Szpile - Mariusz Bielich

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2017
? Copyright by Mariusz Bielich, 2017
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki i skład: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski
Redakcja: Jolanta Kucharska
Korekta: Magdalena Torczyńska
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-7856-940-4
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Tej, która nie zdążyła jej przeczytać.
Kocham Cię, Mamo!
Pogoda była znośna, zwłaszcza że przez ostatnie pięć dni bez przerwy padało. Pochmurny, lecz suchy dzień dawał nadzieję na szybkie przybycie wiosny. Niebo okazało się pełne dziur, przez które wyglądał cudowny błękit. Napełniała mnie radość, gdy w drodze do domu obserwowałem promienie słoneczne przedzierające się przez chmury, które ciepłym i przyjemnym blaskiem oświetlały budynki starówki. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, co mnie czekało w domu.
Mowa o rodzicach. Przed trzema dniami wyszedłem na imprezę pożegnalną do akademika, która miała trwać jeden wieczór. Wiedziałem, że będą źli, bo nie dałem znać, czy żyję, ale przecież mam dwadzieścia cztery lata. Skończyłem studia, więc powinni to zrozumieć i nie marudzić. Wracałem ulicami miasta, marząc o chwili, kiedy zanurzę się w ciepłej wodzie, w dużej wannie. Bądź co bądź trzy dni balangi męczą, a pot śmierdzi alkoholem mimo prysznica.
Od wręczenia dyplomów minęły już dwa tygodnie, a nadal trudno mi było uwierzyć, że jestem magistrem informatykiem. Nie było to tylko moje wrażenie. Przyjaciel Adam, u którego zresztą imprezowałem przez ostatnie dni, czuł to samo. Ja jednak miałem dodatkową satysfakcję. Udało mi się skończyć studia w terminie, pomimo rocznej przerwy w życiorysie, jaką miałem w wieku dwunastu lat. Choć trudno w to uwierzyć, ale nie pamiętam nic z tamtego okresu, a na dodatek nikt nie wie, gdzie w tym czasie byłem.
Zaginąłem w trakcie wypadku autokaru wiozącego mnie i inne dzieci na wycieczkę do Malborka. Nikomu nic poważnego się nie stało, ale ja zniknąłem. Nikt nie zauważył, kiedy wyszedłem z pojazdu. Policja bez skutku poszukiwała mnie przez rok, aż wreszcie odnalazłem się w Gdańsku. Podobno leżałem nieprzytomny w jednej z bocznych uliczek. Kiedy się ocknąłem, okazało się, że nic nie pamiętam z tego okresu. Lekarze mówili, że z czasem to minie, ale mam już dwadzieścia cztery lata, a czarna plama nadal zasłania ten fragment pamięci.
Minąłem sklep spożywczy, w którym zawsze robię drobne zakupy na prośbę matki, i skierowałem się w stronę starych blokowisk. Po drodze do wejścia na klatkę schodową spotkałem kilku sąsiadów, z którymi z grzeczności się przywitałem. Wszedłem do środka. Ściany były stare i porysowane, gdzieniegdzie odpadał tynk, odsłaniając betonowe płyty. Podszedłem do drzwi z zamiarem włożenia klucza do zamka, gdy te stanęły otworem.
– Gdzie byłeś tyle czasu? – W progu ujrzałem mamę. Pulchna, niska kobieta zazwyczaj z przyjaznym i szczerym uśmiechem, ale dzisiaj jej wargi były wąskie, a policzki drżały z nerwów. – Wiesz, ile cię nie było? – zapytała. – Wiesz, jak się martwiliśmy?! – krzyczała, nadal tarasując przejście. – Gdzieś ty był?! – Cofnęła się, wpuszczając mnie do środka. Miałem już coś odpowiedzieć, ale nie zdążyłem. – Myślisz, że jak masz dwadzieścia cztery lata, to wszystko ci wolno? To się mylisz, młody człowieku. Mieszkasz z nami, więc żądamy, abyś przynajmniej uprzedzał nas o swoich zamiarach.
– Ale mamo...
– Nie przerywaj mi. Nie zdajesz sobie sprawy, co przeżywaliśmy przez te dni. – Po jej twarzy popłynęły łzy.
Nagle do mnie dotarło: przecież raz mnie już stracili, a przynajmniej tak myśleli. Zrobiło mi się głupio i przykro. Przytuliłem się do mamy.
– Przepraszam, nie pomyślałem. – Objąłem ją jeszcze mocniej i poczułem, że się uspokaja. – Wiesz, to była pożegnalna impreza i trochę się przeciągnęło – dodałem.
– Błagam cię, nie rób tego więcej – powiedziała, odsuwając twarz, by na mnie spojrzeć.
– Dobrze, mamo. Przepraszam.
– Chcesz coś zjeść? – zapytała i ruszyła do kuchni.
– W sumie to jestem głodny – odparłem.
– Jedz, jedz, boś chudy jak szkieletor. – Uśmiechnęła się. – Nie dojadasz, to jak masz zgrubnąć?
Faktycznie, miałem sporą niedowagę, ale nie oznaczało to, że nie potrafię nic zrobić i jestem niedojdą. Wręcz przeciwnie. Lubię piłkę nożną i judo, ale nie przybierałem na wadze.
Po obfitym obiedzie poszedłem wziąć porządną kąpiel. Słyszałem, jak ojciec wrócił z pracy i usiadł do obiadu. Woda była już chłodna, kiedy zdecydowałem się wyjść z wanny. Ojciec nie poruszył tematu mojej nieobecności, nie licząc krótkiego "Nie rób tak więcej", przekazanego mi, gdy mijaliśmy się w drzwiach do salonu.
Był liberalny i taka postawa mi odpowiadała. Nigdy nie czepiał się o nieodrabianie lekcji czy zbyt długie zabawy na dworze. W sumie oboje niezbyt często musieli mnie karcić, jeśli chodzi o naukę, ponieważ zdołałem nadrobić zaległości i na studia poszedłem już w normalnym wieku. Nauka nigdy nie sprawiała mi problemu, szczególnie matematyka. Miałem bardzo dobrą pamięć, co pozwalało mi przyswajać wiedzę z przedmiotów humanistycznych, ale ze względu na brak zainteresowania nimi kończyłem na trójkach, rzadko czwórkach.
Jeszcze tego samego wieczoru zadzwonił do mnie Adam z propozycją wyjścia na piwo. Odmówiłem stanowczo, bo nie miałem ochoty na kolejny dzień picia. Nie zniechęciło to Małego, więc musiałem kilka razy powtarzać, że naprawdę nie mam ochoty na knajpę. Niezbyt zadowolony, rozłączył się. Tego wieczoru zasnąłem w miarę wcześnie. Byłem bardzo zmęczony.
Obudził mnie promień słońca, który padał przez niezasłonięte okno wprost na moją twarz. Mrużąc oczy, wstałem i podszedłem do okna. Był piękny, ciepły dzień. Zegar wskazywał siódmą dwadzieścia trzy, ale byłem już wypoczęty. Zjadłem płatki i kulki czekoladowe zalane mlekiem i umyłem zęby. Rodzice byli w pracy, więc całe mieszkanie miałem dla siebie. Rozsiadłem się w dużym, miękkim fotelu, włączyłem telewizor na jakiś film. Dwie godziny później ruszyłem do pokoju i włączyłem komputer.
Kolejne godziny straciłem na przeglądaniu portali społecznościowych, oglądaniu śmiesznych filmików i czytaniu bloga koleżanki. Dzisiaj umówiłem się na piłkę, więc sprawdziłem, czy czysty strój trafił z powrotem do szafki. Był tam, świeży i wyprasowany. Kochana mamusia. Czasami miałem wyrzuty sumienia, że wykorzystuję matczyną miłość. Przecież sam mógłbym uprać i uprasować swoje ubranie. Na szczęście szybko mi przechodziło. Bycie jedynakiem ma czasami dobre strony. Wziąłem strój i spakowałem razem z butami do małego plecaka. Napełniłem bidon i czekając na powrót mamy, w domyśle: obiad, ponownie umościłem się w fotelu. Na obiad były klopsy i pyszna surówka. Mama gotowała nieporównywalnie lepiej niż jakakolwiek restauracja.
Na mecze już od ponad czterech lat chodziliśmy na pobliski orlik. Była to ta sama ekipa, więc po zwyczajowych uściskach ruszyliśmy się rozgrzać. Nie traciliśmy czasu na czcze gadaniny. Na nasze rozgrywki przychodzili również kibice, w tym dziewczyny. Bardzo nas to cieszyło i oczywiście dodawało sił. Każdy przecież chciał się pokazać z jak najlepszej strony. Mnie szczególnie zależało na Kasi, koleżance poznanej jakiś miesiąc temu właśnie tutaj. Była miłą, zgrabną szatynką, z prostymi włosami sięgającymi szyi. Rozglądałem się wokół, ale jej nie dostrzegłem. Szkoda, może dzisiaj odważyłbym się na wykonanie pierwszego kroku i na przykład zaprosiłbym ją do kina. Brak najważniejszej kibicki nie przeszkodził mi w strzeleniu gola. Gra była wyrównana, zresztą jak zazwyczaj, ale tym razem przegraliśmy trzy do czterech. Lubiłem wtorkowe i czwartkowe mecze. Mogłem się wyszaleć i zrelaksować inaczej niż przed telewizorem czy komputerem.
– No nie poszło. Władziu miał dzisiaj lepszy strzał – powiedział Marek z mojej drużyny, dobrze zbudowany szatyn.
– Na przyszły tydzień zapowiadam rewanż – odparłem, wchodząc do budynku przebieralni i łaźni. Skończyłem się myć i zacząłem wycierać resztki wody z ciała.
– Ale kilka akcji nadawało się na transmisję – zażartował Tomek, nasz drugi napastnik, chłopak wysoki i szczupły.
– He, he, pewnie że tak. Przecież twoja szarża ze środka boiska – bezcenna! – Zaśmiał się Jerzy, grubszy, łysy chłopak z osiedla obok, nasz obrońca.
– Biegałeś jak w transie – potwierdziłem i włożyłem koszulkę.
– Szkielet? Ale twoja bramka, niczego sobie – zauważył Tomek.
– A dziękuję – odparłem. Szkielet to moja ksywa i chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego.
– Idziemy gdzieś na piwko? – zapytał Leszek, kolega ze studiów i prawoskrzydłowy pomocnik.
– No, ja bym się wybrał – ucieszył się Tomek.
– Ja podziękuję, mam dość na razie, ale może być czwartek po meczu – zrezygnowałem.
– Jak chcesz. Czy ktoś jeszcze reflektuje? – zapytał głośniej Lechu.
Ostatecznie sześciu kumpli wraz z kilkoma dziewczynami ruszyło w stronę pobliskiego pubu, a reszta rozproszyła się w różne strony. Do pierwszego najbliższego bloku szedłem z Wojtkiem, naszym lewoskrzydłowym. Znałem go tylko z meczów, ale ceniłem za jego ogromną wiedzę. Często gadaliśmy przed klatką na różne tematy. Tym razem było tak samo i po zakończeniu ostrej dyskusji na tematy egzystencjalne ruszyłem do domu. Było dobrze po dziesiątej. Światło padające z latarni sprawiało, że wszystko wokół nabierało pomarańczowo-szarej barwy. Gdy od domu dzieliły mnie dwa bloki, zza budynku wyszły dwie osoby. Były ubrane w czarne stroje przypominające kombinezony motocyklowe, ale wydawały się grubsze i jakby bardziej opancerzone. Wstawki na nagolennikach, łokciach i przedramionach odstawały znacząco od reszty. Dziwne było też to, że na głowach miały hełmy lub kaski. Szerokie przyciemniane szkło zakrywało otwór na oczy, a w miejscu nosa widniał mały trójkąt przypominający filtr chemiczny. Dwaj mężczyźni przyspieszyli kroku, kierując się w moją stronę. Coś mi mówiło, aby uważnie obserwować ich ruchy.
Zbliżali się do mnie. Próbowałem nie dać po sobie poznać, że przyglądam się im intensywnie. Szedłem, skracając dystans do dwójki dziwolągów. Zostały dwa metry. Półtora. Metr, gdy jeden z nich wyskoczył w moją stronę z wyciągniętą ręką. Natychmiast przechwyciłem ją i przenosząc ciężar ciała za siebie, wykonałem obrót, jednocześnie ciągnąc za rękę. Osobnik stracił równowagę, co pozwoliło mi biodrem przerzucić jego ciało na drugą stronę. Odwróciłem głowę w ostatnim momencie, aby uniknąć ciosu, z jak się zdawało, twardej rękawicy. Ich ruchy nie były bardzo szybkie, raczej powolne. Chwyciłem drugiego napastnika za napierśnik, przywierając do niego, przechyliłem ciało w lewo, jednocześnie obracając się w tę samą stronę. Napastnik bezwiednie obrócił się i upadł na ziemię, uderzając głucho o betonowe podłoże. Kątem oka widziałem, jak spadł mu kask, ale nie miałem czasu na obserwację, gdyż pierwszy bandyta ponownie był przy mnie. Omijając jego lewy sierpowy, doskoczyłem do niego i chwyciłem oburącz za przedramiona. Wysuwając prawą nogę i uginając ją, spowodowałem, że atakujący przechylił górę ciała do tyłu, co pozwoliło mi na zastosowanie rzutu w przód. Napastnik wylądował na ziemi. Nie było czasu. Poprzedni już stał na nogach. Podniosłem wzrok i zobaczyłem jego twarz. Była pokryta krwawiącymi ranami i wyglądała jak poparzona. Potworny widok odebrał mi inicjatywę. Na łysinie miał kępki włosów, jakby ktoś wyrwał mu resztę, zostawiając kilka połaci skóry. Chwycił mnie w pasie, chcąc przewrócić. Wykorzystałem to, opierając prawą nogę o podbrzusze przeciwnika, chwyciłem go za ramiona i pozwoliłem sobie opaść na lewą piętę, robiąc przysiad. Pociągnąłem napastnika, wykorzystując jego impet i masę ciała. Jednocześnie wyprostowałem nogę, podbijając go do góry. Pociągnąłem jego barki i wygiąłem się w pałąk. Leżał z tyłu. Usłyszałem metaliczny, głuchy dźwięk – przeciwnik zastygł w bezruchu. Drugi uciekał, nie miałem zamiaru go gonić. Zdenerwowany spojrzałem na powalone ciało.
Mężczyzna oddychał, ale stracił przytomność. Z jego karku wystawał dziwny, chyba srebrny szpikulec. Nie krwawił, więc nie nadział się na niego w tej chwili. Gruba na milimetr szpila wystawała jakieś półtora centymetra z ciała. Zamurowało mnie. Twarz leżącego wyglądała, jakby ktoś oderwał z niej kawałki skóry. Zadzwonić na pogotowie, na policję? Wykręciłem sto dwanaście i zgłosiłem napaść, wyjaśniając sytuację i podając adres zdarzenia. Oddaliłem się od napastnika. Cieszyłem się, że żył. Gdy znieruchomiał, wyobraziłem sobie, jakie czekają mnie nieprzyjemności. Może nawet trafię do więzienia. Teraz gdy adrenalina opadła, zrozumiałem powagę sytuacji, byłem bliski nieszczęścia. Odwróciłem się, kończąc rozmowę, i włożyłem telefon do kieszeni. Napastnika nie było. Zauważyłem, jak znikał za rogiem bloku. Nie miałem wyjścia. Nie chciałem go gonić i nie chciałem się oddalać od miejsca zdarzenia. Niecałe trzy minuty później zjawiła się policja. Po wysłuchaniu pierwszych wyjaśnień zaprosili mnie do samochodu i rozpoczęli patrol osiedla. Niestety po sprawcach nie było ani śladu. Opisałem całe zajście i napastników. Nie było potrzeby jechać na komendę, chociaż uprzedzono mnie, że w razie jakichkolwiek pytań czy w celu identyfikacji zostanę wezwany listownie.
Było już po dwudziestej trzeciej, kiedy radiowóz odjechał, a ja ruszyłem ponownie do domu. Policjanci chcieli mnie podwieźć, ale powiedziałem, że mieszkam niedaleko. Szczerze mówiąc, nie chciałem, aby zobaczyła mnie mama, która na pewno już przesiaduje w oknie, czekając na mój powrót. Nie mogłem jej zmartwić. Tak jak podejrzewałem, czekała w oknie i z daleka zaczęła wygrażać mi ręką. Najwyraźniej uspokojona zamknęła okno.
– Dopiero co tłumaczyłam ci, jak nie lubię, kiedy się spóźniasz – szeptała w progu.
Widocznie ojciec już spał, co było zrozumiałe, bo miał poranne zmiany w tygodniu.
– Przepraszam, tak wyszło. Zagadałem się z Kasią – skłamałem.
– Jaką Kasią? – zapytała, wyraźnie się rozchmurzając.
– Tą, co ci mówiłem. Co przychodzi na boisko.
– A faktycznie, i co? Umówiłeś się z nią? – dociekała.
Co miałem odpowiedzieć? Przemyślałem szybko sprawę.
– Jeszcze nie, zabrakło mi odwagi. – Zdecydowałem, że zakończenie tej rozmowy zahamuje potencjalną lawinę kłamstw, by później utrzymać całą historię.
Zanim położyłem się do łóżka, musiałem z kimś się podzielić ostatnimi wydarzeniami. Zadzwoniłem do Adama Sztruca, przyjaciela ze studiów. Na szczęście jeszcze nie spał, więc naświetliłem mu sprawę.
– Ale nic ci się nie stało? – zapytał.
– Nie, zupełnie nic. Miałem szczęście, a jeden z nich był okaleczony lub chory, więc łatwo poszło – odparłem.
– Oby gliniarze ich dorwali, to nieciekawa informacja. Na naszym osiedlu. – Głos w słuchawce wyraźnie się zasmucił.
– Myślę, że chcieli mnie okraść, ale nie wiem po co, bo ich ubrania nie wyglądały na tanie – rzekłem.
– Może po prostu. Wiesz, co mówią o motocyklistach – stwierdził Adam.
– No tak, ale ci wyglądali inaczej niż na filmach. Zresztą nie powiedzieli nawet słowa... – urwałem, bo dotarło do mnie, że to prawda. Czemu nawet nie mruknęli, jak ich przerzucałem przez siebie?! Przypomniałem sobie ten dziwny kolczyk w karku przypominający grubą szpilkę. – Może to faktycznie jakiś gang – dodałem po chwili zastanowienia.
– Oby policja ich dorwała – skomentował Adam.
– Okej, idę się zdrzemnąć, widzimy się jutro po obiedzie. Na razie – pożegnałem się i zakończyłem rozmowę. Telefon odłożyłem na półkę, przebrałem się w piżamę i po umyciu zębów położyłem do łóżka.
Nazajutrz, aż do obiadu przeszukiwałem Internet w poszukiwaniu kombinezonów podobnych do tych, które nosili napastnicy. Bez rezultatów. To samo z kolczykami. Oczywiście istniały kuleczki, stożki w karku, ale nie takie dziwne szpilki. Po obiedzie włożyłem wiatrówkę i wyszedłem z domu. Skręciłem w lewo, w kierunku bloku Adama. Odwróciłem się, by spojrzeć na okno, w którym zwyczajowo siedziała mama i machała ręką na pożegnanie. Mój wzrok przykuł czarny dżip z odpalonym silnikiem. Cały czas idąc, przyglądałem się kierowcy. Refleksy świetlne skutecznie mnie oślepiały i nie dostrzegłem postaci. Nigdy wcześniej nie widziałem tutaj tego dżipa. Samochód ruszył. Był zaparkowany na początku parkingu, najbliżej mojego bloku. Odblask z szyby znikł, a ja ujrzałem czarną postać w kasku. Zacząłem biec, ale znalazłem się pomiędzy blokami i jedyną drogą ucieczki było dobiec do końca alejki i uskoczyć w bok. Dżip bez problemów złamał płotek dzielący parking od chodnika i wjechał na niego. W tym momencie byłem dopiero pośrodku zabójczej szczeliny, jaką stanowiły bloki. Auto staranowało słupek ograniczający ruch i wjechało w przewężenie, tracąc lusterka. Samochód tarł nadkolami o nową elewację i zbliżał się nieubłaganie. Panika ogarnęła mój umysł. Widziałem, jak daleko mam do końca, i widziałem, jak szybko zbliża się pojazd. Nie miałem szans. Rzuciłem się na ziemię, zamykając oczy. Usłyszałem w oddali ryk silnika i krzyk mamy.
– Szymon! O Boże!
Nastała cisza.
Nadal czułem, jak bije mi serce, chociaż już dawno powinien przejechać mnie dżip. Otworzyłem oczy. Ciemność. Czułem, jak poruszam rękami, jak dotykam trawy, jeśli to była trawa, ale nic nie widziałem. Przeszło mi przez myśl, że w tym miejscu nie było murawy, tylko kostki chodnikowe. Podniosłem się na łokciach.
W oddali majaczył jakiś kształt. Ledwo widoczna łuna nad czymś ogromnym i ciemnym. Wzrok przyzwyczaił się do ciemności i zacząłem odróżniać kształty dłoni. Rozejrzałem się dookoła. Cieniutki sierp księżyca oświetlał delikatnie polanę, na której leżałem.
Przy bliższej obserwacji okazało się, że to nie polana, a pobocze drogi, która prowadziła przez gęsty las iglasty. Las przede mną kończył się idealną linią naprzeciwko dziwnego tworu, który ciągnął się od lewej do prawej, aż po sam horyzont.
Wstałem i zacząłem maszerować w kierunku budowli. Nie mając punktu odniesienia, nie wiedziałem, jakiej wysokości jest to coś, ani nie potrafiłem określić odległości do niego. Koniec lasu był idealnie równy i równoległy do krawędzi budynku, tworząc pas łąki. Szedłem wzdłuż drogi, a była to droga gruntowa. Biłem się z myślami. Gdzie jestem? Co to za miejsce? Czy to niebo? A może piekło? Ciarki przeszły mi po plecach. Co z mamą, jak ona to przeżyje? A może tylko straciłem przytomność i zostałem wywieziony gdzieś daleko? Ale w jakim celu porzucaliby mnie tutaj? Dlaczego tu, a nie gdzie indziej? A może to wszystko to majak nieprzytomnego człowieka? Pytania mnożyły się, ale nie znajdowałem na nie żadnej odpowiedzi.
Nagle usłyszałem zbliżający się dźwięk silnika, chyba elektrycznego. Instynktownie rzuciłem się na ziemię. Najwyraźniej prowadzący pojazd, podobny do bańki mydlanej na kołach, nie zauważył mnie, bo przemknął bez zatrzymania. W środku zauważyłem dwie postaci w lekko podświetlonych hełmach. Takich, które nosili wczorajsi napastnicy. "Czy to było wczoraj? Skąd ta pewność?", zapytałem sam siebie. Pojazd jechał dość szybko, na oko jakieś sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, zbliżając się do budowli. Znając teraz mniej więcej wielkość wozu, mogłem określić odległość od budynku. Dzieliło mnie od niego mniej więcej czterysta metrów. Snop niebieskiego światła skierował się na pojazd i odprowadził go do muru.
Teraz zauważyłem odznaczające się wrota. Otworzyły się i samochód zniknął wewnątrz. Postanowiłem, że pójdę wzdłuż budynku, a na pewno dokądś dojdę. Lepsze to, niż pójść do bramy i ryzykować atak bandytów. Ściana zdawała się nie mieć końca. Poranny brzask przyniósł ze sobą falę ciepła. Słońce powoli wznosiło się nad horyzont, temperatura rosła. Na razie znajdowałem się w cieniu budowli, ale już czułem, że powoli przekracza ona granicę bólu. Skierowałem się szybko do lasu. Robiło się coraz cieplej. Powietrze było suche i nagrzewało się z każdą minutą. Zacząłem biec, wiedziałem, że jeśli w cieniu jest gorąco jak w saunie, to gdy słońce uniesie się wyżej, ukazując swoją tarczę, chyba spalę się na miejscu. Biegłem, ile sił w nogach, czując, jak temperatura osiąga krytyczny dla mnie stopień. Wbiegłem do gęstego lasu i schowałem się pod parasolem utworzonym przez korony drzew. Drzewa rosły bardzo blisko siebie, na tyle blisko, że słońce ledwo przedostawało się do środka. Zauważyłem żółte igły i żółtą, wąskolistną trawę. Chwilę później musiałem bardziej zagłębić się w las, bo żar zaczął wdzierać się do środka. Nie było żadnego poszycia, więc bez trudu rysowałem znaki na gołej ziemi, aby móc wrócić po zostawionych śladach, kiedy upał zelżeje. W końcu zagłębiłem się na tyle, że temperatura już nie rosła, ale byłem bardzo zmęczony. Oceniłem, że przeszedłem co najmniej dziesięć kilometrów. Usiadłem na ziemi, spróbowałem odpocząć.
Byłem zmęczony i głodny. Położyłem się i pozwoliłem skórze kosztować przyjemnego chłodnego podłoża. Musiałem przysnąć, bo nagle poczułem, że temperatura się obniżyła. Wstałem i zdecydowałem się wrócić oznaczoną trasą. Zanim dotarłem na skraj lasu, zaczęło się ściemniać. Słońce zaszło, gdy wyszedłem na polanę przed budowlą. Ruszyłem w jej kierunku, jednocześnie oddalając się od wrót. Po pewnym czasie doszedłem do wysokiej na dwadzieścia metrów ściany. Jej elewację pokrywały dziwne płyty, w dotyku przypominające szkło. Nadal były ciepłe od słońca. Szedłem wzdłuż tego obiektu, nie widząc jego końca. Nie był podobny do żadnej budowli, jaką znałem czy widziałem na Discovery. Był ogromny, zbudowany z dziwnych czarnych paneli. Tuż przy ścianie trawa była spalona, co sugerowało, że nagrzewały się one do wysokiej temperatury. Dziwiło mnie, dlaczego nie zapaliła się cała powierzchnia polany, ale może porastała ją specjalna odmiana trawy, szczególnie że nie wyglądała jak znana mi.
Wróciły pytania o miejsce mojego pobytu. Takiego specyficznego klimatu nie ma nawet w Afryce. Byłem spragniony i powoli opadałem z sił, ale szedłem dalej. Stąpałem po wypalonym pasie trawy, tracąc nadzieję na jakąkolwiek zmianę otoczenia, gdy nagle w oddali usłyszałem szum. Z każdym krokiem wzrastał i coraz bardziej przypominał plusk wody. Przyspieszyłem kroku. Miałem rację, wkrótce zauważyłem koryto. Ostatnie pięćdziesiąt metrów pokonałem biegiem, omal nie zderzając się z ledwo widoczną siatką.
Wtedy rozjarzył się snop niebieskiego światła i ruszył, patrolując rów. Padłem jak długi, próbując na ile to możliwe wtopić się w podłoże. Moja brązowa wiatrówka na pewno pomogła. Za chwilę snop zgasł, a ja usłyszałem ruch na górze ściany i cichą wymianę zdań. Podniosłem głowę i otaksowałem siatkę, przy której leżałem. Serce zabiło mi mocniej, gdy zobaczyłem pewną nieprawidłowość w idealnym splocie płotu. Podczołgałem się do tego miejsca. Zamarłem, gdy ponownie usłyszałem głosy. Kiedy ucichły, przyjrzałem się ogrodzeniu. Miałem rację. Dziura została prowizorycznie zakryta kawałkiem siatki. Delikatnie poruszyłem nim i przesunąłem, próbując nie narobić hałasu.
Kiedy przeczołgiwałem się przez szczelinę, wydawało mi się, że każdy ruch jest głośny jak trąbka na meczu. Doleciał mnie szum wody, który zagłuszał szuranie ubrania o podłoże. Gdy znalazłem się po drugiej stronie, nałożyłem siatkę z powrotem. Zobaczyłem głęboki rów, w którym wartko płynął mały strumień. Nadal przemieszczając się na brzuchu, powoli zbliżałem się do muru, walcząc z chęcią wskoczenia do krystalicznej wody i napicia się życiodajnego płynu. Wiedziałem, że byłby to błąd, jeśli nie wyrok śmierci. Cholera wie, jakie zamiary mają ci na górze. Podczołgałem się do ściany. Strumień przepływał pod zabudową, w której widniała dziura. Brzegi były strome, więc delikatnie szukając idealnych punktów podparcia, ruszyłem w dół.
Strumień wydawał się płytki, ale nie chciałem ryzykować. Zdecydowałem się na trawers po ścianie brzegu. Byłem spragniony i głodny. Wiedziałem, że ten wysiłek będzie mnie kosztował resztki sił. Znajdując kolejne punkty podparcia, powoli przesuwałem się w głąb budowli. Było coraz ciemniej, co utrudniało poszukiwania kolejnych chwytów. Macając prawie gładką ścianę, znajdowałem kolejne szczeliny i posuwałem się dalej. Po kilkunastu metrach moje ręce zaczęły drżeć i powoli odmawiać posłuszeństwa. Byłem wykończony. Nagle noga ześlizgnęła się z niewielkiego występu. Tego szarpnięcia nie wytrzymały moje zmęczone ręce i szurając o szorstką powierzchnię, spadłem na dno koryta. Wpadłem do wody i cały się zanurzyłem. Szybko wstałem. Okazało się, że wody jest po kolana. Nasłuchiwałem, czy moja pomyłka nie została zarejestrowana przez strażników znajdujących się na górze. Rozejrzałem się uważnie i stwierdziłem, że jestem w połowie przeprawy. Wejście miałem jakieś piętnaście metrów za sobą, przede mną zostało drugie tyle do wyjścia. Resztę drogi pokonałem, idąc strumykiem i pijąc cudowny, lecz ciepły płyn, którego domagało się moje ciało. Gdy znalazłem się po drugiej stronie, chwyciłem się łagodniejszego tutaj brzegu i mocno zacisnąłem palce na jakimś zaczepie. Drugą ręką wymacałem szczelinę i się podciągnąłem.
Teraz mogłem spokojnie się rozejrzeć. Z rowu, w którym się znajdowałem, widziałem tylko znajdujący się za mną mur pokryty płytami. Nad sobą usłyszałem ruch, więc i tę stronę strumienia musiał ktoś patrolować. Było ciemno, nie świeciła się żadna lampa, skupiłem więc wzrok, by wypatrzyć siatkę i taką samą jak na zewnątrz dziurę. Podczołgałem się jak poprzednio i bardzo ostrożnie przeszedłem na drugą stronę. Przykucnąłem i w takiej pozycji posuwałem się wzdłuż muru. Niedaleko zaczynały się zabudowania, ale miałem do nich jakieś sto metrów. Bałem się ruszyć w ich kierunku, aby nie zostać zauważony. Gdzie jestem? Co to za miejsce? Męczące pytania wróciły.
Budynki były proste, w tym świetle nie widziałem ani drzwi, ani okien. Panowała ciemność, nigdzie nie było widać latarni. Bryły budynków nie miały wklęsłości czy wypukłości. Metr od muru zaczynało się coś, co wyglądało jak płytki chodnikowe z ceramiki. Pomiędzy budynkami dostrzegłem jakiś ruch. Wytężyłem wzrok. Ktoś przechadzał się i znikał za następnymi zabudowaniami. Zrobiłem krok w stronę płytek chodnikowych. Wiedząc, że ryzykuję, ostrożnie zrobiłem kolejny krok, przenosząc ciężar ciała na stopę, która znajdowała się już na płytkach. Te ugięły się delikatnie pod moim ciężarem. Nie spodziewając się tego, omal nie straciłem równowagi.
Krok za krokiem zbliżałem się do najbliższego budynku, przyzwyczajając się do ustępującego chodnika. Było to dziwne uczucie, jakby człowiek naciskał klawisze klawiatury. Płytki nie uginały się, ale minimalnie, niedostrzegalnie dla wzroku przesuwały się w dół. Przyzwyczajony stąpać po twardym gruncie, wyraźnie jednak czułem, jak przy każdym kroku płytki opadają milimetr lub mniej. Niezauważony dotarłem do ściany budynku. Była pokryta takimi samymi płytami jak mur. Dotknąłem płytek na ziemi. Były inne, chropowate i znacznie mniejsze, kwadratowe, o boku długości trzech centymetrów. Na ścianach prostokąty szerokie na metr i długie na dwa.
Wychyliłem się zza rogu. Po ulicach, bo chyba tak należało nazwać przestrzeń między budynkami, przechadzali się ludzie ubrani w dwuczęściowe stroje. Do spodni były przyczepione chyba kawałki plastiku. Z tego, co udało mi się zauważyć, bo jedynym źródłem światła w tym dziwnym mieście był księżyc, wszyscy mieli przy pasie prostokątne pojemniki, a na nosach szerokie okulary, a raczej gogle – ich szyby sięgały im prawie uszu, gdzie dyskretnie przechodziły w pasek okalający głowę. Gogle delikatnie świeciły swoim światłem. Każdy przechodzień był tak samo ubrany. Niektórzy szli parami, inni z wózkami przysłoniętymi kopułą, która podobnie jak gogle, promieniowała delikatnym światłem. Było ciemno, więc nie dostrzegłem nikogo lub niczego w wózkach, ale z min i skierowanych w stronę wózka rozmów wywnioskowałem, że leżały w nich dzieci.
Dłuższy czas obserwowałem życie w tym wyjątkowym miejscu. Ludzie się przechadzali, co jakiś czas przejeżdżał dziwny, dwuosobowy pojazd podobny do bańki, na którego widok odruchowo chowałem się za róg, ale najczęściej widziałem młode pary z dziećmi. Stałem tam chyba ze dwie godziny, zauroczony magią tamtego miejsca. Po pierwszym szoku ponownie poczułem głód. Musiałem znaleźć coś do jedzenia. Miałem nadzieję, że jest to coś jadalnego dla ludzi.
"A może to jakiś ośrodek doświadczalny?", przeszło mi przez myśl. "Nie. Zbyt duży, aby nie było o nim głośno, no chyba że to rząd jakiegoś kraju trzyma na tym łapę". Moje przemyślenia przerwał żołądek, przypominając o sobie głośnym burknięciem.
Przyklejając się do ściany, podchodziłem coraz bliżej pierwszej ulicy. Obie jej strony były pokryte płytkami z pasem jezdni pośrodku. Ujrzałem kolejne domy ustawione symetrycznie do pierwszych. Z tego, co udało mi się dojrzeć w tym świetle, końca tej dziwnej alei nie było widać. Wszystkie budynki stanowiły kopie innych i faktycznie nie miały okien ani drzwi. Jedna z osób, która przeszła właśnie na drugą stronę ulicy, podeszła do stojącego tam domu. Nagle w elewacji pojawiła się szpara w kształcie drzwi, przez którą sączyło się delikatne niebieskie światło. Kontury poszerzały się, aż w końcu pojawiło się wejście. Ze środka biła łuna przygaszonego niebieskiego światła. Chwilę później wejście ponownie zniknęło. Z tej odległości niemożliwe było wskazać, gdzie znajdowały się drzwi. Zagapiłem się na to zjawisko i zapewne w świetle, które wydostało się ze środka, stałem się widoczny dla tubylców.
– Bezwoltowiec! – krzyknęła kobieta kilka metrów ode mnie.
Wszystkie głowy odwróciły się w moją stronę.
– Tam jest! – potwierdził ktoś inny.
– Bezwoltowiec. Dzwońcie po czyszczaki albo lepiej po czarnych – ponaglał głos z lewej.
Kobieta stojąca najbliżej mnie podniosła rękę i dotknęła gogli z boku.
– Do CK... – zrobiła przerwę.
Musiałem uciekać, choć nie wiedziałem, dlaczego mnie ścigają. Ruszyłem wzdłuż budynków. Skręciłem w pierwszą ulicę w lewo, aby biec w głąb miasta, bo przy murze nie miałem szans. Słyszałem za sobą charakterystyczny silnik pojazdu bańki. Skręciłem w prawo, potrącając przechodnia. Na ulicach było sporo osób. Gdzieniegdzie widziałem grupy postaci pochylonych nad chodnikiem czy zdejmujących elewację budynku. Wszyscy nosili identyczne ubrania. Skorzystałem z okazji i przeskoczyłem przez jedną z grup, która rozbiła obóz na środku drogi, i skręciłem w boczną ulicę, zostawiając pościg za sobą. Kluczyłem tak jeszcze jakiś czas, zanim uznałem, że mogę dać sobie chwilę wytchnienia. Wszędzie, gdzie się pojawiałem, wzbudzałem zainteresowanie przechodniów niecodziennym strojem. Uspokoiłem oddech i ruszyłem dalej, gdyż kolejna osoba dawała znać moim prześladowcom, gdzie jestem. Nagle ujrzałem postać stojącą przy budynku z otwartymi drzwiami, z którego jednak nie docierało światło.
– Tutaj, szybko – poleciła tajemnicza osoba.
Nie zastanawiałem się długo. Wbiegłem do ciemnego pomieszczenia. Drzwi za mną zamknęły się z cichym mechanicznym zgrzytem. Stanąłem w postawie odpowiedniej do ewentualnej obrony. Zapaliły się delikatne niebieskie światła, dość nikłe, ale wystarczające, aby mnie na chwilę oślepić. Kiedy mój wzrok się przyzwyczaił, zobaczyłem mężczyznę stojącego przy drzwiach, z tej strony wyraźnie widocznych. Przytknął palec do ust, najwyraźniej na znak milczenia. Pokazał ręką za moje plecy. Odwróciłem się i ujrzałem wąskie schody prowadzące wzdłuż surowych, jak się wydawało, betonowych ścian. Stopnie były wyłożone takimi samymi płytkami, jak chodnik i podłoga, na której stałem. Na parterze było czworo drzwi. Mężczyzna podszedł do mnie.
– Na górę – szepnął.
Ruszyłem po schodach, trzymając się poręczy. Piętro nie było wysokie – gdybym podskoczył, uderzyłbym głową o sufit. Gdy weszliśmy na następne piętro, skierowaliśmy się do kolejnych drzwi po prawej stronie. Człowiek przyłożył palec do szybki w ścianie i drzwi otworzyły się z sykiem. Wszedłem do środka ciemnego pomieszczenia. Zapaliło się światło. To samo, ledwie widoczne, niebieskie światło wydostające się z kilku małych diod w rogach pokoju. Było zbyt ciemno, aby można tu było myśleć o czytaniu. W pomieszczeniu zauważyłem jeszcze jedne drzwi, poza tym znajdowały się tu łóżko i drewniany stół, przy którym stało jedno krzesło. Dwie pozbawione drzwi ściany były podziurawione symetrycznie rozłożonymi otworami średnicy centymetra, wszystkie natomiast, przez kolor oświetlenia, były bladoniebieskie.
– Prześpij się i zjedz. Paski są tam, w szafce – powiedział mężczyzna tubalnym głosem. Był ubrany tak jak inni mieszkańcy miasta, w dwuczęściowy, ciemny kombinezon z charakterystycznymi prostokątami. Przypominał on trochę strój motocyklowy. Wybawiciel zdjął gogle i spojrzał na mnie. Zobaczyłem wychudzoną twarz.
– Rozumiesz po polsku? – odezwał się, widząc moje zdziwienie.
– Tak – odparłem, nadal zszokowany.
– To dobrze, ja muszę teraz wyjść zaliczyć BIEGOMUS, a ty odpocznij – odparł, poprawiając blond włosy.
– Ale gdzie ja jestem? – zapytałem.
– U przyjaciela. Nie mam teraz czasu. Nie martw się i zjedz, bo na pewno jesteś głodny.
Rozejrzałem się ponownie po pokoju. Był pusty, nie licząc łóżka i stołu. Podszedłem do ściany i przyłożyłem rękę do jednej z dziur. Poczułem delikatny powiew, który sugerował wentylację. Drewniany, ręcznie zrobiony stół miał zadziory, co świadczyło, że nie przyłożono się do jego wykończenia. Dopasowanie desek blatu także pozostawiało wiele do życzenia. W nie najlepszym stanie było również łóżko.
Podszedłem do drzwi i popchnąłem je. Uchyliły się bez oporu. Za nimi znalazłem małe pomieszczenie z czymś na kształt prysznica. Był to brodzik zbudowany z kawałków plastiku połączonych spoiną. Ze ściany wystawało sześć rur ustawionych pionowo, zakończonych sitkami. Całość zakrywało harmonijkowe pleksi. Obok wisiała półka z trzema drewnianymi pojemnikami, na których widniały napisy: wieczór, północ, ranek.
Na drugim końcu pokoiku znajdowała się miska przykryta pokrywą. Podniosłem ją, oczekując jedzenia. Od razu tego pożałowałem. Była to tutejsza muszla klozetowa. Wewnątrz wyglądała jak duży lejek, przypominała muszlę w samolocie. Zakryłem wieko.
To wszystko stanowiło całe wyposażenie pomieszczenia. Zajrzałem do pudełka oznaczonego hasłem: wieczór. Były tam małe prostokątne blaszki. Dotknąłem jednej, która okazała się giętka. Chwyciłem i obwąchawszy ją, wsadziłem do ust. Była bez smaku, jednak nagły atak śliny zmusił mnie do wyplucia jej na rękę. Przełykałem nagromadzoną szybko ślinę i poczułem, że żołądek uspokaja się, jak gdyby otrzymał porcję pożywienia.
Ponownie włożyłem listek do ust, ale tym razem zacząłem przełykać nieustannie płynącą ślinę. Czułem, jak listek rozpuszcza się powoli. Po upływie mniej więcej pięciu minut ślina już nie wydzielała się w takiej ilości. Byłem najedzony. Nie zaryzykowałem prysznica lub czegokolwiek, czym to było, i położyłem się na łóżku. Było twarde, wyjątkowo twarde. Odsłoniłem prześcieradło, pod którym na deskach leżały dwie warstwy grubego materiału. "Trudno", pomyślałem. "Muszę się przespać". Zasnąłem.
– Jak się spało? – Usłyszałem głos nad sobą.
Otworzyłem oczy przekonany, że ujrzę własny pokój, ale byłem w pomieszczeniu, w którym zasnąłem. Nade mną stał blondyn, mój wybawiciel. W jego goglach dostrzegłem własną nieogoloną twarz.
– Zamykaj żarcie. Wiesz, ile kosztuje nocna porcja? – rzekł basowym głosem. Zauważyłem pot na jego ciele. – Idę się umyć i zaraz pogadamy. – Ruszył w stronę drzwi do łazienko-kuchni.
Zdążyłem jedynie wstać i przejść się po pokoju, ponownie podziwiając klimatyzację, gdy blondyn wrócił. Miał na sobie jedynie materiałowe, przylegające do ciała ubranie, coś na kształt bielizny.
– Szybki jesteś – stwierdziłem zaskoczony.
– Szybki? Po biegomusie biorę podwójny natrysk – odpowiedział zdziwiony.
– Szymon Dobrowolski, dziękuję. – Wyciągnąłem przyjaźnie rękę w stronę gospodarza.
Stał jak wryty, wyraźnie nie wiedząc, co zrobić. Podszedłem do niego i chwyciłem luźno zwisającą rękę, ściskając jego dłoń. Cofnął się nagle.
– Co się stało? – zapytałem.
– O to samo chciałem zapytać ciebie – odparł, patrząc podejrzliwie. – Jestem Czersk-Zachód-215-10-6. A ty że jak?
– Szymon Dobrowolski – powtórzyłem.
– A gdzie jest Szymon? – zapytał. – Nie słyszałem o takim miejscu.
– Jak gdzie jest Szymon? Ja jestem Szymon.
– Nie ma takiego miejsca – rzekł.
– No nie ma, bo to nie miejsce, tylko moje imię. – Nie wiedziałem, jak do niego dotrzeć.
– A, rozumiem, taka nazwa. Jesteś z Czerska? – zapytał.
– Nie. Z Gliwic.
– Nie znam takiego kręgu.
– Spokojnie. Od początku. Szymon to moje imię i nic poza tym, a Gliwice to miasto, w którym mieszkam.
Patrzył na mnie przez chwilę, jakby był nieobecny.
– Ty nie jesteś stąd, jesteś nie tylko z innego kręgu, ale z innego państwa – powiedział w zadumie.
– Możliwe, choć trudno mi w to uwierzyć, aby gdzie indziej także mówiło się po polsku – odparłem. W sumie jeśli to jakiś zamknięty zakład, to nie chciałem przewracać jego myślenia do góry nogami. – Tak, najwyraźniej jestem z innego państwa.
Uspokoił się.
– Powtórz, proszę, swoje imię – poprosiłem.
– Imię? – zdziwił się.
– No, jak się nazywasz.
– Ja się nie nazywam. Jestem Czersk-Zachód-215-10-6. Dla przyjaciół 215-10-6 – oznajmił.
Przez myśl przebiegł mi film science fiction. Spojrzałem na rozbudowane mięśnie i pomyślałem o terminatorze.
– Jesteś człowiekiem? – zapytałem.
– Co to za pytanie? A kim miałbym być? – odburknął.
– Nie, tylko tak pomyślałem – poprawiłem się. – Co to za dziury? – Odwróciłem się w stronę ściany.
– A jakbyś chciał oddychać? Przecież musimy mieć powietrze. Ty naprawdę jesteś zza polskiego muru – odparł.
– Muru? A co...
– Ty nie jesteś zaszpilowany! – krzyknął, pokazując swój kark, na którym widniała szpila taka, jaką widziałem u bandytów.
– No właśnie chciałem zapytać cię, co to jest.
– Niezaszpilowany. Znaczy muszę koniecznie skontaktować się z Czersk-Zachód-105-8-6 – myślał głośno.
– Ale co to jest? – powtórzyłem pytanie.
– Bez szpili nic nie kupisz, nic nie dostaniesz, nie zarobisz i przede wszystkim nie istniejesz – wyjaśnił.
– Czyli? – drążyłem temat.
– Ja tam nie wiem, ale ludzie bez szpili są nikim i Czyszczaki lub Czarni się nimi zajmują, 105-8-6 ci wytłumaczy, ja się nie znam, jestem tylko po dwóch poziomach.
– Poziomach? – drążyłem.
– No, poziomach nauki, jest ich dziesięć. Większość kończy trzy, jeden podstawowy i dwa kierunkowe, kolejne siedem to nie mam pojęcia. Ale 105-8-6 jest po trzech, więc on na pewno ci wytłumaczy.
– A wracając do tego, jak do ciebie mówić, to rozumiem, że wasze miasto to Czersk, Zachód to dzielnica, a dalsze numery?
– Czersk to nasz krąg, Zachód znaczy, że mieszkam w kwarcie Zachód, dwieście piętnaście to kwadrat, dziesięć to blok, a sześć to mieszkanie.
– Rozumiem – skłamałem.
– Muszę wyjść po paski, bo na dwóch nie wystarczy na długo – westchnął.
– Idę z tobą – powiedziałem stanowczo.
– Jak to sobie wyobrażasz? Przecież od razu cię zauważą – zdziwił się.
– A nie masz drugiego ubrania? – spytałem.
– No, mam – odparł zaskoczony pomysłem.
– No właśnie, włożę je i po kłopocie – powiedziałem zadowolony.
– No, w sumie. – Poszedł do łazienko-kuchni.
Wrócił z dwoma kompletami i ten bardziej zniszczony rzucił dla mnie na łóżko. Zaczął się ubierać. Chwyciłem strój i przyjrzałem się metaliczno-plastikowym płytkom. Były giętkie i lekkie. Włożyłem spodnie i górę, przypiąłem pas. Zapinał się na zmyślny rzep podobny do tego, który znałem, ale ten składał się z obustronnych, bardzo drobnych haczyków.
– A te rurki? – zapytałem, pokazując cienkie przewody wychodzące z plastikowych pudełek na pasku.
Gospodarz podszedł i podpiął wszystkie pary do wypustek znajdujących się w pobliżu paska, w bluzie i spodniach.
– No, jesteś gotowy – odparł.
– Co to takiego? – Wskazałem na pasek.
– Aku. Magazynuje waty, zbierasz przez te blaszki. – Wskazał na płytki pokrywające ubranie.
Domyślałem się, że to coś na kształt paneli słonecznych.
– Gromadzi prąd – stwierdziłem.
– Co? Nie. Zbiera waty – poprawił mnie.
Najwyraźniej jeden poziom to faktycznie za mało, aby rozmawiać z nim o elektryce.
– Nie mam dla ciebie gogli, więc trzymaj się blisko i zakryj kołnierzem kark, by nikt nie zauważył, żeś bezszpilowiec.
Wyszliśmy na klatkę, drzwi za nami zamknęły się samoczynnie. Już chciałem się odezwać, gdy zobaczyłem, że mój wybawiciel mnie ucisza. Wyszliśmy na zewnątrz. Było ciemno, ponownie musiałem przyzwyczaić wzrok do jedynego światła, czyli tego odbitego przez księżyc. 215-10-6 ruszył niezwłocznie w sobie tylko znanym kierunku. Trzymałem się blisko, zwłaszcza że księżyc zakrywały chmury i widoczność spadła niemal do zera. Przynajmniej dla mnie, bo reszta przechodniów świetnie sobie radziła. Podejrzewałem, że to zasługa gogli.
– Co to za płytki na całej powierzchni ulicy? – zapytałem.
– Nie wiem, ale są cenne, bo za niszczenie ich grozi termos albo co gorsza kopalnia.
– Co to termos? – Nie przestawałem pytać.
– To miejsce, gdzie prawdopodobnie by cię wsadzili, gdyby cię złapali. Ludzie tam podobno nie robią nic innego, tylko biegają. – Był wyraźnie poruszony. – Nikt stamtąd nie wraca, więc to tylko plotki. Tak czy siak, nie chcesz tam trafić.
– A kopalnia?
– To podobno jeszcze gorsze, tam pod ziemią pracują i wypruwają sobie flaki. Mojej sąsiadce z bloku męża zabrali za jakiś poważny błąd w trakcie pracy. Do tej pory nie wrócił, a minęło już dziesięć okresów.
– No tak, kopalnia to ciężka praca – odparłem, łącząc się z nim w żalu.
– To tu. – Zatrzymał się przed czarną ścianą. Wyciągnął rękę i dotknął jakiejś płytki. Pojawiła się szczelina, która rozrastała się, aż do wymiarów wejścia. Z wnętrza docierało to samo nikłe, niebieskie światło, jakie poznałem w mieszkaniu. Blondyn wszedł do środka, a ja za nim.
– Dobry wieczór 215-10-6. To samo co zwykle? – zapytał grubszy mężczyzna za ladą. Sklep, bo chyba tym było to pomieszczenie, uderzał liczbą przezroczystych szuflad, za którymi znajdowały się paski jedzenia w różnych kolorach. Wszystko posegregowane wielkościami i barwą, co zachęcało do kupna, jak w sklepie z misiami Haribo. Obok stał inny ekspedient, także przy kości, obsługując wysportowaną młodą kobietę.
– Dobry wybór. Przedłużona żywotność i większe nasycenie – zwrócił się do kobiety.
– Które tym razem? – zapytał nas. Mój gospodarz wskazał palcem jedno z pudełek.
– Cztery porcje tych mniejszych – powiedział ściszonym głosem.
– Już się robi. Przypływ watów?
– Nie, tylko zapas sobie chciałem zrobić – odparł blondyn.
Do sklepu weszła para z wózkiem.
– Kiedyś mi obiecałeś najlepsze paski i na co mi przyszło? Kupować w trzeciej klasie – powiedziała kobieta piskliwym głosem, zanim drzwi zamknęły się za nimi. – A wiesz, że 10-90-7 kupuje w jedynce?
– Ale jej mąż dostał awans, to co się dziwisz – rzucił mężczyzna.
– Sto dwadzieścia sześć watów – powiedział gruby sklepikarz do mojego wybawcy.
Ten przyłożył palec wskazujący do skrzynki z wyżłobionym miejscem, nad którym widniała żądana liczba. Za chwilę licznik wyzerował się, a sprzedawca położył na blacie szczelne zawiniątko.
– Dziękuję i zapraszam ponownie.
– Do widzenia. – Blondyn ruszył do drzwi. Po drodze minęliśmy nadal dyskutującą parę i wyszliśmy na zewnątrz. Miałem problem, by ponownie przyzwyczaić się do ciemności. Mój kompan najwyraźniej to zauważył, bo przystanął i poczekał, aż mój wzrok zaadaptuje się do nowych warunków.
– Bez gogli daleko nie zajdziesz. Mam nadzieję, że 105-8-6 załatwi ci jakieś.
– Domyślam się, że w dzień nie da rady nic załatwić? – zapytałem.
– W dzień? W dzień wszyscy śpią. Nikt normalny nie wyłazi w dzień. No, chyba że Czyszczaki lub Czarne Kaski – odparł.
– Aha.
– Nie radzę wystawiać się na ten skwar. W dzień jest tak gorąco, że bez hełmów i odpowiedniego stroju ani rusz. To drogi sprzęt i mają go tylko najlepsi. Jakby cię dorwali w hełmie bez zezwolenia, to termos pewny.
– A Czarne Hełmy to kto? – zapytałem.
– Najgorsze mendy. Nie dadzą żyć człowiekowi, jak im się coś nie spodoba. Z byle powodu mogą zabrać ci waty.
Po raz kolejny chciałem dowiedzieć się więcej o systemie płatności, ale zrezygnowałem, domyśliwszy się, że od tego drugiego usłyszę więcej. W drodze do mieszkania minęliśmy chyba ze sto identycznie wyglądających bloków.
– Nie macie okien? – spytałem. – Dziur w ścianach – dodałem, widząc niezrozumienie w wyrazie twarzy rozmówcy.
– A po co? Żeby ciepło dostawało się do środka? – odparł oburzony, w jego mniemaniu, idiotycznym pomysłem.
Weszliśmy do mieszkania.
– Weź prysznic, jak chcesz.
"W sumie miło byłoby się umyć", pomyślałem. Rozebrałem się i wszedłem do brodzika, zasuwając za sobą harmonijkowe osłony. Przyjrzałem się czemuś na kształt małego panelu wystającego ze ściany, nieopodal rurek. Były na nim dwa przyciski i wygięta rurka do złudzenia przypominająca dozownik mydła. Nacisnąłem najbliższy przycisk, a z rurki, jak podejrzewałem, popłynęła gęsta, bezzapachowa maź białego koloru. Drugą ręką nacisnąłem drugi klawisz. Tego się nie spodziewałem.
W równym czasie pod ogromnym ciśnieniem wyleciało na mnie sześć strumieni wody obejmujących całe ciało. Zanim zdążyłem złapać oddech, woda przestała płynąć, a mnie uderzył strumień zimnego powietrza, na tyle mocny, że zrzucił ze mnie większość wody, i na tyle lekki, by mnie nie przewrócić. Stałem tak przez chwilę dopóty, dopóki maszyna nie przestała działać, z resztkami mydła w ręce, śmiejąc się do siebie. Ponownie napełniłem dłoń mydłem i rozsmarowałem je po ciele. O dziwo, ta niewielka ilość wystarczyła, by dokładnie namydlić całe ciało. Spodziewając się wodospadu, a raczej biczy wodnych, nacisnąłem przycisk. Woda zmyła płyn czyszczący, ale musiałem powtórzyć ten zabieg, by usunąć do końca mydło z pleców.
Wyszedłem prawie suchy i, o dziwo, czułem się odświeżony po tym ekspresowym natrysku. Włożyłem stare ciuchy i wszedłem do pokoju. Gospodarz spał, ale gdy tylko drzwi zamknęły się za mną, otworzył oczy.
– Dam ci jeden z moich czystych przycielników. – Miał na myśli jednoczęściową bieliznę przypominającą śpioszki dla dorosłych z klapą z tyłu i rozporkiem. Włożyłem czysty przycielnik i poczułem się zrelaksowany i śpiący.
– Masz. – Wręczył mi jeden z pasków żywieniowych.
Pozwoliłem mu spokojnie się rozpłynąć, połykając jednocześnie hektolitry śliny. Tak, to było to.
– Połóż się tutaj. – Pokazał połowę twardego łóżka. – Chyba że chcesz leżeć na podłodze?
– W sumie to bez różnicy. Jeśli masz jakieś nakrycie, to mogę spać na podłodze.
Okazało się, że leżenie na płytkach podłogowych było trochę wygodniejsze od twardego łóżka. Zasnąłem jak aniołek.
Kiedy się obudziłem, gospodarz krzątał się po pokoju, wkładając ubranie.
– Muszę iść na biegomus. Wracam za osiem godzin. – Założył gogle. – Nie wychodź, bo z powrotem się nie dostaniesz beze mnie. Wiesz, zamki na odcisk.
Po tym wyjaśnieniu wyszedł z mieszkania. Z nudów zajrzałem do wszystkich zakamarków. Odkryłem, że ta dziwna muszla zabiera "urobek" próżniowo, jak w samolotach. Kiedy nacisnąłem taflę lustra, otworzyła się szafka, w której zauważyłem jakieś elektryczne przyrządy i zapas, jak mi się zdawało, mydła. Nie dawało mi spokoju, skąd wytrzasnął drugi komplet ubrań, jeśli nie ma innej szafki. Mając wystarczająco dużo czasu, rozwiązałem nurtującą zagadkę.
Otóż patent był prosty. W szafce za lustrem wystarczyło nacisnąć jeden z guzików, który blokował ją na wybranym położeniu. Wcześniej uznałem to za mocowanie półek. Należało nacisnąć w dół lub w górę, aby jak w windzie odsłonić kolejne jej poziomy. Pomysł był ciekawy, ale z mojego punktu widzenia mniej praktyczny od zwykłych szafek. Z tego, co zrobiłem później, nie byłem dumny, ale z nudów nie wytrzymałem. Dokładnie przyjrzałem się łóżku i znalazłem szuflady, w których były schowane proste ręczne narzędzia do obróbki drewna. To nieładnie grzebać w cudzych rzeczach, ale szybko usprawiedliwiłem się brakiem innych zajęć.
Mój wybawca był stolarzem. Kiepskim amatorem, ale stolarzem. Dotarłem do jeszcze jednej ważnej rzeczy: kranu. Był ukryty pod prysznicem. Nie zauważyłem go wcześniej, bo idealnie komponował się z dyszami natrysku. Woda była czysta i bez smaku. Ostatecznie zacząłem zastanawiać się, jak nazwać mojego gospodarza, bo nie podobały mi się numerki. Pasowało mi: Czesio stolarz. "Ciekawe, jak na to zareaguje", pomyślałem.
Zgodnie z radą cały czas, kiedy go nie było, przesiedziałem w mieszkaniu. Byłem wykończony bezczynnością. Czesio nie miał żadnych urządzeń: ani telewizora, ani radia, ani komputera. Musiał być bardzo biedny. Ciekawe, czy w ogóle znał pojęcie rozrywki. Tak czy owak żył skromnie, a mimo to mi pomógł. Podzielił się paskami i przygarnął do mieszkania. Byłem mu bardzo wdzięczny. Czym się kierował? A może zrobił to bezinteresownie? Czy miał ukryty plan? Odrzuciłem tę ostatnią myśl jako nazbyt fatalistyczną. Otworzyły się drzwi i do środka wszedł Czesław.
– Dobrze, że czekałeś. Daj mi chwilę na natrysk, a potem się przejdziemy. Umówiłem się ze 105-8-6.
Wyszliśmy na zewnątrz.
– Mieliśmy szczęście, że tak szybko go spotkałem – mówił po drodze. – Zazwyczaj widuję go w barze 95-27-1, gdzie przesiaduje w czwarte noce, a dziś dopiero druga.
– Macie bary? – zdziwiłem się.
– A wy nie macie?
– Mamy, tylko jakoś tak pomyślałem... Sam nie wiem... Głupie pytanie.
– 105-8-6 na pewno coś wymyśli, zresztą zawsze ma wyjście dla takich jak ty.
– To nie jestem pierwszy?
– A skąd. Jesteś trzecim bezwatowcem, którego przyjmuję, ale pierwszym niezaszpilowanym. 105-8-6 zawsze przelewa mi trochę watów za każdego. Tak czy siak znajdzie jakieś rozwiązanie, przynajmniej tak mówi – zakończył i rozejrzał się dookoła. – Tu poczekamy.
Zacząłem się martwić. "A więc jednak wybawiciel miał w tym interes, aby mnie uratować i oddać koledze. A co, jeśli to pułapka? Nagonka czy łapanka do ichniejszego termosu? Nie. Jakby tak było, to po co mieliby mnie ukrywać. A może dla nagrody? Nie mam wyjścia, teraz na pewno wpadnę w łapy tych czarnych. Pozostaje mi czekać na rozwój wypadków".
Czesio rozglądał się w poszukiwaniu kolegi. Ulicami przechadzali się miejscowi, pojawił się pojazd bańka. Stolarz natychmiast ruszył z miejsca krokiem zdecydowanym, ale niespiesznym. Podążyłem za nim.
– Niebezpiecznie jest stać w miejscu. Zbyt podejrzane – wyjaśnił.
Gdy bańka zniknęła, wróciliśmy na poprzednie miejsce. Wybawca spostrzegł postać stojącą przy budynku, obok którego wcześniej staliśmy, i przyspieszył.
– To ten? – odezwał się stanowczo wysoki mężczyzna w ciemnym, ale podobnym do naszego stroju.
– Tak – odparł Czesław.
Uścisnęli sobie dłonie i zauważyłem migoczące liczby na przedramionach. Kiedy pojawiło się zero, dłonie się oddaliły.
– Za mną – polecił szary człowiek.
Nie była to prośba, więc ruszyłem z miejsca. Trzymałem się blisko, ale było to trudne; o głowę wyższy mężczyzna prawie biegł. Pozostawiliśmy za sobą wiele takich samych budynków, więc po którymś z kolei straciłem orientację. Minęliśmy olbrzymi plac w kształcie elipsy, po którym biegało chyba ze dwieście osób. Liczna grupka zebrana przy srebrnych bramkach wejściowych czekała na swoją kolej. Po drodze dostrzegłem kilka takich placów.
– Co to? – zapytałem.
– Nie teraz. Pytania później – zganił mnie mężczyzna surowym głosem.
Zobaczyłem czteroosobową grupę ludzi pochylających się nad dziurą w płytkach, wyciągającą z niej lub opuszczającą do niej plastikowe rury. Ich uniformy były koloru niebieskiego. Wyraźnie zapracowani, nie zwrócili na nas uwagi. Otwór znajdował się tuż przy ścianie budynku. Korciło mnie, aby o nich zapytać, ale ostatnia odpowiedź odebrała mi nadzieję na otrzymanie wyjaśnienia. Podeszliśmy do jednego z budynków, wysoki mężczyzna otworzył drzwi. Zobaczyłem taki sam korytarz jak u Czesia, wraz z czterema drzwiami i schodami. Skierowaliśmy się do drugich drzwi. Szary gigant przyłożył rękę do ściany, co spowodowało ich otwarcie. Wszedłem do środka. Zanim zdążyłem zareagować, drzwi za mną się zamknęły i zostałem sam. Pokój był pusty. Rzuciłem się do wyjścia i zacząłem walić w nie pięściami.
– Otwórz! Co jest grane?! – krzyczałem.
Nikt nie odpowiadał. Nie było okien, ściany przy uderzeniach wydawały głuchy dźwięk. Domyśliłem się, że to niejedyna warstwa dzieląca mnie od świata zewnętrznego. Pobiegłem do łazienko-kuchni. Był tam jedynie sedes, taki jak u Czesia. Mieszkanie było puste, bez chociażby lustra czy ukrytej szafki. Prysznic został zdemontowany, a otwory zaślepione twardą mieszanką. Na ścianie przy drzwiach znajdowała się mała wtopiona płytka, której nie byłem w stanie stłuc, nie działała także na mój odcisk. Nie mogłem panikować. Ten oprawca musiał mieć jakiś plan. Musiał wrócić. "A może to aklimatyzacja? Na pewno wszystko jest w porządku", pocieszałem się. Usiadłem pod ścianą i próbowałem się uspokoić.
Godziny mijały, nikt nie przychodził. Byłem głodny i spragniony. Próbowałem nawet powiększyć otwory w ścianach, ale spoiwo było zbyt twarde. Plastikowe pojemniki na pasku rozleciały się po pierwszych uderzeniach, nie wyrządzając żadnej szkody ścianie ani drzwiom. Płytki z ubrania były jeszcze bardziej kruche. Traciłem siły i poczucie czasu. Zdawało mi się, że zasypiam na chwilę.
Mijały dni, a może tygodnie, nie wiedziałem. Mój żołądek jednak mówił, że nie jadłem od co najmniej trzech dni. Język zmienił mi się w kołek. Nie pomagało nawet ssanie paska z tkaniny. Wiedziałem, że musiało minąć sporo czasu, bo czułem ogromne pragnienie, a ból, który ogarniał moje ciało, był nie do wytrzymania. Marzyłem o kropli wody. Przypomniałem sobie pewien niebezpieczny sposób, o którym słyszałem w telewizji. Własny mocz. Zacząłem żałować, że już kilka razy opróżniłem pęcherz. Byłem zdesperowany. Próbowałem oddać mocz na ręce, ale te trzęsły się, a przy tym wydawało mi się, że nie mam ani kropli płynu w pęcherzu.
Drzwi otworzyły się i do środka wszedł wysoki mężczyzna. Podszedł i się nachylił.
– Kto cię przysłał? – zapytał spokojnie.
Próbowałem coś powiedzieć, ale spuchnięty język utrudniał mówienie.
– No, kto cię przysłał? – powtórzył.
Całą siłą woli zmusiłem się do odpowiedzi.
– Nikt. – Mój głos był zachrypnięty i cichy.
Mężczyzna wyszedł ponownie. Ogarnęła mnie panika. A więc to koniec. Straciłem przytomność.
Ktoś mnie cucił, czułem uderzenia na twarzy.
– Kto cię odszpilował? Ile dostałeś za informacje? – zapytał.
– Ja nic nie wiem – wysapałem.
– Jak chcesz. – Ruszył do drzwi.
– Błagam! Nie wiem, o czym mówisz! – wycharczałem za nim i rzuciłem się w jego stronę, próbując złapać za stopy. Odwrócił się i spojrzał na mnie. Ten rzut kosztował mnie zbyt wiele. Ponownie straciłem przytomność.
Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem sufit pokoju. Ktoś chodził niedaleko mnie. Otworzyłem powieki na pełną szerokość. Leżałem na jakimś podniesieniu, chyba łóżku, bo było mi wygodnie. Z mojej ręki biegła rurka kroplówki kończąca się w butli z przeźroczystym płynem. Nie czułem głodu, a w ustach ponownie miałem wilgotno. Postacią stojącą niedaleko mnie okazał się drągal, który mnie tu zamknął.
– Przepraszam za to, ale musiałem mieć pewność – powiedział, jednocześnie wzruszając ramionami. – To jedyny sposób, na jaki nas stać. Wszystkie maszyny i wykrywacze są poza naszym zasięgiem – dokończył, podchodząc bliżej i siadając obok mnie.
– Poleż jeszcze jakiś czas i nabierz sił. Spróbuj się zdrzemnąć.
Zamknąłem oczy i zapadłem w leczniczy sen.
Nie wiem, jak długo spałem. Gdy się obudziłem, w pokoju nie było nikogo. Wyglądał też inaczej niż poprzedni. Miał wygodne łóżko z materacem, dwie wiszące szafki i kilka półek. Znalazło się także miejsce na mały, drewniany stół z parą taboretów. Przy łóżku stała duża skrzynia zamknięta na coś w rodzaju zamka, tylko zamiast dziurki na klucz miała szklaną lub plastikową płytkę. Rozmiar i rozkład pomieszczenia były identyczne, więc zajrzałem do łazienko-kuchni. Znajdował się w niej obudowany ze wszystkich stron prysznic, pod który wchodziło się przez niskie zasuwane wejście. Miał też inaczej rozmieszczone dysze, po trzy z każdej strony. Była tam mała umywalka, a raczej miska, nad którą znajdował się krótki kran. Lustro, jak poprzednio, skrywało windową szafkę. Z boku zauważyłem jeszcze jeden taki wynalazek, ale tym razem bez drzwiczek czy lustra. Po prostu wnęka. Półki skrywały pojemniki na paski spożywcze i kilka urządzeń elektrycznych niewiadomego zastosowania. Całość wykańczała miska klozetowa, identyczna z tą u Cześka. Przeszukawszy wszystkie miejsca, nie znalazłem tylko rzeczy codziennego użytku, takich jak małe ręczniki, ubrania, pościel itp. W tym mieszkaniu także nie zauważyłem żadnych urządzeń RTV. Usiadłem na łóżku. Wkrótce wrócił mój oprawca. Już w progu zobaczywszy mnie na nogach, uśmiechnął się delikatnie, pokazując tylko górne zęby.
– Na pewno jesteś głodny, już daję ci pasek – powiedział, kierując się do małego pomieszczenia. – Jesteś niezaszpilowany – zaczął, będąc jeszcze w drugim pokoju – więc musiałem cię sprawdzić. Ponownie przepraszam. – Wszedł do sypialni i podał mi pasek.
Od razu chwyciłem pożywienie i włożyłem do ust. Znajoma fala ślinotoku zapełniła mi usta. Wysoki mężczyzna mówił dalej.
– Wiesz... Odszpilowanie to bardzo trudna i niebezpieczna procedura. Odszpilować można się tylko u nas albo u góry. Jeśli my cię nie znamy, to logiczne, że musieli cię odszpilować ludzie Prodyra, aby się do nas dostać. Ale jak widać, istnieje jeszcze możliwość, że jesteś z innego państwa, z którego jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby ktoś nas odwiedził. 215-10-6 mówił, że jesteś jakiś inny i nic nie rozumiesz, że jesteś spoza Polski.
Przysłuchiwałem się tym tłumaczeniom, nie mogąc się zrewanżować odpowiedziami, gdyż usta miałem wypełnione śliną. Listek się kończył i za chwilę zniknął całkowicie, co pozwoliło mi wtrącić się w monolog.
– Można tak powiedzieć, że spoza Polski.
– Co cię tu przygnało i jak się do nas dostałeś?
W pierwszym momencie nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu w mojej głowie wykluła się historia.
– Z własnej głupoty. Chciałem zwiedzić wasz kraj i myślałem, że jestem dostatecznie przygotowany na to, co zastanę, ale się przeliczyłem. Ostatecznie zabrakło mi zapasów, ale na szczęście na czas znalazłem się blisko waszego miasta i udało mi się dostać do środka potokiem.
– Czy ktoś widział, jak korzystałeś z tego przejścia?
– Wydaje mi się, że nikt.
– To dobrze. – Odsapnął. – Szkoda by było, żeby je znaleźli. Powiedz mi więcej o swoim kraju, bo my nie mamy żadnych informacji spoza Polski.
– Nie macie telewizji? – zapytałem.
– Tele... czego?
– Telewizji, mediów, gazet? Tego, z czego czerpiecie informacje.
– Informacje? A jakie informacje mogłyby być interesujące? – zapytał.
– Sam mnie właśnie pytasz o mój kraj.
– Bo cię spotkałem i tyle. Jesteś pierwszy i jak do tej pory nie interesowało mnie, co się dzieje w innych krajach.
– A na przykład w innych waszych... Jak to nazywacie? Kręgach? – szedłem w zaparte.
– Po co mi wiedzieć, co się tam dzieje? Wszyscy, których znam, żyją tutaj, a poza tym, co takiego mogło się dziać tam, co nie dzieje się tutaj?
– A skąd wiesz, że tam się nie dzieje nic innego, skoro nie masz stamtąd informacji?
– No wiesz, czasami ktoś z innych kręgów przyjedzie w tym czy innym celu, na przykład służbowym. Ja kiedyś byłem w Turecku naprawiać panele, bo nie wystarczało im rąk do pracy, i widziałem, że jest tak samo jak u nas. Więc po co miałbym tam jeździć prywatnie? Zresztą i tak trzeba mieć dopust, aby opuścić krąg. Wolę siedzieć u siebie, co miałoby mnie tam ciągnąć? Mają to samo, co my. Ale z ciebie dziwak. Co za różnica, gdzie jesteś: czy tu, czy tam. A informacje stamtąd? Nie sądzę, żeby mieli coś ciekawego do przekazania. Co tak wypytujesz? – zapytał podejrzliwie.
– Z ciekawości, jestem tu pierwszy raz – odparłem.
– Musicie mieć zupełnie inaczej tam, skąd pochodzisz. A właściwie skąd?
Nie mogłem powiedzieć prawdy, więc rzuciłem pierwszą nazwę, jaka mi przyszła na myśl.
– Z Nibylandii.
– Daleko to?
– Dość daleko.
– To wszystko brzmi tak niewiarygodnie, ale patrząc na ciebie, mam uczucie, że powinienem ci zaufać – odrzekł.
– Co to za szpila? – zapytałem.
– Nie wiem dokładnie, jak to działa, ale na pewno w jakiś sposób łączy się z czytnikiem watów w sklepach, bo bez nich nie da się nic kupić, przelać należności czy zarobić.
– Wcześniej wyraziłeś się: my. Macie jakąś grupę?
– Podziemie – powiedział, machinalnie ściszając głos.
– Czyli? Jaki macie cel?
– Przeszkadzać władzy. Parę lat temu był przeciek z archiwum gabinetu głównego i obiegł on całą Polskę, że Prodyr wysy...
– Prodyr? – przerwałem pod wpływem natłoku dziwnych wyrazów.
– Nasz władca. Okazało się, że wysyła do kopalni niewinne osoby, a ich liczba z każdym rokiem rośnie. Nie możemy na to pozwolić ani się temu przyglądać, więc umilamy mu życie.
– Czyli co robicie? – drążyłem.
– Przekonasz się, a na razie wystarczy pytań. Jestem zmęczony. Dopiero co skończyłem zmianę, a później jeszcze zaliczyłem biegomus, żeby odbić sobie twój koszt.
– Biegomus?
– Później, teraz naprawdę muszę się zdrzemnąć – uciął.
Położył się na łóżku i po chwili zasnął. Spał na tyle długo, że i ja, znudzony, zdrzemnąłem się przy stole. Tyczka, bo tak nazwałem mego "oprawcę", wstał nagle i zerknął na wewnętrzną stronę lewego nadgarstka, gdzie znajdowało się coś, co przypominało plastikową opaskę.
– No, mamy trochę czasu do rozpoczęcia mojej zmiany – ucieszył się. – Może się przejdziemy, bo na pewno masz dość ścian.
Potwierdziłem kiwnięciem głową. Wyszliśmy na zewnątrz. Okazało się, że zostałem przeniesiony, bo więzienie, które mi zafundował pseudooprawca, znajdowało się na parterze, a teraz musieliśmy zejść dwa piętra, by wyjść z budynku. Był środek nocy, a księżyc zakrywały chmury. Dawał tylko nikłe światło, prawie nic nie widziałem.
– Musimy załatwić ci gogle – zdecydował mój towarzysz, widząc, jak powoli stawiam stopy, bojąc się utraty równowagi czy nagłego zderzenia z niewidoczną przeszkodą. – Chwyć mnie pod ramię i zaufaj mi.
Chodziliśmy tak prawie godzinę, a ja mogłem zadać większość nurtujących mnie pytań. Okazało się, że społeczeństwo jest podzielone na klasy przydatności zwane dziedzinami, czyli klasami zawodowymi. Każdy musiał zaliczyć jeden poziom nauki, po czym część kontynuowała naukę na konkretnych kierunkach związanych wyłącznie z przyszłą pracą. Ci, którzy ukończyli trzy poziomy, wykonywali pracę w swojej dziedzinie, na przykład prowadzenie instalacji wewnątrz mieszkań. Do tej właśnie kasty należał Tyczka. Kiedy zapytałem go o działanie paneli, stwierdził, że zna tylko zasadę, czyli ruch płytki pod naciskiem stopy zamieniany na energię zasilającą krąg – miasto. Tyczka był zaskoczony moją wiedzą i ocenił ją na przynajmniej siódmy poziom.
Jeszcze bardziej się zdziwił, kiedy okazało się, że moja wiedza z innych dziedzin przekracza trzeci poziom, na jakim on był. Wszyscy mieszkańcy, którzy ukończyli swoją edukację, mieli wiedzę tylko z danej dziedziny, reszta była na poziomie podstawowym. Mój nowy kompan znał się tylko i wyłącznie na działaniu instalacji w mieszkaniach i nie był w stanie wyjaśnić zasady funkcjonowania żadnego urządzenia, włącznie z opaską, która okazała się zegarkiem, czy tak zwanymi kinetykami, czyli płytkami podłogowymi. Najdziwniejsze było to, że nie wykazywał zainteresowania, aby poszerzyć swoje wiadomości. Twierdził, że każdy posiada tylko szczątkową wiedzę na temat historii, kosmosu czy biologii.
– Od tego są inni, którzy ukończyli swoje dziedziny. Po co mam zaśmiecać sobie głowę nieistotnymi informacjami? – odparł na pytanie o potrzebę wiedzy.
Zostali pozbawieni ludzkiego instynktu, jakim była ciekawość.
– Ostatecznie przeniesiesz się do podziemia, bo tu nie masz zupełnie życia, no i to zawsze ryzyko, kiedy widują nas razem. Może tam wymyślą, jak ci pomóc, a z twoimi poziomami na pewno jakoś cię wykorzystają. Musimy jednak trochę poczekać, bo łącznicy są bardzo rzadko. Raz na tydzień kontaktują się ze mną przy trasie biegomusu w innej kwarcie. Wkrótce powinno się wszystko wyjaśnić.
– Czyli te tory, gdzie biegają, to biegomusy? – Wróciłem do pytania.
– Tak. To dokładnie to. Jedynki, czyli ci, co mają tylko jeden poziom, tylko w taki sposób mogą zarobić na paski, wodę czy mieszkanie.
Zapytałem, na czym to dokładnie polega, i dowiedziałem się, że każdy, nie tylko jedynki, może skorzystać z tych tras, ale to najmniej opłacalny zarobek. Na trasie może być jednocześnie tylko sto pięćdziesiąt osób. Gdy wejdzie się na tor, komputer zaczyna liczyć, ile twój bieg przynosi energii. Ostatecznie na przykład po ośmiu godzinach otrzymuje się, w zależności od swojego poziomu, tyle watów, ile się wygenerowało. Jedynki dostają najmniej, później dwójki, trójki i tak dalej, do dziesiątki, choć tych powyżej czwórki nikt jeszcze nie widział na torach. W mieście zauważyłem, że niektórzy obywatele biegają i sądziłem, że to zwykły jogging – do momentu, gdy zauważyłem, jak na nich patrzył mój towarzysz. Zapytany o swoją reakcję, wyjaśnił.
– To są ci prawomyślni, którzy oddają kręgowi waty z własnej woli. Rozumiesz? Biegnąc, pokonasz większy dystans, naciśniesz więcej płytek, wytworzysz więcej watów, niż chodząc. To, co wypracujesz na chodnikach, idzie tylko do władzy. Na biegu czy chodzeniu zarobisz tylko na biegomusie.
Bardzo dobrze zrozumiałem postawę Tyczki. Przyszła mi na myśl historia Polski i podziemia, gdzie każda, nawet najmniejsza pomoc ciemiężcy była hańbą.
– Nie masz mi tego za złe, że tak chodzimy po mieście? – spytałem.
– Oczywiście, że nie. To inna sytuacja, musisz czasem wyjść z domu.
Przez kolejne noce mimo zajęć i fizycznego wyczerpania Tyczka zabierał mnie na długie spacery. Kilkakrotnie przepraszał, że nie może zaprosić mnie do jakiegoś baru, ale uważał to za zbyt niebezpieczne. W takim miejscu ktoś mógł dostrzec brak szpili w moim karku, a to wiązałoby się z odesłaniem mnie do kopalni.
– Dzisiaj zostaniesz sam w mieszkaniu, bo muszę wrócić do rodziny. Podobno córeczka jest chora. Ale jutro się zjawię i wezmę na miejsce spotkania 78-40-4.
– Masz dziecko i żonę? – zapytałem zdziwiony.
– No, chyba nic w tym dziwnego? Posiadanie rodziny to wielka radość, a na dodatek ogromny bonus w watach.
Zapytany o szczegóły finansowe, odpowiedział, że jeśli dwoje ludzi się połączy i będzie miało dziecko, to do szesnastego roku życia dziecka otrzymuje się, jak to określił, trzecią część więcej, czyli trzydzieści trzy procent, a za następne potomstwo dwadzieścia procent. Ponadto w tym czasie przysługuje większe mieszkanie.
– To oznacza, że tam, gdzie teraz śpię, to nie twoje lokum?
– Nie. Stare są zabierane i oddawane innym, a jak już odchowasz dzieci, to dostajesz mniejsze. To mieszkanie to pustostan, który zaadaptowało podziemie na takie sytuacje, lokum w jakiś sposób jest blokowane w systemie.
Tyczka wpuścił mnie do mieszkania. Żegnając się, rzucił już za progiem:
– Ogol się, bo wyglądasz strasznie.
Przypomniałem sobie, że już dawno się nie goliłem. W łazience znalazłem maszynkę wyglądającą na golarkę, sądząc po siatce na końcu. W urządzeniu był przełącznik. Po wciśnięciu go usłyszałem cichy dźwięk silniczka elektrycznego – to była maszynka do golenia. Powoli skróciłem trymerem brodę, po czym ogoliłem się dokładnie. Skóra mnie piekła, ale to uczucie szybko minęło. Czułem się odświeżony.
Tej nocy śniło mi się, jak uciekam przez dziwne miasto. Było ciemne i mroczne. Odbijałem się od budynków, których nie widziałem. Podnosiłem się i biegłem dalej. Nie wiedziałem, kto mnie goni, ale musiałem biec. Przytłaczały mnie czerń ulicy i nieme postaci, które mijałem. Obudziłem się zmęczony jak po maratonie.
"Jak można żyć w tym ciemnym miejscu?", pomyślałem. Odrzuciłem poczucie wyobcowania i zagubienia, jakie pozostało po oddalającym się koszmarze. Tak, miasto było ohydne. Ciemne, identyczne bloki nie napawały optymizmem. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że na zewnątrz wychodziłem jedynie z przymusu ruchu, a i ten był utrudniony ze względu na wszechobecną czerń. Zatęskniłem za domem, choćby za trawą rosnącą po drugiej stronie muru okalającego tę mroczną krainę. Nie mogłem jednak tam wrócić, bo wiedziałem instynktownie, że tylko tutaj, w środku, znajdę odpowiedź na pytanie, w jaki sposób dostać się do domu. Jeśli to tylko sen, to trwał już stanowczo za długo. Coś mi mówiło, że jednak nie śpię i muszę zmierzyć się z nową rzeczywistością. Wstałem i wziąłem prysznic.
Po myciu był czas na posiłek. Kiedy pasek spożywczy zupełnie się rozpuścił, do mieszkania wszedł Tyczka.
– Gotowy? – zawołał od progu.
– Gotowy – odpowiedziałem i wyszedłem z nim na zewnątrz.
Szliśmy długo, na moje niewprawne oko musieliśmy przejść co najmniej osiem kilometrów.
– O, widzisz tych? – Tyczka wskazał na dwóch osobników w, jak mi się zdawało przy tym nikłym świetle, brązowych kombinezonach; szperali w urządzeniu bramkowym przy trasie biegomusu. – To piątki albo szóstki z dziedziny elektro.
– Czyli tej co ty? – zapytałem, sugerując się tym samym kolorem kombinezonów.
– Tak, ta sama dziedzina, tylko dwa lub trzy poziomy wyżej – odparł.
– Po czym poznajesz, który to poziom?
– Oprócz tego, że grzebią w czytnikach bramkowych, których mechanizmy są bardziej skomplikowane niż kinetyków, to po naszywkach.
– Jakich naszywkach? – zapytałem, nie dostrzegłszy żadnej.
– A faktycznie, bez gogli ich nie zobaczysz, mają jasny znak "elektro" na rękawach na tle oznaczenia poziomu. Tak jak ja tutaj. – Pokazał swoje ramię. – Znak i trzy kreski w tle. – Nakreślił na gładkim materiale kółko i trzy pionowe paski. Przyglądając się z bliska, dostrzegłem delikatne różnice w materiale.
– Muszę mieć gogle – oznajmiłem.
– Dostaniesz na pewno.
Przystanęliśmy przy jednej z tras biegomusu, gdzie grupki mieszkańców czekały na swoją kolej. Odeszliśmy kilka kroków od kolejki. Było sporo gapiów. Tworzyli grupki, obserwując pracę biegaczy, i prowadzili gorączkowe dyskusje.
– Zakłady – powiedział cicho Tyczka, widząc, komu się bacznie przyglądam. – Robią zakłady o czas poszczególnych jedynek, a i te mogą dzięki temu dorobić do małej pensji.
– Powiedz mi jeszcze, po co wam te płytki na skafandrach. Przecież z tego światła nie ma zbyt wiele energii. – Pokazałem księżyc.
– Zdziwiłbyś się, ile się czasem uzbiera w ciągu roku. Ale masz rację, to nie są wielkie ilości, jednak zawsze wystarczy, żeby doładować na przykład maszynkę do golenia, zamiast pobierać kosztowne waty z gniazda. Można je bardziej wykorzystać, jeśli wyjdziesz w dzień, ale na to decydują się tylko desperaci.
– Takie to niebezpieczne?
– Tak. W dzień jest tak gorąco, że bez kasków, jakie mają czarni, nie dałoby się długo oddychać, nie mówiąc już o oparzeniach, jakich natychmiast byś się nabawił. No i nie zapominajmy, że te uniformy nie są przystosowane do takich temperatur.
– Witam, 105-8-6. –Wystraszył mnie jakiś głos i bezwiednie przyjąłem postawę obronną.
Przede mną stał niewysoki mężczyzna o okrągłej, pucułowatej twarzy, choć reszta jego ciała wyglądała na szczupłą i wysportowaną. Miał chyba zielony kombinezon. Wyciągnął rękę i położył na ramieniu Tyczki, a ten odwzajemnił gest. Widok był zabawny, bo nowy przybysz był o dwie i pół głowy niższy od mojego kompana. Kiedy zdjęli ręce ze swoich ramion, wyciągnąłem dłoń gotową do powitania. Zielony spojrzał na mnie i na dłoń, wyraźnie zdziwiony. Cofnąłem rękę.
– Co robisz? – zapytał.
– Chciałem się przywitać – odparłem naturalnie.
– Spójrz tam. – Wskazał grupkę ludzi nieopodal. Dwoje z nich ścisnęło sobie dłonie, a na płytkach znajdujących się na przedramionach pojawiły się liczby. Jednemu na plus, drugiemu na minus.
Zrozumiałem swój błąd. Przyjrzałem się uważnie dłoniom moich towarzyszy i zauważyłem, że każdy z nich na zewnętrznej stronie, tuż za kciukiem, ma delikatnie wyżłobioną płytkę, tak że przy tego typu geście kciuk jednego ląduje dokładnie na tym, jak mi się wydawało, czytniku, i vice versa. W ten sposób można było przekazać sobie dowolną liczbę watów.
– Przepraszam, nie wiedziałem – pokajałem się.
– Nic się nie stało. – Zielony chwycił mnie za ramię w geście powitania. Odwzajemniłem uścisk. Pod kombinezonem wyczułem muskularną rękę.
– Jestem 78-40-4 – rzekł i zwolnił uścisk.
– Szymon Dobrowolski.
– Że jak? – zapytał. Wytłumaczyłem ponownie nazewnictwo w moim wyimaginowanym kraju. Śmiesznie, po co wam imiona, jak i tak różnicie się zameldowaniem? Na co dodatkowe nazwy?
– Zameldowanie zawsze można zmienić, wy też przecież zmieniacie adres, gdy zakładacie rodzinę – broniłem swoich racji.
– Tak, ale to się dzieje raz, dwa razy w życiu, więc nie przeszkadza mi to. Zresztą szybko się przyzwyczaiłem do nowego numeru. Moi znajomi również. To nie problem.
– A widzisz. U mnie można przeprowadzać się znacznie częściej, a imię zostaje, no a nazwisko to kwestia rodziny. Od razu wiadomo, że jestem z kimś spokrewniony. – "Przynajmniej w większości przypadków", w tej chwili przeleciało mi przez myśl nazwisko Kowalski.
– Przedziwnie, jesteście bardzo przywiązani do rodziny – skomentował Tyczka.
– No tak, a u was jest inaczej?
– Rodzina to rodzina. Jest ważna, ale żeby to podkreślać nazwiskiem czy inną wspólną nazwą? Zresztą zbyt często zdarza się, że po zakończeniu edukacji dostaje się przydział daleko od rodziców, co jest normą.
– Och, porzućmy teraz tę gadaninę – wtrącił się ponownie Tyczka.
– Masz rację, my mamy tak, wy tak, a na razie wspólnie mamy konkretny plan.
– To ja się żegnam i sądzę, że się jeszcze zobaczymy – rzekł elektryk, podnosząc rękę w kierunku mojego ramienia. – Jeszcze raz przepraszam za tamto, ale rozumiesz, nikt nie chce iść do kopalni przez szpicla.
– Rozumiem – odparłem i chwyciłem go za ramię w geście pożegnania.