Szosa piotrkowska. nr 126 - Leszek Moczulski

-
Proszę czekać

Walka trwa. Leszek Moczulski i jego Żółte Tygrysy.

W latach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych tysiące Pola­ków pozna­wały histo­rię II wojny świa­to­wej nie z aka­de­mic­kich mono­gra­fii, lecz z nie­wiel­kich ksią­że­czek z cha­rak­te­ry­stycz­nym żół­tym znacz­kiem tygrysa. Wśród ich auto­rów szcze­gólne miej­sce zaj­mo­wał Leszek Moczul­ski, który repor­ta­żową formę łączył z histo­ryczną rekon­struk­cją wyda­rzeń.

1939 rok i lata oku­pa­cji były wtedy nie­mal aktu­alne. Poko­le­nie, które je prze­żyło, było w pełni sił. Dwu­dzie­sto­lat­ko­wie z początku wojny mieli dopiero czter­dzie­ści kilka lat. Starsi zbli­żali się do wieku eme­ry­tal­nego lub dopiero co go osią­gali. Wszę­dzie było widać ślady wojny, ruiny i ślady po kulach. Nie­mal każda pol­ska rodzina stra­ciła kogoś bli­skiego.

Po paź­dzier­niku 1956 roku, po zakoń­cze­niu sta­li­ni­zmu, można było napi­sać tro­chę wię­cej prawdy, choć cen­zura eli­mi­no­wała wszel­kie wątki anty­ra­dziec­kie czy anty­so­cja­li­styczne. Leszek Moczul­ski, zwią­zany już w tych cza­sach ze śro­do­wi­skiem pił­sud­czy­kow­skim, żył wyda­rze­niami wojen­nymi. Fascy­no­wał go prze­bieg wojny 1939 roku, losy poszcze­gól­nych bitew, zdrada i porzu­ce­nie Pol­ski przez fran­cu­skich i bry­tyj­skich alian­tów oraz skutki sowiec­kiego ciosu w plecy 17 wrze­śnia.

Moczul­ski od prze­łomu lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych współ­pra­co­wał z dzia­łem histo­rycz­nym mie­sięcz­nika "Więź", kie­ro­wa­nym przez Tade­usza Mazo­wiec­kiego. Razem z Andrze­jem Wie­lo­wiey­skim i Boh­da­nem Ska­ra­dziń­skim pisał o boha­ter­stwie pol­skiego żoł­nie­rza, pla­nie wojny z Niem­cami oraz oko­licz­no­ściach, które dopro­wa­dziły do II wojny świa­to­wej. Andrzej Mular­czyk rysuje w swo­ich wspo­mnie­niach por­tret Moczul­skiego, który z kole­gami ślę­czy nad mapami i pró­buje "wygrać wojnę". W dys­ku­sji redak­cyj­nej na temat gen. Wła­dy­sława Sikor­skiego ("Więź" nr 1 z 1963 roku) puł­kow­nicy II Rze­czy­po­spo­li­tej: Kazi­mierz Rosen-Zawadzki, Jan Rze­pecki i Jan Cia­ło­wicz zwra­cają się do Moczul­skiego "per kolego", a sam Moczul­ski, wystę­pu­jący pod pseu­do­ni­mem Leszek Kar­pa­to­wicz, pod­kre­śla, że w gro­nie dys­ku­tan­tów należy do mniej­szo­ści, która ni­gdy nie poznała gen. Sikor­skiego.

Nie były to łatwe lata dla praw­dzi­wej histo­rii II wojny świa­to­wej. Pro­pa­ganda PRL nazy­wała przed­wo­jenną Pol­skę "dom­kiem z kart", jak zaty­tu­ło­wał swoją sztukę Emil Zega­dło­wicz. Pod­kre­ślano rze­komą kom­pro­mi­ta­cję sana­cyj­nego woj­ska, zarzu­cano nawet kola­bo­ra­cję z Niem­cami. Leopold Tyr­mand w swoim "Dzien­niku 1954" komen­tuje tę sztukę, na którą publicz­ność przy­cho­dziła wbrew inten­cjom auto­rów, aby z sen­ty­men­tem popa­trzeć na pol­skich ofi­ce­rów w przed­wo­jen­nych mun­du­rach.

