Szpica. Od Wału Zachodniego do Zagłębia Ruhry. Amerykański czołgista i niezwykły pojedynek pancerny w sercu III Rzeszy - Adam Makos


Reflow text when sidebars are open.
Podjąłem decyzję. Nie było już odwrotu.
W pewien niedzielny poranek w 2012 roku stanąłem przed szeregowym domem z cegły w Allentown w Pensylwanii. W tym robotniczym miasteczku panował spokój i nikt nie zwracał na mnie uwagi.
Przybyłem tam w poszukiwaniu dobrego tematu na książkę.
Mój były kolega z klasy Pete Semanoff podsunął mi informację o pewnym weteranie drugiej wojny światowej, który mieszkał tam niemal całkiem zapomniany. Według Pete'a, ten weteran miał do opowiedzenia jakąś historię, być może nawet nadającą się na książkę. Podobno był celowniczym czołgu i stoczył jeden z najsłynniejszych pojedynków pancernych, co na dodatek zostało sfilmowane przez wojskowego operatora.
Tylko czy on będzie chciał się ze mną podzielić tą historią? I czy ktokolwiek będzie chciał przeczytać książkę o czołgach? To było zanim jeszcze Brad Pitt wskoczył w buty wojskowe z trzema klamrami, by zagrać w filmie Furia, i zanim zaczęło się to całe szaleństwo z World of Tanks.
Po głowie krążyło mi jeszcze jedno. Ten weteran służył w 3. Dywizji Pancernej zwanej "Spearhead", czyli "Szpica". Większość pasjonatów historii w Ameryce zna "Krzyczące Orły", to jest 101. Dywizję Powietrznodesantową. Ewentualnie "Wielką Czerwoną Jedynkę", czyli 1. Dywizję Piechoty. Albo 3. Armię Pattona.
Ale 3. Dywizję Pancerną?
Jedyny żołnierz Trzeciej Pancernej, jakiego znałem, służył w niej dopiero w czasach zimnej wojny. I nazywał się Elvis Presley.
Sprawdziłem, czy numer na domu zgadza się z tym, który miałem zapisany w telefonie. Byłem we właściwym miejscu.
Zapukałem i otworzył mi Clarence Smoyer. Okazał się zadziwiająco wysokim osiemdziesięcioośmiolatkiem, który miał na sobie zwykłą niebieską koszulkę polo, rozciągniętą na pokaźnym brzuchu. Grube okulary sprawiały, że jego oczy zdawały się małe. Chichocząc pod nosem, zaprosił mnie do środka i wyciągnął dla mnie krzesło przy kuchennym stole. I właśnie tam dokonałem odkrycia.
To była prawda. Wszystko, co wcześniej o nim słyszałem.
Ten łagodny olbrzym miał w swoich rękach klucz do jednej z ostatnich wielkich, nieopowiedzianych historii o drugiej wojnie światowej i był gotów mówić.
Zawsze odwiedzałem pola bitew, zanim zaczynałem o nich pisać. W ten sposób książka Rycerze wojennego nieba zawiodła mnie na zakurzone lotnisko na Sycylii, a Devotion zaprowadziła mnie i mój zespół w omglone góry Korei Północnej.
Żeby zapewnić wam jak najwyższy poziom historycznej szczegółowości, na potrzeby tej książki poszliśmy jeszcze dalej w naszych badaniach. Tym razem przemierzaliśmy pola bitewne Trzeciej Rzeszy razem z ludźmi, którzy tworzyli opisywaną tutaj historię.
W 2013 roku Clarence Smoyer w towarzystwie trzech innych weteranów odbył podróż do Niemiec, pozwalając, abyśmy do nich dołączyli i przeprowadzili z nimi wywiady w miejscach, w których kiedyś walczyli. Nagrywaliśmy ich wspomnienia. Nagrywaliśmy to, co mówili, słuchając tego, co mówią inni. A potem porównaliśmy ich relacje z dokumentami archiwalnymi.
Korzystaliśmy z zasobów czterech archiwów w Ameryce i jednego w Anglii. W poszukiwaniu odpowiedzi pojechaliśmy nawet do niemieckiego Bundesarchiv w Szwarcwaldzie. To, co znaleźliśmy w tych archiwach, wręcz zapierało dech w piersiach. Oryginalne rozkazy. Rzadkie wywiady przeprowadzane z naszymi bohaterami przez korespondentów wojennych, gdy wokół jeszcze szalała bitwa. Dzienniki korespondencji radiowej, zapisy rozmów dowódców czołgów, pozwalające nam odtworzyć minuta po minucie przebieg akcji. Dzienne prognozy pogody. I znacznie więcej.
Przygotujcie się do jazdy.
Za kilka ledwie stron znajdziecie się za liniami wroga razem z 3. Dywizją Pancerną, prawdziwym "koniem roboczym"1, jedną z "najagresywniejszych" dywizji amerykańskich i prawdopodobnie najlepszą z dywizji pancernych US Army2.
Nawet generał Omar Bradley dostrzegł coś wyjątkowego w dywizji, w której służyli Clarence i jego towarzysze. Poproszony o scharakteryzowanie swoich wojsk pancernych, Bradley napisał, że czołgiści Pattona przejęli jego "smykałkę"3. Ci od Simpsona z 9. Armii byli znani ze swej "werwy"4. A Trzecia Pancerna? Prowadziła natarcie przez całą Europę ze "srogim i ponurym uporem"5.
Srodzy. I ponurzy. To właśnie im będziecie towarzyszyć.
Ale nie będzie to opowieść o maszynach i o tym, jak jeden czołg wypadał na tle innego. To będzie opowieść o ludziach.
Wrzucimy was do wnętrza czołgów razem z Clarence'em i jego towarzyszami z załogi, obcymi sobie ludźmi z różnych zakątków Ameryki, którzy stali się sobie bliscy jak prawdziwa rodzina.
I wyciągniemy was na zewnątrz, wystawiając na upał, deszcz, mróz i ostrzał wroga w towarzystwie żołnierzy piechoty zmechanizowanej walczących o to, żeby otworzyć drogę własnym czołgom.
Staniemy również po drugiej stronie barykady, obserwując bieg wydarzeń z perspektywy niemieckiego czołgisty oraz dwóch młodych Niemek, które znalazły się w ogniu krzyżowym na linii frontu.
Na koniec zobaczymy, co się stało, gdy te życiorysy zderzyły się i to zderzenie odcisnęło na nich trwałe piętno, które nadal, ponad pół wieku później, wywiera wpływ na żyjących.
Czy świat naprawdę jest gotów na książkę o czołgach?
Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.
Zamknąć włazy.
Zacisnąć pasek hełmu pod brodą.
Czas ruszać w drogę.
2 września 1944
Okupowana Belgia
Nad skrzyżowaniem wiejskich dróg zapadał zmierzch.
Słychać było tylko brzęczenie owadów na okolicznych sinych polach i coś jeszcze. Coś metalicznego. Tykanie i brzdękanie rozgrzanych silników stygnących po długiej jeździe.
Dopóki na niebie widać było ostatnie odcienie barw, załogi shermanów cicho i sprawnie uzupełniały zapasy paliwa oraz amunicji w swoich zmęczonych pojazdach.
Kapral Clarence Smoyer, kucając za wieżą pierwszego czołgu od lewej, ostrożnie podawał pociski kalibru 75 mm prosto do rąk oczekującego poniżej ładowniczego. To była delikatna robota - nawet najdrobniejszy szczęk metalu o metal mógł zdradzić ich położenie wrogowi.
Clarence miał dwadzieścia jeden lat, był wysoki i szczupły, obdarzony rzymskim nosem oraz gęstymi, kręconymi blond włosami. Jego niebieskie oczy patrzyły łagodnie, ale czujnie. Pomimo swego wzrostu nie palił się do bitki - nigdy nie brał udziału w bójce. W rodzinnej Pensylwanii tylko raz był na polowaniu - na królika - ale nawet to robił bez przekonania. Trzy tygodnie wcześniej awansował na celowniczego, który był drugim w hierarchii członkiem załogi czołgu. Nie takiego awansu jednak pragnął.
Stał tu cały pluton. Na prawo od Clarence'a były jeszcze cztery szarooliwkowe czołgi, ustawione w półksiężyc w mniej więcej dwudziestometrowych odstępach. Dalej na północ, poza polem ich widzenia, leżało Mons6, miasto, które przeżyło okres burzliwego rozwoju w dobie rewolucji przemysłowej. Po lewej, równolegle do czołgów, biegła droga gruntowa prowadząca przez ciemniejące teraz pola na zalesiony grzbiet, za którego drzewami właśnie chowało się zachodzące słońce.
Gdzieś tam byli Niemcy, ale ilu ich było dokładnie i kiedy mieli się pojawić, tego nie wiedział żaden z Amerykanów. Od lądowania aliantów w Normandii minęły już prawie trzy miesiące i teraz Clarence oraz pozostali żołnierze 3. Dywizji Pancernej znajdowali się za liniami wroga7.
Lufy wszystkich dział plutonu były skierowane na zachód.
Dywizja, przy pełnym stanie etatowym mogąca się poszczycić 390 maszynami8, rzuciła wszystkie swoje sprawne czołgi między wroga i Mons, blokując każde skrzyżowanie, do jakiego udało jej się dotrzeć.
Tamtego wieczoru ich przetrwanie miało zależeć od pracy zespołowej. Dowództwo kompanii powierzyło drugiemu plutonowi, w którym służył Clarence, prostą, ale ważną misję: strzec tej drogi i nikogo nie przepuścić.
Clarence wsunął się do wieży przez właz dowódcy, który był ciasny dla człowieka mającego ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Wskoczył na siedzisko celowniczego na prawo od zamka armaty i spojrzał w swój celownik peryskopowy. Nie miał własnego włazu, dlatego ten dwunastocentymetrowy układ szklanych pryzmatów i zamontowany na lewo od niego teleskopowy celownik armatni o trzykrotnym powiększeniu były jego jedynym oknem na świat.
Miał określone pole ostrzału.
Tamtej nocy nikomu nie było wolno opuszczać czołgu; nawet wyjście za potrzebą byłoby zbyt ryzykowne. Do tego celu miały im posłużyć łuski po pociskach.
Pod nogami Clarence'a otwierała się szersza przestrzeń. Całe wnętrze czołgu było pomalowane emalią i oświetlone trzema lampami. Z przodu kierowca i przedni strzelec/pomocnik kierowcy osunęli się na oparcia foteli, żeby przespać się po całodziennej jeździe. Na lewo od Clarence'a, po drugiej stronie zamka armaty, ładowniczy rozłożył sobie śpiwór na podłodze wieży. Czołg śmierdział paliwem, prochem i męską szatnią, ale ta woń była znajoma, a nawet działała krzepiąco. Odkąd trzy tygodnie po Dniu "D" wylądowali na kontynencie, ten M4A1 Sherman z kompanii "Easy" 32. pułku pancernego 3. Dywizji Pancernej - jednej z dwóch amerykańskich ciężkich dywizji pancernych - był ich domem.
Tamtego wieczoru sen miał przyjść szybko. Mężczyźni byli wyczerpani. Trzecia Pancerna od osiemnastu dni nacierała na czele 1. Armii amerykańskiej, prowadząc dwie inne dywizje do wyłomu we froncie niemieckim i gnając przez północną Francję9. Paryż został wyzwolony, a Niemcy wracali tą samą drogą, którą przebyli w 1940 roku. W tym czasie Trzecia Pancerna zyskała przydomek "Spearhead Division", czyli "Dywizja na Szpicy"10.
A potem przyszły nowe rozkazy.
Chłopaki ze zwiadu napotkali cofające się z północnej Francji do Belgii jednostki niemieckich 5. Armii Pancernej i 15. Armii11, które po drodze zamierzały przejechać przez liczne skrzyżowania wokół Mons. Amerykańska 3. Dywizja Pancerna skręciła więc gwałtownie i pognała na północ, pokonując w dwa dni 171 kilometrów12, dzięki czemu przybyła na miejsce w samą porę, żeby urządzić zasadzkę na wroga.
Dowódca czołgu zsunął się do wieży, po czym opuścił klapy włazu, pozostawiając między nimi tylko szczelinę, by umożliwić dostęp powietrza. Opadł na swoje siedzisko za plecami Clarence'a. Na jego chłopięcej twarzy widać było jeszcze odcisk po goglach. Sierżant sztabowy Paul Faircloth z Jacksonville na Florydzie również miał dwadzieścia jeden lat, był cichym i spokojnym chłopakiem o krzepkiej budowie ciała, ciemnych włosach oraz oliwkowej cerze. Niektórzy sądzili, że jest Francuzem albo Włochem, ale w rzeczywistości był półkrwi Czirokezem. Jako sierżant plutonu (platoon sergeant), czyli zastępca dowódcy plutonu, Paul skontrolował inne załogi i rozstawił je na pozycjach przed zapadnięciem nocy. Normalnie należało to do dowódcy plutonu, ale ich porucznik dopiero co przybył na front w ramach uzupełnień i ciągle jeszcze uczył się fachu13.
Od dwóch dni Paul był na nogach, dowodząc czołgiem na stojąco, wychylony do połowy z włazu. W ten sposób mógł przewidzieć ruchy kolumny, żeby pomóc kierowcy w hamowaniu i sterowaniu pojazdem. W razie konieczności nagłego zatrzymania - na przykład jeśli jakaś załoga zerwała gąsienicę lub zagrzebała się w błocie - Paul zawsze pierwszy wyskakiwał z czołgu, by ruszyć z pomocą.
- Przejmuję twoją wartę dziś w nocy - oznajmił mu Clarence. - Zrobię podwójną.
Oferta była wspaniałomyślna, ale Paul zaoponował - nie mógł przyjąć tej propozycji.
Clarence upierał się jednak, aż w końcu Paul rozłożył ręce i zamienił się z nim miejscami, by zmrużyć oko na siedzisku celowniczego.
Clarence zajął miejsce dowódcy, którego siedzenie znajdowało się wyżej w wieży. Klapy włazu były domknięte na tyle, żeby zatrzymać niemiecki granat, ale dostatecznie uchylone, żeby zapewnić dobry widok w przód i w tył. Dzięki temu w poświacie wschodzącego księżyca mógł dostrzec sąsiedniego shermana. Przysadzista, bulwiasta wieża czołgu nie pasowała do eleganckich, ostrych linii kadłuba, jak gdyby ktoś wziął te dwie części z jakiegoś złomowiska i przypadkiem połączył.
Clarence chwycił pistolet maszynowy Thompson wiszący na ścianie wieży i zarepetował go. Przez następne cztery godziny jego głównym zmartwieniem miała być piechota wroga. Powszechnie przecież wiedziano, że niemieccy czołgiści nie lubią walczyć w nocy.
W połowie warty Clarence'a otaczająca go ciemność ożyła mechanicznym pomrukiem.
Księżyc skrył się za chmurami, więc Amerykanin nic nie widział, ale słyszał konwój pojazdów, które przemieszczały się za porośniętym drzewami grzbietem.
Do przodu i stop. Do przodu i stop.
Z głośnika na ścianie wieży dobiegał tylko jednostajny szum. Żadne race świetlne nie rozjaśniały nieba. Według późniejszych szacunków Trzeciej Pancernej maszerowało tam wtedy około 30 000 wrogich żołnierzy14, głównie z niemieckich wojsk lądowych, ale można było znaleźć również członków sił powietrznych czy marynarki wojennej. Po stronie amerykańskiej nie padł jednak rozkaz ataku ani pościgu za przeciwnikiem.
Było tak dlatego, że sponiewierane resztki armii wroga spalały cenne paliwo, szukając bezpiecznej trasy między blokadami drogowymi, i "Szpica" celowo pozwalała im błądzić po okolicy. Przeciwnik rozpaczliwie starał się dotrzeć do bezpiecznego schronienia za Wałem Zachodnim, znanym również jako Linia Zygfryda, fortyfikacjami złożonymi z ponad 18 000 obiektów obronnych, którymi najeżona była granica Niemiec15.
Gdyby te 30 000 żołnierzy okopało się za Wałem Zachodnim, mogłoby zablokować Amerykanom drogę do Trzeciej Rzeszy, przedłużając w ten sposób wojnę. Trzeba ich było zatrzymać tutaj, w Mons, i "Szpica" miała już plan, ale z jego realizacją można było poczekać do świtu.
Około drugiej w nocy16 na tle odległego pomruku dało się odróżnić chrzęst gąsienic czołgowych.
Clarence namierzył źródło tych odgłosów: pojazdy jechały drogą przed nim. Znał rozkazy - nie przepuścić nikogo - ale miał wątpliwości. Może to wracał patrol rozpoznania? A może ktoś się zgubił? Na pewno nie byli to Brytyjczycy, nie w tym rejonie. Niezależnie jednak od tego, kto nadjeżdżał, Clarence'owi nie uśmiechała się perspektywa ostrzelania własnych oddziałów.
Jeden po drugim trzy czołgi z chrzęstem przetoczyły się obok ukrytych w ciemnościach shermanów i pojechały dalej. Clarence znowu zaczął oddychać.
I wtedy jeden z czołgów zwolnił. Zaczął skręcać ze zgrzytem, jak gdyby jego gąsienicom brakowało smarowania. Ten odgłos był nie do pomylenia z czymkolwiek innym. Tylko całkowicie metalowe gąsienice tak brzmią, a sherman miał gąsienice z gumowymi nakładkami.
To były niemieckie czołgi.
Clarence ani drgnął. Czołg znajdował się za nim, a po chwili był już obok. Zwolnił, jego silnik zakaszlał i maszyna stanęła ze zgrzytem w samym środku ustawionych w półksiężyc shermanów. Smoyer szykował się już na błysk i płomienie, które go pochłoną. Niemiecki czołg stał na jałowym biegu na prawo od nich. Nawet nie zdążyłby usłyszeć szczeknięcia wrogiego działa. Po prostu przestałby istnieć.
Z tego odrętwienia wyrwał Clarence'a czyjś szept. To był Paul. Bez słowa Smoyer zsunął się na fotel celowniczego, a Paul wrócił na swoje miejsce.
Clarence włożył hełm czołgowy i zacisnął pasek pod brodą. Zrobiony z tworzywa sztucznego, hełm wyglądał jak skrzyżowanie kasku do futbolu amerykańskiego z kaskiem motocyklowym, zaopatrzony był w gogle i słuchawki wszyte w skórzane nauszniki. Smoyer zapiął wokół szyi laryngofon i podłączył go do interkomu117.
Po drugiej stronie wieży ładowniczy przecierał zaspane oczy.
Clarence powiedział bezgłośnie: "Niemiecki czołg". Ładowniczy natychmiast się rozbudził.
Stojący w swoim włazie Paul klepnął Clarence'a w prawe ramię, co oznaczało, że ma obrócić wieżę w prawo.
Smoyer wahał się. Wieża nie obracała się cicho - co jeśli Niemcy ją usłyszą?
Paul ponownie go klepnął.
Clarence w końcu się poddał i przechylił w prawo drążek sterujący napędem hydraulicznym wieży; zajęczała, koła zębate zaczęły się kręcić i lufa armatnia przecięła mrok.
Gdy działo znalazło się w odpowiednim położeniu, celując w prawo, Paul klepnął Clarence'a, by przestał obracać wieżę. Clarence przycisnął oczy do peryskopu. Wszystko poniżej horyzontu było czarne jak smoła.
Clarence oznajmił dowódcy, że nic nie widzi, i zasugerował wezwanie piechoty zmechanizowanej z bazukami, żeby zniszczyła niemiecki czołg.
Paul nie zamierzał jednak ryzykować, że jakiś roztrzęsiony wojak rozwali nie ten czołg, co trzeba. Chwycił ręczny mikrofon - z powodu swego kształtu nazywany "schaboszczakiem z kością" - i ustawiwszy radio na częstotliwość plutonu, ostrzegł pozostałe załogi przed tym, o czym zapewne już wiedziały: że wewnątrz ich półksiężyca znajduje się wrogi czołg. W tamtym czasie w plutonie shermanów tylko czołgi dowódcy i sierżanta plutonu miały radiostacje nadawczo-odbiorcze pozwalające na komunikowanie się z resztą. Pozostałe maszyny mogły tylko słuchać18.
- Żadnego hałasu ani palenia papierosów - zakomenderował Paul. - Bierzemy go na siebie.
Bierzemy go na siebie? Clarence był przerażony. Do tego momentu prawie nie miał okazji strzelać przy świetle dziennym, a teraz Paul żądał od niego strzelania w tych egipskich ciemnościach. I to do czego? Do jakiegoś odgłosu? Do wroga, którego nawet nie był w stanie dojrzeć?
Marzył o tym, żeby znowu być ładowniczym. Ładowniczy nigdy za dużo nie widział. I nie miał za dużo do roboty. Z punktu widzenia ładowniczego akcja bojowa nie różniła się zbytnio od zwykłej przejażdżki. Żyć nie umierać. Clarence, łagodny olbrzym, chciał po prostu jakoś prześlizgnąć się przez tę wojnę, nie zabijając nikogo i samemu nie dając się zabić.
Ale na to było już za późno. Załoga niemieckiego czołgu prawdopodobnie zdążyła się już zorientować, jak fatalny popełniła błąd.
- Celowniczy, gotów?
Spanikowany Clarence odwrócił się i pociągnął nogawkę spodni Paula.
Zniecierpliwiony dowódca zsunął się do wieży. Smoyer zarzucił go swymi wątpliwościami. A co, jeśli chybi? A co, jeśli pocisk zrykoszetuje i trafi któregoś ze swoich?
Głos Paula podziałał uspokajająco na Clarence'a:
- Ktoś musi strzelić.
Niemcy, jakby usłyszeli ich rozmowę, nagle wyłączyli silnik. Rozgrzany motor zasyczał, a potem umilkł.
Clarence poczuł wielką ulgę. Paul musiał zagryźć wargę ze złości, bo początkowo nic nie powiedział. W końcu poinformował załogę, że w tej sytuacji będą musieli zaczekać ze strzałem do świtu.
Chwila ulgi Smoyera szybko dobiegła końca. Jego niezdecydowanie kosztowało ich utratę wszelkiej przewagi, jaką mieli. A w konfrontacji z niemieckim czołgiem potrzebowali każdego atutu, zwłaszcza jeśli mierzyli się z panterą, czołgiem z sennych koszmarów. Niektórzy amerykańscy żołnierze nazywali go "dumą Wehrmachtu"19. Krążyły pogłoski, że pantera może przestrzelić na wylot jednego shermana i tym samym pociskiem trafić jeszcze kolejnego. Jej przedni pancerz rzekomo miał być nie do przebicia.
W lipcu 1944 roku Armia Stanów Zjednoczonych ustawiła kilka zdobycznych panter na jakimś polu w Normandii i waliła do nich z tej samej armaty 75 mm, w którą uzbrojony był sherman Clarence'a. Niemiecki czołg okazał się podatny na trafienia z boków i od tyłu, ale nie od przodu. Ani jeden pocisk nie zdołał przebić pancerza czołowego pantery, niezależnie od tego, z jakiej odległości strzelano20.
Clarence rzucił okiem na fluorescencyjne wskazówki swojego zegarka, wiedząc, że Niemcy prawdopodobnie robią to samo. Zaczęło się odliczanie. Ktoś tutaj zginie.
Ładowniczy zasnął nad zamkiem działa.
Trzecia nad ranem przeszła w czwartą.
Clarence i Paul podawali sobie na przemian manierkę z zimną kawą. Zawsze żartowali, że są rodziną zamkniętą w puszce jak sardynki. I tak jak w rodzinie, nie zawsze się zgadzali. W odróżnieniu od Paula, który zawsze wyskakiwał z czołgu, żeby pomóc komuś na zewnątrz, Clarence dbał wyłącznie o swoją rodzinę w maszynie - o siebie i załogę.
Postępował tak od dziecka.
Dorastając w przemysłowym Lehighton w Pensylwanii, Clarence mieszkał w budynku szeregowym blisko rzeki. Ściany były tam tak cienkie, że słychać było sąsiadów. Przez większość czasu jego rodziców nie było w domu, bo musieli zarabiać na utrzymanie. Ojciec pracował fizycznie w Cywilnym Korpusie Ochrony Przyrody, a matka jako pomoc domowa.
Kiedy stawką było przetrwanie jego rodziny, Clarence nie zamierzał siedzieć z założonymi rękami. Podczas gdy inne dzieciaki uprawiały sport lub odrabiały lekcje, dwunastoletni Clarence załatwił sobie pudło, jakich używali obnośni handlarze na stadionach, załadował je batonikami, a następnie sprzedawał je w całym Lehighton, chodząc od drzwi do drzwi. Gdy był jeszcze chłopcem, zarzekał się: Muszę dbać o moją rodzinę, bo nikt inny o nas nie zadba.
Clarence rzucił okiem przez swój peryskop. Na wschodzie lekki odcień fioletu zabarwił horyzont.
Siedział z okiem przyklejonym do okularu celownika, aż w końcu niecałe pięćdziesiąt metrów dalej pojawił się masywny kształt.
- Widzę go - wyszeptał.
Paul stanął w swoim włazie i też go zobaczył. Czołg wyglądał jak skalisty pagórek ze szczytem pośrodku. Clarence obrócił pokrętło, żeby dokładnie wycelować.
Paul go popędzał. Skoro oni mogli już dojrzeć wroga, to wróg mógł dojrzeć ich.
Krzyż celowniczy w okularze Clarence ustawił w taki sposób, by tworzące go nitki przecinały się na "głazie" wznoszącym się na widocznym przed nimi "pagórku", po czym zameldował gotowość do strzału. Jego but zawisł nad spustem armaty, przyciskiem znajdującym się na podnóżku.
- Ognia - rzucił Paul.
Stopa Clarence'a opadła ciężko.
Na zewnątrz błysnęła potężnie lufa shermana, oświetlając na moment oba czołgi - amerykański w kolorze szarooliwkowym, niemiecki pomalowany na piaskowożółty - ustawione przodem w tym samym kierunku. Z ciemności buchnął snop iskier, a nad wiejskim krajobrazem przetoczył się grzmot przypominający uderzenie młota o kowadło. Wentylator w wieży shermana był wyłączony, dlatego całe wnętrze wypełnił gęsty dym. Clarence'owi dudniło w uszach i piekły go oczy, ale nie odrywał się od celownika.
Ładowniczy załadował kolejny pocisk. Stopa Clarence'a ponownie zawisła nad spustem.
- Żadnego ruchu - rzucił z góry Paul. Trafienie z boku z tej odległości? To musiał być zabójczy strzał.
Interkom ożył głosami pełnymi ulgi, a Clarence cofnął stopę znad przycisku.
Paul poinformował przez radio pluton: zadanie wykonane.
Clarence obserwował przez swój peryskop wstającą pod sklepieniem ciemnych chmur jutrzenkę, w której blasku ukazały się kanciasty pancerz oraz długa na ponad trzy i pół metra lufa czołgu Panzerkampfwagen IV21.
Ten model - nazywany przez Amerykanów Mark IV - miał już swoje lata, bo wszedł do służby w 1938 roku. Z czasem stał się najbardziej rozpowszechnionym typem czołgu niemieckiego i dopiero w sierpniu 1944 roku palmę pierwszeństwa na tym polu zaczęły przejmować pantery. Ale chociaż PzKpfw IV nie był już główną podporą niemieckich wojsk pancernych, nadal stanowił zabójczą broń22. Jego armata 75 mm miała o 25 procent większą siłę przebicia niż działo zamontowane w shermanie Clarence'a.
Tymczasem robiło się coraz jaśniej i można już było rozróżnić ciemnozielone oraz brązowe plamy kamuflażu na czołgu i niemiecki krzyż na bocznym pancerzu. Clarence trafił niemal prosto w niego.
- Myślicie, że oni są w środku? - spytał jeden z członków załogi, widząc, że klapy włazów PzKpfw IV ani drgnęły.
Clarence wyobraził sobie wnętrze czołgu pełne krwawiących i jęczących z bólu mężczyzn. Miał nadzieję, że niemiecka załoga wyślizgnęła się w nocy na zewnątrz. Nie przepadał za Niemcami, ale nie mógł znieść myśli o zabiciu jakiegokolwiek człowieka. Nie miał zamiaru zaglądać do środka swojego pierwszego zniszczonego czołgu. W takiej ograniczonej przestrzeni pocisk armatni potrafi rykoszetować niczym naddźwiękowa kulka elektrycznego bilardu. Sam widział chłopaków z jednostek remontowych, którzy wchodzili do trafionych przez wroga pojazdów i wychodzili z nich z płaczem, ujrzawszy na suficie kawałki mózgu.
- Ja pójdę. - Paul odłączył swój hełm od interkomu.
Clarence próbował odwieść go od tego zamiaru. Nie było warto zaglądać do środka tylko po to, żeby jakiś Niemiec odstrzelił ci łeb.
Sierżant odrzucił jednak jego obawy i przez radio zakazał swojemu plutonowi otwierania ognia.
Przez peryskop Clarence obserwował, jak Paul wspina się na pancerz PzKpfw IV i podkrada do wieży z gotowym do strzału thompsonem. Trzymając pistolet maszynowy jedną ręką, otworzył właz dowódcy i wycelował do środka.
Nic się nie wydarzyło.
Paul pochylił się do przodu i dłuższą chwilę obserwował wnętrze, po czym zarzucił broń na ramię.
Następnie pieczołowicie zamknął właz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Amerykański hełm czołgowy z czasów drugiej wojny światowej był wzorowany na kasku do futbolu amerykańskiego z lat 30. XX wieku i nosił nawet pieczęcie takich firm zajmujących się produkcją akcesoriów sportowych, jak Rawlings, A. G. Spalding & Bros. czy Wilson Athletic Goods. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Frank Woolner, Spearhead in the West: The 3rd Armored Division in WWII, Frankfurt 1945; reprint Nashville 1980, s. 10. [wróć]
Philip DeRiggi, My Brother John S. DeRiggi, "3rd AD Soldiers' Memoirs", 3ad.com/history/wwii/memoirs. pages/deriggi.htm (dostęp 2 września 2017). [wróć]
Omar Bradley, A Soldier's Story, New York 1999, s. 226 [wyd. pol. Żołnierska epopeja, tłum. Emilia Niemirska, Warszawa 1989]. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Ibidem. [wróć]
E-Company, 32nd Armored Regiment, Morning Report, September 3, 1944, National Archives and Records Administration (dalej NARA). [wróć]
Ibidem. [wróć]
Steven Zaloga, Panzer IV vs. Sherman: France 1944, New York 2015, s. 43. [wróć]
Woolner, Spearhead in the West, s. 5. [wróć]
Harold Denny, U.S. Tank Division Honored as Heroic, "New York Times", 25 sierpnia 1944. [wróć]
Lt. Fred Hadsel, T/3 William Henderson, Battle of Mons, 1-4 September, 1944, 2nd Information and Historical Service, VII Corps, Breinig, Germany, February 16, 1945, NARA. [wróć]
E-Company, 32nd Armored Regiment, Morning Report, September 3, 1944, NARA. [wróć]
E-Company, 32nd Armored Regiment, Morning Report, August 25, 1944, NARA. [wróć]
Woolner, Spearhead in the West, s. 86. [wróć]
David Crossland, World War II Bunkers Turn into Wildlife Haven, "Spiegel Online", spiegel.de/international/germany/from-wehrmacht-to-wildlife-world-war-ii-bunkers-turn-into-wildfire-haven-a-507880.html (dostęp 1 sierpnia 2017). [wróć]
Hadsel, Henderson, Battle of Mons, 1-4 September, 1944, interview with Maj. W.K. Bailey, CCR 3rd Armored Division, Breinig, Germany, February 15, 1945, NARA. [wróć]
James Brown, Michael Green, M4 Sherman at War, St. Paul 2007, s. 60-61. [wróć]
Ibidem, s. 61. [wróć]
Frank Woolner, Texas Tanker, "Yank", 12 listopada 1944, vol. 1, no. 16. [wróć]
Nicholas Moran, US Army Anti-Armor Firing Tests of 1944, "The Chieftain's Hatch", worldoftanks.com/en/news/chieftain/chieftains-hatch-us-guns-vs-german-armour-part-1 (dostęp 10 czerwca 2017). [wróć]
Michael Green, Images of War: Axis Tanks of the Second World War, South Yorkshire 2017, s. 61. [wróć]
Zaloga, Panzer IV vs. Sherman, s. 4-5, 8, 20. [wróć]