Szpica. Od Wału Zachodniego do Zagłębia Ruhry. Amerykański czołgista i niezwykły pojedynek pancerny w sercu III Rzeszy - Adam Makos

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Pod­ją­łem decy­zję. Nie było już odwrotu.

W pewien nie­dzielny pora­nek w 2012 roku sta­ną­łem przed sze­re­go­wym domem z cegły w Allen­town w Pen­syl­wa­nii. W tym robot­ni­czym mia­steczku pano­wał spo­kój i nikt nie zwra­cał na mnie uwagi.

Przy­by­łem tam w poszu­ki­wa­niu dobrego tematu na książkę.

Mój były kolega z klasy Pete Sema­noff pod­su­nął mi infor­ma­cję o pew­nym wete­ra­nie dru­giej wojny świa­to­wej, który miesz­kał tam nie­mal cał­kiem zapo­mniany. Według Pete'a, ten wete­ran miał do opo­wie­dze­nia jakąś histo­rię, być może nawet nada­jącą się na książkę. Podobno był celow­ni­czym czołgu i sto­czył jeden z naj­słyn­niej­szych poje­dyn­ków pan­cer­nych, co na doda­tek zostało sfil­mo­wane przez woj­sko­wego ope­ra­tora.

Tylko czy on będzie chciał się ze mną podzie­lić tą histo­rią? I czy kto­kol­wiek będzie chciał prze­czy­tać książkę o czoł­gach? To było zanim jesz­cze Brad Pitt wsko­czył w buty woj­skowe z trzema klam­rami, by zagrać w fil­mie Furia, i zanim zaczęło się to całe sza­leń­stwo z World of Tanks.

Po gło­wie krą­żyło mi jesz­cze jedno. Ten wete­ran słu­żył w 3. Dywi­zji Pan­cer­nej zwa­nej "Spe­ar­head", czyli "Szpica". Więk­szość pasjo­na­tów histo­rii w Ame­ryce zna "Krzy­czące Orły", to jest 101. Dywi­zję Powietrz­no­de­san­tową. Ewen­tu­al­nie "Wielką Czer­woną Jedynkę", czyli 1. Dywi­zję Pie­choty. Albo 3. Armię Pat­tona.

Ale 3. Dywi­zję Pan­cerną?

Jedyny żoł­nierz Trze­ciej Pan­cer­nej, jakiego zna­łem, słu­żył w niej dopiero w cza­sach zim­nej wojny. I nazy­wał się Elvis Pre­sley.

Spraw­dzi­łem, czy numer na domu zga­dza się z tym, który mia­łem zapi­sany w tele­fo­nie. Byłem we wła­ści­wym miej­scu.

Zapu­ka­łem i otwo­rzył mi Cla­rence Smoyer. Oka­zał się zadzi­wia­jąco wyso­kim osiem­dzie­się­cio­ośmio­lat­kiem, który miał na sobie zwy­kłą nie­bie­ską koszulkę polo, roz­cią­gniętą na pokaź­nym brzu­chu. Grube oku­lary spra­wiały, że jego oczy zda­wały się małe. Chi­cho­cząc pod nosem, zapro­sił mnie do środka i wycią­gnął dla mnie krze­sło przy kuchen­nym stole. I wła­śnie tam doko­na­łem odkry­cia.

To była prawda. Wszystko, co wcze­śniej o nim sły­sza­łem.

Ten łagodny olbrzym miał w swo­ich rękach klucz do jed­nej z ostat­nich wiel­kich, nie­opo­wie­dzia­nych histo­rii o dru­giej woj­nie świa­to­wej i był gotów mówić.

Zawsze odwie­dza­łem pola bitew, zanim zaczy­na­łem o nich pisać. W ten spo­sób książka Ryce­rze wojen­nego nieba zawio­dła mnie na zaku­rzone lot­ni­sko na Sycy­lii, a Devo­tion zapro­wa­dziła mnie i mój zespół w omglone góry Korei Pół­noc­nej.

Żeby zapew­nić wam jak naj­wyż­szy poziom histo­rycz­nej szcze­gó­ło­wo­ści, na potrzeby tej książki poszli­śmy jesz­cze dalej w naszych bada­niach. Tym razem prze­mie­rza­li­śmy pola bitewne Trze­ciej Rze­szy razem z ludźmi, któ­rzy two­rzyli opi­sy­waną tutaj histo­rię.

W 2013 roku Cla­rence Smoyer w towa­rzy­stwie trzech innych wete­ra­nów odbył podróż do Nie­miec, pozwa­la­jąc, aby­śmy do nich dołą­czyli i prze­pro­wa­dzili z nimi wywiady w miej­scach, w któ­rych kie­dyś wal­czyli. Nagry­wa­li­śmy ich wspo­mnie­nia. Nagry­wa­li­śmy to, co mówili, słu­cha­jąc tego, co mówią inni. A potem porów­na­li­śmy ich rela­cje z doku­men­tami archi­wal­nymi.

Korzy­sta­li­śmy z zaso­bów czte­rech archi­wów w Ame­ryce i jed­nego w Anglii. W poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi poje­cha­li­śmy nawet do nie­miec­kiego Bun­de­sar­chiv w Szwar­cwal­dzie. To, co zna­leź­li­śmy w tych archi­wach, wręcz zapie­rało dech w pier­siach. Ory­gi­nalne roz­kazy. Rzad­kie wywiady prze­pro­wa­dzane z naszymi boha­te­rami przez kore­spon­den­tów wojen­nych, gdy wokół jesz­cze sza­lała bitwa. Dzien­niki kore­spon­den­cji radio­wej, zapisy roz­mów dowód­ców czoł­gów, pozwa­la­jące nam odtwo­rzyć minuta po minu­cie prze­bieg akcji. Dzienne pro­gnozy pogody. I znacz­nie wię­cej.

Przy­go­tuj­cie się do jazdy.

Za kilka led­wie stron znaj­dzie­cie się za liniami wroga razem z 3. Dywi­zją Pan­cerną, praw­dzi­wym "koniem robo­czym"1, jedną z "naja­gre­syw­niej­szych" dywi­zji ame­ry­kań­skich i praw­do­po­dob­nie naj­lep­szą z dywi­zji pan­cer­nych US Army2.

Nawet gene­rał Omar Bra­dley dostrzegł coś wyjąt­ko­wego w dywi­zji, w któ­rej słu­żyli Cla­rence i jego towa­rzy­sze. Popro­szony o scha­rak­te­ry­zo­wa­nie swo­ich wojsk pan­cer­nych, Bra­dley napi­sał, że czoł­gi­ści Pat­tona prze­jęli jego "smy­kałkę"3. Ci od Simp­sona z 9. Armii byli znani ze swej "werwy"4. A Trze­cia Pan­cerna? Pro­wa­dziła natar­cie przez całą Europę ze "sro­gim i ponu­rym upo­rem"5.

Sro­dzy. I ponu­rzy. To wła­śnie im będzie­cie towa­rzy­szyć.

Ale nie będzie to opo­wieść o maszy­nach i o tym, jak jeden czołg wypa­dał na tle innego. To będzie opo­wieść o ludziach.

Wrzu­cimy was do wnę­trza czoł­gów razem z Cla­rence'em i jego towa­rzy­szami z załogi, obcymi sobie ludźmi z róż­nych zakąt­ków Ame­ryki, któ­rzy stali się sobie bli­scy jak praw­dziwa rodzina.

I wycią­gniemy was na zewnątrz, wysta­wia­jąc na upał, deszcz, mróz i ostrzał wroga w towa­rzy­stwie żoł­nie­rzy pie­choty zme­cha­ni­zo­wa­nej wal­czą­cych o to, żeby otwo­rzyć drogę wła­snym czoł­gom.

Sta­niemy rów­nież po dru­giej stro­nie bary­kady, obser­wu­jąc bieg wyda­rzeń z per­spek­tywy nie­miec­kiego czoł­gi­sty oraz dwóch mło­dych Nie­mek, które zna­la­zły się w ogniu krzy­żo­wym na linii frontu.

Na koniec zoba­czymy, co się stało, gdy te życio­rysy zde­rzyły się i to zde­rze­nie odci­snęło na nich trwałe piętno, które na­dal, ponad pół wieku póź­niej, wywiera wpływ na żyją­cych.

Czy świat naprawdę jest gotów na książkę o czoł­gach?

Jest tylko jeden spo­sób, żeby się o tym prze­ko­nać.

Zamknąć włazy.

Zaci­snąć pasek hełmu pod brodą.

Czas ruszać w drogę.

Roz­dział 1

Łagodny olbrzym

2 wrze­śnia 1944

Oku­po­wana Bel­gia

Nad skrzy­żo­wa­niem wiej­skich dróg zapa­dał zmierzch.

Sły­chać było tylko brzę­cze­nie owa­dów na oko­licz­nych sinych polach i coś jesz­cze. Coś meta­licz­nego. Tyka­nie i brzdę­ka­nie roz­grza­nych sil­ni­ków sty­gną­cych po dłu­giej jeź­dzie.

Dopóki na nie­bie widać było ostat­nie odcie­nie barw, załogi sher­ma­nów cicho i spraw­nie uzu­peł­niały zapasy paliwa oraz amu­ni­cji w swo­ich zmę­czo­nych pojaz­dach.

Kapral Cla­rence Smoyer, kuca­jąc za wieżą pierw­szego czołgu od lewej, ostroż­nie poda­wał poci­ski kali­bru 75 mm pro­sto do rąk ocze­ku­ją­cego poni­żej ładow­ni­czego. To była deli­katna robota - nawet naj­drob­niej­szy szczęk metalu o metal mógł zdra­dzić ich poło­że­nie wro­gowi.

Il. 1. Cla­rence Smoyer

Cla­rence miał dwa­dzie­ścia jeden lat, był wysoki i szczu­pły, obda­rzony rzym­skim nosem oraz gęstymi, krę­co­nymi blond wło­sami. Jego nie­bie­skie oczy patrzyły łagod­nie, ale czuj­nie. Pomimo swego wzro­stu nie palił się do bitki - ni­gdy nie brał udziału w bójce. W rodzin­nej Pen­syl­wa­nii tylko raz był na polo­wa­niu - na kró­lika - ale nawet to robił bez prze­ko­na­nia. Trzy tygo­dnie wcze­śniej awan­so­wał na celow­ni­czego, który był dru­gim w hie­rar­chii człon­kiem załogi czołgu. Nie takiego awansu jed­nak pra­gnął.

Stał tu cały plu­ton. Na prawo od Cla­rence'a były jesz­cze cztery sza­ro­oliw­kowe czołgi, usta­wione w pół­księ­życ w mniej wię­cej dwu­dzie­sto­me­tro­wych odstę­pach. Dalej na pół­noc, poza polem ich widze­nia, leżało Mons6, mia­sto, które prze­żyło okres burz­li­wego roz­woju w dobie rewo­lu­cji prze­my­sło­wej. Po lewej, rów­no­le­gle do czoł­gów, bie­gła droga grun­towa pro­wa­dząca przez ciem­nie­jące teraz pola na zale­siony grzbiet, za któ­rego drze­wami wła­śnie cho­wało się zacho­dzące słońce.

Gdzieś tam byli Niemcy, ale ilu ich było dokład­nie i kiedy mieli się poja­wić, tego nie wie­dział żaden z Ame­ry­ka­nów. Od lądo­wa­nia alian­tów w Nor­man­dii minęły już pra­wie trzy mie­siące i teraz Cla­rence oraz pozo­stali żoł­nie­rze 3. Dywi­zji Pan­cer­nej znaj­do­wali się za liniami wroga7.

Lufy wszyst­kich dział plu­tonu były skie­ro­wane na zachód.

Dywi­zja, przy peł­nym sta­nie eta­to­wym mogąca się poszczy­cić 390 maszy­nami8, rzu­ciła wszyst­kie swoje sprawne czołgi mię­dzy wroga i Mons, blo­ku­jąc każde skrzy­żo­wa­nie, do jakiego udało jej się dotrzeć.

Tam­tego wie­czoru ich prze­trwa­nie miało zale­żeć od pracy zespo­ło­wej. Dowódz­two kom­pa­nii powie­rzyło dru­giemu plu­to­nowi, w któ­rym słu­żył Cla­rence, pro­stą, ale ważną misję: strzec tej drogi i nikogo nie prze­pu­ścić.

Cla­rence wsu­nął się do wieży przez właz dowódcy, który był cia­sny dla czło­wieka mają­cego ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Wsko­czył na sie­dzi­sko celow­ni­czego na prawo od zamka armaty i spoj­rzał w swój celow­nik pery­sko­powy. Nie miał wła­snego włazu, dla­tego ten dwu­na­sto­cen­ty­me­trowy układ szkla­nych pry­zma­tów i zamon­to­wany na lewo od niego tele­sko­powy celow­nik armatni o trzy­krot­nym powięk­sze­niu były jego jedy­nym oknem na świat.

Miał okre­ślone pole ostrzału.

Tam­tej nocy nikomu nie było wolno opusz­czać czołgu; nawet wyj­ście za potrzebą byłoby zbyt ryzy­kowne. Do tego celu miały im posłu­żyć łuski po poci­skach.

Pod nogami Cla­rence'a otwie­rała się szer­sza prze­strzeń. Całe wnę­trze czołgu było poma­lo­wane ema­lią i oświe­tlone trzema lam­pami. Z przodu kie­rowca i przedni strze­lec/pomoc­nik kie­rowcy osu­nęli się na opar­cia foteli, żeby prze­spać się po cało­dzien­nej jeź­dzie. Na lewo od Cla­rence'a, po dru­giej stro­nie zamka armaty, ładow­ni­czy roz­ło­żył sobie śpi­wór na pod­ło­dze wieży. Czołg śmier­dział pali­wem, pro­chem i męską szat­nią, ale ta woń była zna­joma, a nawet dzia­łała krze­piąco. Odkąd trzy tygo­dnie po Dniu "D" wylą­do­wali na kon­ty­nen­cie, ten M4A1 Sher­man z kom­pa­nii "Easy" 32. pułku pan­cer­nego 3. Dywi­zji Pan­cer­nej - jed­nej z dwóch ame­ry­kań­skich cięż­kich dywi­zji pan­cer­nych - był ich domem.

Tam­tego wie­czoru sen miał przyjść szybko. Męż­czyźni byli wyczer­pani. Trze­cia Pan­cerna od osiem­na­stu dni nacie­rała na czele 1. Armii ame­ry­kań­skiej, pro­wa­dząc dwie inne dywi­zje do wyłomu we fron­cie nie­miec­kim i gna­jąc przez pół­nocną Fran­cję9. Paryż został wyzwo­lony, a Niemcy wra­cali tą samą drogą, którą prze­byli w 1940 roku. W tym cza­sie Trze­cia Pan­cerna zyskała przy­do­mek "Spe­ar­head Divi­sion", czyli "Dywi­zja na Szpicy"10.

Il. 2. M4A1 Sher­man z armatą 75 mm

A potem przy­szły nowe roz­kazy.

Chło­paki ze zwiadu napo­tkali cofa­jące się z pół­noc­nej Fran­cji do Bel­gii jed­nostki nie­miec­kich 5. Armii Pan­cer­nej i 15. Armii11, które po dro­dze zamie­rzały prze­je­chać przez liczne skrzy­żo­wa­nia wokół Mons. Ame­ry­kań­ska 3. Dywi­zja Pan­cerna skrę­ciła więc gwał­tow­nie i pognała na pół­noc, poko­nu­jąc w dwa dni 171 kilo­me­trów12, dzięki czemu przy­była na miej­sce w samą porę, żeby urzą­dzić zasadzkę na wroga.

Il. 3. Paul Fairc­loth

Dowódca czołgu zsu­nął się do wieży, po czym opu­ścił klapy włazu, pozo­sta­wia­jąc mię­dzy nimi tylko szcze­linę, by umoż­li­wić dostęp powie­trza. Opadł na swoje sie­dzi­sko za ple­cami Cla­rence'a. Na jego chło­pię­cej twa­rzy widać było jesz­cze odcisk po goglach. Sier­żant szta­bowy Paul Fairc­loth z Jack­so­nville na Flo­ry­dzie rów­nież miał dwa­dzie­ścia jeden lat, był cichym i spo­koj­nym chło­pa­kiem o krzep­kiej budo­wie ciała, ciem­nych wło­sach oraz oliw­ko­wej cerze. Nie­któ­rzy sądzili, że jest Fran­cu­zem albo Wło­chem, ale w rze­czy­wi­sto­ści był pół­krwi Czi­ro­ke­zem. Jako sier­żant plu­tonu (pla­toon ser­ge­ant), czyli zastępca dowódcy plu­tonu, Paul skon­tro­lo­wał inne załogi i roz­sta­wił je na pozy­cjach przed zapad­nię­ciem nocy. Nor­mal­nie nale­żało to do dowódcy plu­tonu, ale ich porucz­nik dopiero co przy­był na front w ramach uzu­peł­nień i cią­gle jesz­cze uczył się fachu13.

Od dwóch dni Paul był na nogach, dowo­dząc czoł­giem na sto­jąco, wychy­lony do połowy z włazu. W ten spo­sób mógł prze­wi­dzieć ruchy kolumny, żeby pomóc kie­rowcy w hamo­wa­niu i ste­ro­wa­niu pojaz­dem. W razie koniecz­no­ści nagłego zatrzy­ma­nia - na przy­kład jeśli jakaś załoga zerwała gąsie­nicę lub zagrze­bała się w bło­cie - Paul zawsze pierw­szy wyska­ki­wał z czołgu, by ruszyć z pomocą.

- Przej­muję twoją wartę dziś w nocy - oznaj­mił mu Cla­rence. - Zro­bię podwójną.

Oferta była wspa­nia­ło­myślna, ale Paul zaopo­no­wał - nie mógł przy­jąć tej pro­po­zy­cji.

Cla­rence upie­rał się jed­nak, aż w końcu Paul roz­ło­żył ręce i zamie­nił się z nim miej­scami, by zmru­żyć oko na sie­dzi­sku celow­ni­czego.

Cla­rence zajął miej­sce dowódcy, któ­rego sie­dze­nie znaj­do­wało się wyżej w wieży. Klapy włazu były domknięte na tyle, żeby zatrzy­mać nie­miecki gra­nat, ale dosta­tecz­nie uchy­lone, żeby zapew­nić dobry widok w przód i w tył. Dzięki temu w poświa­cie wscho­dzą­cego księ­życa mógł dostrzec sąsied­niego sher­mana. Przy­sa­dzi­sta, bul­wia­sta wieża czołgu nie paso­wała do ele­ganc­kich, ostrych linii kadłuba, jak gdyby ktoś wziął te dwie czę­ści z jakie­goś zło­mo­wi­ska i przy­pad­kiem połą­czył.

Cla­rence chwy­cił pisto­let maszy­nowy Thomp­son wiszący na ścia­nie wieży i zare­pe­to­wał go. Przez następne cztery godziny jego głów­nym zmar­twie­niem miała być pie­chota wroga. Powszech­nie prze­cież wie­dziano, że nie­mieccy czoł­gi­ści nie lubią wal­czyć w nocy.

W poło­wie warty Cla­rence'a ota­cza­jąca go ciem­ność ożyła mecha­nicz­nym pomru­kiem.

Księ­życ skrył się za chmu­rami, więc Ame­ry­ka­nin nic nie widział, ale sły­szał kon­wój pojaz­dów, które prze­miesz­czały się za poro­śnię­tym drze­wami grzbie­tem.

Do przodu i stop. Do przodu i stop.

Z gło­śnika na ścia­nie wieży dobie­gał tylko jed­no­stajny szum. Żadne race świetlne nie roz­ja­śniały nieba. Według póź­niej­szych sza­cun­ków Trze­ciej Pan­cer­nej masze­ro­wało tam wtedy około 30 000 wro­gich żoł­nie­rzy14, głów­nie z nie­miec­kich wojsk lądo­wych, ale można było zna­leźć rów­nież człon­ków sił powietrz­nych czy mary­narki wojen­nej. Po stro­nie ame­ry­kań­skiej nie padł jed­nak roz­kaz ataku ani pościgu za prze­ciw­ni­kiem.

Było tak dla­tego, że spo­nie­wie­rane resztki armii wroga spa­lały cenne paliwo, szu­ka­jąc bez­piecz­nej trasy mię­dzy blo­ka­dami dro­go­wymi, i "Szpica" celowo pozwa­lała im błą­dzić po oko­licy. Prze­ciw­nik roz­pacz­li­wie sta­rał się dotrzeć do bez­piecz­nego schro­nie­nia za Wałem Zachod­nim, zna­nym rów­nież jako Linia Zyg­fryda, for­ty­fi­ka­cjami zło­żo­nymi z ponad 18 000 obiek­tów obron­nych, któ­rymi naje­żona była gra­nica Nie­miec15.

Gdyby te 30 000 żoł­nie­rzy oko­pało się za Wałem Zachod­nim, mogłoby zablo­ko­wać Ame­ry­ka­nom drogę do Trze­ciej Rze­szy, prze­dłu­ża­jąc w ten spo­sób wojnę. Trzeba ich było zatrzy­mać tutaj, w Mons, i "Szpica" miała już plan, ale z jego reali­za­cją można było pocze­kać do świtu.

Około dru­giej w nocy16 na tle odle­głego pomruku dało się odróż­nić chrzęst gąsie­nic czoł­go­wych.

Cla­rence namie­rzył źró­dło tych odgło­sów: pojazdy jechały drogą przed nim. Znał roz­kazy - nie prze­pu­ścić nikogo - ale miał wąt­pli­wo­ści. Może to wra­cał patrol roz­po­zna­nia? A może ktoś się zgu­bił? Na pewno nie byli to Bry­tyj­czycy, nie w tym rejo­nie. Nie­za­leż­nie jed­nak od tego, kto nad­jeż­dżał, Cla­rence'owi nie uśmie­chała się per­spek­tywa ostrze­la­nia wła­snych oddzia­łów.

Jeden po dru­gim trzy czołgi z chrzę­stem prze­to­czyły się obok ukry­tych w ciem­no­ściach sher­ma­nów i poje­chały dalej. Cla­rence znowu zaczął oddy­chać.

I wtedy jeden z czoł­gów zwol­nił. Zaczął skrę­cać ze zgrzy­tem, jak gdyby jego gąsie­ni­com bra­ko­wało sma­ro­wa­nia. Ten odgłos był nie do pomy­le­nia z czym­kol­wiek innym. Tylko cał­ko­wi­cie meta­lowe gąsie­nice tak brzmią, a sher­man miał gąsie­nice z gumo­wymi nakład­kami.

To były nie­miec­kie czołgi.

Cla­rence ani drgnął. Czołg znaj­do­wał się za nim, a po chwili był już obok. Zwol­nił, jego sil­nik zakasz­lał i maszyna sta­nęła ze zgrzy­tem w samym środku usta­wio­nych w pół­księ­życ sher­ma­nów. Smoyer szy­ko­wał się już na błysk i pło­mie­nie, które go pochłoną. Nie­miecki czołg stał na jało­wym biegu na prawo od nich. Nawet nie zdą­żyłby usły­szeć szczek­nię­cia wro­giego działa. Po pro­stu prze­stałby ist­nieć.

Z tego odrę­twie­nia wyrwał Cla­rence'a czyjś szept. To był Paul. Bez słowa Smoyer zsu­nął się na fotel celow­ni­czego, a Paul wró­cił na swoje miej­sce.

Cla­rence wło­żył hełm czoł­gowy i zaci­snął pasek pod brodą. Zro­biony z two­rzywa sztucz­nego, hełm wyglą­dał jak skrzy­żo­wa­nie kasku do fut­bolu ame­ry­kań­skiego z kaskiem moto­cy­klo­wym, zaopa­trzony był w gogle i słu­chawki wszyte w skó­rzane nausz­niki. Smoyer zapiął wokół szyi laryn­go­fon i pod­łą­czył go do inter­komu117.

Po dru­giej stro­nie wieży ładow­ni­czy prze­cie­rał zaspane oczy.

Cla­rence powie­dział bez­gło­śnie: "Nie­miecki czołg". Ładow­ni­czy natych­miast się roz­bu­dził.

Sto­jący w swoim wła­zie Paul klep­nął Cla­rence'a w prawe ramię, co ozna­czało, że ma obró­cić wieżę w prawo.

Smoyer wahał się. Wieża nie obra­cała się cicho - co jeśli Niemcy ją usły­szą?

Paul ponow­nie go klep­nął.

Cla­rence w końcu się pod­dał i prze­chy­lił w prawo drą­żek ste­ru­jący napę­dem hydrau­licz­nym wieży; zaję­czała, koła zębate zaczęły się krę­cić i lufa armat­nia prze­cięła mrok.

Gdy działo zna­la­zło się w odpo­wied­nim poło­że­niu, celu­jąc w prawo, Paul klep­nął Cla­rence'a, by prze­stał obra­cać wieżę. Cla­rence przy­ci­snął oczy do pery­skopu. Wszystko poni­żej hory­zontu było czarne jak smoła.

Cla­rence oznaj­mił dowódcy, że nic nie widzi, i zasu­ge­ro­wał wezwa­nie pie­choty zme­cha­ni­zo­wa­nej z bazu­kami, żeby znisz­czyła nie­miecki czołg.

Paul nie zamie­rzał jed­nak ryzy­ko­wać, że jakiś roz­trzę­siony wojak roz­wali nie ten czołg, co trzeba. Chwy­cił ręczny mikro­fon - z powodu swego kształtu nazy­wany "scha­bosz­cza­kiem z kością" - i usta­wiw­szy radio na czę­sto­tli­wość plu­tonu, ostrzegł pozo­stałe załogi przed tym, o czym zapewne już wie­działy: że wewnątrz ich pół­księ­życa znaj­duje się wrogi czołg. W tam­tym cza­sie w plu­to­nie sher­ma­nów tylko czołgi dowódcy i sier­żanta plu­tonu miały radio­sta­cje nadaw­czo-odbior­cze pozwa­la­jące na komu­ni­ko­wa­nie się z resztą. Pozo­stałe maszyny mogły tylko słu­chać18.

- Żad­nego hałasu ani pale­nia papie­ro­sów - zako­men­de­ro­wał Paul. - Bie­rzemy go na sie­bie.

Bie­rzemy go na sie­bie? Cla­rence był prze­ra­żony. Do tego momentu pra­wie nie miał oka­zji strze­lać przy świe­tle dzien­nym, a teraz Paul żądał od niego strze­la­nia w tych egip­skich ciem­no­ściach. I to do czego? Do jakie­goś odgłosu? Do wroga, któ­rego nawet nie był w sta­nie doj­rzeć?

Marzył o tym, żeby znowu być ładow­ni­czym. Ładow­ni­czy ni­gdy za dużo nie widział. I nie miał za dużo do roboty. Z punktu widze­nia ładow­ni­czego akcja bojowa nie róż­niła się zbyt­nio od zwy­kłej prze­jażdżki. Żyć nie umie­rać. Cla­rence, łagodny olbrzym, chciał po pro­stu jakoś prze­śli­zgnąć się przez tę wojnę, nie zabi­ja­jąc nikogo i samemu nie dając się zabić.

Ale na to było już za późno. Załoga nie­miec­kiego czołgu praw­do­po­dob­nie zdą­żyła się już zorien­to­wać, jak fatalny popeł­niła błąd.

- Celow­ni­czy, gotów?

Spa­ni­ko­wany Cla­rence odwró­cił się i pocią­gnął nogawkę spodni Paula.

Znie­cier­pli­wiony dowódca zsu­nął się do wieży. Smoyer zarzu­cił go swymi wąt­pli­wo­ściami. A co, jeśli chybi? A co, jeśli pocisk zry­ko­sze­tuje i trafi któ­re­goś ze swo­ich?

Głos Paula podzia­łał uspo­ka­ja­jąco na Cla­rence'a:

- Ktoś musi strze­lić.

Niemcy, jakby usły­szeli ich roz­mowę, nagle wyłą­czyli sil­nik. Roz­grzany motor zasy­czał, a potem umilkł.

Cla­rence poczuł wielką ulgę. Paul musiał zagryźć wargę ze zło­ści, bo począt­kowo nic nie powie­dział. W końcu poin­for­mo­wał załogę, że w tej sytu­acji będą musieli zacze­kać ze strza­łem do świtu.

Chwila ulgi Smoy­era szybko dobie­gła końca. Jego nie­zde­cy­do­wa­nie kosz­to­wało ich utratę wszel­kiej prze­wagi, jaką mieli. A w kon­fron­ta­cji z nie­miec­kim czoł­giem potrze­bo­wali każ­dego atutu, zwłasz­cza jeśli mie­rzyli się z pan­terą, czoł­giem z sen­nych kosz­ma­rów. Nie­któ­rzy ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze nazy­wali go "dumą Wehr­machtu"19. Krą­żyły pogło­ski, że pan­tera może prze­strze­lić na wylot jed­nego sher­mana i tym samym poci­skiem tra­fić jesz­cze kolej­nego. Jej przedni pan­cerz rze­komo miał być nie do prze­bi­cia.

W lipcu 1944 roku Armia Sta­nów Zjed­no­czo­nych usta­wiła kilka zdo­bycz­nych pan­ter na jakimś polu w Nor­man­dii i waliła do nich z tej samej armaty 75 mm, w którą uzbro­jony był sher­man Cla­rence'a. Nie­miecki czołg oka­zał się podatny na tra­fie­nia z boków i od tyłu, ale nie od przodu. Ani jeden pocisk nie zdo­łał prze­bić pan­ce­rza czo­ło­wego pan­tery, nie­za­leż­nie od tego, z jakiej odle­gło­ści strze­lano20.

Cla­rence rzu­cił okiem na flu­ore­scen­cyjne wska­zówki swo­jego zegarka, wie­dząc, że Niemcy praw­do­po­dob­nie robią to samo. Zaczęło się odli­cza­nie. Ktoś tutaj zgi­nie.

Ładow­ni­czy zasnął nad zam­kiem działa.

Trze­cia nad ranem prze­szła w czwartą.

Cla­rence i Paul poda­wali sobie na prze­mian manierkę z zimną kawą. Zawsze żar­to­wali, że są rodziną zamkniętą w puszce jak sar­dynki. I tak jak w rodzi­nie, nie zawsze się zga­dzali. W odróż­nie­niu od Paula, który zawsze wyska­ki­wał z czołgu, żeby pomóc komuś na zewnątrz, Cla­rence dbał wyłącz­nie o swoją rodzinę w maszy­nie - o sie­bie i załogę.

Postę­po­wał tak od dziecka.

Dora­sta­jąc w prze­my­sło­wym Lehi­gh­ton w Pen­syl­wa­nii, Cla­rence miesz­kał w budynku sze­re­go­wym bli­sko rzeki. Ściany były tam tak cien­kie, że sły­chać było sąsia­dów. Przez więk­szość czasu jego rodzi­ców nie było w domu, bo musieli zara­biać na utrzy­ma­nie. Ojciec pra­co­wał fizycz­nie w Cywil­nym Kor­pu­sie Ochrony Przy­rody, a matka jako pomoc domowa.

Kiedy stawką było prze­trwa­nie jego rodziny, Cla­rence nie zamie­rzał sie­dzieć z zało­żo­nymi rękami. Pod­czas gdy inne dzie­ciaki upra­wiały sport lub odra­biały lek­cje, dwu­na­sto­letni Cla­rence zała­twił sobie pudło, jakich uży­wali obno­śni han­dla­rze na sta­dio­nach, zała­do­wał je bato­ni­kami, a następ­nie sprze­da­wał je w całym Lehi­gh­ton, cho­dząc od drzwi do drzwi. Gdy był jesz­cze chłop­cem, zarze­kał się: Muszę dbać o moją rodzinę, bo nikt inny o nas nie zadba.

Cla­rence rzu­cił okiem przez swój pery­skop. Na wscho­dzie lekki odcień fio­letu zabar­wił hory­zont.

Sie­dział z okiem przy­kle­jo­nym do oku­laru celow­nika, aż w końcu nie­całe pięć­dzie­siąt metrów dalej poja­wił się masywny kształt.

- Widzę go - wyszep­tał.

Paul sta­nął w swoim wła­zie i też go zoba­czył. Czołg wyglą­dał jak ska­li­sty pagó­rek ze szczy­tem pośrodku. Cla­rence obró­cił pokrę­tło, żeby dokład­nie wyce­lo­wać.

Paul go popę­dzał. Skoro oni mogli już doj­rzeć wroga, to wróg mógł doj­rzeć ich.

Krzyż celow­ni­czy w oku­la­rze Cla­rence usta­wił w taki spo­sób, by two­rzące go nitki prze­ci­nały się na "gła­zie" wzno­szą­cym się na widocz­nym przed nimi "pagórku", po czym zamel­do­wał goto­wość do strzału. Jego but zawisł nad spu­stem armaty, przy­ci­skiem znaj­du­ją­cym się na pod­nóżku.

- Ognia - rzu­cił Paul.

Stopa Cla­rence'a opa­dła ciężko.

Na zewnątrz bły­snęła potęż­nie lufa sher­mana, oświe­tla­jąc na moment oba czołgi - ame­ry­kań­ski w kolo­rze sza­ro­oliw­ko­wym, nie­miecki poma­lo­wany na pia­sko­wo­żółty - usta­wione przo­dem w tym samym kie­runku. Z ciem­no­ści buch­nął snop iskier, a nad wiej­skim kra­jo­bra­zem prze­to­czył się grzmot przy­po­mi­na­jący ude­rze­nie młota o kowa­dło. Wen­ty­la­tor w wieży sher­mana był wyłą­czony, dla­tego całe wnę­trze wypeł­nił gęsty dym. Cla­rence'owi dud­niło w uszach i pie­kły go oczy, ale nie odry­wał się od celow­nika.

Ładow­ni­czy zała­do­wał kolejny pocisk. Stopa Cla­rence'a ponow­nie zawi­sła nad spu­stem.

- Żad­nego ruchu - rzu­cił z góry Paul. Tra­fie­nie z boku z tej odle­gło­ści? To musiał być zabój­czy strzał.

Inter­kom ożył gło­sami peł­nymi ulgi, a Cla­rence cof­nął stopę znad przy­ci­sku.

Paul poin­for­mo­wał przez radio plu­ton: zada­nie wyko­nane.

Cla­rence obser­wo­wał przez swój pery­skop wsta­jącą pod skle­pie­niem ciem­nych chmur jutrzenkę, w któ­rej bla­sku uka­zały się kan­cia­sty pan­cerz oraz długa na ponad trzy i pół metra lufa czołgu Pan­zer­kamp­fwa­gen IV21.

Ten model - nazy­wany przez Ame­ry­ka­nów Mark IV - miał już swoje lata, bo wszedł do służby w 1938 roku. Z cza­sem stał się naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nym typem czołgu nie­miec­kiego i dopiero w sierp­niu 1944 roku palmę pierw­szeń­stwa na tym polu zaczęły przej­mo­wać pan­tery. Ale cho­ciaż PzKpfw IV nie był już główną pod­porą nie­miec­kich wojsk pan­cer­nych, na­dal sta­no­wił zabój­czą broń22. Jego armata 75 mm miała o 25 pro­cent więk­szą siłę prze­bi­cia niż działo zamon­to­wane w sher­ma­nie Cla­rence'a.

Tym­cza­sem robiło się coraz jaśniej i można już było roz­róż­nić ciem­no­zie­lone oraz brą­zowe plamy kamu­flażu na czołgu i nie­miecki krzyż na bocz­nym pan­ce­rzu. Cla­rence tra­fił nie­mal pro­sto w niego.

- Myśli­cie, że oni są w środku? - spy­tał jeden z człon­ków załogi, widząc, że klapy wła­zów PzKpfw IV ani drgnęły.

Cla­rence wyobra­ził sobie wnę­trze czołgu pełne krwa­wią­cych i jęczą­cych z bólu męż­czyzn. Miał nadzieję, że nie­miecka załoga wyśli­zgnęła się w nocy na zewnątrz. Nie prze­pa­dał za Niem­cami, ale nie mógł znieść myśli o zabi­ciu jakie­go­kol­wiek czło­wieka. Nie miał zamiaru zaglą­dać do środka swo­jego pierw­szego znisz­czo­nego czołgu. W takiej ogra­ni­czo­nej prze­strzeni pocisk armatni potrafi ryko­sze­to­wać niczym nad­dźwię­kowa kulka elek­trycz­nego bilardu. Sam widział chło­pa­ków z jed­no­stek remon­to­wych, któ­rzy wcho­dzili do tra­fio­nych przez wroga pojaz­dów i wycho­dzili z nich z pła­czem, ujrzaw­szy na sufi­cie kawałki mózgu.

Il. 4. Pan­zer IV - Pan­zerkampfwagen IV

- Ja pójdę. - Paul odłą­czył swój hełm od inter­komu.

Cla­rence pró­bo­wał odwieść go od tego zamiaru. Nie było warto zaglą­dać do środka tylko po to, żeby jakiś Nie­miec odstrze­lił ci łeb.

Sier­żant odrzu­cił jed­nak jego obawy i przez radio zaka­zał swo­jemu plu­to­nowi otwie­ra­nia ognia.

Przez pery­skop Cla­rence obser­wo­wał, jak Paul wspina się na pan­cerz PzKpfw IV i pod­krada do wieży z goto­wym do strzału thomp­so­nem. Trzy­ma­jąc pisto­let maszy­nowy jedną ręką, otwo­rzył właz dowódcy i wyce­lo­wał do środka.

Nic się nie wyda­rzyło.

Paul pochy­lił się do przodu i dłuż­szą chwilę obser­wo­wał wnę­trze, po czym zarzu­cił broń na ramię.

Następ­nie pie­czo­ło­wi­cie zamknął właz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Ame­ry­kań­ski hełm czoł­gowy z cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej był wzo­ro­wany na kasku do fut­bolu ame­ry­kań­skiego z lat 30. XX wieku i nosił nawet pie­czę­cie takich firm zaj­mu­ją­cych się pro­duk­cją akce­so­riów spor­to­wych, jak Raw­lings, A. G. Spal­ding & Bros. czy Wil­son Ath­le­tic Goods. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Frank Wool­ner, Spe­ar­head in the West: The 3rd Armo­red Divi­sion in WWII, Frank­furt 1945; reprint Nashville 1980, s. 10. [wróć]

Phi­lip DeRiggi, My Bro­ther John S. DeRiggi, "3rd AD Sol­diers' Memo­irs", 3ad.com/history/wwii/memo­irs. pages/deriggi.htm (dostęp 2 wrze­śnia 2017). [wróć]

Omar Bra­dley, A Sol­dier's Story, New York 1999, s. 226 [wyd. pol. Żoł­nier­ska epo­peja, tłum. Emi­lia Nie­mir­ska, War­szawa 1989]. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

E-Com­pany, 32nd Armo­red Regi­ment, Mor­ning Report, Sep­tem­ber 3, 1944, Natio­nal Archi­ves and Records Admi­ni­stra­tion (dalej NARA). [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Ste­ven Zaloga, Pan­zer IV vs. Sher­man: France 1944, New York 2015, s. 43. [wróć]

Wool­ner, Spe­ar­head in the West, s. 5. [wróć]

Harold Denny, U.S. Tank Divi­sion Hono­red as Heroic, "New York Times", 25 sierp­nia 1944. [wróć]

Lt. Fred Had­sel, T/3 Wil­liam Hen­der­son, Bat­tle of Mons, 1-4 Sep­tem­ber, 1944, 2nd Infor­ma­tion and Histo­ri­cal Service, VII Corps, Bre­inig, Ger­many, Febru­ary 16, 1945, NARA. [wróć]

E-Com­pany, 32nd Armo­red Regi­ment, Mor­ning Report, Sep­tem­ber 3, 1944, NARA. [wróć]

E-Com­pany, 32nd Armo­red Regi­ment, Mor­ning Report, August 25, 1944, NARA. [wróć]

Wool­ner, Spe­ar­head in the West, s. 86. [wróć]

David Cros­sland, World War II Bun­kers Turn into Wil­dlife Haven, "Spie­gel Online", spie­gel.de/inter­na­tio­nal/ger­many/from-wehr­macht-to-wil­dlife-world-war-ii-bun­kers-turn-into-wild­fire-haven-a-507880.html (dostęp 1 sierp­nia 2017). [wróć]

Had­sel, Hen­der­son, Bat­tle of Mons, 1-4 Sep­tem­ber, 1944, inte­rview with Maj. W.K. Bailey, CCR 3rd Armo­red Divi­sion, Bre­inig, Ger­many, Febru­ary 15, 1945, NARA. [wróć]

James Brown, Michael Green, M4 Sher­man at War, St. Paul 2007, s. 60-61. [wróć]

Ibi­dem, s. 61. [wróć]

Frank Wool­ner, Texas Tan­ker, "Yank", 12 listo­pada 1944, vol. 1, no. 16. [wróć]

Nicho­las Moran, US Army Anti-Armor Firing Tests of 1944, "The Chie­ftain's Hatch", worl­do­ftanks.com/en/news/chie­ftain/chie­ftains-hatch-us-guns-vs-ger­man-armour-part-1 (dostęp 10 czerwca 2017). [wróć]

Michael Green, Ima­ges of War: Axis Tanks of the Second World War, South York­shire 2017, s. 61. [wróć]

Zaloga, Pan­zer IV vs. Sher­man, s. 4-5, 8, 20. [wróć]