Szpital Św. Judy - M.M. Perr

Kup ebooka

39.99 zł
30.20 zł (30,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WY­DAW­NIC­TWO PRO­ZAMI PO­LECA

M.M Perr

Wszyst­kie winy mo­jej matki

Zu, wielka kra­kow­ska ar­tystka, tra­fia w cięż­kim sta­nie do szpi­tala. Nikt nie wie, co ro­biła wcze­śniej i dla­czego ma rany na dło­niach. Do szpi­tala przy­jeż­dża jej córka, z którą Zu nie wi­działa się przez dzie­sięć lat.

Gdy Ga­briela była małą dziew­czynką, na­gle z jej ży­cia znik­nął oj­ciec. Mu­siała wtedy szybko do­ro­snąć i w prze­ci­wień­stwie do matki - stą­pać twardo po ziemi. Kiedy jako do­ro­sła ko­bieta wraca do Kra­kowa, za­staje swój ro­dzinny dom w roz­pacz­li­wym sta­nie. Dawno nie­wi­dziane wnę­trza i przed­mioty spra­wiają, że bo­le­sne wspo­mnie­nia za­sy­pują jej my­śli i serce. Pró­bu­jąc uprząt­nąć dom, ko­bieta od­krywa ma­ka­bryczną ta­jem­nicę skry­waną przez stare mury.

Czy Ga­briela i Zu będą chciały od­bu­do­wać re­la­cje ze­rwane wiele lat wcze­śniej? Czy dra­ma­tyczna hi­sto­ria z prze­szło­ści, która po­ło­żyła się cie­niem na ży­ciu obu ko­biet, może stać się ni­cią łą­czącą na nowo matkę i córkę?

.

Vera Buck

Wil­cze dzieci

Czy osada, w któ­rej jedni po­lują na wilki, a inni je oswa­jają, ujawni swoje ta­jem­nice? Gdzie tak na­prawdę czai się zło?

Szes­na­sto­let­nia Re­bekka gi­nie bez śladu. Tuż po niej znika rów­nież miej­scowa na­uczy­cielka, Laura. To nie pierw­sze ko­biety, które za­gi­nęły w re­gio­nie gór­skiej wio­ski Ja­kob­sle­iter. Miesz­kańcy tej osady od­dzie­lo­nej od współ­cze­snego świata od dawna bu­dzą po­dejrz­li­wość wśród lu­dzi z do­liny. Dzien­ni­karka Smilla do­strzega po­do­bień­stwa mię­dzy ostat­nimi wy­da­rze­niami a znik­nię­ciem przed laty jej przy­ja­ciółki Juli. Po­sta­na­wia zgłę­bić te­mat. Stare rany otwie­rają się na nowo, kiedy za­nie­dbana dziew­czynka, która jest ude­rza­jąco po­dobna do daw­nej ko­le­żanki, wbiega przed jej sa­mo­chód. W Smilli na­ra­sta na­dzieja, że wresz­cie od­kryje, co stało się z Juli.

.

Po­wie­ści oby­cza­jowe, kry­mi­nały, thril­lery Wcią­ga­jące i nie­ba­nalne Za­czy­taj się!

www.pro­zami.pl

Księ­gar­nia wy­sył­kowa www.li­te­ra­tu­ra­in­spi­ruje.pl

Roz­dział 1

- W cie­kawe miej­sce się pan wy­biera, in­spek­to­rze. Nie boi się pan? - Stary li­sto­nosz gło­śno się ro­ze­śmiał. Jego dwie przed­nie dolne je­dynki wy­sta­wały do przodu, na­da­jąc twa­rzy zwie­rzęcy cha­rak­ter. Ra­zem z mil­czą­cym in­spek­to­rem Ebe­rem sie­dzieli we dwójkę na drew­nia­nym wo­zie cią­gnię­tym przez sta­rego ko­nia. Woź­nica co ja­kiś czas od­wra­cał się w ich kie­runku, pró­bu­jąc do­sły­szeć, o czym mó­wią, ale dźwięk bro­czą­cych w bło­cie i śniegu ko­pyt za­głu­szał pra­wie wszystko. - Wie pan, dla­czego ten szpi­tal na­zywa się Szpi­ta­lem św. Judy? Bo Święty Juda jest od spraw bez­na­dziej­nych, a tam są same ta­kie. Zresztą to nie tylko szpi­tal dla obłą­ka­nych, lecz praw­dziwa twier­dza.

