Rozdział I
Zawalanie się podziemnego korytarza nie ustawało. Sklepienie sztolni odrywało się we fragmentach ogromnymi blokami. Ziemia wciąż ryczała i drżała. Można by rzec, że to jedno z tych trzęsień ziemi, które wstrząsają miastami Nowego Świata.
Wanda padła na kolana i modliła się.
Pauline, zawieszona na szyi Polyte'a, mówiła:
- Przynajmniej umrzemy razem!
Milon wył z wściekłości, wymachując wielkimi pięściami i powtarzając:
- Ach! Co za łajdacy z tych fenian! Do niczego! Kanalie!
Marmouset spojrzał na swojego mistrza. Mistrz był spokojny, stał wyprostowany. Wydawał się oczekiwać końca tego kataklizmu ze spokojem człowieka, który wie, że jest ponad śmiercią.
W końcu drżenie ustąpiło. Hałas nagle ustał, a głazy przestały spadać.
- Naprzód! - powiedział Rocambole.
Wanda wstała, jej oczy zapłonęły.
- Ach! - powiedziała. - Jesteśmy uratowani!
- Jeszcze nie - odpowiedział. - Ale idźmy dalej.
Podziemne przejście było zablokowane przez ogromne głazy. Jednak Rocambole, uzbrojony w kilof, jako pierwszy przedarł się przez rumowisko. Jego towarzysze, uspokojeni, podążyli za nim. Tak przeszli sto kroków.
Nagle Rocambole zatrzymał się. Na środku galerii jego uwagę przykuł wielki przedmiot. Tym przedmiotem była beczka, pełna prochu strzelniczego. Łatwo było to dostrzec po siarkowym knocie wystającym pół stopy poza korek.
Co robiła tam beczka? Kto ją przyniósł? Czy fenianie również wiedzieli o tym przejściu?
Marmouset także się zbliżył. Podobnie jak mistrz, wpatrywał się w beczkę ze zdumieniem i zdawał się zadawać sobie te same pytania.
Wanda i pozostali znajdowali się w pewnej odległości.
W końcu Rocambole powiedział:
- To niemożliwe, żeby fenianie przynieśli ją tutaj.
- Jak myślisz, mistrzu, co to jest? - zapytał Marmouset.
Rocambole chodził w kółko obok beczki. W końcu na jego czole zniknęły zmarszczki, a na usta powrócił uśmiech.
- Moje dzieci - powiedział - nie urodziliśmy się nawet w dniu, w którym przytransportowano tu tę beczkę.
- Doprawdy! - mruknął Marmouset.
- Ten proch ma ze dwieście lat - kontynuował Rocambole.
- Czy to możliwe?
- Spójrz na beczkę i zbadaj ją. Drewno jest przeżarte przez robaki i kruszy się pod palcami.
- To prawda - potwierdził Marmouset.
- Nie dotykaj lontu - powiedział mistrz - bo jest tak suchy, że zamieni się w pył.
- Ach - powiedział Polyte, który nie zgłębił zbytnio tematu - myślę, że to proch i nie jest paskudny.
- Tak sądzisz?
Rocambole spojrzał z uśmiechem na dziecko Paryża.
- Do licha! - rzekł Polyte. - Tak stary proch musi być zwietrzały.
- Mylisz się.
- Och!
- Jest dziesięć razy bardziej wybuchowy niż nowy proch.
- Do diabła! W takim razie musimy uważać.
- Na co?
- Żeby go nie podpalić.
- Dlaczego?
- Ależ, do kata! Po tym, co nam się właśnie przydarzyło!
- Zostawmy ten proch i idźmy dalej - powiedział Rocambole i ruszył dalej swoją drogą.
Podziemia cały czas schodziły w dół, a ziemia stawała się mokra pod stopami. To był dowód na to, że byli coraz bliżej Tamizy.
Nagle Rocambole znowu się zatrzymał.
- Ach! - powiedział. - Tego właśnie się obawiałem.
Podziemne przejście było zamknięte blokiem skalnym, który oderwał się od sklepienia i pełnił teraz rolę drzwi.
- Jesteśmy więźniami! - szepnęła Wanda, a jej strach powrócił.
Rocambole nie odpowiedział. Widział, że jego ostatnia nadzieja gaśnie.
Droga była zablokowana. Powrót był również niemożliwy. Co więcej, oznaczałoby to wpadnięcie w ręce policjantów, którzy, być może za kilka minut, gdy minie początkowe zdumienie, wtargną do podziemnych przejść, które nagle odkryją, a o których obecne pokolenie nie wiedziało.
- Dalej! - powiedział Rocambole po chwili ciszy. - Musimy zwyciężyć albo zginąć.
- Jestem bardzo silny - powiedział Milon - ale nie będę tym, który dałby radę przesunąć tę skałę.
- Gdybyśmy mogli ją podważyć - powiedział Marmouset.
- Ale czym? Nie mamy odpowiednich narzędzi.
- To prawda.
- A poza tym to twarda skała...
- Ach! - rzekła znów Wanda. - Mam przeczucie, że tu zginiemy.
- Być może... - odparł Rocambole.
Pauline znów rzuciła się na szyję Polyte'a, a ten powiedział do niej:
- Nie płacz, jeszcze nie wszystko jest beznadziejne. Zobacz, jaki ten człowiek jest spokojny...
Rzeczywiście, Rocambole był w tej chwili tak spokojny, jakby nadal znajdował się w salonie gubernatora w Newgate.
- Marmouset i ty, Milon - powiedział w końcu - posłuchajcie mnie uważnie.
- Mów, mistrzu.
- Czy nie słyszycie głuchych odgłosów?
- Tak, słyszymy.
- To Tamiza, w niewielkiej odległości od nas.
- Dobrze! - powiedział Milon.
- Teraz zbadajcie sklepienie tej galerii. Jest wykute w litej skale.
- Tak - powiedział Marmouset - i to jest lita skała, która uniemożliwia nam pójście dalej.
- Poczekajcie - powiedział Rocambole. - Obaj często mieliście do czynienia z bronią palną.
- Ależ tak, do licha! - potwierdził Marmouset.
- Dobrze, podążajcie za moim rozumowaniem. Załóżmy dwie rzeczy: po pierwsze, że ta galeria jest bardzo blisko Tamizy.
- To pewne - rzekł Milon.
- Załóżmy znowu, że jest jak lufa strzelby.
- Dobrze - powiedział Marmouset.
- I że ta skała, którą mamy przed nami i która blokuje nam drogę, jest pociskiem.
- Co dalej? - powiedział Milon.
- Mamy proch - kontynuował Rocambole.
- Chcesz wysadzić skałę?
- Nie, ale wyrzucić ją do przodu.
- Ach!
- I wypędzać ją do końca galerii, gdzie napotka Tamizę.
- To wydaje się trudne - stwierdził Marmouset.
- A to dlaczego?
- Ponieważ proch nie będzie miał żadnego punktu oparcia, ponieważ nie napotka za sobą rury, a jedyne, co zyskamy, robiąc to, to spowodowanie kolejnego zawalenia się galerii, które tym razem nas pogrzebie.
- Marmouset ma rację - oświadczyła Wanda.
- On się myli - odrzekł zimno Rocambole.
Wtedy spojrzeli na siebie z niepokojem.
Ale on, zawsze spokojny i zimny, popatrzył na Marmouseta i rzekł:
- Brakuje ci siły oporu, prawda?
- Tak, siła oporu, jaką proch napotyka podczas wybuchu, i która pozwala mu rozprzestrzeniać się do przodu..
- No cóż, nie ma nic prostszego, by ją wytworzyć.
- Ach!
- Milon, ty i ja popchniemy beczkę przed siebie i oprzemy ją o skałę, oczywiście lontem z tyłu.
- A potem? - zapytał Marmouset.
- Potem przetoczymy wszystkie mniejsze bloki blokujące galerię, jeden po drugim.
- I zbudujemy coś w rodzaju ściany za beczką, prawda, mistrzu? - zapytał Milon.
- Dokładnie, i zrobimy tę ścianę sześć razy grubszą niż skała, którą musimy wypchnąć.
- Jak myślisz, ile czasu zajmie nam taka praca?
- Co najmniej sześć godzin.
- Ale - powiedziała Wanda - wcześniej, może nawet za godzinę, będziemy zgubieni!
- Dlaczego?
- Ponieważ policjanci i żołnierze wtargną do podziemnych tuneli.
Rocambole wzruszył ramionami.
- Po pierwsze - powiedział - całkowite zawalenie się okrągłego pomieszczenia, które zostawiliśmy za sobą, chroni nas. Po drugie, pewnie pomyślą, że nie żyjemy.
- Sześć godzin to długo! - powiedział Milon.
Rocambole uśmiechnął się.
- Myślisz, że to długo?
- Do licha, tak!
- Cóż, załóżmy, że mur, który próbujemy zbudować, został wzniesiony.
- W porządku!
- Teraz musimy tylko podpalić proch.
- No i co?
- Musielibyśmy czekać kolejne siedem lub osiem godzin.
Patrzyli na niego i nikt nie wydawał się rozumieć.
- Huk, który słyszymy - powiedział - dowodzi, że jesteśmy blisko Tamizy.
- Zgoda - powiedział Milon.
- I jest czas przypływu, więc musimy poczekać, aż woda w Tamizie opadnie.
- Dlaczego?
- Ponieważ blok skalny, zamiast zostać popchnięty do przodu, napotkałby niezwyciężoną siłę oporu w kolumnie powietrza, którą rzeka uwięzi, dopóki nie zejdzie poniżej otworu podziemnego przejścia.
- To wszystko prawda - powiedział Marmouset - ale wciąż mam zastrzeżenia.
- Słucham.
- Jak podpalimy proch, gdy już uwięzimy beczkę między głazem a ścianą, którą zamierzamy zbudować?
- Za pomocą lontu, który przepuścimy między kamieniami.
- Będzie zbyt krótki.
- Przedłużymy go naszymi koszulami pociętymi w paski.
- Nie będzie wystarczająco długi dla tego, kto się poświęci...
- To nie twoja sprawa - powiedział Rocambole.
- Co? - rzekł Marmouset.
- Tylko jeden człowiek podłoży ogień, a tym człowiekiem będę ja!
- Kto? Ty! - wykrzyknęli Milon, Wanda i Marmouset.
- Ja - powtórzył spokojnie z wyniosłym uśmiechem na ustach. - Nazywacie mnie mistrzem. Kiedy rozkazuję, musicie słuchać...! Do roboty...!