Rozdział 2
Kiedy otworzyłem oczy po raz kolejny, pierwszym obrazem, jaki mi się ukazał, była gęsta mgła. Mgła, która powoli, bardzo powoli stawała się coraz rzadsza, a z każdą mijającą sekundą odsłaniała coraz więcej i więcej. Przy kolejnym mrugnięciu zobaczyłem zarys ludzkiej postaci, a jeszcze przy kolejnym nie miałem już wątpliwości. To była ona - moja matka. Siedziała przy łóżku w sposób, w jaki tylko ona mogła siedzieć - sztywno i dystyngowanie. Nawet w takim miejscu jak szpital nie potrafiła odpuścić.
Mrugnąłem po raz kolejny i wtedy już obraz stał się ostrzejszy. Był na tyle wyraźny, że mogłem zobaczyć matkę w całej okazałości - jej duże, brązowe, wnikliwie spoglądające na mnie oczy, lekko wystające kości policzkowe oraz duże, pomalowane na lekki róż usta. Usta, które drżały. Ale drżały nie z przejęcia czy troski. Drżały ze złości.
Matka zawsze była niecierpliwa. Pomimo że od dawna nie pracowała i prowadziła spokojny tryb życia, miała w sobie to specyficzne, nigdy nieprzemijające zdenerwowanie, które za każdym razem udzielało się również i mnie.
- W końcu się obudziłeś - powiedziała. - Siedzę tu od pół godziny.
Te słowa wystarczyły, abym poczuł uderzenie gorąca. Gorąca, które w jednej chwili rozlało się po całym moim ciele, doprowadzając je do skrajnej utraty sił.
- Podobno nie możesz mówić - kontynuowała. - Tak przynajmniej twierdzi lekarz. Ale z tobą nigdy nic nie wiadomo. W domu też udajesz. Zawsze, kiedy chcesz wymigać się od obowiązków, udajesz, że nie słyszysz albo że usłyszałeś coś innego. Ja już znam te twoje sztuczki. Tutaj wszyscy przy tobie skaczą. Widziałam, jak pielęgniarka poprawiała ci poduszkę. Zawsze byłeś leniwy. Najlepiej więc udawać obłożnie chorego i czekać, aż wszystko za ciebie zrobią. Ale ja ci zawsze powtarzam... Masz czterdzieści cztery lata i najwyższy czas się ogarnąć. W kamienicy też jest co robić. Mamy trzech nowych lokatorów, a ty nawet ich na oczy nie widziałeś. Wzięłam od nich pieniądze za pierwszy miesiąc, ale ktoś to wszystko musi nadzorować. Chyba nie sądzisz, że to ja będę wysłuchiwała historii o cieknącym kranie i odpadającym tynku. Bierz się za siebie i wracaj do domu. Nie ma czasu na spanie i stękanie w łóżku. W końcu to tylko wypadek. Jak widzisz, przeżyłeś. A cała reszta szybko wróci do normy. Swoją drogą, to na pewno była twoja wina. Tyle razy ci mówiłam, że nie potrafisz prowadzić. Jedziesz zbyt blisko środkowej linii. O mały włos, a ocierałbyś się o samochody jadące z naprzeciwka. Ale za każdym razem, kiedy ci to mówię, dostajesz szału. Teraz przynajmniej widzisz, że miałam rację. Gdybyś mnie słuchał, nie leżałbyś przykuty do łóżka. Ale cóż... Stało się. I teraz trzeba wrócić do normalnego życia.
Oddychałem. Jeszcze oddychałem. Podbródek mi drżał, a palce odruchowo zwijały się w pięść. Gdybym tylko mógł, ryknąłbym niczym lew. Ale nie mogłem. Nie byłem w stanie. Każde słowo matki wbijało się we mnie niczym sztylet i odbierało mi resztki sił. Starałem się jednak skupić na tym, co mówiła i przynajmniej sprawdzić, co z tego byłem w stanie sobie przypomnieć.
Wspomniała o kamienicy... Tak... Mamy kamienicę. Naszą własną. Czteropiętrową. Wynajmujemy mieszkania ludziom, którzy ich potrzebują. Kamienica jest w dobrym stanie, ale mieszkania są małe. Wynajmują je od nas ludzie o ograniczonych możliwościach finansowych. Tych mieszkań jest jednak dużo. Zaraz zaraz... Niech sobie przypomnę. Sześć na każdym piętrze. Razem trzydzieści dwa mieszkania. Nie nie, co ja mówię... Dwadzieścia cztery. A na parterze znajduje się jedno i ono przeznaczone jest dla dozorcy. Czyli dwadzieścia pięć. Ale jaka była moja rola w tej kamienicy? Nie pamiętam. Cieknące krany, tynki... Czy tylko to nadzorowałem, czy też naprawiałem? Dios mio, nie wiem... Kim ja właściwie jestem?
- Dzwonił Santiago - kontynuowała matka. - Chciał wiedzieć, dlaczego nie dojechałeś do Monterrey. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że miałeś wypadek, więc powiedziałam mu, że nie wiem. Twoje decyzje przysparzają wszystkim trosk. On teraz pewnie siedzi i się zamartwia, bo przecież wyjechał po ciebie na lotnisko, a tu nic... Do domu też nie wróciłeś. I ja wychodziłam z siebie, i on. Jak tylko wyjdę ze szpitala, dam mu znać, że chwilowo nie jesteś na chodzie. Do Monterrey pojedziesz sobie kiedy indziej, ale najpierw ogarniesz sprawy kamienicy.
Wstrzymywałem oddech. Tyle informacji... I to w takim tempie. A ból się nasilał. Nie byłem w stanie analizować wszystkiego wystarczająco szybko. Wiele rzeczy mi umykało. Santiago, Santiago... Kto to jest? Czy to ktoś z rodziny? A może przyjaciel? Teraz, kiedy moja matka wspomniała o Monterrey, przypomniałem sobie coś istotnego. Jechałem na lotnisko. Tak... Jechałem na lotnisko samochodem. Samochód miałem zostawić na parkingu, by potem polecieć do Monterrey. Tylko w jakim celu? Pamiętam swój bilet. Podróż miała trwać trzy dni. Krótko. To był chyba wyjazd na weekend. I w Monterrey czekał na mnie Santiago. Ale kim był Santiago? Nie wiedziałem.
- Jest jeszcze Amanda - kontynuowała matka. - Ją też muszę poinformować o twoim stanie. Dzwoniła już kilka razy. Wściekła się, że nie zabrałeś jej do Monterrey. Podobno mieliście jakąś poważną kłótnię. Dziewczyna jest zrozpaczona, a ty jak zwykle przesadzasz. Spotykacie się zaledwie od kilku miesięcy, a ty się obrażasz tylko dlatego, że niefortunnie dobrała słowa. Tyle razy mówiłam ci, że jesteś przewrażliwiony. Jak tak dalej pójdzie, ona też cię rzuci. Dziewczyna nie jest głupia. Umie sprzątać, gotować i ma dobrą pracę. Jak tylko zorientuje się, jakim leniem jesteś, nie będzie oglądać się za siebie. Dlatego przynajmniej stwarzaj pozory. Przejmij inicjatywę. Daj jej do zrozumienia, że ci zależy. Nawet jeśli ci nie zależy. Bo jeśli nie zależy ci teraz, to potem tym bardziej nie będzie. A warto, żebyś w końcu się ustatkował. Ile można włóczyć się bez celu, bez rodziny... A ona też nie jest młoda. Ma czterdziestkę na karku. Przynajmniej tak mi się wydaje. Za każdym razem, kiedy cię pytam, odmawiasz odpowiedzi. Ale ja swoje oczy mam i wiem, że musicie się spieszyć. Widzisz... Teraz jesteś w szpitalu i nawet kubka z herbatą nie ma ci kto podać. Jesteś zdany na łaskę pielęgniarek. Gdybyś miał przy sobie żonę, jak Bóg przykazał, opiekę miałbyś zapewnioną. Powiem Amandzie, żeby tu przyszła. A ty zachowaj się jak mężczyzna i przeproś. Pamiętaj, że należy przepraszać. Szczególnie wtedy, kiedy jesteś winny.
Słuchałem tego wszystkiego z przerażeniem. Pamiętam, jak poznałem Amandę. Poznaliśmy się przez przypadek w butiku z męskimi garniturami. Ja musiałem kupić garnitur, a ona w tym czasie przyszła na plotki do koleżanki - ekspedientki. Wziąłem ją za jedną z pracownic i poprosiłem o pomoc w doborze garnituru. Ucieszyła się. Wybrała mi garnitur zawieszony na najbardziej koślawym manekinie w sklepie. Kiedy chciałem zapłacić, przyznała, że nie jest ekspedientką, ale że za pomoc w wyborze garnituru mogłem zrewanżować się, zapraszając ją na ciasto i kawę. Byłem zaskoczony. Nie przywykłem do tego, aby to kobiety przejmowały inicjatywę. A ona przejęła, więc w nagrodę zabrałem ją do kawiarni. Zasugerowałem jednak, aby ograniczyła się tylko do kawy, ponieważ zauważyłem, że te ciasta odkładały się jej w biodrach. Wzięła więc tylko kawę. Ja nie wziąłem nic, ponieważ przed wyjściem z domu umyłem zęby. Zapamiętałem ten dzień bardzo dobrze, ale fakt, że spotykaliśmy sie przez kilka kolejnych miesięcy i że był między nami jakiś konflikt, był mi zupełnie obcy. Miałem ogromną lukę w pamięci.
Matka otworzyła usta, żeby podzielić się kolejnymi przemyśleniami, ale w tym samym czasie podeszła do nas pielęgniarka.
- Przepraszam, ale musi pani już iść - powiedziała.
- Tak szybko? - zapytała matka.
- Jest noc - wyjaśniła. - To nie są godziny wizyt. Lekarz pozwolił pani wejść w drodze wyjątku. Proszę przyjść jutro.
- No cóż, chyba nie mam wyboru - odburknęła. - A mój syn kiedy wyjdzie?
- O tym zdecyduje lekarz - rzekła pielęgniarka. - Raczej nieprędko.
- Mój syn to twarda sztuka. Ma to po mnie. Siła tkwi w naszych genach. Proszę za bardzo przy nim nie skakać. A jeśli będzie się skarżył, proszę doprowadzić go do porządku. Nie jesteśmy w przedszkolu. A on nie jest dzieckiem, tylko dorosłym człowiekiem. Jeśli chce, potrafi zadbać o siebie. Trzeba tylko być stanowczym.
- Ładne ma pani kolczyki - wtrąciła pielęgniarka, pokazując matce drogę do drzwi.
- Są wygodne, ale kiedy mocniej zawieje wiatr, odnoszę wrażenie, że ćmy latają mi koło uszu - odparła.
Chwilę później obie opuściły salę i kontynuowały rozmowę na korytarzu. Przez jakiś czas dało się jeszcze słyszeć ich przytłumione głosy, ale zaraz potem nastała cisza. Pielęgniarka wróciła na swoje miejsce, a ja ze swoimi myślami zostałem zupełnie sam. Nie wiedząc kiedy, zasnąłem. Kiedy obudziłem się ponownie, na zewnątrz było jeszcze ciemno. Noc trwała. To znaczy, że nie spałem zbyt długo. Czułem się jednak lepiej. Ból w klatce piersiowej nadal mi dokuczał, ale oddychałem swobodniej. Głowę też miałem lżejszą. Ostrożnie przetarłem ręką oczy i rozejrzałem się po sali.
Wszyscy pacjenci spali. A przynajmniej takie miałem wrażenie. Jeden z nich, leżący w samym rogu sali, pomimo że miał zamknięte oczy, coś szeptał. Nie wiedziałem, czy mówił przez sen, czy może nie spał i z zamkniętymi oczami rozmawiał sam ze sobą. Może potrzebował pomocy. Dziwne, że pielęgniarka nie zjawiła się natychmiast. Odruchowo spojrzałem na jej stanowisko. Było puste.
Czy to możliwe? Zdenerwowany faktem, że na sali nie było nikogo z personelu, zacząłem wydobywać z siebie dziwne dźwięki. Och... Dźwięki... Nareszcie... Tym razem nie były to już tylko świsty... Jest postęp. Ale do wyraźnych słów brakowało im jeszcze wiele. Mój niepokój wzmagał się, gdyż nawet nie byłem w stanie wezwać pomocy. Przerażenie jednak sięgnęło szczytu, kiedy nagle poczułem na swym ramieniu czyjąś dłoń.
- Aaaaa! - zawołałem.
Gwałtownie odwróciłem głowę, co w jednej sekundzie wywołało nieziemski ból.
- Aaaaaa - jęczałem. - Moja szyja...
Cudza dłoń natychmiast przesunęła się na mój kark i zaczęła go masować. Ból nadal był silny, przeszywający, ale czułem, że powoli zaczynał ustępować. Kark stawał się coraz gorętszy, a szyja zaczynała się rozluźniać. Niedługo potem ból ustąpił. Gwałtownie chwyciłem dłoń, która zaczęła przesuwać się w kierunku głowy. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że tuż obok mojego łóżka stała kobieta. Kobieta o długich, ciemnych włosach, z białym czepkiem na głowie, ubrana w biały, starannie wyprasowany fartuch.
"To pielęgniarka", pomyślałem.
Czułem jej dłoń w swojej dłoni. Była zimna. Zimna jak lód.
Potem poczułem, jak druga dłoń delikatnie przytrzymywała moją głowę od tyłu, kładąc ją z powrotem na poduszkę. Nie wiedząc, co się działo, powoli zamknąłem oczy. Jedyne, czego pragnąłem, to zapamiętać tę delikatną i jakże bladą twarz, która troskliwie pochylała się nad moją.
Rozdział 5
Zegar na ścianie pokazywał pięć minut po północy. Kolację i wieczorne leki dostałem już jakiś czas temu. Potem miałem spać. A przynajmniej tego oczekiwały ode mnie pielęgniarki. Każdy porządny pacjent jeszcze przed północą powinien leżeć w łóżku z zamkniętymi oczami i nie zawracać nikomu głowy. Ja jednak nie mogłem spać. Nie mogłem nawet zmrużyć oka. Byłem niespokojny. Pobudzony. Zły. Być może po rozmowie z Santiago. Nie wiem, co dokładnie mnie podkusiło, aby do niego zadzwonić. Czułem jednak, że był jedyną osobą, która mogła rzucić nieco więcej światła na moje życie i uświadomić mi to, kim naprawdę byłem.
"Santiago? To ja, Pablo. Dzwonię ze szpitala. Mam w głowie pustkę. Niewiele pamiętam. Mówią, że jesteś moim przyjacielem. Powiedz mi, co takiego powinienem wiedzieć o swojej przeszłości i teraźniejszości?"
Właśnie tak zacząłem naszą rozmowę. Santiago był bardzo przejęty. Od razu przyznał, że miał wyrzuty sumienia. Do wypadku doszło akurat wtedy, kiedy byłem w drodze na lotnisko, a on nie mógł sobie tego wybaczyć. Po długich zapewnieniach, że mój wypadek i podróż do Monterrey to dwie osobne kwestie, a jedna nie miała nic wspólnego z drugą, uspokoił się nieco. Być może dlatego, że po moim głosie wyczuł, iż miałem się całkiem dobrze. Potem przeszliśmy do tematów, które interesowały mnie najbardziej. Do mojego życia.
Z Santiago znaliśmy się od dawna. Praktycznie od dziecka. Kiedy miałem dwadzieścia lat, mój ojciec zmarł na zawał serca. Podobno zawsze chciał, abym został lekarzem. Ja nie chciałem o tym słyszeć i dlatego nasze relacje nie były najlepsze. Matka z kolei nalegała, abym wstąpił do seminarium duchownego i poświęcił swe życie Bogu. Każde z nich miało zupełnie inną wizję na temat mojej przyszłości, a ja nie chciałem zaakceptować ani jednej, ani drugiej. Ukończyłem co prawda inżynierię lotniczą, ale z zawodem nigdy nie miałem nic wspólnego. Podobnie jak nie miałem nic wspólnego z czymś, co można było nazwać sukcesem.
Matka była wściekła. Wstydziła się tego, na kogo mnie wychowała. Nalegała, abym przynajmniej się ożenił i założył rodzinę. Do tego jednak też mi się nie spieszyło. Miałem kilka krótkich związków, ale ze wszystkich rezygnowałem. Podobno byłem trudny. Wymagałem zbyt wiele i nie pozwalałem sobą manipulować tak, jak oczekiwały tego kobiety. Z Amandą wytrzymałem najdłużej. Albo to ona wytrzymała ze mną. I prawdopodobnie nie dlatego, że to ja zmieniłem swoje nastawienie, ale dlatego, że to jej zależało na tym związku bardziej niż mnie. Podobno akceptowała mój charakter i starała się do niego dostosować. Mnie jednak tak czy inaczej drażniła i według Santiago zakończenie tego związku było jedynie kwestią czasu. W to akurat mogłem uwierzyć. Ogólny obraz był jednak taki, że moje życie nie należało do łatwych. Głównie dlatego, że to ja nie potrafiłem się nigdzie odnaleźć. Ani w życiu zawodowym, ani osobistym. Wszystko okazało się jedną wielką porażką. Przestałem nawet szukać celu. Podporządkowałem się rzeczywistości i płynąłem z prądem. Jak zdechła ryba. A teraz... Leżałem w szpitalu przykuty do łóżka i wiedziałem, że na zewnątrz nie czekało na mnie nic lepszego. Byłem zły. Rozdrażniony. Zawiedziony światem, w jakim przyszło mi żyć. Zawiedziony osobami, które mnie otaczały oraz nicością, która miała być częścią mojej codziennej egzystencji.
Próbując uspokoić rozbiegane myśli, rozglądałem się po sali. Szukałem czegoś, na czym mogłem zawiesić wzrok. Czegoś, co chociaż przez moment dałoby mi ukojenie i pozwoliło oderwać się od fali emocji, jaka przeze mnie przepływała. Pośród otaczającej mnie ciemności jedynym punktem, jaki był w stanie przykuć moją uwagę, okazała się szpara pod drzwiami. Wąska szpara, która przepuszczała odrobinę światła dobiegającego z korytarza. Przyglądałem się jej uważnie. Dokładanie odzwierciedlała moją rzeczywistość. Cisza, ciemność, osamotnienie i jedynie niewielki promień światła, który nie wiadomo, co oznaczał. Czy była dla mnie jeszcze jakaś nadzieja? Czy powrót do świata, który zastanę poza murami szpitala, okaże się mniej bolesny niż sam szpital? Czy może jednak znajdę jeszcze w sobie siłę, aby przejrzeć na oczy i zaznać odrobiny szczęścia?
Nagle wzdrygnąłem, ponieważ strumień światła zaczął się powiększać. Powiększył się do tego stopnia, że po chwili połowa sali, na której leżałem, stała się całkowicie jasna. Ktoś otworzył drzwi... Mrużąc oczy, starałem się dostrzec osobę, której dłoń spoczywała na klamce i która popychała drzwi coraz bardziej w kierunku ściany.
- Kto to? - zapytałem.
Brak odpowiedzi.
Do mojej sali wszedł mężczyzna. Miał na sobie długie, dresowe spodnie, jasny T-shirt, a w prawej dłoni trzymał stojak, do którego przyczepiona była kroplówka. Mężczyzna poruszał się powoli, z wysiłkiem. Niewątpliwie był to pacjent.
- Pomylił pan salę - powiedziałem głośno.
Mężczyzna udawał, że mnie nie słyszy. Usiadł na łóżku stojącym obok okna i zaczął sapać. Był młody - miał najwyżej trzydzieści lat. Szczupły. Wysportowany. Wycierał dłonie o spodnie. Zupełnie tak, jakby chciał je wysuszyć.
- Todo bien? - zapytałem.
Nastała cisza. Dopiero po chwili odparł:
- Wiedziałem, że cię tu znajdę.
Zdziwiłem się. Mężczyzna ani razu na mnie nie spojrzał. Byłem pewien, że pomylił salę.
- Wszędzie cię szukałem -wyszeptał.
Zacząłem się denerwować. Nie wiedziałem, co się działo. Nie wiedziałem, kim był ten człowiek ani co robił w mojej sali. Widziałem tylko, że cierpiał. Postękiwał. Co jakiś czas dotykał rurkę doprowadzającą kroplówkę do żył.
- Wezwać pomoc? - zapytałem.
- Julia... - powiedział. - To ty, prawda?
- Tu nie ma Julii - odparłem. - Pomylił pan salę.
W tym czasie z korytarza dobiegały coraz wyraźniejsze odgłosy szybko przemierzanych kroków i po chwili w drzwiach ukazała się pielęgniarka.
- Tutaj jest! - zawołała.
Chwilę później do sali weszła jeszcze inna pielęgniarka i obie podeszły do siedzącego na łóżku pacjenta.
- Wstajemy, panie Lima - powiedziała jedna z nich, chwytając mężczyznę pod ramię.
Druga pielęgniarka uczyniła to samo, pchając również stojak z kroplówką. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, cała trójka wyszła, pozostawiając otwarte drzwi.
Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie. I tak nie mogłem zasnąć. Dobiegające z zewnątrz światło oraz odgłosy przemieszczających się pielęgniarek świadczyły przynajmniej o tym, że poza drzwiami istniało jakieś życie. Nasłuchiwałem więc. Była to jedyna rozrywka, jaką mogłem znaleźć tej nocy. Rozrywka, która przynajmniej na chwilę pozwalała mi zapomnieć o moim życiu i jego beznadziei. Gdzieś w głębi duszy cieszyłem się, że tajemniczy pacjent o nazwisku Lima pomylił salę i przez przypadek trafił do mnie. Lubiłem być sam, ale obecność tego człowieka nieco pobudziła mnie do życia. Nie czułem się taki osamotniony. Dziwiło mnie, że chwilowa obecność kogoś nieznajomego sprawiała mi większą radość niż wizyta mojej matki czy Amandy. Może jeszcze nie byłem do końca zepsuty, skoro drugi człowiek był w stanie wywołać we mnie jakąś pozytywną reakcję. To samo odczucie miałem wczoraj, kiedy do sali przyszedł doktor García. Rozmowa z nim mnie rozbawiła. Jeszcze wcześniej bardzo krótkie spotkanie z oddziałową. Ten jej zaraźliwy śmiech.
"Mili ludzie", pomyślałem.
Może mój ojciec miał rację, kiedy mówił, abym został lekarzem. Ciekawe, dlaczego go wtedy nie posłuchałem. Teraz ten pomysł wydawał mi się całkiem dobry. Im dłużej przebywałem w tym miejscu, tym większą miałem potrzebę pozostania w nim. Wyobrażając sobie siebie jako lekarza, zacząłem się uśmiechać. Na chwilę wyprostowałem się, przeczesałem palcami włosy i poprawiłem okulary.
- Doktor Pablo Ignacio Montoya - powiedziałem sam do siebie.
Musiałem wyglądać dziwnie. Nadal jednak uśmiechałem się, wyginałem ciało i przyjmowałem pozy godne prawdziwego lekarza. Chrząkałem, wypinałem pierś i głośno powtarzałem swoje imię z tytułem doktora na przedzie. Czułem się dobrze. Czynności te sprawiały mi radość, jakkolwiek niedorzeczne mogły się wydawać.