Szosa piotrkowska. nr 126 - Leszek Moczulski

Reflow text when sidebars are open.
W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych tysiące Polaków poznawały historię II wojny światowej nie z akademickich monografii, lecz z niewielkich książeczek z charakterystycznym żółtym znaczkiem tygrysa. Wśród ich autorów szczególne miejsce zajmował Leszek Moczulski, który reportażową formę łączył z historyczną rekonstrukcją wydarzeń.
1939 rok i lata okupacji były wtedy niemal aktualne. Pokolenie, które je przeżyło, było w pełni sił. Dwudziestolatkowie z początku wojny mieli dopiero czterdzieści kilka lat. Starsi zbliżali się do wieku emerytalnego lub dopiero co go osiągali. Wszędzie było widać ślady wojny, ruiny i ślady po kulach. Niemal każda polska rodzina straciła kogoś bliskiego.
Po październiku 1956 roku, po zakończeniu stalinizmu, można było napisać trochę więcej prawdy, choć cenzura eliminowała wszelkie wątki antyradzieckie czy antysocjalistyczne. Leszek Moczulski, związany już w tych czasach ze środowiskiem piłsudczykowskim, żył wydarzeniami wojennymi. Fascynował go przebieg wojny 1939 roku, losy poszczególnych bitew, zdrada i porzucenie Polski przez francuskich i brytyjskich aliantów oraz skutki sowieckiego ciosu w plecy 17 września.
Moczulski od przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych współpracował z działem historycznym miesięcznika "Więź", kierowanym przez Tadeusza Mazowieckiego. Razem z Andrzejem Wielowieyskim i Bohdanem Skaradzińskim pisał o bohaterstwie polskiego żołnierza, planie wojny z Niemcami oraz okolicznościach, które doprowadziły do II wojny światowej. Andrzej Mularczyk rysuje w swoich wspomnieniach portret Moczulskiego, który z kolegami ślęczy nad mapami i próbuje "wygrać wojnę". W dyskusji redakcyjnej na temat gen. Władysława Sikorskiego ("Więź" nr 1 z 1963 roku) pułkownicy II Rzeczypospolitej: Kazimierz Rosen-Zawadzki, Jan Rzepecki i Jan Ciałowicz zwracają się do Moczulskiego "per kolego", a sam Moczulski, występujący pod pseudonimem Leszek Karpatowicz, podkreśla, że w gronie dyskutantów należy do mniejszości, która nigdy nie poznała gen. Sikorskiego.
Nie były to łatwe lata dla prawdziwej historii II wojny światowej. Propaganda PRL nazywała przedwojenną Polskę "domkiem z kart", jak zatytułował swoją sztukę Emil Zegadłowicz. Podkreślano rzekomą kompromitację sanacyjnego wojska, zarzucano nawet kolaborację z Niemcami. Leopold Tyrmand w swoim "Dzienniku 1954" komentuje tę sztukę, na którą publiczność przychodziła wbrew intencjom autorów, aby z sentymentem popatrzeć na polskich oficerów w przedwojennych mundurach.
Leszek Moczulski swoimi "tygrysami" przeciwstawiał się propagandzie. Pisał o oczekiwaniu na francuskie wsparcie w 1939 roku, podkreślał ogrom strat, które poniosły wojska III Rzeszy, wykazywał heroizm polskiego żołnierza. Formuła reportażu, w którym Moczulski wplatał domniemane dialogi w rzeczywiste rozmowy dalekopisowe czy zapisane kopie rozkazów i dokumentów, znakomicie służyła temu celowi.
Moczulski działał w PRL, publikował legalnie, ale jednocześnie przemycał wizję historii sprzeczną z oficjalną polityką historyczną państwa.
