PIĘKNY pjetyzm każdego narodu,
do którego gienjusz należy, każe mu obchodzić rocznicę jego śmierci
i urodzin, by przez gienjusz, który wydał, wykazać poniekąd
żywotność swoją i potęgę, zrobić obrachunki z własnemi siłami i ich
zasobem, spojrzeć wstecz na drogę, którą Dusza Narodu przebyła, i
spojrzeć naprzód w klin światła, jakie dusza gienjusza przed się w
mrok ciemnej przyszłości rzuciła, a które wskazuje nieomylną drogę,
jaką dusza Narodu ma postępować, by z drogi nie zbłądzić.
Bo dusza gienjusza jest syntezą duszy całego Narodu, a
zarazem filtrem, przez który do wielkiej, przez Boga pomazanej
duszy jednostki przedostaje się li tylko to, co w Narodzie jest
najszlachetniejszym, najczystszym, niezmożonym i niespożytym.
I takoż jest dusza gienjusza chwałą i wniebowstąpieniem
duszy Narodu, a tym więcej Narodu bez bytu politycznego, bo wtedy
staje się ona jedyną rękojmią, że Naród, który się w takiej duszy
objawił, zginąć nie może, przeciwnie w duszy gienjusza ma i czerpie
przeświadczenie niespożytych swych sił i zwycięskiej przyszłości.
Sto lat mija, odkąd Szopen nam się narodził. Mam wrażenie,
że nie doceniamy ważności tej chwili, że nie dość godnie i
uroczyście obchodzimy to wielkie święto, w którym dano nam pokazać
całej Europie, jak wielką jest nasza potęga w panowaniu Ducha.
Bo jeżeli nam chodzi o chwałę i wiekopomność naszego narodu
wobec Europy, a chodzi nam o to bardzo - to zaiste nikomu z synów
ziem polskich tyle nie zawdzięczamy, co właśnie Szopenowi.
Przecież się chyba łudzić nie można: Mickiewicza w Europie
zna zaledwie parę filologów, "Pana Tadeusza" czytają z tymsamym
trudem, z jakim nad Mahabharatą, albo innym jakimś eposem hinduskim
ślęczą; przyswojenie nieśmiertelnego dla nas tworu Słowackiego
obcemu językowi spełzło na niczym, a smutne próby wystawienia jego
dramatów na scenie francuskiej tylko srom wielkiemu artyście
przyniosły.
Wobec Europy tylko Szopenem pochlubić się możemy. I
rzeczywiście niema dziś zakątka w całej Europie, gdzieby nie piano
pochwalnych dytyrambów na cześć Szopena. I po raz pierwszy od
niepamiętnych czasów ta słynna "cała Europa", ta z całkiem
przymkniętemi, albo co najwyżej - szyderczo przymróżonemi oczyma,
gdy o nas chodziło, ogląda się na nas, ale tym razem z całą powagą
i szacunkiem, a w swym kornym kajaniu się przed gienjuszem Szopena
składa hołd duszy całego Narodu.
Dla narodu bez bytu politycznego i Odsiecz Wiednia i
Konstytucja Trzeciego Maja, a nawet i Grunwald, to relikwje, które
raz po raz pokazuje się skruszonemu ludowi, by przywdział zgrzebną
koszulę, posypał głowę popiołem i kajał się za grzechy przodków, co
mu królewską przeszłość zaprzepaścili, relikwje, które słusznie
Europie pokazujemy, by wspólne długi się nie przedawniły. Ale tu w
obchodzie setnej rocznicy urodzin Szopena święto narodowe stało się
świętem całej ucywilizowanej ludzkości.
O NARODOWOŚĆ Szopena nam chodzi, umyślnie to zawsze z jakimś
dziwnym lękiem podkreślamy, a więc trzeba nam wiedzieć, że Szopen
jest narodowym w najwyższym tego słowa znaczeniu, narodowym, jak
był nim Bach i Beethoven i Schumann i Wagner.
Wzbogacić skarbiec tworu ducha całej ludzkości tak olbrzymim
bogactwem, jak to uczynił Szopen, nadać mu nowy kierunek, wskazać
mu niewidziane dotychczas drogi, któremi w nieskończoność kroczyć
może, to już znacznie więcej, aniżeli być narodowym.
A jednakowoż ambicja ta narodowa jest nietylko zrozumiała,
ale i głęboko uzasadniona.
Wiemy aż nadto dobrze, czym był i jest Szopen dla Europy.
Wiemy, że niema narodu, któryby go nam nie zazdrościł.
Więc pomimo, że jesteśmy bądź-co-bądź najkulturalniejszym
narodem Europy - ustawicznie to powtarzam - pomimo, że w naszym
panowaniu w Duchu nie potrzebujemy się na nią oglądać, to jednak
wobec zaborczych zakusów obcego narodu, by się choć w części wielką
naszą chwałą podzielić, obowiązkiem się staje, by z bezustanną
czujnością i wszystkiemi siłami bronić każdej piędzi Araratu, na
którym zbłąkana arka naszego Bytu osiadła.
A naszym Araratem, to jedynie niezmożona potęga Duszy
Polskiej, która w muzyce Szopena bodaj czy nie najwspanialej się
objawiła.
Obce brzmienie nazwiska tym razem wydaje się jakimś przykrym
wypadkiem, niemiłą pomyłką, bo dusza Szopena była tak nawskroś
polską, jak była nią dusza Matejki, lub Grottgera...
Sakramentem nierozerwalnych ślubów złączyła się jego dusza z
duszą Polski.
Dostojniejszego, więcej godnego oblubieńca Polska zaiste
znaleźćby nie mogła.
Biografja Szopena, jako człowieka, dla jego tworu, który nas
jedynie obchodzi, jest rzeczą dość obojętną, a poza tym wdzieranie
się w tajemnice życia prywatnego artysty tak olbrzymiej miary, jak
Szopen, byłoby co najmniej ordynarnym.
Zewnętrzne przeżycia artysty, jego miłość, losy, tragiedja
itd. mogą być bardzo ciekawe dla publiczności, ciekawej plotek i
ploteczek o tym, którego przeznaczenie wysunęło na główny
posterunek bytu duchowego Narodu. Ale to całe zewnętrzne życie
artysty ma zwykle bardzo mało, albo całkiem nic wspólnego z jego
wewnętrznym przeżyciem.
Dusza twórcy przefiltrowuje, że tak powiem, każde wrażenie
zewnętrzne, a co jako osad tego lub owego przeżycia na dnie duszy
pozostaje, zwykle w niczym nie odpowiada jego zewnętrznej linji. I
stąd pochodzi dziwny, a znamienny fakt w duszy artysty, że jakiś
przegniły liść, który jesienną porą z drzewa opadnie, wywołuje w
jego duszy niesłychaną reakcję, podczas gdy najgłębsze
wstrząśnienia, dziejowe choćby nawet przewroty, istnieją jako
blade, bezbarwne wspomnienia, albo tak doszczętnie przekształtowują
się w duszy, że nawet ich echa trudno w tworze artysty odnaleźć.
Znamiennym tego przykładem jest Beethoven, który jak
najspokojniej, ukryty w jakiejś piwnicy, pracował nad swą siódmą
symfonją, podczas, gdy działa Napoleona srożyły się wściekłym
huraganem ryku i ognia nad Wiedniem. Wtedy Beethoven przygrywał
wszystkim światom do tańca.
I na życie zewnętrzne Szopena składało się tyle i tyle
czynników mniej lub więcej tragicznych, jak zresztą na każde inne
życie ludzkie. Biografja jego składa się z tysiąca anegdotek,
ciekawych lub mniej ciekawych ploteczek, kilkunastu ocalałych
listów, wcale nieciekawych. Wiemy coś niecoś o drobnych szczegółach
jego życia, nawet to, ile jego szafka do butów kosztowała. Ale to
wszystko może li tylko zaspokoić ordynarną ciekawość motłochu,
który się wpycha gwałtem za kulisy życia artysty, lecz w niczym nie
ujawnia tej podziemnej, ukrytej duszy artysty, która tworzy. Dusza
artysty jest niejako magnesem, który dla zwykłej duszy człowieka
rzeczy najważniejsze odpycha, a przeciwnie, najprostsze opiłki z
warsztatu życia do siebie przyciąga i nierozerwalnie się z niemi
łączy.
A przedewszystkim byłby czas zerwać z śmieszną tradycją
minionych czasów, jakoby George Sand miała odegrać tak niesłychanie
poważną rolę w życiu Szopena, jak to powszechnie głoszą. Wpływu
żadnego na Szopena nie miała, ani mieć nie mogła. Bo
przedewszystkim nie miała najmniejszego wyobrażenia ani o twórcy,
ani o jego tworze. Aż nadto dowiodła tego w swojej mizernej,
kłamliwej powieści "Lukrecja Floriani".
Był to epizod w życiu Szopena niezmiernie przykry, ale z
twórczością jego nic nie mający wspólnego. A uwłaczającym jest
wspominać o nim wogóle, gdy się mówi o tym, który razem z
Mickiewiczem miał prawo powiedzieć:
"Duszą jam w moją ojczyznę wcielony..."
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.