Leszek Moczul­ski swo­imi "tygry­sami" prze­ciw­sta­wiał się pro­pa­gan­dzie. Pisał o ocze­ki­wa­niu na fran­cu­skie wspar­cie w 1939 roku, pod­kre­ślał ogrom strat, które ponio­sły woj­ska III Rze­szy, wyka­zy­wał hero­izm pol­skiego żoł­nie­rza. For­muła repor­tażu, w któ­rym Moczul­ski wpla­tał domnie­mane dia­logi w rze­czy­wi­ste roz­mowy dale­ko­pi­sowe czy zapi­sane kopie roz­ka­zów i doku­men­tów, zna­ko­mi­cie słu­żyła temu celowi.

Moczul­ski dzia­łał w PRL, publi­ko­wał legal­nie, ale jed­no­cze­śnie prze­my­cał wizję histo­rii sprzeczną z ofi­cjalną poli­tyką histo­ryczną pań­stwa.

Opi­su­jąc nie­dawno "Szosę Piotr­kow­ską", wybitny histo­ryk prof. Grze­gorz Motyka pisze w "Gaze­cie Wybor­czej": "Leszek Moczul­ski napi­sał ją na mar­gi­ne­sie roz­prawy dok­tor­skiej, którą przy­go­to­wy­wał pod kie­run­kiem prof. Sta­ni­sława Herb­sta. Gdy w tym samym duchu wygło­sił na semi­na­rium bły­sko­tliwy refe­rat o wal­kach we Wrze­śniu 39 roku, Herbst poki­wał głową i stwier­dził, że zasad­ni­czo wszystko jest w porządku, ale dok­to­rant Moczul­ski zapo­mniał powie­dzieć, żeśmy tę wojnę jed­nak prze­grali...".

"Szosa Piotr­kow­ska", jako pierw­szy z serii "tygry­sów" Moczul­skiego, sta­no­wiła też zarys istot­nej czę­ści "Wojny Pol­skiej 1939", którą Moczul­ski pisał w latach sześć­dzie­sią­tych, a wydał w 1972 roku w Wydaw­nic­twie Poznań­skim. Korzy­sta­jąc z nie­dba­ło­ści cen­zury, wpro­wa­dził sze­reg zapi­sów cał­ko­wi­cie sprzecz­nych z ówcze­sną linią histo­ryczną PZPR. Za zacy­to­wa­nie Moło­towa o "Pol­sce, bękar­cie trak­tatu wer­sal­skiego" amba­sada ZSRR zażą­dała usu­nię­cia książki z księ­garni i biblio­tek.

"Prze­grana bitwa" poka­zy­wała prze­grane star­cia, które jed­nak opóź­niały ruch wojsk nie­miec­kich i dawały czas alian­tom na otwar­cie frontu zachod­niego. Książka poka­zuje deter­mi­na­cję żoł­nie­rza, dra­mat decy­zji dowód­ców i bez­sil­ność wobec prze­wa­ża­ją­cych sił wroga oraz zdrady sojusz­ni­ków. Poświę­ce­nie "pol­skiego Leoni­dasa" oka­zało się próżne.

"Ostat­nia szarża" opi­suje losy 1 War­szaw­skiej Bry­gady Kawa­le­rii pod­czas zdo­by­wa­nia Wału Pomor­skiego w 1945 roku. Autor wplata w wątek 1945 roku boha­ter­stwo pol­skich uła­nów spod Kro­jant w 1939 roku. Książka jest pole­miką z zarzu­tami, że kawa­le­ria w II woj­nie świa­to­wej z zasady była archa­iczna i nie­sku­teczna.

"Krach Siwej Cza­pli" to przy­kład fascy­na­cji Moczul­skiego woj­sko­wo­ścią i bitwami. Na przy­kładzie ataku na Sta­lin­grad i jego oblę­że­nia poka­zuje, jak błędne decy­zje dowód­ców wpły­wają na osta­teczny rezul­tat star­cia, nie­za­leżny od zgro­ma­dzo­nych sił.

W wojen­nych repor­ta­żach trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niego Moczul­skiego widać już cechy, które póź­niej uczy­nią go jed­nym z naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych pol­skich myśli­cieli poli­tycz­nych. Inte­re­suje go nie tylko prze­bieg bitew, lecz także zależ­ność mię­dzy poli­tyką, stra­te­gią i geo­gra­fią. Szuka odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy los państw jest wyłącz­nie skut­kiem geo­po­li­tycz­nego poło­że­nia, czy też rezul­ta­tem decy­zji ludzi. To wła­śnie z tych zain­te­re­so­wań wyro­sną póź­niej jego ana­lizy geo­po­li­tyczne i dzia­łal­ność nie­pod­le­gło­ściowa.

"Walka trwa" -?tymi sło­wami koń­czy się "Szosa Piotr­kow­ska". Trudno oprzeć się wra­że­niu, że nie był to jedy­nie komen­tarz do wyda­rzeń wrze­śnia 1939 roku. Było to rów­nież credo autora, który przez następne dzie­się­cio­le­cia pro­wa­dził wła­sną walkę -?o pamięć histo­ryczną, nie­pod­le­głość i prawo Pola­ków do wła­snej inter­pre­ta­cji dzie­jów.

Krzysz­tof Król

W przededniu

Mia­sto senne, ciche, roz­grzane. Stu­kot kopyt szwo­le­żer­skich koni roz­nosi się sze­roko. Powie­wają sre­brzy­ste pro­por­czyki z ama­ran­to­wym paskiem. Szwa­dron hono­rowy eskor­tuje na Zamek nowo akre­dy­to­wa­nego amba­sa­dora Tur­cji. Twar­dym kłu­sem szwo­le­że­ro­wie jadą przez Aleje Ujaz­dow­skie, Nowy Świat, Kra­kow­skie Przed­mie­ście... Przy Trę­bac­kiej gaze­ciarz z podzi­wem patrzy na sre­brzy­ste sza­ble, dłu­gie lance. Pod pachą ma plik "Czer­wo­nia­ków". Data: 24 sierp­nia 1939 r. Przez sze­rokość pierw­szej strony tytuł: WOJNY NIE BĘDZIE! Chło­piec goni wzro­kiem szwo­le­że­rów, ama­ran­towe otoki, ostrogi, pro­por­czyki... Nie wie, że taki obraz widzi po raz ostatni w życiu.

Godzinę póź­niej szwa­dron hono­rowy wraca do koszar. Szwo­le­że­ro­wie scho­dzą z koni, sek­cjami kie­rują się do maga­zynu. Fasu­nek: wszystko nowe, mun­dur bez oznak, hełm zamiast czapki z oto­kiem, pas, ładow­nice, błysz­czący oliwą kara­bi­nek. Na dzie­dzińcu koszar stoją już dłu­go­lufe armatki prze­ciw­pan­cerne. Rezer­wi­ści tło­czą się przy tele­fo­nie, w mem­branę słu­chawki wykrzy­kują ostat­nie słowa poże­gna­nia. Zaafe­ro­wani pod­ofi­ce­ro­wie liczą skrzy­nie gra­na­tów, amu­ni­cję: zwy­kłą, spe­cjalną, prze­ciw­pan­cerną...

1 pułk szwo­le­że­rów mobi­li­zuje się.

Ktoś z tłumu: Brońcie nas! Nie dajcie nas!

Nad­jeż­dża­jące z prze­cznic tram­waje zatrzy­mują się, ludzie wybie­gają z wago­nów. Chod­niki zapeł­nia tłum. Wszy­scy krzy­czą, machają rękami, raz po raz ktoś rzuca wią­zankę kwia­tów.

Przez całą sze­ro­kość ulicy masze­ruje woj­sko. Głę­bo­kie hełmy zasła­niają czoła aż po linię oczu. Wyrów­nane "pod sznur" kara­biny. Ofi­ce­ro­wie z latar­kami na pier­siach, lor­net­kami, map­ni­kami. Tur­kocą biedki z kara­bi­nami maszy­no­wymi, gra­nat­ni­kami. Znów gęsta kolumna pie­choty. Potem głu­cho dudni arty­le­ria: unie­sione do góry krót­kie lufy cięż­kich hau­bic. Za nimi tan­kietki, z wie­ży­czek wychy­lają się czarne hełmy pan­cer­nia­ków. Suną powoli zmo­to­ry­zo­wane armaty prze­ciw­lot­ni­cze, żoł­nie­rze wypro­sto­wani na sio­deł­kach, z dłońmi przy spu­stach.

Sto metrów prze­rwy. Ofi­cer na koniu, za nim jesz­cze dwu. Cho­rąży nie­sie roz­wi­nięty sztan­dar, obok ofi­ce­ro­wie z sza­blami. W całej kolum­nie tylko oni mają tę deko­ra­cyjną sre­brzy­stą broń. Dalej gęste sze­regi pie­choty, armatki prze­ciw­pan­cerne, wozy amu­ni­cyjne i znów pie­chota, pie­chota, pie­chota. Pod kuli­stymi heł­mami spo­cone w sierp­nio­wym upale twa­rze...

Jed­nostki gar­ni­zonu war­szaw­skiego ruszają na wojnę.

Nad­jeż­dża­jące z prze­cznic tram­waje zatrzy­mują się, ludzie wybie­gają z wago­nów, z bram domów, ze skle­pów. Dziew­czyna prze­dziera się przez tłum, podaje ofi­ce­rowi kwiaty, całuje go. Inni rzu­cają astry, goź­dziki, mie­czyki wprost pod żoł­nier­skie buty. Jakaś kobieta pła­cze, wszyst­kie twa­rze czer­wone, roz­go­rącz­ko­wane. Ktoś z tłumu wznosi znów okrzyk, który powta­rza cała ulica, całe mia­sto, cały kraj:

-?Broń­cie nas! Nie daj­cie nas!

Marszałek Śmigły-Rydz: Czekają panów ciężkie dni

Za oknami nie­ru­chome w sierp­nio­wym upale drzewa Łazie­nek. W sali kon­fe­ren­cyj­nej Gene­ral­nego Inspek­to­ratu Sił Zbroj­nych jest chłodno, stare mury dobrze chro­nią przed słoń­cem. U wierz­chołka dłu­giego stołu sie­dzi mar­sza­łek Śmi­gły-Rydz. Po obu jego stro­nach szef sztabu, ofi­ce­ro­wie naj­bliż­szego oto­cze­nia, sze­fo­wie oddzia­łów sztabu. Gene­ralny Inspek­tor patrzy na nich kolejno: jest to znak, że mają zło­żyć raport.

-?Afi­sze mobi­li­za­cji powszech­nej roz­wie­szono, napływ rezer­wi­stów zacznie się jutro o świ­cie.

-?Mobi­li­za­cja alar­mowa w dwu ostat­nich okrę­gach zosta­nie zakoń­czona do wie­czora.

-?Trans­porty kole­jowe ze zmo­bi­li­zo­wa­nymi jed­nost­kami przy­by­wają do rejo­nów kon­cen­tra­cji pla­nowo. Kry­zys, który powstał na tere­nie Okręgu III i czę­ściowo VI i X wsku­tek przy­spie­sze­nia ter­minu zała­do­wań i nie­do­sta­tecz­nej ilo­ści taboru, został w zasa­dzie zaże­gnany.

-?Dowódz­twa armii mel­dują o przy­ję­ciu ugru­po­wa­nia wyj­ścio­wego. Pro­szą o przy­spie­sze­nie trans­por­tów oddzia­łów II Rzutu.

-?Nasi­le­nie akcji sabo­ta­żo­wych i dywer­syj­nych wzra­sta, duże znisz­cze­nia wywo­łał wybuch bomby na dworcu w Tar­no­wie.

-?W obsza­rach ope­ra­cyj­nych armii skon­cen­tro­wano już 22 dywi­zje, 8 bry­gad kawa­le­rii i bry­gadę moto­rową. Dal­sze 7 dywi­zji i 3 bry­gady znaj­dują się w trans­por­tach. Pozo­stałe 10 dywi­zji i bry­gada moto­rowa mobi­li­zują się; trzy ostat­nie z nich osią­gną goto­wość po 10 wrze­śnia...

-?Siły prze­ciw­nika pośpiesz­nie koń­czą kon­cen­tra­cję w rejo­nach nad­gra­nicz­nych. Rejony ześrod­ko­wa­nia wojsk nie­miec­kich odpo­wia­dają naszym prze­wi­dy­wa­niom. Wszystko wska­zuje na to, że główne siły nie­miec­kie sku­piono na środ­ko­wym Ślą­sku, na wschód, od Opola i Wro­cła­wia. Zaob­ser­wo­wano tutaj liczną broń pan­cerną. Zada­niem tej grupy wroga jest naj­praw­do­po­dob­niej prze­rwa­nie naszego frontu w cen­trum, w rejo­nach Łodzi i Piotr­kowa, a następ­nie szybki marsz na War­szawę. To ude­rze­nie -?jak zdają się pla­no­wać Niemcy -?połą­czone z dru­gim, z Prus Wschod­nich, ma dopro­wa­dzić do szyb­kiego roz­strzy­gnię­cia losów wojny...