Opisując niedawno "Szosę Piotrkowską", wybitny historyk prof. Grzegorz Motyka pisze w "Gazecie Wyborczej": "Leszek Moczulski napisał ją na marginesie rozprawy doktorskiej, którą przygotowywał pod kierunkiem prof. Stanisława Herbsta. Gdy w tym samym duchu wygłosił na seminarium błyskotliwy referat o walkach we Wrześniu 39 roku, Herbst pokiwał głową i stwierdził, że zasadniczo wszystko jest w porządku, ale doktorant Moczulski zapomniał powiedzieć, żeśmy tę wojnę jednak przegrali...".
"Szosa Piotrkowska", jako pierwszy z serii "tygrysów" Moczulskiego, stanowiła też zarys istotnej części "Wojny Polskiej 1939", którą Moczulski pisał w latach sześćdziesiątych, a wydał w 1972 roku w Wydawnictwie Poznańskim. Korzystając z niedbałości cenzury, wprowadził szereg zapisów całkowicie sprzecznych z ówczesną linią historyczną PZPR. Za zacytowanie Mołotowa o "Polsce, bękarcie traktatu wersalskiego" ambasada ZSRR zażądała usunięcia książki z księgarni i bibliotek.
"Przegrana bitwa" pokazywała przegrane starcia, które jednak opóźniały ruch wojsk niemieckich i dawały czas aliantom na otwarcie frontu zachodniego. Książka pokazuje determinację żołnierza, dramat decyzji dowódców i bezsilność wobec przeważających sił wroga oraz zdrady sojuszników. Poświęcenie "polskiego Leonidasa" okazało się próżne.
"Ostatnia szarża" opisuje losy 1 Warszawskiej Brygady Kawalerii podczas zdobywania Wału Pomorskiego w 1945 roku. Autor wplata w wątek 1945 roku bohaterstwo polskich ułanów spod Krojant w 1939 roku. Książka jest polemiką z zarzutami, że kawaleria w II wojnie światowej z zasady była archaiczna i nieskuteczna.
"Krach Siwej Czapli" to przykład fascynacji Moczulskiego wojskowością i bitwami. Na przykładzie ataku na Stalingrad i jego oblężenia pokazuje, jak błędne decyzje dowódców wpływają na ostateczny rezultat starcia, niezależny od zgromadzonych sił.
W wojennych reportażach trzydziestokilkuletniego Moczulskiego widać już cechy, które później uczynią go jednym z najbardziej oryginalnych polskich myślicieli politycznych. Interesuje go nie tylko przebieg bitew, lecz także zależność między polityką, strategią i geografią. Szuka odpowiedzi na pytanie, czy los państw jest wyłącznie skutkiem geopolitycznego położenia, czy też rezultatem decyzji ludzi. To właśnie z tych zainteresowań wyrosną później jego analizy geopolityczne i działalność niepodległościowa.
"Walka trwa" -?tymi słowami kończy się "Szosa Piotrkowska". Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie był to jedynie komentarz do wydarzeń września 1939 roku. Było to również credo autora, który przez następne dziesięciolecia prowadził własną walkę -?o pamięć historyczną, niepodległość i prawo Polaków do własnej interpretacji dziejów.
Krzysztof Król
Miasto senne, ciche, rozgrzane. Stukot kopyt szwoleżerskich koni roznosi się szeroko. Powiewają srebrzyste proporczyki z amarantowym paskiem. Szwadron honorowy eskortuje na Zamek nowo akredytowanego ambasadora Turcji. Twardym kłusem szwoleżerowie jadą przez Aleje Ujazdowskie, Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście... Przy Trębackiej gazeciarz z podziwem patrzy na srebrzyste szable, długie lance. Pod pachą ma plik "Czerwoniaków". Data: 24 sierpnia 1939 r. Przez szerokość pierwszej strony tytuł: WOJNY NIE BĘDZIE! Chłopiec goni wzrokiem szwoleżerów, amarantowe otoki, ostrogi, proporczyki... Nie wie, że taki obraz widzi po raz ostatni w życiu.
Godzinę później szwadron honorowy wraca do koszar. Szwoleżerowie schodzą z koni, sekcjami kierują się do magazynu. Fasunek: wszystko nowe, mundur bez oznak, hełm zamiast czapki z otokiem, pas, ładownice, błyszczący oliwą karabinek. Na dziedzińcu koszar stoją już długolufe armatki przeciwpancerne. Rezerwiści tłoczą się przy telefonie, w membranę słuchawki wykrzykują ostatnie słowa pożegnania. Zaaferowani podoficerowie liczą skrzynie granatów, amunicję: zwykłą, specjalną, przeciwpancerną...
1 pułk szwoleżerów mobilizuje się.
Nadjeżdżające z przecznic tramwaje zatrzymują się, ludzie wybiegają z wagonów. Chodniki zapełnia tłum. Wszyscy krzyczą, machają rękami, raz po raz ktoś rzuca wiązankę kwiatów.
Przez całą szerokość ulicy maszeruje wojsko. Głębokie hełmy zasłaniają czoła aż po linię oczu. Wyrównane "pod sznur" karabiny. Oficerowie z latarkami na piersiach, lornetkami, mapnikami. Turkocą biedki z karabinami maszynowymi, granatnikami. Znów gęsta kolumna piechoty. Potem głucho dudni artyleria: uniesione do góry krótkie lufy ciężkich haubic. Za nimi tankietki, z wieżyczek wychylają się czarne hełmy pancerniaków. Suną powoli zmotoryzowane armaty przeciwlotnicze, żołnierze wyprostowani na siodełkach, z dłońmi przy spustach.
Sto metrów przerwy. Oficer na koniu, za nim jeszcze dwu. Chorąży niesie rozwinięty sztandar, obok oficerowie z szablami. W całej kolumnie tylko oni mają tę dekoracyjną srebrzystą broń. Dalej gęste szeregi piechoty, armatki przeciwpancerne, wozy amunicyjne i znów piechota, piechota, piechota. Pod kulistymi hełmami spocone w sierpniowym upale twarze...
Jednostki garnizonu warszawskiego ruszają na wojnę.
Nadjeżdżające z przecznic tramwaje zatrzymują się, ludzie wybiegają z wagonów, z bram domów, ze sklepów. Dziewczyna przedziera się przez tłum, podaje oficerowi kwiaty, całuje go. Inni rzucają astry, goździki, mieczyki wprost pod żołnierskie buty. Jakaś kobieta płacze, wszystkie twarze czerwone, rozgorączkowane. Ktoś z tłumu wznosi znów okrzyk, który powtarza cała ulica, całe miasto, cały kraj:
-?Brońcie nas! Nie dajcie nas!
Za oknami nieruchome w sierpniowym upale drzewa Łazienek. W sali konferencyjnej Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych jest chłodno, stare mury dobrze chronią przed słońcem. U wierzchołka długiego stołu siedzi marszałek Śmigły-Rydz. Po obu jego stronach szef sztabu, oficerowie najbliższego otoczenia, szefowie oddziałów sztabu. Generalny Inspektor patrzy na nich kolejno: jest to znak, że mają złożyć raport.
-?Afisze mobilizacji powszechnej rozwieszono, napływ rezerwistów zacznie się jutro o świcie.
-?Mobilizacja alarmowa w dwu ostatnich okręgach zostanie zakończona do wieczora.
-?Transporty kolejowe ze zmobilizowanymi jednostkami przybywają do rejonów koncentracji planowo. Kryzys, który powstał na terenie Okręgu III i częściowo VI i X wskutek przyspieszenia terminu załadowań i niedostatecznej ilości taboru, został w zasadzie zażegnany.
-?Dowództwa armii meldują o przyjęciu ugrupowania wyjściowego. Proszą o przyspieszenie transportów oddziałów II Rzutu.
-?Nasilenie akcji sabotażowych i dywersyjnych wzrasta, duże zniszczenia wywołał wybuch bomby na dworcu w Tarnowie.
-?W obszarach operacyjnych armii skoncentrowano już 22 dywizje, 8 brygad kawalerii i brygadę motorową. Dalsze 7 dywizji i 3 brygady znajdują się w transportach. Pozostałe 10 dywizji i brygada motorowa mobilizują się; trzy ostatnie z nich osiągną gotowość po 10 września...
-?Siły przeciwnika pośpiesznie kończą koncentrację w rejonach nadgranicznych. Rejony ześrodkowania wojsk niemieckich odpowiadają naszym przewidywaniom. Wszystko wskazuje na to, że główne siły niemieckie skupiono na środkowym Śląsku, na wschód, od Opola i Wrocławia. Zaobserwowano tutaj liczną broń pancerną. Zadaniem tej grupy wroga jest najprawdopodobniej przerwanie naszego frontu w centrum, w rejonach Łodzi i Piotrkowa, a następnie szybki marsz na Warszawę. To uderzenie -?jak zdają się planować Niemcy -?połączone z drugim, z Prus Wschodnich, ma doprowadzić do szybkiego rozstrzygnięcia losów wojny...
Wszyscy patrzą na mapę. Rozrzucone, błękitne półkola zaznaczają pozycję Armii "Łódź". To na nią zwali się główne uderzenie wroga. Czy wytrzyma? Przerywana elipsa na wschód od niej, już na Kielecczyźnie, wskazuje rejon, gdzie dopiero skoncentruje się odwodowa Armia "Prusy". Między tymi dwoma zgrupowaniami operacyjnymi brązowieje powyginana kreska szosy. Ppłk Marecki wiedzie po niej palcem: od Częstochowy przez Radomsko, Piotrków, ku Warszawie.
-?Szosa piotrkowska... -?mówi ktoś cicho.
Wódz Naczelny zdaje się nie słyszeć. Ponad rozłożoną mapą spogląda na zebranych.
-?Proszę powiadomić panów generałów, dowódców armii, że noc z 30 na 31 sierpnia jest szczególnie drażliwa i wymaga czujności -?mówi z martwym wyrazem twarzy. -?Spodziewam się uderzenia nieprzyjaciela w czwartek o świcie...
I to już wszystko. W sali zapada cisza. Słychać bzyk muchy pod sufitem. Oczy wszystkich patrzą na marszałka. Czy powie jeszcze coś więcej?
Śmigły-Rydz rozumie to. Milczy jednak. Wie, że w tym pokoju nikt nie ma wątpliwości, iż wybuch wojny jest nieuchronny. Po drugiej stronie granicy stoi gotowa do uderzenia największa armia świata: 3 tysiące czołgów, 4 tysiące samolotów zapuszcza silniki. Polski opór może być tylko ograniczony: trzeba bronić się, nim ruszy ofensywa sprzymierzonych. Nad Wisłą zostaną związane główne siły wroga, a wtedy wojska francuskie i brytyjskie tam, nad Renem, zerwą łatwo zwycięstwo - jak dojrzały owoc.
Wszystko to wiedzą zebrani oficerowie, rozumieją dobrze, jaki jest polityczny i strategiczny sens polskiego oporu. I jak skromne są jego możliwości. W okresie minionych sześciu lat Polska wydając na armię większą część swych budżetów niż Trzecia Rzesza -?wydatkowała tylko 7 miliardów złotych wobec 90 miliardów marek, a więc równowartości prawie 200 miliardów złotych! Staje do wojny, już podczas pokoju objęta niemieckimi cęgami z trzech stron, bez sojuszników w pobliżu...
Wojna, która rozpocznie się, będzie straszna i wielka. Po obu stronach frontu będą zmagać się ze sobą ponad 4 miliony żołnierzy -?nigdy jeszcze tylu na raz nie walczyło na ziemiach polskich. Więcej: zetrą się z sobą dwa narody, tak silnie jak nigdy chyba w żadnej z wojen poprzedniego tysiąclecia, od najazdu Wichmana na polskie Pomorze.
Mucha bzyka coraz bardziej niecierpliwie. Za oknem głęboka zieleń łazienkowskich drzew, których jeszcze nie poraniły lotnicze bomby. Cichy i przytłumiony dobiega głos miasta, które gdzieś tam, pod plakatami "Silni, zwarci, gotowi" krzyczy i wiwatuje, żegna żołnierzy, szykuje się do śmiertelnej próby.
Śmigły wstaje. -?Dziękuję panom -?mówi.
Kieruje się ku drzwiom. Naciska klamkę. Czuje, że musi jeszcze coś powiedzieć. Odwraca się, spogląda na salę. Głos jego brzmi sucho, beznamiętnie:
-?Czekają panów ciężkie dni.
Ruch wojska trwa całą noc. Dywizje podpełzają ku granicy jak potężne stwory. Kolumny piechoty rozwijają się, przyjmują ugrupowanie bojowe. Czołgi suną powoli, ze zgaszonymi światłami. Generalski samochód mija je ostrożnie. Dowódca korpusu pancernego, generał kawalerii Hoepner, spogląda w ciemności nocy. Gdy szosa wybiega z lasu, zupełnie blisko widać światła miejscowości. Generał nie musi patrzeć na mapę, aby przypomnieć sobie jej nazwę. To Podłęże. Duża wieś -?już po tamtej stronie granicy.
Samochód podjeżdża jeszcze kilkaset metrów. Zatrzymuje się. Generał wysiada. Przed nim pręży się dowódca posterunku granicznego. Hoepnera nie interesuje, co tamten mówi. Nie dociera w ogóle do niego sens słów. Wydaje się jednak, że przyjmuje je uważnie. Nie byłby przecież starym pruskim, cesarskim kirasjerem, gdyby zlekceważył uroczysty obrządek raportu.
Podporucznik straży granicznej wreszcie kończy. Teraz prowadzi generała do przodu. Zatrzymują się na skraju mostu. Pod nim chlupocze Liswarta.
Z tyłu podjeżdża cicho nowy samochód. Wysiada z niego dowódca 10 Armii, generał Reichenau. To on ma poprowadzić główne uderzenie niemieckie -?ze Śląska na Warszawę. Ostrym grotem tej ofensywy będzie XVI Korpus Pancerny gen. Hoepnera.
Porucznik znów skanduje słowa raportu, trzaska obcasami, pręży się, salutuje. Potem z uszanowaniem odchodzi do tyłu.
-?Zaraz świt -?mówi Hoepner. Obaj generałowie zapalają papierosy.
-?Wszystko w porządku -?stwierdza Reichenau. -?Führer utrzymał rozkaz natarcia zgodnie z poprzednimi założeniami. Mam nadzieję, generale, że pańskie czołgi szybko rozerwą front tych Polaków. Od tempa naszej operacji zależy wynik wojny.
-?Ten most powinniśmy uchwycić bez trudu -?odpowiada Hoepner. Rusza do przodu. Za nim, nieco wolniej, Reichenau. Dochodzą do szlabanu. Gdy jednak z drugiej strony pojawia się polski strażnik, cofają się szybko. Wracają do samochodów.
-?Dzisiejszy dzień będzie najważniejszy -?mówi jeszcze Hoepner. -?Mój korpus musi jak najszybciej osiągnąć na północ od Częstochowy szosę piotrkowską. Gdy tam dotrzemy, od jutra, od soboty, skręcamy na północ. I całą mocą silników naprzód, ku Warszawie!
Generałowie odjeżdżają. Reichenau do swego sztabu, Hoepner zatrzymuje się na skraju lasu. W cieniu drzew stoją czołgi. Oficerowie patrzą na zegarki, unoszą głowy do góry. Czy już zaczyna świtać?
Tak, już. Na wschodniej stronie nieba zaczyna się rysować różowawy blask. W lesie zaczyna się ruch. Warczą zapuszczane silniki.
-?Rozpoczynacie uderzenie o 4.45 -?tłumaczy generał dowódcy batalionu. - Pierwsze zadanie to dotrzeć do szosy piotrkowskiej. O świcie -?powtarza, jakby do reszty chciał mu wbić to w głowę -?czołgi muszą ruszyć ku szosie piotrkowskiej!
-?Więc już wojna! -?mówi oficer. Chwilę jeszcze spogląda na lecący klucz samolotów, lecz zaraz wraca do obserwacji pokrytego niską mgłą przedpola. Jest godzina czwarta minut czterdzieści pięć, piątek, pierwszy września 1939 roku. Świta. Od odległego o kilka kilometrów Wielunia nadbiega huk eksplozji. Po zrzuceniu ładunku Stukasy zawracają: pocisk z lotniczego kaemu rani pierwszego Strzelca z 36 pułku piechoty Legii Akademickiej.
Na przedpolu, z szarych kłębów mgły wyłaniają się sylwetki nacierających Niemców. Słychać przytłumiony warkot silnika. Czołgi! Wyborowy strzelec przyciska do ramienia kolbę przeciwpancernego karabinu. Czeka. Stalowy pojazd jest już o sto metrów. Wytrzymuje jeszcze kilkanaście sekund. Potem spokojnie, biorąc poprawkę na wyprzedzenie, naciska spust...
* * *
Wojna. Z lasów oleśnickich, kluczborskich, dobrodzieńskich wysuwają się dywizje piechoty, skoncentrowane w twardy kułak dywizje pancerne. Z obszernego wybrzuszenia, między polskim Górnym Śląskiem a Wielkopolską, szerokiego wykuszu wciskającego się granicą w Polskę -?rozpoczynają ruch dwie armie niemieckie -?ósma i dziesiąta. 560 tysięcy ludzi i ponad tysiąc czołgów, dwadzieścia dywizji, w tym 7 pancernych i motorowych, zaczyna przekraczać granice. To potężne zgrupowanie ma zadać główny cios broniącym się wojskom polskim. Rozerwać ich front w samym centrum, rozbić odwody, uderzyć w kierunku Wisły i opanować Warszawę; Ze Śląska kierunek ofensywy prowadzi prostą linią przez Łódź na Stolicę Rzeczypospolitej. Wojska mają jednak wyznaczone bardziej kręte marszruty. Zasadnicza z nich biegnie wzdłuż wąskiego paska szosy: przez Częstochowę, Radomsko, Piotrków, Tomaszów, Rawę, Okęcie... Wzdłuż szosy piotrkowskiej.
Tędy skierowany ma być główny wysiłek Niemców, tędy ruszy ich główny taran uderzeniowy, XVI Korpus Pancerny generała Hoepnera. Ale całość sił ponad półmilionowego zgrupowania, dowodzonego przez generałów Blaskowitza i Reichenau, posuwać ma się w szerszym pasie prawie stu kilometrów. Na lewym skrzydle dywizje 8 Armii mają przekroczyć Wartę pod Sieradzem, opanować Łódź. W centrum i na prawym skrzydle 10 Armia przekroczy linię rzeki Widawki, wzdłuż lewego (a może i prawego?) brzegu Pilicy, przez Piotrków i Tomaszów ruszy wprost na Warszawę.
Pierwsze przekraczają granicę samoloty. Tuż po świcie ruszają do przodu całe ich dywizje. Czołgi przechodzą wpław graniczną rzeczkę, Liswartę, na której wszystkie mostki zdążyły wylecieć w powietrze. Oficerowie prowadzą gęste tyraliery, obserwatorzy artyleryjscy z pierwszych linii podają cele ustawionym z tyłu bateriom, łącznościowcy rozwijają długie czarne przewody z niesionych na plecach szpul. Telefoniści wykrzykują słowa pierwszych meldunków w słuchawki polowych telefonów: granica przekroczona, ubezpieczenie polskie odrzucone do tyłu, opanowano wzgórze kota taka a taka...
Każdy skok do przodu, każdy raport czołowych oddziałów druty telefoniczne przenoszą do sztabów, tam ołówki oficerów zaznaczają go na mapie. W teren Polski wdzierają się pierwsze grube strzały; spowita w porannej mgle walka przedpola przyjmuje w pokojach operacyjnych sztabów kształt graficzny, geometryczny nieomal.
Nad obszerną płachtą mapy w dowództwie Grupy Armii "Południe" nachyla się jej dowódca, generał Rundstedt, wraz ze swym szefem sztabu, generałem Mansteinem. Szef oddziału operacyjnego, płk Blumentritt referuje poranne meldunki:
-?Ósma Armia przekroczyła granicę, po dwu osiach naciera w kierunku Kępna. Z Dziesiątej Armii donoszą o wdarciu się na całej szerokości w obszar Polski. XVI Korpus Pancerny od świtu przeprawia się przez Liswartę: dywizja generała Schmidta jest nieco opóźniona, lecz dywizja generała Reinhardta wdarła się już kilkanaście kilometrów do przodu, dociera do kompleksu lasów wokół wsi Mokre, 20 kilometrów na północny wschód od Częstochowy... -?pułkownik wskazuje ołówkiem na ostry koniec strzałki. -?Czoło zgrupowania pancernego przebyło już więc prawie połowę drogi do szosy piotrkowskiej. Gdy dotrze do niej na południe od Radomska, skręci ostro na północ i gwałtownie ruszy naprzód...
Dzwoni telefon. Oficer notuje meldunek. Podchodzi do mapy. Przed ostrzem grubej strzałki, oznaczającej 4 Dywizję Pancerną generała Reinhardta, zaznacza małe półkole.
-?Rozpoznano i nawiązano styczność z wysuniętymi siłami nieprzyjaciela. Jak melduje 10 Armia, generał Reinhardt zamierza rozbić wroga z marszu. Nie sądzi, by jego posuwanie się zostało opóźnione...
Na mapie są trzy barwy: zielony kompleks lasów wokół wioski Mokrą, czerwona strzała i niebieskie półkole. W rzeczywistości tylko las jest zielony. Na jego skraju, w płytkich wnękach strzeleckich rozmieściło się 500 ułanów 21 pułku. Tuż przed lasem widać cztery wraki zniszczonych czołgów. To resztka z pancernego patrolu wroga, który pod polskie pozycje dotarł o ósmej rano.
Teraz jednak jest już południe. Niemcy podciągnęli do przodu główne siły dywizji. Kilkadziesiąt czołgów, więcej niż tysiąc zmotoryzowanych strzelców uderza -?na polskie pozycje. Kilka baterii artylerii zasypuje deszczem pocisków las, bez przerwy pikują nad nim Stukasy...
Uderzenie wroga odrzuca ułanów do tyłu. Ten pułk stanowi tylko wysunięty do przodu rzut Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Główne jej siły znajdują się głębiej w lesie. Na obszernej polanie zajęły stanowiska bojowe baterie 2 dywizjonu artylerii konnej. Kanonierzy widzą, jak przed nimi cofają się drobnymi grupkami ułani 21 pułku. Zaraz ukażą się Niemcy...
Są! Z lasu po drugiej stronie polany wypełzają znaczone krzyżami czołgi. Mrowią się coraz gęściej, bez zatrzymania ruszają do przodu. Przyśpieszają swój bieg; ich działka i karabiny maszynowe plują bez przerwy ogniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki