Wprowadzenie
W 1969 roku, w swojej przełomowej książce Rozmowy o śmierci i umieraniu, Elisabeth Kübler-Ross zidentyfikowała pięć etapów umierania. Jako psychiatra zaobserwowała, że jej umierający pacjenci przeżywają w pewnym zakresie podobne, powtarzające się w kolejnych przypadkach doświadczenia. Jej koncepcja zyskała światowy rozgłos i miała nieodwracalnie zmienić sposób naszego myślenia, a także mówienia o śmierci i umieraniu. Autorka zdołała wyciągnąć prawdę o tym powszechnym doświadczeniu ze strefy mrocznych eufemizmów na światło dzienne.
Kilkadziesiąt lat później doświadczyłem wielkiego zaszczytu, mogąc rozwijać się pod jej skrzydłami. Wspólnie napisaliśmy książkę: Lekcje życia. Specjaliści od śmierci i umierania zdradzają tajemnice życia. W trakcie pracy nad naszą drugą wspólną książką, On Grief and Grieving (która jednocześnie okazała się być ostatnią książką autorstwa Elisabeth) poprosiła mnie ona o pomoc w zaadaptowaniu pierwotnie zidentyfikowanych pięciu etapów umierania do realiów osób radzących sobie z żałobą. Zaobserwowała bowiem, że takie osoby przechodzą podobny cykl. Oto pięć etapów przechodzenia żałoby:
Zaprzeczenie - szok, niedowierzanie, że strata rzeczywiście ma miejsce; Gniew - wywołany faktem, że kogoś, kogo kochamy, już z nami nie ma; Targowanie się - wszystkie żale i marzenia; Depresja - smutek spowodowany stratą; Akceptacja - uznanie faktu poniesienia straty
Powyższe pięć stadiów nigdy nie miało stanowić recepty - dotyczy to zarówno umierania, jak i żałoby będącej tematem rozważań w tej książce. To nie jest metoda pakowania trudnych emocji w eleganckie opakowania. Nie obowiązują również jakiekolwiek zalecenia. Wspomniane etapy zdefiniowano jako opis pewnej rzeczywistości. Co więcej, przedstawiają one jedynie pewien ogólny cykl. Każdy człowiek przeżywa stratę na swój własny, niepowtarzalny sposób, co nie zmienia faktu, że proces przechodzenia przez nią rozwija się zgodnie z opisanym tu schematem. Większość osób, które przeżyły żałobę, dostrzeże w określonych etapach własne doświadczenia. Już po wydaniu poprzedniej książki sam doświadczyłem poczucia wielkiej straty. Mogę więc potwierdzić, że te pięć stadiów rzeczywiście oddaje emocje, które nas ogarniają, gdy usiłujemy poradzić sobie ze śmiercią kogoś bliskiego.
Piątym etapem, wyróżnionym przez Kübler-Ross, jest akceptacja. To moment, kiedy godzimy się z faktem, że strata rzeczywiście nastąpiła. Potrzebujemy trochę czasu na refleksję i uświadomienie sobie niezaprzeczalnego stanu rzeczy - że kochanej osoby już przy nas nie ma. Absolutnie nie jest to etap łatwy. Wręcz przeciwnie - może okazać się ekstremalnie bolesny. Akceptacja nie oznacza bowiem zaniku bólu, podobnie jak nie oznacza, że proces przeżywania żałoby dobiegł końca. Niemniej piąte stadium (nieco wbrew intencjom moim czy Elisabeth) zaczął być postrzegany jako koniec pewnej drogi. Po latach doszedłem do wniosku, że proces wracania do równowagi zawiera jeszcze bardzo istotny, szósty etap, zwany: odnalezieniem sensu. Nie jest to ani arbitralna koncepcja, ani też obowiązkowy do realizacji krok. To po prostu działania, które wiele osób podejmuje instynktownie, a które mogłyby pomóc także innym.
Na tym szóstym etapie uznajemy, że choć poczucie straty będzie z czasem maleć, to już nigdy się go nie wyzbędziemy. Jeżeli w pełni doświadczymy tego ważnego, pełnego treści stadium (etapu odnalezienia sensu), wówczas zdołamy przekształcić żałobę w coś innego, ubogacającego i niosącego spełnienie.
