Szpieg - Paulo Coelho

Kup ebooka

32.00 zł
26.95 zł (26,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
WSTĘP

PARYŻ, 15PAŹDZIERNIKA 1917 ROKU.

ANTON FISHERMAN I HENRY WALES

DLA INTERNATIONAL NEWS SERVICE

Dochodziła godzina piątarano, kiedy grupa osiemnastu mężczyzn, w większości francuskichoficerów, weszła na drugie piętro paryskiego więzienia dla kobietSaint-Lazare. Prowadzeni korytarzem przez strażnika, który płonącąpochodnią zapalał kolejne lampy, zatrzymali się przed celą numer12.

W środku były już zakonnice opiekujące sięskazaną. Drzwi otworzyła siostra Leonida. Poprosiła żołnierzy,żeby poczekali na zewnątrz i wróciła do celi. Energicznym ruchempotarła zapałką ścianę i zapaliła lampę naftową. Poprosiładrugą zakonnicę o pomoc.

Cicho podeszła do pryczy i lekko potrząsnęłaśpiącą postać. Trudno było dobudzić kobietę, która jakbycałkowicie straciła zainteresowanie światem. Gdy wreszcie otworzyłaoczy, zakonnicom zdawało się, że została wybudzona z głębokiego,mocnego snu. Kobieta zachowała spokój również wtedy, gdy usłyszała,że Prezydent Republiki oddalił jej prośbę o ułaskawienie. Trudnobyło stwierdzić, czy u kresu swojej drogi czuła smutek, czyulgę.

Siostra Leonida poprosiła do celi pastora Arbaux,kapitana Bouchardona i adwokata, doktora Cluneta. Skazana przekazałaprawnikowi długi list, a właściwie testament, który pisała przezostatni tydzień, oraz dwie koperty z wycinkami z gazet.

Włożyła czarne pończochy, co w zaistniałychokolicznościach wydało się absurdalne, potem pantofle na wysokimobcasie ozdobione jedwabną kokardą. Wstała z pryczy, podeszłado wieszaka znajdującego się w rogu i zdjęła z niego długiaksamitny płaszcz obszyty futrem, prawdopodobnie z lisa. Narzuciła jena jedwabną suknię o kroju kimona, w której przespała noc.

Ciemne włosy miała w nieładzie. Rozczesałaje i upięła w kok nad karkiem. Nałożyła pilśniowy kapeluszi przewiązała jedwabną wstążką, żeby wiatr nie zwiał gow miejscu, do którego miała być eskortowana.

Wolno sięgnęła po czarne zamszowerękawiczki, a potem spokojnie odwróciła się do czekającychi powiedziała:

- Jestem gotowa.

Wszyscy opuścili celę i zeszli na dół. Przedwięzieniem Saint-Lazare z włączonym silnikiem czekał samochód,którym skazana miała udać się na miejsce egzekucji.

Maszyna ruszyła na pełnym gazie i pomknęła przezulice śpiącego miasta w kierunku Vincennes, gdzie kiedyś znajdowałsię fort, zniszczony przez Niemców w 1870 roku.

Po dwudziestu minutach samochód zatrzymał sięi pasażerowie wysiedli, jako ostatnia Mata Hari.

Żołnierze ustawili sięw szeregu gotowi do egzekucji. Pluton składał sięz dwunastu zouaves[1]. Obok nich stał oficer z obnażoną szablą.

Pastor Arbaux w towarzystwie dwóch zakonnicpodszedł do skazanej i zamienił z nią parę słów. Potem dołączyłdo nich porucznik i podał jednej z sióstr białą chustę.

- Proszę zawiązać jej oczy -powiedział.

- Czy to konieczne? - spytała Mata Hari,spoglądając na skrawek materiału.

Doktor Clunet rzucił porucznikowi pytającespojrzenie.

- Nie. Tylko, jeśli Madame sobie tego życzy- odparł oficer.

Mata Hari nie miała przesłoniętych oczu anizwiązanych rąk. Spokojnie, z podniesioną głową patrzyła na plutonegzekucyjny. Pastor, zakonnice i porucznik odeszli na bok.

Dowódca plutonu uważnie obserwował żołnierzy,pilnując, żeby żadnemu nie przyszło do głowy sprawdzić, jakiładunek tkwi w lufie: zgodnie ze zwyczajem w jednym z karabinówumieszczono ślepy nabój, aby po egzekucji każdy żołnierz mógłwierzyć, że to nie on zastrzelił skazaną. Za chwilę wszystko sięskończy i będzie można odetchnąć.

- Gotuj broń!

Dwunastu żołnierzy podniosło karabinyi przygotowało się do strzału.

Kobieta nawet nie drgnęła.

Porucznik odszedł na bok, lecz na tyle blisko,żeby wszyscy żołnierze widzieli, jak unosi szablę.

- Cel!

Kobieta stała nieruchomo, nie okazującstrachu.

Oficer opuścił szablę i wydał komendę:

- Ognia!

W blasku wschodzącego słońca, wraz z hukiemsalw, zabłysły iskry z luf karabinów i pojawiły się ledwo widoczneobłoczki dymu. Żołnierze jednocześnie opuścili karabiny i oparlije o ziemię.

Przez ułamek sekundy kobieta jeszcze stała. Niewyglądało to jak w kinie. Nie runęła do przodu ani do tyłu, nieuniosła gwałtownie rąk. Osunęła się łagodnie, trzymając dumnieuniesioną głowę. Miała oczy szeroko otwarte.

Jeden z żołnierzy zemdlał.

Jej ciało opadło na prawą stronę. Leżała naziemi z podkulonymi nogami, przyodziana w czarny aksamit, nieruchoma,z twarzą zwróconą ku niebu.

Jeden z trzech oficerów obecnych przyegzekucji wyjął rewolwer i w towarzystwie porucznika podszedłdo ciała kobiety. Pochylił się, przyłożył lufę do jej skronii strzelił. Nabój przeszył mózg.

Mężczyzna odwrócił się do zebranychi oznajmił:

- Mata Hari nie żyje.

[1] Zouaves - żuawi francuscy, od 1830roku formacja lekkiejpiechoty, wyróżniająca się charakterystycznymi munduramipochodzenia arabskiego.

CZĘŚĆPIERWSZA

Szanowny Doktorze Clunet,

Nie wiem, jak zakończy sięten tydzień. Kiedyś byłam optymistką, ale dziś czuję gorycz,samotność i rozpacz.

Jeśli spełnią się moje nadzieje, nie otrzymaPan tego listu. Zostanę uniewinniona. Nie na darmo przez całe życieprzyjaźniłam się z wpływowymi ludźmi. Zatrzymam go jako pamiątkę,żeby kiedyś moja córka dowiedziała się, kim była naprawdę jejmatka.

Gdyby jednak stało się inaczej, mam obawy, żenikt nie zechce przechować tych paru stron zapisanych w ostatnichdniach życia. Zawsze byłam realistką i wiem, że każdy adwokat pozamknięciu jednej sprawy natychmiast przystępuje do następnej i nieogląda się wstecz.

Oczami wyobraźni widzę, co przyniesieprzyszłość. Będzie Pan zapracowanym człowiekiem, bo jakoobrońca osoby skazanej za szpiegostwo szybko zyska Pan jeszczewiększą popularność. Do Pańskich drzwi będą pukać tłumyklientów błagających o pomoc, bo wprawdzie poniesie Pan klęskę,ale zyska sławę. Pojawią się dziennikarze, którzy będą chcieliusłyszeć Pańską wersję wydarzeń. Będzie Pan jadał w najlepszychrestauracjach, budząc szacunek i zazdrość kolegów po fachu. DobrzePan wie, że nie przedstawiono żadnych konkretnych dowodów mojej winy,jeśli nie liczyć kilku spreparowanych dokumentów. Mimo to nigdy nieprzyzna się Pan do tego, że dopuścił Pan do śmierci niewinnegoczłowieka.

Niewinnego? Może to nieodpowiedniesłowo. Straciłam niewinność z chwilą przyjazdu do tego miastabliskiego memu sercu. Wierzyłam, że zdołam przechytrzyć ludziszukających tajnych informacji; że Niemcy, Francuzi, Anglicyi Hiszpanie ulegną mojemu czarowi. Stało się inaczej - to mnąmanipulowano.

Udało mi się uciec przed karą za popełnionegrzechy, z których największym było pragnienie niezależnościw świecie rządzonym przez mężczyzn. Natomiast skazano mnie zaszpiegostwo, chociaż moją jedyną winą było powtórzenie paru plotekzasłyszanych w paryskich salonach.

Owszem, przedstawiałam je jako "sekrety wagipaństwowej", bo chciałam pieniędzy, chciałam władzy. Ale moioskarżyciele dobrze wiedzą, że powtarzałam tylko to, co byłotajemnicą poliszynela.

Szkoda, że nikt nie pozna prawdy. Moje listyi wycinki z gazet trafią do zakurzonego archiwum, gdzie spoczną oboksterty innych dokumentów. Za jakiś czas osoba odpowiedzialna za zbiorywyrzuci stare papiery, żeby zrobić miejsce dla nowych teczek.

Świat zdąży o mnie zapomnieć. Nie piszę jednakdo Pana w nadziei, że pamięć o mnie przetrwa. Chcę zrozumiećsiebie. Chcę odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego kobieta, którejprzez lata udawało się realizować wszystko, czego pragnęła, zostałaskazana na karę śmierci za tak niewielkie przewinienie.

Kiedy patrzę na moje życie, myślę, że pamięćjest jak rzeka, która odwraca swój bieg. Wspomnienia są pełne ulotnychwrażeń, ożywających i wzruszających obrazów z przeszłości,drobiazgów, nieistotnych dźwięków. Dobiegający do celi zapachświeżo upieczonego chleba przypomina mi czas spędzony na wolnościi spacery ulicami pełnymi kawiarni. Te wspomnienia przygnębiają mniebardziej niż strach przed śmiercią i samotność, jaka jest terazmoim udziałem.

Wspomnienia wskrzeszają bezlitosnego demonaMelancholii. Nie potrafię się przed nim bronić. Słucham śpiewuwięźniarki z celi obok, otwieram listy od garstki admiratorów,którzy nigdy mi nie przynosili róż i jaśminu. Czasem przypominamsobie jakąś błahą scenę z przeszłości. To wszystko, co mi zostałoz niezliczonych podróży po świecie.

Wspomnienia zawsze zwyciężają, a wraz z nimipowracają duchy z dawnych czasów, znacznie gorsze od Melancholii. Towyrzuty sumienia - moi towarzysze w celi. Wyjątkiem są krótkiechwile, kiedy odwiedzają mnie siostry. Nie opowiadają o Bogu ani nieoceniają moich "grzechów ciała". Wystarczy, że powiedzą jedno,dwa zdania, a z moich ust zaczyna płynąć potok wspomnień, jakbymchciała cofnąć czas, zanurzyć się w rzece, której odwrócony nurtponiesie mnie do źródeł.

Jedna z zakonnic spytała, czy gdyby Bóg dał midrugą szansę, postąpiłabym inaczej.

Odparłam, że tak, ale prawdę mówiąc nie jestemtego pewna. Wiem tylko, że moje serce jest jak miasto ruin, po którymhulają niespełnione marzenia, namiętności, niewykorzystana siła,samotność, wstyd, zraniona duma, zdrada i smutek. Nie potrafię się odnich uwolnić. Użalam się nad sobą i płaczę w samotności.

Urodziłam się w nieodpowiedniej epoce, dlategonie mogę niczego naprawić. Nie wiem, czy w przyszłości ktoś o mniewspomni. Gdyby tak się stało, nie chcę, żeby widziano we mnie ofiarę,lecz kobietę odważnie idącą przez życie, która za niezależnośćbez wahania zapłaciła najwyższą cenę.

Kiedyś, podczas pobytu w Wiedniu,poznałam człowieka, który robił w Austrii wielką karierę. Nazywałsię Freud. Nie pamiętam jego imienia. Ludzie go uwielbiali, ponieważdzięki niemu uwierzyli, że mogą odzyskać niewinność, bo za ichbłędy i za ich grzechy winni są rodzice.

Zastanawiam się, jakie błędy popełniła mojarodzina, ale jestem daleka od jej obwiniania. Adam i Antje Zelle dali miwszystko, na co było ich stać. Mieli zakład kapeluszniczy, inwestowaliw złoża ropy naftowej, zanim inni odkryli jej znaczenie. Posłali mniedo prywatnej szkoły, gdzie uczyłam się tańca i jazdy konnej. Kiedyzaczęto nazywać mnie "kobietą lekkich obyczajów", ojciec napisałksiążkę w mojej obronie. Nie powinien był tego robić, bo żyłamtak, jak chciałam, a jego książka odniosła odwrotny skutek: ludziezaczęli się mną jeszcze bardziej interesować i coraz częściejnazywali mnie kłamczuchą i ladacznicą.

Owszem, byłam ladacznicą, jeśli oznacza toosobę, która dostaje klejnoty i apanaże w zamian za czułośći dostarczanie rozkoszy. Owszem, kłamałam i robiłam to tak często,że się w tym sama gubiłam. Traciłam wiele energii, żeby tuszowaćtakie potknięcia.

Nie mogę mieć pretensji do rodziców, chyba tylkoo to, że urodziłam się w niewłaściwym mieście. Nazywało sięLeeuwarden i pewnie większość mieszkańców mojego kraju nigdy o nimnie słyszała. Nic się tam nie działo i wszystkie dni były do siebiepodobne. Kiedy koleżanki zaczęły mnie naśladować, zrozumiałam,że jestem atrakcyjna.

W 1889 roku szczęście odwróciło się od naszejrodziny. Adam zbankrutował, a Antje podupadła na zdrowiu i podwóch latach zmarła. Rodzicie nie chcieli, żebym patrzyła na ichgehennę, dlatego wysłali mnie do szkoły z internatem w mieścieLejda. Uważali, że powinnam odebrać staranne wykształcenie, którew przyszłości pozwoli mi zostać przedszkolanką. Byli przekonani,że dzięki tej pracy będę mogła spokojnie czekać na odpowiedniegokawalera, który zechce się mną zaopiekować. W dniu wyjazdu mamadała mi sakiewkę.

- Margaretho, weź to na drogę -powiedziała.

Wtedy nazywałam się MargarethaZelle. Nienawidziłam tego imienia. Z powodu jakiejś znaneji uwielbianej aktorki nosiły je setki dziewcząt.

Spytałam, co to jest.

- Cebulki tulipanów, kwiatów, które sąsymbolem naszego kraju. Ale są też ważne z innego powodu. Wyglądająjak cebulki wielu innych roślin, ale pamiętaj, że już w tej postacisą tulipanami i zawsze nimi pozostaną, nawet gdyby chciały zakwitnąćróżami i słonecznikami. Jeśli będą próbować zmienić sięw coś innego, szybko zwiędną i umrą. Dlatego nie zapomnij, żebyzawsze z radością iść za głosem serca, niezależnie, dokąd ciędoprowadzi. Kwiaty zachwycają, a gdy ich płatki opadną, pozostanąnasionka, które podejmą Boże dzieło.

Włożyła cebulki z powrotem do sakiewki, którąpomimo choroby dziergała dla mnie przez wiele dni.

- Kwiaty uczą nas prawdy o przemijaniu. Ichuroda mija, szybko więdną, ale przekwitając zostawiają cebulki,z których powstaną nowe kwiaty. Pamiętaj o tym nie tylko w chwilachszczęścia, ale także bólu i smutku. Wszystko przemija, starzeje się,umiera i odradza na nowo.

Ile burz musiałam przetrwać, by to wreszciepojąć. Wtedy nie rozumiałam jej słów. Z niecierpliwością czekałamna wyjazd z prowincjonalnego miasteczka, gdzie wszystkie dni i nocebyły do siebie podobne.

- Najwyższe drzewa wyrastają z najmniejszychnasion. Pamiętaj o tym i bądź cierpliwa.

Ucałowała mnie na pożegnanie. I pojechałamz ojcem na dworzec kolejowy. Milczeliśmy całą drogę.

Niemal wszyscy mężczyźni, którychpoznałam, dali mi radość, drogą biżuterię i uprzywilejowanemiejsce w społeczeństwie. Nigdy nie żałowałam tych znajomości,może poza pierwszą. To był dyrektor szkoły. Zgwałcił mnie, kiedymiałam szesnaście lat.