- A czego tu się bać? - od­rzekł in­spek­tor. - Szpi­tal jak szpi­tal, a że z dala od mia­sta i lu­dzi, to i może na­wet le­piej dla cho­rych. Wi­dzia­łem kie­dyś w Wied­niu szpi­tal, do któ­rego każdy mógł wejść za opłatą, żeby się po­śmiać i ro­ze­rwać. Lu­dzi za­wsze ba­wiła nie­dola in­nych, zwłasz­cza sza­lo­nych. Ale dla mnie to było nie­ludz­kie i okrutne.

- Może i tak... I ład­nie tam jest. Wi­dać całe je­zioro Tenno i ośnie­żone szczyty gór­skie - opo­wia­dał li­sto­nosz, prze­żu­wa­jąc w ustach swój ję­zyk. Mla­snął parę razy, po czym po­now­nie spoj­rzał na to­wa­rzy­sza swo­imi ma­łymi, głę­boko osa­dzo­nymi oczami. - A o klą­twie pan sły­szał?

- Nie - od­rzekł krótko Eber. Nie sły­szał hi­sto­rii o klą­twie ani żad­nej in­nej do­ty­czą­cej szpi­tala. Nie in­te­re­so­wało go to zu­peł­nie.

- Tak my­śla­łem! - od­parł trium­fu­jąco li­sto­nosz. - Pew­nie nie chcieli panu mó­wić, żeby pana nie znie­chę­cić. To nie jest zwy­kłe miej­sce. Pan po­pyta tam­tej­szych pra­cow­ni­ków, to panu opo­wie­dzą. Ale jedno panu po­wiem: dy­rek­to­rem tam nie chciał­bym być za nic! Po­dobno wszy­scy dy­rek­to­rzy, a wcze­śniej głowy ro­dzin tam miesz­ka­ją­cych, umie­rali w tych mu­rach w dziw­nych oko­licz­no­ściach. Na po­czątku nikt się nie zo­rien­to­wał, bo cóż to, że wła­ści­ciel umiera u sie­bie w domu, ale kiedy na po­sadę za­częli przy­jeż­dżać ko­lejni dy­rek­to­rzy i ża­den z nich ni­gdy nie prze­szedł na eme­ry­turę, bo nie do­cze­kał, to lu­dzie się do­my­ślili, że coś sie­dzi tam w tych mu­rach. Mówi się też o in­nych dziw­nych rze­czach...

Li­sto­nosz nie zdo­łał do­koń­czyć swo­jej opo­wie­ści. Prze­rwał mu krzyk woź­nicy, który za­trzy­mał ko­nia.

- Nie da rady, pa­nie in­spek­to­rze - za­czął mó­wić ła­maną niem­czy­zną. Co dru­gie wy­po­wia­dane przez niego słowo po­cho­dziło z nie­zna­nego Ebe­rowi ję­zyka la­dyń­skiego, przez co ten le­dwo go ro­zu­miał. Ale słowa nie były ko­nieczne, by wy­ra­zić trud­ność sy­tu­acji. Sprawa była oczy­wi­sta dla nich oby­dwu. Koła po­wozu utknęły w gru­bej war­stwie błota osu­nię­tego z pod­mo­kłego zbo­cza. Zima roku 1879 za­wi­tała w tym ma­gicz­nym za­kątku świata wy­jąt­kowo wcze­śnie. Pierw­sze mrozy wraz z opa­dami śniegu za­częły się w paź­dzier­niku. Te­raz, po dwóch ty­go­dniach wcze­snej zimy, na­stą­piła na­gła od­wilż, za­mie­nia­jąc wi­jącą się ku gó­rze ka­mie­ni­stą drogę w śli­ską rzekę top­nie­ją­cego śniegu, błota i li­ści. In­spek­tor, który pró­bo­wał oczy­ścić śnie­giem buty, ro­zej­rzał się do­okoła, szu­ka­jąc ar­gu­mentu, który by za­chę­cił woź­nicę do ko­lej­nych prób wy­cią­gnię­cia po­wozu. Nie­stety ciężki top­nie­jący śnieg po­kry­wa­jący całe zbo­cze góry nie dał mu żad­nej na­dziei na to, że za za­krę­tem droga bę­dzie lep­sza. - I tak wy­soko że­śmy uje­chali. Jesz­cze sie­dem dni temu całą trasę mu­siałby sza­nowny pan przejść sam - po­wie­dział woź­nica, po czym uśmiech­nął się życz­li­wie do in­spek­tora, po­ka­zu­jąc mu swoje ostat­nie trzy zęby.

In­spek­tor Eber wy­jął z po­wozu naj­mniej­szą ze swo­ich wa­li­zek i na­ło­żył swój ciężki, zi­mowy płaszcz, który przed wy­jaz­dem udało mu się na­być za nie­zbyt wy­gó­ro­waną cenę od spo­tka­nego po dro­dze wę­gier­skiego han­dla­rza. Płaszcz był do­brze uszyty z praw­dzi­wej owczej wełny z do­dat­kową pod­szewką. W bar­kach wy­da­wał się z po­czątku in­spek­to­rowi za duży, ale han­dlarz go prze­ko­nał, że do­brze leży. Nie wi­dać w nim było ani jego wy­chu­dzo­nych bar­ków, ani nie­rów­nego chodu, bo płaszcz był długi aż do ko­stek. Pod­nie­siony koł­nierz osła­niał po­liczki od zim­nego, wil­got­nego wia­tru, który sma­gał po­dróż­nych sil­nymi pod­ry­wami od strony je­ziora. Tam, skąd Eber po­cho­dził, zimy rów­nież po­tra­fiły być dłu­gie i za­czy­nać się przed­wcze­śnie, sku­tecz­nie do­ku­cza­jąc czło­wie­kowi. Ale w Ga­li­cji nie było ta­kiego po­wie­trza jak tu, w We­lsch­ti­rol czy w Tren­tino, jak inni na­zy­wali tę kra­inę le­żącą na skraju kró­le­stwa Habs­bur­gów.

- Ile stąd jesz­cze do szpi­tala? - za­py­tał, pa­trząc na wy­so­kie, czę­ściowo za­mglone wznie­sie­nie przed nim, na któ­rym nie wi­dać było choćby za­rysu ka­wałka bu­dynku ani muru.

- W le­cie to by in­spek­tor do­szedł i w dwa kwa­dranse na wprost przez wzgó­rze, ale o tej po­rze roku i z pana nogą to le­piej się drogi trzy­mać, bo cho­ciaż śniegu i błota wiele mniej na niej nie bę­dzie, to przy­naj­mniej nie jest tak stromo.

- Dzię­kuję. Po resztę rze­czy wy­ślę ko­goś póź­niej. Czy mogę je na ra­zie zo­sta­wić u pana?

- To in­spek­tor zo­staje w św. Ju­dzie? - za­py­tał woź­nica, nie kry­jąc prze­ra­że­nia - Ja my­śla­łem, że pan jeno w od­wie­dziny, i tu na pana za­cze­kam. Aku­rat ko­nia za­wrócę i po­wóz wy­czysz­czę.

- Nie, niech pan nie czeka. Kiedy będę wra­cać, to przy­ślę wia­do­mość - po­wie­dział oschle in­spek­tor.

- By­leby pan nie za długo tam za­ba­wił. Po­dobno tam pięk­nie, bu­dy­nek wspa­niały, a i je­zioro, i góry po­tra­fią urzec, ale w ta­kich miej­scach li­cho lubi miesz­kać.

Eber nic nie od­po­wie­dział. Zwró­cił wzrok w kie­runku je­ziora Tenno, które mieli przed sobą. Słońce o tej po­rze od­bi­jało w nim pro­mie­nie, tak że jego spo­kojna ta­fla wy­da­wała się złota. W dole wi­dać było ka­mienne za­bu­do­wa­nia mia­steczka, z któ­rego ru­szyli. Może le­piej było w nim zo­stać? - po­my­ślał Eber. Tam, w dole, wszystko wy­da­wało się jesz­cze ta­kie spo­kojne i życz­liwe, na­wet ten śnieg, który te­raz nie­przy­jem­nie ob­le­piał mu buty i dół płasz­cza.

- Oczy­wi­ście bez urazy, in­spek­to­rze. - Roz­my­śla­nia prze­rwał mu woź­nica, który do­piero te­raz so­bie uświa­do­mił, że skoro in­spek­tor zo­staje u św. Judy na dłu­żej i nie po­dał daty po­wrotu, to sam może być pa­cjen­tem szpi­tala, w któ­rym w końcu le­czono lu­dzi obłą­ka­nych, a po­noć i na­wet nie­bez­piecz­nych, opę­ta­nych przez de­mony, jak mó­wiono w wio­sce na dole. Woź­nica zmie­rzył in­spek­tora wzro­kiem. Nie wy­glą­dał na ko­goś, kto by od zmy­słów od­cho­dził. Wszystko na so­bie miał za­dbane i nowe. Na­wet buty wy­glą­dały na nie­dawno ku­pione. Choć te­raz były mo­kre i ubło­cone, to skóra na nich jesz­cze nie zo­stała do­tarta, więc z pew­no­ścią mu­siały Ebera ob­cie­rać, czemu da­wał do­wód, ku­le­jąc. Woź­nica uśmiech­nął się do sie­bie skry­cie. Tak, buty mo­gły być do­wo­dem obłędu albo głu­poty. Kto nor­malny by w no­wych bu­tach w taką po­dróż się wy­bie­rał. Z dru­giej strony ci, któ­rzy do Judy tra­fiali, nie przy­cho­dzili tam sami i z wła­snej woli. Miej­sce może było nie­zwy­kłe, ale wszy­scy wie­dzieli, że tak na­prawdę to wię­zie­nie. Kto raz tam wszedł, rzadko kiedy póź­niej wy­cho­dził do lu­dzi. Tak to już było.

- Jadę z wi­zytą do dy­rek­tora szpi­tala. To mój do­bry zna­jomy - po­wie­dział nieco cie­plej­szym to­nem in­spek­tor. Było to kłam­stwo. Nie znał dy­rek­tora oso­bi­ście, a je­dy­nie o nim sły­szał. Eber nie chciał jed­nak, by woź­nica my­ślał, że jest sza­lony. W oczach woź­nicy po­ja­wił się taki strach na samą myśl o noc­legu u św. Judy, że mógłby nie przy­je­chać po niego, gdy na­dej­dzie pora. Woź­nica ski­nął głową.

- Czyli pan tam jed­nak idzie mimo wa­run­ków? - za­py­tał li­sto­nosz, który rów­nież ze­sko­czył z wozu. - Ja nie, za stary na to je­stem. Zresztą, jak prze­jazdu nie ma, to nie ma. Ale jak pan idzie, to może wziąłby pan parę li­stów, które mam ze sobą. Tam lu­dzie cze­kają ich jak manny z nieba.

- Je­śli nie­wiele, to mogę wziąć.

- Bóg panu wy­na­gro­dzi ten do­bry uczy­nek. Masz pan, to wszyst­kie - po­wie­dział sta­ru­szek, po­da­jąc mu parę ko­pert. - I jesz­cze dwie nowe ga­zety.

Eber scho­wał pa­kunki do we­wnętrz­nej kie­szeni płasz­cza i ru­szył w drogę. Droga, tak jak prze­wi­dział woź­nica, była za­sy­pana top­nie­ją­cym, mo­krym śnie­giem. In­spek­tor, choć sta­rał się stą­pać po jak naj­tward­szych bruz­dach, by oszczę­dzić no­gawki no­wych spodni, do­szedł pod bramę szpi­tala prze­mo­czony i ubło­cony. Grube mury oka­la­jące Szpi­tal św. Judy wciąż po­kry­wała śnieżna czapa, pod­wyż­sza­jąc go o ko­lejne trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, tak że nie było przez niego wi­dać na­wet czub­ków drzew ro­sną­cych w jego ogro­dzie.

Rzadko go­ście prze­kra­czali mury szpi­tala po okre­sie let­nim, kiedy cza­sem po­ja­wiali się w nich człon­ko­wie ro­dziny, choć i tych nie było wielu. Co ty­dzień wy­ru­szał na­to­miast po­wóz do mia­steczka w do­li­nie, gdzie za­opa­try­wano szpi­tal w to, czego nie mo­gły dać zie­mie w ob­rę­bie jego mu­rów. Ku­po­wano za­zwy­czaj mąkę, tka­niny na ubra­nia i ban­daże, le­kar­stwa oraz inne nie­zbędne rze­czy. Wraz z zimą szpi­tal zo­sta­wał każ­dego roku od­cięty od świata. Śnieg i lód unie­moż­li­wiały po­ko­na­nie trud­nej trasy. Per­so­nel szpi­tala i jego pa­cjenci mu­sieli so­bie ra­dzić sami, zda­jąc się na ła­skę Naj­wyż­szego, a przede wszyst­kim na umie­jęt­no­ści go­spo­da­ro­wa­nia ogra­ni­czo­nymi za­so­bami przez ku­cha­rzy. Wszyst­kich w Ju­dzie ogar­nął więc strach, kiedy śnieg spadł przed­wcze­śnie i ściany spi­żarni wciąż były czę­ściowo pu­ste. Ostat­nie, naj­więk­sze do­stawy je­dze­nia nie zo­stały zre­ali­zo­wane. Te­raz więc, kiedy in­spek­tor cięż­kim kro­kiem po­ko­ny­wał wznie­sie­nie, po dru­giej stro­nie muru cze­kano na dzwo­nek ozna­cza­jący, że droga po­now­nie jest prze­jezdna i wóz może wy­ru­szyć do mia­steczka.

Po go­dzi­nie drogi Eber ro­zej­rzał się do­okoła. Jego od­dech był ciężki, a serce mocno ude­rzało w pierś. Do płuc wdzie­rało się zimne po­wie­trze, szczy­piąc nie­mi­ło­sier­nie roz­grzaną wy­sił­kiem miękką tkankę. Z progu bramy wi­dać było za­śnie­żone szczyty gór ota­cza­ją­cych je­zioro. Te­raz, kiedy słońce za­czy­nało się chy­lić ku za­cho­dowi, a tem­pe­ra­tura spa­dała, mgła przy­sło­niła je­zioro tak, że szpi­tal wy­glą­dał jak sa­motny za­mek na wy­spie.

In­spek­tor wy­cią­gnął z man­kietu białą chu­s­teczkę i prze­tarł spo­cone czoło. Skrzy­wił się, gdy przy­szła mu nie­przy­jemna myśl, że choć miał do­piero czter­dzie­ści lat, to dy­szał te­raz ciężko, jak nie­gdyś jego dzia­dek, kiedy był już bar­dzo stary, a płuca prze­żarła mu gruź­lica. Jego char­kot do­bie­ga­jący z ma­łego po­koju przy ro­dzin­nej kuchni bu­dził w nim lęk, gdy był dziec­kiem. Od­cze­kał dłuż­szą chwilę, by od­dech się uspo­koił, i do­piero wtedy za­ko­ła­tał w bramę. Nikt nie otwo­rzył. Po chwili za­uwa­żył przy­kryty przez śnieg sznur. Po­cią­gnął mocno. Z od­dali sły­chać było dzwonki, które w końcu spro­wa­dziły kroki po dru­giej stro­nie muru.

Sę­dziwy klucz­nik, prze­kli­na­jąc siar­czy­ście pod no­sem, z tru­dem od­su­nął za­suwę bramy.

- Stara uparta za­suwa. Przy­warła, bo rzadko kto ją ru­sza - po­wie­dział, pró­bu­jąc uspra­wie­dli­wić swój ję­zyk. Jego głos był chro­po­waty, a ak­cent ty­powy dla tego naj­od­le­glej­szego re­jonu Au­stro-Wę­gier, twardy i trudny do zro­zu­mie­nia dla przy­by­sza.

- Dzień do­bry. Je­stem in­spek­tor Fran­ci­szek Eber. Dy­rek­tor szpi­tala mnie ocze­kuje - po­wie­dział po­woli, szu­ka­jąc w my­ślach od­po­wied­nich słów, które mo­głyby być zro­zu­miałe dla czło­wieka mó­wią­cego gwarą. Eber mó­wił do­brze po nie­miecku, ale z pol­skim ak­cen­tem, któ­rego ni­gdy się nie po­zbył. Bra­ko­wało mu ku temu za­równo czasu, jak i woli.

Klucz­nik wy­su­nął głowę poza bramę szpi­tala, jakby się spo­dzie­wał, że za przy­by­szem bę­dzie stał ktoś jesz­cze. Ni­kogo nie do­strzegł. Na pu­stej ścieżce wi­dać było je­dy­nie głę­bo­kie ślady, które zo­sta­wił Eber. Sta­rzec od­chrząk­nął, splu­nął na zie­mię, po czym kiw­nął głową. Pro­wa­dził in­spek­tora drogą przez dzie­dzi­niec. Ko­lejne członki jego ciała od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa. Trzę­sące się ręce nie mo­gły peł­nić już w szpi­talu roli, którą spra­wo­wał przez ostat­nich pięć­dzie­siąt lat. Sta­rzec nie miał in­nego domu ani ni­kogo, kto by się nim za­opie­ko­wał, więc zo­stał tu, gdzie spę­dził całe swoje ży­cie, choć te­raz jego obo­wiązki ogra­ni­czały się nie­mal je­dy­nie od otwie­ra­nia bramy i ła­pa­nia szczu­rów, przy czym ten drugi obo­wią­zek za­peł­niał mu więk­szą część dnia, bo do bramy rzadko kto dzwo­nił, a szczu­rów i in­nego ro­bac­twa - jak mó­wił - za­wsze było pełno.

Ogród ota­cza­jący dzie­dzi­niec wy­glą­dał nie­zwy­kle na­wet pod­czas tej nie­przy­chyl­nej pory roku. Ze ścieżki pro­wa­dzą­cej do wej­ścia można było zo­ba­czyć je­dy­nie jego mały frag­ment, a więk­szość znaj­do­wała się po dru­giej stro­nie bu­dynku. Fron­towa część ogrodu była ulu­bio­nym miej­scem sta­rego klucz­nika i nie­gdyś jego oczkiem w gło­wie. Prze­ci­nały ją alejki za­sy­pane te­raz śnie­giem, wzdłuż któ­rych ro­sło mnó­stwo za­dba­nych drzew i róż skrzęt­nie opa­tu­lo­nych w sło­miane cho­choły. Cięż­kie i mo­kre płatki za­le­gały na ga­łę­ziach jo­deł i świer­ków. Na skal­niaku po­ja­wiła się sieć ko­ry­ta­rzy wy­żło­biona przez kro­ple wody. Wszyst­kie ro­śliny, choć te­raz na­gie, lśniły świa­tłem za­cho­dzą­cego słońca od­bi­tym przez po­kry­wa­jące je kro­ple. Od bramy do bu­dynku głów­nego szpi­tala droga nie była długa, ale in­spek­tor był zmę­czony wspi­naczką.

- Prze­pra­szam - wy­mam­ro­tał do starca wy­prze­dza­ją­cego go o trzy kroki - mu­szę na chwilę przy­sta­nąć. Tak tu pięk­nie. Wi­dać, że bra­cisz­ko­wie dużo się na­tru­dzili.

- To nie klasz­tor - od­po­wie­dział klucz­nik i za­sę­pił się na chwilę nad brud­nymi brą­zo­wymi śla­dami zo­sta­wio­nymi przez ka­pi­tana na wcze­śniej cał­ko­wi­cie bia­łej ścieżce.

- Ach, my­śla­łem, że szpi­tal jest przy klasz­to­rze, jak to za­zwy­czaj - po­wie­dział in­spek­tor, ale nie otrzy­mał dal­szych wy­ja­śnień.

- Mur jest nowy? - py­tał da­lej.

- Ano - po­ki­wał głową klucz­nik - dok­tor ka­zał go wy­bu­do­wać, jak się tu spro­wa­dził. Zbyt wielu pa­cjen­tów z urwi­ska po­spa­dało.

- Po­spa­dało z urwi­ska? - po­wtó­rzył za klucz­ni­kiem Eber, zu­peł­nie nie spo­dzie­wa­jąc się ta­kiej od­po­wie­dzi.

- Tam - po­wie­dział klucz­nik, wska­zu­jąc na wschód - tam jest urwi­sko. Wi­dok piękny na je­zioro, ale jak się kto za­pa­trzy, to i spaść może, bo stromo i śli­sko.

- Ale bu­dy­nek szpi­tala nie jest nowy. Wcze­śniej mur nie był po­trzebny?

- Nie, to był kie­dyś praw­dziwy pa­łac. Za­raz pan sam zo­ba­czy, jak po­dej­dziemy bli­żej. Kiedy by­łem młody, to w le­cie za­wsze przy­jeż­dżał tu na trzy ty­go­dnie sam książę Habs­burg.

- I to on za­ło­żył tu szpi­tal? - do­py­ty­wał in­spek­tor.

- Nie, pa­łac na­le­żał do hra­biego Kon­stan­tyna. On po­znał się z dok­to­rem Ber­tem, gdy jego córka za­cho­ro­wała na omamy. Bie­daczka, tylko sie­dem­na­ście wio­sen miała, nie wię­cej. Nie udało się jej ura­to­wać, cho­ciaż dok­tor się bar­dzo sta­rał. Hra­bia był zroz­pa­czony. Mó­wił, że ży­cie stra­ciło dla niego sens. Do tego bał się bar­dzo, że na omamy za­cho­rują też po­zo­stałe jego dzieci, więc po­da­ro­wał pa­łac dok­to­rowi, żeby tu pra­co­wał i zna­lazł le­kar­stwo na to pa­skudz­two - po­wie­dział klucz­nik, po czym zro­bił dłuż­szą prze­rwę, po któ­rej kon­ty­nu­ował: - Hra­bia i dok­tor Bert zmarli dawno już bar­dzo. Póź­niej ko­lejni szu­kali le­kar­stwa, a te­raz dok­tor San­paulo. Ale da­lej jest tak, że jed­nych udaje się wy­le­czyć, a in­nych nie...

Eber, któ­remu woda chlu­po­cąca w bu­tach już mocno da­wała się we znaki, kiw­nął głową na znak, że jest już go­towy do dal­szej drogi.

Fron­towa część pa­łacu skła­dała się z jed­nego bu­dynku głów­nego oraz dwóch bocz­nych, po­łą­czo­nych z nim par­te­ro­wym przej­ściem. Zbu­do­wane były z pięk­nego bia­łego ka­mie­nia. Z da­leka fa­sada głów­nego bu­dynku wy­glą­dała do­syć skrom­nie, wsparta na dwóch fi­la­rach bez or­na­men­ta­cji. Do­piero z bli­ska biały ka­mień od­kry­wał przed przy­by­łymi liczne pła­sko­rzeźby.

- Je­żeli pan in­spek­tor wy­ba­czy, to wej­dziemy bocz­nymi drzwiami. Przez te główne zbyt wiele cie­pła ucho­dzi i gdy jest zimno, to ich nie otwie­ramy.

Drzwi boczne były od­da­lone za­le­d­wie o parę me­trów od ma­syw­nych wej­ścio­wych, które miały przy­naj­mniej trzy i pół me­tra wy­so­ko­ści i z cztery sze­ro­ko­ści. Przed otwar­ciem drzwi klucz­nik po­now­nie spoj­rzał z nie­ukry­waną nie­chę­cią na ubło­cone buty go­ścia.

- Pan wej­dzie. Za­raz po­pro­szę któ­rąś z pie­lę­gnia­rek, żeby za­pro­wa­dziła pana do dok­tora.

In­spek­tor, który tym ra­zem za­uwa­żył wzrok klucz­nika, otrzą­snął przed wej­ściem buty. Z po­zoru skromny z ze­wnątrz bu­dy­nek krył w środku nie­zwy­kle bo­gate wnę­trze, zdra­dza­jące ro­dową hi­sto­rię. Eber, który rzadko by­wał go­ściem w pa­ła­co­wych pro­gach, sta­nął oszo­ło­miony. Klucz­nik, usa­tys­fak­cjo­no­wany taką re­ak­cją, nie po­pę­dzał go, cho­ciaż przez otwarte drzwi za­czął się wdzie­rać do środka chłodny wiatr.

- Pra­cuję w tym pa­łacu, od­kąd się uro­dzi­łem, i co­dzien­nie dzię­kuję Naj­wyż­szemu za to, że mo­głem spę­dzić ży­cie w ta­kim miej­scu - po­wie­dział z uśmie­chem na ustach. - Bo prze­cież matka moja rów­nie do­brze mnie mo­gła uro­dzić w ja­kimś kur­niku we wsi. Ale wi­docz­nie Anioł Stróż od po­czątku czu­wał nade mną.

- Istot­nie, miał pan szczę­ście - zgo­dził się z nim Eber, choć z wielu hi­sto­rii wie­dział, że miej­sce uro­dze­nia nie za­wsze gwa­ran­tuje ra­do­sne ży­cie. Chciał jed­nak swo­imi sło­wami spra­wić przy­jem­ność sta­rusz­kowi. Klucz­nik uśmiech­nął się sze­roko, sły­sząc to po­twier­dze­nie, cho­ciaż spę­dzał swoje ostat­nie lata, wy­no­sząc szczu­rze tru­chła i grze­jąc zdrę­twiałe ręce nad pie­cem na sien­niku koło kuchni.

W holu było pu­sto i ci­cho.

- Czy w szpi­talu jest wielu pa­cjen­tów?

- W sa­na­to­rium, czyli w tej czę­ści szpi­tala, jest koło setki, ale te­raz wszy­scy pew­nie są w swo­ich po­ko­jach, bo nie czas jesz­cze na spa­cery.

- A pra­cow­ni­ków?

- Kto by ich zli­czył. W sa­mej kuchni pra­cuje dzie­sięć osób, a są jesz­cze praczki i pie­karz, i zaj­mu­jący się zwie­rzę­tami. No i pie­lę­gniarki i pie­lę­gnia­rze oczy­wi­ście - od­parł sta­rzec, po czym za­dzwo­nił gło­śno dzwon­kiem le­żą­cym na sto­liku przy drzwiach. Po chwili z ko­ry­ta­rza po le­wej stro­nie wy­szła młoda pie­lę­gniarka. Za­miast zwy­cza­jo­wych bia­łych ubrań pie­lę­gniar­skich, ja­kie wi­dział w in­nych szpi­ta­lach, ta miała ubra­nie zu­peł­nie czarne. Ukło­niła się, wi­dząc Ebera. Klucz­nik szep­nął jej coś w gwa­rze, na co ona kiw­nęła głową i się uśmiech­nęła.

- Dzień do­bry. Je­stem in­spek­tor Fran­ci­szek Eber. Wie­rzę, że dok­tor San­paulo mnie ocze­kuje. By­łem li­stow­nie za­po­wie­dziany.

- Tak, pro­szę za mną. Za­pro­wa­dzę pana - po­wie­działa sio­stra z in­nym, znacz­nie bar­dziej mięk­kim i zro­zu­mia­łym ak­cen­tem niż klucz­nik. Na­zy­wała się Iweta. Spra­wiała wra­że­nie po­god­nej i mi­łej osoby. Jej nie­bie­skie oczy miały in­ten­sywny od­cień, a nie­wielki, za­darty nos do­da­wał jej mło­dzień­czego uroku.

- Ach, był­bym za­po­mniał. Li­sto­nosz prze­ka­zał mi li­sty i ga­zety - po­wie­dział Eber, wy­cią­ga­jąc pa­kunki zza pa­zu­chy. Iweta od razu za­częła je prze­glą­dać, je­den po dru­gim. Nie zna­la­zła jed­nak tego, czego szu­kała, bo ze zło­ścią odło­żyła li­sty na ko­modę. - Czeka sio­stra na ważny list? - za­py­tał.

- Tu wszy­scy na coś cze­kamy - od­rze­kła. - Pro­szę za mną, in­spek­to­rze.

Dla ko­goś, kto pierw­szy raz prze­kro­czył próg Szpi­tala św. Judy, roz­le­głe ko­ry­ta­rze zda­wały się nie mieć końca. Sio­stra pro­wa­dziła in­spek­tora z głów­nego bu­dynku do bocz­nego wą­skim i go­rzej oświe­tlo­nym przej­ściem. Na­stęp­nie szli scho­dami w górę, aż na trze­cie pię­tro.

- Z da­leka pan przy­je­chał? Z Ga­li­cji? - za­py­tała.

- Tak, zga­dza się.

- Tak my­śla­łam. Moja po­przed­nia pra­co­daw­czyni miała gu­wer­nera dla córki, Po­laka. Tak samo mó­wił jak pan.

- Tak samo, czyli kiep­sko? - za­śmiał się in­spek­tor.

- Nie, nie, po pro­stu kiedy Po­lak z ty­po­wym dla sie­bie ak­cen­tem, któ­rego prze­cież nie da się ni­gdy do końca wy­ko­rze­nić, wy­po­wiada nie­miec­kie zda­nia, to chcąc nie chcąc, jakby tro­chę zmie­nia ich zna­cze­nie. Sama nie wiem, jak to wy­tłu­ma­czyć, ale gdy tam­ten gu­wer­ner chciał skar­cić pa­nienkę, to choćby nie wiem ja­kich ar­gu­men­tów użył i jak ostre słowa mó­wił, wy­po­wia­dane z jego ust tra­ciły na swej ostro­ści. Gdy po­wta­rzał to samo zda­nie po pol­sku, też nie brzmiało ono groź­niej.

- Chce pani po­wie­dzieć, że Po­lacy nie wie­dzą, jak na ko­goś krzy­czeć? - po­wie­dział Eber, nie kry­jąc roz­ba­wie­nia.

- Ależ nie, na pewno wa­sze krzyki ro­bią duże wra­że­nie na pol­skich dzie­ciach. Po pro­stu uszy dzieci z tego re­gionu wy­dają się na nie od­porne - od­po­wie­działa z uśmie­chem.

In­spek­tor szedł, lekko uty­ka­jąc i sta­ra­jąc się na­dą­żyć za sio­strą Iwetą. Ko­ry­tarz, któ­rym go pro­wa­dziła, był nie­mal zu­peł­nie ciemny, oświe­tlany je­dy­nie bla­dym świa­tłem do­cho­dzą­cym z ma­lut­kich, wą­skich okien.

- To tu­taj - po­wie­działa, wska­zu­jąc na drew­niane drzwi na końcu ko­ry­ta­rza z lśniącą ta­bliczką z wy­gra­we­ro­wa­nym na­zwi­skiem dy­rek­tora szpi­tala.

- Dzię­kuję za po­moc - od­rzekł i chwy­cił klamkę, za­nim zdą­żyła to zro­bić sio­stra Iweta. - Nie chcę już sio­strze za­bie­rać wię­cej czasu. Sam so­bie po­ra­dzę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki