Szpiedzy kajzera - Howard Blum

-
Proszę czekać

Postacie

SZPIEDZY

Szefowie siatki niemieckiej

WALTER NICOLAI - as wywiadu, szef Abteilung IIIB (tajnych służb cesarskich Niemiec) w Berlinie

HRABIA JOHANN VON BERNSTORFF - ambasador Niemiec w Stanach Zjednoczonych i tytularny szef komórki operacyjnej Abteilung IIIB w Ameryce

KAPITAN FRANZ VON PAPEN - attaché wojskowy w ambasadzie Niemiec, oficer prowadzący zza biurka operacje sabotażowe

KAPITAN KARL BOY-ED - attaché morski w ambasadzie Niemiec, który pomagał von Papenowi kierować operacjami sabotażowymi

DR HEINRICH ALBERT - attaché handlowy w ambasadzie Niemiec i skarbnik siatki szpiegowskiej w Ameryce

Agenci wykonujący misje w terenie

KAPITAN FRANZ VON RINTELEN - samozwańczy "mroczny najeźdźca" nadzorujący "front manhattański"

HORST VON DER GOLTZ - agent Abteilung IIIB i sabotażysta

HANS VON WEDELL - agent odpowiedzialny za fałszowanie paszportów

PAUL KOENIG - szef ochrony i egzekutor

DR ANTON DILGER - główny agent koordynujący prowadzone przez siatkę operacje wojny biologicznej

WALTER SCHEELE - wieloletni tajny agent w Ameryce i wynalazca bomby w kształcie cygara

GEORGE FUCHS - agent-sabotażysta zwerbowany przez swojego kuzyna Koeniga

ERICH VON STEINMETZ - pracownik Abteilung IIIB współpracujący blisko z von Rintelenem

ROBERT FAY - niemiecki żołnierz i inżynier wysłany do Ameryki do pomocy von Rintelenowi

PAUL HILKEN - szef komórki operacyjnej w Baltimore zaangażowany zarówno w wojnę biologiczną, jak i w zamach na magazyn amunicji Black Tom

CHARLES VON KLEIST - były kapitan żeglugi, który pomagał w organizacji zamachów bombowych na statkach

MARTHA HELD - była śpiewaczka operowa prowadząca w owym czasie kryjówkę siatki szpiegowskiej, dom publiczny przy West 13th Street na Manhattanie

ERICH MUENTER (alias FRANK HOLT) - nauczyciel akademicki z Harvardu, który zamordował własną żonę; zwerbowany przez siatkę zabójca-zamachowiec

TROPICIELE SZPIEGÓW

Osoby kierujące akcją

FRANKLIN POLK - oficer łącznikowy odpowiedzialny za kontakty między wywiadem a prezydentem Woodrow Wilsonem

ARTHUR WOODS - szef policji miasta Nowy Jork

GUY SCULL - zastępca komisarza nadzorujący komórkę kontrwywiadowczą

GUY GAUNT - szef Sekcji V, placówki brytyjskich służb specjalnych w Nowym Jorku

Komórka kontrwywiadowcza

KAPITAN TOM TUNNEY - nieustępliwy szef brygady saperskiej policji miasta Nowy Jork (oficjalnie Proneutralnej Brygady Saperskiej)

SIERŻANT GEORGE BARNITZ - zaufany człowiek Tunneya, jego prawa ręka

DETEKTYW AMADEO POLIGNANI - wytrawny tajny agent

DETEKTYW PATRICK WALSH - mistrz kamuflażu

DETEKTYW VALENTINE CORELL - policjant o uroku Romea władający biegle językiem niemieckim

DETEKTYW HENRY SENFF - niemieckojęzyczny snajper

DETEKTYW HENRY BARTH - myśliciel brygady

Prolog: "Urok wiary"

Gdyby w ten mokry lutowy dzień 1906 roku Erich Muenter nie przeszedł przez kampus harvardzki do Emerson Hall, żeby pożyczyć książkę, nie zobaczyłby, jak pewien student wyciągnął z kieszeni czarny pistolet z krótką lufą, wycelował i wystrzelił - dokładnie w momencie, kiedy ktoś złapał go za rękę. A wtedy wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.

Padało od samego rana, a kiedy profesor Muenter podążał ze swojej malutkiej klasy, gdzie uczył niemieckiego, do imponującego budynku z czerwonej cegły po przeciwnej stronie błotnistego dziedzińca Harvardu, burza nagle przeszła w nawałnicę. Próbował przyspieszyć, ale w jego stanie - "gruźlica kości", jak nieodwołalnie zdiagnozował lekarz bezsilny wobec losu - poruszanie się nawet w najlepszą pogodę było zadaniem trudnym. Zanim dotarł do kolumnowego portyku Emerson Hall, przemókł doszczętnie.

"Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz?" - głosił prowokacyjny napis wyrzeźbiony nad potężnymi drzwiami wejściowymi. Ten cytat z Księgi Psalmów wybrał osobiście Charles Eliot, pobożny prezydent Harvardu, zaledwie kilka tygodni przed otwarciem budynku dla studentów w poprzednim roku. Ale Muenter w gruncie rzeczy nie tolerował religii ani, prawdę mówiąc, jakiejkolwiek filozofii, która kwestionowała należne mu miejsce w świecie. Był napuszonym, pełnym bojowej pewności siebie egoistą; pokora nie miała szans zakorzenić się w nim.

Tego ponurego popołudnia wrodzona zadziorność profesora Muentera i jego wysokie mniemanie o sobie - postawa, która nieśmiałych studentów Harvardu zmagających się z językiem niemieckim napełniała niepokojem, a wręcz strachem, o czym było powszechnie wiadomo - wyostrzyły się dodatkowo z powodu przemoknięcia. Jednak wszystko, co mógł zrobić Muenter, to przyklepać swoje wilgotne, brązowe włosy z przedziałkiem pośrodku, kilkoma szarpnięciami przywrócić właściwy kształt zmierzwionej bródce a la van Dyck, wytrzeć do sucha okulary w drucianej oprawce i postarać się, żeby jego pożółkła twarz przybrała swój tradycyjny wyraz sugerujący pewność siebie i zaabsorbowanie własnymi myślami. Mógł być przemoczony do szpiku kości, ale i tak zamierzał dać jasno do zrozumienia, że jest człowiekiem, z którym każdy, nawet sam prezydent Harvardu, powinien się liczyć.

Długa wspinaczka po krętych stopniach na trzecie piętro do nowego uniwersyteckiego laboratorium psychologicznego była niełatwa; patykowate nogi profesora, a przede wszystkim mięśnie osłabione chorobą zwyrodnieniową, nie radziły sobie zbyt dobrze na schodach. Ale Muenter był zdeterminowany. Na spotkaniu Towarzystwa Niemieckiego, poza uniwersyteckim kampusem, poznał niedawno dyrektora laboratorium, sławnego profesora Hugona Munsterberga i obaj mężczyźni szybko odkryli, że mają ze sobą wiele wspólnego.

Fakt, że trzydziestopięcioletniego Muentera, chudego i chłopięcego niczym student, można było bez trudu wziąć za syna tęgiego, czterdziestotrzyletniego, łysego profesora, najwyraźniej nie miał znaczenia. Ich więź nie wynikała po prostu z tego, że obaj urodzili się w Niemczech, że wciąż kaleczyli angielszczyznę wyraźnym gardłowym brzmieniem (choć akcent młodszego był znacznie mniej wyczuwalny; w końcu przeżył w Ameryce prawie połowę swojego życia) i że obaj z dumą pielęgnowali lojalność wobec swojej ojczyzny, a czasami wręcz odnosili się do niej z nabożną czcią. Ich pączkująca przyjaźń opierała się raczej na głębokim wspólnym zainteresowaniu umysłem przestępcy.

Profesor Munsterberg przybył do Harvardu za namową filozofa Williama Jamesa, aby stworzyć pierwsze w kraju laboratorium naukowe badające psychologię zbrodni. Muenter natomiast, choć wcześniej uzyskał na uniwersytecie w Chicago licencjat z filologii niemieckiej, podczas studiów magisterskich na Uniwersytecie Stanowym w Kansas badał motywy (albo raczej racjonalne uzasadnienie, jak to sam przewrotnie sprecyzował) popełniania przestępstw przez jednostki. Wynikiem jego badań była praca zatytułowana Obłęd a literatura. Obecnie w Harvardzie, chociaż przygotowywał doktorat z literatury niemieckiej, niezmiennie wzbudzały w nim fascynację mechanizmy psychiczne, które czynią z ludzi przestępców.

Kiedy Muenter wyjaśnił to wszystko Munsterbergowi, profesor natychmiast zaprosił młodszego kolegę do swego laboratorium i zaproponował, żeby korzystał z jego osobistej biblioteki i pożyczał wszelkie książki, jakie mogłyby być mu przydatne. Dziś, niezrażony ani pogodą, ani wspinaczką po schodach, ciekawy i pełen entuzjazmu Muenter przyszedł skorzystać ze szczodrości profesora.

Do jakże niezwykłego świata wkroczył Muenter! Górne piętro Emerson Hall było labiryntem pokoi, przez które - niczym węże - wiły się kable elektryczne podłączone do wymyślnych maszyn. Munsterberg chwalił się, że maszyny te potrafiły ni mniej, ni więcej, tylko "ujawniać sekrety ludzkiego umysłu".

Były tam takie urządzenia - nazwy nadał im sam psycholog - jak "automautograf" służący do mierzenia ruchów mięśni ręki i palców pod wpływem stresu; "pneumograf" mierzący różnice w oddechu spowodowane sugestiami natury emocjonalnej; "sfigmagraf" zapisujący zatrzymania pracy serca oraz skoki i przyspieszenie jego bicia u osób poczuwających się do winy. Maszyny te, zapewniał Munsterberg, "sprowadzały wiedzę o prawdzie do czystej nauki". W poczytnym wywiadzie opublikowanym w "New York Timesie" rezolutny Munsterberg oświadczył de facto, że "zaprzeczanie, iż specjalista w zakresie psychologii doświadczalnej ma możliwość ustalenia, czy dany osobnik mówi prawdę, jest takim samym absurdem jak zaprzeczanie, iż wprawny chemik może rozpoznać, że w żołądku znajduje się arszenik".

Wiele miesięcy później, kiedy pytano Munsterberga o wizytę Muentera w laboratorium w ów deszczowy dzień, profesorowi przypomniano również o jego śmiałym komentarzu w prasie - wybór metafory wskazujący na mrożącą krew w żyłach zdolność przewidywania miał go jeszcze długo prześladować. Ale tamtego popołudnia sławny kryminolog nie miał żadnych podejrzeń. W rzeczy samej zaprosił swego młodszego kolegę do udziału w zajęciach, które właśnie miały się zacząć.

Muenter stał w tylnej części sali, przysłuchując się z zainteresowaniem wykładowi profesora, kiedy nagle doszło do awantury.

- Chciałbym rzucić nieco światła na tę sprawę - przerwał jeden ze studentów, podnosząc się z miejsca.

Natychmiast podskoczył inny student, żeby się mu przeciwstawić:

- Nie zamierzam tego tolerować! - krzyknął.

- Obraziłeś mnie! - gniewnie odpowiedział pierwszy z nich.

- Jeszcze jedno słowo i ... - ostrzegł drugi, zaciskając pięść.

Pierwszy student wyciągnął z kieszeni kurtki krótki, czarny rewolwer.

Drugi student w napadzie furii rzucił się na kolegę.

W tym momencie profesor Munsterberg wybiegł w pośpiechu zza katedry, zdołał wedrzeć się między dwójkę studentów i złapał uzbrojonego mężczyznę za rękę.

Nagle pistolet wypalił. Trzymając się za brzuch, jeden z młodzieńców osunął się na podłogę.

W klasie zapanował chaos. Wrzeszczący studenci podrywali się ze swoich miejsc, chcąc czym prędzej uciec. Ale Erich Muenter, jak zaobserwowano, stał sztywno w głębi sali, nieporuszony, przyglądając się wszystkiemu, co działo się wokół niego, ze spokojną fascynacją.

Muenter nie zareagował również w jakikolwiek sposób, kiedy w następnej chwili "ranny" student, uśmiechając się szeroko, podniósł się teatralnym gestem z podłogi.

Przywołując do porządku zaskoczonych studentów, profesor Munsterberg polecił im sporządzić precyzyjną relację z tego, co się przed chwilą wydarzyło.

- Opowiedzcie mi, co dokładnie widzieliście - powtórzył z naciskiem.

Kiedy studenci pisali, profesor wyjaśnił im, że było to ćwiczenie, które miało wykazać zawodność zeznań nawet naocznego świadka w sprawie kryminalnej.

- Poszukiwanie prawdy - tłumaczył - może być czynione w najlepszej wierze, ale pamięć jest zawsze subiektywna. Sprytny obrońca może na sali sądowej posłużyć się potęgą sugestii i udaremnić większość prób dotarcia do prawdy. Podobnie - kontynuował profesor - wytrawny przestępca może manipulować ludźmi, tak żeby wierzyli w to, w co on będzie chciał, żeby wierzyli.

Kiedy studenci odczytali na głos swoje rekonstrukcje wydarzeń, stało się jasne, że teza profesora Munsterberga była słuszna: nie znalazło się nawet dwóch słuchaczy, którzy przedstawiliby identyczną wersję "strzelaniny". A kiedy słynny psycholog próbował pobudzić ich pamięć, zadając własne, dociekliwe pytania, wspomnienia stały się jeszcze bardziej zniekształcone. "Prawda - zakończył swe wywody profesor - istnieje tylko jako wytwór umysłu, który wierzy, bo rzucono nań urok wiary".

Tego wieczora, wracając do mieszkania przy Oxford Street, które dzielił z ciężarną żoną i córką - i ściskając w rękach pożyczoną książkę pod dawno już zapomnianym tytułem - Muenter zdał sobie sprawę, że wciąż rozmyśla o tym wszystkim, co widział. Raz po raz analizował w swoim umyśle prezentację, jakiej był świadkiem i wspomnienia studentów o przebiegu wypadków, sprzeczne i jakże łatwo podlegające manipulacji. To było wielce pouczające.

Ale pokaz ten absorbował jego myśli również z innego powodu. Potwierdzał od dawna kultywowaną przez Muentera teorię, że zbrodnia doskonała jest możliwa. Wystarczy rzucić "urok wiary", a wszystko może sprawcy ujść bezkarnie. Nawet morderstwo.

W KOLEJNYCH MIESIĄCACH Muenter był bardzo zajęty. Długie dni spędzane na kampusie miał wypełnione pracą: liczne zajęcia dydaktyczne, podyplomowe seminarium z filologii konieczne do uzyskania doktoratu i zbieranie materiałów do dysertacji. Niemniej jednak w każdej wolnej chwili wdrapywał się na ostatnie piętro Emerson Hall, aby wybrać z obszernych, osobistych zbiorów Munsterberga kolejny tom odkrywający przed nim arkana wiedzy. Kiedy jednak w Cambridge pojawiły się wreszcie oznaki świadczące o tym, że uciążliwa zima ustępuje miejsca upragnionej wiośnie, w centrum uwagi zaniepokojonego Muen­tera - mimo wszystkich obowiązków akademickich pochłaniających czas młodego nauczyciela - znalazła się jego ciężarna żona. Leona była chora i czuła się coraz gorzej. Zbliżał się termin rozwiązania, które miało nastąpić w kwietniu, a ciąża stawała się źródłem coraz większych problemów.

Narodzinom ich pierwszego dziecka nie towarzyszyły żadne komplikacje; Helen była teraz pełną życia, trzyletnią blondyneczką, zawsze uśmiechniętą, co odziedziczyła po matce. Ale ostatnie tygodnie przed przewidywanym terminem narodzin nowego dziecka były męką. Leona cierpiała z powodu potwornych ataków bólu brzucha.

Wezwano lekarzy, ale ci byli jedynie w stanie zalecić, aby Leona nie wstawała z łóżka. Muenter pilnował, żeby żona przestrzegała zaleceń. Jednak kiedy bóle nie słabły, stracił cierpliwość. Zwolnił jednego lekarza, potem drugiego i postanowił, że z pomocą dwóch wynajętych pielęgniarek będzie się opiekował żoną osobiście. Uważał, że osiągnie więcej niż nieudolni medycy, u których dotychczas zasięgał porady. Jego miłość do żony przyniesie więcej dobrego, stwierdził, niż medyczne stopnie naukowe.

Pielęgniarki, panna Case i panna Dietrich, powiedziały, że nigdy nie były świadkiem tak troskliwej, mężowskiej opieki. W ciągu następnych dziesięciu niespokojnych dni profesor siedział przy łożu żony w dzień i w nocy. Co więcej, uparł się, że on i tylko on będzie przygotowywał bulion wołowy, który był jedynym źródłem wartości odżywczych dla biednej pani Muenter, jako że wszelkie pokarmy stałe zwracała. Profesor, opowiadały zaniepokojonym sąsiadom, rzeczywiście gotował sam, przeganiając je z kuchni, a potem siadał na łóżku obok żony i z czułością karmił ją łyżką.

- Kiedy pani Muenter sprzeciwiała się, tłumacząc, że nie ma apetytu - wspominała siostra Case z uwielbieniem - profesor nie dawał za wygraną. Nalegał, że żona ma przełknąć wszystko, do ostatniej kropli, dla swojego własnego dobra i dla dobra dziecka. Co za oddanie - rozpływały się nad nim pielęgniarki. - Jakiż dobry mąż.

Starania Muentera przyniosły pożądany skutek. Szóstego kwietnia kochający profesor zgodził się w końcu opuścić sypialnię i pozwolić pielęgniarkom wziąć sprawę w swoje ręce. Wkrótce potem jego żona wydała na świat zdrową dziewczynkę. Nadano jej imię Maria po ulubionej ciotce Leony.

Następne trzy dni były pełne radości, z naiwnością wspominały pielęgniarki. Nie dość, że niemowlę rozwijało się świetnie, to wydawało się również, że pani Muenter powraca do zdrowia. Odzyskała apetyt. Pewnego wieczora zjadła nawet całą porcję gotowanego kurczaka przygotowanego przez pannę Case, po czym zaskoczyła wszystkich jeszcze bardziej, prosząc o dokładkę.

Niestety, po koniec tygodnia Leona znów nie jadła niczego poza bulionem, którym własnoręcznie karmił ją mąż i - co jeszcze bardziej niepokojące - wróciły bóle. Były gorsze niż przedtem. Kobieta cierpiała, a pełne współczucia pielęgniarki patrzyły, jak mąż cierpiał wraz z nią. Ból i udręka Muentera, w miarę jak pogarszał się stan jego żony, rozdzierały im serce.

Kiedy rano 16 kwietnia Leona zmarła, Muenter był zdruzgotany. Sąsiedzi słyszeli, jak wył niczym ranne zwierzę. "Nie wiem, co robić" - wyznał siostrze Dietrich, szlochając bezsilnie.

Późnym popołudniem profesor wziął się jednakże w garść i przedstawił plan działania. Przedsiębiorca pogrzebowy z Cambridge zdążył już wprawdzie zabrać ciało jego żony, ale Muenter zadecydował teraz, że Leona chciałaby być pochowana w Chicago, gdzie w pogrzebie mogliby uczestniczyć jej rodzice. Zwrócił się do obu pielęgniarek z prośbą, aby zechciały towarzyszyć jemu i dzieciom w wyprawie pociągiem do Chicago. Planował wyruszyć następnego dnia.

- Lepiej mieć to za sobą, dla dobra dzieci - tłumaczył przez łzy.

Obie pielęgniarki oczywiście zgodziły się, szlochając razem z nim; wylewały łzy w równej mierze nad zrozpaczonym profesorem, jak i nad jego biedną żoną.

Tego wieczora, kiedy Muenter próbował załatwić formalności niezbędne, aby zwłoki żony mogły mu następnego dnia towarzyszyć w pociągu, pojawiła się komplikacja. Pan A. E. Long, przedsiębiorca pogrzebowy, oświadczył, że ciało może zostać zabrane z domu pogrzebowego dopiero po podpisaniu przez lekarza aktu zgonu stwierdzającego przyczynę śmierci. Oznaczało to, jak wyjaśnił Long, że konieczna będzie autopsja. Kiedy procedura zostanie zakończona, a akt podpisany zgodnie z prawem, ciało będzie mogło zostać przewiezione przez profesora na miejsce pochówku zgodnie z jego życzeniem.

Muenter wpadł we wściekłość. Nalegał, żeby mu pozwolono zabrać żonę do domu do Chicago i pochować ją tam w obecności pogrążonej w smutku rodziny. Krzyczał, przekonując, że przedsiębiorca nie ma prawa się wtrącać.

Long przeprosił, ale pozostał niewzruszony; przepis to przepis.

Muenter zamyślił się, a potem wybuchnął płaczem. Błagał i prosił, mówił, że pragnie tylko pochować żonę, że chciałby, aby wreszcie zaznała nieco spokoju. Płakał i płakał, a całe jego ciało trzęsło się ze zgryzoty. Był niepocieszony.

Chcąc nie chcąc, Long czuł ból nieszczęsnego męża. W końcu powiedział profesorowi, że trumna pani Muenter znajdzie się w porannym pociągu.

Jednak po wyjściu Muentera, kiedy Long przygotowywał się do balsamowania zwłok, opadły go wątpliwości. Może był jakiś sposób, zastanawiał się z właściwą sobie rozwagą, żeby zadowolić zarówno osamotnionego profesora, jak i władze? Zdecydował się wyjąć organy wewnętrzne z ciała pani Muenter i następnego dnia z samego rana wysłać je do dr Whitneya Swana, lekarza sądowego miasta Cambridge. Zanim dr Swan przystąpi do ich badania, ciało będzie już oczywiście w pociągu do Chicago. Ale to nie powinno mieć żadnego znaczenia, zapewniał sam siebie Long. W końcu autopsja żony profesora Harvardu to tylko formalność.

NABOŻEŃSTWO ŻAŁOBNE ZOSTAŁO ODPRAWIONE w saloniku domu rodziców Leony przy Fullerton Avenue w Chicago. Po nim odbył się pogrzeb na cmentarzu Rose Hill. Podczas nabożeństwa i pochówku Muenter był cały odrętwiały, jakby znajdował się w szoku. Wydawało się, że nie jest w stanie wymówić ani słowa. Patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Jednak po powrocie z cmentarza zdołał wziąć się w garść na tyle, żeby porozmawiać z Arthurem Krembem, ojcem Leony.

Wytłumaczył mu, że musi wyjechać, że chce przemyśleć to wszystko, co się wydarzyło. Zapytał, czy Kremb nie miałby nic przeciwko zajęciu się dziećmi przez kilka dni.

Kremb zgodził się oczywiście. Powiedział pogrążonemu w smutku zięciowi, żeby się nie spieszył i spokojnie uporządkował swoje sprawy.

Muenter obiecał, że wróci za dwa dni.

Pięć dni później, kiedy w domu Kremba pojawili się dwaj chicagowscy policjanci z nakazem aresztowania Ericha Muentera pod zarzutem zamordowania żony wydanym przez policję w Cambridge, profesor ciąg­le jeszcze nie powrócił z podróży. Funkcjonariusze wyjaśnili, że lekarz sądowy z Cambridge powziął pewne podejrzenia po przebadaniu organów wewnętrznych Leony i przekazał je do dalszej analizy W.F. Whitneyowi, profesorowi chemii z harvardzkiej Akademii Medycznej. Whitney szybko potwierdził podejrzenia lekarza sądowego: na szczątkach znaleziono ślady arszeniku. Stwierdził, że Leona Muenter została otruta, powoli i boleśnie.

Arthur Kremb nie chciał uwierzyć, że mąż jego córki zamordował własną żonę. "Jestem przekonany, że po przeprowadzeniu drobiazgowego śledztwa okaże się, że wszystko jest w porządku" - powtarzał z uporem.

Mijały tygodnie, miesiące i lata bez jakiejkolwiek wiadomości od profesora, a Kremb i jego żona byli zmuszeni wychowywać dwójkę dzieci Muentera i Leony, Kremb zaczął sobie powoli uświadamiać, że się mylił. Nie dość, że jego zięć był mordercą, to jeszcze uszło mu to płazem. Erich Muenter zniknął.

Rozdział 1

Światło wczesnego ranka przeświecało przez wysokie witraże i pobłyskiwało, nieco przymglone i rozmyte, w kościelnej nawie, rozjaśniając rzędy ławek w katedrze św. Patryka przy Piątej Alei. Jednak tego zimnego, marcowego poranka 1915 roku kapitan policji miasta Nowy Jork Tom Tunney celowo trzymał się cienia, podążając wąską nawą boczną, ciemną i ponurą jak grobowiec. Kiedy zbliżył się do ołtarza, schował się za potężną, kamienną kolumną. Poczekał, aż jego oczy przyzwyczają się do półmroku spowijającego kryjówkę, po czym przeprowadził szybki rekonesans.

W przedsionku krzątały się z wiadrami i mopami trzy sprzątaczki. Jedna z nich, kobieta z długimi rudymi włosami, pochyliwszy głowę, myła na czworakach marmurową posadzkę. Miała na sobie wypłowiałą, niebieską spódnicę sięgającą do kostek, białą bluzkę i - co wydawało się dość dziwne - ciemny szal naciągnięty niczym namiot na jej szerokie ramiona. Szorowała gorliwie i kiedy tak pracowała, szal przesunął się w górę, odkrywając część pleców. Tom dostrzegł błysk rewolweru w kaburze przymocowanej do paska przechodzącego przez klatkę piersiową. Nie było jednak sposobu, żeby ostrzec detektywa Particka Walsha i powiedzieć mu, że powinien poprawić swoje przebranie. Wszystko działo się zbyt szybko.

Tom odwrócił się i spojrzał w kierunku przednich ławek. Kościelny, starszy mężczyzna, przygarbiony i z białą brodą, wskazywał miejsca wiernym, którzy licznie przybyli na mszę o godzinie siódmej rano. Tom jęknął bezgłośnie. Kościelny miał błyszczące złote okulary i absurdalny dwurzędowy surdut, ewidentnie bardziej odpowiedni dla jakiegoś pomniejszego europejskiego księcia.

Dostarczając kapitanowi dodatkowych powodów do obaw, detektyw George Barnitz - zazwyczaj godzien zaufania, prawa ręka Toma - odgrywał swoją rolę nienaturalnie, ale za to całym sobą. Kościelny poruszał się po nawie z chrapliwym oddechem i teatralną powolnością. Pochylone plecy miały świadczyć o podeszłym wieku i pokorze, ale wyglądało to komicznie. Tom nie zdziwiłby się wcale, gdyby Barnitzowi spadła z głowy śnieżnobiała peruka, wskutek całego tego kłaniania się i szurania.

Ale drobne obawy rozproszyły się, kiedy biskup Hayes zaczął odprawiać mszę. Parafianie modlili się, a wraz z nimi modlił się też i Tom. Jak powiedział później, modlił się z większym ferworem niż kiedykolwiek w swoim długim życiu; takiego modlitewnego zapału nie pamiętał, od kiedy zaczął chodzić do kościoła. Modlił się o to, żeby udało mu się zapobiec rozerwaniu na drobne kawałki tej wspaniałej katedry i wszystkich, którzy się w niej znajdowali. Teraz jednak mógł już tylko czekać i mieć nadzieję, że miłosierny Bóg wysłucha jego modlitw.

TOM BYŁ SZEFEM brygady saperskiej policji miasta Nowy Jork. Rozpoczął pracę w oddziale nowojorskim siedemnaście lat wcześniej, w 1898 roku, jako potężny, barczysty, dwudziestojednoletni młodzieniec. Przyczyny wstąpienia w szeregi policji, przyznał z filozoficzną szczerością, kiedy po latach spoglądał wstecz na swoją długą karierę, były złożone i niezupełnie jasne.

Po pierwsze był przykład wuja Johna, zgodnie z rodzinną tradycją człowieka świętego, który przez ponad dwie dekady dumnie służył w Królewskiej Policji Irlandzkiej (Royal Irish Constabulary). Tom, urodzony w hrabstwie Cork w Irlandii, ale od ósmego roku życia mieszkający w West Side na Manhattanie, mniemał - z pewną nostalgią - że styl życia, który sprawdził się w wypadku jednego Tunneya, może się również sprawdzić w wypadku drugiego.

Kolejnym bodźcem było publiczne zobowiązanie głównego komisarza policji Teddy'ego Roosevelta, że będzie przyjmował w jej szeregi kandydatów najlepszych i najinteligentniejszych, a nie wyłącznie tych rekrutów, których podróż zawodowa zaczęła się w rozpolitykowanych kuluarach Tammany Hall, stowarzyszenia będącego maszyną polityczną Demokratów. Tom, zawsze ambitny, chciał udowodnić, że sprosta wysokim standardom komisarza.

Przede wszystkim jednak, choć pojęcie o pracy policjanta miał mgliste, pociągała Toma perspektywa pomocy innym i działania zgodnie z honorem. I właśnie to sprawiło, że młody mężczyzna udał się do śródmiejskiej komendy policji i złożył podanie o pracę.

Honor był sprawą podstawową. "To jedyne, czego nikt nigdy ci nie odbierze" - powtarzał mu ojciec, irlandzki imigrant, który przenosił się z jednej dniówkowej, katorżniczej pracy do drugiej, aż padł martwy w wieku czterdziestu ośmiu lat.

Co mogło być bardziej honorowe niż opowiedzenie się po stronie prawa i porządku? Tom wyczuwał instynktownie, że był to prostolinijny, nieskomplikowany i wymagający nieustępliwości sposób działania w świecie i że będzie mu on dobrze służył przez całe życie.

Od początku Tom był niezmiernie entuzjastycznie nastawiony do swoich obowiązków. Jego pierwszym zadaniem było piesze patrolowanie ulic Brooklynu i bardzo szybko funkcjonariusz policji Tunney stał się znany w okolicy jako ktoś, na kim można polegać. W pewien piątkowy wieczór, na przykład, nie zawracając sobie głowy wzywaniem posiłków, wkroczył sam jeden w środek zaciekłej bójki w barze i wywinąwszy kilkakrotnie policyjną pałką oraz obrzuciwszy zebranych swym budzącym postrach spojrzeniem, zdołał przywrócić porządek. Innym razem rzucił się w zaskakująco szybki pościg za ulicznym złodziejaszkiem i dwanaście przecznic dalej powalił go na ziemię (ten wyczyn okazał się nieprzypadkowy, w tym samym roku Tom wygrał bieg na sto jardów podczas Dnia Policjanta w imponującym czasie 10,5 sekundy). Ludzie zawsze czuli się bezpiecznie, wiedząc, że okolicę patroluje posterunkowy Tunney w swojej kurtce ze stójką i złotymi guzikami.

Również w centrali przełożeni Toma szybko dostrzegli młodego policjanta. Już na samym początku zauważyli, że Tunney ma w sobie coś z przywódcy, jak wspominali, wystawiając mu referencje pod koniec kariery. I chociaż był wielkim mężczyzną, to nie jego potężna sylwetka czyniła zeń postać dominującą. Była to raczej, co zauważył zastępca komisarza Guy Scull, jego zdolność do "słuchania tego, co inni mają do powiedzenia, w ciszy pełnej zadumy". Grzecznością zaskarbiał sobie szacunek. Tom nigdy za wiele nie mówił, zauważył Scull, ale kiedy już mówił, "ludzie słuchali".

W ciągu następnej dekady kariera Toma rozwijała się znakomicie. "Dostałem twardą szkołę, przechodząc z jednego stanowiska na drugie - opowiadał skromnie Tom. Ze służby patrolowej został przeniesiony do "kontroli wewnętrznej", brygady policjantów pracujących po cywilnemu, którzy krążyli po całym mieście, po rejonach o wysokiej przestępczości i sprawdzali, czy policjanci znajdują się na swoich stanowiskach. Następnie trafił do elitarnego wydziału dochodzeniowego, gdzie szybko wyrobił sobie nazwisko.

Głośna stała się jego tajna akcja, kiedy to zatrudnił się w warsztacie samochodowym, udając mechanika, aby rozwiązać zagadkę kryminalną, dowiedzieć się, kto przejechał nieszczęsnego lekarza z Brooklynu, gdy ten wysiadł z tramwaju po nocy, którą spędził, odbierając poród. "Błyskotliwe śledztwo", zachwalał "Times". Innym razem wytrwale tropił przestępcę, który otruł arcybiskupa i trzydziestu innych prominent­nych członków University Club. "Opowieści o jego wyczynach czyta się jak książki kryminalne", rozpływała się przymilna prasa bulwarowa nad swoim nowym bohaterem.

Jeżeli zaś chodzi o samego Toma, to choć krępowało go zainteresowanie, jakie wzbudzał, musiał przyznać, że znalazł swoje powołanie. Uwielbiał typową dla śledztwa "surowość pogoni" - jak to nazywał. "Dreszcz emocji, kiedy zaczyna się bez jakiejkolwiek wskazówki albo niekiedy mając tylko pojedynczy trop", napisał, podsumowując swe życie i pracę, "a potem przedzieranie się przez wszystkie trudności aż do końca - to była zawsze ekscytująca podróż".

Na początku 1913 roku otrzymał awans na kapitana z rąk komisarza Arthura Woodsa, absolwenta Harvardu i byłego nauczyciela języka angielskiego w Groton School, któremu powierzono zadanie reorganizacji policji. Wkrótce potem Tom objął dowództwo nowo utworzonej brygady saperskiej.

Nowy Jork stał się od jakiegoś czasu celem ataków. Podczas ostatniego niespokojnego dziesięciolecia zarówno anarchiści, jak i rzezimieszki z Czarnej Ręki - pod taką nazwą znany był osławiony gang imigrantów sycylijskich, którzy podpisywali żądania okupu czarnym odciskiem dłoni - bez skrupułów rzucali bomby i podkładali materiały wybuchowe. Zniszczonych zostało wiele budynków, wielu ludzi straciło życie. I, jak przewidywał komisarz Woods, posługując się rozpaczliwą logiką, masakry mogły się tylko potęgować.

Ponadto w całym kraju dochodziło do krwawych porachunków między siłami robotników i kapitalistów; w Los Angeles bomba podłożona przez związkowca w budynku "Los Angeles Times" zabiła dwadzieścia jeden osób. Nie było żadnego powodu, żeby spodziewać się zakończenia tej wendety i mieć nadzieję, że nie skupi się ona wkrótce na strzelistych budowlach okalających betonowo-stalowe kaniony Wall Street.

Powodem do niepokoju było również to, że policja nie miała w tym czasie oficjalnej jednostki do monitorowania poczynań Czarnej Ręki. Brygada włoska, jak ją zwykle nazywano, została rozwiązana cztery lata wcześniej po zastrzeleniu na ulicach Palermo we Włoszech porucznika policji stojącego na jej czele, kiedy szedł na spotkanie z "informatorem".

Tomowi powierzono zadanie powstrzymania zamachów bombowych. Miał aresztować ludzi mieszających środki chemiczne i dostarczających laski trotylu zamachowcom, zanim ci zdążą podłożyć bomby. W wypadku fiaska, jeżeli przybywał za późno, miał przetrząsać gruzy w poszukiwaniu wskazówek. Potem zaś miał tropić zamachowców, podążać za nimi "na koniec świata, jeżeli będzie taka potrzeba - rozkazał komisarz jak najbardziej poważnie.

Od początku Tomowi zostawiono wolną rękę. Do swojego gangu, jak nazywano w policji brygady specjalne, mógł werbować, kogo chciał. Komisarz zaproponował mu też przejęcie biura porzuconego przez brygadę włoską.

Było to wąskie, obskurne poddasze nad barem przy Centre Street, którego nikt nie sprzątał, od kiedy brygadę włoską rozwiązano. Ale Tom przyjął je od razu. Zdawał sobie sprawę, że możliwość pracy po cichu, za kulisami, z dala od tumultu i polityki centrali, była ważniejsza niż wygody.

I jeszcze jedno błogosławieństwo: komisarz jasno zapowiedział, że Tom będzie podlegał jemu i tylko jemu. Nikt inny w wydziale, bez względu na stopień, nie ma prawa kwestionować jego działań ani odwoływać jego rozkazów.

Tom przystąpił do pracy. Pierwszym krokiem, jak sam to ujął sardonicznie, było "zapoznanie się z bombą jako taką". Chodził do więzień i pochlebstwami nakłaniał skazanych członków gangu Czarnej Ręki, aby tłumaczyli mu, jak robili swoje bomby. Spędził wiele dni w nowojorskich biurach firmy DuPont, gdzie urzędnicy i technicy urządzili mu rozszerzony kurs w zakresie materiałów wybuchowych. Ślęczał nad publikacjami Urzędu Górniczego, szukając informacji o najnowszych osiągnięciach w dziedzinie wyburzania. Jak powiedział z pewnym zdziwieniem, został nawet "zmuszony stać się kimś w rodzaju studenta chemii".

Było to szkolenie gruntowne, ale się opłaciło. W następnym roku, powiedział później, nabrał "sporej wprawy w powiązywaniu zamachów bombowych z pewnymi elementami anarchistycznymi i gangsterskimi w mieście".

Zeszłego lata rozpoczął dochodzenie, które po ośmiu miesiącach, w lodowatych ciemnościach przedświtu, doprowadziło jego i jego zespół do katedry św. Patryka.

Rozdział 2

Pierwsze działania operacyjne w długiej podróży Toma do imponującej katedry zostały podjęte w piwnicy rozpadającej się kamienicy czynszowej, z dala od centrum, na 106 Ulicy, w pobliżu torów kolei New York Central. To tam co niedziela spotykali się członkowie Brescia Circle, organizacji nazwanej tak na cześć anarchisty, który zamordował króla Włoch.

Były to niepewne czasy w całym kraju: ludzie nie mieli pracy, rodziny co noc chodziły spać głodne. Publiczne wystąpienia Brescii pełne były żywiołowych, desperackich przemówień. Mówcy z wściekłością atakowali kapitalistów wykorzystujących klasę robotniczą i odnoszących się do niej z pogardą. Pomstowali zaciekle na kościół katolicki z jego dobrze odżywionymi księżmi i bogato zdobionymi świątyniami, który, jak twierdzili, lekceważył swoje obowiązki względem składających dziesięcinę, okłamywanych mas. Były też demonstracje żądające pracy i sprawiedliwej płacy. Zeszłej wiosny zuchwały tłum pod wodzą Brescii wdarł się do kościoła św. Alfonsa w Brooklynie i zapowiedział, że nie zamierza go opuścić, dopóki ludziom nie zostanie wydana żywność.

Tom, który dorastał w domu, gdzie wieczorami nie raz była na kolację tylko cienka zupa, potrafił zrozumieć gniew i desperację narastające w mieście. Nie był ani mężem, ani ojcem; jego życiem była praca. Ale los na tyle ciężko go doświadczył, że umiał współczuć ludziom, którzy nie mieli pracy, rodzinom, które walczyły o przetrwanie. I choć nie miał wyrozumiałości dla osobników wdzierających się do kościołów albo próbujących osłabić rząd, członkowie jego brygady słyszeli, jak się uskarżał: "Pewnych spraw po prostu nie załatwia się w tym kraju właściwie". "Nie potrafię winić ludzi za to, że chcą, żeby ich traktowano sprawiedliwie", sympatyzował z masami, podczas gdy inni policjanci potępiali radykałów.

Jednakże członkowie Brescia Circle nie poprzestawali na przemówieniach i demonstracjach. "Mieli też słabość do bomb", jak ujął to Tom z gorzkim cynizmem właściwym profesjonaliście.

Rok wcześniej 4 lipca aresztowano mężczyznę, który przeskakiwał przez mur otaczający podmiejską posiadłość Johna D. Rockefellera w Tarrytown. Tego samego dnia trzej członkowie grupy Brescia wylecieli w powietrze w swoich pokojach przy Lexington Avenue, kiedy wybuchła bomba, którą właśnie składali. Przeszukując gruz pozostały po fabryce bomb, policja znalazła dowody pozwalające powiązać ze sobą wydarzenia tego dnia: mężczyzna z Tarrytown został wysłany do rezydencji na rekonesans, a następnego dnia miał tam wrócić i podłożyć zmontowaną przez działaczy Brescii bombę pod oknem domu Rockefellera.

Tom poważnie zastanowił się nad wydarzeniami, które miały miejsce w Dniu Niepodległości. Było oczywiste, że tylko szczęśliwym trafem udało się zapobiec tragedii, która wstrząsnęłaby krajem. Tom był jednak człowiekiem ostrożnym i wstrzymał się z działaniem, dopóki nie nabrał pewności, że wie, co powinna przedsięwziąć jego brygada saperska i dopiero wtedy przesłał wiadomość do komisarza Woodsa z prośbą o rozmowę.

Zgodnie z sugestią komisarza spotkanie odbyło się w Harvard Club; Woods lubił czasami uciec od wrzawy komendy głównej policji i lubił też wypić pod koniec dnia szklaneczkę whiskey. Dla Toma była to pierwsza wizyta w prywatnym klubie uniwersyteckim przy 44 Ulicy. Usiedli naprzeciwko siebie z drinkami w ręku w pomieszczeniu z przyciemnionym oświetleniem i wysokim sufitem, które w ocenie Toma było tak długie jak cały miejski kwartał.

Rozrzuceni po wielkiej sali członkowie klubu, usadowiwszy się wygodnie w skórzanych fotelach, sączyli koktajle i prowadzili rozmowy ściszonym głosem. Można by sądzić, że tętniące życiem miasto ze wszystkimi jego niedolami to jakiś inny świat. Tom nie mógł się oprzeć myśli o tym, co mieliby do powiedzenia o tym cichym, arystokratycznym azylu ludzie z Brescia Circle. Jeżeli już o to chodzi, on sam uważał to wszystko za nieprzyjemnie wytworne i kojarzące się niedwuznacznie z klasą panującą; w głębi duszy ciągle był prostym, irlandzkim imigrantem wychowanym w West Side, chłopakiem, który nie ukończył szkoły średniej, ponieważ trzeba było zacząć przynosić do domu wypłatę.

Jednak po kilku chwilach rozmowy towarzyskiej odepchnął od siebie skrępowanie i przystąpił do rzeczy. Musiał wyjaśnić komisarzowi, dlaczego poprosił o spotkanie.

"Zamieszki są zaraźliwe. Anarchista lubi awantury, a jednocześnie nie lubi porządku", napisał w raporcie sporządzonym po tej rozmowie.

- Choć nieudany atak na rodzinę Rockefellerów zakończył się śmiercią trzech producentów bomb i jednym aresztowaniem, w umysłach członków i zwolenników Brescia Circle - tłumaczył Tom - sam fakt, że relacja z tych wydarzeń trafiła na pierwsze strony gazet, mógł zostać uznany za sukces.

Potem Tom spoważniał. Cichym, spokojnym głosem, jakim zawsze przemawiał, kiedy miał do zakomunikowania złe wiadomości, przedstawił swoje przewidywania, które niepokoiły go od wielu dni.

- To nie koniec - oświadczył. - Rozgłos przyniesie kolejne zamachy. Eksplodują kolejne bomby. Tyle że następnym razem ofiarami mogą być nie zamachowcy, lecz zwykli ludzie.

- Naszym obowiązkiem - powiedział - jest przeprowadzenie starannego śledztwa w sprawie grupy Brescia.

Komisarz był człowiekiem myślącym. Przed wstąpieniem do policji pracował jako nauczyciel w Groton School i jego pedagogiczny instynkt kazał mu raczej zadawać pytania, niż natychmiast wykrzykiwać rozkazy. Ponadto szanował wiedzę Toma; dziesięć lat patrolowania ulic Nowego Jorku to nauka o sprawach, które trudno sobie nawet wyobrazić w salach lekcyjnych Harvardu czy Groton School. Zapytał więc Toma, jak należałoby postąpić.

Tom opracował już strategię; miał w głowie jasny jej obraz, zanim jeszcze przyszedł do klubu. Ale nie wyrzucił tego z siebie tak po prostu. Uważał, że więcej zyska, pozwalając komisarzowi zrozumieć, skąd wziął się ten plan. W końcu doskonale zdawał sobie sprawę, że zakres operacji, którą zamierzał przeprowadzić, która miała trwać przez wiele miesięcy, być bardzo kosztowna i nie przynosić rezultatów natychmiastowych, był bezprecedensowy. Potrzebował formalnej zgody komisarza. Wiedział, że jeżeli przeszarżuje, Woods może odrzucić propozycję, jako nadmiernie ambitną - zarówno zbyt ryzykowną, jak i zbyt kosztowną. Tom zaczął ostrożnie, od początku.

- Moim pierwszym odruchem - powiedział - było zwerbować informatora spośród członków Brescia Circle. Takie podejście byłoby najbezpieczniejsze - wyjaśnił. - Policja musiałaby zapewnić pieniądze na łapówki, ale - kontynuował - żaden z policjantów nie znalazłby się w niebezpieczeństwie:

Jednak wypowiedziawszy tę sugestię, Tom natychmiast ją odrzucił.

- Zawsze starałem się unikać korzystania z kapusiów - tłumaczył, jakby wygłaszał prelekcję dla nowicjusza - którym komisarz był w istocie. - Są niewygodnymi sprzymierzeńcami w śledztwie. Nie można być pewnym, że człowiek, który jest związany z przestępcami i ich zdradza, nie zdradzi równocześnie tajemnic dochodzenia.

Komisarz zgodził się, że brzmi to sensownie. Zapytał, jakie jeszcze działania proponuje Tom.

- Wprowadzimy do Brescia Circle swojego agenta - powiedział policjant.

Szybko przedstawił zarys planu.

- Będzie jeden człowiek pracujący na własną rękę. Wyślemy go tam z nowym nazwiskiem, z nową historią rodzinną. Zapewnimy mu nawet mieszkanie. Damy mu całkowicie zmyśloną tożsamość. I będziemy prowadzili tę operację długo. Pozwolimy naszemu człowiekowi powoli wkupić się w łaski organizacji. Nie można kazać mu się spieszyć, musi zdobyć ich zaufanie. A wtedy, kiedy zaplanują wybuch kolejnej bomby, on będzie o tym wiedział. A moja brygada będzie w stanie do tego nie dopuścić.

Woods rozważał pomysł przez dłuższą chwilę. Tom obawiał się, że może jednak on sam był zbyt śmiały, a jego projekt zbyt ambitny. Policja nowojorska nigdy dotychczas nie wysłała funkcjonariusza na tak poważną, tajną operację, której koniec był nie do przewidzenia.

- Zróbmy to - oświadczył w końcu komisarz.

AKCJA SIĘ NIE POWIODŁA. Policjant wyznaczony do tego zadania chodził na niedzielne spotkania grupy Brescia. Spędzał długie wieczory, przesiadując w piwnicy przy 106 Ulicy, gdzie mieściła się siedziba organizacji. Ale nigdy nie przyjęto go na członka. Ponadto nie znał włoskiego; nie mógł podsłuchiwać, kiedy dysputy przenosiły się w ciemne kąty, a rozmówcy skupieni w małych grupkach przechodzili czym prędzej z angielskiego na włoski.

Możliwe, że pod wpływem frustracji nadskakiwał im jeszcze bardziej. Bez względu na to, jakie były tego przyczyny, członkowie ugrupowania stali się podejrzliwi. Agent Toma został dwukrotnie oskarżony o szpiegowanie i postawiony przed trybunałem Brescii. Uniewinniono go w obu wypadkach. Ale kiedy oskarżenia pojawiły się po raz trzeci, Tom zaczął obawiać się o bezpieczeństwo swojego człowieka. Wydał rozkaz zakończenia operacji.

***

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji