SŁOWO WPROWADZENIA
Pierwsze wydanie Szpetnych czterdziestoletnich ukazało się w roku 1985. Tytuł tej książki nawiązuje - z odcieniem goryczy - do tytułu książki Marka Hłaski Piękni dwudziestoletni, którą Hłasko napisał w roku 1958, wydał za granicą w roku 1966, a która w Polsce ukazała się dopiero po roku 1989.
Ta wiązka dat wprowadza nas w klimat, który towarzyszy Szpetnym czterdziestoletnim. Dowcipna, ironiczna, momentami zaś liryczna i nostalgiczna opowieść Agnieszki Osieckiej, zebrana w alfabetycznie ułożonych hasłach, dotyczy tego samego okresu, o którym pisał Hłasko w swojej stylizowanej autobiografii, jaką byli Piękni dwudziestoletni - a więc połowy lat pięćdziesiątych. Ale Osiecka ogląda je z oddalonej o trzydzieści lat perspektywy. "Piękni" dwudziestoletni z lat pięćdziesiątych są już w chwili, gdy pisze o nich Agnieszka, "szpetnymi" czterdziestoletnimi, a nawet nieco starszymi.
Tyle tylko, że pisząc o owych "pięknych" czy "szpetnych", Agnieszka Osiecka wie również, że każde pokolenie, niezależnie od wieku, który właśnie przeżywa, zachowuje także w pamięci jakiś fragment swojej autobiografii i biografii zbiorowej swojego pokolenia, który uważa za "piękny". Są to czasy, które się pamięta, które przeżywało się najpełniej, w których na naszych wewnętrznych zegarach najwyższy był poziom nadziei. Zwłaszcza Polska, szarpana różnymi zmianami historii, wydaje się krajem, którego mieszkańców łatwo jest podzielić na grupy, skupione wokół takich właśnie punktów i dat nadziei. Pokolenie wojny, konspiracji, powstania, pokolenie odbudowy, pokolenie "polskiego Października" 1956 roku, pokolenie pierwszej "Solidarności" - i tak dalej.
Dzięki tym punktom i datom późniejsi "szpetni" nie wydają się już sobie samym tak szpetni, najinteligentniejsi z nich zaś potrafią nawet spojrzeć na siebie, gdy byli owymi "pięknymi", nie tylko ze wzruszeniem, ale także przez szkiełko łagodnej satyry, wyrozumiałej autoironii, zmądrzałej refleksji.
Taką jest właśnie Agnieszka Osiecka w Szpetnych czterdziestoletnich. Trudno mi jest pisać o jej książce, wymazując z pamięci osobę Autorki. Pamiętam dokładnie, że Agnieszkę poznałem na plaży w Sopocie, mógł to być rok 1954 lub 1955, przedstawiano ją wtedy jako wielce obiecującą, a przy tym urodziwą pływaczkę, co dla mnie, który nie pływam w ogóle, było czymś intrygującym. Działo się zaś to wszystko jeszcze dużo przed STS-em, Studenckim Teatrem Satyryków, w którym Agnieszka zadebiutowała jako autorka tekstów piosenkarskich, a może nawet przed jej studiami dziennikarskimi i filmowymi. Tyle tylko, że jak na pływaczkę, a więc - bądźmy szczerzy - osobę raczej "fizyczną" niż "umysłową", zastanawiała ona już wówczas dwoma niecodziennymi cechami: umiejętnością bystrego, krytycznego słuchania oraz zaskakującej, trafnej pointy.
Czytając Szpetnych czterdziestoletnich, warto zwrócić uwagę, ile autorka tej książki potrafiła się nasłuchać - rozmów, dialogów, powiedzonek, wynurzeń intelektualistów, żargonu sklepowych, pohukiwania bęcwałów i szczebiotu kretynek, a więc tego wszystkiego, co stanowi o klimacie czasu, o środowisku, o obyczajach. I jak misternie potrafi zamykać te obserwacje klamrą pointy, wniosku, dowcipu.
A lata pięćdziesiąte były czasami, kiedy warto było słuchać. W ich połowie, około roku 1956, zderzyły się bowiem ze sobą i przełamały różne głosy. Pryncypialny, ponury głos stalinowskiej propagandy, załamujący się po śmierci Stalina w roku 1953, i pełen nadziei głos ówczesnego, jak go określano, "rewizjonizmu", a więc głos pisma "Po prostu", filozofa Leszka Kołakowskiego i robotnika Leszka Goździka z fabryki na Żeraniu. Głos owego człowieka, o którym wspomina Osiecka i który w najlepszej wierze pytał, czy może nazwać dziecko imieniem "Bierut", i pierwsze głosy Mrożka z Policji czy Tanga. A także głosy najmłodszego, "październikowego" właśnie pokolenia, które dochodziły głównie ze strony studenckich kabaretów, przede wszystkim warszawskiego STS-u i gdańskiego Bim-Bomu, wśród których był także głos Osieckiej. Wszystko to zaś podlane było wielką falą nowych, nieznanych dotąd książek, filmów, obrazów, przypływającą z zachodu Europy, o których mówiło się bez przerwy.
Pokolenie Agnieszki Osieckiej, urodzone tuż przed wojną, po raz pierwszy właśnie w latach pięćdziesiątych, w wieku lat kilkunastu czy dwudziestu kilku, spotkało się z prozą Hemingwaya, dramaturgią Ionesco, myśleniem Sartre'a, socjologią Fromme'a, a nawet - ba! - ze znaną już doskonale przed wojną psychoanalizą Zygmunta Freuda, która jednak dotąd znajdowała się gdzieś w półcieniu, jako wymysł burżuazyjny i dwuznaczny.
Można zapytać, co to wszystko miało czy też mogło mieć wspólnego z osobowością i twórczością autorki tekstów piosenkarskich czy też przepojonych muzyką widowisk scenicznych, jaką stała się Agnieszka Osiecka. Otóż w samym sformułowaniu takiego pytania kryje się podstawowe niezrozumienie charakteru tego okresu, zwanego "okresem październikowym", o którym pisze w Szpetnych czterdziestoletnich Osiecka, przybliżając nam jego klimat.
Historycy określają te wydarzenia jako zmianę linii rządzącej partii i zajadły bój dwóch frakcji, konserwatywnej i reformatorskiej. Za ich rezultat uważają złamanie polskiego stalinizmu, formującego się pomiędzy rokiem 1949 a 1956, a także poszerzenie obszaru ciągle jednak ograniczonej suwerenności narodowej. To wszystko prawda, ale najistotniejszym rezultatem tych wszystkich zdarzeń była odmiana obyczajowa "październikowego pokolenia", a więc skierowanie jego myśli i ambicji w stronę kultury europejskiej, która stała się także miarą naszych osiągnięć, i uwolnienie się od doktrynalnych zakazów i norm obyczajowych. Wszystko to, w najdziwniejszym niekiedy pomieszaniu, odnotowuje Agnieszka Osiecka w tej książce.
Jest ona nie tylko zbiorem zdarzeń zabawnych i paradoksalnych, ale także materiałem dla socjologa. Autorka z uwagą, a zarazem w skrótowych obrazach, odnotowuje przemiany, jakim ulega życie towarzyskie i normy obyczajowe, jak zmieniają się warstwy i klasy, lud i arystokracja na przykład. Lud nazywa odtąd swoje dzieci wyszukanymi imionami, zaczerpniętymi głównie z zachodnich filmów, resztki zaś dawnych arystokratów sięgają po imiona ludowe, a za szczyt snobizmu uznane zostaje zachowanie kogoś z tej warstwy, kto nazwał swego syna Nikita. Takich obserwacji jest w Szpetnych czterdziestoletnich mnóstwo, przenikliwych, ostrych jak brzytwa, ale przecież opisanych z sympatią. Obowiązkiem inteligentnego człowieka tamtych czasów było bowiem widzieć, zauważać, notować w pamięci wszystko, co dzieje się dookoła, to znaczy po prostu myśleć.
A myślało się zbiorowo w różnych miejscach. W kawiarniach, w słynnym Klubie Aktora SPATiF, w nocnej Kameralnej, na basenie Legii. Są to wszystko miejsca, które pod odpowiednimi literami swego alfabetu opisuje Osiecka. Dla mnie jest tu zresztą jeszcze jedno takie miejsce, kawiarnia Sułtan na Saskiej Kępie, gdzie przez pewien czas, jako bliscy sąsiedzi, spotykaliśmy się na śniadaniach z Agnieszką i Adamem Pawlikowskim. Adam występuje w tej książce w wielu wcieleniach, ale zawsze jako guru, chociaż wówczas jeszcze, przed epoką Beatlesów, nie używało się tego terminu. W wielu miejscach Szpetnych czterdziestoletnich czuje się jednak jego ironię i jego diaboliczną fantazję.
Na koniec bowiem nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Szpetni czterdziestoletni są także dziełem fantazji, jak utwór poetycki. Jeden ze znajomych pamiętających tamte czasy powiedział mi niedawno ze zdumieniem, że w wielu obecnych legendach spisywanych na temat lat pięćdziesiątych przez ludzi dużo młodszych, którzy wszystko to znają tylko ze słyszenia, rozpoznaje często stawiane dziś na piedestałach postacie natrętnych pijaczków lub banalnych nudziarzy, których naprawdę raczej odganiało się wówczas, niż zapraszało do stolika.
Jest to szczera prawda, ale takie jest prawo legendy, której nie warto już dzisiaj prostować. Agnieszka ze swoją życzliwością dla ludzi w jakimś stopniu współdziała z tą legendą, niektórzy jej "piękni", o których wspomina, wcale nie byli tacy piękni z bliska, lecz już wówczas naprawdę szpetni. Nie w tym rzecz jednak, ale w tym, że cała rzeczywistość sprzed półwiecza opisana w tej książce jako podniecająca, szalona wizja, kierowana jest trafną intuicją, że był to okres, w którym dokonujące się dokoła zmiany, a także owa lawina nowych doznań artystycznych i intelektualnych, domagały się całkowicie nowego obyczaju. Tego obyczaju nie dawało się po prostu przenieść żywcem z zagranicznych żurnali i zagranicznych filmów, jak dzieje się to dzisiaj, ponieważ Polska lat pięćdziesiątych nie miała być normalnym krajem kapitalistycznego świata, idącym szybciej lub wolniej po od dawna utartych ścieżkach. Miała być czymś całkowicie odmiennym, ulepionym z tego, czego wcześniej nauczyło się pokolenie tużpowojenne, i tego, co przywiały nowe, porywiste wiatry, a także z czegoś jeszcze, co było tu w nas samych od dawna i od zawsze.
Jest w tej książce taka scena, kiedy grupa przyjaciół po upojnej nocy w Trójmieście trafia o świcie na sopockie molo, spowite poranną mgłą. "I oto - pisze Agnieszka - śpiew, mocny i zalotny, tyleż patetyczny co błazeński, wyrwał się nam z ust. Oto, co zaśpiewaliśmy: "Naprzód młodzieży świata/niech radosny połączy nas marsz..."".
Była to zapamiętana ZMP-owska pieśń marszowa i Osiecka rozumie paradoks, że tę właśnie pieśń śpiewa o świcie zbuntowana młodzież. A dalej opowiada, jak "przed nami z mgły i ze śpiewu, z domyśleń raczej niż z przemyśleń, z niedokończonych przedstawień, z niedożytych życiorysów, z niedożłobionych rozmów, z nierozwiązanych więzów, z niedokochanych miłości, z półrozpiętych kajdan, z nienapisanych wierszy, z nierozwiązanych zadań - wynurzył się po prostu - koniec mola".
Tak było naprawdę. Ów "koniec mola" wynurzył się wcześniej, niż się go spodziewano. Szpetni czterdziestoletni opisują ślady pozostawione na tym metaforycznym molu przez roztańczone wówczas pokolenie.
K.T. Toeplitz