Wszy­scy patrzą na mapę. Roz­rzu­cone, błę­kitne pół­kola zazna­czają pozy­cję Armii "Łódź". To na nią zwali się główne ude­rze­nie wroga. Czy wytrzyma? Prze­ry­wana elipsa na wschód od niej, już na Kie­lec­czyź­nie, wska­zuje rejon, gdzie dopiero skon­cen­truje się odwo­dowa Armia "Prusy". Mię­dzy tymi dwoma zgru­po­wa­niami ope­ra­cyj­nymi brą­zo­wieje powy­gi­nana kre­ska szosy. Ppłk Marecki wie­dzie po niej pal­cem: od Czę­sto­chowy przez Radom­sko, Piotr­ków, ku War­sza­wie.

-?Szosa piotr­kow­ska... -?mówi ktoś cicho.

Wódz Naczelny zdaje się nie sły­szeć. Ponad roz­ło­żoną mapą spo­gląda na zebra­nych.

-?Pro­szę powia­do­mić panów gene­ra­łów, dowód­ców armii, że noc z 30 na 31 sierp­nia jest szcze­gól­nie draż­liwa i wymaga czuj­no­ści -?mówi z mar­twym wyra­zem twa­rzy. -?Spo­dzie­wam się ude­rze­nia nie­przy­ja­ciela w czwar­tek o świ­cie...

I to już wszystko. W sali zapada cisza. Sły­chać bzyk muchy pod sufi­tem. Oczy wszyst­kich patrzą na mar­szałka. Czy powie jesz­cze coś wię­cej?

Śmi­gły-Rydz rozu­mie to. Mil­czy jed­nak. Wie, że w tym pokoju nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, iż wybuch wojny jest nie­uchronny. Po dru­giej stro­nie gra­nicy stoi gotowa do ude­rze­nia naj­więk­sza armia świata: 3 tysiące czoł­gów, 4 tysiące samo­lo­tów zapusz­cza sil­niki. Pol­ski opór może być tylko ogra­ni­czony: trzeba bro­nić się, nim ruszy ofen­sywa sprzy­mie­rzo­nych. Nad Wisłą zostaną zwią­zane główne siły wroga, a wtedy woj­ska fran­cu­skie i bry­tyj­skie tam, nad Renem, zerwą łatwo zwy­cię­stwo - jak doj­rzały owoc.

Wszystko to wie­dzą zebrani ofi­ce­ro­wie, rozu­mieją dobrze, jaki jest poli­tyczny i stra­te­giczny sens pol­skiego oporu. I jak skromne są jego moż­li­wo­ści. W okre­sie minio­nych sze­ściu lat Pol­ska wyda­jąc na armię więk­szą część swych budże­tów niż Trze­cia Rze­sza -?wydat­ko­wała tylko 7 miliar­dów zło­tych wobec 90 miliar­dów marek, a więc rów­no­war­to­ści pra­wie 200 miliar­dów zło­tych! Staje do wojny, już pod­czas pokoju objęta nie­miec­kimi cęgami z trzech stron, bez sojusz­ni­ków w pobliżu...

Wojna, która roz­pocz­nie się, będzie straszna i wielka. Po obu stro­nach frontu będą zma­gać się ze sobą ponad 4 miliony żoł­nie­rzy -?ni­gdy jesz­cze tylu na raz nie wal­czyło na zie­miach pol­skich. Wię­cej: zetrą się z sobą dwa narody, tak sil­nie jak ni­gdy chyba w żad­nej z wojen poprzed­niego tysiąc­le­cia, od najazdu Wich­mana na pol­skie Pomo­rze.

Mucha bzyka coraz bar­dziej nie­cier­pli­wie. Za oknem głę­boka zie­leń łazien­kow­skich drzew, któ­rych jesz­cze nie pora­niły lot­ni­cze bomby. Cichy i przy­tłu­miony dobiega głos mia­sta, które gdzieś tam, pod pla­ka­tami "Silni, zwarci, gotowi" krzy­czy i wiwa­tuje, żegna żoł­nie­rzy, szy­kuje się do śmier­tel­nej próby.

Śmi­gły wstaje. -?Dzię­kuję panom -?mówi.

Kie­ruje się ku drzwiom. Naci­ska klamkę. Czuje, że musi jesz­cze coś powie­dzieć. Odwraca się, spo­gląda na salę. Głos jego brzmi sucho, bez­na­mięt­nie:

-?Cze­kają panów cięż­kie dni.

