Sznur - Jolanta Żuber

Reflow text when sidebars are open.
Szarość wrześniowego wieczoru ustępowała jedynie przed światłem latarni zlokalizowanej tuż za oknem szpitalnej sali.
- Moja dzielna córeczka - powiedziała koścista brunetka, zamykając w swojej dłoni delikatną rękę. - Za miesiąc, może dwa, nie będziesz o tym pamiętać.
- Nie wierzę w to - odpowiedziała dziewczyna. - To tak nie działa - dodała zbyt poważnie jak na swój wiek, a potem popatrzyła przez okno. Jej niebieskie tęczówki przybrały dziwną barwę. Mieszanina czystego błękitu i szarości nieosiągalna dla żadnego malarza. Przez moment każda rozmyślała o własnych problemach. W końcu mała mrugnęła, spoglądając na matkę.
- Córuś, a może Jack? To taki porządny chłopak. Nie warto pakować się w relację z kimś, kto nie rokuje.
- Chcę tylko jego.
- Za rok będziemy się z tego śmiały. - Brunetka wyszczerzyła równe zęby.
- A może to ja, mamo? Może ja pierwsza wybuchnę śmiechem?
- Tak. Możliwe - zdziwiła się kobieta. Ton dziecka zupełnie nie przypominał tego, który znała.
- Wiesz, czytałam kiedyś fajną książkę. Tam był taki fragment. Nauczyłam się go na pamięć. Mogę?
- Jeśli tylko chcesz...
- Zło jest jak pudełko pralinek. Chcesz poznać każdy smak. Czasem wykrzywisz usta, bo trafisz na te z alkoholem, ale próbujesz dalej. I zanim się obejrzysz, siedzisz w czekoladowym gównie po uszy. Pociąga cię to. W kącikach ust zbierają się resztki grzechów, a ty nie pamiętasz już, co to znaczy być czystym.
- Eee... - To była jedyna reakcja, na jaką było stać kobietę.
- Gdzie jest mój gniew?
- Nie rozumiem?
- Gdzie Hannah? Chcę, żeby o tym wiedziała. Pokaż jej moje ręce. Zrób zdjęcie, a potem wyślij. Suka. - Słowa dziewczyny były coraz bardziej ostre. - Są tacy sami. Gdyby nie ona, dotykałby tylko mnie.
Przymknęła oczy i sięgnęła dłonią pod szpitalną kołdrę. Po chwili dodała:
- Widziałam ich. Widziałam, jak się całowali na tamtym wraku. Powiedział mi, że prędzej umrze, niż będzie z kimś takim jak ja. Co to znaczy "kimś takim"? ! - wybuchnęła.
- Cii... - Matka znów chwyciła córkę za rękę. - Za miesiąc...
- To boli - przerwała jej, a później zacisnęła mocno uda. Drugą ręką wciąż masowała się po kroczu. Minęło kilka chwil wypełnionych ciszą i brzdąkaniem zegara, zanim salę wypełnił jęk.
Na twarzy brunetki pojawił się grymas bólu, jakby chciała przejąć całe cierpienie dziecka. Pulchniutka pacjentka nie doświadczała jednak kolejnych męczarni związanych z tkliwością nadgarstka. To było spełnienie. Ciepło przyjemnie rozlało się po jej podbrzuszu.
Wizualizowała w głowie tylko jedno. Finał szekspirowskiego dramatu. Krew. Trochę bólu.
- Wiesz, mamo, chciałabym kiedyś zobaczyć, jak umiera człowiek - odezwała się wreszcie.
Kobieta gwałtownie podskoczyła. Odchyliła się na krześle, a różowy, pękaty kubek w kształcie serca spadł na podłogę. Szpitalny kompot popłynął wzdłuż zimnych, przesiąkniętych zapachem lizolu płytek.
To był początek.
Przez bar przemknęło jeszcze kilka osób. Większość mówiła jedynie o tym, co stało się o poranku. Przed domem Penny było już tłoczno od dziennikarzy i samozwańczych fotografów, którzy chcieli ujrzeć jakikolwiek ślad zbrodni, choćby z daleka. Logan Harris wiedział, że w jutrzejszej gazecie ukaże się wzmianka o kobiecie. Zdawał sobie też sprawę z dwóch kolejnych rzeczy: o ile sam tekst nie znajdzie się na pierwszej stronie, to na pewno wyląduje tam przyciągający uwagę tytuł. A jeśli ktoś postara się o odpowiednio kontrowersyjny nagłówek, Deadwood natychmiast ogarnie niepokój.
Zamknął notes i wrócił myślami do Chloe. Logika podpowiadała mu, że powinien - jeszcze na gorąco - poobserwować okolicę niebieskiego domu, ale Sandler na pewno już o tym pomyślał. Detektyw przez kilka minut wpatrywał się w rzędy idealnie ułożonego szkła, przeskakując wzrokiem między półkami. Z tego stanu chwilowego zawieszenia wyrwał go dopiero głos barmana:
- Gdzie go umieszczą? - zapytał mężczyzna, nie siląc się na dodatkowe wyjaśnienia.
- Kogo?
- No tego, co to zrobił.
- Wieści się szybko rozchodzą. A może to kobieta?
- Wątpię. I trudno, żeby było inaczej, skoro mieszkamy w małym miasteczku. Deadwood huczy od rana tylko o jednym.
Detektyw spojrzał na jego barki. Chłopak był krępy, dobrze zbudowany, ale nogi miał dziwnie wychudzone. Typowy przykład napakowanego faceta, któremu bicepsy napuchły, zanim testosteron zdążył przypomnieć sobie o mięśniach czworogłowych.
- Więc? - facet ponowił pytanie.
- W więzieniu. Najprawdopodobniej. - Logan nie miał zbyt wiele do powiedzenia.
- Ciekawe, skąd wziął tyle siły. Jebany...
- ...nie ma jeszcze żadnych winnych - przerwał mu Harris. - Nikomu nie postawiono zarzutów, więc może takie opinie lepiej zachować dla siebie. Przynajmniej do czasu, aż coś się wyjaśni.
Barman wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że i tak ma już pewność co do podejrzanego, a potem wyszedł gdzieś na zaplecze. Kiedy wrócił, detektyw zniknął.
Nie miał ochoty na wyjaśnianie wszystkim domniemanej niewinności Franka ani tym bardziej na sugerowanie się plotkami o jego rzekomej agresji.
Kwadrans później, kiedy zdążył przetrawić na chłodno, że pewien rytuał dobiegł końca, a jedna z niewielu osób, które rzeczywiście cenił, leżała martwa, był już w domu. Darował sobie chodzenie po posesji Penny w poszukiwaniu śladów i - jak to zwykle w kiepskich filmach bywało - zgubionych przez przestępców przedmiotów. Wiedział, że powinien, ale coś go przed tym powstrzymywało. Tym czymś był żal. Jakby nadal nie pogodził się z jej śmiercią, a szukanie, zanim dostatecznie nie oswoi się z tym faktem, było nie w porządku. Logika podpowiadała wprawdzie Loganowi, żeby wrócił, spróbował odnaleźć jakiś trop. Nie starczyło mu jednak determinacji.
Chloe wygrzebywała się dopiero z łóżka. Przetarła oczy i oparła głowę na poduszce.
- Gdzie wyszedłeś? - Jej głos był pełen zawodu.
- Sandler potrzebował pomocy.
- Czemu wciąż to robisz? Wtykasz nos w nie swoje sprawy, a potem przerabiasz w umyśle jakieś niestworzone historie. Ta praca to chyba nie jest dobry kierunek. - Przewróciła oczami jak obrażona nastolatka.
- Ktoś zabił Penny. - Logan Harris usiadł obok i wzruszył ramionami, ignorując jej pretensje. Był zmęczony.
- Penny? Dostała kulkę? - Kobieta otworzyła szeroko usta, a potem przesłoniła je dłonią. Wydawało się, że wpadła w coś na kształt złości pomieszanej ze zdziwieniem.
- Chloe, hamuj. Wisiała, obok siedział Frank z taką samą liną na szyi. To nie pora na ekscytację formą zbrodni. Wiesz, że ją lubiłem.
- Jak większość stąd. I wcale się nie ekscytuję. Po prostu zapytałam - wyjaśniła. - Myślisz...
- Myślę, że on się boi. Wyglądał, jakby żałował, że nie zdołał jej pomóc. Zresztą przecież oni byli zgodnym małżeństwem.
Przyłapał się na tym, że znów zaczyna szukać Frankowi alibi i broni go, mimo że Sandler wraz z połową miasta zaczął już wieszać psy na starym.
- A skąd taka pewność? Wiesz, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami? Przecież pełno jest kobiet, nad którymi ktoś się znęca, a one niczego nie mówią. - Wstała, zniżając ton głosu do półszeptu. - Po latach, kiedy już są tak skatowane, że nie da się tego ukryć przed światem, albo kiedy kat umiera, mają odwagę cokolwiek powiedzieć. Nie brałabym ich dobrej relacji za pewnik.
- Nie wyglądała na ofiarę przemocy domowej.
- Może miała siniaki pod ubraniami.
- Chloe... - Tym razem to on przewrócił oczami. - Nie sądzę.
- Kiedy zrobią sekcję?
- Dowiem się czegoś najwcześniej wieczorem. Kurt obiecał, że będzie mi wszystko przekazywał, czekam więc na to, co powie.
- A jeśli to jej mąż? - Nie dawała za wygraną. - Przecież to niewykluczone.
- Teoretycznie nie. Ale ma za mało siły, nie dałby rady dźwignąć ciała. Chyba że...
- Co?
- Ktoś mu pomógł albo zmusił do tego, żeby to wyglądało na jego winę. Wszyscy wskazują go jako głównego podejrzanego, a ja mam dziwne wrażenie, że w tym tkwi coś więcej. Gdyby to był Frank, to raczej nie siedziałby milczący i przerażony z taką samą pętlą na szyi. Wyglądałoby to inaczej. Wierz mi.
- Czyli jak? - zapytała i zmarszczyła brwi.
- Cóż... - westchnął, a potem podszedł do okna. Oparł się o nie, stojąc tyłem do Chloe, i powiedział: - Są różne zachowania w takich sytuacjach: od ucieczki, przez tuszowanie wszystkich dowodów, po otępienie, bezradność, a nawet wyolbrzymiony płacz i panikę.
- Coś z tego zauważyliście u Franka?
- Siedział bez słowa. Tak jakby to wszystko działo się obok niego albo gdzieś daleko stąd, ale nie widziałem w jego oczach ani skruchy, ani przeciwnie - satysfakcji. Był tylko smutek. Szczery. Podobny do mojego, kiedy zadzwonił Kurt. Chociaż tak, masz rację, wiele kwestii przemawia przeciwko niemu.
- Jakich? - zapytała, ale odwrócił wzrok.
Nie chciał opowiadać o czymś, czego nie sprawdził. Wiedział, że każda taka informacja rozniesie się szybciej niż wieść o promocji na barowy alkohol, a ludzie lubią urządzać samosądy.
- Zobaczymy, co czas pokaże. Jeśli teoria tamtych facetów z baru znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistości, to szybko dojdziemy do pewnych wniosków.
- Jakich facetów?
- Słyszałem rozmowę dwóch gości. Jeden z nich twierdził, że Penny uciekała przed Frankiem. - Popatrzył na nią. Dostrzegł, jak lekko uniosła brwi. - Wybiegła wieczorem w koszuli z walizką w dłoniach. Podobno wyglądało to tak, jakby rzeczywiście spotkało ją coś strasznego. Jakby nie miała czasu nawet na ubranie się. W nocy zazwyczaj dzieją się rzeczy, o których nikt nie wie, nie opowiada. To nawet prawdopodobne. Być może staremu odwaliło. Oczywiście pod warunkiem, że mówili prawdę.
- Logan... Trzeba o tym powiedzieć.
- To mogą być plotki.
- A jeśli nie?
- Załóżmy, że mieli rację. To dlaczego jej nie zatrzymali? Normalna ludzka reakcja to choćby zwykłe pytanie, co się dzieje.
- Nie każdy czuje się w obowiązku interweniować. Przecież nawet z miejsca zbrodni uciekają świadkowie. Czasami lepiej się nie mieszać. Oskarżą go?
- Czas pokaże.
- Dyplomatyczna odpowiedź - parsknęła, a potem zarzuciła mu ręce na szyję. - Zrobisz kawę? - Temat Penny był dla niej skończony.
Logan odwzajemnił uśmiech i przytaknął. W środku jednak zupełnie nie było mu do śmiechu. A jeśli to rzeczywiście Frank? Nie musiałby już szukać.
Ta idea nagle w nim zakiełkowała, wyrosła jak grzyby po deszczu w ciepłe, jesienne dni. Wiedział niestety, że jest za wcześnie, by odczuwać ulgę na myśl o dobrym tropie. Pozostało czekać, przynajmniej do wieczora.
Światła neonowych tabliczek z liczbami wyznaczały cel podróży Kurta Sandlera. Późnym wieczorem, kiedy większość mieszkańców Deadwood śniła już o bożonarodzeniowych krasnalach, obłożonych tanimi bombkami kupionymi w markecie, on poruszał się z prędkością pięćdziesięciu mil na godzinę. Nie za szybko, nie za wolno. Tej nocy nie mógł dać się ponieść sentymentalnym wyobrażeniom. Musiał skupić uwagę na tym, by jak najszybciej znaleźć się w labiryncie znanych domów i raz jeszcze przemyśleć sprawę Penny. Zwodnicze uliczki ponurych osiedli przyciągały szemrane towarzystwo, czekające jedynie na to, aż któryś z zakrętów wypluje niewinną duszyczkę. Minął znak informujący go o wjeździe w William Street. Oddychał szybko, nerwowo. Miał przeczucie, że coś umknęło ich uwadze, a Frank był w sprawę zamieszany bardziej, niż wykazywały to wyniki autopsji.
Kurt wyszedł z auta i spojrzał na parterowy budynek. Westchnął. Uderzyła go nagła myśl, że kolejny raz będzie musiał liczyć tylko na własne towarzystwo. Za nią pojawiła się druga, nie mniej przyjemna - że jeśli istniało miejsce bardziej przygnębiające od zakładu pogrzebowego, z pewnością był to jego dom.
Szare ściany tchnęły surowością i zimnem, a całość nie sprawiała wrażenia idealnej przestrzeni do zamieszkania. Otworzył drzwi i rozejrzał się wokoło, jakby w poszukiwaniu jakiejś znajomej duszy, jednak wszystko wyglądało tak samo. Nikt nie czekał przy zapalonym świetle, uśmiechając się promiennie, nikt też nie witał Kurta już w progu. Pustka. Zupełne nic, opakowane w sterylną ciszę.
Myśli policjanta sprowadzały się zawsze do tego samego. Niezależnie od tego, czy zaczynały swój bieg od tematów związanych z pracą, czy jakichkolwiek innych, zawsze kończyły się poczuciem samotności i niesprawiedliwości życia. Życia, którego mógłby uniknąć, gdyby pewne sprawy potoczyły się innym torem. Włączył telewizor. Wybrał kanał informacyjny, celowo unikając muzyki, byleby słyszeć jakieś głosy. Czuł, że zbyt wiele spadło na jego barki, choć poniekąd był też wdzięczny, że to właśnie jemu przypadło w udziale pierwsze śledztwo w tak ważnej sprawie. Rzucił okiem na kuchenny blat: brudne talerze, kilka puszek z konserwą i resztki chleba nie były najlepszą ozdobą domu.
- Zmywarka - burknął do siebie, a potem dodał: - Nie, jutro.
Usiadł na zimnej kanapie. Kurtka i szal wciąż ciążyły mu na plecach. Zagryzł wargę, próbując skoncentrować się na kwestii winy Franka, jednak uczucie pieczenia w żołądku nie pozwalało się dostatecznie skupić. Umysł podpowiadał, że pora na prysznic i szybką kolację. Kiedy leniwie dźwignął ciało w stronę wieszaka z ubraniami, usłyszał dźwięk telefonu. Spojrzał na wyświetlacz. Przez jeden krótki moment przeszło mu przez głowę, żeby odrzucić połączenie, jednak życie nauczyło go, że policjantem jest nie tylko na służbie, ale i poza nią, i jeśli tylko ktokolwiek z pracy próbuje się z nim skontaktować - nie powinien tego ignorować.
Odebrał. Nie zdążył się nawet przywitać, kiedy usłyszał cichy głos.
- Przepraszam cię. - To była Megan. Brzmiała tak, jakby dzwoniła z miejsca, w którym trzeba być bardzo dyskretnym.
- Nie rozumiem - westchnął funkcjonariusz.
- Mogłam się bardziej postarać, ja... - Miał wrażenie, że kobieta zaraz wybuchnie płaczem.
- No tak. Mogłaś. Ale nie zrobiłaś tego. Trudno, następnym razem będziesz uważniejsza. Na twoją korzyść działa jednak to, że Frank nie powiesił Penny, ona z kolei miała chore serce, więc przynajmniej bezpośrednio nie przyczynił się do jej śmierci. Trzeba go odpowiednio przycisnąć, jak tylko trafi do nas. - Ubierał zdania w służbowy ton.
- Czyli nie jesteś zły? - zapytała.
Kurt Sandler przewrócił oczami. Ta rozmowa nie była zbyt rzeczowa.
- Od kiedy obchodzi cię moje zdanie?
- Ja... - zająknęła się, a potem dokończyła: - Zależy mi na tym, żebyśmy ze sobą współpracowali.
- I tak robimy. - Wzruszył ramionami. Kilka chwil później usłyszał, jak odkręca wodę.
- Megan?
Odpowiedziała mu tylko cisza. Zerknął na telefon, żeby sprawdzić, czy połączenie nadal trwa. Wszystko wyglądało normalnie.
- Jeśli postanowiłaś wziąć kąpiel, dzwoniąc do mnie, to wybacz, ale nie podpowiem ci, gdzie masz szorować rączkami. - Nie mógł sobie darować ironii.
- To wszystko twoja wina, wiesz? - burknęła. Po wcześniejszym łagodnym tonie nie było śladu. - Wciąż masz mnie za głupią, a ja robię wszystko, żeby uświadomić ci...
- Bredzisz coś. Przeprosiny przyjęte, a jeśli nie masz już nic konkretnego do dodania, to proszę, na tym zakończmy.
Odłożył słuchawkę, zanim uzyskał odpowiedź. Dopiero wtedy ściągnął kurtkę, zwiększył głośność w telewizorze i wszedł do łazienki. Telefon zadzwonił jeszcze kilka razy, ale Kurt już tego nie słyszał. Myślał jedynie o tym, żeby dorwać Franka w swoje ręce i wycisnąć z niego tyle informacji, ile zdoła. Wiedział, że ludzie będą rozliczać z działań nie Logana, nie jakąkolwiek inną pomoc, tylko policję.
Kilka mil dalej, w malutkim mieszkanku bliźniaczo podobnym do tego, które posiadał Sandler, Megan wpatrywała się w lustro na łazienkowej szafce. Po policzkach kobiety spływały łzy. Otarła je wierzchem dłoni, nadal nie odrywając wzroku od własnego odbicia. Oddychała ciężko, nerwowo. Wciąż trzymała w dłoniach komórkę, a cykliczne wybieranie numeru trwało do momentu, kiedy usłyszała za sobą trzask. Wiatr poruszał suchymi gałęziami drzew, łamał je z łatwością i rozrzucał małe odłamki wokół domu.
- Chciałam tylko - powiedziała cicho, spuszczając głowę - żebyś ze mną porozmawiał. Może byłoby jak dawniej. Jak kiedyś.
Ścisnęła małe pudełeczko w rękach. Ręce kobiety zadrżały, gdy je otworzyła. Kilkadziesiąt małych tabletek na zapomnienie. Włożyła do ust jedną, a niedługo później obraz przed oczami zaczął jej się rozmazywać.
Śniła o niewykorzystanych szansach i o tym, że mogłaby leżeć teraz w ramionach bliskiego jej człowieka.
Dzwonek do drzwi na Lee Street rozległ się o ósmej z minutami. Mimo wczesnej pory nad kuchenką mrugało światło. W całym mieszkaniu rozchodziła się woń gotującego się mięsa. Nie działał okap, który pochłonąłby zapachy. Okien z kolei starsza kobieta, ubrana w szarą spódnicę i zielony sweter, wolała nie otwierać. Poczuła, że ma pełny pęcherz, przez kilka sekund rozważała więc, czy najpierw skorzystać z toalety, czy może otworzyć drzwi.
- To poczeka - szepnęła w końcu pod nosem i skierowała się w stronę wejścia.
Przez malutki otwór ujrzała jedynie wąsy. Nadstawiła ucha, jakby w nadziei, że ktoś zniechęcony brakiem reakcji pójdzie sobie pod inny adres. Właśnie wtedy usłyszała głośne pukanie.
- My do komputera. - Ktoś wyjaśnił przez drzwi cel wizyty.
- Tu nie ma takich rzeczy - odpowiedziała, a potem zerknęła w stronę elektronicznego pudełka. Na jej twarzy natychmiast pojawił się rumieniec, a bławatkowe tęczówki zaszły mgłą. Nie umiała kłamać.
- Proszę nie utrudniać kontroli.
Dopiero na dźwięk tych słów kobieta wyjrzała śmielej, nadal jednak w towarzystwie krótkiego łańcuszka, uniemożliwiającego szersze otwarcie drzwi. Mężczyzna w musztardowej czapce - na oko trzydzieści pięć lat - uśmiechał się szczerze do zdezorientowanej kobiety. Miał krótkie włosy w miedzianym kolorze.
- Twój komputer został zgłoszony w związku z nielegalnymi plikami. Musimy go przeszukać. Wpuścisz nas?
Dopiero wtedy zobaczyła, że tuż za nim stoi drugi. Większy i grubszy.
- Plikami? Jakimi plikami? - Uniosła brwi.
Po szczupłej, zarośniętej twarzy pierwszego z nich przebiegł grymas. Kobieta spojrzała na telefon wiszący tuż za nią, a potem znów na mężczyzn. Przez chwilę analizowała, czy powinna otworzyć, ale logika podpowiadała jej, że jeśli tego nie zrobi, uznają, że ma coś do ukrycia.
- Otwórz nam. To nie potrwa długo. Musimy sprawdzić tylko kilka rzeczy, nie zabierzemy dysku ze sobą. Wszystko odbędzie się tu - zawiesił na moment głos - na miejscu. Taka rutynowa procedura. Każde takie zgłoszenie należy sprawdzić.
Przez jej głowę przemknęła myśl, że musi mieć wrogów, skoro ktoś zdecydował się na pomówienia. Pierwszą osobą, o której pomyślała, był Frank. Nie lubił, kiedy Penny przychodziła do niej na pogaduszki, a gdy mijali się gdzieś na ulicy, na zwykłe powitanie odpowiadał burknięciem i wlepiał wzrok w jakikolwiek inny punkt, byleby tylko nie skrzyżować z nią spojrzenia. Tak, to zdecydowanie mógł być Frank, pomyślała.
Stare, drewniane drzwi skrzypnęły w momencie otwierania. Mężczyźni jednocześnie skinęli głowami, zachowując przy tym służbowy, zacięty wyraz twarzy. Kobieta odpowiedziała na ten gest i wskazała drogę do małego pokoju, w którym znajdował się komputer.
- Intensywny zapach. - Jeden z gości mocniej pociągnął nosem.
- A tak - odpowiedziała i zakryła garnek pokrywką, licząc na to, że cokolwiek to zmieni. - Nie mam żadnych nielegalnych plików, nawet nie wiem, skąd miałabym takie wziąć. Urządzenie służy mi tylko do przechowywania zdjęć, czasem obejrzę jakiś film. Przepraszam za bałagan, nie spodziewałam się, że Frank na mnie doniesie, ale jak tylko spotkam go w areszcie, powiem, jak było. Pewnie niedługo policja też tu będzie. Elena dzwoniła, że ją przesłuchali. Wypaplała wszystko. O komputerze też. Chwila... - zerknęła na mężczyzn, którzy słuchali w skupieniu. - To może wy jesteście od Eleny, tak?
Spojrzeli na siebie badawczo. Przez chwilę w niewielkim, zagraconym pomieszczeniu panowało pełne napięcia milczenie, przerywane jedynie odgłosami bulgoczącej wody i wesołym gwarem na zewnątrz. Kobieta spuściła wzrok.
- Znajdziecie go, prawda? Nie mogę uwierzyć, że Penny... Bili ją, na pewno ją pobili, zanim umarła - jęknęła.
- Uruchom urządzenie - powiedział mężczyzna w musztardowej czapce. Nie ściągnął jej nawet na moment, mimo że w mieszkaniu było duszno. - To potrwa kilka minut. Wejdź na pocztę, w ten sposób sprawdzimy kilka rzeczy, potrzebna nam też historia wyszukiwarki. Nie kasujesz niczego, prawda?
- Ja, yyy... - zająknęła się. - Zupełnie nie wiem, jak to się robi. Po prostu przeglądam różne rzeczy. Przepisy, modlitwy. - Znów pochyliła głowę, jakby było jej wstyd za takie słowa, a wiara stanowiła powód do żartów.
Usiadła na krześle i posłusznie włączyła komputer. Drugi, nieco grubszy mężczyzna poinstruował ją, co ma robić, ona zaś wciąż zastanawiała się, dlaczego - skoro wiedzą o obsłudze więcej niż ona - nie mogą tego zrobić sami.
Po ulicy przejechał jakiś pirat drogowy. Podmuchy wiatru sprawiły, że w starych oknach coś trzasnęło. Kobieta natychmiast podskoczyła. Nerwowo, szybko. Na starczej twarzy malowało się skupienie. Jeździła palcem po ekranie, pokazując wszystko to, co znajdowało się na pulpicie. Mężczyźni patrzyli na to z pobłażaniem, a kiedy już wydawało się, że jeden z nich wybuchnie nagłym, konwulsyjnym śmiechem, zgodnie z wcześniejszym poleceniem na komputerze wyskoczyło małe okienko.
Podeszli bliżej. Odczytali ciąg cyfr. Kobieta obserwowała to z niemałym zainteresowaniem.
- I jak? Tutaj pokazało, że coś zrobiłam? - zapytała.
- Znalazłaś się w bardzo nieodpowiednim miejscu - odpowiedział jeden z nich. Miał opanowany, niski głos. - To rzeczywiście przypadek, ale mogłabyś niechcący powiedzieć coś, co nie powinno wyjść na światło dzienne, rozumiesz?
- Ja...
- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. To potrwa tylko kilka minut - powtórzyli jak mantrę.
Uspokajanie zdenerwowanej osoby słowami "spokojnie" zawsze jednak przynosiło odwrotny skutek. Kiedy otworzyła szeroko usta, żeby zawołać o pomoc, jeden z mężczyzn złapał ją za szyję, a potem mocnym ruchem uderzył głową o biurko. Plama krwi, która niemal natychmiast utworzyła się w miejscu przeciętego łuku brwiowego, i krwawy naciek na czole sprawiły, że oczy kobiety zaszły mgłą. Jeszcze przez moment przetwarzała w głowie widok mężczyzn. Widziała, jak jeden z nich wyciąga coś z podróżnego plecaka. Przekłada z rąk do rąk. Rozwija. Patrzyła, jak wąsaty mężczyzna pociera intensywnie rozporek. Całe jego ciało przepełniała jakaś dziwna adrenalina, która skutkowała tym, że nie mógł ustać w miejscu. Krążył. Wyglądał przez okno. Słyszała, jak odkręca kran i polewa coś wodą. Przyłapała się na myśli, że chciałaby ją wypić, ale kiedy mimowolnie wystawiła język, usłyszała tylko głośny, charczący śmiech.
Pomyślała o garnku, z którego nie zdążyła wyjąć mięsa, o obiedzie przy kolejnym odcinku ulubionej telenoweli, włączonej kuchence i zamkniętych oknach, przez które nikt nie zobaczy pierwszych oznak dymu. Zwizualizowała w głowie to wszystko, a zaraz potem widok przed nią zrobił się szary, niewyraźny. Kobieta nie ujrzała żadnego błysku w tunelu, a Bóg, do którego tak gorliwie wołała co wieczór, nie wskazał kierunku w stronę światła.
Boga nie było.
- Czekamy pięć minut. Tyle wystarczy, żeby odleciała - szepnął jeden z mężczyzn, a po chwili dodał: - Przestań się znowu brandzlować nad starą, idioto, bo pomyślę, że twoim łbem też trzeba walnąć w jakiś kant. Nie chcesz chyba wychodzić stąd ze sterczącym kutasem, co? I zabierz tę pieprzoną padlinę z gazu, zanim tu zwymiotuję.
- Bez różnicy. Nawet i bez głowy nie zmieniłbym się wiele - odpowiedział tamten, zaciskając pętlę na kobiecej szyi.
- Szybciej. Goni nas czas.
- Żeby mnie wsadzić, musieliby mieć powód, a ja przecież jestem porządny obywatel. Zupełnie nic w aktach. Chociaż pierdolony Zack może to zrobić za cokolwiek. - Zacisnął sznur jeszcze mocniej, ciągnąc kobietę po zimnej posadzce.
Minuty odmierzane za pomocą gwałtownych, szybkich uderzeń ich serc wydawały się trwać w nieskończoność. Odgłos wrzącej wody ucichł. Przez ulicę znów ktoś przejechał zdecydowanie szybciej, niż powinien. Kiedy kobieta wydawała ostatnie tchnienie, a jej mózg przestawał pracować, Deadwood zaczęło budzić się do życia. Sprawcy usłyszeli śmiech dzieci, restauracyjny gwar, brzęk szkła. Przerażający trzygłos w zestawieniu z widokiem, który mieli przed sobą, wprawiał w niepokój.
- Wrócimy tu? - szepnął jeden z mężczyzn, poprawiając gęste wąsy.
- Nie wiem, Ro. W ogólnym rozrachunku powinien zginąć ktoś jeszcze, ba, może nawet kilka osób, ale na razie trzeba zniknąć, rozumiesz?
- Chcę jeszcze raz. - Spojrzał na ciało i wyciągnął telefon. Zrobił zdjęcie. - I mam ochotę...
- Och, błagam cię. Tylko mi nie mów już o tym. Spieprzamy. Nie ma nas.
Mężczyzna przytaknął. Zanim wyszli, wybrali numer alarmowy. Dyżurny policji powtórzył pytanie kilkukrotnie, ale wiszącej wzdłuż ściany słuchawki nikt nie przyłożył do ucha.
Zimny wiatr sprawił, że emocje towarzyszące mężczyznom nieco przygasły. Naciągnęli na twarz kaptury. Szczelnie owinięci szalami, ruszyli dalej. Minęli grupkę ludzi, którzy bacznie obserwowali gęste wąsy i podróżny plecak. Wydawało im się, że każdy, kto na nich patrzy, wie o tym, co przed chwilą zrobili. To przeświadczenie prześladowało ich aż do odpalenia auta.
W końcu czarny SUV wjechał w Main Street i popędził przed siebie. Byle dalej. Byle daleko stąd. Do czasu, aż przyjdzie pora na kolejny krok.
Głowę Harrisa wypełniał natłok nowych informacji. Skierował się do auta, trzymając w jednej ręce list, a w drugiej telefon z pustym okienkiem wiadomości. Kurt wciąż nie odpowiadał, choć zazwyczaj zwrotny esemes przychodził po kilku minutach, jakby on i jego komórka byli ze sobą zespoleni. Stłumił chęć wybrania zielonej słuchawki, tłumacząc sobie, że lepiej będzie poczekać. Leniwie wsiadł do auta. Dom Sary był tuż obok, na wyciągnięcie ręki, ale Logan myślami błądził już gdzie indziej. Jego umysł puchł od możliwych rozwiązań. Prześledził list raz jeszcze, linijka po linijce, a kiedy niczego nie był już pewien, rzucił pogiętą kartkę na siedzenie obok.
"Zaczekaj do pogrzebu, na pewno ktoś się tam pojawi", usłyszał głos w głowie. "Zaczekaj".
Ale detektyw nie miał w zwyczaju siedzieć z założonymi rękami, a tym bardziej czekać, aż samo się coś rozwiąże. Wiedział, że prędzej czy później dociekliwość popchnie go w stronę Catherine i - jeśli będzie miał szczęście - wszystkie znaki zapytania znikną. Uruchomił samochód, rozglądając się wokoło. Cisza. Chłodny, jesienny wiatr przegonił większość mieszkańców do domów i okolicznych knajp.
Logan poczuł głód. I bynajmniej nie było to spowodowane pustym żołądkiem. To natrętne uczucie dotyczyło poznania nowych faktów. Zamknięcie sprawy, które początkowo miało być jedynie wyrazem wdzięczności za życzliwość Penny, stawało się czymś w rodzaju coraz bardziej wciągającej gry. Detektyw wsiąknął w nią jak w błotnistą maź. Znów sięgnął po telefon. Nie wytrzymał oczekiwania. Wystukał kilka zdań, których adresatem wciąż był Kurt.
Odwiedziliście już Sarę? To bliska przyjaciółka Penny. Trzeba sprawdzić komputer. Zapytaj starej, czego tam szukała nasza cudna Penny. To powinno pomóc. Mnie nie będzie przez jakiś czas. Nie liczyłbym też na to, że zdążę na pogrzeb. Chciałbym, ale nie mogę. Pomódl się tam za nią. Jeśli jest jeszcze w tobie jakiś Bóg.
Wiedział, że to spowoduje niemal natychmiastową reakcję Sandlera. Nawet jeśli nie będzie mógł rozmawiać, nie puści uwagi o religii mimo uszu. Odgryzie się, jak to ma w zwyczaju. Logan podciągnął dżinsowe spodnie nieco wyżej, zapinając pasek na kolejną dziurkę, i wcisnął gaz, by jak najszybciej znaleźć się w domu. Zanim wybierze się do Catherine, spędzi kilka chwil z żoną. To będzie czas tylko dla nich.
Podmuchy wiatru przybierały na sile z minuty na minutę, a echo śmierci Penny odbijało się od każdej ze ścian budynków. Nie był to już jednak naczelny temat, od którego zaczynały się i na którym kończyły wszelkie rozmowy, a jedynie przerywnik pełen wiszących w powietrzu znaków zapytania, na które większość mieszkańców nie znała odpowiedzi.
Powietrze było ciężkie, przytłaczające. Piętnaście minut dzieliło Harrisa od zamknięcia w objęciach zmęczonej Chloe. Miał nadzieję, że Frank siedzi już w odpowiednim miejscu, a Sandler zajmuje się jego ponownym przesłuchaniem. Wszystko szło zgodnie z planem. Zadowalająco. Wystarczyło pociągnąć mocniej za kilka sznurków. Te słabsze, należące do przyjaciół Penny, były tak liche, że detektyw niemal słyszał w głowie prujące się zeznania Sary i wszystkich koleżanek, które wtajemniczyła w sprawę listów. Te z kolei mogły szybko naprowadzić na dwie czarne owieczki...
Pod wpływem impulsu zatrzymał się i sięgnął po kopertę. Jakby w nadziei, że tym razem odszuka coś innego pomiędzy zdaniami. Przeczytał list ponownie, linijka po linijce. Uważnie. Wyjął podręczny notes i zapisał kilka punktów, wciąż zastanawiając się, dlaczego Penny nie powiedziała mu o poszukiwaniach. Telefon zawibrował, ale Logan nawet nie spojrzał w jego stronę. Wciąż rozmyślał. Gdyby wiedział, że przyjaciółka chce odnaleźć swoich wnuków, mógłby jej jakoś pomóc.
- Szlag! Dlaczego nie poprosiłaś o to mnie? - warknął pod nosem.
Minęło trzydzieści minut, zanim przelał na papier wszystkie swoje myśli. Wreszcie zdecydował się odłożyć zeszyt. Zapalił papierosa i rozejrzał się po okolicy. Dopiero wtedy zauważył, że telefon nie reaguje na dotyk. Był rozładowany. Harris włożył kluczyki do stacyjki, uruchomił silnik, a smartfon podłączył do samochodowej ładowarki. Potrzebował snu. Wiedział też, że musi przestać podchodzić do sprawy tak emocjonalnie. Byłoby łatwiej, gdyby szukali morderców człowieka, z którym nie miał żadnych kontaktów.
Przemknął przez kolejne skrzyżowanie. To właśnie wtedy do jego uszu doleciała seria powiadomień. Tak jakby ktoś pisał wciąż i wciąż, nie dając adresatowi możliwości odpowiedzi. Zerknął na telefon, ale nie zdążył nawet odczytać wiadomości, kiedy systemowy dźwięk połączeń wypełnił wnętrze auta.
Dzwoniła Chloe.
- Wracam już - szepnął i przycisnął urządzenie do uszu. W tle słychać było szum. - Będę musiał pojechać w jedno miejsce na... trochę, ale chcę z tobą spędzić popołudnie. Hej, jesteś tam? Mamy dzień dla siebie.
- Logan... - Znał ten ton.
- Tak?
- Ktoś był u Sary.
- Nie rozumiem. Chloe, o czym ty mówisz?
- Chyba nie żyje... - dokończyła ponuro. - W zasadzie to nie ma co do tego wątpliwości.
- Co?! - niemal wrzasnął.
Skręcił w boczną uliczkę. Wysiadł z auta i rozejrzał się niespokojnie.
- Kurt dzwonił. Mają zgłoszenie.
- Do ciebie zadzwonił? Dlaczego nie poinformował mnie, że mamy drugiego trupa?
- Bo nie odbierałeś. - Wydawało się, że chciała na tym zakończyć, ale po chwili dodała: - Być może wyprzedzam fakty, natomiast ktokolwiek to jest, nadal tu krąży. I to zupełnie blisko. Nie wierzę w przypadki. Zaczynam się trochę bać... - Ściszyła głos.
- Cholera. Kurt miał zajrzeć do Sary. Nie kojarzę jej, ale może po prostu była stara, słaba, a śmierć Penny ją przybiła? - Ton jego głosu zdradzał niepewność. Harris wiedział, że brzmi śmiesznie. Jednak tylko coś tak na pozór niedorzecznego przychodziło mu w tej chwili do głowy.
- Została uduszona. W ręce miała sznur. Powiesili ją, obwiązali nadgarstek i... - przerwała. - Nie wiem, co było dalej.
- Czemu nie dopadli Franka?
- Hm?
Logan starał się poukładać w głowie to, co właśnie usłyszał. Jedyne, czego był teraz pewien, to zeznań starego. Może nie zawsze pełnił funkcję idealnego ojca, jak wynikało z listów Penny, ale wiele wskazywało na to, że mordercą też nie był. Powoli wykluczało go to z kręgu podejrzanych.
- Cholera. Czyli nasza Penny miała wyjątkowo mściwych wrogów.
- Czemu tak myślisz?
- Bo giną osoby, które były jej bliskie. Albo...
- No?
- Albo takie, które mogły doprowadzić do kogoś, kto lubi bawić się marynarskimi pętlami. Skoro Elena wiedziała o gościach, a także o tym, że Sara wie więcej, to mogła być dla nich zagrożeniem. Kurwa. To jest całkiem prawdopodobne. Czyli nadal tu są. Kończę, odezwę się.
- Co chcesz zrobić?
- Jeszcze nie wiem, Chloe.
- Uważaj na siebie - usłyszał smutny głos.
Odetchnął głęboko i zmienił kierunek jazdy. Popołudnie z żoną będzie musiało zaczekać. Dlaczego nie wszedł do Sary chwilę po wyjściu od Eleny? Dlaczego? Ktoś deptał mu po piętach.
- Błąd - szepnął do siebie. - To nie może się powtórzyć. - Jego zdenerwowanie rosło z minuty na minutę. Uderzył ręką w kierownicę.
Przymknął oczy i zobaczył mężczyznę żonglującego kawałeczkami sznura. Dziwnego faceta, który przemierzał szare ulice Deadwood w smutną, błotnistą jesień. Widział, jak siada naprzeciwko domu Sary, zamawia wodę bez gazu i sączy ją kropla po kropli. Wybiera cel i po prostu to robi. Wślizguje się zupełnie zwyczajnie, ściska za szyję, ale na chwilę przed śmiercią każe wezwać pomoc. I to w tej wizji - być może złudnej - było najokrutniejsze. Wyobrażenia ofiary, że pomoc nadejdzie, ale na ratunek będzie już za późno. O te parę minut.
Wstrzymał przez moment powietrze w płucach, a kiedy zdecydował się je wypuścić, naszły go dziwne myśli. Wyciągnął telefon. Sandler nadal nie odbierał. Detektyw wysłał kolejną wiadomość.
Komputer Sary, Kurt. Każ sprawdzić ten pieprzony komputer, zanim jego wrak utkwi na sznurku między jednym barem a drugim. Mam nadzieję, że pilnujecie też Eleny. Jak własnego tyłka. To się nie może powtórzyć, wiesz o tym, prawda?
Ta informacja była nerwowa, zwiastowała coś, co wisiało nad bliskimi Penny, a może także - czego Logan najbardziej się obawiał - nad całym Deadwood.
Poczekał na odpowiedź, wciąż rozmyślając o tym, że ktoś bawi się z nim w kotka i myszkę. Wrócił, obserwując okienko domu, w którym mieszkała Sara. Był zły. Wściekły. Każda mijająca go osoba wydawała się patrzeć na niego podejrzliwie, a on, Logan Harris, w każdej z nich widział mężczyznę popełniającego ten sam typ zbrodni dwukrotnie. Wiedział, że taki omam będzie się powtarzać. Nie zazna spokoju, dopóki nie złapią tego człowieka. Tych ludzi.
Przyglądał się z daleka policyjnym autom. Widział ten sam błysk świateł, słyszał identyczne jak poprzednio dźwięki alarmowe. Ludzie znów zaczęli formować grupki i pokazywać dom palcami. Zatykali usta rękami, jakby chcieli powiedzieć, że to osiedle zaczyna być nawiedzone, przeklęte. Inni kiwali głowami na znak aprobaty, ale nikt tak naprawdę nie chciał dać temu wiary.
Detektyw przesunął nogą po suchych liściach i zapalił papierosa. Mięśnie łydek, które pamiętały jeszcze niedawny skurcz, zaczęły intensywnie piec. W głowie zaś cały czas dudniły mu słowa: "To twoja wina". Potarł mocno skroń i wlepił wzrok w grupę kobiet. Rozglądały się wokoło z niepokojem. Logan chciał podejść, zacząć pytać, ale w tym momencie zobaczył samochód Zacka, ojca Sandlera. Osoby, która oficjalnie nadzorowała śledztwo. Usunął się w cień, robiąc kilka kroków w tył. Spojrzał za siebie. Za jego plecami, w oddali, znajdował się bar. Ktoś smażył steka, a woń nadpalonego mięsa mieszała się z zapachem piwa. Poczuł głód. Nogi same zaniosły go przed wejście. Ostatni raz rzucił okiem na policyjne auta i wstąpił na szybki obiad, podczas którego znów zapełnił notes chaotycznymi zapiskami.
Minęła niemal godzina, zanim Kurt zadzwonił. Logan Harris wiedział, że pierwsze oględziny mają już za sobą. Wiedział też, że jeśli powie policjantowi o tym, że był o krok od tego, żeby Sara nie została zamordowana, rozpęta się burza.