Szpital. Jak przetrwałam tajne eksperymenty na dzieciach w Aston Hall - Barbara O'Hare

Kup ebooka

39.90 zł
23.94 zł (33,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Poniedziałek, 9 stycznia 1995 roku

Jest godzina szczytu i samochody pełzną jeden za drugim. Powoli przebijamy się do przodu.

Zatrzymujemy się i ruszamy, zatrzymujemy się i ruszamy.

Podkręcam ogrzewanie, a para skrapla się na przedniej i na bocznych szybach. Na szkle widoczne są smugi w miejscach, gdzie próbowałam je wytrzeć. Nagle włącza się ogrzewanie, aż braknie tchu mnie i znajomemu, z którym rozmawiam, siedzącemu na fotelu pasażera.

Bezmyślne nastolatki przebiegają przez ulicę, przemykając między samochodami, gdy nie wiem po raz który zaciągam ręczny. Z rur wydechowych wylatują szare chemiczne chmury wędrujące ku niebu, zwiększając ilość spalin.

- Daj głośniej, uwielbiam ten kawałek - mówi znajomy, gdy z radia rozbrzmiewa Whatever zespołu Oasis.

Stukam palcami w kierownicę w rytm muzyki.

Szkoły właśnie skończyły pracę. Dzieci ubrane w mundurki trzymają za ręce matki, czekając, aby przejść przez ruchliwą ulicę. Światła na skrzyżowaniu zmieniają się na czerwone. Zatrzymuję się i obserwuję, jak przechodzą: niektóre idą, niektóre podskakują - wszystkie beztroskie i szczęśliwe, że nauka na dziś dobiegła końca. Mój wzrok i umysł wędrują, gdy patrzę przez okno samochodu. I wtedy to dostrzegam - niepozorne czerwone ceglane budynki. Remiza strażacka - solidna, praktyczna, wykonana z kunsztem. Zauważam ogromny komin i cegły - niewielkie i symetryczne. Są tam duże białe drewniane okna... dokładnie takie jak w Aston Hall. Serce mi wali, a w ustach wysycha. W jednej chwili jestem tam, w szpitalu. On jest lekarzem, a ja jego królikiem doświadczalnym. Jego eksperymentem.

Czuję jego gorący oddech na mojej szyi, gdy próbuję odwrócić od niego twarz. Zapach eteru wypełnia mi nozdrza. Jestem sparaliżowana i bezradna. Widzę jego dłoń i czuję, jak ostra metalowa maska wbija mi się mocno w twarz.

Kap, kap, kap...

Ciężar jego ciała przygniata mnie, miażdży; walczę o oddech i rozluźniam pięść. Z desperacją chwytam za zimne gumowe pokrycie materaca. Pokój jest ciemny. Jego dusza jest ciemna.

Jestem w pułapce, odurzona i uwięziona - dwunastoletnia dziewczynka błagająca o śmierć...

ROZDZIAŁ 1CÓRKA WŁÓCZĘGI

Stojąc w dziwnym ciemnym domu, odwróciłam się i spojrzałam przez okno wychodzące na podwórko. Dostrzegłam posępną kępkę usychającej trawy, otoczoną szarym brukiem, ale niewiele więcej. Pod oknem stał duży wózek dziecięcy, a jego chromowane elementy odbijały światło słoneczne niczym lustro.

- Chodź, Barbaro. Wsiadaj - zachęcała szczupła kobieta o blond włosach, machając ręką, aby mnie pośpieszyć.

Stanęłam na palcach, złapałam za jego bok i podciągnęłam się. Kobieta trzymała rączkę pojazdu, żeby wózek się nie poruszał, gdy się zwinęłam, próbując wcisnąć w miejsce, gdzie powinno leżeć dziecko. Nic z tego, miałam cztery lata i byłam zdecydowanie za duża, żeby spać w wózku. Usiadłam i się rozejrzałam.

- Wejdź - powiedziała kobieta.

Nie widziałam twarzy taty, ale kobieta odwróciła się do niego.

- Będzie dobrze. Po prostu wsadzimy ją tutaj.

Uśmiecham się i nie mówię nic, bo nie ośmielam się narzekać. Ciasny wózek jest moim łóżkiem. Zamykam oczy i udaję, że śpię. Słyszę głosy i dźwięk zamykających się drzwi. Dorośli zniknęli i nagle jestem sama. Słychać słabe odgłosy kroków, gdy obcasy kobiety stukają po korytarzu, oraz trzaskanie drzwi do sypialni na parterze. Stłumiony śmiech dochodzi spod drzwi, słyszę blond kobietę i mojego ojca. Nie widzę ich, ale wiem, że coś się dzieje i nie jestem potrzebna.

Zamknęłam oczy i próbowałam przypomnieć sobie matkę, ale to było niczym chwytanie chmur w dłonie. Bez fotografii wizerunek, jaki miałam w głowie, rozproszył się i ulotnił, aż zostałam z niczym. Tata mówił, że matka porzuciła mnie, gdy byłam dzieckiem. Opowiadał, że była irlandzką Cyganką o jasnorudych włosach i że jako córka Cyganki jestem włóczęgą. Wyobrażałam sobie, jak dzika i wolna jeździ konno, a jej długie ognistorude włosy powiewają za nią - była celtycką pięknością. Modliłam się, żeby wróciła po mnie, ale w miarę upływu dni i miesięcy zdałam sobie sprawę, że prawdopodobnie już jej nie zobaczę. Tata powiedział, że odeszła, gdy miałam jedenaście miesięcy i jeszcze chodziłam w pieluchach. Narzekał, że pamiętała, by zabrać wszystkie kosztowności - piękne ozdoby i najlepszą porcelanę, ale zostawiła mnie niczym stertę starych łachów. Obserwowałam drzwi z nadzieją, że po mnie wróci.

Tymczasem w naszym domu nigdy nie brakowało kobiet. Dla świata tato był prawdziwym uwodzicielem, miał oko do płci pięknej. Wysokiego, z ciemnymi, starannie ułożonymi włosami uważano za wiernego sobowtóra Elvisa Presleya. Dla mnie był jednak tatą i dostrzegałam inną jego stronę. Wykorzystywał wygląd, żeby uwieść każdą piękną kobietę, która pojawiła się na jego drodze. Ale ta blondynka była nietypowa, bo wytrzymała dłużej niż reszta. Miała na imię Marion. Mimo że w naszym domu nie było dywanu, a w pokoju z przodu znajdował się mały gazowy piecyk, tata zawsze znajdował wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zabrać Marion na randkę. Wtedy miałam już pięć lat, ale gdy wychodzili wieczorem do pubu, zawsze zostawiali mnie samą.

Nasz dom komunalny był dość skromny. Mieszkaliśmy w trzypokojowym szeregowcu, w salonie stała brązowa skórzana sofa, która pełniła funkcję zapasowego posłania na dole. Moja sypialnia znajdowała się z tyłu domu i stało w niej pojedyncze łóżko oraz duża szafa z orzechowego drewna, którą dosunięto do ściany. Oczekiwano ode mnie, że będę cały dzień spędzała w swoim pokoju, szczególnie gdy przychodziła Marion. Pewnego popołudnia usłyszałam trzask drzwi wejściowych i dźwięk jej wysokich obcasów na gołych drewnianych deskach. Zapach jej perfum rozchodził się po korytarzu i wypełniał dom, a potem zamknęły się drzwi do sypialni taty. Rozległy się śmiech i dźwięk kieliszków w kuchni na dole, znów poczułam jej perfumy, gdy weszła po schodach i otworzyła drzwi do mojego pokoju. Trzymała coś w ręce i zajęło mi chwilę, żeby zrozumieć co, bo nie pasowało do tego miejsca - to było pudełko na jajka. Zrobiła krok do przodu i podała mi je.

- Jeśli będziesz musiała skorzystać z toalety, użyj tego. Wtedy nie będziesz biegała po domu i robiła zamieszania przez ciągłe spuszczanie wody - tłumaczyła, wciskając mi szary pojemnik do rąk.

- I nie podchodź do okna. Ani do zasłon!

Patrzyłam, jak tata przyniósł starą drabinę i postawił ją pod włazem na strych. Zdjął klapę i pozostawił w suficie czarną dziurę.

- Barbaro, podejdź tutaj - przywołała mnie Marion.

Zbliżyłam się do niej, nie spuszczając oka z otworu nad jej głową.

- Widzisz to? - spytała, wskazując na sufit. - Tam mieszka potwór. Jeśli wyjdziesz z pokoju, kiedy ja i tata będziemy poza domem, zeskoczy i cię pożre.

Wydałam z siebie jęk i cofnęłam się do swojego pokoju. Spojrzałam w górę na otwartą przestrzeń, szukając potwora.

- Nie martw się. - Jej głos nieco złagodniał. - Dopóki zostaniesz w pokoju i będziesz grzeczną dziewczynką, on cię nie usłyszy i nie pożre. Rozumiesz?

Skinęłam głową, ale serce biło mi jak oszalałe. Byłam przerażona.

- Grzeczna dziewczynka. - Przeciągnęła dłonią po moich blond włosach. - Przygotowałam ci coś do jedzenia.

Trzymała butelkę po mleku wypełnioną wodą.

- W pudełku na jajka. No, otwórz je.

Podniosłam kartonową pokrywkę i znalazłam tam dwa jajka na twardo. Skorupki pękły, ponieważ były gotowane zbyt długo.

- Dwa jajka. To powinno cię nasycić. Teraz bądź grzeczną dziewczynką i je zjedz, dobrze? Och, i prawie zapomniałam.

Odwróciła się i podała mi butelkę.

- Masz tu coś do picia.

Zostawiwszy mnie z butelką po mleku, pudełkiem na jajka i dwoma jajkami na twardo, Marion zamknęła drzwi i zeszła na dół. Chwilę później usłyszałam odgłos zamykających się drzwi wejściowych i uświadomiłam sobie, że zostałam sama z potworem na strychu. Przerażona uciekłam i ukryłam się pod ciemnozieloną narzutą na łóżku. Byłam zbyt przerażona, żeby się ruszyć lub skorzystać z pudełka na jajka. Zamiast tego zsikałam się na łóżko, ale przynajmniej ciepło przyniosło mi pocieszenie, gdy czekałam na powrót taty. Pod koniec wieczoru zarówno moje ubrania, jak i łóżko śmierdziały moczem. Słyszałam głos Marion i śmiech, brzęk kieliszków i muzykę rozbrzmiewającą z dołu.

Od tamtego dnia byłam stale przerażona - zbyt przestraszona, żeby przejść przez korytarz, nawet jeśli klapa na strych wracała na swoje miejsce. Wkrótce zostawianie mnie samej z potworem, pudełkiem na jajka i dwoma jajkami na twardo stało się niemal codzienną rutyną. W weekendy wychodzili na obiad i nie wracali aż do zamknięcia pubu. Moja samotność i lęk wydawały się nigdy nie kończyć - tylko ja i potwór.

Trzęsłam się pod narzutą, bo byłam pewna, że słyszałam skrzypienie, i wmówiłam sobie, że pochodziło ze strychu.

Potwór szedł, żeby mnie złapać!

Wyobrażałam go sobie jako wilka z długimi ostrymi zębami. Usłyszałam kolejne skrzypnięcie. Przełknęłam ślinę, zamknęłam oczy i owinęłam się mocno narzutą. Byłam tak cicho, że słyszałam tylko dźwięk mojego oddechu i bicie serca.

Pewnego dnia, gdy Marion podawała mi pudełko na jajka, spojrzała na moją twarz, zmęczoną brakiem snu.

- Co się dzieje?

- To potwór - szlochałam. - Bardzo się boję. On jest tam, na strychu.

Złośliwy uśmiech rozciągnął się na jej twarzy.

- Ale on nie mieszka tylko na strychu, Barbaro. - Oparła troskliwie dłoń na moim ramieniu. - Mieszka również w szafie.

Wydałam z siebie jęk. Patrzyłam z przerażeniem to na nią, to na szafę.

- Myślałam, że mieszka na strychu?

Poczułam niepokój, spociły mi się dłonie.

- Nie, jest wszędzie - powiedziała z przejęciem. - Nieustannie obserwuje, czy dobrze się zachowujesz.

Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam kwilić, ale Marion uniosła moją brodę.

- Barbaro, wiesz, jak stwierdzić, czy potwór jest wewnątrz szafy?

Pokręciłam głową.

- Widzisz te czarne plamy na drewnie? - Przeciągnęła palcem po ciemnych słojach drewna. - Wtedy wiesz, że jest w środku. Zostawia czarne ślady na drewnie tam, gdzie były jego długie pazury.

Marion wyczuła moje przerażenie. Wyszła z pokoju, zostawiwszy mnie z czarnymi śladami i potworem. Przerażona uciekłam i ukryłam się pod narzutą. Żyłam w ten sposób przez kolejne dziewięć miesięcy. Nawet nie mogłam włączyć światła w pokoju na pocieszenie, gdy na zewnątrz robiło się ciemno, ponieważ tata nie założył żarówki w moim pokoju. Zamiast tego drżałam pod kołdrą, modląc się o ich powrót. Kiedy tylko słyszałam odgłos otwieranych drzwi wejściowych i dźwięk muzyki Elvisa Presleya z gramofonu, wiedziałam, że jestem bezpieczna, bo tata jest w domu. Utwory Elvisa rozlegały się w domu, gdy tata i Marion tańczyli na dole. Elvis sprawiał, że czułam się bezpieczna, tak samo jak odgłos tańca oraz zapach alkoholu i tytoniu, bo tata był szczęśliwy. Długie dni i noce trwały, aż pewnego dnia Marion wróciła do domu z pakunkiem w ramionach. Urodziła pięknego chłopca - mojego przyrodniego brata Stephena. Kochałam go od momentu jego przyjścia na świat. Był tak mały i cenny, że chciałam go chronić. Nigdy wcześniej nie miałam siostry ani brata, ale teraz wreszcie pojawił się ktoś do kochania. Jednak Marion upierała się, że nie wolno mi zbliżać się do niego ani do żadnej z jego rzeczy.

Z tego powodu bałam się patrzeć na Stephena, żeby nie wpaść w kłopoty. Pewnego dnia byłam na dole, gdy zauważyłam piękne niebieskie serce z obrazkiem królika na przodzie. Zwisał z niego biały sznureczek, który, gdy się go pociągnęło, odtwarzał kołysankę. Stephen odpoczywał w łóżeczku, ale chciałam mu pokazać serce. Spojrzałam przez ramię, żeby upewnić się, że nie ma nikogo, podniosłam je i podeszłam do niego.

- Zobacz, co mam - szepnęłam.

Stephen spojrzał na mnie i uśmiechnął się szerokim bezzębnym uśmiechem niemowlęcia. Bardzo chciałam zagrać mu kołysankę, ale bałam się, że zostanę przyłapana. Stephen uśmiechał się i wyciągał do mnie rączkę, niczym mała rozgwiazda, próbując wziąć ode mnie zabawkę

- Chcesz ją? - spytałam.

Bez ostrzeżenia tata wtargnął do pokoju i zobaczył mnie trzymającą zabawkę nad głową Stephena.

- Daj mi to! - Wyrywał mi ją z ręki. Krzyknął tak głośno, że Stephen zaczął płakać. - Popatrz, co narobiłaś!

Oczy zaszły mi łzami.

- Przepraszam... Przepraszam - jąkałam się.

Ale on nie słuchał.

- Mówiłem, że nie wolno ci się zbliżać do dziecka. Trzymaj się z dala od niego!

- Przepraszam... - Ogromne łzy spływały mi po twarzy.

- Czym jesteś? - zadał pytanie, zbliżając się do mnie.

Spuściłam wzrok na podłogę, bo nie chciałam go rozzłościć - to była ostatnia rzecz, na której mi zależało.

- Spytałem, czym jesteś?

- Jestem włóczęgą - wyszeptałam.

- Owszem. A kim oni są? Są pierdolonymi darmozjadami, otóż to. Więc kim ty jesteś?

- Darmozjadem - odpowiedziałam, nie odważając się spojrzeć w górę.

- Tak, jesteś darmozjadem. Teraz wdrap się po tych schodach, włóczęgo, i trzymaj się z dala od Stephena.

Wyszłam z pokoju, nim zdążył dokończyć zdanie. Wspinałam się po dwa stopnie na raz.

Mimo że nie wolno mi było do niego podejść, przyjście na świat Stephena poprawiło moją sytuację. Gdy Marion stała się kochającą matką, zaczęła okazywać mi zainteresowanie. Dotychczas byłam praktycznie ignorowana, ale teraz nalegała, żeby myć moje długie blond włosy.

- Jeśli pozwolę im wyschnąć naturalnie, skręcają się w loki. Całkiem nieźle wyglądasz, chociaż sama ci dogaduję - powiedziała, cofając się o krok, żeby podziwiać swoje dzieło.

Serce pęczniało mi z dumy. Byłam wdzięczna, że ktoś, chociażby Marion, okazywał mi zainteresowanie.

W końcu tata znalazł pracę na platformach naftowych. Dobrze zarabiał, ale nie mógł z nami być, więc Marion przeprowadziła się do swojej siostry Lorraine, która mieszkała kilka domów dalej. Tata nagle się wzbogacił i co tydzień wysyłał nam paczki. Często zawierały piękne sukienki dla mnie, choć nie wolno mi było ich nosić, bo zawsze były na specjalne okazje. Pewnego dnia do domu Lorraine przyszło pudełko.

- Och, popatrz na to - westchnęła Marion, przywołując siostrę.

Wyciągnęła piękną jasnoniebieską sukienkę i uniosła ją, żeby obie mogły ją podziwiać. Sukienka była ozdobiona koronką, a pod spód została wszyta falbaniasta halka, aby spódnica się unosiła. Nigdy nie widziałam niczego tak pięknego. Zdałam sobie sprawę, że tata przysłał sukienkę dla mnie, ale odmówiły mi noszenia jej lub choćby przymierzenia. Pewnego dnia Marion zostawiła mnie i Stephena pod opieką Lorraine. Lorraine sama miała pięcioro dzieci, więc jej dom zawsze był pełen po brzegi. Na zewnątrz było ciepło, ale nikt nie chciał się ze mną bawić, więc nudziłam się na śmierć. Lorraine otworzyła szafę i wyciągnęła starą maszynę, żeby zszyć sukienkę. Patrzyłam jak oczarowana, gdy srebrna igła podskakiwała w górę i w dół, zanurzając się i zacinając w granatowej tkaninie. Lorraine podniosła wzrok i zauważyła, że patrzę na nią z kąta pokoju.

- Co tu robisz? Idź i popatrz na brata. Jest w salonie - warknęła, przeganiając mnie kościstą dłonią.

Nie musiała powtarzać. Uwielbiałam spędzać czas ze Stephenem, a teraz, gdy tata pracował daleko, Marion wydawała się szczęśliwa, że ma kogoś, kto bawi się z dzieckiem, nawet jeśli byłam to ja.

- I nie siadaj na meblach! - zawołała Lorraine. - Nie chcę, żeby brudna włóczęga siedziała na mojej kanapie. Możesz usiąść na podłodze, tam gdzie twoje miejsce.

Zrobiłam, jak mi kazała, i usadowiłam się na podłodze. Dywan był gęsty, czerwony i miękki, czułam, jakbym głaskała aksamit. Usiadłam, podparłszy się dłońmi. Przyglądałam się, jak Stephen się bawił. Bardzo chciałam podnieść zabawki i pokazać mu, jak działają, ale bałam się, że zostanę przyłapana. Rozejrzałam się po salonie. Było tu zupełnie inaczej niż w moim domu. Mimo że Lorraine miała mnóstwo dzieci, salon był nieskazitelny. Na mahoniowym kominku porozstawiano delikatne ozdoby z porcelany, a na ścianach wisiały obrazki w złotych ramkach. Na środku pokoju stał duży czarno-biały telewizor. Były lata sześćdziesiąte i prawie nikt nie miał telewizora, więc była to duma Lorraine. Nagle drzwi do salonu zgrzytnęły o dywan, gdy się otwarły. To był Peter, jeden z bliźniaków Lorraine. Był wysoki i zbudowany jak dorosły mężczyzna, mimo że był jeszcze nastolatkiem. Peter przyglądał mi się z progu i wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zdenerwowałam się, bo wiedziałam, że mnie nie lubi i że cokolwiek zrobi, przysporzy mi to kłopotów.

- Niczego nie dotykałam - zaczęłam gestykulować w stronę Stephena i jego zabawki.

Nie słuchał; podszedł, a jego ciężkie brązowe buty deptały dywan. Odwróciłam się, bojąc, co powie lub zrobi. Nagle poczułam ból wzdłuż ramienia, gdy przydepnął mi palce butem. Ciężka podeszwa wbiła mi się w skórę, gdy zaczęłam krzyczeć i prosić go, żeby zszedł, ale nie słuchał.

- Brudna włóczęga - powiedział.

Ból był tak silny, że błagałam go, żeby przestał.

- Co tu się... - rozległ się nagle głos, przerywając mój płacz. To była Lorraine. Usłyszała hałas i wbiegła do pokoju, a za nią śpiesznie podążała Marion. Przebiegła przez pokój, podniosła Stephena i zaczęła go oglądać.

- Boże, przez chwilę myślałam, że zrobiłaś mu krzywdę. - Marion westchnęła, wpatrując się we mnie.

Tak bardzo mnie bolało, że nie zarejestrowałam, co powiedziała. Potem to do mnie dotarło. Myślały, że zrobiłam krzywdę dziecku.

Peter zabrał stopę z mojej ręki, gdy tylko zobaczył matkę. Byłam pewna, że Lorraine to zobaczyła i wściekła się, ale nie na niego, lecz na mnie. Ręka nadal pulsowała bólem. Wydawało mi się, że każdy palec został złamany na pół.

- Co się z tobą dzieje?! - krzyknęła Lorraine.

Rzuciła Peterowi lodowate spojrzenie, ale on tylko wzruszył ramionami.

- Nie patrz na mnie, właśnie wszedłem...

Prawie ich nie słyszałam, bo ból wciąż palił ogniem w moim mózgu. Wiedziałam, że muszę przestać płakać, ale nie mogłam się powstrzymać. Czułam, jakby ktoś zmiażdżył mi rękę kołami samochodu.

- Zamknij się! - warknęła Lorraine, chwytając mnie ze złością za ramię. - Słyszysz? Powiedziałam, zamknij się!

Próbowałam jej powiedzieć. Próbowałam powiedzieć wszystkim, ale nie potrafiłam wydobyć z siebie słów. I tak nikt mnie nie słuchał.

- Wystarczy tego - zadecydowała Lorraine, prostując się. - Za dużo z tobą kłopotu. Wstań, wracasz do siebie.

Ręka zaczęła zmieniać kolor na niebieskoczarny, gdy Marion prowadziła mnie z powrotem do domu taty. To było tylko kilka domów dalej, ale wiedziałam, że zostawi mnie tam z bólem i potworem. Otworzyła drzwi do salonu i skinęła, żebym weszła do środka.

- Zostań tu i bądź cicho, i cokolwiek robisz, nie zbliżaj się do okien i nie dotykaj zasłon. Nie chcemy, żeby sąsiedzi wiedzieli, co się u nas dzieje - powiedziała, zamykając za sobą drzwi.

Drzwi frontowe trzasnęły i poszła sobie. Znowu zostałam sama, ale tym razem wiedziałam, że tata nie wróci. W powietrzu nie unosił się zapach piwa ani tytoniu, a dźwięk nagrań Presleya dawno już umilkł. Tym razem nie towarzyszył mi nikt, poza potworem na górze. Ogarnęło mnie przerażenie, że mój płacz go obudzi, więc starałam się stać nieruchomo i zajmować jak najmniej miejsca, szlochając w rękaw koszulki. Godziny się wlokły, ale nie miałam żadnych zabawek, więc siedziałam, szukając kształtów we wzorach na tapecie. W domu było duszno, ale nie wolno mi było otworzyć okna, żeby przewietrzyć. Okropnie zachciało mi się pić i potrzebowałam wody. Otworzyłam drzwi, żeby sprawdzić, czy potwora nie ma w pobliżu, zanim pobiegnę do kuchni, żeby napić się wody z kranu. Kiedy tylko ugasiłam pragnienie, uciekłam do salonu i zamknęłam za sobą drzwi. Gdy się o nie oparłam, serce waliło mi niczym młotem. Pozostałam tam przez resztę dnia, aż dzień stał się nocą, a potem znów dniem. W końcu Marion otworzyła drzwi.

- Chodź. Zabieram cię z powrotem do domu Lorraine.

Moja prawa ręka spuchła niemal dwukrotnie i nie mogłam nic w nią wziąć, więc z trudem wstałam z podłogi. Miałam nadzieję, że uzyskałam wybaczenie. Ale się myliłam.

- Chodź tu, przeklęta włóczęgo - zaśmiała się Lorraine, gdy tylko weszłam przez tylne drzwi.

Zauważyłam na stole duże kartonowe pudło i zastanawiałam się, co w nim przysłano. Dostrzegła mój wzrok.

-To? - spytała, stukając w nie wierzchem dłoni. - Ach, mamy na to plany.

Kilka godzin później innym dzieciom podano przy stole talerz z frytkami. Ja dostałam pół kanapki z cukrem i kazano mi usiąść na stopniu schodów z tyłu domu. Chleba nie posmarowano masłem, więc był suchy i trudny do przełknięcia. Rozbolał mnie przełyk, gdy próbowałam przełknąć pierwszy kęs, ale nie skarżyłam się, bo nie chciałam zostać znowu odesłana do domu. Gdy obgryzałam rogi kromki, spoglądałam na swój spuchnięty brzuch. Miałam wychudzone ramiona i nogi, ale mój brzuch był twardy i wystawał - nawet nie wyglądałam jak inne dzieci. Jadłam tak skromnie, że to cud, iż miałam jakąkolwiek energię, by z trudem funkcjonować. Po obiedzie stałam na podwórku, gdy Marion zawołała mnie do kuchni. Miała dla mnie niespodziankę. Czułam podenerwowanie, kiedy wchodziłam do środka, ale potem zobaczyłam piękną niebieską sukienkę - tę samą, którą Marion wcześniej rozpakowywała - rozłożoną na oparciu krzesła.

- Usiądź tutaj - poleciła Marion, wskazując na jedno z krzeseł. Spojrzałam, co trzymała w dłoni, ale miała tam tylko klamerki i wałki do włosów.

Wyczuła moje zaniepokojenie, bo dodała:

- Wyszykujemy cię, żebyś ładnie wyglądała, prawda, Lorraine?

Patrzyłam, jak posłała siostrze przebiegłe spojrzenie, a Lorraine odpowiedziała uśmiechem. Poczułam się nieswojo.

- Chodź, słyszałaś, co właśnie powiedziała?! Usiądź! - krzyknęła Lorraine.

Dźwięk jej głosu sprawił, że się ruszyłam i szybko usiadłam na krześle.

Marion wyjaśniła, że zamierza umyć mi włosy i ubrać mnie w sukienkę, którą kupił mój ojciec. Byłam całkowicie zaskoczona.

- Nie masz nic przeciwko temu, prawda? - Uśmiechnęła się.

Kiwnęłam głową i również się uśmiechnęłam. Nie byłam przyzwyczajona do życzliwości, ale mimo wszystko poczułam wdzięczność.

Przyciągnęła jedno z krzeseł do zlewu w kuchni, kazała mi na nim stanąć, zdjęła ze mnie brudne ubrania i umyła mnie. Kiedy mydło, ścierka i letnia woda oczyściły mi skórę, poczułam się jak nowo narodzona.

- Lepiej, prawda?

Spojrzałam na Lorraine. Była zajęta, siedziała przy stole w kuchni i wycinała coś nożyczkami z kartonowego pudła.

Marion umyła mi włosy i nawinęła je na wałki. Kiedy już wyschły, wzięła jasnoniebieską wstążkę i zawiązała mi na włosach. Potem ubrała mnie w nową sukienkę. Spojrzałam na siebie i zabrakło mi tchu. Nigdy w życiu nie czułam się tak wyjątkowo. Marion odwróciła się do Lorraine.

- Co myślisz? - zapytała, cofając się o krok.

- Uroczo - odparła Lorraine. - Zupełnie jak aniołek.

Obie kobiety wybuchły śmiechem, chociaż nie wiedziałam dlaczego. Byłam tak zachwycona, że ledwo mogłam uwierzyć, że to się dzieje.

Być może zrozumiały, że to Peter stanął mi na rękę? Może było im mnie żal? Może zaczną się mną teraz należycie opiekować, tak jak innymi dziećmi?

Lorraine zaczęła przetrząsać szuflady kuchenne.

- Gdzież ja je podziałam? - mruczała.

- Czego szukasz? - dopytywała Marion, zakładając mi podkolanówki.

- Agrafek do pieluch.

Zastanawiałam się, po co Lorraine agrafki do pieluch.

Przecież już nie jestem niemowlakiem. Być może potrzebowała ich dla Stephena. Tak pomyślałam. Na pewno potrzebowała ich dla Stephena.

Ale agrafki nie były dla mojego młodszego brata, tylko dla mnie.

- Teraz stój spokojnie - powiedziała stanowczo, pociągając za tył sukienki. Poczułam ukłucie, gdy agrafka przebiła materiał i zahaczyła o moje plecy.

- Au! - jęknęłam.

- Nie ukłuję cię, jeśli nie będziesz się ruszać, prawda?

Przypięła coś z tyłu do mojej pięknej sukienki. Gdy skończyła, odsunęła się i śmiała, a ja próbowałam zobaczyć, co takiego mam na plecach. Gdy zrozumiałam co to, poczułam się zdezorientowana. Były to skrzydełka, które niezdarnie wycięła z kartonowego pudełka.

- Wyglądasz jak aniołek, więc przypięłam ci je do pleców - zaśmiała się.

Marion zakryła usta i też zaczęła się śmiać, aż w końcu obie niemal rozpłakały się ze śmiechu. Nie byłam pewna, co je tak rozbawiło, ale dołączyłam do nich. Mój śmiech jeszcze bardziej je rozbawił. Wreszcie, gdy udało jej się opanować, Lorraine podniosła mnie z krzesła i postawiła na podłodze w kuchni.

- Chcę, żebyś teraz pochodziła w tej ładnej sukience ze swoimi nowiutkimi skrzydełkami - powiedziała.

Jeszcze raz się odwróciłam. Na skrzydłach znajdował się jakiś napis, ale nie umiałam jeszcze czytać. Czułam się wspaniale ubrana w nową kreację, więc byłam szczęśliwa, że mogę się tak pokazać innym dzieciom. Zaczęłam przechadzać się wzdłuż ulicy, tak jak mi kazano, ale mijani dorośli patrzyli na mnie z przerażeniem. Większość innych dzieci bawiących się na dworze była młodsza ode mnie, więc też nie potrafiły czytać. Chichotałam i podskakiwałam z radością, bo po raz pierwszy w życiu czułam się wyjątkowa. Ale im więcej osób mijałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Zauważałam, jak twarze dorosłych zmieniały się, gdy zaczynali czytać to, co miałam napisane na plecach. Dowiedziałam się o tym dużo później, że dwie kobiety użyły grubego czarnego flamastra i nabazgrały na moich skrzydełkach:

Może wygląda jak aniołek, ale jest diabłem - nie baw się z nią.

Od tamtej chwili stałam się naznaczona w sąsiedztwie. Byłam i zawsze będę córką włóczęgi. Nigdy nie będę wystarczająco dobra, bez względu na to, jak bardzo się starałam.

ROZDZIAŁ 2PRZYJĘCIE

Mimo że Marion i Lorraine próbowały mnie upokorzyć przypięciem kartonowych skrzydełek anioła, nie udało im się. Byłam tak przyzwyczajona do wysłuchiwania komentarzy o mojej bezużyteczności, że stałam się na nie niemal całkiem odporna. Lorraine zajmowała się mną w ciągu dnia, bo dostawała za to pieniądze od taty. Obie kobiety stały przy drzwiach, czekając na listonosza, który przychodził z kolejną kopertą wypełnioną gotówką od ojca. Oczywiście była przeznaczona na utrzymanie moje, Stephena i nasze potrzeby. Niewiele z tego miałam. Stały tam, zacierając ręce i czekając, żeby sprawdzić, ile wysłał. Były rozczarowane, jeśli pieniędzy było zbyt mało, i zachwycone, jeśli przysłał więcej, niż się spodziewały. Potem następowało zakupowe szaleństwo, kupowanie prezentów dla nich i dzieci, ale nigdy dla mnie.

Pewnego wieczoru, gdy właśnie wychodziłam, żeby jak zwykle przenocować w domu taty, Lorraine położyła kościstą rękę na moim ramieniu i mnie zatrzymała.

- Mamy gości na noc - oznajmiła.

Popatrzyłam na nią obojętnie.

Czy chciała, żebym nie pokazywała się u niej przez cały dzień?

- Nie ma tu wystarczająco dużo miejsca - kontynuowała - więc bliźniaki będą musiały zostać u ciebie.

Wtedy do kuchni weszła Marion.

- Powiedziałaś jej? - spytała.

Lorraine pokiwała głową.

- Dobrze. Pójdę z tobą i przygotuję łóżko.

Mój materac śmierdział moczem, więc Marion uznała, że najlepiej będzie, jeśli rozłoży dużą skórzaną kanapę, która służyła jako dodatkowe miejsce do spania.

- Proszę bardzo - powiedziała, zdejmując poduszki i rozkładając siedzisko. - Macie dużo miejsca.

Kazała mi od razu iść spać, bo chłopcy mieli dołączyć do mnie później, ale nie zdawałam sobie sprawy, że przyjdą prosto z pubu. Poczułam ich piwne oddechy, nim zobaczyłam, że zdejmują buty. Na szczęście spali w ubraniach. Peter i Paul mieli po osiemnaście lat, więc czułam się onieśmielona, że mam dzielić z nimi łóżko, nawet jeśli tylko na kilka tygodni. Peter położył się pierwszy po mojej lewej stronie i przepchnął mnie na środek, podczas gdy Paul umościł się po prawej. Udawałam, że śpię, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Bałam się Petera od czasu, gdy niemal zmiażdżył mi prawą dłoń, więc myśl o dzieleniu z nim łóżka wypełniała mnie lękiem. Po kilku minutach Paul zaczął głośno chrapać tuż obok mojej twarzy. Nie odważyłam się odwrócić do Petera, ale wtedy poczułam, jak jego kolano mocno wciska mi się w dolną część pleców.

- Włóczęgo - syczał - obudź się. Chcę, żebyś podrapała mi stopy.

Udawałam, że śpię, ale Peter kopał mnie, dopóki się nie odwróciłam. Kiedy to zrobiłam, zobaczyłam jego stopy, nie twarz. Podniósł głowę z końca łóżka i na mnie spojrzał.

- Powiedziałem, żebyś podrapała mi stopy.

Byłam zdezorientowana.

Po co mam drapać mu stopy?

Byłam zbyt przestraszona, żeby odmówić, więc podniosłam rękę i zaczęłam go drapać.

- Nie tam! - upominał mnie. - Chcę, żebyś podrapała mi podeszwy stóp.

Zrobiłam, co mi kazał, ale ponieważ była to ta sama stopa, którą niemal połamał mi dłoń, miałam ochotę zedrzeć mu skórę. Wydawało mi się, że drapałam go tak godzinami. W pewnym momencie nawet zasnęłam. Ciągły ruch paznokci przeciąganych po jego skórze działał na mnie hipnotyzująco. Obudziło mnie gwałtowne kopnięcie w klatkę piersiową.

- Przestaniesz, kiedy ci pozwolę.

W końcu usłyszałam jego ciężki oddech, a potem głębokie chrapanie. Peter zasnął, więc mogłam przestać. Było to dziwne, ponieważ za dnia z Petera wychodził dręczyciel. Oczywiście Stephen i Marion zostali w domu Lorraine, mimo że był pełen gości. Dzieliłam łóżko z bliźniakami aż do pewnego poranka, kiedy obudziło mnie nagłe szarpnięcie. Chłopcy wyszli już do pracy, a ja byłam sama w łóżku, gdy ktoś rozsunął zasłony. Słońce zajrzało przez okno, prawie mnie oślepiając. Dostrzegłam sylwetkę kobiety - to była Marion. Poruszała się szybko po pokoju, zbierała ubrania i koce z podłogi.

- No już, wstawaj - popędzała mnie głośno.

Zamrugałam, próbując odpędzić sen.

- Szybko. Musimy uporządkować dom. Wstań i pomóż mi.

Ściągnęła ze mnie koc.

Ziewnęłam i wstałam, ale byłam zdziwiona. Marion nigdy wcześniej nie myślała o sprzątaniu, więc zastanawiałam się, co się takiego stało, że zabrała się za to teraz. Obserwowałam, jak porządkuje pokój i wyciera kurze.

- Proszę - powiedziała, podając mi butelkę z płynem do czyszczenia. - Zajmij się łazienką i dopilnuj, by była idealnie czysta, w przeciwnym razie będziesz w tarapatach.

Szorowałam, starając się dotrzeć do wszystkich widocznych miejsc, bo wiedziałam, że zostanę sprawdzona. Toaleta była okropnie brudna, ale przynajmniej mogłam do niej sięgnąć. Dno metalowej wanny znajdowało się poza moim zasięgiem. Miałam tylko pięć lat i za krótkie ręce, żeby dobrze posprzątać. Usłyszałam, jak Marion wzdycha w progu z irytacją.

- Daj mi to - powiedziała, wyrywając ściereczkę z mojej ręki. - Wszystko muszę robić sama - fuknęła.

Chciałam zapytać, dlaczego sprzątamy, ale bałam się, że to ją rozzłości. Odpowiedź pojawiła się następnego dnia, kiedy przed drzwiami domu Lorraine stanął tata. Pobiegłam do niego, a on mnie przytulił. Jednak bez względu na to, jak bardzo był szczęśliwy na mój widok, gdy wziął Stephena na ręce, jego twarz się rozjaśniła. Był jego ulubieńcem. Tata miał na sobie spodnie i koszulę khaki, a na nogach beżowe buty. Wyglądał niczym Elvis Presley w filmie Żołnierski blues. Marion oczywiście rzuciła mu się na szyję, ale było jasne, że bardziej interesowało ją, ile przywiózł pieniędzy. Nasz dom nagle ożył, gdy znów zaczęło się w nim toczyć pewnego rodzaju rodzinne życie. Tata przyniósł karmelowy batonik dla Stephena, który zostawił na gzymsie kominka. Był upalny letni dzień i pomyślałam, że czekolada się rozpuści. Nie wolno mi było go dotykać, ale chciałam go przełożyć. Podeszłam, podniosłam batonik i przyjrzałam się mu. Był znacznie cięższy, niż się wydawał. Przyłożyłam opakowanie do nosa i głęboko wciągnęłam powietrze, delektując się słodkim, kuszącym zapachem. Byłam tak zafascynowana, że nie usłyszałam kroków taty za sobą.

- Nie zamierzałam go zabrać, naprawdę... - powiedziałam. Ale nic to nie dało. W oczach taty byłam brudną włóczęgą i już samo to czyniło mnie złodziejką.

- Mówiłem ci, żebyś nie dotykała rzeczy dziecka. Ile razy...

- Ale ja nie chciałam... ja... ja... tylko...

Zaczął mnie ciągnąć przez salon niczym lalkę. Pół leżałam, pół stałam, schwytana w jego żelaznym uścisku. Kiedy skręcił w drzwi, uderzyłam bokiem twarzy o framugę.

- Auć - zapłakałam.

Ale tata nie słuchał; ciągnął mnie, aż znaleźliśmy się u podnóża schodów.

- Idź na górę, brudna włóczęgo! - rozkazał głośno.

Chwyciłam się za obolałą twarz i pobiegłam do pokoju, a potem zamknęłam drzwi, żeby nie mógł wejść. Byłam tak przerażona, że zostałam tam aż do następnego poranka. Chociaż twarz mnie bolała i była spuchnięta, nikt nie wspomniał słowem o tym, co się stało, ale zauważyłam, że Marion wymieniła z tatą zaniepokojone spojrzenie ponad kuchennym stołem. On wydawał się już nie pamiętać, o co poszło, po tym, jak kara została wymierzona. Nie było istotne, że miałam posiniaczoną twarz. Marion wyjaśniła, że za dwa dni zaczynam szkołę. Nie mogłam się doczekać. Całe lato na to czekałam. Nareszcie spotkam inne dzieci i będę mogła się z nimi bawić. Miałam nadzieję, że wpasuję się w grupę i będę traktowana jak normalne dziecko. Ale nie było mi to dane. Dwa dni później Stephen i ja jedliśmy śniadanie. Brat śmiał się, wkładając łyżeczkę w kaszkę i chlapiąc jedzeniem w stronę swojej buzi. Wzdrygnęłam się, gdy kaszka rozprysła się na podłogę, i spojrzałam na Marion. Czekałam, aż zacznie narzekać, ale nawet nie zareagowała, tak była pochłonięta rozmową z tatą.

- Co zrobimy ze szkołą? - spytała. Jej oczy nerwowo przeskakiwały w moją stronę. Spuściłam wzrok, bo nie chciałam, żeby myślała, że podsłuchuję.

Tata westchnął, upił łyk herbaty i wzruszył ramionami.

- Nie wiem.

Marion chwyciła czajnik i ponownie go napełniła. Przekręciła pokrętło i zapaliła płomień, nim postawiła naczynie na kuchence.

- Może powiemy, że uderzyła się w róg stołu?

- Tak - zgodził się tata. - Zróbmy tak.

Byłam jeszcze mała, więc nie byłam pewna, o czym rozmawiali, ale miałam wrażenie, że chodziło o mnie i ogromny siniak na mojej twarzy. Po śniadaniu Marion umyła mnie i ubrała w czyste ubrania. Wyciągnęła dla mnie nawet parę białych skarpetek z falbankami. Byłam podekscytowana rozpoczęciem szkoły, a teraz, umyta, poczułam się gotowa. Marion włożyła Stephena do wózka i zaczęliśmy iść w stronę szkoły. Czułam motyle w żołądku i nie mogłam się powstrzymać od podskakiwania z radości. Kiedy szła, popychając wózek, Marion zauważyła Lorraine, która wybiegła do nas z domu, ale jak tylko mnie zobaczyła, zbladła. Zatrzymała Marion.

- Dokąd idziecie?

- Do szkoły. To pierwszy dzień Barbary.

Lorraine spojrzała na nią, a potem na mnie. Chwyciła ją za ramię i odciągnęła na bok, szepcząc jej do ucha.

- Nie możesz jej zaprowadzić do szkoły w takim stanie.

- To nic. Powiem, że wpadła na róg stołu.

Ale Lorraine nie słuchała; pochłaniała wzrokiem mnie i niebieskoczarny siniak, który rozlał mi się po twarzy.

- Nie! - odparła z paniką. - Zawróć i zabierz to dziecko do domu. Jeśli pójdzie do szkoły z taką twarzą, ktoś zadzwoni po opiekę społeczną.

Marion się skrzywiła.

- Myślisz, że są do tego zdolni?

Lorraine pokiwała głową.

- Wiem, że tak. Słuchaj, zawróćcie, zanim ktoś ją zobaczy.

Więc pomimo moich protestów to właśnie zrobiła Marion.

- Ale przecież miałam iść dzisiaj do szkoły - szlochałam.

- Idź do swojego pokoju i zostań tam, dopóki cię nie zawołam.

Byłam zrozpaczona, gdy usłyszałam trzask zamykanych drzwi i zostałam sama. Nie przestawałam płakać, bo nie rozumiałam, co zrobiłam nie tak. Godzinę później w drzwiach zachrobotał klucz i Marion kazała mi zejść na dół.

- Pomóż mi rozpakować zakupy.

Potem dokądś poszłam, ale wezwała mnie z powrotem do kuchni. Na blacie leżał stos brudnych tetrowych pieluszek. Marion przyciągnęła krzesło w stronę zlewu i stuknęła w niego ręką.

- Możesz wspiąć się tutaj i je wyprać - powiedziała.

Pieluchy Stephena były obrzydliwe, a zapach sprawiał, że robiło mi się niedobrze, ale nie ośmieliłam się odmówić. Szorowałam je, aż znów stały się czyste. Nie było łatwo, ale się udało. Starałam się je wyżąć najlepiej, jak umiałam, ale były za ciężkie i nie miałam dość siły. Marion zajrzała do kuchni, żeby sprawdzić, jak mi idzie, i wściekła się, gdy zauważyła stertę mokrych pieluszek na blacie.

- Jesteś kompletnie bezużyteczna! Wróć do pokoju.

Jakiś tydzień później spałam głęboko, gdy drzwi do mojego pokoju gwałtownie się otworzyły i uderzyły o ścianę. Wyprostowałam się w łóżku, myśląc, że to potwór, ale to był tata. Światło na schodach oświetlało od tyłu jego sylwetkę, która rzucała długi cień.

- Zejdź na dół, włóczęgo.

Poczułam, że znalazłam się w tarapatach, ale nie wiedziałam dlaczego.

Był wściekły. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam na dół, a tata szedł za mną.

- Do salonu, natychmiast.

Światło w salonie mnie oślepiało. Przed chwilą jeszcze spałam, a teraz stałam tam, drżąc i zastanawiając się, co takiego źle zrobiłam.

- Twoja matka odeszła.

Nie rozumiałam, o co mu chodzi. Wiedziałam, że odeszła. Opuściła nas, kiedy byłam jeszcze niemowlęciem. Ale on nie mówił o niej, mówił o Marion.

- Zabrała ze sobą Stephena. To wszystko twoja wina. Wszyscy od ciebie odchodzą. Przypomnij mi, czym jesteś?

Byłam zbyt przerażona, żeby na niego spojrzeć. Nie chciałam pogarszać sprawy.

- Jestem brudną włóczęgą - wyszeptałam

- Zabrała go. Zabrała mojego synka i to twoja wina. Pokażę ci teraz, brudna włóczęgo!

Tata rzucił się do przodu, ale byłam zbyt szybka dla niego. Fakt, że nie udało mu się mnie dosięgnąć, tylko go rozwścieczył, gdy gonił mnie po pokoju.

- Do łazienki, natychmiast!

Skuliłam się w rogu łazienki, a on włożył korek do wanny i odkręcił kran.

- Masz wejść do wody i zmyć z siebie brudną włóczęgę.

Zrobiłam, jak kazał. Wzięłam dużą szczotkę do szorowania z długą drewnianą rączką i zaczęłam trzeć skórę.

- Właśnie tak. Teraz wyszoruj się porządnie.

Byłam zbyt przerażona, by się sprzeciwić, więc szorowałam tak mocno, jak tylko mogłam, aż zaczęłam krwawić.

Krew była dobra, bo oznaczała, że wychodziła ze mnie włóczęga.

Zaczęła spływać mi po rękach, barwiąc czystą wodę w wannie na czerwono. Tata wszedł do łazienki.

- Spójrz, tato - powiedziałam, pokazując mu krwawiącą rękę. - Wychodzi ze mnie włóczęga.

Spojrzał, wyciągnął mnie z wanny i wrzucił na łóżko. Kiedy obudziłam się następnego ranka, już go nie było. Usłyszałam kroki na schodach i zastanawiałam się, czy wrócił. Ktoś spojrzał w moją stronę, a potem wycofał się z przerażeniem. To był Paul, syn Lorraine. Słyszałam, jak szybko zbiegł po schodach, a potem zamknął drzwi wejściowe. Chwilę później stanęła nade mną Marion. Na jej twarzy malowało się czyste przerażenie.

- O mój Boże - jęknęła, podniosła mnie i zabrała do łazienki, gdzie delikatnie umyła mi ramiona i ręce. - Biedne dziecko - wyszeptała.

Ubrała mnie i zaprowadziła do domu Lorraine.

- Dosyć tego - oznajmiła, kiedy tylko przekroczyłyśmy próg. - Odchodzę od niego, tym razem na dobre. Nie chcę mieć z nim do czynienia.

Obrzydzenie Marion sprawiło, że poczułam się lepiej, bo wiedziałam, że to nie moja wina. Nawet zwykle nieczuła Lorraine była przerażona. Po tym wydarzeniu uparła się, żeby mnie zatrzymać u siebie, chociaż Marion zniknęła niedługo potem razem ze Stephenem. Czułam się bezpieczna, ale nie trwało to długo. Lorraine powiedziała mi, że będę musiała dzielić łóżko z dwójką innych dzieci, dziewięcioletnią dziewczynką i ośmioletnim chłopcem. Były to jej dzieci, więc gdy jedno z nich zsikało się do łóżka i zrzuciło winę na mnie, kazała mi wracać do domu taty.

- Tyle dla ciebie robię, a ty tak mi odpłacasz.

Tata znów wyjechał do pracy na platformie wiertniczej, więc zostałam zupełnie sama. Nienawidziłam spać samotnie w dużym pustym domu. Jeden z chłopców zabierał mnie do Lorraine, gdzie dostawałam kanapkę z cukrem. Ale zawsze musiałam wracać potem do ciemnego domu.

Pewnego dnia siedziałam w salonie, gdy usłyszałam, jak ktoś z całej siły uderza w drzwi frontowe. Usłyszałam obcy głos, więc schowałam się za jednym z foteli, żeby nie dostrzegli mnie przez okno.

- Wiem, że tam jesteś - zawołał głos.

Nie odważyłam się otworzyć drzwi, bo mi zakazano.

Tata nadal wysyłał czeki do Lorraine, żeby opłacić moje utrzymanie, ale ona nie karmiła mnie do syta. Trwało to od miesięcy. Nadal nie zaczęłam chodzić do szkoły i nie miałam pojęcia, kiedy to nastąpi.

Pewnego ranka, siedząc w salonie, wpatrywałam się w tapetę i tworzyłam ładne wzory w głowie, gdy usłyszałam, jak drzwi frontowe otwierają się i zamykają. Wstrzymałam oddech, gdy usłyszałam głosy dochodzące z przedpokoju. Bałam się, ale byłam okropnie samotna, więc otworzyłam drzwi i wyjrzałam.

- Tam ktoś jest - stwierdził jeden z głosów.

Czyjaś ręka popchnęła drzwi, które się otworzyły, odsłaniając mnie. Podniosłam głowę i zobaczyłam wysoką blondynkę uczesaną w kok, młodszą brunetkę i starszego mężczyznę. Nie znałam ich. Starsza kobieta wysunęła się do przodu i przemówiła.

- Kim jesteś? - zapytała, lustrując mnie od brudnych stóp do potarganych włosów.

Miałam właśnie odpowiedzieć, gdy młodsza kobieta uklękła i złapała mnie za rękę.

- Jesteś tutaj sama? - upewniła się.

Kiwnęłam nieśmiało głową i zauważyłam jej zaniepokojenie. Spojrzała na starszą parę, a następnie na mnie.

- Jak masz na imię? - zapytała.

- Barbara.

- W porządku - powiedziała starsza kobieta, podwijając rękawy. - Temu biednemu dziecku potrzebna jest porządna kąpiel.

Obserwowałam, jak rozpięła żakiet i wyciągnęła rękę, bym za nią poszła. Zrobiłam to, chociaż nie miałam pojęcia, kim byli ci ludzie. Mężczyzna, który miał na imię Liam, napełnił zlew wodą, a starsza kobieta, Edna, umyła mnie starą ścierką do naczyń.

- Nigdy nie widziałam tak brudnego dziecka - oświadczyła z przerażeniem, trzymając rękę na piersi.

Edna i Liam wyjaśnili, że są małżeństwem, a młodsza uprzejma kobieta to ich córka Susan. Podczas gdy Edna mnie myła, Liam poszedł na górę poszukać czystych ubrań, które mogłabym na siebie włożyć. Ale Susan spojrzała z dezaprobatą na to, co przyniósł.

- Zabieram ją do miasta, żeby kupić jej nowe ubrania - oznajmiła.

Pół godziny później siedziałam w autobusie z Susan. Wyjaśniła mi, że mój ojciec zaoferował im swój dom.

- Ale nie powiedział nam, że tam mieszkasz. - Uśmiechnęła się.

Też się uśmiechnęłam, choć czułam się zbyt zdenerwowana, żeby jej zaufać, ponieważ wiedziałam z niełatwych doświadczeń, że ludzie zawsze zawodzą. Ktoś w autobusie zaczął palić, potem dołączyła się kolejna osoba. Nigdy wcześniej nie jechałam autobusem. Trzęsienie obracających się kół w połączeniu z dymem papierosowym sprawiły, że poczułam mdłości. Na szczęście podróż była krótka i niedługo znalazłyśmy się na głównej ulicy, prowadzącej w stronę rynku. Susan trzymała mnie za rękę, gdy podeszłyśmy do straganu ze skarpetkami i bielizną.

- Chciałabym siedem par majtek i siedem par skarpetek - powiedziała, a sprzedawczyni zaczęła je liczyć.

Oprócz błękitnej sukienki, którą musiałam nosić ze skrzydłami anioła, nikt nigdy wcześniej nie kupił mi nic nowego, więc byłam zachwycona.

- To wszystko dla ciebie. - Susan otworzyła torbę, żeby mi pokazać.

Oniemiałam, ponieważ nigdy nie doświadczyłam takiej życzliwości. Susan uśmiechnęła się, złapała brązową torbę w dłoń i poprowadziła mnie do kolejnego straganu. Kobieta przy nim była krawcową i zmierzyła mnie, by uszyć mi dwie nowe sukienki.

- Kiedy mogę je odebrać? - zapytała Susan.

- W ciągu tygodnia.

Następnie odwiedziłyśmy sklep z zabawkami. Zawsze tylko obserwowałam, jak inne dzieci bawiły się zabawkami, ponieważ nigdy nie wolno mi było mieć swoich, więc gdy Susan podała mi piękną lalkę, nie wiedziałam, co powiedzieć lub zrobić.

- Jest twoja, Barbaro. Możesz ją zatrzymać.

Powinnam czuć się szczęśliwa, ale byłam w szoku. Lalka, sukienki i bielizna to było zbyt wiele, za szybko. W ciągu jednego dnia przeszłam od nieposiadania niczego do posiadania wszystkiego.

- Daj - powiedziała, dostrzegłszy mój dyskomfort. - Schowam ją dla ciebie z powrotem do torby. W porządku?

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Wróciłyśmy na przystanek i zaczekałyśmy na autobus do domu. Gdy jechałyśmy, zaczęłam się drapać po głowie.

- Swędzi cię? - zapytała Susan.

Przytaknęłam. Skóra swędziała mnie od wielu tygodni. W drodze do domu zatrzymałyśmy się w aptece, żeby Susan kupiła coś jeszcze. Kiedy tylko wróciłyśmy, zdjęła żakiet i obejrzała mi głowę. Cokolwiek zobaczyła, sprawiło, że cofnęła się z przerażeniem.

- O mój Boże! - wykrzyknęła. - Wszystko tu się rusza!

Wyciągnęła z papierowej torby grzebień i butelkę z płynem i położyła gazetę na stoliku kawowym. Następnie położyła mi na głowie odwróconą miskę i zaczęła obcinać włosy dookoła. Patrzyłam, jak moje blond kosmyki spadają na papier. Podniosła grzebień i zaczęła przeczesywać to, co zostało mi z włosów, a potem rozsmarowała mi dziwny płyn na skórze głowy. Piekł mnie w oczy, a zapach był tak drażniący, że zaczęłam kaszleć i chrząkać. Ale nie skarżyłam się, ponieważ po raz pierwszy od miesięcy poczułam się czysta. Kiedy spłukała płyn, swędzenie ustąpiło.

Liam i Edna weszli do pokoju. Mieli ze sobą pędzle.

- Wygląda lepiej. - Liam uśmiechnął się, gdy tylko mnie zauważył. - Teraz zabierzmy się za ściany i sprawmy, żeby wyglądały tak dobrze jak ty.

Byłam taka szczęśliwa. Myślałam, że serce mi pęknie. Nie byłam już samotna, a ci obcy ludzie byli życzliwi i chcieli się mną opiekować. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że Edna widziała we mnie sposób na godne życie. Mój tata dobrze zarabiał, a ona wiedziała, że może poprosić go o pieniądze i otrzymywać wynagrodzenie od opieki społecznej za zajmowanie się mną.

Wkrótce potem przyszła po mnie Edna.

- Chodź tu - powiedziała. - Chcę ci coś pokazać.

Podążyłam za nią na tył domu i razem wyszłyśmy na podwórko.

- Spójrz. - Wskazała ułożony w ogrodzie stos śmieci do spalenia. Na górze znajdowały się stary materac i pierzyna, które zabrała z mojego pokoju. - Zobacz, co dla ciebie przygotowałam. - Kiwnęła głową w kierunku starego łóżka.

Nie wiedziałam, co powiedzieć.

- Chcę się go pozbyć. Co ty na to?

Nie byłam pewna, jak zareagować, więc powiedziałam jedyną rzecz, która dotychczas uszczęśliwiała dorosłych z mojego otoczenia:

- Jestem brudną włóczęgą.

Edna wyglądała na przerażoną.

- Jestem tylko brudną włóczęgą - powtórzyłam.

Jej wyraz twarzy mnie przestraszył, ale nie była zła, jedynie zmartwiona. Chwyciła mnie za rękę, zaprowadziła do kuchni i usiadła na krześle.

- Barbaro, ile masz lat?

Wzruszyłam ramionami, bo nie miałam pojęcia.

- Dobrze. Ile razy miałaś urodziny?

Znowu wzruszyłam ramionami. Nigdy w życiu nie obchodziłam urodzin.

Odchyliła się na krześle, najwyraźniej sfrustrowana.

- Cóż, jeśli jesteś Cyganką, to pewnie nie wiesz, kiedy masz urodziny.

Zawołała Susan do pokoju.

- Jak myślisz, ile lat ma Barbara?

Susan przyjrzała mi się.

- Około ośmiu?

Byłam wysoka jak na swój wiek. Chociaż nie wiedziałam, kiedy mam urodziny, byłam pewna, że nie mam jeszcze ośmiu lat.

- Zaczęłaś już chodzić do szkoły? - zapytała Susan.

- Nie, miałam iść, ale nie mogłam.

- Listy. - Edna nagle sobie przypomniała. - Na podłodze przy drzwiach wejściowych było mnóstwo listów. Liam je tam położył.

Zaczęli rozcinać stos brązowych kopert, aż znaleźli jedną od władz oświatowych.

- Ma pięć lub sześć lat - powiedziała Susan, wskazując palcem na list. - Napisano tu, że już powinna chodzić do szkoły.

- W porządku - oznajmiła Edna i wzięła mnie za rękę. - Urządzimy dla ciebie przyjęcie, rozumiesz?

Rozumiałam, ale nie rozumiałam dlaczego.

Zaczęli rozmawiać z sąsiadami i od Lorraine dowiedzieli się, że moje urodziny są w sierpniu.

- A zatem to pewne, będziesz miała przyjęcie, bo twoje urodziny są w przyszłym tygodniu!

Przygotowania do przyjęcia ruszyły, a zaproszenia zostały wysłane do wszystkich dzieci z sąsiedztwa, mimo że wcześniej je ostrzegano, by się ze mną nie bawiły. Takie zainteresowanie mną sprawiło, że czułam się nieswojo, bo nie byłam do tego przyzwyczajona. Pod koniec tygodnia Susan zabrała mnie z powrotem do krawcowej, żeby odebrać moje nowe sukienki. Spod jednej z nich, niebieskiej, specjalnie wystawała śliczna halka. Sukienka była doskonała. W dniu mojego przyjęcia Edna zawołała mnie do swojej sypialni i podała mi duże białe pudełko. W środku znajdowała się ciężka porcelanowa lalka z ciemnobrązowymi włosami.

- Dobrze się nią opiekuj - powiedziała mi Edna. - Kosztowała dużo pieniędzy.

Byłam zachwycona, ale nie tak bardzo jak ona, gdy zobaczyła mnie w nowej niebieskiej sukience.

- Wyglądasz jak Shirley Temple - westchnęła.

Zostałam wysłana na zewnątrz, żeby się pobawić, a oni mieli nakryć do stołu. Czekali tam już dziewczynka i chłopczyk, którzy przyszli na przyjęcie, więc do nich dołączyłam. Na podwórku rosła przepiękna jeżyna. Postanowiłam nazbierać trochę owoców dla Susan i Edny, myślałam, że sprawi im to radość. Chciałam pokazać, jak jestem im wdzięczna. Zrywałam największe i najdojrzalsze jagody, jakie znalazłam. Wkrótce włosy wysunęły mi się z upięcia, a sukienkę podwinęłam, żeby w podołku zanieść jeżyny do domu. Kiedy tam poszłam, rozpętało się piekło.

- O mój Boże, popatrz na tę małą włóczęgę! - wykrzyknęła Susan głosem pełnym przerażenia.

Widząc, że cała jej ciężka praca poszła na marne, Susan zaniemówiła z wściekłości i złapała mnie za kark. Zdjęła druciany wieszak i uderzyła mnie nim po odsłoniętych nogach. Za karę moje przyjęcie zostało odwołane, a dzieci wysłane do domu. Powinnam czuć smutek, może nawet złość, ale tak się nie stało, bo nie wiedziałam, co tracę.