Sens pozwala dotrzeć do czegoś więcej niż tylko ból. Gdy umiera ukochana osoba albo gdy doświadczamy dowolnej, innej, równie wielkiej straty (takiej jak, choćby, koniec małżeństwa, zamknięcie firmy, w której pracujemy czy utrata domu na skutek katastrofy naturalnej), potrzeba nam czegoś więcej niż tylko obiektywnych informacji na temat samej straty. Chcemy zrozumieć ten proces. Strata potrafi ranić, paraliżować, wisieć nad nami całymi latami. Dostrzeżenie w niej pewnego sensu pomaga wytyczyć nową ścieżkę. Pomaga dostrzec coś, na co wcześniej nie zwracało się uwagi, a co doskonale widać w przedstawionych w tej książce licznych historiach osób, które ten szósty etap pokonały.
Pracując z osobami, które utraciły najbliższych, często widziałem, ja bardzo usiłują odnaleźć w tym sens. Nie ma znaczenia, czy śmierć następuje po długiej, wyniszczającej chorobie, czy też nadchodzi nagły wstrząs, np. na skutek wypadku albo dowolnego innego, nieoczekiwanego zdarzenia. Wiele osób usilnie pragnie dostrzec w takich okolicznościach celowość.
Można by się zastanowić, cóż to w ogóle takiego, ów sens? Może on przybierać wiele postaci. Może wyrażać się na przykład w poczuciu wdzięczności za czas spędzony z bliską osobą. Może polegać na wypracowaniu sposobów na upamiętnienie bądź uczczenie bliskiego. Może też wiązać się ze świadomością, że życie jest krótkie i na tyle cenne, że koniecznie należy dokonać w nim jakiejś istotnej zmiany.
Osoby, które taki sens odnajdują, zwykle znacznie łatwiej radzą sobie z żałobą niż ci, którzy go nie dostrzegają. Ludziom z tej pierwszej grupy rzadziej zdarza się utkwić na którymś z wczesnych pięciu etapów. Po czym można rozpoznać, że ktoś właśnie utknął? U niektórych objawia się to tyciem lub utratą masy ciała, u innych uzależnieniem od alkoholu lub narkotyków, nieprzepracowanym gniewem, albo brakiem gotowości do wejścia w nowy związek ze strachu przed kolejnym cierpieniem. Strata, z którą człowiek nie zdołał się uporać, może go pochłonąć bez reszty. Staje się wówczas dla niego istotą życia i pozbawia wszelkiego poczucia celu czy kierunku. Oczywiście nie wszystkie nasze problemy i przywary wynikają z faktu, że utknęliśmy na którymś z pięciu etapów, ale między tymi dwoma faktami niemal zawsze występuje jakaś korelacja.
Żałoba to niezwykle potężne doświadczenie. Naprawdę łatwo jest pogrążyć się w bólu, gniewie i depresji. Ściska nam serce i mamy poczucie, jak gdyby nie zamierzała puścić.
Jeżeli natomiast zdołamy odnaleźć sens nawet w najbardziej bezsensownej stracie, może on nie tylko wyrwać nas z uścisku żałoby, lecz także pomóc osiągnąć więcej. Przekonamy się, na co nas stać w najtrudniejszych okolicznościach. Możemy się rozwijać, a także poszukiwać sposobów na dobre i szczęśliwe życie, wzbogacone lekcjami miłości otrzymanymi od osoby, która odeszła.
Poszukiwanie sensu po doświadczeniu straty każdego z nas poprowadzi inną drogą. W 1980 r. Candy Lightner założyła organizację Mothers Against Drunk Driving (MADD), po tym, jak jej córka Cari zginęła w wypadku spowodowanym przez nietrzeźwego kierowcę, który w dodatku był już sprawcą podobnego zajścia. Nigdy nie zrozumiała, dlaczego jej dziecko musiało umrzeć, lecz mimo to zdołała odnaleźć głęboki sens w budowaniu grupy ratującej życie innym ludziom. Nic nie było w stanie zrekompensować utraty ukochanej osoby, ale fakt, iż stworzyła coś dobrego w czasie przeżywania żałoby, utwierdził ją w przekonaniu, że zarówno życie córki, jak i jej własne ma sens.
John Walsh wyprodukował program telewizyjny America's Most Wanted po tym, jak zamordowano jego syna - Adama. Pogrążony w żałobie ojciec odnalazł cel w eliminacji ulicznych przestępców, żeby kolejne dzieciaki nie musiały przez nich cierpieć.
Walsh i Lightner odnaleźli sens w zakładaniu organizacji o charakterze ogólnokrajowym. Większość z nas nie podejmie działań zakrojonych na tak szeroką skalę, lecz nie wynika to z poczucia bezradności. Sens można dostrzec nawet w najbardziej ulotnych momentach, jeśli świadomie próbuje się go uchwycić lub wręcz nadać minionym zdarzeniom.
Marcy dorastała pod opieką ojca, którego ulubionymi osobowościami telewizyjnymi byli: Milton Berle, Danny Thomas i Morey Amsterdam. Ojciec opowiedział jej, że miał kiedyś okazję spotkać Danny'ego Thomasa osobiście. Dlatego po śmierci ojca Marcy myślała o nim za każdym razem, gdy zobaczyła Thomasa w telewizji lub natknęła się na jakąś wzmiankę o aktorze.
Któregoś dnia Marcy poszła na pocztę nadać paczkę i kupić trochę znaczków.
- Jakie znaczki by pani chciała? - spytała kasjerka.
- Bezterminowe.
- Mamy znaczki z flagami i kwiatami, mamy również znaczki okolicznościowe.
"A co za różnica?" - pomyślała Marcy. - "Przecież wszystkie służą do tego samego".
Ostatecznie postanowiła zerknąć na wybór znaczków. Oferta była naprawdę szeroka. Nagle dostrzegła na kilku z nich podobiznę Danny'ego Thomasa. Myśląc o swoim ojcu, zakupiła wiele arkuszy tych znaczków. Nie oprawiła ich jednak w ramkę, nie zrobiła z nimi nic szczególnego. Po postu z nich korzystała. Teraz, gdy nadaje list albo opłaca rachunek i w związku z tym sięga po znaczek, widzi Danny'ego Thomasa, a wtedy na jej twarzy pojawia się uśmiech. W tych krótkich chwilach wracają do niej wspomnienia związane z ojcem, przynosząc ukojenie. Są dla niej w zupełności wystarczające i pozwalają odnaleźć sens życia jej ojca.
Pracując z osobami przeżywającymi żałobę, często słyszę pytanie: "Gdzie ja mam szukać tego sensu? W śmierci? W stracie? W nieszczęśliwym zdarzeniu? W życiu bliskiej mi osoby? A może mam szukać sensu w moim własnym życiu po stracie?".
Moja odpowiedź na te pytania brzmi: "Tak, tak, tak, tak i tak". Sens można uchwycić we wszystkich tych aspektach, można tam również znaleźć głębsze pytania i głębsze odpowiedzi. Ktoś może odkryć znaczenie w nowych rytuałach upamiętniających bliskiego zmarłego albo w jakiegoś rodzaju darze na cześć tej osoby. Utrata bliskiej osoby może również przełożyć się na zacieśnienie więzi z wciąż obecnymi wokół nas, może też skłonić do odbudowania więzi z osobami, z którymi kiedyś zerwaliśmy relacje. Sensem może stać się również utwierdzenie w przekonaniu, jak piękne jest życie będące doświadczeniem wszystkich nas (z powodu tego, że nadal stąpamy po ziemi).
Mąż Deirdre zmarł na dwa lata przed wydarzeniami, o których mi opowiedziała, ale ona nieustannie za nim tęskniła. Tworzyli bardzo zżyte, kochające się małżeństwo, więc utrata tego związku pozostawiła w jej życiu wielką pustkę. Miesiąc przed śmiercią męża Deirdre jej ojciec stracił brata. Deirdre i ojciec zbliżyli się do siebie w żałobie. Powiedziała mi: "Rozumiałam, co czuł. Kochał brata. Czułam to samo".
Deirdre z rodziną mieszkała na Hawajach. Opowiedziała mi o pewnym pamiętnym dniu, kiedy to wraz z rodziną spotkała się na polu kempingowym w okolicy Pearl Harbor, by obejrzeć zawody kajakowe. Startowała w nich jej bratanica. Na kilka minut przed rozpoczęciem biegu poranne powietrze rozdarło wycie syreny alarmowej, ostrzegającej o ataku jądrowym. Równocześnie na telefonie Deirdre wyskoczyło powiadomienie: Alarm o nadlatującym pocisku. To nie są ćwiczenia.
Spod zadaszenia, gdzie gromadzili się trenerzy, wyszła do nas grupa ludzi i przez megafony ogłosili, że wszyscy mają zadbać o własne bezpieczeństwo, spokojnie dotrzeć do domów i zabrać wszystkich, którzy potrzebują podwiezienia - opowiedziała mi Deirdre. - Tata, mój brat, wujek i reszta rodziny zaczęli zwijać namioty. Poszłam do samochodu po liny dla taty, a kiedy wróciłam, nikogo już nie było, włącznie z moją mamą.
"Cześć"- powiedziałam, po czym spytałam: "A gdzie jest mama?". Wtedy dostrzegłam ją w jej samochodzie. Poszłam w kierunku taty, tylko on jeden został jeszcze na polu. Nie wyglądał, jakby mu się spieszyło, więc zapytałam: "Wszystko dobrze?".
Dlaczego wszyscy nagle tak się zerwali? Dlaczego nie zaczekali, żeby się pożegnać? Wydawało mi się to absurdalne. Skoro i tak mamy umrzeć, to dlaczego nie w towarzystwie najbliższych? Gdyby rzeczywiście w naszą stronę nadlatywał pocisk balistyczny, wszyscy zginęliby w samochodach w drodze do domu. Nikt nie powiedział: "Kocham cię", nikt nie powiedział: "Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy". Nikt nie podzielił się żadnym wspomnieniem. Wydawało mi się, że tworzymy zżytą rodzinę.
Zaciekawiło mnie to, że potrzeby ucieczki nie odczuwaliśmy ani ja ani też mój tata. Postanowiliśmy, że czas, który nam pozostał, spędzimy razem. W tym przerażającym momencie przeprowadziliśmy niesamowitą dyskusję, miałam okazję podziękować mu za to, że jest moim tatą. On z kolei podziękował mi za to, że jestem jego córką. Rozmawialiśmy o tym, co najbardziej kochamy w życiu.
Jestem psycholożką, więc próbowałam analizować, dlaczego tata i ja postanowiliśmy spędzić ostatnie chwile życia razem, podczas gdy reszta rodziny rzuciła się do ucieczki. Przypuszczam, że śmierć tak bliskich nam osób nauczyła nas bardziej doceniać życie. Jeżeli pozostawało nam już tylko pięć albo dziesięć minut życia, nie zamierzaliśmy tego czasu zmarnować.
Okazało się, że był to fałszywy alarm, ale mimo wszystko cieszę się, że zarówno tata, jak i ja podjęliśmy decyzję o spędzeniu potencjalnie ostatnich chwil naszego życia w sensowny sposób. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, ile mu zostało. Pięć minut, pięć lat, a może pięćdziesiąt? Nie mamy nad tym kontroli, możemy natomiast zdecydować, z kim spędzimy ostatnie chwile naszego życia.
Sens, o którym tu rozmawiamy, tak naprawdę sprowadza się do znalezienia sposobu na podtrzymanie miłości do bliskiej osoby po jej śmierci i jednocześnie na kontynuowaniu własnego życia. Nie oznacza to, że przestaniemy tęsknić, oznacza natomiast, że zaczniemy bardziej doceniać, jak wiele warte jest życie - tak samo jak doceniła je Deirdre. Bez względu na to, kiedy ziemska wędrówka dobiegnie końca - czy to w młodym wieku, czy też w bardzo zaawansowanym - rzadko wydaje nam się ono dość długie. Dlatego powinniśmy szanować każdy dzień i żyć w pełni. W ten sposób najlepiej oddamy cześć tym, których śmierć przeżywamy.
Oto kilka refleksji, które mogą ułatwić zrozumienie koncepcji sensu:
Sens jest względny i osobisty. Sens wymaga czasu. Bywa, że odnalezienie go zabiera wiele miesięcy, a nawet lat. Sens nie musi oznaczać zrozumienia. Nie trzeba rozumieć, dlaczego ktoś zmarł, aby odnaleźć w tym znaczenie. Odnaleziony sens nie rekompensuje poniesionej straty. Strata dla nikogo nie jest sprawdzianem, lekcją, wyzwaniem, darem ani błogosławieństwem. To tylko obiektywny, życiowy fakt. Sens natomiast jest tym, co sami sobie stworzymy. Nikt nie odnajdzie sensu za nas. Wartościowe relacje pomagają łagodzić bolesne wspomnienia.
