Posłowie
"Tego typu
książkę może napisać tylko człowiek stary, żaden młody
człowiek nie potrafi tego napisać. Mnie pchnęli do tego, i to
pchnęli wszyscy. Generałowie, nie generałowie, żołnierze, nie
żołnierze. Żeby właśnie zacząć coś takiego, co będzie
absolutnie rozbijało wszystkie fałszywe legendy, że emigracja
nigdy nie mogła i nie miała takiej poezji ani literatury, ani
prozy, jak emigracja pierwsza [...]"
- tak
Marian Czuchnowski mówił o Szpiku
egzystencji w rozmowie z Wojciechem
Ligęzą. Było to wiosną 1988 roku. Autor Kobiet
i koni niczego już wtedy nie
publikował, a chyba i od dawna nie pisał. Mieszkał w niewielkiej
angielskiej miejscowości położonej nad samym kanałem La Manche. Z
dala nie tylko od Polski, którą był zmuszony opuścić jako znany,
choć zaledwie trzydziestoletni poeta, ale i z dala od Londynu, w
którym -
po trosze z konieczności, po trosze z wyboru -
spędził większość życia. W kraju
jego twórczość wywoływała wówczas niejakie emocje jedynie u
garstki specjalistów. W kręgach emigracyjnych, mówiąc
najoględniej, uchodził co najmniej za
skończonego odmieńca.
Wydaje się, że rola outsidera była
Czuchnowskiemu zwyczajnie pisana. Już we wczesnych latach
trzydziestych, gdy na cały jego dorobek składało się parę
entuzjastycznie przyjętych tomów poetyckich, wiadomo było, że
jest to pisarz osobny: "na
wskroś współczesny, wyrazem jednak i treścią swej twórczości
odrębny od innych i zupełnie samotny"
- jak się wyrażał Kazimierz Czachowski. Ani przelotny
związek z Awangardą Krakowską, ani nawet bliska znajomość z
Peiperem nie wywarły na jego poezji szczególnie silnego piętna.
Podczas gdy innych fascynował witalizm, w jego wierszach -
nie twierdzę, że bezpodstawnie -
doszukiwano się przejawów wyuzdania i zwierzęcego biologizmu.
Wielu w tym czasie autorów poszukiwało syntezy
epiki i liryki, formy, która
zacierałaby zastane granice gatunkowe, ale to właśnie jego próby
sprozaizowania poezji wyglądały na najśmielsze i najbardziej
udane. Gdy jego kolegów po piórze zaczęło satysfakcjonować samo
formalne nowatorstwo, jemu już marzyły się uspołecznione
eksperymenty. Na domiar jako publicysta Czuchnowski rychło
zapracował sobie na opinię zaciekłego wroga literackiego
establishmentu, co z pewnością wielu ówczesnym twórcom
imponowało, ale też niekoniecznie zjednywało mu przyjaciół. Jego
burzliwy temperament i skrajnie lewicowe poglądy w końcu
doprowadziły do tego, że zamiast zbierać kolejne pochwały co i
raz doświadczał cenzury, konfiskat, a wreszcie i aresztowań. W
połowie lat trzydziestych, jeśli tylko wierzyć relacjom naocznych
świadków, zamykano go bodaj częściej niż kolejne numery
poetyckich czasopism.
Czuchnowski
wyleczył się jednak z polityki bardzo szybko. W jednej chwili
dosłownie. "Moja
polityka skończyła
się na Sanie o
godzinie
6
wieczorem,
28 października 1939 r."
-
napisał po latach w jednym ze szkiców. Zatrzymanie przez NKWD
podczas przekraczania Sanu było dla niego nie tylko wstrząsem, ale
i początkiem prawdziwej gehenny. Najpierw czekały go więzienia w
Sanoku, Olchowcach, Lesku, we lwowskich Brygidkach, w Odessie,
Charkowie i w Moskwie. Potem były łagry w Kotłasie, Ust'-Wymie,
Kniaź-Pagoście i Uchcie. Potem zapadł na tyfus i -
w
ten sposób ratując się od śmierci -
przez
prawie pół roku przebywał w szpitalu zakaźnym w Taszkiencie;
pobyt ten opisał zresztą kilka lat później w kapitalnej powieści
Tyfus,
teraz słowiki
(1951). Gdy na mocy tzw. amnestii wyszedł w końcu na wolność i
zdołał się ewakuować z ZSRR wraz z armią Andersa, nie ufał już
w pełni żadnym systemom ideologicznym. Na temat aktualnych wydarzeń
politycznych wypowiadał się wyłącznie wtedy, gdy nie wypadało
milczeć. Nie wdawał się w spory światopoglądowe, nie angażował
się w ideowe dyskusje.
W
Londynie znalazł się wiosną 1944 roku i niemal od razu rzucił się
do pisania. Pisał dużo, jak gdyby na pełnych obrotach, tak jakby
pragnął nadrobić stracone lata. Być może nawet sprawiał w tym
czasie wrażenie pisarza "o
przerażająco pośpiesznym tempie tworzenia",
jak stwierdzała uszczypliwie Maria
Danilewicz-Zielińska w trafnych skądinąd Szkicach
o literaturze emigracyjnej. Sądzę,
mimo wszystko, że jego twórczość nie straciła uprzedniej siły
wyrazu. Po prostu coraz wyraźniej ewoluowała. Pierwsze powojenne
tomy Czuchnowskiego -
Pożegnanie jeńca
(1946), Pola minowe
(1951), Rozłupany przez perłę
(1952), częściowo też Motyl i
zakonnica (1953) -
przynosiły jeszcze wiersze pisane przeważnie "z
pamięci",
skierowane ku niedawnej przeszłości, utrzymane w tonie
rozrachunkowym bądź nostalgicznym, co w ogóle typowe dla poezji
powstałej zaraz po wojnie. Już jednak w zbiorze Dama
w jedwabnym płaszczu deszczowym
(1954), a przede wszystkim w wierszach, które autor Poranka
goryczy drukował w prasie od końca
lat pięćdziesiątych, dało się zauważyć znaczącą zmianę
optyki. Wciąż dużo było w tych utworach zmysłowości,
erotycznego napięcia, hiperbolicznych metafor, ale na pewno coraz
bardziej oddalały się one od poezji -
jak mawiał Czuchnowski -
w pojęciu akademickim. Miłosz w jednym ze swych ostatnich,
wspomnieniowych tekstów ogłoszonych w "Tygodniku
Powszechnym"
odnosił się do tych poszukiwań twórczych byłego awangardysty z
okrutną rezerwą: "podczas
kiedy w poezji angielskiej na przykład u Larkina -
powiadał -
widzimy proletariackie przedmieścia Londynu oglądane z góry, z
pozycji wykształconego obserwatora, proletariackie wiersze
Czuchnowskiego dają wgląd w szarość i bylejakość egzystencji
robotników, szwaczek, praczek, pracownic biurowych".
Oczywiście, przebijała w tej opinii nie tylko niechęć do
twórczości autora Reportera róż,
można się w niej dopatrzeć i pewnej awersji do marginalizowanych
warstw społecznych, rzecz jednak w tym, że zasadniczy rys
londyńskich wierszy Czuchnowskiego Miłosz oddawał celnie.
Rzeczywistość widziana z lotu ptaka nigdy specjalnie nie zajmowała
autora Szpiku egzystencji.
Uparcie stawał on raczej po stronie poezji "uczestniczącej"
lub przynajmniej stanowiącej świadectwo autentycznych doświadczeń.
Odkąd zadomowił się w Anglii jego
wiersze zdawały się jedynie mocniej zanurzone w codzienność,
coraz obficiej korzystał w nich z mowy potocznej, coraz częściej
opierał je na zasłyszanych monologach, osnuwał wokół na pozór
trywialnych przeżyć i faktów. Nie było w nich już nawet śladu
patriotycznego sztafażu; opisywały rzeczywistość konkretną,
nagą, pozbawioną złudzeń. Myślę, że choćby z tej racji wolno
je uważać za antycypację późniejszych wystąpień poetów Nowej
Fali. Zaryzykowałbym tezę, że wyprzedzały i głośny zwrot ku
traumatycznej rzeczywistości dokonujący się w sztukach wizualnych
ostatnich dekad XX wieku, który Hal Foster nazywa szumnie "powrotem
Realnego".
Obawiam się jedynie, że Czuchnowski by się obruszył, słysząc
określenie aż tak pompatyczne. Wolał mówić o powrocie do
"esencji"
albo do "surowizny".
O potrzebie zwrócenia się ku elementarnym ludzkim pragnieniom i
powinnościom. W
eseju Smak
śmietany,
który zamieścił niegdyś w londyńskiej "Oficynie
Poetów",
wyrażał się na ten temat następująco:
"W
literaturze pięknej, która zawsze mówi, czy chce czy nie chce, o
losie człowieka, jest zawsze wszystko, co było i jest z nim
związane. Pisarz to nie srebrny chwast, chociaż chwastów
pospolitych jest w każdej literaturze dużo, tylko mądry
konstruktor, inteligentny i zaangażowany w sprawie swych bohaterów
świadek [...], przyjaciel realnego człowieka. Nie takiego, którego
biurokraci wymyślili między drugą godziną w nocy a czwartą rano,
kiedy pędzą do pisuaru".
Szpik
egzystencji, liczący kilka tysięcy
wersów poemat nazywany przez samego autora "powieścią
wierszem",
niekiedy też "antologią
pewnej epoki",
stanowił rodzaj summy doświadczeń artystycznych Mariana
Czuchnowskiego. Geneza utworu była prosta, nieledwie prozaiczna; tak
w każdym razie poeta przedstawiał ją w rozmowie z Januszem
Kryszakiem przeprowadzonej w 1980 roku: "Pomysł
[...] nurtował mnie chyba od roku 1953. Mianowicie kiedyś, jeżdżąc
po Wielkiej Brytanii, odwiedzając obozy żołnierskie, z którymi
się nigdy nie rozstałem aż do ich rozwiązania, na to, żeby pisać
reportaże, zatrzymałem się w małej jakiejś wioseczce. [...]
usiadłem na przyzbie hoteliku i obserwowałem, jak kilka dziewcząt
- zdaje
się, że to było na pograniczu Walii i Anglii -
wyciąga z kotła coś, co wyglądało na kawałki mięsa. [...]
jedna z tych dziewcząt wyciągnęła kość. Była to kość wołu.
Fantastyczna. Grube wargi. Czerwone. Dziewczyna mogła mieć 14-15
lat, wyglądała na lat 35, tak jak czasami Walijki czy Angielki na
pograniczu wyglądają. Patrząc się na samotnego, starszego pana,
zaczęły się śmiać i wtedy, wziąwszy ten potężny kawał kości
wołu do obu rąk, umazana tłuszczem, zaczęła ssać szpik z tej
kości. Zapomniałem zupełnie o tym wydarzeniu, nie pamiętałem,
swoje zrobiłem, wróciłem. Ale ta scena, wtedy o tym zmierzchu
walijsko-angielskim, w tym małym hoteliku, utkwiła mi tak w
pamięci, że ni stąd, ni zowąd przypomniałem sobie scenę z,
zdaje się, powieści, a może i dramatu Władysława Orkana
absolutnie identycznej treści. Orkan opisuje, jak panna czyli
wyrośnięta wysysa szpik z kości wołowej i z ogromnym [...]
zadowoleniem patrzy się na parobka, który niesie wiadro wody i dla
żartu, żeby pokazać tej dziewczynie, że jest krzepki i dobry,
oparł rękę na stole i powiesił wiadro wody na swojej ręce. Coś
mnie tknęło przy lekturze, kiedyś bardzo dawno [...]. Przyjechałem
z tych wszystkich objazdów, zdaje się, że napisałem dwie czy trzy
książki liryków i zupełnie o tym wszystkim zapomniałem. Gdzieś
koło 1953-54 roku nagle, ćmiąc papierosa i słuchając radia,
przyszło mi do głowy, że już jest czas, żeby napisać książkę,
która nie tylko będzie dużym poematem, powieścią wierszem, ale
książką zupełnie nowego układu. I wtedy wziąłem ten tytuł,
ten szpik egzystencji, tę podstawową, zasadniczą rzecz z tych obu
scen tutaj przeze mnie opisanych jako podstawę życia. Ale nie tylko
życia jednostki, życia w ciągu 80-75 lat".
Nie tylko życia jednostki... - powtórzę
za autorem Szpiku egzystencji.
Te ostatnie słowa z przywołanej wypowiedzi poety wydają mi się
dla właściwego odczytania utworu Czuchnowskiego kluczowe. Poemat
ten powstawał blisko dwadzieścia lat, ukazywał się w odcinkach,
na łamach różnych czasopism, a niekiedy i w dużych odstępach
czasu, nie sposób więc było go odbierać inaczej niż jako
spontaniczny zapis rzeczywistości,
niby-dziennik, ewentualnie -
sugestywny kolaż epizodów z biografii życiowych rozbitków.
Czytelnik, który nie miał stałego dostępu do prasy emigracyjnej,
nie mógł jak dotąd w ogóle ocenić
rangi owego tekstu, ponieważ krajowe prezentacje dokonań poetyckich
Czuchnowskiego - skromny Reporter
róż (1974), Poezje
wybrane (1978), również niewielki
blok wierszy w Antologii
poezji polskiej na obczyźnie 1939-1999
wydanej w 2002 roku przez Bogdana Czaykowskiego -
zawierały wyłącznie jego krótkie fragmenty. By nie powiedzieć -
strzępy. Dopiero po złożeniu wszystkich ogłoszonych części
poematu widać jasno, że zamiarem Czuchnowskiego nie było
obrazowanie emigranckiej niedoli; nie było nim także stworzenie
poetyckiego diariusza o mozaikowej kompozycji. Szpik
egzystencji to próba opisania
całości doświadczenia historycznego, które stało się udziałem
człowieka w XX stuleciu. Próba odważna i w poezji zupełnie
unikalna. Łamiąca nie tylko zasady historyzmu nakazującego
rozpatrywanie każdego zdarzenia w kontekście jego uwarunkowań
dziejowych, ale i dokonana z naruszeniem zaleceń tradycyjnej
historiografii, która z upodobaniem dzieli rodzaj ludzki na tych bez
skazy i zwykłych nikczemników. Tzw. wielka historia w zasadzie nie
ma wpływu na organizację fabuł tej przedziwnej "powieści
wierszem", widać wyraźnie przede wszystkim jej metonimiczne
znaki. Pojawia się, na przykład, wspomnienie pierwszej bitwy o
Flandrię, ale natychmiast zostaje ono stłumione opisem ponurych
realiów 1914 roku. Jest raptem drobna
wzmianka o Masindi przywodząca na myśl dramaty tysięcy ludzi,
którzy trafiali do afrykańskich obozów przejściowych po
wydostaniu się z piekła GUŁagu. Zamiast
panoramicznych ujęć rewolty 1968 roku jest oglądana w telewizji
śmierć młodej mieszkanki Chicago protestującej przeciwko wojnie w
Wietnamie.
Nie ma w tym, rzecz jasna, przypadku, że w
tekście Czuchnowskiego nieustannie przewijają się postacie rzucone
przez los do robotniczych kwartałów Londynu.
Autor tej księgi
utrzymywał się w Anglii głównie
z pracy fizycznej - był pomocnikiem
kucharza, kelnerem, barmanem, pomywaczem, sprzątaczem, pakowaczem,
palaczem, budowlanym. Niechętnie też gościł na londyńskich
salonach literackich, a że parokrotnie wyśmiał emigracyjne
koterie, w ogóle rzadko go na te salony zapraszano. Środowisko
"robotników, szwaczek, praczek, pracownic biurowych" - by raz
jeszcze odwołać się do kąśliwej refleksji Miłosza - znał po
prostu dobrze. Możliwe, że było mu ono nawet bliskie. Bohaterów
Szpiku egzystencji
łączy jednak więź o wiele silniejsza aniżeli stanowiona więź
społeczna. Wojciech Ligęza, a także
Stanisław Jaworski, który ustalił przed laty kształt tego tekstu,
słusznie zwrócili uwagę, że chodzi tu niejednokrotnie o postacie
znajdujące się poza obszarem idei. Pozwolę sobie jedynie dodać,
że ich obecna sytuacja jest niemal zawsze efektem zetknięcia się z
żywiołem dziejów. Prawie wszyscy bohaterowie Czuchnowskiego mieli
okazję się przekonać, jak łatwo z podmiotu stać się przedmiotem
historii. Odtąd nie może już mieć znaczenia ich narodowość ani
kolor skóry. Nie liczą się ich tradycje. Wytwory kultury wysokiej
okazują się wobec ich egzystencji czymś nazbyt abstrakcyjnym,
wręcz niestosownym. Ich życie toczy się w ciągłej synchronii -
nadal w koszmarnym tam i wtedy, a
zarazem tutaj, w momencie codziennych zmagań ze światem. Ich
prawdziwa historia rozgrywa się w pewnym sensie poza kategorią
czasu. "Historia jest teraz i Anglia"
- jak
pisał Eliot w kwartecie Little
Gidding.
Wspominam o Eliocie, ponieważ podczas lektury
Szpiku egzystencji
skojarzenia ze słynnym londyńczykiem i jego Ziemią
jałową nasuwają się nieraz. Może
nawet mówilibyśmy o bliskim powinowactwie obu tekstów, gdybyśmy
tylko spróbowali sobie wyobrazić arcydzieło Eliota w postaci
pozbawionej mitologiczno-religijnego lukru i zamiast w
"nierzeczywistym
mieście"
o jawnych cechach londyńskiego city osadzone w dotykalnej
rzeczywistości zachodnich rejonów angielskiej metropolii. W
przestrzeni -
jak w tej "antologii pewnej epoki"
-
opisanej miejscami z kartograficzną dokładnością, tak że i dziś
można by ją przemierzać tak samo jak miłośnicy prozy Joyce'a
przemierzają ulice Dublina w czasie Bloomsday.
Doszukiwanie
się analogii między Szpikiem
egzystencji
i poezją rodzimą wydaje mi się ryzykowne. Nieuchronnie
prowadziłoby to zresztą do przyklejenia twórczości Czuchnowskiego
jakiejś etykiety, a mam wrażenie, że już w przeszłości starano
się zaszufladkować tego autora zanadto ochoczo. Bywał już "poetą
ziemi", i to głównie z powodu jego otwartej niezgody na
awangardowy bunt przeciw naturze. Był też "poetą pracy", mimo
że dla bohaterów jego wierszy wysiłek fizyczny stanowił na ogół
wentyl bezpieczeństwa, służył temu: "by w głowie nie było
zawrotu" - jak sugerował uwielbiany przez Czuchnowskiego Norwid.
Ostatnio specjaliści nazwali go "kronikarzem emigracyjnej
codzienności" - zakładam, że w dobrej wierze - choć jego
dorobek miał tak naprawdę niewiele wspólnego z horografią i z
reguły kłócił się z konwencjami artystycznymi
Drugiej Emigracji.
Mam
nadzieję, że za sprawą pierwszej książkowej edycji Szpiku
egzystencji,
jednego z najbardziej intrygujących, a zarazem najtragiczniejszych
dzieł poetyckich, jakie wydała literatura polska drugiej połowy XX
wieku, Marian Czuchnowski stanie się nareszcie tym, kim być
powinien -
poetą
żywym.
Michał
Stefański
II. Jedwabne życie
w
fabryce przerwa na kubek herbaty
siedzimy
na rurach z gorącą wodą
między
schodami a rezerwuarem pełnym gazu
kobiety
bawią się zapałkami
świecą
sobie w twarze
ranek
ponury my mężczyźni palimy
jakiś
młokos siorbie herbatę
mlaska
hałasuje pijąc
lekki
mleczny płyn
herbata
pewnie dla jego warg za gorąca
kobiety
chichoczą opowiadają sobie stare kawały
ten
ci siorbie pies go trącał
stare
kawały o ciotce znalezionej w szafie
o
nie nie zamordowanej wcale nie o ciotce
znalezionej
w szafie z sąsiadem szoferem
gdy
mąż mył dzieci przyrządzał śniadanie
on
był w kombinezonie ona w sukni ewy
z
szykownym czarnym futerkiem
ten
młokos sobie siorbie uszy puchną
mówią
mu
ciągniesz
tę herbatę jak wiadro z klejem
psiakość
naucz
się pić cicho jak mysz zamknij się
paję
otwierasz i glutasz
zamknij
się bo cię wyrzucimy za rampę
w
przerwie palimy
nic
się nie dzieje tylko drugi nowy chłopak
co
przyszedł do nas dopiero
błyskając
gałami z nitkami krwi w białkach
chce
coś powiedzieć skorzystał że ten pierwszy
przestał
siorbać jak źrebak
wyrzuca
z siebie ciężar co go męczył
znalazł
nareszcie słuchaczy
patrzy
na nas i zaczyna gadać
dobra
maszynka do gadania nie ma co
bardzo
nawet dobra
aaa
gderała matka do nas się zwracając palących powiada
uczepiłbyś
się czego
patrz
twoi koledzy dobrze się mają
wszyscy
gdzieś pracują zajmij się czymś
ustatkuj
się oni też bili się za ojczyznę
zbierz
się do kupy nie bądź zafajdanym cepem
też
ich lali po zębach byli ranni
pierdzieli
im w nos gdy kładli się w barakach
na
pryczach w rowach
w
burmach zapieprzonych irakach
paskudzili
im na głowy sierżanci we francji
pienili
się na nich we włoszech w indiach
co
ty jesteś taki nietykalny delikatny
jak
nasza sally
nie
chciała billa ordynarny
mówiła
skarpetki mu śmierdzą ma zły akcent
ale
zarabiał dwadzieścia quidów
równy
porządnie ubrany
teraz
ma dziecko z murzynem murzyn zwiał na jamajkę
nie
bądź sally to ci mówię
david
nie bądź sally
matka
gderała gderała
idę
do pubu chlam
złap
się za murarkę jedwabne życie
widziałeś
roba raleigha ten zarabia
kupił
samochód
kobiety
skaczą za nim jak wróble za koniem
co
produkuje nawóz pod narcyzy jeszcze ciepły
na
co czekasz z czego będziemy żyć
jestem
już stara chłopy nie lecą na mnie
myślisz
że wytrę zadkiem tyle że będziemy mieli co jeść
rusz
się dave póki jeszcze czas
złapałem
się więc za murarkę dobra robota
śpię
sześć godzin dwie jem i piję
przez
te dwie też się golę
ubieram
przynoszę
do domu siedemnaście funtów
jedwabne
życie roboty dość
zasypujemy
leje gruzujemy domy
przyszła
zima
pracujemy
deszcz nie deszcz błoto nie błoto
kaszlę
kłuje mnie w piersiach przynoszę siedemnaście
funtów
śpię sześć godzin wiosną matka mówi co
ciebie
nigdy w domu nie ma gdzie ty siedzisz
przez
cały rok cię nie widzę nie masz czasu
porządnie
zjeść co się z tobą dzieje
jedwabne
życie
mówię
przynoszę siedemnaście funtów
składajcie
po trochu nie ciskajcie na lewo na prawo
możecie
kupić sobie wóz powiadam i jeździć
nad
morze albo na wycieczki do francji
możecie
wozić w nim węgiel jak chcecie
nie
ma czasu na siedzenie w domu
nie
płacą mi za przyjeżdżanie do pracy
ale
za wyrobione godziny
eee
to ty lepiej rzuć tę murarkę weź inną
robotę
lżejszą idź do garażu umiesz
prowadzić
wóz
nie
zarobię tyle mruknąłem
to
nic spróbuj
sally
przyszła wtedy do nas w odwiedziny
matka
obrabia ją jęzorem
sally
płacze próbuję je obie powstrzymać
wynoszą
się wreszcie pół ulicy się zbiegło
psiakrew
myślę sobie jedwabne życie
jedwabne
życie ręce mnie bolą
ramiona
mnie bolą
nogi
mnie bolą położę się trochę
nazajutrz
foreman powiedział mi
dave
co ty tak się opuszczasz
nie
zajdziesz do pubu żal ci funciaka na piwo
nie
bądź głupi
wypij
od czasu do czasu mózg ci przeczyści
odsapnij
marzec teraz cholerna pogoda
pluję
na belki nic nie mówię
majster
mądry myślę
ciapie
deszcz ze śniegiem
patrzę
w dół
za
budową wyłażą już
w
zacisznym miejscu koło stosu cegieł
młodziutkie
krokusy jak sine paznokcie ze śniegu
mego
kolegi w ardennach gdyśmy go odkopali
po
bitwie żeby go pochować
patrzcie
no widzicie ich głuptasy
takie
świeże krokusy
roi
się to śmiesznie podstrzyżone
pcha
się w świat
w
liliowych koszulkach stoi garstka
słabych
kwiatów i śmieje się ze mnie
foreman
patrzy mi w oczy i przestaje mówić
zgrzytają
łopaty na dole skrzeczą wózki
z
cegłą
mruczą
skrzynie z maltą śmierdzą kadzie
z
mokrym cementem zimno mi na rusztowaniu
teraz
kiedy w domu chcę przymknąć oczy
widzę
sally jej biednego bękarta gniewną matkę
i
ten czerwony stos cegieł który fioletowym
skrzatom
na coś się przydał
jedwabne
życie przeszturchałem trzy lata
setki
ton gruzu piramidy cegieł lubię na nich cień
granatowy
mila kamieni
w
granatowym cieniu się wyspać jak księżyc w morzu
nie
pamiętam ile razy się gniewałem
widząc
moje zmartwienie kumple powiadają
alboś
świerk albo mięczak czego się męczysz
zapomnij
sally twą siostrę nieudaną
dzieciak
jest w przytułku
ona
się świeci z latarnią na rogu ulicy
wyprowadź
się z domu albo weź rurkę od gazu
trzaśnij
starą w łeb albo rozwal jej brzuch cegłą
życie
ci przejdzie na krzątaniu się
koło
cudzej doli sam zdechniesz albo
skończysz
w domu wariatów nie posłuchałem ich
jeszcze
się giąłem parę miesięcy
nie
jest mądra ta pyskata kobieta
ale
pamiętam że to moja matka
jesienią
to było razem z sally
żarły
się w kuchni obudziły mnie na górce
wściekły
wpadłem powiadam nie możecie
gdzie
indziej załatwić swych babskich porachunków
tylko
w domu gdy próbuję pospać
wiatr
uderzył w szyby jak pocisk
było
mi duszno czerwony liść przylepił się
do
okna to mnie zastanowiło
patrzę
sally ryczy matka stoi nad nią jak kat
czego
wyjesz powiadam do siostry
wszystkie
pieniądze co mi dawałeś
krzyczała
matka ta ździra ukradła z materaca
zaniosła
kochankowi jego do ciupy
wsadzili
ją ciągają po sądach
wszystko
przepadło trzy lata
pracowałem
na wóz na wakacje nad morzem
na
lodówkę na ubranie ślubne nic nie powiedziałem
wróciłem
na górkę ubrałem się i wyszedłem z domu
nigdy
nie wróciłem jedwabne życie szukali mnie
na
szczęście nie znaleźli rodzina
kochana
siostra i kochana matka
wróciły
kobiety z herbatą białe baki
na
kółkach przesunęły się cicho kto jeszcze
kubek
herbaty weźcie resztę
był
pierwszy ma spust jak wodospad
szkoda
wozić na górę ten siorbający
ten
nowy drugi że mu przerwano gadanie
podniósł
się ciężko tylko
czerwone
nitki w białkach mu zadrgały
puste
baki odpłynęły mu na
rurach
z gorącą wodą siedzimy
palimy
dalej w milczeniu
kobiety
przestały bawić się zapałkami
czekają
dzwonka podniosły się poprawiają chusteczki
potem
znowu siadają rysują palcami kółka na płytach
nasz
nowy chce dalszy ładunek z siebie
wyrzucić
wielkiego ciężaru
trzymając
mocno kubek z herbatą
palcami
zasłonił niebieską glazurę
ma
chłop szczęście wciąż posiada słuchaczy
wytarł
nos zastanowił się i mówił
jestem
sam myślę teraz rozpocznę od nowa
nie
chcieli mnie puścić z budowy
majster
się gniewał co ty bzikujesz
kiedyś
został murarzem złoty masz fach w ręku
możesz
na innych krzyczeć szturchać ich poganiać
kiksujesz
głupi zostań robota na całe życie
zarobisz
odłożysz trochę przepijesz
namotasz
sobie lalkę ona cię położy
na
sobie jak jej brzuch przyciśniesz
będzie
wołała mama potem się przyzwyczai
ożenisz
się zrobisz bękarta kupisz dom
albo
sam sobie wybudujesz lalka ci będzie gotować
prasować
gacie czekać z dinnerem łaskotać pod pachą
zastanów
się
co
myślę to ci dorosła lalka potrzebna
pomyśl
o tym david jasne jak na ścianie gwóźdź
zbełtane
jajca ci biją do mózgu
nasz
foreman był już stary siwy
sterany
i mądry
chciałem
być sam myślę sobie mądrze radzi
ja
miałem dwadzieścia sześć lat
ale
ja chcę być sam
nie
dało się
mieszkałem
miesiąc w hostelu
ani
spać ani się umyć życie jak w baraku
latryny
zaszczane pod powałę
umywalnie
zatkane trocinami szmatami smarkami
zlewy
zabite błotem skorupami
palą
piją grają w karty trzaskają drzwiami
był
taki czas że chciałem wrócić do domu
matka
zawsze znikała na wieczór w pubie
sally
tylko w niedzielę przychodziła
źle
mi w domu nie było ale się zastanowiłem
po
co właściwie pracowałem te trzy lata
przyszedłem
więc do majstra mówię idę do fabryki
żółtku
powiedział u mnie więcej zarobisz
ale
chcesz żeby cię wypłacić wypłacę
wypłacił
żal
mi było odejść
właśnie
piękny drapacz nieba ukończyliśmy
majster
powiedział złam pysk co się rozumie
życzył
mi szczęścia weź sobie lalkę mówię ci
weź
póki nie za późno weź taką stosowną
żeby
w łóżku było pełno ciepła
nieco
mnie w tym hostelu okradli
warden
się złościł jeszcze mi miał za złe
żem
go nachodził
właśnie
w portierce siedział z taką
co
innym dawała za funta a jemu za darmo
ta
podniosła głos i piszczy
wynoś
się stąd nie przeszkadzaj w pracy
nie
widzisz że piszę na maszynie
na
maszynie splunąłem jeszcze na czym piszesz
nosisz
ją pod spódnicą golisz na niej włosy
bez
wałka ta maszyna mówię
żeby
coś pisała chłop musi wałek
zakładać
tfu
paskudne ziele
może
jeszcze złodziejom robotę nadajesz
on
ryknął śmiechem ona mnie przeklina
ruch
się zrobił znowu myślę awantura
poszedłem
na górę nie lubię hałasów
spakowałem
manatki wyszedłem na miasto
urżnąłem
się tej nocy nie wiem co się stało
policjanci
mnie zdjęli z latarni na moście
po
co właziłem na tę latarnię nie pamiętam
nic
nie pamiętam okradli mnie w pubie
a
może poza pubem nic nie wiem co robiłem w nocy
rano
poszedłem do pracy
gorzko
rozmyślam
gorzko
rozmyślam i żałuję siebie
tak
bym się napił piwa albo ginu
jakoś
przemęczyłem ten dzień przy maszynie
w
nocy spałem na trawie w hyde parku
szczęściem
było sucho niebo wyiskrzone
ile
tysięcy sprzężonych karabinów maszynowych
pracowało
w powietrzu śląc świecące pociski
żeby
zebrać tyle gwiazd razem
nie
wiem
ledwo
się przepchałem przez następny dzień
bydlęta
myślę o tych co mnie okradli
tyś
też sam bydlę nie byle jakie pomyślałem o sobie
uchlałeś
się jak sędzia po uduszeniu żony
pieniędzy
nie mam nie mam co zapalić
zrozpaczony
poszedłem do tego samego hostelu
dyżur
w portierce miała ta utleniona sikorka
z
maszyną pod spódnicą już chciałem zawrócić
tak
mnie odepchnęło ale ona
jakby
nigdy nic jakbym na nią nic nie powiedział
ani
się nic zachował jak gbur nieokrzesany
powiada
dobrze żeś przyszedł david policja
co
policja krzyknąłem serce mi zamarło
chciałem
natychmiast uciekać
głuptasie
nie wrzeszcz na mnie mówi
policja
przyniosła twoją walizkę
którąś
zgubił
podpisałam
odbiór idź do składu
tu
masz kwit i zafasuj od magazyniera
sprawdź
czy czegoś nie brakuje i wróć tutaj
dziękuję
wymamrotałem
myślę
żeś powinien powiedziała
wziąłem
kwit walę do przechowalni jest
walizka
otwieram łachy są podpisuję i
lecę
do portierki tam otwieram przy niej
mnie
tylko wiadomym sposobem odsuwam dno
są
wykrzykuję jak kopnięty w mózg
co
jest pyta dyżurna czuję jak przyciska
do
moich pleców dwa twarde grapefruity
nigdy
bym nie pomyślał żeby miała takie twarde piersi
gorąco
mnie przeszło ona nic
przyciska
biust
są
pieniądze powiadam
to
je przepuścimy mówi
pięćdziesiąt
funtów prawie nieprzytomny odwracam się
coś
krzyczę ona mi kładzie
rękę
na ustach
cicho
nie bądź dziki
masz
pokój nie mam
tu
jest adres żadnych krzyków
masz
się cicho zachowywać a tu klucz
kończę
pracę o siódmej
nie
chcę żadnej wdzięczności idź i ogarnij się
przyniosę
coś do zjedzenia potem pójdziesz spać
barania
głowo choć jesteś przystojny
przystojniejszy
i lepszy niż z początku myślałam
nie
upłynęła godzina stałem nagi pod tuszem
wycierałem
się czystym włochatym ręcznikiem
przebrałem
się w znalezione w walizce ubranie
potem
po raz pierwszy od kilku tygodni z rozkoszą zapaliłem
papierosy
leżały na stoliku w brązowym pudełku
z
napisem palcie tylko chesterfieldy
czułem
że byłem uratowany
dzwonek
nam przerwał wstaliśmy z rur
my
kobiety palacz chesterfieldów
I. W fabryce
w
ciekłości rzeki rozkochany inżynier
przerzucał
nad nią mosty ujmował nurt w tamy
rył
pod nią tunele zaświecał statkami
rzeka
płynęła dalej
stary
rybak palił fajkę
siedząc
na brzegu trzymał krzepko wędzisko
co
skoczył prędki pstrąg albo gwiezdna płotka
pyknął
z fajki uśmiechnął się lekko
pochłonięty
całkowicie muskaniem kamieni
przez
srebrne stworzenia zaciekle walczące
żeby
połknąć zieloną muszkę a nie zawadzić
gardłem
o stalowy haczyk umocowany na sznurku
rybak
palił nie wiedział nic o inżynierze
ani
go ciekłość wody w rzece ani piękno mostu
ani
żadne inne problemy nie pasjonowały
nie
pragnął w tej chwili niczego innego
prócz
spokoju na brzegu ciepła słońca
i
tej gonitwy szalonej na spodzie
czy
ryba złapie przynętę a on rybę
inżynier
budował nie śledził ani piękna rzeki
ani
mu nigdy do głowy nie przyszło
że
mogą istnieć w życiu inne namiętności
niż
budowanie mostów statków tuneli i tam
po
latach miał przykry wypadek
szpital
kilka operacji tam poznał
co
to znaczy za późno odkryć trop szczęścia
co
to znaczy za późno wpaść na żelazne prawa
że
pieniądz i młodość są płynne jak woda
której
ciekłość tak ukochał i zapomniał o wszystkim
nie
zdawał sobie sprawy
jak
długo przebywał w szpitalu dopiero
gdy
go żona odeszła dzieci wyrosły i gorzko
wypominały
mu że nie zabezpieczył im dobrobytu
zrozumiał
jak trudno jest zadowolić wszystkich
gdy
się zdąża tylko do jednego celu
willę
sprzedano na licytacji pieniądze w banku
utonęły
zajęto je za zaległe podatki
wielka
firma dla której zmarnował swe życie
odtrąciła
go gdy widziała że utracił właściwości
dobrego
zwierzęcia pociągowego
i
cóż mógłby robić teraz prowadzić archiwum
może
napisać pamiętnik
inaczej
dzisiaj mosty budowano
inaczej
statki
zresztą
od wody i lądów powietrze się stało ważniejsze
z
maszynami na skrzydłach a on nie nadążał za popytem
na
budowniczych statków powietrznych
okazało
się także mimochodem
że
firmę nabyli inni właściciele
twarde
twarze twarde maniery twarda mowa
to
wszystko mu uświadomiło
że
go sprzedano na loterii historii
ciężka
rozpacz poznania
nikt
go nie kochał
żona
spała z kim innym
innemu
rodziła dzieci jego dzieci
zaczęły
własne życie już bez niego
widząc
że trzeba zaczynać od nowa
wziął
co mu dano na giełdzie pracy
stoi
obok mnie w wielkiej fabryce
na
żelaznych stołach liczy sprawdza spisuje w książce wysyłkowej
pakuje
składa na żelaznych platformach
sprawdza
pakuje w pakowni wysokiej jak katedra
znów
zapisuje towar który zwalają tonami
tona
za toną godzina za godziną młode silne ręce
naburmuszonych
ludzi gadających innym językiem
są
wśród nich czarni żółci
są
brunatni pomieszanie ras
są
krzykliwe kobiety trą ozorami jak żyletki
stary
inżynier od czasu do czasu przeciera okulary
spisuje
towar cierpliwie pakuje ładuje go na żelazne platformy
platformy
te zabierają olejem pędzone wózki
zabierają
je także elektryczne
inżynier
się męczy szybko
czasem
patrzy na mnie badawczo
wiem
że się dziwi
jakby
czytał w moich oczach nie martw się stary nie bądź głupi
to
jest życie nędzne życie a przecież
płynniejsze
jest od wody od ciekłej rzeki
zmienia
się wiruje ile razy jeszcze bieg tej rzeki
wzburzy
się lepszymi falami niż nasze
pewnego
dnia chyba po roku inżynier rzeczywiście
nie
przyszedł rano do pracy wiedziałem nie był chory
wiedziałem
coś dobrego się stało
po
miesiącu przyszła do fabryki na nasz oddział
pocztówka
z francji na moje nazwisko
z
krótkim wyjaśnieniem
odzyskałem
pamięć
buduję
wielką tamę na rodanie
wiedziałem
co to znaczy powrót do gniazda
wiedziałem
co to znaczy upadek
wiedziałem
co znaczy niezawiniona klęska
ale
wiedziałem również że stary inżynier
co
razem ze mną
był
transportowym robotnikiem
miał
ten potrzebny gram szczęścia
pozbył
się żony co go opuściła w ciężkiej chorobie
pozbył
się dzieci co go nie chciały
gdy
przestał im dawać pieniądze
pozbył
się drogiej willi willę kupił na licytacji
budowniczy
o otwartej kwadratowej twarzy
procesujący
się o każde pięć szylingów z gminą
z
powiatem z gazownią z elektrownią
hodujący
ceglaste kuty tam gdzie rosły róże
parkujący
swe lory gdzie wytworni urzędnicy
nie
wiadomo dlaczego zatrudnieni w ministerstwie
spraw
zagranicznych bali się nawet widoku tańszego samochodu
teraz
brodzą w kałużach ropy olejów słuchają wycia
zachrypniętych
głośników radiowych nowego sąsiada
który
ma w nosie ich wykwintne maniery
mówiące
przez nos białe lesbijki eleganckich żygolaków
który
ma nerwy twarde jak podeszwy butów
byczy
kark zęby rozstawione jak nogi kucharki
policzki
wyżarte przez wiatr wapno pył ceglany
sto
tysięcy w banku na osobnym koncie
kupując
na licytacji willę starego inżyniera
nie
osiadł w niej żeby mówić przez nos
sadzić
róże podróżować jaguarem
lecz
aby wykurzyć z eleganckiej dzielnicy
to
miękkokostne towarzystwo wzajemnej adoracji
zająć
ją na mocną fortecę do walki
o
inne wille
blisko
stąd do city
więc
budowniczy o mocnej kwadratowej twarzy
postanowił
zająć tę drogą dzielnicę
dla
swych krewniaków z żonami
jak
szafy mahoniowe
z
dziećmi co hałasem potrafią obalić mur
wysoki
na sześć metrów
a
wszystko to stało się dlatego
że
pieniądz jest płynny jak woda w tych rzekach
którą
w tamy chciał ująć pracowity inżynier
w
naszej pakowni przewiewnej jak hangar
na
jego miejsce przyszedł na stół numer siedem
inny
rozbitek z wielkiego oceanu życia
też
wiedziałem od razu że jego tortura
w
naszej hali ze szkła
będzie
krótka choć wcale
nie
myślałem aby życie temu nowemu towarzyszowi
także
podawało złotą czarę z miodem
albo
żeby
jego ręce nie wiedziały czym jest książka
lub
fortepian
więc
się uśmiechałem i uczyłem go mej nowej sztuki
wiedziałem
że nowy patrząc roztargnionym wzrokiem
tak
samo jak stary inżynier jest od tego miejsca
myślami
daleko tak daleko jak ja byłem jestem i będę
ani
na jeden procent się nie myliłem
że
go mej nowej sztuki wyuczę w ciągu pięciu godzin
wróciłem
do domu z roboty biorę się za kolację
otwieram
puszkę gulaszu serbskiego myję kartofle
czyszczę
pory dobre do mięsa przyrządzam sos
grzybowy
do makaronu mała wróci zaraz ze szkoły
trzeba
wszystko postawić na ogniu
przed
szóstą żona przyjedzie z pracy
otworzyłem
butelkę czerwonego wina
o
mała wróciła już drzwi wchodowe otwiera
słyszę
jej głosik wbiegła na górę
jak
się masz słodka
objęła
mnie za szyję rączętami
dobrze
mówi jak tam było w fabryce
nic
takiego odpowiadam rzeczowo
po
czym nie tracąc czasu znowu do niej
zdejm
kapelusz i płaszcz puść telewizję
dają
wyścigi psów śliczny obraz
tatusiu
mówi mała cicho
ja
wolę ten amerykański o statkach powietrznych
nauczycielka
fizyki mówiła nam dziś o prawie grawitacji
masz
jakieś prace zlecone w domu powiadam marginesowo
mamy
zadanie z biologii o spermie ssaków
dużo
było na lekcji z tego uciechy
dlaczego
rzecz jest więcej niż prosta
o
tak zapomniałam w zeszłym tygodniu nauczycielka wykładała
o
kopulacji świnek morskich
także
dostałyśmy wypracowanie z geografii
zadanie
o przylądku dobrej nadziei
rób
co chcesz odpoczywaj wiesz że jestem szczęśliwy
kiedy
się śmiejesz i tu się uśmiecham
zielone
rurki porów pachną jak młodość
kraję
na plasterki soczyste części płuczę liście
gotuje
się woda mała siedzi w swym starym fotelu
śledząc
na ekranie dwa statki międzyplanetarne
podobne
do sztucznych owadów
zbudowanych
z metalu plastyku anten lanc rakietowych
stalowych
drutów pięknych jak tkanina pająka
postawiłem
na kuchence elektrycznej kolację
ziemniaki
się pieką w duchówce
gulasz
skwierczy pory parują
zapach
cebuli i aromat portugalskiego wina
czekamy
oboje mała i ja na przyjazd żony
myję
się parskam mówię sakramentalne
teraz
słoń parska wybacz mi córeczko
nie
hałasuj nigdy przy myciu ja muszę
dobrze
tatusiu zwykłe ordynarne życie
cóż
może być od niego bardziej ordynarnego
bardziej
drogiego czysta naga egzystencja
trwanie
praca jedzenie sen sen praca jedzenie
rok
za rokiem tak samo praca jedzenie sen
nie
sądzę żeby ktoś wymyślił lepszą rzecz niż życie
co
jednak można wymyślić lepszego
niż
praca jedzenie i sen
żona
wróciła całuję chłodny policzek
dotknęła
mnie ciepłymi wargami zmęczonaś
trochę
miałyśmy dużo roboty jeździłam
do
bush housu potem poczta byłam u doktora
co
powiedział dał mi proszki
siadamy
do jedzenia periquita
pierwszy
łyk szczypie przyjemnie w język
potem
aromat dębowej kory zmieszany z winnym kurzem
jemy
mała między połknięciem gorącego makaronu
krajanych
w krążki porów łyku mleka
z
ożywieniem tłumaczy matce wyniki lekcji biologii
o
parzeniu się psów w znaczeniu naukowym
chwyta
ołówek chce rysować bardzo to zajmujące powiada
choć
zabawne jednocześnie nie nie trzeba
przerywamy
oboje opowiadaj raczej tak będzie lepiej
nieco
rozczarowana mała znakomicie powtarza lekcję szkolną
obydwoje
jesteśmy z niej dumni
jeszcze
kieliszek pytam żony tak odpowiada
nalewam
periquitę w szkła o kształcie ściętego jaja
wprawnie
bez pudła nie patrząc
nie
na darmo byłem kiedyś także barmanem
pijemy
ciemnoczerwoną posokę pachnącą rdzą i piaskiem
jeszcze
czarna kawa z czekoladowym ciastem
pomarańcza
banany kiedy przepracowałem pełnych siedem dni w tygodniu
gdy
w szarej kopercie z ordynarnego mocnego papieru
czaiło
się dodatkowe pięć funtów albo z innych nadgodzin
po
kawie szmaragdowa gruszka
gdy
się trafi dobra w sklepie owocowym albo na targu
różowe
winogrona
albo
złota chrupka belgijska znowu czarna kawa
papieros
jeśli mam pieniądze to amerykański
potem
żona myje naczynia córka pisze
zadanie
domowe ja usiadam przy maszynie
pół
godziny gram na remingtonie
chopin
literatury który na życie zarabia w fabryce
wieczór
objaśnia się trzaskaniem drzwiczek samochodów
na
ulicy przed domem
objaśnia
się rudą świecą słońca o niewiarygodnej sile światła
wrzuconą
nagle do wielkiej piwnicy
z
samochodów wyłażą robotnice fabryk
restauracji
pralni sklepowe fryzjerki
jak
się wytrzaskają z drzwiczek wędrują do pubów
dopiero
po jedenastej w wrzasku klątwach szamotaniu
z
źle ubranymi mężczyznami o kiepskich twarzach
jeszcze
gorszych figurach używających zamiast ludzkiej mowy
jakiegoś
bełkotu i dlatego pięści służą im częściej
za
narzędzie mowy niż język
rozłażą
się po barłogach w starych slumsach
z
klozetami w ogródkach z pokojami niskimi
jak
ich krępe matki z kanarkiem w klatce
z
dywanami na raty z radiem na raty z telewizją na raty
tak
samo samochody są ratalne flaty czasem myślę
że
ich żony są na raty ich dzieci ratalne
całe
życie jest jedną wielką serią ratalną
można
tych ludzi wynająć sprzedać kupić
opluć
zmiąć jak ich ratalne ręczniki w pralni
tam
gdzieś w górze gdzie się razem spotykają
wieże
kościołów baszty banków gwiazdy i mury więzienia
ukrywają
się anonimowe centrale
wielkich
biur
zatrudniają
one
parszywie
wyglądających mężczyzn
kobiety
z tanimi twarzami
każdego
poniedziałku zjeżdża
ta
sfora ogląda się niespokojnie parkuje w ukryciu
swe
samochody skrada się do domów stuka
inkasuje
pieniądze czasem kopniaka czasem
w
mordę ale niestrudzenie zsypuje
srebro
do walizek banknoty zszywa palcami w paczki
potem
gazu i chodu i znów w następny poniedziałek
zbiera
raty od raciarzy opłacana także w ratach
w
epoce rat co ja mogę przygnieciony do ziemi
razem
z żoną i córką wstaję o świcie
razem
z podobnymi mężczyznami usmarowanymi gliną
wapnem
smarami lor sadzą kurzem paląc papierosa
wsiadamy
wszyscy do pociągów które nas wiozą
na
określone miejsca tam tak samo z innych stron
pociągi
wyrzucają tysiące mężczyzn umazanych wapnem
a
potem za nami za dwie godziny właściciele
ratalnych
samochodów kobiet telewizji domów
trąbią
na ulicach pędzą do swych nor gdzie
oszukują
ludzi oszukują siebie ale czasu nie mogą oszukać
choćby
wszystko za to dali po latach siedzą posiwiali
na
ławeczkach na skwerkach w parkach w publicznych ogrodach
patrzą
z lękiem jak w nasturcjach z dreszczem
kiedy
w zieleńcowych kwiatach ni to w srebrnych kieliszkach
hałasuje
pszczoła
na
boisku chłopcy kopią piłkę skrzypią huśtawki
obok
orkiestra się wygłupia w zielonym pawiloniku
co
świeższe kobiety lub zgrabniejsze dziewczęta
każda
z brzuchem sterczącym pod piersi
wolno
się przechadzają pod platanami sadzonymi przez lorda
którego
najulubieńsza córka zastrzeliła się w afryce z miłości
najstarszy
syn leży rozerwany we flandrii jeszcze w szesnastym
rosną
na nim czerwone maki srebrne pięści ostów
grożą
wycieczkowiczom którzy przyjechali oglądać pole bitwy
złotozielonym
autobusem świecącym od szkła i niklu
staruchy
i starcy pamiętają biednego lorda
oszukiwali
go jak byli młodzi kradli
w
jego majątkach srebra dywany i kryształy
nigdy
nie powiedzieli o nim dobrego słowa
teraz
siedzą w jego parku oddanym na użytek publiczny
wspominają
dobre czasy kiedy żyli z powietrza
potem
stukając laskami śmieją się obleśnie
gdy
ciemny palec wieczoru dotknie twarze drzew
ciężarne
kobiety wracają powoli do domów
chłopców
wypędzono z boiska
a
pszczoła poszła spać
oni
też zgrzybiali wloką się po schodach
do
swych cel w których się pali światło elektryczne
syczy
gaz synowie i córki się uwijają
żeby
ich dzieci i córki tak samo
uwijały
się na progu roku dwutysięcznego
aby
zdążyć na poniedziałek z ratami
po
które przyjadą mężczyźni i kobiety
o
podejrzanych twarzach zaparkują w ukryciu samochody
pędzone
nie benzyną i olejami lecz uranem
albo
zawiłą energią złożoną z tlenu i elektryczności
dwunasta
bije w dzielnicy robotniczej
zapada
cisza stygnąc w kwadratowe kostki
kto
chce wstać o piątej rano musi zasnąć o północy
tylko
ja nie mogę zasnąć rzucam się na łóżku
co
jest życie pytam na próżno spalanie się cząstek materii
związanych
razem tajemniczo z cząstkami antymaterii
w
istotę złożoną z samych sprzeczności
w
miriady różnych istot
przez
trzecią przez nas niezbadaną siłę
która
materią nie jest ani antymaterią
pluskanie
kropel wody w sztolni
szelest
tokarni maszynowej
dźwięk
schnącej cegły
zapach
mokrych liści po deszczu
chloroform
ukryty w dłoniach księżyca
piosenki
żab na wsi
człapanie
kopyt końskich
lekko
w skroniach
wreszcie
upragniony sen
głęboki
pięciogodzinny sen
Komentarz edytorski
Niniejsza edycja zawiera całą znaną dziś
wersję poematu Szpik egzystencji. Jest to poemat w postaci
"czystej". Według niektórych relacji Marian Czuchnowski
planował poszerzyć książkowe wydanie swego utworu o kilka - a
może nawet kilkanaście - dodatkowych fragmentów poetyckich,
które usunął ze Szpiku egzystencji ze względów konstrukcyjnych,
a następnie ogłosił jako niezależne wiersze w periodykach
literackich. Miały one pełnić funkcję dopowiedzeń lub - jak
mawiał autor - "przypisów" do poszczególnych partii poematu.
Zrezygnowano z rekonstrukcji owego "rozszerzonego" wydania z
dwóch powodów. Po pierwsze, byłoby to zadanie niezwykle
karkołomne, albowiem Czuchnowski nie pozostawił gotowego planu
książki, a w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych
opublikował tak wiele nowych utworów poetyckich (tylko w "Oficynie
Poetów" ukazało się ponad sześćdziesiąt jego wierszy), że,
na dobrą sprawę, każdy edytor mógłby z tych drobnych fragmentów
ułożyć osobny wariant uzupełnień "tekstu głównego" Szpiku
egzystencji. Po drugie, wydaje się to po prostu działaniem słabo
umotywowanym - wszak z chwilą ich pierwszego druku wszystkie
wspomniane "przypisy" zaczęły funkcjonować jako odrębne
całości poetyckie. Wypada jedynie żywić nadzieję, że i one -
podobnie jak inne londyńskie wiersze rozproszone Czuchnowskiego -
doczekają się wkrótce solidnej książkowej edycji.
Podstawę niniejszego wydania stanowią bez
wyjątku pierwodruki czasopiśmiennicze poszczególnych części
Szpiku egzystencji. Ukazało się ich w sumie szesnaście: W fabryce,
"Kultura" 1962, nr 9, s. 66-74; Jedwabne życie, "Kontynenty"
1962, nr 48, s. 10-13; Kruche łodygi, "Oficyna Poetów" 1966, nr
2, s. 8-10; W pubie na rogu, "Oficyna Poetów" 1966, nr 2, s.
11-13; Całuśnica, "Kronika" 1967, nr 37, s. 1, 35-36; Złote
karczochy, "Kronika" 1967, nr 49/50, s. 7, 18-19; Z modelką
trzeciego dnia po pogrzebie malarza, "Kronika" 1968, nr 37, s.
13, 26-28; Związki semantyczne, "Kronika" 1968, nr 38, s. 11-13;
Wielki toast urodzinowy, "Oficyna Poetów" 1972, nr 2, s. 10-11;
Co pisze jasno, "Oficyna Poetów" 1972, nr 4, s. 16-18; Ten
srebrny przemyt, "Oficyna Poetów" 1973, nr 1, s. 3-4; Skoczył
do kiosku po papierosy, "Oficyna Poetów" 1973, nr 2, s. 29-31;
Między Virginia Waters i Windsorem, "Oficyna Poetów" 1974, nr
1, s. 9-12; Ściśniesz garstkę śniegu, "Oficyna Poetów" 1974,
nr 2, s. 11-13; Dzwon jakiś nie wiadomo skąd, "Oficyna Poetów"
1974, nr 4, s. 11-12; W szpitalu, "Oficyna Poetów" 1977, nr 4,
s. 3-7.
Przyjęta w tej edycji numeracja pierwszych ośmiu
rozdziałów poematu jest dokładnym odwzorowaniem numeracji
autorskiej, pozostałe części ułożono i konsekwentnie
ponumerowano zgodnie z chronologią druku. W celu ujednolicenia
tekstu tytuły poszczególnych rozdziałów zapisano w sposób zgodny
z regułami współczesnej ortografii (pierwszy człon tytułu wielką
literą). W pierwodrukach wyglądało to różnie: w zależności od
preferencji redaktorów danego czasopisma tytuły zapisywano albo
"należycie" (część wydrukowana w "Kulturze"), albo małą
literą (większość partii z "Oficyny Poetów"), albo
wersalikami ("Kronika", "Kontynenty").
Aby nie naruszyć zanadto kształtu językowego
samego tekstu, dokonano w nim tylko szereg poprawek, które wydawały
się absolutnie konieczne. Przede wszystkim wyrugowano ewidentne
błędy zecerskie i (bardzo nieliczne) błędy korektorskie. W
partiach zawierających znaki interpunkcyjne uwspółcześniono
interpunkcję. Zmodernizowano pisownię zaprzeczonych imiesłowów
przymiotnikowych i przysłówków. Ujednolicono pisownię zaimków
osobowych. Końcówki -yj używane niekiedy w dopełniaczu liczby
mnogiej rzeczowników zakończonych na -ja występującym po c, s, z
(np. "fantazja") zamieniono na -ji. Pozostawiono natomiast
wszystkie kolokwializmy oraz archaizmy składniowe, graficzne
("pickelhauba") i fonetyczne ("mylord"). Dla konsekwencji
zachowano także niepoprawne obecnie wyrażenia przyimkowe z krótkimi
formami przyimka poprzedzającymi zbitki spółgłosek (np. "w
włosach"). Pozostawiono też oryginalną, właściwą dla czasu
powstania tekstu, pisownię nazw miejscowych (stąd np. "Ypern",
nie Ypres, "Ardenny", nie Ardeny, "Szachriziabs", nie
Szachrisabz). Słowa i wyrażenia obcojęzyczne, które nie zostały
dotąd włączone do polskiego systemu fleksyjnego, wyróżniono w
tekście kursywą (czynił tak i autor w niektórych partiach
poematu). Podobnie potraktowano również autorskie neologizmy
słowotwórcze utworzone od podstaw angielskich, typu: "nursa"
(od ang. nurse - 'pielęgniarka') lub "quidy" (od ang. quid
- pot. 'funt').
Fragmenty poematu ogłoszone w "Oficynie
Poetów" porównano z ich wersjami redakcyjnymi znajdującymi się
w zasobach Pracowni-Archiwum Oficyny Poetów i Malarzy działającej
przy Katedrze Edytorstwa i Nauk Pomocniczych Uniwersytetu
Jagiellońskiego, dzięki czemu udało się w tej edycji uniknąć powtórzenia paru nieścisłości i omyłek typograficznych części
pierwodruków.