PROLOG
Wtorek, 15 listopada 1949
Równo o ósmej rano doktor Clarence Fuller, czterdziestoczteroletni
psychiatra, wyszedł z bramy swej piaskowcowej kamienicy w okolicy parku
Gramercy i spojrzał na lśniącą, nowiutką taksówkę marki Checker, która
czekała nań przy krawężniku. Był to jego codzienny rytuał, oparty na
umowie z miejscowym przewoźnikiem, zapewniającym mu w dni robocze szybki
transport do Szpitala Psychopatycznego Bellevue. Choć Fuller miał do
pokonania tylko dwie i pół przecznicy w kierunku wschodnim oraz dziesięć
na północ, zdecydowanie bardziej wolał jeździć, niż chodzić - zwłaszcza
teraz, w połowie listopada, gdy chłód stał się przenikliwy. Clarence,
entuzjasta motoryzacji, dumny właściciel kabrioletu Cadillac Series 62
rocznik 1947, od razu wiedział, że patrzy na fabrycznie nowego,
tegorocznego checkera A2. Gdy tylko otworzył tylne drzwi z wstecznie
umiejscowionymi zawiasami i wskoczył do środka, przywitał się z umundurowanym kierowcą i pochwalił jego nowy wóz.
- Ano - mruknął w odpowiedzi taksówkarz, wrzucając bieg. Włączyli się w sznur samochodów sunących Dwudziestą Ulicą na wschód. - Ledwie wczoraj
odebrałem tę ślicznotkę; toczy się jak marzenie.
Clarence spojrzał na dwa dodatkowe, złożone siedzenia, rozejrzał się i wyraził uznanie dla przestronnego wnętrza. Bez słowa przyjął
podziękowania kierowcy i rozluźniony rozparł się wygodnie na kanapie.
Nie był człowiekiem szczególnie przesądnym, ale przyszło mu na myśl, że
ta nowiutka taksówka to dobry znak, zwiastun udanego dnia. Sam fakt, iż
został lekarzem prowadzącym w tak znamienitej instytucji jak szpital
Bellevue, był milowym krokiem w jego karierze zawodowej, lecz teraz
Clarence znalazł się w gronie konkurentów ubiegających się o schedę po
doktorze Menasie S. Gregorym, który niepodzielnie władał oddziałem
psychiatrycznym od niemal trzydziestu lat. Wiedział, naturalnie, że ma
znaczącą przewagę nad rywalami: był lekarzem z Bellevue w czwartym
pokoleniu. Jego ojciec, doktor Benjamin Fuller, jego dziadek, doktor
Otto Fuller, a także pradziadek, doktor Homer Fuller, byli wybitnymi
chirurgami współtworzącymi historię tego szpitala od poprzedniego
stulecia. Clarence także rozważał pójście śladem przodków, jednak
ostatecznie uznał, że bardziej niż chirurgia ciekawią go zagadki
ludzkiego umysłu, a zdumiewające postępy dokonujące się na polu
psychiatrii wydawały mu się znacznie bardziej stymulujące
intelektualnie. Nie mógł się oprzeć takiej pokusie.
W swej krucjacie, której ostatecznym celem było objęcie funkcji szefa
oddziału psychiatrycznego w szpitalu Bellevue, Clarence dostrzegał na
tym etapie już tylko jedną naprawdę groźną konkurentkę z własnego
podwórka: doktor Laurettę Bender, która wprowadziła swój dział
psychiatrii dziecięcej na zaskakująco wysoki poziom, a teraz zyskiwała
prawdziwą sławę, stosując przełomową metodę terapeutyczną -
elektrowstrząsy. Jej najmłodszy pacjent miał zaledwie cztery lata.
W swoim czasie Clarence był bliski rozpaczy, bo nie bardzo wiedział, w jaki sposób miałby przyćmić osiągnięcia doktor Bender, lecz w końcu
znalazł dla siebie równie obiecującą niszę. Procedura, która go
zainteresowała, nosiła nazwę lobotomii, a jej pionierem był portugalski
neurolog António Moniz, uważany za faworyta w wyścigu po Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny. Podobnie jak doktor Moniz oraz Amerykanin Walter
Freeman, który znacząco uprościł lobotomię, zmieniając ją z poważnej
operacji w pełnym znieczuleniu w procedurę ambulatoryjną, Clarence
uważał tę metodę za świetny sposób na opróżnienie zatłoczonych
"oddziałów dla niezrównoważonych psychicznie" w całym kraju - w tym
także w szpitalu Bellevue. Nareszcie pojawił się sposób na to, by drogą
szybkiego, dwudziesto-, może trzydziestominutowego zabiegu zmienić
większość - jeśli nie wszystkich pacjentów wymagających leczenia
zamkniętego z wrzeszczących szaleńców spętanych kaftanami bezpieczeństwa
w łagodne, potulne jak dziecko baranki. Zamiast trzymać tych
nieszczęsnych ludzi w klatkach, jak zwierzęta, teraz można było
bezpiecznie wypisywać ich do domu.
Dostrzegłszy w lobotomii tak ogromną szansę, Clarence nie zastanawiał
się długo. Wprowadził tę procedurę w Bellevue i zalecał jej stosowanie w coraz bardziej zróżnicowanych przypadkach. Im więcej zabiegów wykonywał,
tym głębiej wierzył, że właśnie tą drogą osiągnie zawodowy prestiż, o którym marzył - zwłaszcza po tym, co czekało go tego dnia. Równo o 9.00
miał rozpocząć ambulatoryjny zabieg lobotomii u ośmioletniej
dziewczynki, Charlene Wagner, której zamożni rodzice w końcu się poddali
po latach daremnej walki z jej poważnymi i narastającymi problemami
psychicznymi.
Choć doktor Bender rozważała zastosowanie wobec Charlene terapii
elektrowstrząsowej, akurat w tym momencie jej terminarz był pełny i właśnie to dało Clarence'owi możliwość bezpośredniej rozmowy z rodzicami
dziewczynki. Natychmiast dostrzegł w tym przypadku wielką szansę dla
siebie. Jeśli nie liczyć skandalicznego zachowania, dziecko było zdrowe
i bardzo fotogeniczne, toteż Clarence zaprosił na zabieg dziennikarzy
oraz powiadomił o swoich planach głównych rezydentów - i medycznego, i chirurgicznego - prosząc, by zachęcili pozostałych rezydentów i stażystów do przyjścia. Zadzwonił nawet do szefowej szkoły
pielęgniarskiej, która obiecała mu, że przyśle pokaźną grupę studentek
pierwszego roku. Z punktu widzenia Clarence'a lobotomia Charlene miała
być przede wszystkim wydarzeniem medialnym, które wykaże jego biegłość
zawodową i uczyni zeń najpoważniejszego pretendenta do objęcia funkcji
dyrektora oddziału psychiatrycznego w Bellevue.
Taksówkarz nie pierwszy raz wiózł Clarence'a do pracy, toteż doskonale
wiedział, w którym miejscu powinien go wysadzić. Zatrzymał wóz tuż przed
masywną bramą z kutego żelaza, na rogu Pierwszej Alei i Trzydziestej
Ulicy. Lekarz podziękował i wysiadł, a następnie - jak zawsze gdy pogoda
na to pozwalała - zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć w górę, na
potężny, ośmiopiętrowy gmach Szpitala Psychopatycznego Bellevue. Uważał
go - nie tylko ze względu na imponujące rozmiary - za najwspanialszą
placówkę leczenia psychiatrycznego na świecie, a być może także
najsłynniejszą.
Budowa szpitala rozpoczęła się jeszcze w szalonych latach dwudziestych,
lecz dobiegła końca dopiero w 1933 roku, w szczytowym okresie wielkiego
kryzysu. Czasy były trudne, lecz mimo to nie oszczędzano na materiałach.
Użyto drogiej czerwonej cegły i jeszcze droższego szarego granitu, by
stworzyć budynek nawiązujący stylem do włoskiego renesansu, upiększony
ozdobnymi portykami, niszami kryjącymi terakotowe i betonowe wazy,
frontonami i efektownymi gzymsami. Mimo tego bogactwa detali świetnie
się komponował z właściwym gmachem szpitala Bellevue z początku
dwudziestego wieku, zaprojektowanym przez renomowaną pracownię McKim,
Mead & White, który - choć także zbudowany z czerwonej cegły i szarego granitu - posiadał znacznie mniej zdobień.
Stojąc przed bramą, Clarence nie mógł dostrzec okna swego gabinetu,
mieszczącego się po południowej stronie centralnej, dziesięciopiętrowej
części kompleksu, górującej nad resztą zabudowań szpitala. Złożywszy jak
co rano hołd pięknemu gmachowi, otworzył furtkę i energicznym krokiem
podążył w kierunku wejścia od Pierwszej Alei. Większość ludzi wybierała
albo bardziej efektowną bramę od Trzydziestej Ulicy, albo bardziej
dogodną od Dwudziestej Dziewiątej, naprzeciwko właściwego kompleksu
szpitalnego - obie prowadziły do wspólnej recepcji. Doktor Fuller wolał
jednak mniej popularne wejście od Pierwszej Alei, bo wydawało mu się, że
w ten sposób okazuje gmachowi należną mu cześć - tak jakby był on
świadomą istotą. Uśmiechał się za każdym razem, gdy o tym myślał.
Podniecony perspektywą tego ranka ani myślał czekać na windę, by dotrzeć
na trzecie piętro - od razu skierował kroki ku ozdobnej głównej klatce
schodowej inspirowanej projektami Leonarda da Vinci. Nie zatrzymując
się, rzucił "dzień dobry" w stronę swej sekretarki-rejestratorki, Grace
Carter, która zdążyła jedynie wręczyć mu dzienny grafik zajęć i zameldować, że wszystko jest już gotowe do zabiegu Charlene Wagner,
zanim zniknął w swym prywatnym sanktuarium. Zamknąwszy za sobą drzwi
gabinetu, zamienił marynarkę na długi, biały kitel - jego zdaniem
znacznie bardziej fotogeniczny - i usiadł za biurkiem. Był jednym z niewielu tutejszych psychiatrów, którzy preferowali lekarski strój.
Uważał, że w kitlu prezentuje się bardziej profesjonalnie i lepiej
wyraża swoje aspiracje, nie tylko medyczne, ale i naukowe.
Otworzył środkową szufladę biurka i ostrożnie wyjął z niej ozdobną
drewnianą skrzyneczkę. Odchylił jej wieko i spojrzał na wyłożone miękką
tkaniną zagłębienia, w których spoczywały dwa wykonane na zamówienie
orbitoklasty. Zamierzał użyć ich podczas zabiegu, po jednym na każdy
oczodół. Zostały zaprojektowane i wykonane na zamówienie, według
wytycznych doktora Waltera Freemana, autora techniki lobotomii
przezoczodołowej - jedynej, którą Clarence stosował. Ich najważniejszym
elementem było wąskie jak sztylet, długie na osiem cali ostrze ze stali
nierdzewnej, przypominające zwykły szpikulec do lodu. Różnica polegała
na tym, że rozszerzało się u podstawy tak, by łatwo było stukać w nie
młotkiem, by przebijać cienkie sklepienie kostne oczodołu. W osobnym
zagłębieniu na dnie skrzyneczki spoczywał pięknie wypolerowany stalowy
młotek.
Dokonawszy przeglądu instrumentów, Clarence wstał zadowolony i wsunął
drewniane pudełko do jednej z przepastnych kieszeni kitla. Jeszcze tylko
szybkie spojrzenie w schowane za szafą na płaszcze lustro, by poprawić
włosy, i już był gotów opuścić gabinet. Raz jeszcze użył schodów, tym
razem po to, by wejść na piąte piętro, dokąd przeniesiono Charlene
Wagner z oddziału zamkniętego dla nieprzystosowanych dzieci. Miała teraz
tylko dla siebie przytulny i nader fotogeniczny pokój. Idąc długim
korytarzem, o ścianach wymalowanych na żółto-beżowo i wysokim stropie
nieźle udającym sklepienie krzyżowe, Clarence czuł narastające
podniecenie.
Gdy wreszcie przekroczył próg, nie posiadał się z radości. Pokój był
pełen ludzi: silna grupa przyszłych pielęgniarek w wykrochmalonych,
białych kitlach, garść stażystów i rezydentów, a co najważniejsze -
zjawili się też reporterzy, w tym kilku z wielkimi aparatami
fotograficznymi. Zarumienił się i pomachał w ich stronę, gdy błysnęły
flesze.
Tak jak się spodziewał, Charlene Wagner wyglądała jak anioł w swojej
kremowej sukience. Zgodnie z jego instrukcjami została z samego rana
uśpiona luminalem i teraz spoczywała spokojnie na plecach, z aureolą
jasnych włosów wokół uroczej buzi. Była wysoka jak na swój wiek; można
było pomyśleć, że lada dzień wkroczy w okres dojrzewania. Trzej potężnie
zbudowani pielęgniarze z oddziału psychiatrycznego stali u wezgłowia
łóżka, które na tę wyjątkową okazję odsunięto od ściany. Za nimi
jaśniały dwa okna z dość wąskim widokiem na East River.
Clarence wręczył swą skrzyneczkę z instrumentami pielęgniarce
odpowiedzialnej za ich sterylizację, a potem odchrząknął i w krótkich
słowach przedstawił zebranym historię choroby pacjentki, tłumacząc przy
okazji, dlaczego zabieg przyniesie korzyść wszystkim stronom. Zależało
mu na tym, by nie przeciągać całej procedury; chciał w ten sposób
wykazać, jak bardzo przydatna jest lobotomia jako praktyczne narzędzie
pomagające w szybkim opróżnieniu zatłoczonych oddziałów dla psychicznie
chorych. Gdy zapytał, czy ktoś ma jakieś pytania, nikt nie podniósł
ręki.
Clarence sięgnął więc od razu po strzykawkę z lidokainą, którą podała mu
jedna z pielęgniarek. Niektórzy z lekarzy praktykujących lobotomię
przezoczodołową używali wstrząsów elektrycznych, by pozbawić pacjentów
przytomności. Clarence uważał jednak, że to zbędne; był przekonany, iż
znieczulenie miejscowe z powodzeniem wystarcza, ludzki mózg bowiem jest
pozbawiony nerwów czuciowych. Skinął głową na pielęgniarzy, a wtedy
jeden z nich unieruchomił głowę Charlene, dwaj pozostali ramiona i korpus. Clarence pochylił się nad dziewczynką i odwiódł górną powiekę
prawego oka. Tęga pielęgniarka przytrzymała nogi pacjentki.
Charlene zawyła, a następnie - klnąc siarczyście - zaczęła rzucać się
całym ciałem, lecz nie zdołała się uwolnić. Clarence z wprawą przebił
igłą miękką tkankę kolejno pod powiekami obu oczu, by zaaplikować
znieczulenie miejscowe - potrwało to ledwie kilka sekund. Zadowolony z siebie oddał strzykawkę pielęgniarce, odczekał moment, by lidokaina
zaczęła działać, po czym sięgnął po jeden z orbitoklastów.
Pielęgniarz trzymający głowę dziewczynki miał poważne problemy z jej
unieruchomieniem. Nie zważając na to, Clarence uniósł znowu powiekę
prawego oka Charlene i pod kątem czterdziestu pięciu stopni wbił czubek
instrumentu w spojówkę, aż poczuł opór kostnego sklepienia oczodołu.
Następnie przyjął od pielęgniarki młotek i kilkoma zdecydowanymi
uderzeniami spenetrował kość. Ostry koniec orbitoklastu znalazł się w mózgu dziewczynki.
Charlene umilkła nagle, a Clarence spokojnie wprowadził stalowy
szpikulec na głębokość pięciu centymetrów. Następnie poruszył główką
instrumentu o kilka cali przyśrodkowo i kilka w płaszczyźnie bocznej.
Nieco spłaszczone ostrze bez trudu cięło miękką tkankę mózgu,
przerywając połączenia nerwowe między przodomózgowiem a śródmózgowiem.
Błysnęły flesze, lecz nikt nie odezwał się choćby jednym słowem.
Ignorując obserwatorów, Clarence wepchnął orbitoklast jeszcze dwa
centymetry głębiej, powtórzył ruch w płaszczyźnie bocznej, po czym
wydobył instrument.
- Zabieg w prawym oczodole został zakończony - obwieścił. Oddał
narzędzie pielęgniarce i wziął od niej drugie. - Teraz wystarczy
powtórzyć czynności w lewym oku i będzie po wszystkim. Widać jak na
dłoni, że jest to procedura bardzo prosta i niezwykle skuteczna. Jakieś
pytania, zanim wrócę do pracy?
Clarence rozejrzał się po sali. Wszyscy milczeli. Studentki
pielęgniarstwa wyglądały na szczególnie przejęte zabiegiem. Pochyliwszy
się nad Charlene, doktor Fuller ponownie uderzył kilka razy młotkiem, by
przebić lewy oczodół. Wykonał procedurę na głębokości pięciu
centymetrów, wszedł głębiej, poruszył orbitoklastem przyśrodkowo, lecz
gdy zaczął cięcie w płaszczyźnie bocznej, doszło do katastrofy. Ku jego
przerażeniu wzdłuż stalowego szpikulca wystrzeliła fontanna krwi.
Drobne, karmazynowe krople splamiły długą linią jego nieskazitelnie
biały kitel.
Wstrząśnięty nieprzewidzianą komplikacją Clarence cofnął się odruchowo.
Równie gwałtownie odskoczyły pozostałe osoby pochylone nad pacjentką.
Lekarz szybko się zorientował, co zaszło. Silny, pulsujący strumień krwi
wskazywał na przebicie orbitoklastem tętnicy przedniej mózgu, naczynia
doprowadzającego krew do przodomózgowia.
Sparaliżowany nagłym atakiem paniki Clarence nie miał pojęcia, co robić,
i jak skamieniały wpatrywał się w stalowy instrument sterczący z lewego
oka Charlene. Gdy fontanna krwi zaczęła słabnąć, przyszło mu na myśl, że
mógłby zawieźć dziewczynkę na oddział chirurgii w głównym gmachu
szpitala. Intuicja podpowiedziała mu jednak niemal natychmiast, że byłby
to daremny gest, mała pacjentka właśnie doświadczyła bowiem potężnego
udaru krwotocznego. Mimo niesłabnącej paniki Clarence pomyślał o czymś
jeszcze: ta hałaśliwa, nieznośna smarkula do końca pozostała w roli.
Zamiast pomóc mu w rozwoju kariery, prawdopodobnie właśnie ją zrujnowała
- w zasadzie nie miał już szans, by dzięki lobotomii zostać szefem
psychiatrii w szpitalu Bellevue.
Rozdział 1
Poniedziałek, 1 lipca, 6.15
Gdy natarczywy sygnał budzika wyrwał go ze snu, Michael bliski paniki
dosłownie wyskoczył z łóżka, sięgając jednocześnie, by czym prędzej
wyłączyć ten cholerny telefon. Śnił mu się koszmar o ucieczce
niekończącymi się korytarzami, choć nie miał pojęcia, kto go ścigał ani
dlaczego. Wiedział jedynie, że ze strachu odchodził od zmysłów i teraz,
na jawie, jego serce wciąż biło jak szalone.
Otarł wierzchem dłoni wilgotne czoło i odetchnął głęboko, próbując się
uspokoić. Nigdy wcześniej nie doświadczył tak przerażającego snu. Jasne,
nieraz zdarzały mu się koszmary, lecz żaden z nich nie mógł się równać z tym. Wieczorem miał pewne problemy z zaśnięciem - głównie z powodu
emocji związanych z tym, co czekało go nazajutrz - ale nie spodziewał
się, że obawy przed debiutem mogą wygenerować aż tak mroczne wizje.
Dla dwudziestotrzyletniego Michaela Fullera pierwszy dzień lipca miał
być punktem zwrotnym, wyznaczał bowiem początek zupełnie nowego
rozdziału w jego życiu. Oto rozpoczynał rezydenturę jako chirurg w Centrum Medycznym Langone znanym jako NYU, a konkretnie - w słynnym
szpitalu Bellevue. Naturalnie czuł z tego powodu radosne podniecenie,
lecz jednocześnie był trochę niespokojny - może nawet bardziej, niż mu
się wydawało, na co mógł wskazywać ów nocny koszmar. W czasach, gdy
praktykował w szpitalu jako student medycyny, w nagłej potrzebie zawsze
mógł liczyć na wsparcie dyżurnego rezydenta. Teraz to on sam był
rezydentem, a to oznaczało, że już nikt nie będzie nad nim czuwał.
Musiał być gotowy stawić czoło każdemu wyzwaniu, które mogła przynieść
praca na oddziale chirurgii, szczególnie nocne dyżury, a ta perspektywa
wydawała mu się przerażająca. Bał się, że zwyczajnie nie jest gotowy; że
studia nie przygotowały go dostatecznie do tak odpowiedzialnej funkcji.
Z drugiej jednak strony Michael czuł, że dopisało mu niezwykłe
szczęście. Jako jeden z siedmiorga pierwszorocznych rezydentów chirurgii
w NYU został skierowany do prestiżowego szpitala Bellevue wraz z Andreą
Intiso, dobrą znajomą z historycznego College'u Lekarzy i Chirurgów na
Columbia University. Traf chciał, że razem odbywali praktyki z patologii
klinicznej, diagnostyki i interny. Miał dość czasu, by polubić
przyjacielską, bystrą oraz zaradną koleżankę, i wiedział, że będzie mógł
na niej polegać.
Pozostałych pięcioro nowych rezydentów - trzech mężczyzn i dwie kobiety
- przydzielono na pierwsze dwa miesiące do innych szpitali należących do
wielkiego kompleksu Centrum Medycznego Langone. Mitt - bo taki przydomek
Michael preferował od wczesnego dzieciństwa - wiedział naturalnie, że i jego czekają tury w kolejnych placówkach, gdy tylko jego służba w Bellevue dobiegnie końca, ale czuł się tak, jakby wygrał na loterii, bo
to właśnie ten szpital był magnesem, który skłonił go do aplikowania na
NYU - i to z dwóch powodów.
Pierwszym była naturalnie chwalebna historia Bellevue, który od trzech
stuleci był jedną z lokomotyw postępu w medycynie. Mitt wiedział, że
właśnie tu, w 1883 roku, rozpoczęła się pierwsza rezydentura na oddziale
chirurgii, która stała się wzorcem szkolenia w tej dziedzinie
praktycznie na całym świecie.
Drugi powód był czysto osobistej natury.
Rodzina Michaela - ze strony ojca - miała imponujący rodowód medyczny.
Już w siedemnastym wieku jego antenat w linii prostej, niejaki Samuel
Fuller, przybył do Ameryki na pokładzie Mayflowera i pracował jako
lekarz w kolonii Plymouth. Znacznie ważniejsze było jednak dla Mitta to,
że ostatnie cztery pokolenia jego przodków stanowili prominentni medycy
szpitala Bellevue: trzej chirurdzy, z których ostatni był też rezydentem
tej placówki, oraz jeden psychiatra. Wszyscy oni byli czołowymi
postaciami swoich specjalności, zwłaszcza pradziadek Clarence - Mitt
przeczytał kilka z jego wysoko ocenianych prac naukowych, które
przyczyniły się do rozwoju psychoterapii, a nawet zwiastowały nadejście
nowej, przełomowej metody leczenia - terapii behawioralnej.
Michael był tak pełen uznania dla osiągnięć doktora Clarence'a Fullera,
że rozważał karierę w psychiatrii, lecz jego ojciec, Benjamin -
odnoszący poważne sukcesy bostoński menedżer funduszu inwestycyjnego,
który wybrał karierę w finansach wbrew naciskom lekarskiej rodziny -
przekonał go, by poszedł raczej śladem swych przodków chirurgów, a zwłaszcza jego imiennika, doktora Benjamina Fullera.
Mitt nie miał problemu z tym, by przyznać - z zasłużonym uznaniem - że
szczodrość ojca była jednym z głównych powodów, dla których ostatecznie
zdecydował się na studia medyczne, a następnie wybór chirurgii jako
specjalizacji w Szkole Medycznej Grossmana w NYU. Jedną z zachęt było w pełni wyposażone i profesjonalnie wykończone mieszkanie na trzecim
piętrze kamienicy przy Trzydziestej Wschodniej Ulicy, pod numerem 326 -
coś, na co nie mógł sobie pozwolić typowy pierwszoroczny rezydent
chirurgii. Podobnie wyjątkowym zjawiskiem był elegancki wóz marki
Mercedes-AMG stojący w pobliskim garażu.
Mitt niemal biegiem wpadł do swej gustownie urządzonej, świeżo
wyremontowanej łazienki i w pośpiechu rozsmarował piankę po żuchwie. Już
w pierwszym tygodniu użytkowania tego mieszkania - i pierwszych,
zapoznawczych dniach pracy w NYU - nauczył się, że musi się mocno
pochylić, by się ogolić, korzystając z zalet powiększającego lustra,
umocowano je bowiem zdecydowanie za nisko dla kogoś, kto miał sześć stóp
i cztery cale wzrostu.
Wysoki, szczupły i sprawny od najmłodszych lat, już od szóstej klasy
podstawówki był nakłaniany do trenowania koszykówki, ale nie uległ
namowom i wytrwał w oporze przez wszystkie lata szkoły i college'u.
Nigdy nie cenił tego, co sam nazywał "marginalną przydatnością"
zorganizowanego sportu; w czasie wolnym zdecydowanie chętniej oddawał
się ćwiczeniom umysłowym niż fizycznym. Lubił dyskusje, mecze szachowe i muzykę, zwłaszcza fortepianową. Odkąd tylko pamiętał - bodaj od drugiego
roku życia - wyżej cenił gimnastykę umysłu niż ciała.
Sunąc w pośpiechu jednorazową maszynką po swej kanciastej, dość bladej
twarzy, Mitt zdawał sobie sprawę, że ma mało czasu. Punktualnie o 7.30
miał się stawić w sali konferencyjnej oddziału chirurgii, na piętnastym
piętrze szpitala Bellevue. Na szczęście od celu dzieliło go ledwie pięć
minut marszu. Opłukał i osuszył twarz ręcznikiem, po czym znieruchomiał
na krótką chwilę, by przyjrzeć się swemu odbiciu. Znowu trawił go
niepokój, czy jako początkujący rezydent poradzi sobie ze stresem,
zwłaszcza, gdy przyjdzie mu stawić czoło nagłym wypadkom.
Ani w szkole średniej, ani w college'u nie uważał się za człowieka
renesansu, ale uzyskiwał świetne oceny i nie brakowało mu wiary we
własną inteligencję. Lubił się uczyć i dlatego pokonał edukacyjną
ścieżkę szybciej niż jego rówieśnicy: skończył ogólniak jako
szesnastolatek, college jako dziewiętnastolatek, a szkołę medyczną jako
dwudziestotrzylatek, co oznaczało, że był najmłodszym ze wszystkich
pierwszorocznych rezydentów w NYU. Żaden z jego naukowych sukcesów nie
był jednak zaskoczeniem dla dumnych rodziców, którzy bardzo wcześnie się
zorientowali, jak uzdolnionego mają syna.
Za sukcesami Mitta kryło się jednak coś więcej niż wysoki iloraz
inteligencji. Nie wiedział dokładnie, kiedy odkrył w sobie niezwykłą
zdolność przewidywania przyszłości, którą na własny użytek nazywał
"szóstym zmysłem". Nie działała ona w trybie ciągłym i nie miał pojęcia,
jak ją w sobie wzbudzić, ale i w szkole, i w college'u, i na studiach
medycznych wiedział z góry, gdy tylko wysłał papiery, że zostanie
przyjęty. Niezachwiana wiara we własne przeczucia sprawiała, że w przeciwieństwie do wszystkich znajomych w ogóle nie odczuwał niepokoju i za każdym razem aplikował tylko w jednym miejscu, a nie w dziesięciu i więcej, jak czynili oni.
Zdolność prekognicji nie była jedynym darem Mitta - niekiedy potrafił
też wyczuwać myśli innych ludzi. I ta zdolność nie była jednak ciągła.
Nie miał pojęcia, jak budzić ją na żądanie; wiedział jedynie, że wymaga
czystego umysłu i skupienia. Co ciekawe, za każdym razem, gdy był w stanie przewidzieć przyszłość albo wyczuć myśli innej osoby,
towarzyszyła temu ewidentna reakcja jego ciała, z reguły po wewnętrznej
stronie ramion albo ud, na karku, a niekiedy także na piersi.
Pamiętając, czego nauczył się na zajęciach z neurologii, nazywał ją
parestezją, jako że przypominała zwykłe mrowienie, które pojawia się w kończynach, gdy zaburzy się w nich krążenie.
Nie miał bladego pojęcia, skąd się biorą jego trafne przeczucia co do
przyszłości, ale jeśli chodzi o zdolność odgadywania myśli, to
przypuszczał, że zawdzięcza ją wrodzonej, podświadomej wrażliwości na
rozmaite sygnały pojawiające się w postawie, wyrazie twarzy, a nawet
sposobie wyrażania się jego rozmówców. Oczywiście od czasu do czasu
zastanawiał się, czy jego talenty nie mają nadprzyrodzonego charakteru,
lecz zaraz odrzucał takie wyjaśnienie jako z gruntu nienaukowe. W college'u skupiał się głównie na matematyce, fizyce i chemii, wierząc,
że gdyby tylko chciał, mógłby specjalizować się w dowolnej z tych
dziedzin. W jego głowie absolutnie nie było miejsca na wiarę w cuda.
Mitt nigdy nikomu nie wspominał o swych szczególnych zdolnościach -
nawet rodzicom, z którymi, jako jedynaka, łączyła go wyjątkowa więź.
Czytanie w ich myślach bywało przydatną sztuczką, ale w myślach
rówieśników już niekoniecznie. Zwłaszcza jako nastolatek cierpiał
katusze, wiedząc, jakie zdanie mają o nim dziewczyny, nie był bowiem ich
ulubieńcem. Mitt zresztą sam gotów był przyznać, że wyraźnie wyróżnia
się z tłumu: miłość do książek nie była największą zaletą w systemie
wartości obowiązującym wśród jego rówieśników. Z drugiej jednak strony,
nadzwyczajne zdolności nieraz pomagały mu wykazać się w szkole.
Wystarczyło, że przed egzaminami porozmawiał z nauczycielami, a potem
profesorami, i już był w stanie przewidzieć, o co zostanie zapytany. Nie
mogli go zaskoczyć. Od najmłodszych lat zbierał więc znakomite stopnie.
Z grubsza przeczesawszy krótkie, ciemnoblond włosy, wrócił do sypialni,
by się ubrać. Zdążył jeszcze zerknąć na zegar stojący przy łóżku, gdy
nagle wystraszył go donośny sygnał komórki. Zaciekawiony i lekko
zaniepokojony - bo któż mógł dzwonić w poniedziałek o tak wczesnej porze
- natychmiast sięgnął po telefon. Odpowiedź była oczywista; powinien był
się domyślić. Dzwonił ojciec. Mitt odebrał połączenie i przycisnął
komórkę do ucha.
- Na Boga, dlaczego nie śpisz o tej porze? Chory jesteś? - spytał.
Doskonale wiedział, że ojciec jest nocnym markiem i często przesiaduje w domowym gabinecie grubo po północy, chłonąc poranne wieści finansowe z Europy.
- Ha, ha - zaśmiał się sztucznie ojciec. - Sądziłeś, że przegapię wielki
dzień? Prawdę mówiąc, jestem zazdrosny, a jednocześnie dumny jak licho.
- Ja też! - odezwał się w tle głos matki, Clary.
- Baw się dobrze już pierwszego dnia! - dodał ojciec jowialnie.
- Nie jestem pewny, czy "baw się" to właściwe słowa - odparł Mitt. - Bo
tak naprawdę to trochę się denerwuję - dodał, czym prędzej wyrzucając z głowy wspomnienie nocnego koszmaru. - Boję się zwłaszcza
odpowiedzialności. Przemiana ze studenta medycyny w rezydenta to wielki
skok; jakby po nocy nastał od razu dzień, bez świtu. - Znowu zerknął na
budzik, włączył tryb głośnomówiący i położył telefon na biurku, po czym
sięgnął po ubranie.
- Poradzisz sobie! - odrzekł z przekonaniem Benjamin Fuller. - Przez
szkołę medyczną przeszedłeś jak burza, więc chyba nie możesz być lepiej
przygotowany.
- Zobaczymy - rzucił zdawkowo Mitt. Nie miał ochoty wdawać się w dyskusję o wadach systemu edukacji medycznej, które miał okazję
dogłębnie poznać. - Tak czy inaczej, dzięki, że zadzwoniłeś. Gdy tylko
będę mógł, dam znać, jak mi poszło, ale możliwe, że dopiero jutro.
Przeczuwam całonocny dyżur, choć pewności nie mam. Nie dostaliśmy
jeszcze z Andreą grafików, ale skoro jest nas tylko dwoje, to szanse
rozkładają się po równo. - W rzeczywistości Mitt już wiedział, że
zostanie na noc w szpitalu, lecz nie zamierzał tłumaczyć rodzicom, skąd
ta pewność. Nie musiał też wyjaśniać, kim jest Andrea, bo poznali ją
podczas niedawnego rozdania dyplomów i wiedzieli, że wraz z ich synem
rozpoczyna rezydenturę w Bellevue.
- Nasz wybitny przodek i mój imiennik pewnie tańczy w grobie na myśl o tym, że podążysz jego śladem.
- Mam nadzieję - odparł Mitt. Dość często - nawet poprzedniej nocy -
rozmyślał o swym antenacie urodzonym krótko przed wojną secesyjną, w 1860 roku. Jako znakomity chirurg doktor Benjamin Fuller cieszył się w Bellevue wielką estymą. Zaczynał skromnie jako stażysta, potem był
rezydentem, a w końcu etatowym lekarzem. Współpracował między innymi ze
słynnym na cały świat chirurgiem Williamem Halstedem, a także z ojcem
nowoczesnej patologii Williamem Welchem, nim obaj przenieśli się z Bellevue do nowo otwartej szkoły medycznej Johnsa Hopkinsa. Mitt czuł
się przytłoczony myślą o tym, że miałby naśladować tak legendarną
postać, a przecież co najmniej kilka osób wiązało z nim wielkie
nadzieje. Czy był w stanie osiągnąć takie sukcesy? Tego nie wiedział,
lecz już wkrótce miał się przekonać. Czuł się mniej więcej tak, jakby
miał wskoczyć do głębokiego basenu z dość mglistym pojęciem o sztuce
pływania.
- Jestem pewny, że zdobędziesz jeszcze większą sławę niż mój imiennik -
rzekł Benjamin, jakby wyczuwał obawy syna. - Czuję to w kościach.
- Na sławę przyjdzie czas - odparł Mitt, raz jeszcze zerkając na zegar.
- Muszę się zbierać. Mam być w szpitalu równo o siódmej trzydzieści.
- Jasne. Zadzwoń, gdy będziesz mógł. Powodzenia!
- Tak, tak, powodzenia! - zawtórowała mu Clara.
Mitt zakończył połączenie i pospiesznie zacisnął pod szyją węzeł
krawata, po czym opuścił kołnierzyk koszuli. Wciągnął białe spodnie i zapiął krótki, biały kitel - pamiątkę po zajęciach wstępnych w Szkole
Medycznej Grossmana na NYU - założył na szyję smycz ze szpitalnym
identyfikatorem i stanął przed lustrem. Może i nie czuł się jak rezydent
chirurgii, ale przynajmniej na niego wyglądał.
Rozdział 2
Poniedziałek, 1 lipca, 7.03
Choć ledwie minęła siódma, wschodzące słońce przyjemnie grzało twarz
Mitta, gdy energicznym krokiem maszerował Trzydziestą Ulicą w stronę
Pierwszej Alei. Nie miał wątpliwości, że w Nowym Jorku zanosi się na
kolejny dzień nieznośnego upału. Nie musiał się jednak zbytnio martwić
pogodą na popołudnie; spodziewał się, że wyjdzie ze szpitala dopiero
nazajutrz. Przeczucie z ostatniej nocy, zasygnalizowane mrowieniem w klatce piersiowej, było przekonującą zapowiedzią tego, że to jemu, a nie
Andrei, zostanie powierzony pierwszy nocny dyżur.
Ruch na Pierwszej Alei był całkiem spory. Silniki niezliczonych
samochodów, autobusów i ciężarówek emitowały niemilknący basowy ryk.
Wsłuchując się w symfonię mechanicznych dźwięków, Mitt czuł zarazem
podniecenie i niepokój. Na szczęście to pierwsze uczucie zdecydowanie
dominowało, zapewne w dużej mierze dzięki krótkiej rozmowie z rodzicami.
Przystanął na krawężniku, czekając na zmianę świateł. Spojrzał na
północ, w stronę gmachów kompleksu Centrum Medycznego Langone, których
rząd ciągnął się przez trzy kwartały. Po chwili skierował wzrok na
południe, gdzie ujrzał większą część kompleksu szpitala Bellevue, w tym
najwyższy, dwudziestopięciopiętrowy wieżowiec, a za nim szpital
weteranów. Ten odcinek alei w pełni zasługiwał na miano "szpitalnego".
Przed sobą zaś, po północnej stronie Trzydziestej Ulicy, Mitt miał
siedzibę Inspektoratu Medycyny Sądowej, bo właśnie taką elegancką nazwę
nadano nowojorskiej kostnicy. Nie wiedział zbyt wiele o medycynie
sądowej - miał za sobą zaledwie jeden wykład na jej temat na drugim roku
studiów medycznych - ale wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że
to największa tego typu instytucja na całym świecie. Co więcej, idea
utworzenia Inspektoratu - podobnie jak mnóstwo innych dobrych pomysłów w dziedzinie medycyny - narodziła się w szpitalu Bellevue. Mitt nie miał
absolutnie żadnych wątpliwości co do tego, że dołącza do niezwykle
szacownej wspólnoty o imponującej historii.
Gdy zapaliło się zielone światło, przeszedł na drugą stronę alei i przystanął na chwilę, by spojrzeć na zaskakująco imponujący gmach na
południowo-wschodnim rogu Pierwszej Alei i Trzydziestej Ulicy. Masywną,
wielopiętrową bryłę otaczało zabytkowe, rdzewiejące już ogrodzenie z żelaznych prętów i betonowych słupów zwieńczonych urnami. Spoglądając na
tę solidną konstrukcję, trudno było nie zadać sobie pytania, czy miała
bronić użytkowników budynku przed inwazją z zewnątrz, czy może zatrzymać
ich w środku.
Sam gmach wzniesiono z czerwonej cegły z granitowymi dodatkami i ozdobiono mnóstwem intrygujących detali architektonicznych, zupełnie
niepasujących do współczesnej zabudowy Nowego Jorku. Był wręcz
przeciwieństwem typowych drapaczy chmur ze stali i szkła. Jednakże tym,
co wyróżniało go najbardziej, był fakt, iż był praktycznie opuszczony,
jeśli nie liczyć niewielkiej części od strony East River, gdzie
ulokowano noclegownię dla bezdomnych. Ogromny budynek był niemal pusty
od ponad trzydziestu lat. Otoczone granitem okna na parterze zabito
dyktą, a niewielki ogród pomiędzy skrzydłami gmachu od strony Pierwszej
Alei dawno już zarósł chwastami. Podobnie jak zadziwiająco wiele
budynków w sercu Nowego Jorku był częściowo zasłonięty niewysokim
rusztowaniem.
Mitt doskonale wiedział, że ma przed sobą dawną siedzibę Szpitala
Psychiatrycznego Bellevue, który tuż po otwarciu w latach trzydziestych
dwudziestego wieku zwano Szpitalem Psychopatycznym Bellevue. Temat był
mu znany głównie dlatego, że właśnie w tych murach jego znakomity
przodek, doktor Clarence Fuller, pracował przez większość swej kariery.
Już w drodze na rozmowę kwalifikacyjną do rezydentury Mitt zwrócił uwagę
na ten gmach, a potem poszukał informacji na jego temat. Gdy przed
niemal stu laty otwarto tę mieszczącą sześćset łóżek placówkę,
błyskawicznie zdobyła rozgłos w mieście, a wkrótce potem i na całym
świecie. Właśnie dlatego słowo Bellevue stało się synonimem szpitala
psychiatrycznego, choć przecież pod tą nazwą od samego początku działało
wszechstronne centrum opieki medycznej.
Mitt ruszył na południe, wchodząc w plamę cienia wielkiego budynku.
Zatrzymał się raz jeszcze przy żelaznej bramie zabezpieczonej grubym
łańcuchem i masywną kłódką. Spojrzał pomiędzy zardzewiałymi prętami na
ozdobne główne wejście, również zamknięte na łańcuch i kłódkę. Przez
chwilę przypatrywał mu się jak urzeczony, czując, że jest w tym miejscu
coś niesamowicie przygnębiającego. Pomyślał o niezliczonych
nieszczęśnikach, którzy przekroczyli próg tej instytucji i zostali na
zawsze uwięzieni w jej murach. Ciekawe, ile bolesnych historii mogliby
opowiedzieć...
W tym momencie poczuł zaskakujące, nieuchwytne mrowienie, które zwykle
zwiastowało wizję przyszłości. Było to o tyle szczególne doznanie, że
właściwie nie było żadnego powodu, dla którego szósty zmysł miałby się
aktywować właśnie teraz. Nie było też w pobliżu żadnej osoby, której
myśli dałoby się odczytać - Mitt stał samotnie przed praktycznie pustym
gmachem. Owszem, za jego plecami przemknęło kilku przechodniów, ale żeby
zajrzeć w ich umysły, musiałby nawiązać z nimi kontakt wzrokowy, a przecież tego nie zrobił.
Zdziwiony wzruszył ramionami, odwrócił się i ruszył w dalszą drogę. Czas
płynął nieubłaganie, a ostatnią rzeczą, której Mitt potrzebował, było
spóźnienie pierwszego dnia rezydentury. Nie mógł się jednak powstrzymać
i raz jeszcze spojrzał przez ramię na dawny Szpital Psychiatryczny
Bellevue, zastanawiając się, jakim cudem gmach nie został wyburzony po
tym, jak ostatnich pacjentów przeniesiono do nowego wieżowca. Z informacji znalezionych w Internecie pamiętał, że przed mniej więcej
dziesięcioma laty mówiło się o przebudowie, o urządzeniu w zabytkowych
murach hotelu i centrum konferencyjnego dla NYU. W budynku wzniesionym
na planie litery H, liczącym setki pokoi z oknami, zapewne nie byłoby to
zbyt trudne - a jednak tak się nie stało i nie miał pojęcia dlaczego.
Uporczywe trwanie tej posępnej, pustej skorupy w centrum miasta wydawało
mu się bezsensowne, niezgodne z duchem czasów, a w pewnym sensie nawet
obraźliwe dla wspaniałej tradycji szpitala Bellevue.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki