nęli zgod­nie.

- Peł­nio - zwró­cił się do niej Prze­śla­dowca. - Nie mar­no­wał­bym mojej magii ani­musa... i mojej duszy... na jakieś małe zaklę­cie, by uci­szyć Lodo­skrzy­dłego. To zna­czy... bądźmy poważni. Nie pamię­ta­cie tego, co było istotą zwoju? Który sam stwo­rzy­łem?

- Ochrona two­jej duszy - powie­działa z waha­niem Peł­nia. Okrą­żyła Zimę, przy­glą­da­jąc się mu uważ­nie. - Ale...

- Prze­stań się tak mar­twić! - Mroczny Prze­śla­dowca trą­cił ją swoim ogrom­nym skrzy­dłem. - Rany, przy­po­mi­na­cie mi kogoś, kogo kie­dyś zna­łem. Nie może­cie się ze mną cie­szyć? To wspa­niały dzień! Świę­tujmy go! Posłu­chaj... jeśli jesz­cze poczuję potrzebę, by użyć swo­jej magii ani­musa, dam ci znać.

- I obie­cu­jesz nie krzyw­dzić moich przy­ja­ciół? - spy­tała Peł­nia.

Prze­śla­dowca wes­tchnął potęż­nie, wzbi­ja­jąc w powie­trze tabun liści, które zawi­ro­wały u stóp Żół­wia.

- Boli mnie, że w ogóle mnie o to pro­sisz - powie­dział. - Ale oczy­wi­ście. Jeśli dzięki temu poczu­jesz się lepiej, obie­cuję, że ta trójka to teraz naj­bez­piecz­niej­sze smoki w całej Pyr­rii. - Mach­nął pazu­rami w stronę Ghi­bliego, Zimy i Groźby.

Peł­nia otwo­rzyła usta, lecz zaraz je zamknęła, po czym razem z Ghi­blim rów­no­cze­śnie spoj­rzeli na Żół­wia.

Żółw pod­pełzł bli­żej, przy­ci­ska­jąc brzuch do ziemi, i potrzą­snął głową.

- Zapo­lujmy teraz, jak pro­po­nuje Mroczny Prze­śla­dowca - powie­dział Ghi­bli, trą­ca­jąc Peł­nię. - Potem zasta­no­wimy się, co dalej. - Zna­cząco spoj­rzał na Żół­wia.

O nie. Ten wzrok zawie­rał wia­do­mość. Ghi­bli ocze­ki­wał, że on coś zrobi, i Żółw oba­wiał się, że to "coś" nie ozna­cza "Żółw wróci do Kró­le­stwa Morza, znaj­dzie głę­boki rów i zosta­nie w nim na zawsze". Nie­przy­jemne, wywo­łu­jące mdło­ści uczu­cie zaczęło budzić się w jego brzu­chu.

- Dobry pomysł - zgo­dził się Zima.

Peł­nia ski­nęła głową i ona rów­nież rzu­ciła Żół­wiowi zna­czące spoj­rze­nie.

Na wszyst­kie księ­życe, czego niby od niego ocze­ki­wali? Że zaata­kuje Prze­śla­dowcę, tak jak zro­biła to Groźba? To naj­wy­raź­niej nic nie da. Skoro Groźba nie mogła go zra­nić, on tym bar­dziej nie będzie w sta­nie tego zro­bić.

Czyżby chcieli, żeby ich też ukrył? Skrzy­wił się. Powi­nien był wcze­śniej o tym pomy­śleć. Dobry przy­ja­ciel, lep­szy smok - boha­ter - pomy­ślałby o ochro­nie wszyst­kich, a nie tylko o ukry­ciu sie­bie. Ale oni wszy­scy chcieli roz­ma­wiać z Mrocz­nym Prze­śla­dowcą, prawda? Ja chcia­łem się tylko scho­wać. Prze­cież zawsze to robię.

Kiedy smoki odle­ciały, skrę­ca­jąc na połu­dniowy zachód, Ghi­bli obró­cił się w spi­rali, ponow­nie spoj­rzał na Żół­wia i mach­nął ogo­nem w stronę Jade­ito­wej Góry.

Och, uświa­do­mił sobie Żółw. Chcą, żebym ostrzegł szkołę. Z pew­no­ścią potra­fię to zro­bić i niczego nie zepsuć. Chyba.

Groźba przez chwilę bun­tow­ni­czo zawi­sła za nimi na nie­bie, po czym pod­le­ciała do Żół­wia.

- Ty nie lecisz? - zapy­tała. - Nie musimy wszy­scy podą­żyć za tym wiel­kim i potęż­nym panem Straszna Gęba?

Żółw pokrę­cił głową.

- On mnie nie widzi - szep­nął. - Ukry­łem się przed nim.

Obli­cze Groźby się roz­ja­śniło.

- Oczy­wi­ście - powie­działa. - To świet­nie! Posia­dasz magię ani­musa! Możesz go zabić!

- Och - odparł Żółw sko­ło­wany. - Nie, ja... ja nikogo... nie zabi­jam.

Przez jego głowę prze­mknął obraz łusek i krwi, a kiedy spoj­rzał w dół, zoba­czył, że jego szpony zakrzy­wiają się nie­bez­piecz­nie. Pod­sko­czył i poru­szył nimi, dopóki znów nie wyglą­dały jak zwy­czajne pazury.

- To nie w moim stylu - dodał i ogar­nięty paniką wylą­do­wał z głu­chym łup­nię­ciem.

- Wiem, wiem, to w moim stylu - powie­działa Groźba. - Ale przez tę jego magię ja nie mogę tego zro­bić, WRRR. Dla­tego ty musisz. Nie martw się, to nie takie trudne. To będzie praw­dziwa ulga... to zna­czy dla mnie... bo ogar­nia mnie takie dziwne uczu­cie... Nie wiem, jak je nazwać, ale jest prze­możne, cięż­kie i iry­tu­jące. I wypeł­nia mnie całą, i myślę, że to wszystko jest okropne, i to przeze mnie. Że może wszyst­kie złe rze­czy na świe­cie dzieją się przeze mnie. Naprawdę go nie lubię, więc jeśli spra­wisz, że znik­nie, to będzie wspa­niale.

- Myślę, że to, co opi­su­jesz, nazywa się "poczu­ciem winy" - powie­dział Żółw. - Ale to nie twoja wina, że nas oszu­kał. Na­dal uwa­żam, że dobrze postą­pi­łaś, paląc ten zwój.

- Cóż, dzięki, ale cały wszech­świat się z tobą nie zga­dza - odparła, wska­zu­jąc głową szcze­linę na zbo­czu góry.

- Groźbo! - zawo­łał jeden ze smo­ków.

- Powo­dze­nia - szep­nęła Groźba. - Niech to będzie coś naprawdę eks­tra, na przy­kład, żeby wybu­chły mu wnętrz­no­ści. Albo odpadł mu pysk. Żar­tuję! No, tylko tro­chę. To zna­czy wybu­cha­jące wnętrz­no­ści byłyby nawet super, prawda? Nie­ważne, to twoja decy­zja! Zniszcz go i ocal świat! Na trzy księ­życe, szkoda, że sama nie mogę tego zro­bić. - Wzbiła się w powie­trze i odle­ciała, szybka jak bły­ska­wica.

Żółw zadrżał.

Oca­lić świat? To też nie w moim stylu. Z pew­no­ścią dał­bym ciała. To o wiele, o wiele za duża pre­sja.

To oczy­wi­ste, że nie jestem boha­te­rem.

Pod­niósł wzrok na skryte w cie­niu szczyty Jade­ito­wej Góry.

Ale wiem, gdzie takich zna­leźć.

Rozdział 2

Słońce zaczęło skra­dać się za górami, ner­wowo oświe­tla­jąc szczyty swo­imi pro­mie­niami, jakby się upew­niało, że Mroczny Prze­śla­dowca na pewno znik­nął. Na pół­nocy widać było chmury i szarą mgłę desz­czu pod nimi, lecz Jade­itowa Góra na­dal była sucha, wyraź­nie widoczna i ską­pana w słońcu.

Żółw ostroż­nie wło­żył patyk - guzo­waty i na wpół obdarty z kory, naj­bar­dziej zwy­czajną i wyglą­da­jącą na nie­istotną rzecz na świe­cie - do zawie­szo­nej na szyi sakiewki. Zaci­snął jej rze­mień dwa razy moc­niej niż zazwy­czaj i nakrył ją szpo­nami, gdy spo­częła na jego piersi. Nie­po­kój skrę­cał mu żołą­dek.

Lepiej, żebym tego nie zgu­bił.

Wcze­śniej gubił już dotknięte przez ani­musa przed­mioty. Wła­ści­wie to było tro­chę żenu­jące. Kiedy miał trzy lata, jego (o wiele, wiele starsi) bra­cia żar­to­wali sobie z niego, że jest naj­wol­niej­szym księ­ciem w Kró­le­stwie Morza. "Zdaje się, że ktoś dał ci wła­ściwe imię, ha ha!", "Uwa­żaj, bo zła­pie cię bła­ze­nek!", "Pły­wasz jak ogó­rek mor­ski!".

Dla­tego Żółw rzu­cił zaklę­cie na pur­pu­rowy wodo­rost, trzy­krot­nie zawi­nął go wokół ramie­nia, by uczy­nił go nieco szyb­szym od nie­któ­rych jego braci. Nie mógł spra­wić, że sam będzie naj­szyb­szy - to przy­cią­gnę­łoby uwagę. A uwaga to ostat­nie, czego chciał. Ale będzie szyb­szy od pozo­sta­łych dwóch z jego wylęgu, Gło­wo­noga i Modrego. Mógł być odro­binę szyb­szy od kilku czte­ro­lat­ków i wła­śnie na tym poprze­sta­nie. Wtedy nie będzie nikim nad­zwy­czaj­nym, a jego bra­cia zaczną draż­nić kogoś innego.

Podzia­łało. Po kilku kolej­nych wyści­gach znu­dzili się i dali mu spo­kój. Na­dal jed­nak żało­wał, że kilka tygo­dni póź­niej zgu­bił wodo­rost. Pew­nej nocy, kiedy spał, zsu­nął mu się z ramie­nia i odpły­nął. Żółw czę­sto zasta­na­wiał się czy jakiś konik mor­ski zaplą­tał się gdzieś w niego i teraz sunie nad mor­skim dnem.

Wie­dział, że powi­nien być mądrzej­szy co do przed­mio­tów, które zaklina. Powi­nien wybie­rać rze­czy, któ­rych nie mógłby zgu­bić, i takie, które wytrzy­mają dłuż­szy czas. Zazwy­czaj jed­nak nie myślał o swo­ich zaklę­ciach z wyprze­dze­niem, by wystar­cza­jąco dokład­nie je zapla­no­wać. Jego zaklę­cia były nie­wiel­kie, zale­d­wie takie, by uczy­niły jego życie łatwiej­szym, i gene­ral­nie uży­wał cze­go­kol­wiek, co wpa­dło mu w szpony, gdy jakie­goś potrze­bo­wał.

Jak na przy­kład zupeł­nie zwy­czaj­nie wyglą­da­jący kamień rzeczny, który miał w sakiewce, a który teraz obi­jał się o patyk. Potra­fił leczyć powierz­chowne rany i różne bóle, a Żółw zaklął go, by poczuć się lepiej po dłu­gim dniu lata­nia. Ale to była głu­pia rzecz do zacza­ro­wa­nia, co do tego Groźba miała rację. Gdyby kie­dy­kol­wiek go zgu­bił, ni­gdy by go nie odna­lazł. To samo doty­czyło patyka... dla­tego musiał uwa­żać.

Pole­ciał w stronę głów­nego wej­ścia na Jade­itową Górę, gdzie wylą­do­wał pierw­szego dnia jako uczeń. Pamię­tał, jaki był wtedy pod­eks­cy­to­wany. Nowa szkoła! Nikt go tutaj nie znał. To było ide­alne miej­sce, by stać się sta­ty­stą w opo­wie­ściach innych smo­ków. Nikt niczego od niego nie ocze­ki­wał. Będzie daleko od Gło­wo­noga i Modrego, któ­rzy wie­dzieli o jego naj­więk­szej porażce i z pew­no­ścią cały czas o niej myśleli, nawet, jeśli ni­gdy o niej nie wspo­mi­nali. Tutaj mógł się wto­pić w tłum, być prze­cięt­nym... i mieć na oku swoją małą sio­strę Ukwiał, która od czasu ataku na Pałac Letni dziw­nie się zacho­wy­wała.

Nic z tego nie poszło do końca tak, jak to zapla­no­wał. Z jego wła­snej winy. Gdyby nie pole­ciał za pozo­sta­łymi smo­kami z jego skrzy­dełka, mógłby teraz spać razem ze wszyst­kimi Mor­sko­skrzy­dłymi uczniami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Witaj­cie w Aka­de­mii na Jade­ito­wej Górze!

W tej szkole będzie­cie uczyć się skrzy­dło w skrzy­dło ze smo­kami ze wszyst­kich ple­mion, dla­tego chcemy udzie­lić wam kilku pod­sta­wo­wych infor­ma­cji, które pomogą wam, kiedy zacznie­cie pozna­wać inne smoki.

Każde z was zostało przy­dzie­lone do skrzy­dełka razem z innymi sze­ścioma smo­kami. Wszyst­kie skrzy­dełka wymie­niono na następ­nej stro­nie.

Dzię­ku­jemy, że chce­cie być czę­ścią tej szkoły. Jeste­ście naszą nadzieją na przy­szłość Pyr­rii. Wy jeste­ście smo­kami, które mogę przy­nieść trwały pokój temu światu.

ŻYCZYMY WAM CAŁEJ MOCY SKRZY­DEŁ OGNIA!

JADE­ITOWE SKRZY­DEŁKO

Lodo­skrzy­dły: Zima

Bło­to­skrzy­dły: Ugier

Noco­skrzy­dły: Straż­niczka Pełni

Desz­czo­skrzy­dły: Kin­każu

Pia­sko­skrzy­dły: Ghi­bli

Mor­sko­skrzy­dły: Żółw

Nie­bo­skrzy­dły: Kar­ne­ola

SREBRNE SKRZY­DEŁKO

Lodo­skrzy­dły: Chang­bai

Bło­to­skrzy­dły: Sepia

Noco­skrzy­dły: Nie­ulę­kła

Desz­czo­skrzy­dły: Del­fin

Pia­sko­skrzy­dły: Stru­sia

Mor­sko­skrzy­dły: Ukwiał

Nie­bo­skrzy­dły: Drozd

ZŁOTE SKRZY­DEŁKO

Lodo­skrzy­dły: Sopella

Bło­to­skrzy­dły: Kro­piatka

Noco­skrzy­dły: Duży Ogon

Desz­czo­skrzy­dły: Tama­ryna

Pia­sko­skrzy­dły: Onyksa

Mor­sko­skrzy­dły: Szczu­pak

Nie­bo­skrzy­dły: Pło­mień

MIE­DZIANE SKRZY­DEŁKO

Lodo­skrzy­dły: Alba

Bło­to­skrzy­dły: Moczar

Noco­skrzy­dły: Tele­patka

Desz­czo­skrzy­dły: Kokos

Pia­sko­skrzy­dły: Widło­róg

Mor­sko­skrzy­dły: Ostryga

Nie­bo­skrzy­dły: Sokół

KWAR­COWE SKRZY­DEŁKO

Lodo­skrzy­dły: Gro­no­staj

Bło­to­skrzy­dły: Traszka

Noco­skrzy­dły: Potężny Szpon

Desz­czo­skrzy­dły: Sia­mang

Pia­sko­skrzy­dły: Spie­kota

Mor­sko­skrzy­dły: Bara­kuda

Nie­bo­skrzy­dły: Gra­nat