Generał kawalerii Hoepner: Czołgi muszą ruszyć ku szosie piotrkowskiej

Ruch woj­ska trwa całą noc. Dywi­zje pod­peł­zają ku gra­nicy jak potężne stwory. Kolumny pie­choty roz­wi­jają się, przyj­mują ugru­po­wa­nie bojowe. Czołgi suną powoli, ze zga­szo­nymi świa­tłami. Gene­ral­ski samo­chód mija je ostroż­nie. Dowódca kor­pusu pan­cer­nego, gene­rał kawa­le­rii Hoep­ner, spo­gląda w ciem­no­ści nocy. Gdy szosa wybiega z lasu, zupeł­nie bli­sko widać świa­tła miej­sco­wo­ści. Gene­rał nie musi patrzeć na mapę, aby przy­po­mnieć sobie jej nazwę. To Pod­łęże. Duża wieś -?już po tam­tej stro­nie gra­nicy.

Samo­chód pod­jeż­dża jesz­cze kil­ka­set metrów. Zatrzy­muje się. Gene­rał wysiada. Przed nim pręży się dowódca poste­runku gra­nicz­nego. Hoep­nera nie inte­re­suje, co tam­ten mówi. Nie dociera w ogóle do niego sens słów. Wydaje się jed­nak, że przyj­muje je uważ­nie. Nie byłby prze­cież sta­rym pru­skim, cesar­skim kira­sje­rem, gdyby zlek­ce­wa­żył uro­czy­sty obrzą­dek raportu.

Pod­po­rucz­nik straży gra­nicz­nej wresz­cie koń­czy. Teraz pro­wa­dzi gene­rała do przodu. Zatrzy­mują się na skraju mostu. Pod nim chlu­po­cze Liswarta.

Z tyłu pod­jeż­dża cicho nowy samo­chód. Wysiada z niego dowódca 10 Armii, gene­rał Reiche­nau. To on ma popro­wa­dzić główne ude­rze­nie nie­miec­kie -?ze Ślą­ska na War­szawę. Ostrym gro­tem tej ofen­sywy będzie XVI Kor­pus Pan­cerny gen. Hoep­nera.

Porucz­nik znów skan­duje słowa raportu, trza­ska obca­sami, pręży się, salu­tuje. Potem z usza­no­wa­niem odcho­dzi do tyłu.

-?Zaraz świt -?mówi Hoep­ner. Obaj gene­ra­ło­wie zapa­lają papie­rosy.

-?Wszystko w porządku -?stwier­dza Reiche­nau. -?Führer utrzy­mał roz­kaz natar­cia zgod­nie z poprzed­nimi zało­że­niami. Mam nadzieję, gene­rale, że pań­skie czołgi szybko roze­rwą front tych Pola­ków. Od tempa naszej ope­ra­cji zależy wynik wojny.

-?Ten most powin­ni­śmy uchwy­cić bez trudu -?odpo­wiada Hoep­ner. Rusza do przodu. Za nim, nieco wol­niej, Reiche­nau. Docho­dzą do szla­banu. Gdy jed­nak z dru­giej strony poja­wia się pol­ski straż­nik, cofają się szybko. Wra­cają do samo­cho­dów.

-?Dzi­siej­szy dzień będzie naj­waż­niej­szy -?mówi jesz­cze Hoep­ner. -?Mój kor­pus musi jak naj­szyb­ciej osią­gnąć na pół­noc od Czę­sto­chowy szosę piotr­kow­ską. Gdy tam dotrzemy, od jutra, od soboty, skrę­camy na pół­noc. I całą mocą sil­ni­ków naprzód, ku War­sza­wie!

Gene­ra­ło­wie odjeż­dżają. Reiche­nau do swego sztabu, Hoep­ner zatrzy­muje się na skraju lasu. W cie­niu drzew stoją czołgi. Ofi­ce­ro­wie patrzą na zegarki, uno­szą głowy do góry. Czy już zaczyna świ­tać?

Tak, już. Na wschod­niej stro­nie nieba zaczyna się ryso­wać różo­wawy blask. W lesie zaczyna się ruch. War­czą zapusz­czane sil­niki.

-?Roz­po­czy­na­cie ude­rze­nie o 4.45 -?tłu­ma­czy gene­rał dowódcy bata­lionu. - Pierw­sze zada­nie to dotrzeć do szosy piotr­kow­skiej. O świ­cie -?powta­rza, jakby do reszty chciał mu wbić to w głowę -?czołgi muszą ruszyć ku szo­sie piotr­kow­skiej!

Piątek, dzień pierwszy

-?Więc już wojna! -?mówi ofi­cer. Chwilę jesz­cze spo­gląda na lecący klucz samo­lo­tów, lecz zaraz wraca do obser­wa­cji pokry­tego niską mgłą przed­pola. Jest godzina czwarta minut czter­dzie­ści pięć, pią­tek, pierw­szy wrze­śnia 1939 roku. Świta. Od odle­głego o kilka kilo­me­trów Wie­lu­nia nad­biega huk eks­plo­zji. Po zrzu­ce­niu ładunku Stu­kasy zawra­cają: pocisk z lot­ni­czego kaemu rani pierw­szego Strzelca z 36 pułku pie­choty Legii Aka­de­mic­kiej.

Na przed­polu, z sza­rych kłę­bów mgły wyła­niają się syl­wetki nacie­ra­ją­cych Niem­ców. Sły­chać przy­tłu­miony war­kot sil­nika. Czołgi! Wybo­rowy strze­lec przy­ci­ska do ramie­nia kolbę prze­ciw­pan­cer­nego kara­binu. Czeka. Sta­lowy pojazd jest już o sto metrów. Wytrzy­muje jesz­cze kil­ka­na­ście sekund. Potem spo­koj­nie, bio­rąc poprawkę na wyprze­dze­nie, naci­ska spust...

* * *

Wojna. Z lasów ole­śnic­kich, klucz­bor­skich, dobro­dzień­skich wysu­wają się dywi­zje pie­choty, skon­cen­tro­wane w twardy kułak dywi­zje pan­cerne. Z obszer­nego wybrzu­sze­nia, mię­dzy pol­skim Gór­nym Ślą­skiem a Wiel­ko­pol­ską, sze­ro­kiego wyku­szu wci­ska­ją­cego się gra­nicą w Pol­skę -?roz­po­czy­nają ruch dwie armie nie­miec­kie -?ósma i dzie­siąta. 560 tysięcy ludzi i ponad tysiąc czoł­gów, dwa­dzie­ścia dywi­zji, w tym 7 pan­cer­nych i moto­ro­wych, zaczyna prze­kra­czać gra­nice. To potężne zgru­po­wa­nie ma zadać główny cios bro­nią­cym się woj­skom pol­skim. Roze­rwać ich front w samym cen­trum, roz­bić odwody, ude­rzyć w kie­runku Wisły i opa­no­wać War­szawę; Ze Ślą­ska kie­ru­nek ofen­sywy pro­wa­dzi pro­stą linią przez Łódź na Sto­licę Rze­czy­po­spo­li­tej. Woj­ska mają jed­nak wyzna­czone bar­dziej kręte mar­szruty. Zasad­ni­cza z nich bie­gnie wzdłuż wąskiego paska szosy: przez Czę­sto­chowę, Radom­sko, Piotr­ków, Toma­szów, Rawę, Okę­cie... Wzdłuż szosy piotr­kow­skiej.

Tędy skie­ro­wany ma być główny wysi­łek Niem­ców, tędy ruszy ich główny taran ude­rze­niowy, XVI Kor­pus Pan­cerny gene­rała Hoep­nera. Ale całość sił ponad pół­mi­lio­no­wego zgru­po­wa­nia, dowo­dzo­nego przez gene­ra­łów Bla­sko­witza i Reiche­nau, posu­wać ma się w szer­szym pasie pra­wie stu kilo­me­trów. Na lewym skrzy­dle dywi­zje 8 Armii mają prze­kro­czyć Wartę pod Sie­ra­dzem, opa­no­wać Łódź. W cen­trum i na pra­wym skrzy­dle 10 Armia prze­kro­czy linię rzeki Widawki, wzdłuż lewego (a może i pra­wego?) brzegu Pilicy, przez Piotr­ków i Toma­szów ruszy wprost na War­szawę.

Pierw­sze prze­kra­czają gra­nicę samo­loty. Tuż po świ­cie ruszają do przodu całe ich dywi­zje. Czołgi prze­cho­dzą wpław gra­niczną rzeczkę, Liswartę, na któ­rej wszyst­kie mostki zdą­żyły wyle­cieć w powie­trze. Ofi­ce­ro­wie pro­wa­dzą gęste tyra­liery, obser­wa­to­rzy arty­le­ryj­scy z pierw­szych linii podają cele usta­wio­nym z tyłu bate­riom, łącz­no­ściowcy roz­wi­jają dłu­gie czarne prze­wody z nie­sio­nych na ple­cach szpul. Tele­fo­ni­ści wykrzy­kują słowa pierw­szych mel­dun­ków w słu­chawki polo­wych tele­fo­nów: gra­nica prze­kro­czona, ubez­pie­cze­nie pol­skie odrzu­cone do tyłu, opa­no­wano wzgó­rze kota taka a taka...

Każdy skok do przodu, każdy raport czo­ło­wych oddzia­łów druty tele­fo­niczne prze­no­szą do szta­bów, tam ołówki ofi­ce­rów zazna­czają go na mapie. W teren Pol­ski wdzie­rają się pierw­sze grube strzały; spo­wita w poran­nej mgle walka przed­pola przyj­muje w poko­jach ope­ra­cyj­nych szta­bów kształt gra­ficzny, geo­me­tryczny nie­omal.

Nad obszerną płachtą mapy w dowódz­twie Grupy Armii "Połu­dnie" nachyla się jej dowódca, gene­rał Rund­stedt, wraz ze swym sze­fem sztabu, gene­rałem Man­ste­inem. Szef oddziału ope­ra­cyj­nego, płk Blu­men­tritt refe­ruje poranne mel­dunki:

-?Ósma Armia prze­kro­czyła gra­nicę, po dwu osiach naciera w kie­runku Kępna. Z Dzie­sią­tej Armii dono­szą o wdar­ciu się na całej sze­ro­ko­ści w obszar Pol­ski. XVI Kor­pus Pan­cerny od świtu prze­pra­wia się przez Liswartę: dywi­zja gene­rała Schmidta jest nieco opóź­niona, lecz dywi­zja gene­rała Rein­hardta wdarła się już kil­ka­na­ście kilo­me­trów do przodu, dociera do kom­pleksu lasów wokół wsi Mokre, 20 kilo­me­trów na pół­nocny wschód od Czę­sto­chowy... -?puł­kow­nik wska­zuje ołów­kiem na ostry koniec strzałki. -?Czoło zgru­po­wa­nia pan­cer­nego prze­było już więc pra­wie połowę drogi do szosy piotr­kow­skiej. Gdy dotrze do niej na połu­dnie od Radom­ska, skręci ostro na pół­noc i gwał­tow­nie ruszy naprzód...

Dzwoni tele­fon. Ofi­cer notuje mel­du­nek. Pod­cho­dzi do mapy. Przed ostrzem gru­bej strzałki, ozna­cza­ją­cej 4 Dywi­zję Pan­cerną gene­rała Rein­hardta, zazna­cza małe pół­kole.

-?Roz­po­znano i nawią­zano stycz­ność z wysu­nię­tymi siłami nie­przy­ja­ciela. Jak mel­duje 10 Armia, gene­rał Rein­hardt zamie­rza roz­bić wroga z mar­szu. Nie sądzi, by jego posu­wa­nie się zostało opóź­nione...

Na mapie są trzy barwy: zie­lony kom­pleks lasów wokół wio­ski Mokrą, czer­wona strzała i nie­bie­skie pół­kole. W rze­czy­wi­sto­ści tylko las jest zie­lony. Na jego skraju, w płyt­kich wnę­kach strze­lec­kich roz­mie­ściło się 500 uła­nów 21 pułku. Tuż przed lasem widać cztery wraki znisz­czo­nych czoł­gów. To resztka z pan­cer­nego patrolu wroga, który pod pol­skie pozy­cje dotarł o ósmej rano.

Teraz jed­nak jest już połu­dnie. Niemcy pod­cią­gnęli do przodu główne siły dywi­zji. Kil­ka­dzie­siąt czoł­gów, wię­cej niż tysiąc zmo­to­ry­zo­wa­nych strzel­ców ude­rza -?na pol­skie pozy­cje. Kilka bate­rii arty­le­rii zasy­puje desz­czem poci­sków las, bez prze­rwy pikują nad nim Stu­kasy...

Ude­rze­nie wroga odrzuca uła­nów do tyłu. Ten pułk sta­nowi tylko wysu­nięty do przodu rzut Wołyń­skiej Bry­gady Kawa­le­rii. Główne jej siły znaj­dują się głę­biej w lesie. Na obszer­nej pola­nie zajęły sta­nowiska bojowe bate­rie 2 dywi­zjonu arty­le­rii kon­nej. Kano­nie­rzy widzą, jak przed nimi cofają się drob­nymi grup­kami ułani 21 pułku. Zaraz ukażą się Niemcy...

Są! Z lasu po dru­giej stro­nie polany wypeł­zają zna­czone krzy­żami czołgi. Mro­wią się coraz gęściej, bez zatrzy­ma­nia ruszają do przodu. Przy­śpie­szają swój bieg; ich działka i kara­biny maszy­nowe plują bez prze­rwy ogniem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki