Na początku roku 1914 dzienniki zarówno polskie, jak i rosyjskie roiły się od opisów wielce pomysłowych kradzieży, popełnianych przeważnie w wagonach kolejowych. Zorganizowana banda opryszków okradała podróżnych w sposób zaiste nieprzeciętny, a mianowicie przy pomocy usypiania nieznanym narkotykiem. Ten rodzaj kradzieży nosi w żargonie złodziejskim miano "malinki". Wziąć kogoś na "malinkę" lub "dać komuś malinkę" znaczy tyleż, co uśpić w celu obrabowania.
Początkowo tego rodzaju kradzieże były wypadkami sporadycznymi, lecz, że walka z przestępcami popełniającymi je, była niezmiernie utrudniona, więc bezkarność rozzuchwaliła rzezimieszków. Dziś obrabowali podróżnych w pociągu dążącym z Kijowa do Odessy, jutro operowali na odcinku Moskwa - Petersburg, pojutrze zaś słaniający się podróżny meldował w Warszawie, iż przygodni towarzysze uśpili go i doszczętnie obrabowali.
Jako ówczesny naczelnik Warszawskiego Urzędu Śledczego zasypywany byłem po prostu skargami poszkodowanych, nic jednak poradzić nie mogłem ze względu na nadzwyczajną ruchliwość złoczyńców. Otrzymując rano meldunek ofiary byłem z góry przeświadczony, że "usypiacze" w tej chwili operują w głębi Rosji.
Wreszcie kradzieże stały się tak częste, że wzburzone społeczeństwo za pośrednictwem prasy jęło domagać się w sposób kategoryczny i zdecydowany ukarania winnych.
Konsekwencją tego był telefon, który pewnego ranka odebrałem. Zawierał on lakoniczny rozkaz stawienia się niezwłocznie przed oblicze generała Meyera oberpolicmajstra warszawskiego.
- To niedobrze - pomyślałem. - I czego ten dygnitarz może chcieć ode mnie?
Znając dobrze stanowczość, a zarazem cichą gwałtowność charakteru Meyera, nie chciałem go drażnić długim czekaniem, więc, ubrawszy się pośpiesznie, pojechałem.
Oberpolicmajster siedział przy biurku. Zmarszczone czoło i nastroszone brwi nie wróżyły nic dobrego. Bez słowa podał mi rękę na powitanie.
- Panie Kurnatowski, jestem z pana wysoce niezadowolony - oświadczył krótko.
- Nie rozumiem, ekscelencjo, o co panu chodzi? - odparłem również lakonicznie.
- Jak to pan nie rozumie? Prasa całego kraju naigrawa się z bierności władz bezpieczeństwa, setki osób zostało w biały dzień uśpionych przez bandytów i obrabowanych, a pan nie wie, o co mi chodzi? - irytował się Meyer.
- Ekscelencja ma na myśli szajkę usypiaczy?
- A kogóż miałbym na myśli, jak nie tych rozzuchwalonych opryszków? Żadna szajka dotychczas nie była tak głośna. Imię swe zapisała od granic byłego Księstwa Warszawskiego aż po tundry Sybiru. Ani jeden z członków bandy dotychczas nie został ujęty! Doszło do tego, że dostałem surowy monit z Petersburga - mówił podniesionym głosem, wymachując w powietrzu jakimś papierem.
- Zgadzam się najzupełniej, ekscelencjo, - odrzekłem - lecz sam pan zaznaczył, iż bandyci operują aż na Syberii. Dlaczegóż więc tamtejsze władze bezpieczeństwa nie troszczą się o unieszkodliwienie złodziei? Skąd podobne pretensje do policji warszawskiej?
- Bo policja warszawska była dotychczas wzorem dla innych dzielnic Rosji - przerwał oberpolicmajster. - Głównym jednak powodem pretensji władz petersburskich jest fakt, iż najwięcej kradzieży tego rodzaju zostało popełnionych na terenie "Prywiślinja".
- Przyzna pan jednak, ekscelencjo, że walka z usypiaczami jest niesłychanie utrudniona. Dotychczas nie posiadamy nawet dokładnego rysopisu opryszków. Jeżeli przestępca operuje w ściśle określonej dzielnicy czy to mieście, czy guberni łatwiej jest wówczas zasięgnąć o nim języka, wytropić go i ująć. A w danym wypadku, chcąc unieszkodliwić usypiaczy, należałoby w każdym wagonie, ba, w każdym przedziale umieścić wywiadowcę, który by obserwował zachowanie się podróżnych.
- Ale przestępcy ci operują nie tylko w kolejach, lecz i w miastach - bronił się generał, widocznie przekonany moją argumentacją.