Gdy zaczynałem tworzyć tę książkę, miałem na koncie kilkadziesiąt lat doświadczenia w pisaniu, prowadzeniu wykładów oraz pracy z osobami przeżywającymi żałobę. Byłem już wtedy dobrze po pięćdziesiątce i miałem poczucie, że ja i żałoba doskonale się znamy, zarówno na stopie zawodowej, jak i osobistej. Nie żyli już moi rodzice, zmarł również mój siostrzeniec, który był dla mnie jak brat. Okazało się jednak, że ani osobiste, ani zawodowe doświadczenia terapeuty specjalizującego się w żałobie nie przygotowały mnie na stratę, jaką poniosłem już w trakcie prac nad tą publikacją. Nagle zmarł mój 21-letni syn. To wydarzenie okazało się tak dojmujące, że pomimo wieloletniej praktyki we wspieraniu innych w żałobie, nie potrafiłem zaleźć niczego, co mogłoby pomóc mnie. Miałem pełną świadomość, że jednym z kluczowych czynników w dochodzeniu do siebie w powstałych okolicznościach jest poszukiwanie sensu, ale nie bardzo wiedziałem, jak miałbym go w moim konkretnym przypadku znaleźć. Podobnie jak u wielu innych osób, miałem poczucie, że moja żałoba jest zbyt wielka, by dało się ją unieść.
W 2000 r. adoptowałem dwóch wspaniałych chłopców, których hrabstwo Los Angeles umieściło wcześniej w systemie pieczy zastępczej. David miał wtedy cztery lata, a jego brat, Richard, był o rok starszy. Wcześniej obaj przewinęli się przez pięć różnych rodzin zastępczych, przeszli też jedną nieudaną adopcję. Mieli względnie niewielkie szanse na znalezienie nowego, prawdziwego domu, ponieważ pochodzili z domu narkomanów, a David urodził się z narkotykami w organizmie. Ja również się przestraszyłem, gdy się o tym dowiedziałem. Obawiałem się, że coś może być z nim nie tak - coś, czego nie da się naprawić. Wystarczyło jednak, że spojrzałem na twarze tych dwóch chłopców, a od razu stało się dla mnie jasne, że miłość ma moc przezwyciężania wszelkich przeciwności. Adopcja została sfinalizowana, a kolejne spędzone z nimi lata zdawały się potwierdzać słuszność mojej wiary w siłę miłości. David i Richard wyszli na prostą i okazali się wspaniałymi ludźmi.
Niestety, gdy David wszedł w okres nastoletni, dopadła go trauma z okresu dzieciństwa. W wieku mniej więcej 17 lat zaczął eksperymentować z narkotykami. Na szczęście niedługo potem przyszedł do mnie, wyznał, że jest uzależniony i potrzebuje pomocy. Kilka kolejny lat upłynęło nam pod znakiem odwyków i terapii 12 kroków[1]. W wieku 20 lat David był już jednak czysty i zakochany w cudownej dziewczynie, świeżo upieczonej absolwentce resocjalizacji. Zaczynał właśnie pierwszy rok studiów. Wielokrotnie wykazywał duże zainteresowanie karierą w medycynie, choć nieustannie się wahał, czy to właściwy wybór i czy nie powinien zainteresować się czymś innym. Mimo to miałem nadzieję, że będzie dobrze. W kilka dni po swoich 21. urodzinach popełnił kilka życiowych błędów, przez co on i jego dziewczyna rozstali się. Spotkał się wtedy ze znajomym z odwyku, który również przechodził trudny okres. Wzięli znowu. Znajomy przeżył, David nie.
Jeździłem akurat z wykładami po zupełnie innym regionie kraju i nieoczekiwanie odebrałem telefon od płaczącego Richarda. To od niego dowiedziałem się, że jego brat nie żyje. W następnych miesiącach wręcz konałem z bólu po stracie. Na szczęście otaczali mnie krewni i przyjaciele, którzy nie widzieli we mnie terapeuty specjalizującego się w żałobie, tylko zrozpaczonego ojca, który właśnie pochował syna.
W pierwszych dniach po stracie Davida mogłem liczyć na nieustające wsparcie wspaniałych ludzi, w tym mojego partnera Paula Dennistona oraz Marianne Williamson, mojej duchowej przewodniczki i jednej z matek chrzestnych moich synów. Wysłuchali mnie, rozmawiali ze mną i z całych sił starali się mi pomóc. Dianne Gray, moja przyjaciółka i ówczesna szefowa Elisabeth Kübler-Ross Foundation, sama również pogrążona w smutku po śmierci dziecka, powiedziała mi: "Wiem, że teraz toniesz. Będziesz tonął jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu sięgniesz dna. Wtedy będziesz musiał wybrać: albo tam zostaniesz, albo się odbijesz i zaczniesz wracać na powierzchnię".
Dokładnie tak się czułem. Wiedziałem, że zanurzyłem się głęboko w wodach oceanu i że jeszcze przez jakiś czas muszę tam zostać. Nie byłem gotowy wrócić na powierzchnię. Jednak nawet w tym momencie rozumiałem, że chcę żyć dalej i to nie tylko z uwagi na mojego drugiego syna, lecz także dla samego siebie. Nie zamierzałem dopuścić do tego, aby śmierć Davida pozostała bez znaczenia oraz aby odebrała sens mojemu życiu. Nie miałem jeszcze pojęcia, co powinienem uczynić, aby w tym koszmarnym okresie odnaleźć jakikolwiek sens. W tamtej chwili mogłem jedynie skupić się na pokonywaniu pięciu etapów zdefiniowanych przez Kübler-Ross i pozwolić im trwać tak długo, jak było mi to potrzebne. Mimo wszystko wiedziałem, że nie chcę poprzestawać na akceptacji, że tego nie zrobię. Musiało istnieć coś więcej.
Początkowo nie znajdowałem we wspomnieniach miłości do syna żadnego pocieszenia. Miałem w sobie wiele gniewu - na świat, na Boga, na samego Davida. Wiedziałem jednak, że aby iść dalej, muszę znaleźć wymowę dla ogarniającej mnie żałoby. W otchłani smutku myślałem o słowach, które sam cytuję na moich wykładach:
W życiu doczesnym żałoba jest opcjonalna. To prawda. Nie trzeba doświadczać żałoby, ale uniknąć można jej tylko w jeden sposób - unikając miłości. Miłość i żałoba są ze sobą nierozerwalnie związane.
Erich Fromm powiedział: "Całkowicie oszczędzić sobie żałoby można jedynie kosztem kompletnego zdystansowania się, które wyłącza również możliwość odczuwania szczęścia".
Miłość i żałoba występują w pakiecie. Kto kocha, ten prędzej czy później znajdzie się w żałobie. Zrozumiałem, że mogłem oszczędzić sobie bólu związanego z utratą Davida - wystarczyło tylko nigdy go nie poznać i nie pokochać. Gdy tylko to sobie uświadomiłem, poczułem wdzięczność z powodu jego obecności w moim życiu i wszystkich tych lat, które mogliśmy razem spędzić. Liczyłem, że będzie ich znacznie więcej, ale nawet te krótkie lata niepomiernie odmieniły i ubogaciły moje życie. Wtedy zacząłem czuć, że w mojej żałobie kryje się jakieś przesłanie.
Z biegiem czasu znajdowałem, tak w życiu Davida, jak i w jego śmierci, coraz większy sens. Opiszę to zresztą w dalszych rozdziałach. Tym sensem jest moja miłość do syna. Sensem jest mój sposób na to, aby mówić o tym, ile dobrego dzięki niemu przeżyłem. Sensem są podejmowane przeze mnie działania, by uchronić innych przed losem, który spotkał moje dziecko. Dla każdego z nas sens stanowi odzwierciedlenie miłości, którą obdarzaliśmy utraconą osobę. Sens staje się zatem szóstym etapem przeżywania żałoby - etapem, na którym często udaje się powrócić do równowagi.
Bezpośrednio po śmierci Davida powątpiewałem, czy kiedykolwiek wrócę do pisania lub wykładów. Nie byłem nawet pewien, czy chcę dalej żyć. Na pierwsze sześć tygodni odwołałem wszystko, potem poczułem jednak potrzebę powrotu do pracy. Musiałem poczuć się komuś przydatny, zrobić coś z własnym cierpieniem. Śmierć syna była dla mnie bardzo trudnym doświadczeniem, ale chciałem żyć nawet w obliczu tej wstrząsającej straty. Wiedziałam, że David chciałby, żebym cieszył się życiem.
Przygotowanie tej książki stało się elementem mojego powrotu do życia. Gdy usiadłem do pracy nad nią, cierpiałem tak bardzo, że nie byłem pewien, czy sam wierzę w to, co piszę o poszukiwaniu sensu w odmieniającej życie żałobie. Tymczasem okazało się, że analizując tę kwestię, odkryłem prawdę, że znaczenie można znaleźć i że jest ono nam niezbędne. Mam nadzieję, że moja książka okaże się wsparciem dla wszystkich, którzy usiłują odnaleźć się w swoim życiu po stracie kogoś bliskiego. Chciałbym, aby niniejsza lektura miała dla moich czytelników taką samą wartość terapeutyczną, jaką dla mnie miało jej pisanie.