Szmuc - Felicia Berliner

Kup ebooka

39.99 zł
21.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Cold turkey

- Próbowałaś kiedyś przestać oglądać porno? - pyta doktor Podhoretz o wyznaczonej godzinie w następnym tygodniu.

- Oczywiście - odpowiada Rajzla.

Raz na siedem dni musi przerwać obsesyjne oglądanie porno. W najdłuższym dniu tygodnia, w czasie szabasu.

W piątek przed zachodem słońca, kiedy Gitti się kąpie, a mami jest w kuchni, Rajzla po raz ostatni patrzy na niebieskawy ekran laptopa. Klapa jest opuszczona, dźwięk wyłączony, więc jeśli ktoś wejdzie do pokoju, niczego nie zobaczy, nie usłyszy ani jednego jęku. Ale Rajzla słucha uważnie. Nawet z głową przekrzywioną pod zwariowanym kątem wie, co widzi, i rozumie, co czuje. Nie ma prawdziwego ani plastikowego szwanca, jak kobiety na filmach, ale ma palce. Zasłania jedną ręką komputer, a drugą dotyka swojego ciała, odnajduje miejsca odpowiadające temu, co widzi na ekranie. Wkłada najdłuższy palec głęboko w wilde loch, wilgotną dziką dziurę. Pośpiesz się, Rajzlo, jest prawie szabas!

Gitti wraca z kąpieli, a Rajzla wsuwa komputer pod łóżko. Nie wolno kazać czekać królowej szabasu. Rajzla wzięła wcześniej prysznic, ale znowu myje ręce, spryskuje twarz wodą. Patrzy w oszołomieniu, jak mami zapala świece, obserwuje tańczące płomyki. Ja, Szabes, ja. Ciągle lekko drży.

Kiedy mami kończy mruczeć błogosławieństwa, zaczyna się szabas. Rajzla idzie z matką i siostrą do kuchni przygotować kolację. Mamrotanie kończy się zbyt szybko. Rajzla zaczyna nakładać jedzenie na półmiski, napełnia talerze rosołem pachnącym cebulą i marchewką, posypuje świeżą pietruszką makaron i kawałki kurczaka. Kiedy wykonuje normalne czynności, jej palce wyglądają dziwne, jakby ich inna rola stawała się w jakiś sposób widoczna. Jakby ktoś mógł odkryć, co nimi robi, by sprawić przyjemność swojemu ciału. Cień porno niknie i dramatyczne przybycie królowej szabasu zmienia się w dwadzieścia pięć godzin wypełniania jej rozkazów. Żadnych olśnień. Żadnych zer ani jedynek, żadnego włączania tego, co jest wyłączone, ani wyłączania tego, co jest włączone.

* * *

- Jak się czujesz, gdy przerywasz oglądanie porno? - pyta doktor Podhoretz. - Cold turkey.

- Co takiego?

- To termin, który oznacza, że nagle odstawiamy coś, od czego jesteśmy uzależnieni. Odstawiamy natychmiast, a nie powoli.

Rajzla się zastanawia. Oba scenariusze wydają się głupie.

- Czasami mówię, że mam okres, by zostać w szabas w domu, gdy wszyscy idą rano do szulu. - Wyobraża sobie siebie w cichym domu w szabas, zastanawia się, co by się stało, gdyby włączyła filmy porno i w domu rozległy się jęki. Gdyby w ciemności zapłonęło błękitne światło.

Nigdy nie może się na to zdobyć. Chociaż jest sama w mieszkaniu, ciągle otacza ją szabas.

- Nie włączam komputera. Przestrzegam szabasu. Nawet gdy naprawdę mam okres.

Rajzla nie ogląda porno, wkłada ładną szabasową sukienkę i idzie z matką kilka ulic dalej, gdzie jest szul. Ciągle myśli o komputerze. Z każdym krokiem w stronę synagogi rozwija się niewidzialny przewód łączący mózg Rajzli z laptopem w plecaku, leżącym w ciemności pod łóżkiem.

- Czujesz się lepiej w synagodze?

- Nie lepiej, po prostu inaczej... Udaję, że jestem taka jak inni. - Modli się i całuje sider, po czym szepce z Gitti i kuzynką Ruchy z tyłu miejsca dla kobiet, jakby ciągle chodziła do szkoły podstawowej. Po długim posiłku szabasowym śpiewa zbyt głośno zmires i mocno uderza dłonią w stół podczas modlitwy. Matka obrzuca ją gniewnym wzrokiem, Gitti każe jej się uciszyć, ale Rajzla nie przestaje.

- Kiedy każą mi być cicho, uderzam w stół mocniej. Gitti mówi, że głośno jak mężczyzna.

- Więc nie pasujesz do otoczenia, nawet gdy nie oglądasz porno - zauważa doktor Podhoretz.

Zaskoczona Rajzla szuka na jej twarzy szyderstwa, gniewnie uniesionej brwi. Nie widzi ich, choć uwaga jest okrutna. Słowa doktor P. zabolały Rajzlę. Uchodzi z niej powietrze, opada zmęczona na fotel. Zawsze była inna. Różniła się od pozostałych dziewcząt. Rude włosy, a do tego inteligencja. Dobre stopnie. W szkole podstawowej wygrała konkurs znajomości nazw cotygodniowych fragmentów Tory oraz prawidłowych błogosławieństw przeznaczonych dla wszystkich rodzajów pożywienia. Nie była jedyną dziewczyną w klasie, która skończyła szkołę średnią, ale tylko ona poszła do college'u. Jednak nigdy wcześniej nie musiała ukrywać, że jest inna. Do czasu, gdy zaczęła oglądać szmuc.

Wydaje się, że doktor P. czeka, by Rajzla coś powiedziała, ale co? Czy sesja jeszcze się nie skończyła? Niech się zaraz skończy, proszę. Zamyka oczy, by przestać się gapić na zegar. Zna to puste uczucie oczekiwania: pojawia się po południu w szabas. Po długim lunchu rodzice idą się zdrzemnąć. Zajdi, z którym Rajzla kiedyś czytała, jest teraz zbyt chory, zbyt zmęczony, by otworzyć książkę. Rajzla przewraca się w łóżku, wyczerpana, lecz niezdolna do zaśnięcia. Leży na brzuchu, potem na plecach. Nie potrafi drzemać w szabas.

Nie ośmiela się otworzyć laptopa w absolutnej ciszy siódmego dnia. Jedyny komputer znajduje się w jej umyśle - odwiedza w wyobraźni niedawno oglądane strony. Chociaż przypomina sobie porno, spoczywa bez ruchu. Gitti też nie śpi na pobliskim łóżku, czyta i nuci pieśni szabasowe. Popołudniowe światło wpadające przez zaciągnięte firanki jest przyćmione, ale zbyt jasne, by Rajzla zaczęła się dotykać.

I tak mija szabas, minuta po minucie, sekunda po sekundzie, cykl samoświadomości i zaprzeczenia. Rajzla jest pewna, że w każdej chwili może przestać oglądać porno, bo teraz tego nie robi, a jednocześnie czuje rozpacz, bo wie, że nigdy nie przestanie. Postpornograficzny zachód słońca na początku szabasu zmienia się w nerwowe, pełne lęku i targowania się oczekiwanie na zakończenie szabasu.

- Pora kończyć na dzisiaj - mówi Podhoretz.

Błogosławieństwo nad trefnym jedzeniem

Następnego dnia Rajzla idzie Lexington Avenue w stronę kampusui przypominają jej się słowa doktor Podhoretz: że nie pasuje ani do Manhattanu, ani do Brooklynu. Do college'u, do swojej społeczności. Jednak porno ją wciągnęło. Porno ją wita, porno jej pragnie. Kobiety o ciałach różnych kształtów i rozmiarów, żyjące w swojej nagiej skórze. Uśmiechają się do Rajzli, są szczęśliwe, że z nimi jest.

Szuka w pamięci czasu, gdy do czegoś pasowała, pragnęła udowodnić, że Podhoretz się myli: "Myli się pani!". Ale doktor odkryła, że nie tylko porno czyni z Rajzli outsiderkę.

W zwykłym miejscu przed głównym wejściem na kampus stoi stoisko z jedzeniem, którego zapach drwi z Rajzli. Codziennie zwalnia lekko, by poczuć zapach nieco podobny do pastrami, ale bogatszy, bardziej pikantny, marzenie o półbagietce przed chwilą wyjętej z piekarnika, aromat tak mocny, że wypełnia jej nos i gardło.

Dziś staje w kolejce za innymi studentami w dżinsach i bluzach z logo Cohen College. Kiedy dociera do małego okienka, wskazuje smażące się kawałki mięsa.

- Jaja na bekonie? - pyta mężczyzna.

- Jaja na bekonie - powtarza Rajzla, mając nadzieję, że nie mówi z akcentem jidysz.

Nie czeka, aż wejdzie na kampus. Otwiera torebkę i gdy odwija folię, natychmiast zakochuje się w mięsnym nadzieniu. Zjada kęs i oblizuje wargi, czując sól. Der Baszefer nie razi jej piorunem. Przełyka i znowu je. Jajko jest miękkie, podobne do kremu, otacza chrupiący chazer. Nie powinna wiedzieć, co to takiego, ale Google jej pokazał: różowe zwierzę z wklęsłym nosem i wielkimi uszami. Jidn umierali, żeby nie jeść wieprzowiny, a Rajzla żyje! Kanapka ma smak pieprzu i masła; smak jest nie tylko w ustach, lecz również w nosie i uszach, rozchodzi się po całym ciele, pochłania je.

Kanapka znika za szybko. Rajzla czuje pustkę, trefne jedzenie się skończyło i nie ma zwykłego sposobu, by podziękować B. na końcu posiłku. Oczywiście przed jedzeniem również nie wypowiedziała błogosławieństwa. Gdyby tylko istniało błogosławieństwo, które wypowiada się nad trefnym jedzeniem: "Jesteś błogosławiony, Haszem, że tworzysz mięso świni, że tworzysz boczek ze świni".

Kiedy dociera do szklanych drzwi college'u, szuka rozpaczliwie serwetki, przekonana, że zdradzi ją tłuszcz na podbródku. Grzebie w plecaku, najpierw wyczuwa zapasowe podpaski, a później sider, miniaturowy modlitewnik, który szybko chowa z powrotem na dnie torebki.

* * *

Później, po zajęciach, idzie do bufetu, gdzie studenci jedzą burgery, frytki i kanapki kupione w automatach. Zawsze przynosi z domu własne koszerne jedzenie, po czym szuka wolnego stolika, gdzie mogłaby usiąść z termosem i otworzyć książkę. Zostawia plecak w dobrym miejscu, na końcu pomieszczenia, po czym zauważa, że przygląda jej się dziewczyna ubrana na czarno, z czarnymi włosami, w czarnym swetrze i butach z grubymi czarnymi podeszwami. Jej sukienka jest długa i czarna - nawet dłuższa niż sukienka Rajzli. Siedzi przy stole z dwojgiem kolegów.

Rajzla wciąga głęboki oddech i kiwa głową.

- Mogę usiąść? - pyta.

- To wolny kraj - odpowiada dziewczyna. A może chłopak? Oni też używają czarnej mascary.

Rajzla siada na brzeżku krzesła. Czuje się zbyt nieswojo, by wyjąć lunch, i jest zbyt zakłopotana, by odejść.

- Dlaczego jesteś ubrana na czarno? - pyta, czując nagły przypływ odwagi.

- Jakie to słodkie - mówi dziewczyna do kolegów, przewracając oczami. - Nigdy w życiu nie widziałaś gotki, prawda? - Odwraca się z powrotem w stronę Rajzli.

Rajzla kiwa głową, choć nie jest pewna, o co chodzi. Czy to nowe słowo na gojkę? Czy gojki wiedzą, że są gojkami? Ale nie-Żydówka miałaby nazywać siebie gojką?

- To część naszej kultury. Rozpoznajemy się po czarnych strojach - ciągnie dziewczyna. - Tak jak ty poznajesz swoich. - Wskazuje długą ciemną spódnicę Rajzli.

- Nie jestem gojką, tylko chasydką - mówi Rajzla. Śmieją się, a ona się rumieni.

- Wiemy, kim jesteś - mówi gojka-gotka. - Chasydzi rządzą w Brooklynie. Oprah zaprosiła ich do swojego programu. Uwielbia ich.

Rajzla milczy. Nie zamierza pytać, kim jest Oprah i o jaki program chodzi.

- Nazywam się Sam - mówi gojka-gotka. - A to Spark i Kurt. - Wskazuje przeciwną stronę stołu.

Chłopak i dziewczyna coś mruczą. Zawieranie znajomości jest zawsze kłopotliwe, bo Rajzla nie może dotykać chłopaków. Na szczęście nie chcą uścisnąć jej ręki: oboje dają znak palcami i nie musi ich w ogóle dotykać, nie ma nawet takiej możliwości.

Między Kurtem a Spark leży na stole telefon. Jeden biały przewód biegnie do ucha Spark, a drugi do ucha Kurta. Ich ciała się poruszają i pochylają, jakby chcieli się podeprzeć.

Sam kładzie na stole dużą, podniszczoną torbę, obszytą metalowymi łańcuchami, z dużym srebrnym krzyżem na zapięciu. Rajzla instynktownie się cofa. Sam tego nie zauważa, przeszukuje uważnie torbę, ale nie znajduje tego, co chciała znaleźć.

- Cholera, jestem głodna - mówi.

Rajzla wyjmuje lunch i wręcza Sam łyżeczkę.

- Co to takiego? - Sam wskazuje termos.

- Czulent - odpowiada Rajzla.

Okazuje się, że gojki-gotki uwielbiają czulent.

- Żydowskie chili - mówi Spark.

- Popatrzcie na kartofle - zauważa Kurt. - Irlandzki gulasz po żydowsku.

Sam je stalową łyżeczką Rajzli przyniesioną z domu. Pozostali mają plastikowe.

- Co to za kiełbasa? - pyta Kurt.

Rajzla nie wie, o co chodzi. To tylko kiszke przygotowana przez mami: mąka, tłuszcz, pieprz i papryka.

Jedzą kawałek po kawałku delikatne, kruche flanken, fasolę i jęczmień długo gotowane w wywarze z kości, złociste ziemniaki pachnące cebulą, czosnkiem i papryką.

- Nie zjesz trochę? - pyta Sam.

Rajzla kiwa głową, ale nie jest pewna. Czy może z nimi jeść? Odmawiać bruche? Czy to coś podobnego do modlitwy w metrze w drodze na kampus, anonimowy dawener w otoczeniu gojów? Zobaczą, że porusza ustami, jeśli pobłogosławi jedzenie przed posiłkiem, i mogą pomyśleć, że zwariowała.

Dlatego po prostu patrzy, obserwuje ich, gdy jedzą lunch. Sam ma na szyi ciężki łańcuch z przyczepionymi kluczami. Jej jasnobrązowe oczy otoczone czarnymi obwódkami; maluje się w nich głód, gdy je lunch Rajzli. Połowa głowy jest ogolona; po drugiej stronie opadają na ramię włosy ufarbowane na intensywny granatowoczarny kolor. Pod białym pudrem pokrywającym twarz widać piegi; wydaje się niewinna, a nie upiorna.

W nosie Sam znajduje się kolczyk przebijający środkową chrząstkę. Ma również metalowe kolczyki w brwiach, jakby chciała je wzmocnić po wyskubaniu. Kiedy otwiera usta, by ugryźć kawałek czulentu, Rajzla widzi, że w jej języku też jest kolczyk.

W świecie Rajzli można przekłuć tylko ucho, by umieścić tam brylant albo perłę.

- To boli? - Rajzla wskazuje kolczyk w policzku.

- Nie - odpowiada Sam. - Nawet jeśli trochę, to żaden problem. Życie boli. - Ból nie jest problemem dla Sam. Może właśnie o to chodzi. - Bóg też miał piercingi - dodaje, patrząc w zamyśleniu na Rajzlę.

- Wierzysz w... - Rajzla nie może użyć imienia Jojzl, bo Sam nie zrozumie, ale nie potrafi się zmusić do wypowiedzenia innego imienia, zakazanego.

- Jezusa? Jasne - odpowiada Sam. - Nie mam problemów z Jezusem. Chcesz, żebym ci zrobiła piercing? - pyta.

- Mogłabyś mi go zrobić?

- Tak, słoneczko. Chyba że chcesz sobie przebić łechtaczkę - dodaje Sam. - To wymaga dobrego fachowca.

Rajzla widziała takie piercingi w internecie.

Kiedy dorastała, znała tylko jedną nazwę miejsca w środku jej ciała: "tam". Dortn. Albo "to miejsce". Jene plac. Rejon tworzący zapachy i płyny, bezimienny. W internecie jest mnóstwo nazw, mnóstwo miejsc. W cipce jest łechtaczka. A w mięsistych fałdach wokół łechtaczki znajdują się czasem metalowe piercingi.

- To bardzo boli? - pyta Rajzla. Stara się, by nie drżał jej głos.

- Tylko trochę - odpowiada nonszalancko Sam. - Ale potem jest suuuuuuper! Warto to zrobić.

- Oj! - mówi mimo woli Rajzla i Sam się śmieje.

- Ciągle nie powiedziałaś, jak się nazywasz, oj-dziewczyno.

- Rajzla.

Sam przygląda się jej intensywnie.

- Wow! To bardzo gockie.

- Naprawdę? - pyta zdziwiona Rajzla.

- Tak, do cholery! Razor? Jesteś chodzącą krwawą łaźnią.

Rajzla nie próbuje poprawiać.

Akceptuje swoje nowe imię, a Sam akceptuje długą spódnicę i długie rękawy Rajzli, która wygląda zupełnie inaczej niż inne studentki.

Później często przysiada się do Sam i jej przyjaciół w bufecie. Niczego nie jedzą, a przynajmniej niczego nie kupują, bo nie mają pieniędzy. Czasem ktoś przynosi na lunch metylofenidat, a Rajzla ma koszerne jedzenie z domu.

- Hej, Razor, zostało ci dziś jakieś żarcie?

Jej nowi przyjaciele akceptują jedzenie jako dobry uczynek i nie zadają pytań, kiedy Rajzla zasypia czasem z głową na stole. Po przyjściu do college'u malują sobie w toalecie oczy na czarno i usuwają makijaż przed powrotem do domu. Rozumieją, jak męczące jest nieprzystosowanie do otoczenia.

Rebecyn

Szefową Rajzli w biurze przy Forty-Seventh Street jest kobieta w czarnej szajtl. Wygląda tak staro, jakby miała prawnuki, choć Rajzla wie, że nigdy nie urodziła dzieci. Na imponującym biurku w gabinecie na zapleczu nie ma zdjęć rodziny, z wyjątkiem fotografii nieżyjącego męża. Pod ścianą gabinetu stoi drugie, mniejsze biurko, przy którym prawdopodobnie pracowała za jego życia. W tej chwili korzysta z niego jej asystentka, młoda kobieta. Rajzla słyszała plotki, luszn hora, że mąż rebecyn nie był prawdziwym rabinem, ale nie żyje od tak dawna, że nikt z pracowników biura nie może tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć. Więc rebecyn pozostaje rebecyn.

Biurko Rajzli stoi w korytarzu na zapleczu, niedaleko damskiej toalety. Czasami rebecyn ją mija i kiwa głową, ale nigdy się nie odzywa. Jednak dzisiaj kazała jej przynieść tygodniowe zestawienie faktur.

W drodze do gabinetu Rajzla mija długą salę, w której mężczyźni i kobiety naprawiają biżuterię i oprawiają kamienie. Stoiska sprzedawców zajmują całe piętro budynku. Siedzą przy prostych stołach roboczych za rzędami szklanych witryn, gdzie znajdują się gotowe precjoza. Lampy na giętkich pałąkach rzucają kręgi światła na palce kobiet nawlekających perły i mężczyzn oprawiających brylanty - mają oni na sobie białe koszule i czarne marynarki. W kasetkach są klejnoty wszystkich kolorów - rubiny, szmaragdy, szafiry i opale. Specjaliści od kamieni półszlachetnych nigdy nie zajmują się brylantami, a handlarze brylantami nigdy nie tykają pereł. To dwa różne światy, jak mleko i mięso. Większość firm specjalizujących się w brylantach przeniosła się do Indii; to ostatnia nieruchomość rebecyn, w której Żydzi zajmują się biżuterią.

Raz w tygodniu przyjeżdża uzbrojony strażnik i odwozi ją do banku. Rebecyn garbi się pod ciężarem torby; prawe ramię ma wyższe od lewego. Mocno przyciska torbę łokciem do ciała, trzymając ją z dala od strażnika, po przeciwnej stronie, jakby nie wierzyła nawet jemu.

W torbie Rajzli jedynym klejnotem jest jej laptop. Czuje jego miły, niepokojący ciężar. Nie ośmiela się go zostawić na biurku, nawet gdy idzie do toalety albo załatwia sprawy rebecyn. Przechodzi szybko obok sprzedawców, zawsze grzeczna, choć niczego nie mówi.

- Wus machsti, Rajzl?

- Burech Haszem. - Chwała B.

- Jak się miewa twoja matka?

- Burech Haszem.

- Jak się miewa ojciec?

- Burech Haszem.

- Jak się miewają bracia?

- Burech Haszem.

- Jak się miewa siostra?

- Burech Haszem.

Może to prawda, że mąż rebecyn wcale nie był rabinem. Może nawet nie był pobożny? Pewne jest tylko to, że był ambitny. Rajzla słyszała, że kiedy założyli firmę przed kilkudziesięciu laty, rebecyn nawlekała perły, ale później jej mąż wynajął stoisko obok i znalazł podnajemcę. Potem powtórzył tę operację po drugiej stronie, aż wreszcie opanowali całe piętro. W końcu kupili budynek. Po co się martwić kryzysami w handlu międzynarodowym, rewolucją w Afryce Południowej, problemami górnictwa w krajach, których nigdy nie odwiedzą, wahaniami kursów walut, niebezpieczeństwami związanymi z noszeniem drogiej biżuterii? Po co się martwić, skoro wystarczy tylko pobierać czynsz? Brylantami rebecyn są budynki Manhattanu.

Drzwi gabinetu są otwarte, ale Rajzla i tak puka. Czeka na zaproszenie, nim przekaże zestawienie. Rebecyn bierze je bez słowa, zerka na nie szybko i rzuca na biurko.

Zachowuje się nienagannie, jest dobrze ubrana. Nosi naszyjnik złożony z trzech sznurów pereł; Rajzla nigdy wcześniej nie widziała równie wielkich. Są wspaniałe, lecz nie pasują do rebecyn, bo ich blask sprawia, że przednie zęby szefowej wydają się bardziej żółte.

Ma zeza. Zezuje, nawet kiedy patrzy prosto na Rajzlę, która odnosi wtedy wrażenie, że jest obserwowana przez lupę jak każda z pereł, którą rebecyn kiedykolwiek nawlekała, nim określiła jej miejsce w naszyjniku.

- Obróć się - mówi rebecyn.

- Wus?

Rebecyn jest surową szefową. Wszyscy o tym wiedzą. Jaki błąd popełniła Rajzla, o jakim obliczeniu zapomniała, że jest traktowana w ten sposób?

- Obróć się, szejne majdele - powtarza rebecyn nieco łagodniejszym tonem.

Rajzla powoli się obraca, patrząc na swoje buty przesuwające się po dywanie.

- Dobrze - mówi rebecyn, gdy Rajzla znowu stoi twarzą naprzeciwko niej. - Wszystkie faktury opłacone? - pyta.

- Ja, rebecyn.

- Uczyli cię o należnościach? Zapisach księgowych? Sprawdziłaś stan konta?

Czy to podstęp? Czy Rajzla ma kłopoty albo będzie miała kłopoty?

- Najn - odpowiada.

Rebecyn kręci głową ze zdegustowaną miną.

- Zicher niszt! - mówi. - Oczywiście, że nie! - powtarza po angielsku. - Dlaczego ktoś miałby cię uczyć czegoś użytecznego?

Podaje Rajzli wyciąg bankowy. Ma wyprostowaną rękę, papier wydaje się jej przedłużeniem. Kiwa nim, trzymając go między palcem wskazującym a kciukiem, na którym lśni pierścionek z brylantem. Rajzla jeszcze nigdy nie widziała pierścionka na kciuku.

- Nauczę cię. Nie powinno to być trudne dla takiej dziewczyny jak ty. Przynieś tu krzesło. - Kiwa głową w stronę niewielkiego drewnianego biurka w rogu i plastikowego krzesełka. Jej asystentki nie ma dziś w pracy.

Lekkie krzesło daje się łatwo unieść, a kiedy Rajzla stawia je obok dużego biurka, rebecyn przysuwa je do własnego fotela. Plastik dotyka ciemnego drewna. Rajzla siada tam, gdzie jej kazano, i wsuwa plecak pod krzesło. Rebecyn pachnie wodą różaną, jak stare kobiety w szulu, i czymś jeszcze, ostrym i miętowym. Ma obwisłą skórę na szyi, ale podbródek zachował zdecydowany wyraz. Co to za zapach?

Rajzla nigdy nie znajdowała się tak blisko kogoś, kto nie należy do jej rodziny. Tylko mami siedziała tuż przy niej, czytając jej przed laty książkę w jidysz zawierającą opowieści z Tory dla dziewcząt. I Gitti, kiedy Rajzla czytała jej tę samą książkę, którą znała na pamięć, lecz mimo to wskazywała palcem każde słowo, podobnie jak mami.

Rebecyn też wskazuje palcem rubryki, prowadzi Rajzlę przez kolumny "ma" i "winien". Uczy ją, jak miesięczny wpływ czynszów zmienia się w wydatki na inwestycje, wymagane należności przekształcają się w kapitał, wpłaty na hipotekę nowego budynku. Uczy ją Tory pieniędzy. Nadaje nowe znaczenie zajęciom z rachunkowości. Jest zaskakująco cierpliwa i nie złości się, gdy Rajzla pyta:

- Jak pani zarabia pieniądze, skoro zawsze ma pani długi?

- Dlaczego nie spojrzeć na to z drugiej strony? - odpowiada rebecyn i odchyla się na chwilę w fotelu. Szeroki uśmiech obnażający żółte zęby świadczy, że pytanie jej się podoba. - Zawsze zarabiam, więc co mi szkodzi niewielka pożyczka, jeśli pozwoli zarobić jeszcze więcej?

Gładzi włosy Rajzli, wsuwając za ucho niesforny kosmyk. Rajzla czuje na małżowinie dotyk paznokci rebecyn i przebiega ją dreszcz. Ale rebecyn cofa rękę i chwila mija tak szybko, jakby w ogóle się nie zdarzyła.

W dalszym ciągu przeglądają rubryki i Rajzla rozumie, że teraz będzie robić coś więcej niż rejestrować faktury i opłacać rachunki. Zajmie się również należnościami.

- Bardzo dobrze - mówi rebecyn po zakończeniu lekcji. - Potrzebuję inteligentnej dziewczyny takiej jak ty. Dziewczyny z sejchel - dodaje z aprobatą.

Rajzla uznaje to za znak, że może odsunąć krzesło, i zaczyna wstawać.

- Zostań. - Rebecyn ściska udo Rajzli z zaskakującą siłą. - To nie wszystko.

Rajzla odruchowo ma ochotę zdjąć dłoń rebecyn z uda i przesunąć krzesło do drugiego biurka, przy którym powinno stać. Mimo to się nie rusza. Z pewnością takie dziwne zachowania szybko się skończą. Chce się uczyć, odnieść sukces jak rebecyn. Zajęcia z rachunkowości to tylko połowa prawdy. W college'u pieniądze są ulotne, znikają w chwili zamknięcia podręcznika albo arkusza kalkulacyjnego na ekranie komputera. Pieniądze rebecyn są prawdziwe i nigdy nie znikają. Krążą nawet po zamknięciu ksiąg i zgaszeniu świateł w biurze.

Kiedy mami czytała Rajzli w jidysz opowieści zaczerpnięte z Tory i dochodziły do końca rozdziału, mocno ją ściskała. Rajzla wiedziała dzięki temu, że to koniec; później mami przestawała czytać i odkładała książkę. Niepokoi się przez chwilę, że rebecyn ją obejmie. Ale trzyma tylko rękę na udzie Rajzli, naciska je, jakby pieniądze i rachunki, o których rozmawiają, przepływały z jej ciała do ciała Rajzli.

Zapach stamtąd

- Rajzele, idź się uczyć - mówi mami wieczorem po kolacji. - Pomogą mi Gitti i Josi.

Rajzla idzie do swojego pokoju, zadowolona, że zostaje sama i może położyć się do łóżka z komputerem, zamiast siedzieć przy biurku. Zmniejsza głośność, by słyszeć wszystko, co się dzieje w mieszkaniu. Tati gdera, że Josi spędza za dużo czasu w kuchni, że jest za stary, by pomagać mami. Strofuje Josiego, że myśli w szkole o niebieskich migdałach.

- Pora dorosnąć, brać naukę poważnie! Dlaczego nie możesz być bardziej podobny do siostry? Zawsze się uczy, zawsze dostaje najlepsze oceny. Na jaką parnusę zarobisz? Jaką kale znajdziemy ci na żonę?

Rajzla się zastanawia, czy Josi znajdzie żonę, ale nie z powodu stopni. Brat przeczuwa, kim jest, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. W college'u jest klub, w którym chłopcy trzymają się za ręce. Widziała, jak się całowali; widziała to również w internecie. Przekracza to jej wyobraźnię i z pewnością przekracza wyobraźnię Josiego. Tati uważa go za słabeusza. W ich rodzinie, ich społeczności nie ma miejsca na jego odmienność. Krzyki ojca rozpraszają Rajzlę, gdy patrzy na nagich ludzi. Czuje smutek, że Josi nie może być wolny jak oni, że jego prawdziwa tożsamość będzie ukryta - odwrotnie proporcjonalnie do ich nagości. Będzie musiał walczyć z własnymi trzewiami, kiszkes, by stać się tym, czym chce ojciec. Albo się ukryje jak Rajzla.

Trzaskają drzwi szafki, pobrzękuje flajszig porcelana. Plastikowe talerze do dań z nabiału wydają zupełnie inny dźwięk, gdy trzaskają inne drzwiczki. Kłótnie po kolacji są zawsze takie same: tati wali pięścią w stół i przeklina, a mami łagodzi, mówi tatiemu, że Josi się poprawi, a Josiemu i Gitti, że tati nie miał nic złego na myśli. Przekonuje, że trzeba zapomnieć o tym, co mówił.

Tym razem nie jest to taka sama kłótnia jak zwykle.

- Zostaw Josiego w spokoju! - wrzeszczy Gitti. Piskliwy krzyk, którego Rajzla jeszcze nigdy nie słyszała.

Tati obchodzi stół i ryczy, aż trzęsą się ściany:

- Chucpadik majdele!

Gitti biegnie korytarzem i otwierają się drzwi sypialni Rajzli. Na ekranie jest ciągle film zatytułowany Seksowna supermodelka. Jednak Gitti go nie zauważa; rzuca się na łóżko Rajzli i szlocha z twarzą wciśniętą w koc. Rajzla wyłącza lewą ręką porno i klika w Excela.

- Gitti, proszę, nie płacz! - Rajzla chciałaby zacisnąć uda pod kocem, ale to niemożliwe: żałośnie dygocące ciało Gitti spoczywa pod jej nogami.

- Tati jest taki podły! - szlocha siostra. - Nienawidzę go! - Uderza pięścią w materac. Łóżko drży; właśnie tego potrzebowała Rajzla. Powoli, ukradkiem wyjmuje rękę spod koca.

Gitti przestaje płakać, siada i patrzy na Rajzlę dziwnym wzrokiem. Marszczy nos, a potem pyta, czy Rajzla ma okres. Dotyka dłonią jej policzka.

- Hejs! - woła i potrząsa palcami, jakby się sparzyła. - Masz gorączkę. Zawołam mami.

- Najn! - mówi Rajzla i chwyta Gitti za rękę, by nie mogła wyjść z pokoju.

Gitti niepewnie pociąga nosem. Jeszcze raz. To zapach stamtąd. Śledzie z dodatkiem drożdży z małej paczuszki, które mami rozrabia z wodą i cukrem na chałę. Palce Rajzli pachną kuchnią! Zdradza ją zapach.

Gitti znowu z niedowierzaniem pociąga nosem. Rajzla i Gitti zawsze miały dobre relacje. Są jedynymi dziewczynami w rodzinie; wcześniej urodziło się dwóch chłopców, a później kolejny. Przez lata nosiły identyczne sukienki. Gitti jest wysoka jak na swój wiek, więc można je wziąć za bliźniaczki, chociaż - na szczęście - Gitti ma kasztanowe włosy, jasne, prawie pozbawione rudego odcienia.

Rajzla przykłada rękę do czoła i czuje zapach stamtąd.

- Racja, Gitti, chyba mam trochę gorączki. Wezmę aspirynę. Nic mi nie będzie.

Gitti unosi podbródek. Śmiało wskazuje laptop.

- To od tego chorujesz - mówi.

- Najn - odpowiada Rajzla. - Nie choruje się od pracy. - Ale natychmiast opuszcza klapę komputera, jakby zamykała pudełko, jakby mogła uwięzić swój zapach między klawiaturą a ekranem.

- Ja, pracujesz za dużo - mówi Gitti. Wyciąga rękę w stronę laptopa. - Powinnaś pozwolić mi pomóc.

Rajzla wyobraża sobie, że Gitti mogłaby zobaczyć porno, i naprawdę wzrasta jej temperatura.

Wyobraża to sobie przez pół sekundy. A gdyby opowiedziała Gitti o pornografii? A gdyby było to równie proste jak pokazanie filmu, gdzie grupa Maccabeats śpiewa głupią piosenkę, o której natychmiast się zapomina?

- Przyniesiesz aspirynę? - zwraca się do Gitti. Nawet jeśli Rajzla źle się czuje, pozostaje starszą siostrą. Gitti opiekuje się Rajzlą, ale to Rajzla wydaje polecenia. - Szkojech! - woła z łóżka, wdzięczna i pełna ulgi, gdy Gitti rusza do łazienki.

Czas zwariował

Kiedy tati doznał w pracy urazu kręgosłupa, wydawało się, że to coś więcej niż wypadnięcie dysku. Rajzla czuła, że ich życie się załamało, że czas przestał normalnie funkcjonować, zwariował. Stary zajdi rozumiał, czym jest choroba, ale tati nie.

Wydarzyło się to trzy lata wcześniej, gdy Rajzla była w dziesiątej klasie. Mami zadzwoniła do Rajzli, która tego dnia pomagała jednej z matek w opiece nad ośmiorgiem dzieci poniżej ósmego roku życia. Wcześniej dała jej koszerny telefon, by skontaktować się z córką w sprawie artykułów żywnościowych, które zapomniała kupić, i innych pilnych spraw. Tego wieczoru poprosiła Rajzlę, by zrealizowała receptę zajdiego, mającego kłopoty z nerkami.

Kiedy Rajzla wróciła do domu, kuchnia była pusta. Nie przygotowano kolacji, na kuchence gwizdał czajnik. Z holu dobiegały głośne jęki, nieco niższe niż gwizd czajnika, ale trochę podobne. Rajzla szybko przygotowała herbatę i zaniosła ją zajdiemu z lekarstwem. Dziadek drzemał samotnie w swoim pokoju. Obudził go odgłos tacy stawianej na komodzie.

- Przyniosłaś herbatę! Szkojech, Rajzele! - podziękował. - Zamknął oczy, ale mówił dalej: - To zchis twojej mami, jej wielka cnota, że ma taką córkę. Domyśliłaś się, że chce mi się pić!

- Gdzie jest mami? Nie zrobiła ci herbaty?

- Ach, nie - odpowiedział zajdi.

Jęki zaczynają się znowu, dobiegają z pokoju rodziców. Rajzla pobiegła do drzwi, ale zajdi zawołał za nią:

- Herbata!

Rajzla wróciła, wzięła zapasową poduszkę i pośpiesznie podłożyła ją pod plecy dziadka, aby mógł usiąść prosto. Postawiła tacę na fotelu koło łóżka, potrącając ją w pośpiechu, aż kilka kropel herbaty przelało się przez krawędź szklanki.

- Niszt geferlech - powiedział zajdi. Nieważne. - Idź. - Dał jej znak ręką.

Jęki się nasiliły. Pełen cierpienia głos tatiego, inny od normalnego, przeraził Rajzlę. Tati zawsze był surowy, ale łączył surowość ze słodyczą. Często ostrzegał Rajzlę surowym, cichym głosem, że coś jest zabronione, ale także przynosił zabawki dla niej i Gitti. Wpadał do ich pokoju z rękami za plecami i kazał zgadywać, jakie cuda przyniósł. Wracając do domu z pracy, zatrzymywał się w sklepie Toys2U i zaskakiwał je lalkami micwa, rodziną figurek z rękami na oczach podczas wieczornej Szma albo lalką przedstawiającą mami w trakcie szabasu, ze świeczkami i miniaturowymi plastikowymi chałami.

Teraz w jego głosie nie było słodyczy. Niskie jęki bólu przypominały Rajzli pełen determinacji głos tatiego, gdy odmawiał modlitwy po posiłkach. Wypowiadał każde słowo nawet w czasie lunchu w szabas, gdy chciał się zdrzemnąć. Te wieczorne dźwięki też miały w sobie pośpiech, jakby próbował z czymś skończyć i zająć się czymś innym, lecz brzmiała w nich rozpacz. Rajzla wyczuła, że nie wie, jak zakończyć ból.

Mami, siedząca obok niego na łóżku ze zmartwioną miną, też zdawała się nie wiedzieć.

- Nie przyniosłaś herbaty? - spytał z przyganą tati.

- Przyniosłam ją zajdiemu.

- Zajdiemu? Dlaczego? A ja nie potrzebuję herbaty?

Na czole tatiego pojawiły się zmarszczki rozczarowania. Skrzywił się, jakby ugryzł coś, co miało być smaczne, a potem okazało się zgniłe i miał ochotę to wypluć.

- Tak, tati. - Rajzla się odwróciła, by nie patrzeć na pełną goryczy twarz, której nie poznawała. - Przygotuję ci herbatę, natychmiast - powiedziała i wyszła z pokoju.

Kiedy wróciła z herbatą, światło było na szczęście wyłączone. Postawiła ją na komodzie, ale nie została, by pomóc: pozwoliła mami poić tatiego łyżeczką.

Mami kilka dni krążyła między tatim i zajdim, parzyła herbatę, robiła kompresy, przynosiła lekarstwa z mlekiem i wodą, z jedzeniem lub bez jedzenia, jak było wymagane, przerywała te czynności tylko wtedy, gdy Rajzla wracała do domu ze szkoły lub pracy; później Rajzla pomagała z zajdim. Jeśli wchodziła do pokoju tatiego, krzyczał:

- Poproś mami!

Głos tatiego odbijał się echem w jej głowie nawet po wyjściu z sypialni.

Opuściła pokój gniewu i boleści, po czym zobaczyła mami odpoczywającą na kanapie w salonie. Oparła nogi na poręczy, co było szokujące.

- Zwolnię się z pracy - powiedziała Rajzla. - Nie wytrzymasz tego.

Mami odrzuciła ten pomysł.

- Najn, najn. Rób to dalej. Wszystko w porządku. Jestem po prostu trochę zmęczona dziś wieczorem.

- Mogę wrócić do pracy w przyszłym roku. Rodzina ciągle będzie mnie potrzebować.

Rajzla została u rebecyn. Tati poszedł na zwolnienie lekarskie, a Rajzla wzięła kilka dodatkowych godzin, by zarobić na bilety autobusowe i kupić trochę rzeczy dla rodziny. Kiedy tati w końcu wrócił do pracy, nigdy więcej nie podnosił dużych pudeł z towarami - żadnych pięćdziesięciocalowych telewizorów! ("Po co podnosił telewizor? Dwadzieścia pięć lat w tej samej firmie! Jest menedżerem i ciągle nosi pudła jak szabas-goj!" - zawołała mami do Rajzli, kręcąc głową. Oczywiście nigdy nie powiedziała tego tatiemu. Byłby zły i co by to dało?). Tati dostał środki przeciwbólowe, po których nie wymiotował i nie dostawał obstrukcji, przynajmniej takiej, na którą nie pomagały śliwki. Zaczął powoli opuszczać swój pokój, spacerować, chodzić do szulu. Jeździł specjalną furgonetką do sklepu na Manhattanie w dniach, gdy ból nie był zbyt silny. Ale nie przestał się odzywać szorstkim tonem, jego cierpliwość coraz bardziej malała. Nikt nie chciał denerwować tatiego. Kiedy krzyczał, w pokoju ubywało powietrza, aż wydawało się, że w końcu ściany pękną, by krzyki wyleciały na zewnątrz, a do środka wpadło trochę tlenu. Kiedy krzyczał, na jego czole pojawiały się zmarszczki, na twarzy lśniły kropelki potu. Przyzwyczaili się, że wali pięścią w stół, i w milczeniu czekali, aż się uspokoi. Nikt się nie odzywał. Mieli nadzieję, że gniew minie, a poza tym łudzili się, że jeśli nie sprowokują nowego ataku, wróci dawny tati.

Trójkątny dekolt

Rajzla zdejmuje kardigan i bluzkę w toalecie Cohen College, po czym wpycha je do plecaka. Patrzy przez chwilę na swoją bladą skórę i ogromny beżowy stanik. Jest chasydką nawet wtedy, gdy się rozbiera - skromność to jej immanentna cecha, nie może być naprawdę naga niezależnie od tego, ile warstw odzieży zdejmie. Ten biustonosz z pewnością stworzono z myślą o zasłanianiu, a nie odsłanianiu.

Wyjmuje z plecaka sweterek z trójkątnym dekoltem. Kupiła go w sklepie na kampusie, ale wcześniej musiała okłamać mami, by podjąć pieniądze z wypłaty - powiedziała, że zgubiła MetroCard. Wciąga sweterek i wychodzi z kabiny, żeby przejrzeć się w lustrze. Widzi, że tkanina jest jeszcze bardziej przezroczysta, niż przypuszczała: widać jej bladą cerę, a w dolnej części trójkąta także linię między piersiami. Przebiega ją dreszcz. Teraz mogą ją zauważyć ludzie, którzy nigdy nie zwracali na nią uwagi. Z pewnością ona sama widzi siebie lepiej.

Idzie do sali wykładowej, czując narastającą trwogę. Płonie jej twarz, ale palce, ściskające paski plecaka, są chłodne i odrętwiałe. Górna część ciała w obcisłym sweterku wydaje się obca, inna niż nogi. Ciągle jest ubrana w zwykłą długą spódnicę. Czuje się, jakby została przepołowiona. Ma wrażenie, że jej nogi należą do kogoś innego - a może to jej biust, nazywany w internecie cyckami, należy do kogoś innego?

Przybywa do sali przed czasem i siada z tyłu. Wchodzą inni studenci, w tym wyjątkowo wysoki chłopak, który idzie do rzędu krzeseł z podkładkami do pisania. Ma na sobie koszulkę z dużą liczbą dziesięć i Rajzla wie, że gra w drużynie sportowej. Kiedy przechodzi, Rajzla czuje na sobie jego spojrzenie, wie, że patrzy na jej biust. Czy tylko to sobie wyobraża? Zaczyna w to wątpić, gdy chłopak znika za jej plecami. Nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. To, że ktoś zwraca uwagę na jej ciało, jest przerażające, lecz również ekscytujące. Patrzy na nią, a nawet pożąda mężczyzna o wielkich rękach - laptop wygląda w nich jak dziecinna zabawka. Jego długie białe palce mogłyby wyrzucić komputer wysoko w powietrze, a później zręcznie złapać. Jego koszula obciska barki i ramiona, podobnie jak jej sweterek. Jak by wyglądał, gdyby zdjął koszulę? A gdyby zdjął sweter Rajzli?

Wbija wzrok w stół i zajmuje się zeszytem, wyjmuje zadaną lekturę: esej Superman i ja Shermana Alexiego. Alexie opisuje, jak nauczył się czytać, gdy miał trzy lata, jak oglądał obrazki i wyobrażał sobie, co mówią dymki w komiksach o Supermanie. Rajzla zastanawia się z lękiem, czy nie ma dymków nad jej głową, czy inni studenci nie wyczuwają, że zaczyna rozbierać ich w myślach - wyobraża ich sobie przez chwilę bez książek, plecaków i marynarek. Którzy mogliby chcieć się do siebie przytulić? Albo przytulić Rajzlę? Kto zdjąłby dżinsy? Porno wywołało w niej dezorientujące poczucie, że każdy ubrany człowiek czeka tylko na znak albo gest, by się rozebrać.

Czuje, że jej górna połowa jest naga, i tak ją to rozprasza, że nie może tego znieść. Kiedy ma na sobie czarny, lecz mimo to przezroczysty sweterek z dekoltem, nie potrafi się na niczym skupić. Wkłada polar i zapina suwak, jakby w sali wykładowej spadł śnieg. Nie przejmuje się tym, że będzie zgrzana; wzdłuż kręgosłupa spływa pot i pod pachami ciasnego sweterka pojawiają się wilgotne plamy wstydu.

Profesor O'Donovan każe studentom przeczytać esej na głos, a później pisze na tablicy pytania mające stanowić podstawę dyskusji na zajęciach. Pytanie 1: Kiedy nauczyliście się czytać? Pytanie 2: Jaka była wasza pierwsza książka? O'Donovan chce wiedzieć. Chce wiedzieć wszystko! Ale, litościwie, tym razem nie wywołuje do odpowiedzi Rajzli.

Po zajęciach Rajzla idzie do biblioteki sprawdzić w internecie, jak wygląda Sherman Alexie. Nazywa siebie Indianinem, a Rajzla nie jest pewna, co to znaczy. W internecie są jego fotografie i to wszystko, czego jej potrzeba, by sobie wyobrazić, że w wieku trzech lat siedzi obok trzyletniego Shermana, gdy oboje uczą się czytać. To, co trzyma w ręce, nie jest Supermanem, nawet nie książką. To fiszka formatu siedem na dwanaście centymetrów, jedyny postrzępiony, pokryty mąką tekst w domu, który nie jest święty. Stanowi część zbioru fiszek leżących na blacie w kuchni, przepisów przekazanych mami przez babi. Obok pudełka leżą jajka, mąka i margaryna, cukier, drożdże i czekolada. Rajzla zna kolejność mieszania składników, wskazuje przepis i czyta kartę. Rozbić jajka, dodać mąki. Mami piecze ciastka na szabas, a Rajzla czyta. Kiedy pozna przepisy, uczy się modlitw, a potem czyta małe książeczki zawierające pieśni szabasowe i modlitwy po jedzeniu. Czytanie w książce modlitw i pieśni nie jest trudne.

W bibliotece, sama w niewielkim boksie do nauki, w końcu zdejmuje gruby polar - to nieważne, że widać sweterek z dekoltem, bo nikt jej tu nie widzi - i ponownie czyta esej. Musi dowiedzieć się w internecie, czym jest rezerwat Indian Spokane i szkoła katolicka, ale już rozumie, co znaczy być dzieckiem, które chce się uczyć, gdy dorośli nie chcą, żeby się uczyło. Nie chcą, żeby uczyło się za dużo. I co to znaczy, że mimo to się uczy.

Bruches bee

Pewnej nocy, kiedy Gitti wyłącza światło, Rajzla zarzuca sobie koc na głowę i robi namiot, by oglądać internet. Ledwo zerka na ekran, namiot się trzęsie, bo Gitti wskakuje na łóżko.

- Co robisz, Rajzy? Uczysz się w nocy, gotowa na przyjęcie Tory?

Namiot natychmiast się zapada. Rajzla zatrzaskuje klapę laptopa.

- Gitti, nie bądź taka cadejkes, świętoszkowata i denerwująca. Idź spać.

- Nie chce mi się! - oznajmia Gitti.

- Świetnie, możesz nie spać, ale wracaj na swoje łóżko. Zostaw mnie. - Rajzla stara się nie okazywać złości i mówić obojętnie.

Gitti idzie na swoje łóżko. Głośno chrząka, więc Rajzla wie, że siostra nie śpi.

Czeka, aż się podda i zapadnie w sen. Nie ma wątpliwości, że jej własna ciekawość - jakie nowe sceny zobaczy w filmach tej nocy? - nie pozwoli jej zasnąć przez długie godziny. Słucha, jak oddech Gitti staje się równy i rozlega się lekkie pochrapywanie. Przypomina sobie, jak dawniej uczyła się w nocy.

* * *

Uczyła się w dzień i w nocy, w świetle latarki oglądała pod kołdrą fiszki z odpowiedziami.

- Nie mów mami - poprosiła siostrę.

Bruches bee był wielkim konkursem w szkole podstawowej, podobnym do konkursu ortograficznego, lecz zamiast pisać słowa, uczniowie musieli podawać nazwy prawidłowych błogosławieństw wypowiadanych przed spożyciem różnych potraw i po zakończeniu posiłku. Był to zwyczaj w chasydzkich szkołach dla dziewcząt, a dyrektorka, rebecyn Fried, postanowiła, że uczennice powinny wyjątkowo rygorystycznie przestrzegać zasad. Rajzla studiowała długie listy potraw, wszystkie kategorie błogosławieństw i liczne wyjątki. Każdej nocy szeptała pod kocem nazwy potraw i bruches, kierując słowa w stronę ogromnego ucha Der Baszefera, który wszystko słyszy.

Przez tydzień w każdej klasie odbywały się próby. Później zwyciężczynie z różnych klas brały udział w konkursie przed całą szkołą. Kiedy Rajzla miała udzielić odpowiedzi, mocno biło jej serce i ledwo słyszała, jak rebecyn Fried wymienia nazwę potrawy - później powinna podać nazwę błogosławieństwa. Nie wypowiadała całego błogosławieństwa, ale wersję skróconą, jedno słowo stanowiące kwintesencję: hu'ec, błogosławieństwo owoców rosnących w jej wyobraźni na wielkim drzewie; hu'adomo, błogosławieństwo pożywienia pochodzącego z ciemnej, tłustej ziemi jak na brzegach jeziora w górach Catskill. Mezojnojs, błogosławieństwo przypominające posypywanie mąką wszystkiego, co musi zostać upieczone, z wyjątkiem chleba, któremu należy się specjalne błogosławieństwo. Hamojci, przeznaczone dla ziemi rodzącej chleb. Szehakojl, błogosławieństwo wszystkich innych rodzajów pożywienia, podobne do ogromnego wózka na zakupy, obejmujące potrawy niepasujące do innych kategorii. A później błogosławieństwa po spożyciu posiłku. Zapamiętała je wszystkie. Kiedy stała na scenie, wyobrażała sobie smak każdej potrawy, nawet takiej, której nigdy nie próbowała, i przełykała ślinę przed wypowiedzeniem nazwy błogosławieństwa. Na tym polegał sekret jej sukcesu.

Koniecznie chciała odpowiadać prawidłowo. Nie popełnić błędu jak w czasie ćwiczeń z kuzynką Ruchy - nie użyć hu'ec, błogosławieństwa drzew, do orzeszków ziemnych, choć powinna użyć hu'adomo, błogosławieństwa ziemi.

- Źle! - mówiła kuzynka, uszczęśliwiona, że Rajzla popełniła błąd.

Nie przegra z powodu orzeszków ziemnych! Zdobędzie pierwsze miejsce i przyniesie do domu nagrodę: piękny kieszonkowy modlitewnik. Miał srebrną okładkę z dwoma lwami stojącymi na tylnych łapach, między którymi znajdowały się tablice z Dziesięciorgiem Przykazań, a na górze korona. Szkoła wyśle zawiadomienie do rodziców. Matka otworzy list, a ojciec będzie dumny. Zajdi mrugnie do Rajzli, jakby chciał powiedzieć: "Wiedziałem, że ci się uda!".

Modliła się o to, stojąc na scenie, która zbliżała ją trochę do himl i zwiększała poczucie, że Der Baszefer nie tylko słucha z nieba, ale też przemówi do niej, podpowie właściwe błogosławieństwo. Stwórca pomoże jej zatriumfować nad innymi uczennicami, w tym główną rywalką Dwojrą, która mówiła, że codziennie się uczy. Pochodziła z rodziny szanowanych rabinów i wszyscy spodziewali się, że wygra.

Rebecyn Fried wypowiadała nazwy potraw, zaciskała usta i patrzyła na każdą z dziewcząt. Kiedy Rajzla słyszała nazwy potraw, zadawała sobie pytania:

Bułeczki preclowe - więcej precli czy więcej bułki?

Knysz ziemniaczany - więcej ziemniaków czy więcej knyszu?

Banan z lodami i bitą śmietaną - więcej banana czy lodów z bitą śmietaną?

Z upływem czasu pytania stawały się coraz trudniejsze i uczennice, które znały tylko podstawowe błogosławieństwa, odpadały. Ale dziewczęta, które nauczyły się na pamięć wszystkich list, pamiętały, że banany i lody są równie ważne, więc potrzeba dwóch błogosławieństw.

Rajzli kręciło się w głowie na scenie, czuła gorące światła reflektorów. Spoglądała na morze twarzy, dziewczęta siedzące rzędami, znudzone, wiercące się na miejscach, szepcące do siebie. Nauczycielki nie mogły ich uspokoić. Na stole rebecyn Fried lśnił śliczny srebrny sidur, jakby nagrodą nie była książka, tylko gwiazda. Liczba uczestniczek się zmniejszała. Rywka musiała opuścić scenę, gdy powiedziała, że bruche dla popcornu karmelowego to hu'adomo, a nie szehakojl. Później Leja zapomniała, jaka jest bruche dla krupniku z grzybami. Została tylko Dwojra, lecz zapomniała, że ważną częścią racuchów serowych nie jest wcale ser.

- Mazel tow! - Rebecyn pogratulowała Rajzli i napisała jej imię na sidurze. - Obyś dalej przynosiła naches rodzinie i honor szkole!

Ostatnie bruche Rajzli brzmiało: "Bądź błogosławiony, Haszem, który sprawiasz, że pamiętam błogosławieństwa".

Za dużo

Teraz, kiedy Rajzla poznała studentów ubranych na czarno, często się spotykają.

Sam jest starsza. Ona i Rajzla nie chodzą na te same zajęcia. Ale mają je w te same dni, w tych samych budynkach. Kiedy Rajzla widzi ją na korytarzu, od razu poznaje niebiesko-czarne włosy.

Podbiega kilka kroków i staje obok Sam.

- Cześć, Razor! - mówi Sam. Rajzli mocno bije serce. Pozdrowiła ją, choć przekręciła imię. - Ładnie dziś wyglądasz. Fajna spódnica.

Zwykła wełna, ale czarna, więc podoba się Sam. Rajzla postanawia znowu ją włożyć, i to niedługo.

Zdaje sobie sprawę, że kiedy idzie obok Sam, staje się prawie niewidzialna - tak bliska normalności jak nigdy w college'u. Ludzie zwykle gapią się na nią, zwracają uwagę na jej dziwne ubranie i lekki akcent. Ale długa spódnica i rajstopy Rajzli to nic w porównaniu z gotyckim strojem Sam, metrami czarnej koronki i czarnymi butami na grubych gumowych podeszwach, ze stalowymi noskami. Sam nieustannie pobrzękuje; łańcuchy na jej szyi uderzają przy każdym kroku w nabijany ćwiekami pasek.

- Wychodzę. Zobaczymy się na lunchu - mówi i otwiera wyjście ewakuacyjne. Włącza się alarm i Rajzla musi zdecydować, czy iść z Sam i pozwolić ludziom myśleć, że to ona go uruchomiła, czy ruszyć za resztą studentów, jakby nie miała nic wspólnego z Sam. Rajzla idzie dalej. Dlaczego Sam to zrobiła? Rajzla czuje przez chwilę gniew, ale natychmiast ogarnia ją smutek, że nie jest dobrą przyjaciółką, że zdradziła Sam, nie idąc z nią.

* * *

W czasie lunchu Sam nie wspomina o tym, co się stało. Sam, Spark i Kurt dzielą się resztkami jedzenia Rajzli. Później, gdy idą przez bufet, Sam daje Rajzli znak, by wyszły na zewnątrz.

Rajzla chciałaby spędzić trochę czasu z Sam. Czuje rozkoszny dreszczyk, że Sam ją zaprosiła, zwłaszcza że Kurt i Spark mają zajęcia, więc zostaną same - pierwszy raz wyjdą z kampusu tylko we dwie. Ale na dworze panuje lodowaty chłód. Świeci słońce, lecz jest tak zimno, jakby za chwilę miał spaść śnieg. Jeśli Rajzla zgodnie z planem pójdzie do biblioteki, w laptopie czeka na nią ciepło.

- Zimno - mówi. - Nie lubię zimna.

- Zimno jest dobre - odpowiada Sam. - Tak samo jak gorąco, seks, hałas. Jeśli coś jest mocne, to znaczy, że żyjesz. Chodź. Przemarzniemy, aż stracimy czucie w palcach. A później, kiedy wrócimy, krew z powrotem popłynie do zamarzniętych komórek i będą nas szczypać ręce. To cudowne! - Dygoce na myśl o czekającej je rozkoszy.

Rajzla się zatrzymuje. Nie brzmi to kusząco.

- Nie umrzesz - uspokaja ją Sam. - To nie Antarktyda. Jeśli naprawdę będzie za zimno, zaraz wrócimy.

Ruszają.

- Dokąd idziemy? - pyta Rajzla.

- Tam, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. - Sam zna sekretne miejsce, niewielki park, w którym nikt nie będzie zawracał im głowy. Gdzie może zapalić maleńkiego niepapierosa. Siadają na ławce i Rajzla widzi, że Sam lubi trzymać coś gorącego w zmarzniętych, zdrętwiałych palcach i wciągać do płuc ciepło. Kiedy słodkawy, aromatyczny dym owiewa Rajzlę, nie jest już ciepły; to po prostu kolejny podmuch wśród wielu podmuchów powietrza. Podoba jej się to, jak Sam leniwie się rozgląda; grube beżowe rajstopy Rajzli dotykają czarnych butów Sam, która przypadkiem opiera kolano o jej kolano. To oznaka przyjaźni, swobody, a poza tym trochę łagodzi zimno.

- Nigdy nie byłaś nawalona w kamień?

Nawalona w kamień? Rajzla myśli o karze przewidzianej w Torze, ukamienowaniu, gdy ktoś jest chucpadik wobec rodziców, łamie szabas albo chas w' wszulem, ma związek z kimś, kto nie jest mężem. Czy to też kara za palenie?

- Nikt jeszcze mnie nie kamienował - odpowiada. Sam wybucha śmiechem.

- Nie żartuj. Byłaś kiedyś na haju?

- Robi to mój brat - odpowiada szeptem Rajzla, jakby ktoś mógł podsłuchać.

- Naprawdę? - Sam jest zainteresowana. - Twój brat studiuje w college'u?

- W jesziwie.

- Jeśli jest zabawny jak ty i bywa na haju, na pewno jest fajnym facetem.

To zupełnie nowa perspektywa: palenie Mojszego jako zaleta, coś pozytywnego.

- Hej, widzisz tego gościa?

Rajzla widzi mężczyznę z brodą. Nie chasydzką.

- Idź go spytać, czy da nam trochę trawki. Powiedz, że jutro przyniesiemy forsę.

- Jutro?

- Po prostu poproś o trochę zioła. Skończyło mi się. - Sam otwiera dłoń, pokazując smugę popiołu, nic więcej.

Rajzla kręci głową.

- Cholera! - rzuca gniewnie Sam. - Więc ja go poproszę!

Znika za rogiem szopy, a Rajzla martwi się, czy wróci. Siedzi samotnie i jest wściekła na Sam, że ją poprosiła i że ona odmówiła. Czy naprawdę coś by się stało, gdyby podeszła do mężczyzny?

Sam wraca. Zaciąga się dziwnym małym papierosem, pomarszczonym jak opuszka palca trzymanego za długo w kąpieli, i nie jest już zdenerwowana.

Rajzla poznaje zapach ubrań Mojszego, słodki, pozbawiony duszącego zapachu normalnego tytoniu. Wciąga go głęboko. Sam głęboko wdycha dym, a później odrzuca głowę do tyłu i wydmuchuje go, owiewając Rajzlę.

- Nie winię cię, że się nie zgodziłaś. Dlaczego miałabym cię o to prosić? Co byś na tym skorzystała? Nie chcesz palić, prawda? - Zatacza ręką łuk w stronę Rajzli.

Rajzla kręci głową. Wykluczone.

Sam znowu się zaciąga, ssie dym, jakby papieros był słomką i wciągała ogień. Jednak nie wybucha ogniem, staje się słodka, przechyla głowę na bok.

- Masz szczęście, Razor - mówi, wydmuchując dym. - Nie potrzebujesz tego gówna, żeby wytrzymać. Nie przeżyłabym ani dnia bez trawki. Ani nocy. Nawet pięciu minut. - Delikatnie pociera żarzącym się końcem papierosa o ławkę, aż ogień gaśnie. - Zostało ci coś z lunchu?

- Jesteś głodna? - pyta Rajzla. To coś, co może zrobić dla Sam. Szybko otwiera plecak, wyjmuje owiniętą w folię porcję babki czekoladowej i wręcza przyjaciółce.

W dłoniach Sam delikatne sploty ciasta przypominają rozwijający się warkocz, żyły kleistej czekolady są otoczone jasną powłoką. Wsadza do ust kawałek po kawałku.

- O mój Boże, Razor, jakie to pyyyyyszne! Jesteś niesamowita. Wiesz, o czym marzyłam!

Rajzla patrzy na Sam pożerającą babkę i wypełnia ją radość. Tak, wie, o czym marzy Sam. Kiedy ciasto znika, Sam wyciąga rękę w stronę Rajzli.

- Przepraszam, to wszystko, co miałam. Jutro przyniosę więcej - mówi Rajzla.

Sam nie cofa ręki. Widać dłoń i kawałek czekolady pod paznokciem. Wyciąga rękę do Rajzli, nie po ciasto.

Dotknięcie gojki nie jest zabronione. Ale już wcześniej dotknęła Sam, podając jej babkę, a gdyby miała więcej ciasta, znowu by jej dotknęła. Dotykanie, by dać jedzenie, tylko bez jedzenia. Rajzla chwyta dłoń koleżanki i szybko ją ściska.

- Jesteś naprawdę w porządku - mówi Sam.

Miętowy sznaps

Rajzla pakuje rzeczy i przenosi się do małego biurka w gabinecie rebecyn. Druga asystentka oświadczyła, że wychodzi za mąż, i zwolniła się z pracy.

Rajzla śledzi w swoim kącie wpływy rebecyn (zawsze większe) i koszty (zawsze mniejsze). Kolumny czarnych cyfr, nie kolumny ciała. Rajzla nie ośmieliłaby się oglądać porno w pracy. Rebecyn jest niewiarygodnie spostrzegawcza; wydaje się, że potrafi widzieć przez ściany. Siedzi za dużym biurkiem na tronie z drewna i wytartej skóry, ale wie, co się dzieje w każdym zakamarku budynku: kto ma klientów, a kto nie ma, która z jubilerek płacze z powodu zawodu miłosnego i nie widzi pereł przez łzy, który jubiler wstawia do pierścionka zaręczynowego tańsze brylanty. Skoro to wszystko wie, na pewno zauważyłaby najmniejszy ślad porno na ekranie laptopa.

Rebecyn wzywa Rajzlę, która z ociąganiem podchodzi do biurka szefowej. Jest piątek, krótki zimowy dzień, gdy wszyscy pracownicy idą do domu o drugiej po południu, by przygotować szabas. Ale rebecyn, która podobno ma pomocnicę przygotowującą posiłki szabasowe, zostaje dłużej i zmusza Rajzlę do pracy.

- Kim du. - Kiwa ręką, by Rajzla przysunęła krzesło do biurka. Zwykle siedzą obok siebie, przeglądając tygodniowe raporty.

- Zestawienie czynszów nie jest skończone - mówi Rajzla, ale rebecyn niecierpliwie kiwa dłonią.

Kiedy Rajzla siada, rebecyn patrzy na nią surowo. Rajzla zastanawia się, co przeoczyła, jakie braki zauważyła rebecyn.

Rebecyn pochyla się w stronę Rajzli, owiewając ją cuchnącym oddechem. Jest cierpki, ale ma w sobie coś słodkiego.

- Hub niszt chasene - mówi i cmoka, by podkreślić swoje słowa.

Rajzla się wzdryga. Czy się nie przesłyszała? Kiedy pojawia się wiadomość o czyimś weselu, zwykle ludzie się z nią droczą. Mirceszem baj dir! Jeśli Haszem tak postanowi, ty też wyjdziesz za mąż. Ale rebecyn mówi coś innego. Kilka centymetrów od ucha Rajzli rozlegają się najbardziej pozbawione romantyzmu słowa, jakie kiedykolwiek wypowiedziano w jidysz - przepowiednia? przekleństwo? - "nie wychodź za mąż".

- Dziewczyna z głową na karku nie powinna marnować zdolności - upomina rebecyn. - Niech inne dziewczyny rodzą dzieci. - Kiwa dłonią, by pokazać, jak bezużyteczne są takie dziewczyny.

Później, może rozumiejąc ból, jaki mogłoby to sprawić rodzicom Rajzli, pyta:

- Daan szwester, Gitti, ona też studiuje w college'u?

- Najn - odpowiada Rajzla.

- Dobrze. Niech da dzieci twojej matce. - Rebecyn wypija łyk ze szklaneczki w jednej czwartej wypełnionej przezroczystym płynem. Dolatuje z niej ostry zapach miętowego sznapsa, mający w sobie coś kojarzącego się z apteką. - Dzieci syna należą do mechatunim, teściów, a dzieci córki są twoje.

"Jakbyś mogła to wiedzieć" - myśli Rajzla.

Rebecyn niezgrabnie obejmuje Rajzlę ramieniem i mocno przyciska do siebie. Zerka na nią, ogląda od stóp do głów, jakby dokładnie sprawdzała rachunek.

- Jesteś bardzo inteligentna, a jidisze kop. - Kiwa głową, potakując samej siebie. - Lepsza od trzech księgowych! - Zdejmuje rękę z ramienia Rajzli i przechyla się, tracąc równowagę. Dotyka ustami policzka Rajzli, zostawiając na nim smugę śliny.

Rajzla instynktownie zrywa się z krzesła. Nic nie mówi, idzie szybko do swojego biurka, wyciera policzek chusteczką higieniczną, bierze notes, by schować go do torebki i iść do domu. Nie obchodzi jej to, że nie wykonała pracy.

Nagle staje obok niej rebecyn. Próbuje utrzymać równowagę, opiera dłoń na komputerze, który leży zamknięty na biurku Rajzli.

- Gdzie zabierasz laptop?! Są w nim moje dokumenty finansowe. Nie może opuścić budynku bez mojego zezwolenia.

Rajzla wpada w panikę. Nie może wyjść bez komputera.

- Skończę pracę w domu. I muszę napisać wypracowania domowe - bąka.

- Taka smutna buzia... - Rebecyn odrywa dłoń od laptopa i gładzi Rajzlę po policzku.

Rajzla nie ośmiela się poruszyć; czuje na twarzy suchą dłoń rebecyn.

- Nie martw się. Mam dziś dla ciebie dobre nowiny, Rajzele. Podnoszę ci pensję. Cieszysz się? - Rebecyn unosi brwi. Co dziwne, jej szajtl również trochę się unosi.

Lekkie uniesienie się peruki i odór sznapsa mają w sobie coś przyprawiającego o zawrót głowy. Rajzla czuje falę mdłości wzbierającą w żołądku i chce wyjść. Ale ma ciężkie nogi, czuje w nich mrowienie. Boi się, że nie zdoła nimi poruszyć, gdy będzie ich potrzebowała.

- Nie odpowiadasz? Uważaj, żebym się nie rozmyśliła, szejfele. Nie spraw, żebym zaczęła się zastanawiać, czy tego chcesz.

- Szkojech, rebecyn - szepce Rajzla. - Dziękuję.

- Git. - Brwi opadają, peruka osiada na czole. W końcu rebecyn zdejmuje dłoń z twarzy Rajzli i przestaje ją głaskać po policzku. - Dobrze. Ale to ma zostać między nami, Rajzele. Podwyżka, ale nie dla twoich rodziców. Wiem, że zabierają ci pensję. Dlaczego pracowita córka nie ma mieć czegoś dla siebie?

- Ja - mówi Rajzla, starając się nie oddychać. Chce przytaknąć, ale nie czuć zapachu rebecyn. Już teraz rozumie, że w przyszłości będzie potrzebowała pieniędzy. - Pozostanie to tylko między nami - zgadza się.

- Git szabes. - Rebecyn odwraca się plecami do Rajzli.

Szybko, szybko, zanim rebecyn wysunie dodatkowe warunki, rozmyśli się, a nawet zatrzyma Słońce, Rajzla chwyta komputer i wybiega z gabinetu, zmuszając nogi do ruchu. Mija puste boksy, gablotki z pustymi aksamitnymi podkładkami i niewielkie szklane lustra, w których nie odbijają się teraz uszy i szyje ozdobione klejnotami. W końcu dociera do drzwi wyjściowych.

Martwa z zapomnienia

Rajzla siedzi wyprostowana na łóżku. Ranek przepływa nad nią jak chłodna fala i przewraca ją z powrotem na poduszkę. Wczoraj wieczorem zapomniała odmówić Szma! Czy naprawdę się obudziła? A może tylko śni, że nie śpi, choć tak naprawdę nie żyje, bo zapomniała o B.?

Odmawia Szma co wieczór od czwartego roku życia. Mówiła ją nawet w czasie gorączki, gdy bredziła od rzeczy - nawet kiedy miała zapalenie oskrzeli i kasłała po każdym słowie. Od czwartego roku życia wierzy, że jeśli nie odmówi Szma, więcej się nie obudzi.

Odrzuca kołdrę i wyskakuje z łóżka, przerażona. Upewnia się, gdzie jest. Stoi w półmroku, dygoce. Dygoce z zimna, więc nie jest martwa, lecz nie jest również żywa. Z przyzwyczajenia staje zwrócona twarzą na wschód, a także łóżka Gitti. Słyszy głęboki, równy oddech siostry. Kaloryfer nie wydaje żadnych dźwięków. Jak mogła zapomnieć odmówić Szma?! Poprzedniego wieczoru oglądała film po filmie, dotykała się, aż wreszcie... zasnęła. Skóra jest ciągle wrażliwa, czuje lekkie mrowienie między jej fałdami. Przypomina sobie piękną dziewczynę, która całowała inną dziewczynę. Siedziały nad basenem, ich leżaki stały obok siebie. Jedna z dziewczyn zdjęła stanik przyjaciółki, a późnej ujęła w dłonie jej złociste tittes. Rajzli nie podobały się brudne słowa, które słyszała - cycki, cyce. Kiedy jest sama, może ściszyć głośność. Nie zna dobrego słowa w mamaluszn, więc wymyśla własne - titte. Nie jest to słowo z jidysz ani z angielskiego. Nowe słowo z rajzlowskiego. Obejrzała cały film, gdy dziewczyny dotykały i całowały tittes, zupełnie inne od jej własnych. Jej są mlecznobiałe. Tittes dziewczyn z filmu były opalone, miały kolor miodu.

Właśnie dlatego zapomniała odmówić Szmę!

- Wybacz mi - szepce i zamyka oczy. Musi się pomodlić. Zaciska pięść i uderza się w pierś, puka do drzwi własnego mostka. Uszamni, bugadni, guzalni. Wypowiada przejmującą spowiedź na Jom Kippur, ale później przerywa, zawstydzona. Czy ma prawo wypowiadać wspólną spowiedź - zdradziliśmy! kradliśmy! - skoro poprzedniej nocy grzech popełniła tylko ona? "Patrzyłam!" - uderza się w pierś. "Widziałam dziewczyny!" - uderza się w pierś. "Patrzyłam, dotykałam, znalazłam, znowu patrzyłam". Uderzenie, uderzenie, uderzenie, uderzenie. "Zapomniałam odmówić Szmę" - uderza się w pierś. "Zapomniałam o Tobie". Drży, cienka koszula nocna nie chroni przed zimnem.

Jak sprawić, by nigdy więcej nie zasnęła za wcześnie i nigdy się to nie powtórzyło? Czy powinna odmawiać Szmę przed oglądaniem porno, a nie później? To dylemat. Jeśli odmówi modlitwę przed porno, będzie się czuła, jakby położyła Der Baszefera spać, żeby nikt (nawet Der Baszefer!) nie widział, co robi po modlitewnym pożegnaniu. Jeśli odmówi Szmę wcześnie, wtedy Der Baszefer opiekuje się nią w nocy, niezależnie od jej grzechów... A jeśli oglądanie porno unieważnia Szmę? A jeśli, kończąc Szmę i patrząc w ekran, naraża na niebezpieczeństwo wszystko, o co się modli - bezpieczeństwo rodziców, Josiego, Gitti, Mojszego, a nawet Szlojmiego? Nie, dalej będzie odmawiać Szmę po porno. Zapach jej ciała zmiesza się z potężnymi słowami, jakby modlitwa również miała zapach. Zamknie oczy, ale będzie czuć swój zapach, a jej usta będą otwarte do modlitwy.

Znowu uderza się w pierś, przysięgając, że nie zaśnie, nim nie odmówi Szmy.

- Co się stało, Rajzy?

Otwiera oczy. Jest ciągle zbyt ciemno, by widzieć wyraźnie twarz Gitti, ale dostrzega sylwetkę siostry siedzącej na łóżku. W jej rozespanym głosie brzmi troska.

- Dlaczego tak się bijesz w piersi? Przyśnił ci się koszmar?

- Najn - ucisza ją Rajzla. - Odmawiam modlitwę. Idź spać.

Co słyszała Gitti? Chociaż jest zimno, zawstydzona Rajzla czuje na szyi i policzkach falę gorąca. Nie wystarczy nie spać, by odmówić Szma Jisruel. Musi przestać oglądać filmy.

Odwraca się tyłem do Gitti i dalej się modli. Stoi zwrócona twarzą w stronę swojego łóżka i bezdźwięcznie porusza wargami.

"Nie będę więcej oglądać".

"Skończyłam. Nigdy więcej".

Nie umarła tej nocy. Der Baszefer dał jej ostatnią szansę. Jeśli okaże skruchę, może odzyskać życie. Przyciska pięść do piersi, ale się nie uderza - nie chce jeszcze bardziej niepokoić Gitti. Po prostu mocno przyciska pięść do piersi, jakby chciała wbić ją w ciało i dotrzeć do serca. Jakby wciśnięcie słów modlitwy w głąb ciała mogło wszystko zmienić.

Opuszcza pięść. Wie, że modlitwa nie jest szczera. Der Baszefer też to wie. Czuje w brzuchu ruchy jelit, zaraz dostanie biegunki. Chwyta szlafrok i pędzi korytarzem do toalety.

Borsalino

W Cohen College jest wielu żydowskich studentów. Dziewczyny w dżinsowych spódnicach i chłopcy noszący jarmułki zrobione na drutach siedzą razem na kanapach w ośrodku organizacji żydowskiej Hillel. Na zajęciach też trzymają się razem, wspólnie odrabiają prace domowe. Niektórzy pozdrawiają Rajzlę skinieniem głowy, ale się do niej nie odzywają. Są nowoczesnymi ortodoksami, ale nie chasydami; Rajzla z ulgą widzi, że nie uważają jej za członkinię swojego klanu. Zgadza się z ich opinią: nie jest taka jak oni. Nie rozstają się ze smartfonami, internet jest normalną częścią ich życia, jak powietrze i bajgle. Widziała nawet kilka par trzymających się za ręce. Studia w college'u, uzyskanie dyplomu, praca - w ten sposób wyobrażają sobie życie. Nie uczestniczą w zajęciach w szabas, ale sami wybierają program studiów i ludzi, których kochają.

Na kampusie pojawia się młody mężczyzna chodzący w kapeluszu, bardziej religijny niż inni Jidn. Uczestniczy w zajęciach z algebry i Rajzla podziwia jego odważny strój. Nie nosi czarnej jarmułki zrobionej na drutach i niewidocznej we włosach ani aksamitnej jarmułki, tylko czarny kapelusz borsalino. Zawsze zajmuje miejsce z tyłu, bo zasłaniałby białą tablicę studentom siedzącym z przodu.

Mężczyźni należący do rodziny Rajzli nie noszą takich kapeluszy, jednak Rajzla czuje, że łączy ich jakieś pokrewieństwo. Czy to jej ziweg, bratnia dusza, koledż sziduch? Nie wolno jej szukać sobie męża, ale wydaje się, że popycha ich ku sobie magnetyczna siła. Zawsze idą korytarzem o tej samej porze. Czy wszyscy wiedzą, że jest niezwykły, i mają wrażenie, że ciągle przebywają w jego towarzystwie?

Dziś, czując dreszcz emocji, Rajzla wsiada za nim do windy i widzi, że Borsalino naciska guzik tego samego piętra. Jedzie do biblioteki. Normalnie by się do niego nie odzywała, ale w tym tygodniu jest Purim, i ma dwie paczuszki z prezentami wybrane ze stosu, które przygotowała z Gitti dla rodziny i przyjaciół. Przyniosła je do college'u dla Sam i innych żarłocznych gotów, a teraz ma powód, by się odezwać do Borsalina.

- Ich hejs Rajzl - przedstawia się, gdy Borsalino siada przy stole.

Ledwo na nią zerka.

- Algebra - mówi, poznając Rajzlę. - Azoj. - Później zajmuje się swoimi sprawami: otwiera plecak, wyjmuje stos książek, w końcu ostrożnie kładzie kapelusz na stole.

Chłodna odpowiedź mogłaby zniechęcić inne dziewczęta, ale wystarcza Rajzli. Nie przejmuje się, że Borsalino na nią nie patrzy, prawie się nie odzywa. To typowe zachowania studentów jesziwy, oznaki, że jest tym, kim powinien być.

- Szalach munes - mówi Rajzla i kładzie na stole paczuszkę z dwoma humentaszami i miniaturową butelką wina. To zwraca jego uwagę.

- Ładne! - odpowiada ze znacznie większym entuzjazmem. - To miłe! - Rozwiązuje kokardkę i otwiera grube plastikowe opakowanie. Chowa wino do plecaka, zostawia na stole dwa trójkątne ciasteczka z marmoladą śliwkową. Znowu skupia uwagę na podręczniku. Rajzla zamierza odejść, bo uznaje, że Borsalino więcej się nie odezwie, lecz wtedy młody mężczyzna mówi:

- Szkojech.

Rajzla lekko kiwa głową w odpowiedzi na podziękowanie.

- A frejlechen Purim - odpowiada, mając nadzieję, że Borsalino powie to samo i jej święto też będzie szczęśliwe. Nabiera śmiałości i pyta, czy Borsalino szuka żony.

- Rozmawiasz z szadchenem?

Tym razem unosi oczy znad książki.

- Ja. Szadchen szuka mi dziewczyny, która zostanie w domu. Żadnej szkoły, żadnej pracy, tylko dom.

Rajzla czerwienieje. Jego słowa pieką mocniej niż uderzenie w policzek. Czy zauważył, że się żachnęła?

- Po co kala miałaby pracować? - dodaje. Jego ton jest łagodniejszy, ale nie zbyt łagodny. - Właśnie dlatego się uczę.

Czuje ukłucie żalu, że dała mu szalach munes. Chciałaby odebrać mu podarunek, ale jest za późno. Wymamrotał błogosławieństwo i wsunął hamentasz do ust; spadło mu na brodę kilka okruszków słodkiego ciasta mami. Jest dokładnie taki, jaki powinien być. To ona nie jest taka, jaka powinna być. Chce, żeby ten mężczyzna był taki, jaki jest, a jednocześnie stał się trochę inny.

Córa Izraela

Paznokcie doktor Podhoretz lśnią. Odbija się w nich światło, gdy wyciąga pióro w stronę Rajzli.

- Nie chcesz wyjść za mąż? - pyta.

Rajzla kręci głową.

- Chcę, ale nie mogę - poprawia terapeutkę. - Mami wysłała mnie do pani doktor, bo powiedziałam jej i swatce, że nie chcę randek.

Żadnych bszoł. Oznajmiła matce, że boi się seksu, co jest prawdą. Boi się, że nie znajdzie męża. To także prawda! Ale nie cała.

- Nie możesz wyjść za mąż? - Doktor marszczy brwi. - Dlaczego?

Rajzla zaciska tęgie uda tak mocno, że są jak zszyte pod długą wełnianą spódnicą. Boi się, że nawet gruba warstwa tkaniny nie uchroni jej przed obnażeniem jakiejś części własnej osobowości. Powie jednak prawdę, bo chce znaleźć męża.

- Za dużo oglądam - mówi, ale psychoterapeutka nie reaguje - na komputerze - dodaje i oblewa się rumieńcem. Pali ją czoło, uszy też.

- Zaczekaj, masz na myśli pornografię?

Rajzla lekko kiwa głową, cień potwierdzenia. Tak, ogląda pornografię. Szmuc.

- Rozumiem. - Doktor Podhoretz kiwa głową, jakby nie było w tym nic niezwykłego. - Porozmawiajmy o tym. Co najchętniej oglądasz?

Co najchętniej ogląda? Dlaczego psychoterapeutka o to pyta? Rajzla patrzy na sufit, jakby odpowiedź wirowała jej nad głową.

- Ich wajs niszt - mruczy. Nie wiem. Nie jest pewna, co się z nią dzieje, gdy ogląda nocą porno. Myślała, że doktor Podhoretz wyjaśni, jak przestać to robić, ale jeszcze tego nie zrobiła.

Pytanie doktor Podhoretz przypomina Rajzli o filmie widzianym poprzedniej nocy. Nosił tytuł Zabawy studentek. Trzy dziewczyny leżały na brzuchu na łóżku, w spódniczkach, ale bez majtek. Widać było ich gołe tuches. Dwie grały w niemądrą grę wideo, paplały i śmiały się, a tymczasem mężczyzna sztupał tę w środku. Czy nie były za stare, żeby się bawić w te gry? Czy nie widziały, co się dzieje między nimi? Nie zauważyły sztupu? Dziewczyna w środku milczała, ale czasami wyciągała rękę do tyłu i trzymała się za tusz. Rajzla pamięta ładny manikiur, jasnoróżowe paznokcie.

Mocniej zaciska nogi, zdając sobie sprawę, że wspomnienie filmu wywołało reakcję. Uśmiecha się słabo, zastanawiając się, czy doktor Podhoretz to zauważyła.

Ale Podhoretz przechyla głowę na bok i mówi:

- Możesz powiedzieć coś więcej? Najlepiej po angielsku. Przykro mi, słabo mówię w jidysz.

Nie wygląda, jakby było jej przykro, ale Rajzla wciąga głęboki oddech. Przygotowuje się. Wydaje się to niemożliwym zadaniem. Powiedzieć to, co wie.

To nieważne, że jej wiedza jest całkowicie wirtualna. Nikt oprócz niej nie dotykał jej ciała. Ale filmy zapisane w pamięci nie dają się wymazać ani ukryć. Nie przyleci żaden anioł, by usunąć wiedzę. Anioł podobny do tego, który uczy każde dziecko Talmudu w łonie matki, a później w chwili narodzin zamyka mu usta, pozostawiając między nosem a wargami niewielkie wgłębienie, by przypominało, że dziecko znowu musi się nauczyć Talmudu z nową świadomością, z własnej woli. Gdyby Rajzla mogła leżeć w łożu małżeńskim równie niewinna jak nowo narodzone dziecko, które nie ma o niczym pojęcia i pragnie się nauczyć przyjemności seksualnych, gdyby nie miała żadnych doświadczeń cyfrowych...

Jednak jest już za późno na taką czystość. Zapada się w fotelu, a ciemnoczerwona skóra niemiłosiernie skrzypi przy każdym poruszeniu. Czuje strach przed seksem, który ją czeka - kąpiel rytualna, seks w piątkowy wieczór. Czy zdejmie piękną suknię ślubną i zostanie naga? Czy kiedykolwiek namówi chusena, przyszłego męża, by dotknął jej tam językiem? Na podstawie tego, co robią kobiety na filmach, Rajzla uważa, że nie będzie mogła bez tego żyć, i obawia się, że chusen uzna ją za prost, prymitywną dziewczynę o brzydkich pragnieniach. Czasami ośmiela się mieć nadzieję: jeśli choć raz weźmie do ust penis chusena, on też nie będzie mógł bez tego żyć. Przekonało ją o tym porno.

Jeśli natychmiast przestanie oglądać porno, może zdoła jeszcze znaleźć chusena. Wyjść za mąż.

- Może mi pani pomóc z tym skończyć? - pyta Rajzla.

- Chcesz z tym zerwać? - Doktor P. opuszcza podbródek i obserwuje Rajzlę znad okularów. Zadaje pytanie tym samym spokojnym tonem, jakim ustaliła podstawowe fakty. Jak dotąd poznała znaczenie imienia Rajzli ("róża" w jidysz), jej wiek (osiemnaście i pół roku) oraz kolejność narodzin rodzeństwa (jest trzecia, ma trzech braci i siostrę).

- Tylko pięcioro dzieci? Dlaczego tak mało? - spytała wcześniej Podhoretz. Rajzla nie chciała mówić o poronieniach mami, zdradzać sekretów rodzinnych. Mami powiedziała, że chociaż doktor P. nie należy do społeczności chasydów, pracowała z innymi rodzinami. Prawdopodobnie zajmowała się kłopotami sercowymi i curis: matkami lubiącymi sznapsa, ojcami tłukącymi talerze, chłopcami przed bar micwą. Czasami pannami młodymi, które nie krwawią w noc poślubną, a nigdy nie podeszły do konia.

A teraz Rajzlą, córą Izraela, uzależnioną od porno.

- Nie mogę przestać - mówi Rajzla. - Oglądam filmy każdej nocy. - Lekki ruch pióra doktor Podhoretz sprawia, że Rajzla zapomina, co powiedziała.

- Każdej nocy? - pyta doktor. - Masz w domu internet?

- Tak - odpowiada Rajzla i kurczy palce w czarnych pantoflach na płaskim obcasie. Wyszedł na jaw kolejny sekret.

- Tati jest kierownikiem sklepu z elektroniką, a odkąd uszkodził sobie plecy, pozwalają mu czasem pracować w domu. Założono mu internet, by odbierał mejle. Nie wie, że znam hasło i łączę się z internetem przez laptop, którego powinnam używać tylko do nauki rachunkowości. Studiuję w Cohen College, jestem w grupie najlepszych studentów. Mam stypendium.

Rajzla szybko podaje szczegóły, znacznie łatwiej o nich mówić niż o filmach.

- Poza tym pracuję kilka godzin tygodniowo w firmie na Forty-Seventh Street - ciągnie. - Kiedy uzyskam dyplom, zacznę pracować na pełny etat. To już zaaranżowane.

- Zaaranżowane? - pyta doktor Podhoretz. - Jak małżeństwo?

- Mam laptop - odpowiada niecierpliwie Rajzla. Doktor P. nie rozumie najważniejszego. - Wolno mi z niego korzystać, bo to parnusa, zarobki. Daję pieniądze mami, a ona je oszczędza na moje wesele. A na razie, dopóki nie wyjdę za mąż, pieniądze pomagają utrzymać moich braci. Za kilka lat będą pracować jak tati, ale w tej chwili całymi dniami studiują Torę. Mam przy sobie komputer wszędzie, gdzie chcę. W szkole, w domu, w łóżku. - Rajzla znowu się rumieni, ale policzki doktor P. są idealnie gładkie, nie okazuje żadnych emocji. - Nikt inny nie może mieć komputera w domu, bracia, siostra, przyjaciółki - dodaje Rajzla. - To zabronione.

- To niezwykłe, że taka młoda dziewczyna jak ty studiuje w college'u przed wyjściem za mąż, prawda? - pyta doktor Podhoretz.

Rajzla kiwa głową. Niewiele brakowało, by tati się nie zgodził.

* * *

Wiosną zeszłego roku, kiedy Rajzla pokazała tatiemu list z informacją o przyjęciu do college'u, machnął ręką. Uznał to za bluźnierstwo.

- Koledż jest tumeh! - powiedział.

Mami wstawiła się za Rajzlą, oświadczyła, że studiowanie rachunkowości nie byłoby niewłaściwe, że Rajzla ma głowę do liczb. Przypomniała tatiemu, ile zarabia księgowy. A poza tym nic by to nie kosztowało. Gurniszt! Rajzla dostała stypendium!

- Gurniszt mit gurniszt - powiedział lekceważąco tati, unosząc wzrok znad Gemary. Żaden koszt, żaden zysk.

- Proszę! - odezwała się Rajzla.

Przerwał lekturę, zacisnął usta i popatrzył na Rajzlę. Zdjął jarmułkę z czubka głowy, wygładził prawie łysą głowę i nieco gęstsze włosy z tyłu, a potem umieścił jarmułkę dokładnie w tym samym miejscu.

Spoglądał nieruchomym, rozkazującym wzrokiem.

- Raaaajzl - wymówił jej imię w tradycyjny sposób, przeciągając słowo, aż zmieniło się w zdanie. - Niszt kan nauki ścisłe - rzekł. - Żadnej biologii, małp. Wiesz, skąd się wzięłaś. Tylko księgowość.

Rajzla zgodziła się na warunki tatiego. Nie wspomniała o zajęciach obowiązkowych i fakultatywnych. Nie powiedziała, że dostanie komputer w ramach stypendium. Według gojskiego kalendarza była wiosna 2012 roku i wielcy rabini niedawno zakazali internetu. Na stadionie Citi Field, w obecności czterdziestu tysięcy mężczyzn, oznajmili, że internet, z filtrami, może być używany tylko w pracy. A jesziwy nie mogą przyjąć żadnego ucznia mającego internet w domu. Rajzla usłyszała o tym od koleżanek w żeńskiej szkole średniej, do której chodziła, gdy obejrzały transmisję w internecie. Internet powiedział im, że nie wolno im korzystać z internetu.

Była w głębi duszy zadowolona, że jej korzystanie z internetu nie utrudni braciom wstępu do jesziwy. Szlojmi i Mojsze uczyli się już od lat, a Josi, młodszy brat, niedawno miał bar micwę, po czym został sprawdzony przez rabinów i przyjęty do jesziwy.

W końcu tati się zgodził. Pod koniec lata, gdy zaczął się pierwszy semestr studiów, Rajzla dostała komputer w ramach stypendium. Był cienki i srebrzysty, z nadgryzionym jabłkiem na środku pokrywy. Nawet gdy był wyłączony, wydawał się ciepły, jakby emanował energią w torbie z książkami. Kiedy wracała z metra do domu, obejmowała torbę ręką, obawiając się, że na zatłoczonym chodniku, wśród kobiet pchających wózki spacerowe i mężczyzn śpiesznie idących z plastikowymi reklamówkami, ktoś może rozpoznać kształt laptopa. Może poczuć jego ciepło.

Kiedy dotarła do domu, zrozumiała, że nic nie wie. Nie wiedziała, jak włączyć komputer, jak go otworzyć, jak zainstalować darmowe oprogramowanie college'u. Umiała tylko trzymać laptop.

* * *

- Co zrobiłaś? - pyta zdziwiona Podhoretz. - W jaki sposób się nauczyłaś?

Rajzla wzrusza ramionami. Bibliotekarka pomogła jej złożyć podanie do college'u, a teraz opiekunka naukowa pokazała, jak posługiwać się Google, szukać życia w internecie.

- Możesz się zarejestrować online - powiedziała. - Wybrać zajęcia, to, czego chcesz się uczyć.

- Czego chcę?

- Cóż, w pewnych granicach. Jako studentka pierwszego roku nie masz zbyt wielkiego wyboru. Ale możesz coś wybrać. Tutaj - dodała. Odwróciła monitor w stronę Rajzli, by mogła go obserwować, i zaczęła pisać. - W-w-w - rzekła. - Kropka. Cohen College. Kropka. E-d-u. W internecie są też podręczniki. Możesz kupić używane w Amazonie. Przemówienie rektora do nowych studentów jest na YouTubie.

Wpisywała wszystko do Google, każde życzenie i rozkaz, które znikały w komputerze, stawały się niewidzialne, a później materializowały na ekranie.

- Opiekunka nauczyła mnie podstawowych rzeczy - mówi Rajzla. - Obsługę aplikacji poznałam z filmów na YouTubie.

- Sama się nauczyłaś. Nikt ci nie pomógł.

- Ja - potakuje Rajzla.

Doktor P. przekrzywia głowę, zastanawia się nad jej słowami.

- Dlaczego do mnie przyszłaś, Rajzlo? Dlaczego poszukujesz pomocy?

- A więc nie może pani mi pomóc?

- Tego nie powiedziałam. Ale mogłaś porozmawiać z rabinem. Albo żoną rabina. Rozmowa w jidysz byłaby łatwiejsza.

Rajzla ma krągłą twarz, ale kiedy się złości, jej policzki się zapadają. Piegi i skóra czerwienieją.

- Jeśli pójdę do chasyda, nie mam szans na sziduch. Nie wyjdę za mąż! Albo dostanę nebisza, żałosnego chłopca, którego nikt inny nie chce!

- Nikomu nie powiedziałaś?

- Oczywiście, że nie!

- I ciągle przestrzegasz zasad skromności?

Rajzla zerka na golf, na którym ma kardigan. Przesuwa ręką po ciele, jakby chciała powiedzieć, że Podhoretz sama może zobaczyć. Może w styczniu wszyscy pacjenci noszą swetry w środku zimy i musiała spytać Rajzlę o zasady skromności? Ale widać wyraźne oznaki. Skrawek grubych, beżowych rajstop Rajzli, podobnych do drugiej warstwy skóry, widoczny od łydki do kostki. Zupełnie nie przypominają ciała; z tyłu znajduje się szew podobny do spłowiałej, wypukłej blizny. Długie rękawy włożone na długie rękawy. Rajzla ma nadzieję, że grube warstwy ubrania staną się antidotum na porno, a przynajmniej zabezpieczą przed tym, że ktoś odkryje jej obsesję.

Nawet bez takich plotek trudno jej znaleźć męża. Ma wiele wad. Jej najstarszy brat, Szlojmi, ożenił się przed dwoma laty i urodziło mu się dziecko, ale następny brat, Mojsze - ulubieniec Rajzli - skończył dwadzieścia lat i ciągle jest kawalerem. Rajzla podejrzewa, że nie jest jedyną osobą widzącą go z papierosem, który okazał się nie być papierosem.

A poza tym jej włosy mają odcień miedzi. Związuje je z tyłu, by wygładzić bujne kędziory, ukryć rudą barwę. Rodziny młodych mężczyzn szukające narzeczonych mogą unikać rudowłosych dziewcząt, chyba że mają już w rodzinie kogoś o podobnym kolorze włosów.

Mami zaprzecza, że są rude.

- Niszt rojt! - zaprotestowała w czasie rozmowy ze swatką. - Cynamonowe - dodała i pociągnęła jedno z pasm włosów Rajzli, jakby chciała poprawić perspektywy małżeńskie córki, czyniąc jeden lok prostym, gładszym. Mniej rudym.

- Cóż, siedzisz tu ze mną - mówi Podhoretz. Opuszcza podbródek i uśmiecha się, lecz jednocześnie unosi jedną brew, tworząc łuk buntowniczego pytajnika. Twarz poruszająca się w dwóch kierunkach. Rajzla patrzy na idealnie proste, ciemne włosy doktor P. upięte w schludny kok. Na pewno są własne, to nie peruka. Ma na sobie kremową jedwabną bluzkę z długimi rękawami i kokardką pod szyją. Mogłaby być skromna, ale nie jest, bo z przodu jest obcisła. Nosi obrączkę i pierścionek z brylantem, ale nie przypomina żadnej z mężatek, które Rajzla zna. Ściany gabinetu pokrywają półki pełne książek, wszystkie z tytułami po angielsku. Na ścianie wisi obraz przedstawiający złociste kwiaty w wazonie. Gabinet pachnie odświeżaczem powietrza o zapachu owoców cytrusowych, oleistymi środkami czyszczącymi, a także kurzem. Obok fotela doktor P. stygnie kawa. Z tyłu stoi biurko ze stosami książek, a na podłodze widać do połowy ukryte brązowe pantofle na płaskim obcasie, siostry płaskich pantofli Rajzli.

Doktor P. ma ładne paznokcie. Bezbarwny lakier i białe końcówki przypominają Rajzli dziewczynę z filmu widzianego zeszłej nocy. Zanim zaczął się sztup, kiedy tusz dziewczyny był uniesiony w górę, Rajzla widziała wszystko: różowy owal, lśniące fałdy skóry otaczające ciemną, fioletową loch. Była też druga loch, mała i pomarszczona, jeszcze ciemniejsza. Kiedy jedna dziura jest tuż nad drugą, w którą wchodzi szwanc? Obejrzała film, żeby się dowiedzieć. Martwiła się o dziewczynę, czuła ulgę, gdy szwanc za każdym razem wchodził do właściwej dziury, ale także zastanawiała się, niezadowolona: "Dlaczego nie druga dziura?". W niektórych filmach mężczyźni sztupali kobiety w tuches. Skąd szwanc wie, gdzie wejść? W tym filmie twarz mężczyzny nigdy się nie pojawiała, nie można było odgadnąć, czego chce albo co za chwilę zrobi. Może dlatego dziewczyna trzymała się za tusz, różowe czubki palców wskazywały szmundi. Znak dla szwanca: idź tam.

Rajzla wierci się w fotelu. Milczy. Jak może to wytłumaczyć w jakimkolwiek języku? Mówienie o tym w jidysz na pewno nie byłoby łatwiejsze. Nikt, kogo zna, nie wypowiada w jidysz słów oznaczających to, co widziała. Nigdy nie słyszała o tuches, szmundi! Znalazła je w internecie, wraz z innymi szmucige słowami związanymi ze sztupaniem.

Doktor P. nie wydaje się zniechęcona.

- Kontynuujmy. - Znowu celuje piórem w Rajzlę. - Jak zaczęłaś oglądać porno?

- Znalazłam je w Google.

- Pornografię?

Rajzla kręci przecząco głową.

- Wpisałam do Google nazwę Der Baszefer, żeby zobaczyć, co internet mówi o Stwórcy, a później wpisałam... - Nie może używać świętych imion. Łatwiej je napisać niż wypowiedzieć na głos. - Wpisałam również słowo Haszem. - Wydaje się to głupie, że kiedyś myślała, że komputer wyjaśni, czym jest B., odkryje nowe aspekty świętości. W pierwszych tygodniach i miesiącach posiadania laptopa, kiedy zdała sobie sprawę, że internet może tak wiele wyjaśnić, chciała odkryć wszystko. Ale świat wirtualny bywał rozczarowujący. Internet wyjaśniał, dlaczego należy mówić Haszem - Imię - zamiast posługiwać się prawdziwym imieniem B., lecz Rajzla już to wiedziała. - Wpisałam też angielskie słowo "GOD" i pojawiło się mnóstwo obrazów mężczyzn! - Rozumiała, że goje czczą człowieka, a jednak przeżyła szok. Na jednym mężczyzna z rozwianymi włosami i brodą wychylał się z chmury, wyciągając palce w stronę ręki nagiego mężczyzny. - Kiedy to zobaczyłam, wpadłam na inny pomysł. Napisałam "pocałunek". W internecie są obrazy wszystkiego. Wystarczy dać internetowi słowo, a on pokazuje obrazy. Mnóstwo ludzi się całowało. Mężczyźni z długimi włosami i meszigene makijażem, mężczyźni całujący mężczyzn i kobiety całujące kobiety.

- Podobało ci się to - mówi doktor Podhoretz.

Mogłoby to być pytanie, ale Rajzla tak nie sądzi.

- Chciałam zobaczyć więcej obrazów. Wszystkie obrazy, których nie mogę znaleźć gdzie indziej. Napisałam "seks" i znalazłam filmy. Jeśli ktoś próbuje znaleźć seks, znajduje seks. Nie opowiadania o seksie.

W filmach jest mnóstwo angielskich słów, których Rajzla nie zna, więc prosi internet, by przetłumaczył je na jidysz. Penis to szwanc, a cipka szmundi. Seks to sztup. Angielskie nazwy są dziwne i brzydkie. Pizda? Gojska nazwa na gojskie miejsce, choć Rajzla też ma coś takiego. Znajduje w Google wszystkie szmucige słowa i sprawdza, jak brzmią w jidysz. Lepsza od cipki jest szmuszka, bo zawsze jest szmuszkuje, albo loch, dziura. Kiedy do tego dochodzi, to gaansa maase, czyn. Internet daje Rajzli obrazy i filmy, w razie potrzeby tłumaczy słowa na inne słowa. Nieznany jidysz, który ciągle jest mamaluszn, rodzimym językiem, choć rodzina nigdy nie używa tych słów.

- W porządku - mówi doktor Podhoretz. - Rozumiem, w jaki sposób zaczęłaś oglądać pornografię. Nikt z twojej rodziny nie zdaje sobie sprawy, że to robisz? Że wchodzisz do internetu?

Rajzla ma wilgotne ręce i wyciera je o spódnicę, jakby chciała zetrzeć winę wraz z zimnym potem. Jej siostra, Gitti, wie. Bo Rajzla pokazała jej internet.

Miesiąc temu, w czasie święta Chanuka, ktoś powiedział Gitti o filmie muzycznym nakręconym przez grupę Maccabeats, śpiewających studentów jesziwy, zdumiewających i przystojnych.

W czasie święta Chanuka Gitti co wieczór prosiła tatiego, by pozwolił ich obejrzeć w smartfonie, z którego tati korzysta w pracy. Tati nigdy się nie zgadzał, bo to nie chasydzka muzyka. Jest zabroniona.

- To po prostu piosenka na święto Chanuka - powiedziała Rajzla przy kolacji ósmego wieczoru, a tati tak mocno walnął pięścią w stół, że strącił na podłogę fanken, półmisek z pączkami na święto Chanuka.

- Mamy Torę! I modlitwy chanukowe do śpiewania! - Wstał, krzycząc. Mami wzięła ścierkę, by zebrać z podłogi kawałki galaretki i cukier puder.

- Po co studenci jesziwy mają wymyślać piosenki? Powinni spędzać czas na studiowaniu Tory, nie śpiewaniu - ciągnął. - A ty... - obiegł stół do Rajzli, wygrażając jej pięściami - ...nie uważaj się za taką ważną, bo pracujesz i jesteś w gojskim college'u! Masz okazywać rodzicom szacunek!

- Zalman, przestań! - Mami zerwała się z krzesła i podbiegła do tatiego. Odwrócił się gwałtownie w stronę mami i wrzasnął: - Sza! Nie przerywaj, kiedy ich uczę! Jesteś zbyt łagodna i takie są skutki! - Machnął ręką w kierunku Rajzli.

- Czy twój ojciec często się złości w taki sposób? - spytała doktor Podhoretz. - Bił cię?

- Najn - odpowiada Rajzla. Jednak tati był wiele razy wściekły na nią i na mami. Dlaczego? Czy Maccabeats naprawdę są tacy źli? Dlaczego wszechmocny Der Baszefer miałby się przejmować kilkoma studentami jesziwy kręcącymi filmy muzyczne?

Późnym wieczorem Rajzla kazała Gitti usiąść na swoim łóżku i otworzyła YouTube.

- To internet - wyjaśniła siostrze.

- Nie ma filtru? - Gitti wydawała się zaskoczona. Rajzla wzruszyła ramionami. Na początku ona także była zaskoczona, że tati nie zainstalował filtru, ale później wzięła to za dobry znak - szczęście lub przeznaczenie - że w jakiś dziwny sposób Der Baszefer chce, by studiowała w college'u, chce, by miała dostęp do internetu.

Ofiarowała Gitti prezent z okazji święta Chanuka, puściła bardzo cicho film muzyczny. Chłopcy niezbyt jej się podobali, ale Gitti oszalała na punkcie chóru śpiewającego a cappella w jarmułkach. Czternaście lat, co ona wie? Gitti uważała, że są niesamowicie przystojni.

- Nie podoba ci się? - spytała siostra, wskazując jednego z członków zespołu. - Ile twoim zdaniem ma lat? - Wskazała drugiego. Błagała, by puścić film po raz drugi i trzeci. - Rajzy, proszę! - próbowała żebrać po raz czwarty, ale Rajzla się nie zgodziła: mami będzie się zastanawiać, co się dzieje, a zresztą powinna się uczyć.

- Więc pokazałaś Gitti film, który jej się podobał - mówi doktor Podhoretz.

Rajzla kiwa głową.

- I ty też lubisz oglądać filmy, tak? - pyta doktor P.

Rajzla ma spierzchnięte usta, suchy język.

- Nie filmy muzyczne - odpowiada słabym głosem. Podobnie jak Gitti szepce wieczorem modlitwę Szma i wyłącza światło. Ale nie idzie spać.

- Nie? Oglądasz coś innego?

Pytanie doktor Podhoretz wywołuje w umyśle Rajzli wyobrażenie siebie w sypialni. Widzi swoje ciało, które dawniej należało do niej i nie musiała o nim myśleć. Ale teraz doktor Podhoretz chce, by obserwowała samą siebie i opisała to, co widzi. Więc na tym polega terapia, pornografia umysłu.

* * *

Rajzla leży w wąskim łóżku i ogląda pod kołdrą, komputer leży na jej koszuli nocnej. Klapa jest uniesiona, a dźwięk wyciszony. Słychać tylko ciche pochrapywanie Gitti na identycznym łóżku po przeciwnej stronie pokoju.

Na ekranie kobieta leży na znacznie większym łóżku z głową odrzuconą do tyłu na poduszce, tak że Rajzla widzi jej otwarte usta i ciemne otwory nosa. Mężczyzna unosi jej biodra i szybko i ostro wchodzi w jej nagą szmundi. Robi to wiele razy. Nie ma dźwięku, Rajzla wyobraża sobie, że kobieta jęczy. Z rozkoszy? Z bólu? Kobieta pluje na palce i pociera się w rytmie ruchów mężczyzny. Nawet bez dźwięku Rajzla rozumie, że wydarzyło się coś ważnego: rysy kobiety miękną, otwiera na chwilę oczy, zamyka je, zaciska uda wokół mężczyzny.

Nagle mężczyzna nieruchomieje i wspina się na kobietę. Kieruje szwanca w stronę jej ust. Ona się uśmiecha i połyka go.

Więc to robi kobieta! Goli szmundi, bierze szwanca do ust, je, nie wypowiedziawszy błogosławieństwa.

* * *

Podhoretz czeka, jej twarde milczenie przypomina dodatkowy mur otaczający gabinet, krępuje Rajzlę, dusi. Nie jest w stanie wykrztusić słowa.

- Na pewno trudno ci o tym mówić, ale mogę ci pomóc - odzywa się Podhoretz.

Nagle Rajzla czuje przerażenie. Obietnica doktor brzmi kusząco, ale co się stanie, jeśli terapia zakończy się fiaskiem? Nawet jeśli Rajzla zdoła opisać to wszystko słowami, nie wierzy Podhoretz.

- Uważasz, że to beznadziejne - mówi terapeutka, jakby czytała w jej myślach. - Martwisz się, że nigdy nie wyjdziesz za mąż. Ale nie próbowałaś nawet iść na randkę, Rajzlo. Nie wiesz, co się stanie. - Zamyka notatnik. - Dzisiejsza sesja jest skończona, ale chcę, żebyś się nad czymś zastanowiła. Dlaczego nie iść na randkę? Nie musisz wychodzić za mąż za pierwszego mężczyznę, którego poznasz. Niektóre młode kobiety tak robią, wiem o tym, ale nie wszystkie, prawda?

Rajzla kiwa głową, myśląc o dziewczynach, które chodziły na kilka randek, nim znalazły ziwega, męża, który był dla nich przeznaczony.

- Jedna randka. Jak ją nazwałaś, szoł? Możesz spróbować. Zastanów się nad tym i porozmawiamy o tym następnym razem.

Wydaje się, że Podhoretz skończyła, więc Rajzla wstaje i powoli, niepewnie rusza w stronę drzwi. Czuje ciężar wszystkiego, o czym nie wspomniała. W niewielkiej poczekalni wkłada płaszcz, owija głowę dużym wełnianym szalem, zabezpiecza się przed zimnem. Podhoretz chce, by zgodziła się na bszoł, ale Rajzla nie powiedziała jej mnóstwa rzeczy.

* * *

Właśnie to się zdarzyło wczoraj w nocy, dzieje się to każdej nocy z porno.

Kiedy Rajzla patrzy na ciała na ekranie, jej własne ciało znika. A gdy film się kończy, jej uda i biodra znowu się pojawiają, ciężkie, z napiętą skórą. Najbardziej napięte jest miejsce w połowie ciała, gdzie krew z jednej strony łączy się z krwią z drugiej. Rajzla zdejmuje komputer z brzucha i podciąga pod kołdrą koszulę nocną. Naśladuje kobietę na ekranie: pluje na swoje palce, dotyka szorstkich włosów i odnajduje to, co widać w internecie i co jest ukryte w jej ciele. Wykonuje koliste ruchy, czuje dziwne dreszcze, zachowuje się jak najciszej i w ostatniej chwili przygryza wargi, a całe jej ciało dygoce - konwulsja, kolana podciągnięte prawie do piersi, fala wstrząsów wtórnych. Bezgłośne drżenie, prawie jak modlitwa.

Czytanie snów

Rankiem po sesji terapeutycznej z doktor Podhoretz Rajzla biegnie do drzwi wejściowych, by pojechać do college'u, gdy wtem zajdi woła ją do swojego pokoju. Rodzeństwo zawsze spało razem - trzej bracia w jednej sypialni, a Rajzla i Gitti w drugiej - ale zajdi ma własny pokój. Tati mówi, że to z szacunku dla starszych, a mami, że chrapie. Szlojmi twierdzi, że śmierdzi jak pisz, ale Rajzla zna prawdziwą przyczynę: rankiem zajdi opowiadał cudze sny, a tatiemu i mami się to nie podobało. Nieważne, że nosił cyces jak inni mężczyźni, nieważne, że nienawidził plotek i krzyczał z wściekłością: Szmaisruel!, zmieniając modlitwę w przekleństwo, jeśli usłyszał, że wnuki wygłaszają wredną uwagę. Dla tatiego i mami największą herezją było to, że widzi sny innych ludzi.

Mami przyznała, że zawsze taki był i że babi wyszła za niego właśnie z tego powodu, gdy miała osiemnaście lat. Zajdi powiedział, że przyśniło jej się małżeństwo z nim, i żartobliwie ją skarcił: "Przynajmniej zaczekaj, aż cię poproszę o rękę!".

Czy czytał w myślach babi, czy po prostu wyrażał jej pragnienia? Nikt się tego nigdy nie dowie, ale się zgodziła, więc zdobył żonę dzięki śmiałości.

Zajdi dostał własny pokój, ale nie powstrzymało go to od czytania snów. Tego ranka zaprasza gestem Rajzlę, by usiadła przy jego łóżku, a ona robi to z ociąganiem. Nie chce się spóźnić na zajęcia, ale nigdy by nie zignorowała zaproszenia zajdiego, który opowiada kolejny sen: wczesnym rankiem, nim autobusy zawiozą chłopców do szkoły, aleją biegnie koń. Niebo jest ciągle ciemne i palą się lampy uliczne. Koń zatrzymuje się przed ich kamienicą i długo rży. Na chrapach wielkiego zwierzęcia, z których bucha para, topi się śnieg. Kiedy tati i inni mężczyźni z budynku próbują odpędzić konia, zwierzę wierzga i tupie kopytami, aż muszą się odsunąć. Uspokaja się dopiero wtedy, gdy Rajzla wychodzi przez drzwi z metalu i szkła, ubrana w stary mundurek szkolny. Wskakuje na konia - w długiej spódnicy! Na ogromnego konia! Nic jej nie powstrzymuje, siedzi wysoko w siodle! Jedzie, wokół niej powiewa końska grzywa. Nikt nie próbuje jej ratować, bo mężczyźni nie mogą nic zrobić. Słychać jej śmiech, a koń galopuje w dal. Później Rajzla wraca, znowu stoi przed ceglaną kamienicą, ale teraz, w dzień, ulica jest dziwnie pusta. Dzieci poszły do szkoły, a mężczyźni studiują Torę albo pracują. Kilka kobiet idzie ulicą do sklepu spożywczego, pchają przed sobą wózki spacerowe. Rajzla stoi sama, nie ma już konia, tylko jego odchody na zaśnieżonej ziemi.

Sen Rajzli, zapomniany, dopóki zajdi go nie opowiedział, jest teraz tak wyraźny jak prawdziwe wspomnienie.

- Dokąd odjeżdżasz na koniu, Rajzele? - pyta dziadek.

Gładzi ją po policzku, gdy o to pyta. Pod jego palcami na twarzy Rajzli pojawia się magiczne ciepło. Zajdi ma dar opowiadania snów, ujawniania opowieści zagubionych w mrokach nocy... Jak to możliwe? A jeśli wymyślił ten sen i opowiedział go Rajzli, być może tak samo jak robił z babi?

Jednak Rajzla mu wierzy i ciepło rozprzestrzenia się z szyi na plecy. Czuje, że dziadek wie, dokąd zabiera ją koń ze snu.

W ten sam sposób, jak Rajzla wiedziała, gdzie chował dla niej słodycze. Bawili się w to, odkąd była małą dziewczynką - mówił, żeby zgadła, a Rajzla patrzyła uważnie na wszystkie kieszenie jego kaftana, aż intuicja zmieniała się w pewność, podobną do kształtu cukierka, i wyciągała rękę. "Tu!" Zawsze wskazywała właściwą kieszeń, a zajdi wyjmował cukierek marki Paskesz. Rajzla nie czekała do końca obiadu, jak każe mami - rozwijała cukierek i wkładała do ust, nim odmawiała błogosławieństwo. Czuła na języku słodko-kwaśny smak przed końcem modlitwy.

Zajdi uśmiechał się i nie robił jej wymówek. I tak ją kochał.

Nazywam się O'Donovan

Matematyka i rachunkowość nie sprawiają Rajzli trudności, więc zapisuje się na wszystkie możliwe zajęcia. Ale nie może uniknąć obowiązkowego kursu literatury angielskiej.

Do sali wchodzi profesor, mężczyzna bez brody.

- Nazywam się O'Donovan - mówi pierwszego dnia semestru wiosennego. Dżinsy i muszka. Spaceruje po sali, ukazując oba profile. Rajzlę fascynuje kształt jego szczęki. Skóra, blada jak u chłopca z jesziwy, ale pokryta maleńkimi czarnymi kropkami. W końcu siada na stole z przodu sali. Niepokojąco pochyla się w stronę studentów siedzących w pierwszym rzędzie. - Chcę słyszeć wasze głosy, nie tylko swój - dodaje.

To pierwsza oznaka, że pojawią się kłopoty. Program zajęć jest bardzo szczegółowy, zawiera mnóstwo reguł, lecz trzeba również odnaleźć się w grupie. Rajzla koniecznie chciałaby dostać A. Miała zajęcia z literatury angielskiej we wszystkich szkołach, do których dotychczas chodziła, ale angielski nie jest jej pierwszym językiem. Najpierw poznała jidysz, język mami, a później święty język hebrajski, by się modlić. Angielskiego zaczęła się uczyć dopiero w pierwszej klasie. Zna nie tylko zaaprobowane podręczniki szkolne i dozwolone powieści chasydzkie, ponieważ czytała w tajemnicy zakazane teksty angielskie - romanse kupione na ulicy, czasopisma znalezione w poczekalni lekarza. W szkole średniej zmyślała, że idzie do przyjaciółek, po czym odwiedzała bibliotekę. Przeczytała tyle słów, których nigdy nie wypowiedziała!

W domu dba, by nie zdradzić, że wie więcej, niż powinna. W college'u martwi się, że zdradzi się ze swoją niewiedzą przed otaczającymi ją studentami, którzy noszą T-shirty i dżinsy, a poza tym nie rozstają się z telefonami. Na kampusie ukrywa w plecaku koszerny telefon komórkowy z klapką - bez dostępu do internetu, z zablokowanymi aparatem fotograficznym i możliwością wysyłania wiadomości. W czasie dyskusji na zajęciach wszyscy zauważają, że zbyt wyraźnie wymawia spółgłoski, ma akcent jidysz, i czasami patrzą na nią ze zdziwieniem. Nigdy nie będzie wyglądała i mówiła jak pozostali studenci, niezależnie od tego, jak dobrze O'Donovan nauczy ją pisać po angielsku.

Profesor rozluźnia krawat, który przesuwa się lekko na bok. Jego nonszalanckie gesty wydają się nieszczere. Rajzla woli nauczycieli, którzy uczyli ją religii, rabinów i żony rabinów. Rebecyns domagały się szacunku i nie udawały, że są przyjacielskie.

- To wasze pierwsze zajęcia z literatury angielskiej w college'u - mówi O'Dovovan. - Fundament waszej przyszłości jako studentów. Nie obchodzi mnie, w czym będziecie się specjalizować, co jeszcze studiujecie. Musicie potrafić krytycznie myśleć, analizować teksty i pisać w przekonujący sposób. - Wskazuje na swoją głowę, a później oczy. Porusza dłonią w powietrzu, jakby jego palec był piórem. Jakby ktokolwiek jeszcze pisał eseje piórem.

Zeskakuje ze stołu i stoi, nagle poważny.

- Praca w trakcie zajęć przygotuje was nie tylko do studiów, ale i do życia.

Rajzla zdaje sobie sprawę, zbyt późno, że wybrała złe miejsce, bo suwak dżinsów O'Donovana znajduje się dokładnie naprzeciwko jej twarzy. Spuszcza oczy, studiuje program zajęć, stara się nie patrzeć powyżej kolan wykładowcy. Zastanawia się, czy jego przewidywania albo obietnice się sprawdzą - czy kiedykolwiek wykorzysta poza szkołą to, co przeczyta albo napisze.

- Bardzo łatwo się ze mną skontaktować - ciągnie profesor. - Jeśli macie jakieś pytania, zawsze możecie zostawić mi wiadomość na Facebooku.

Rajzla jest zaniepokojona. Nie ma konta na Facebooku. Studia w college'u, ukrywanie laptopa w plecaku i sekretny udział w zajęciach z literatury angielskiej to sporo, a Facebook byłby jeszcze bardziej niebezpieczny. Ktoś mógłby znaleźć jej konto i donieść komitetowi dbającemu o przestrzeganie zasad moralności.

Profesor O'Donovan prosi studentów, żeby się przedstawili. Kiedy podają swoje imiona, pyta każdego mówiącego z obcym akcentem: "Skąd pochodzisz?". Z sympatycznym, miłym uśmiechem.

Rajzla zwykle nie obawia się mówić po angielsku, ale teraz zastanawia się, czy nie zauważą śladów jidysz.

- Mam na imię Rajzla. Pochodzę z Brooklynu - mówi szybko, uprzedzając pytanie profesora. Ogarnia ją panika, czuje na sobie spojrzenia studentów i O'Donovana. Długa plisowana spódnica sięgająca do pół łydki, bluzka zapięta pod szyją, rękawy zasłaniające nadgarstki. Później przedstawia się następny student.

Pragnie spytać profesora: "A skąd pan pochodzi?". Chce mu odebrać angielski, pozostawić go bez języka. Wolałaby zajęcia, gdzie są tylko liczby, nie słowa.

Spróbuj tylko raz

Mami wpada do pokoju.

- Rajzele, przestań się zajmować nauką! Musisz się przygotować!

Rajzla pośpiesznie zamyka komputer i przykrywa go papierami.

- Farwus gotowa?

- Dzwoniła swatka, znalazła kogoś. Jutro wieczorem przyjdzie do ciebie chusen.

- Nie, nie. - Tati stoi w drzwiach i strofuje mami. - Nie mów chusen, jeszcze nie.

- Ty byłeś moim pierwszym - odpowiada mami. - Pierwszy może się okazać tym wybranym. - Wchodzi do garderoby i wraca z trzema sukienkami Rajzli. Nie ma czasu kupić nowego ubrania przed bszoł, więc muszą wystarczyć najlepsze sukienki na szabas.

- Zalman, zamknij drzwi, żebyśmy je przymierzyły. Chcę zobaczyć, jak pięknie Rajzla będzie wyglądać na spotkaniu z chusenem!

- Bli ajin hora - mówi, wychodząc tati, by odpędzić złe oko.

Mami biega po pokoju z jedną z sukienek, białą.

- Doktor Podhoretz to błogosławieństwo! Potrafi zdziałać cuda - mówi.

Rajzla patrzy na sukienkę trzymaną przez mami, a później na pozostałe leżące na łóżku. Fałszywy wybór między trzema sukienkami, które są w gruncie rzeczy takie same. Dlaczego nie jest podekscytowana tak jak mami? Podhoretz powiedziała: "Spróbuj tylko raz", więc Rajzla zgodziła się na randkę, ale nie chciała, by nastąpiła tak szybko. Nie jutro.

- To się stało tak szybko! - śmieje się mami.

Rajzlę przeszywa dreszcz. Skąd mami wie, co ona myśli? Czy zacznie opowiadać sny Rajzli, bo odziedziczyła ten talent po zajdim?

- Nie jestem zdziwiona - dodaje mami i podchodzi do Rajzli, siedzącej przy biurku. - Włóż tę, jest biała, by przyniosła ci mazel - mówi, patrząc z rozmarzeniem na córkę, wyobrażając sobie jej szczęście. - A szejne majdele. A jidisze kop. Ładna i inteligentna! - Kładzie sukienkę na biurku i delikatnie gładzi Rajzlę po głowie, tym razem pozwalając, by loki pozostały lokami.

Nagle chwyta jej dłoń ze straszliwą siłą, jakby zamierzała ją gdzieś zaciągnąć.

- Nie chcę, żebyś była samotna - mówi. Spogląda przeszywającym wzrokiem na córkę. - Chcę, żebyś była szczęśliwa, Rajzele. Jeśli pragniesz studiować, to dobrze, powinnaś studiować. Twój sejchel to dar Der Baszefera! Na razie inteligencja wystarczy, ale nie na zawsze. Chcę, żebyś miała coś z życia.

Znowu mocno ściska jej dłoń, aż Rajzlę bolą kostki.

Uwalnia rękę i pochyla się, by objąć matkę. Opiera głowę na bujnych piersiach mami, unika okropnego spojrzenia, pełnego miłości i oczekiwania, któremu na pewno nie zdoła sprostać. Czuje ból, że jest jednym z pięciorga dzieci matki, że dorastała przez tyle lat i że nie potrafi spełnić marzeń mami, że jest podobna do poronionych niemowląt, które nigdy nie odetchnęły powietrzem.

- Mami, nie jestem sama.

- Nie teraz, Rajzele, ale kiedy tati i ja odejdziemy...

- Oj, mami - mówi instynktownie Rajzla, nie chcąc, by matka wyobrażała sobie własną śmierć, mówiła o niej i kusiła los. - Wtedy też nie będę samotna!

Rajzla nie wyjaśnia, dlaczego nie jest samotna. Jej sekretny świat w internecie.

- Mam rodzinę - odzywa się.

- Kochasz swoją siostrę i braci, oczywiście! I oni cię kochają! Ale nie powinnaś zostać starą panną. Będą mieli własne rodziny, a ty byłabyś alte mojd w ich domach!

Rajzla mocniej ściska matkę, usiłując pokonać dzielący je dystans, choć są tak blisko.

- Uuuuuf, Rajzele, przestań. Włóż suknię, a ja ci dam naszyjnik. I odłóż to. - Mami nerwowo wskazuje komputer, tylko do połowy zasłonięty papierami.

We wrześniu, kiedy mami po raz pierwszy zobaczyła otwarty komputer na biurku Rajzli, na jej twarzy pojawił się dziki strach.

- Tume - powiedziała, wskazując zakazaną maszynę, która skaziła ich dom.

Rajzla przyłożyła palec do ust.

- Ćśś, mami. Potrzebuję komputera do studiów. Są tu wszystkie moje prace domowe, rozumiesz? - Obróciła ekran w stronę matki. Nie było wtedy nic do ukrywania, na monitorze znajdował się biały arkusz kalkulacyjny Excela z zielonym paskiem, liczby schludnie ustawione w kolumnach. Mimo to mami zbladła. Osłoniła prawą dłonią oczy, jakby wypowiadała Szma dla ochrony przed złem.

Rajzla odsunęła dłoń mami.

- Potrzebuję go też do pracy. Mogę pomóc w obliczaniu wydatków, gdy Szlojmi i Mojsze studiują Torę. Będę mogła zapłacić za suknię ślubną.

Mami w końcu się zgodziła, by Rajzla zatrzymała komputer.

- Ale zaciągaj zasłony, kiedy z niego korzystasz - ostrzegła.

Teraz Rajzla szybko chowa komputer do torby. Pozostanie w niej również w czasie bszołu. Oczywiście mężczyzna nie zbliży się nawet do sypialni dzielonej przez Rajzlę z Gitti, cały czas będzie pod nadzorem rodziców. Ale gdyby komputer leżał na wierzchu w chwili, gdy w domu przebywa młody mężczyzna, być może chusen, mogłoby to przynieść pecha.

Suknia w wannie

- Piękna suknia! - mówi Mojsze, przykładając ją do swojego długiego czarnego kaftana. - Ale na tobie będzie wyglądała znacznie lepiej!

Zbliża się pora bszołu. Rajzla i Mojsze są w łazience, w której Rajzla siedzi już od dwóch godzin. Zgodziła się na randkę, zgodziła się na suknię wybraną przez mami poprzedniego wieczoru, lecz teraz nie jest w stanie jej włożyć. Nie chciała otworzyć drzwi mami. Ale skapitulowała, gdy zapukał Mojsze. Teraz jej ulubiony brat stoi w łazience, żartuje i przykłada suknię do piersi. Przyciska ją podbródkiem do obojczyka, by mieć wolne ręce; unosi skraj. Łazienka jest wąska i brzeg tkaniny ląduje w wannie.

- Przestań... - mówi Rajzla stłumionym głosem. Siedzi na klapie od sedesu z podciągniętymi nogami i głową opartą na kolanach. Ma na sobie codzienne ubranie, długi ciemny sweter i długą ciemną spódnicę. Nie jest w tej chwili w nastroju do słuchania złośliwych żartów Mojszego.

- Pomóż mi stąd wyjść - prosi.

Mojsze trzyma jedną ręką suknię, a drugą wkłada do kieszeni długiego kaftana.

- Wypal to - mówi. Kładzie na półce nad umywalką zapalniczkę i kawałek ręcznie zwiniętego papierosa.

- Za drzwiami jest mami! - Rajzla wskazuje kolanami wyjście.

Mojsze wzrusza ramionami.

- Czym jest wypalenie trawki w łazience w porównaniu ze skandalem, gdy dziewczyna nie chce się wystroić na bszoł? Przyjmij to spokojnie, odpręż się. Zrobisz micwę, oszczędzając mami wstydu, gdy nie wpuści chusena do mieszkania.

Mojsze jest półtora roku starszy od Rajzli. Jako dzieci byli nierozłączni i zawsze potrafił ją rozśmieszyć, nawet gdy poszedł do jesziwy.

Nie dotyka papierosa, który nie jest papierosem.

- Nie bój się, Rajzy.

- Nie boję się - odpowiada, ciągle wpatrując się w swoje kolana. - Chcę wyjść za mąż. Ale nie mogę. Ich ken niszt.

Mojsze bierze niedopałek.

- Zapal mi go - mówi i Rajzla po raz pierwszy unosi głowę. Spełnia prośbę, pstryka zapalniczką, a Mojsze zaciska usta wokół papierowej rurki. Wciąga dym, wydmuchuje go i patrzy na siostrę, która kaszle i macha dłonią, by go rozwiać.

Kiedy czerwony punkcik jest już za blisko warg, Mojsze wrzuca niedopałek do umywalki i spłukuje popiół.

- Skoro się nie boisz, to dlaczego nie wyjdziesz za mąż?

Rajzla o mało nie mówi bratu. Chce mu powiedzieć. Powiedzieć Mojszemu, co ukrywa w sercu. To jej szansa.

Ale co może powiedzieć?

Przychodzi jej do głowy obraz długiej kanapy w kształcie litery U, z filmu. Siedzi na niej sześć nagich kobiet i każda ma przed sobą mężczyznę, szwanca w moal albo szmundi. Kobiety gładzą się po włosach albo - jeśli mają wolne usta - pochylają się ku sobie i całują. Scena jest chaotyczna, kobiety i mężczyźni na kanapie w kształcie litery U zmieniają miejsca, ciała pochylają się w rytmie, którego Rajzla nie jest w stanie przewidzieć. Musiałaby to opisać Mojszemu, by wytłumaczyć, dlaczego nie może wyjść za mąż. Musi wyjaśnić swój wybór, zmieniające się konfiguracje szmucu. Bałagan, różne możliwości. Szansę odkrycia, czego nie wie. Czy mąż nie chciałby, żeby zrezygnowała z tego wszystkiego - przyjemności, które odkryła, pochłaniania obrazów i eksplorowania swojego ciała, a do tego niepokojącej pewności, że jest więcej rzeczy, których nie widziała?

Mojsze interpretuje jej milczenie jako oznakę skromności.

- Nie musisz się martwić o sypialnię - mówi. - Chusen powinien sprawić przyjemność pannie młodej. Nie tylko płodzić dzieci jak za dawnych czasów.

Ta rada, słodka, a zarazem gorzka, sprawia, że Rajzla znowu płacze. Ilu chasydów myśli jak brat? Dawne czasy się nie skończyły.

Mojsze wzdycha. Robi to rzadko.

- Wiesz, że jeśli nie znajdziesz męża, mami będzie winić mnie.

To prawda. Wesele Mojszego zostało odwołane i perspektywy małżeńskie Rajzli stanęły pod znakiem zapytania.

- Nie chcę, żeby mami przeżyła dwa rozczarowania, więc proszę, Rajzy, ładnie się ubierz i daj szansę chusenowi.

Bszoł

Rajzla siedzi przy stole w jadalni ze świeżym makijażem maskującym popołudniowe łzy i czeka na przybycie Icyka, który może się okazać przyszłym panem młodym. Kiedy rozlega się dzwonek, nie idzie do drzwi powitać go jak przyjaciela albo męża. Nie może go powitać; tak się nie robi.

Oczekiwanie na bszoł to dziwna chwila, gdy jest jeszcze więcej nakazów i zakazów niż zwykle. Rajzla siedzi, nie spaceruje wzdłuż długich rzędów świętych ksiąg, niezliczonych półek sfurim, biblioteki tatiego ciągnącej się od salonu do drzwi frontowych i w drugą stronę, do sypialni tatiego i mami. Wszędzie czekają książki. Kierują życiem każdego członka rodziny. Książki mówią, że nie ma czegoś takiego jak nuda, a nawet wolny czas. Każda sekunda ma swój cel. Rajzla nasłuchuje, czy nie rozlegną się kroki, obserwuje w wyobraźni zbliżającego się hipotetycznego pana młodego, nieznajomego, który jest nie tylko mężczyzną, lecz może również jej przyszłością. Nie musi poślubić pierwszego spotkanego kandydata. Ale jeśli się zgodzi? Dziś będą zaręczeni! Rajzla dokładnie wie dzięki skrzypieniu podłogi, gdzie znajdują się trzy osoby. Mami wprowadza gości do domu. Rajzla podąża za mężczyzną wyobraźnią, choć nie sercem, wita go, ale także wątpi w niego, zanim ten wchodzi do pokoju. Ma wrażenie, że hipotetyczny chusen się nie śpieszy. Może ma buty z ołowiu albo nie chce się z nią spotkać? A jeśli chce się z nią spotkać, kiedy jest w holu, a przestanie chcieć, gdy wejdzie do jadalni.

- Rajzele - mówi mami. - Są tu pani Kahan i Icyk. - Jakby nie wprowadziła ich do domu, tylko wyczarowała z powietrza.

Rajzla stoi ze spuszczonym wzrokiem, widzi ich sylwetki, ale nie twarze. Pani Kahan ma na sobie ciemną spódnicę i zaskakująco jasną jedwabną bluzkę, białą w czarne grochy. Icyk byłby wysokim chusenem - głowa jego matki sięga zaledwie do guzików rekel - a długi kaftan jest sztywny, jakby nigdy wcześniej nie był noszony: może kupiono go na bszoł? Nowość sytuacji sprawia, że Rajzla czuje ściskanie w żołądku. Kiwa lekko głową w stronę pani Kahan. Szkojech - mówi przez pomyłkę, a później oblewa się rumieńcem, nie wiedząc, za co dziękuje. Czy za przyprowadzenie kandydata na męża? Za zgodę na randkę? Nie wie, co powiedzieć kobiecie, którą będzie nazywała szwiger, tak jak żona Szlojmiego nazywa mami szwiger. Żona Mojszego również nazywałaby mami w ten sposób, gdyby Mojsze nie odwołał wesela. Z powodu jego decyzji Rajzla szuka męża w złej kolejności, przed ożenkiem starszego brata.

Mami patrzy na przemian na Rajzlę i na gości. Uśmiechnięta, przejęta, wydaje się trochę zatroskana, że początek nie wypadł dobrze. Icyk stoi, nie powiedział ani słowa, Rajzla również. Znacznie łatwiej, by coś poszło nie tak, niż wypadło dobrze. Istnieją zasady, o czym mogą rozmawiać (niezbyt wiele tematów) i co mogą robić (jeszcze mniej), lecz mimo to wiele zależy od przypadku, od przyzwyczajeń chłopca, który nie rozmawiał z dziewczętami od przedszkola, i od dziewczyny, która ma marzenia. I sekrety.

Mami, zdenerwowana, splata dłonie i znowu wita gości.

- Burech habo - mówi.

Gra, na którą Rajzla się zgodziła, rozgrywa się teraz bez niej, chociaż to ona jest główną bohaterką. Z pewnością nie czuje się jak żona, panna młoda ani nawet jak dziewczyna mająca się wkrótce zaręczyć. Wie na pewno tylko jedno: powinna coś powiedzieć.

- Ja, Burech habo - szepce, zastanawiając się, czy mami coś jej podpowie. Chce, żeby została trochę dłużej, a jednocześnie chce, żeby mami i pani Kahan wyszły, wyszły, wyszły.

Mami wprowadza panią Kahan do salonu, pozostawiając otwarte dwuskrzydłowe drzwi. Natychmiast zaczynają gawędzić na kanapie, zwrócone ku sobie. Uśmiechają się szeroko i mówią uszczęśliwionym tonem, nie patrząc w stronę jadalni. Mogłyby być siostrami, myśli Rajzla, choć pani Kahan nosi mały kapelusik w tylnej części szajtł, a mami umieszcza go na czubku głowy.

- Szulem alejchem! - ryczy tati, wchodząc do jadalni.

- Alejchem szulem! - odpowiada Icyk, wyciągając dłoń.

Tati idzie do salonu i siada na fotelu z boku. Jako jedyny nie ma partnera do rozmowy w czasie randki.

W mieszkaniu jest ciepło i Rajzla pragnie, by bszoł naprawdę się zaczął. Ona i Icyk marnują cenny czas, stoją w milczeniu, gdy matki nawiązują znajomość. Rajzla ocenia Icyka kątem oka. Jest wysoki, chudy jak tyczka, strasznie kościsty. Czy kiedykolwiek usiądzie? Czy się odezwie? Musi się pierwszy odezwać! Nagle ich oczy się spotykają i Rajzla wciąga gwałtownie oddech, po czym udaje, że kicha. Jest w szoku, bo patrzy prosto w oczy człowiekowi, który może zostać jej mężem. Kocha go za to i nienawidzi. Jest przystojny, ma duże oczy i kapelusz przekrzywiony w lekko zawadiacki sposób. Jest też trochę brzydki. Jego chude ramiona dyndają po bokach jak pędy rośliny, która za długo rosła bez światła. Skóra jest bielsza od koszuli. Rzuca się w oczy to, że nie nosi okularów. Wszyscy mężczyźni, których Rajzla zna, noszą okulary. Czy widzi ją bez okularów? Zauważył pudełko chusteczek na kredensie i postawił obok niej na stole.

- Asisa - mówi. To jego pierwsze słowo. Siada naprzeciwko Rajzli. Nie powitanie, ale reakcja na udawane kichnięcie. Czy życzy jej zdrowia i daje chusteczki, bo jej brązowe oczy są ciągle zaczerwienione od płaczu? Czy uważa, że naprawdę kichnęła? A może wie, że udawała, i chce ją zdemaskować? Albo zapewnia, że nie zdemaskuje?

Rajzla w końcu siada na krześle i dziękuje za chusteczki.

- Szkojech - mówi.

Chociaż nie są zupełnie sami i nigdy nie będą do chwili małżeństwa, ta chwila, z pozorami samotności, jest upajająca. Icyk pochyla wysoki tors nad stołem, jakby leżała przed nim Gemara, ale nie ma Gemary: to Rajzla jest sefer, chce ją odczytać.

Przebywanie tak blisko mężczyzny jest przerażające, wywołuje dreszcz rozkoszy. Nagle Rajzla wyobraża obok siebie nagiego Icyka, chudzielca bez koszuli i majtek, żebra rysujące się nad długim torsem, wcelowany w nią szwanc. Jej szmucig umysł! Rozbiera go, nim zdążyli zamienić dwa słowa!

Oczywiście tak naprawdę nie są blisko. Niezależnie od tego, jak bardzo się pochyla, ciągle dzieli ich stół. A także pudełko chusteczek higienicznych, leżące w środku jak przepowiednia przyszłego dziecka albo inny symbol, który ich wiąże, a zarazem dzieli. Mimo to Rajzla dojmująco zdaje sobie sprawę z obecności jego ciała, kanciastych, szerokich barków pod eleganckim, ciemnym kaftanem.

- Jesteś chora? - pyta Icyk.

- Nie, nie chora, wcale nie.

- Burech Haszem - odpowiada, dziękując B. za jej zdrowie. - Jestem szczęśliwy, że się spotkaliśmy.

My?! Rajzlę przebiega dreszcz. Wydaje się to straszliwie nieprzystojne. Rajzla + Icyk = My. Jest jednocześnie wewnątrz i na zewnątrz równania, akceptuje je, akceptuje nieuniknione elementy swatania, które przekształcają miejsca przy stole jadalnym rodziców w miejsca przy ich własnym stole, w ich własnym mieszkaniu. Zmieniają wstrząs elektryczny w stale płynący prąd wzajemnego kontaktu. Próbuje odgadnąć, czy go lubi. Nie powiedział niczego obraźliwego. Pamiętał o chusteczkach. Tak, domyśla się, że mogłaby go poślubić. Zastanawia się, co słyszała o nim matka, że uznała go za dobrego kandydata na zięcia.

- Burech Haszem - odzywa się.

Natychmiast się rumieni. Najpierw powtarzała słowa matki, a teraz Icyka. Czy nie ma do powiedzenia nic oryginalnego? Jej umysł wypełniają algorytmy. Skrótowe formuły, jakby jej wyobraźnia była gigantycznym arkuszem kalkulacyjnym z komórkami, które czekają, aż pojawią się w nich liczby. Jakby istniała formuła rozmowy sziduch, jakby Rajzla mogła odcyfrować słowa potrzebne do zawarcia małżeństwa.

Tymczasem za plecami Icyka zaczyna brzęczeć grzejnik, jadalnia wypełnia się ciepłym powietrzem. Hałaśliwy dialog rur zadających pytania i syczących zaworów udzielających odpowiedzi maskuje niezręczną ciszę. Wysoki, blady Icyk zaczyna się rumienić. Roztapia się szybciej niż świeca, krople potu zbierające się na czole spływają na ładnie przystrzyżoną brodę.

Rozgląda się, jakby chciał się przesiąść, ale musi pozostać po drugiej stronie stołu. Nie wolno zmieniać miejsc. Wyjmuje z pudełka dwie chusteczki, unosi rondo kapelusza, a następnie ociera czoło i policzki. Wyraźnie nie czuje wystarczającej ulgi; zdejmuje kapelusz i kładzie go na stole, ociera czoło i gładzi się po włosach.

Rajzla jest zaskoczona, gdy widzi jego całą głowę. Brązowe włosy wygładzone przez kapelusz przylegają do czaszki. Miękką skórę nad uszami, gdzie zaczynają się pejsy. Dziewczyna normalnie nie widziałaby takich rzeczy przed małżeństwem.

Ale Icyk nie wkłada kapelusza na jarmułkę, nie zaczyna zachowywać się poprawnie. Rozpina górny guzik koszuli, jednak nie rozluźnia kołnierzyka. Zerka nerwowo w stronę salonu. Na szczęście rodzice są zajęci: pani Kahan i mami są pogrążone w rozmowie, a tati czyta sefer.

Później Icyk zbiera wilgotne chusteczki i jego ręka znika pod stołem.

Czy schował je do kieszeni? Upuścił na ziemię? Rajzla powstrzymuje śmiech. Wyobraża sobie, że pozbył się ich jak chłopiec, który chciał, by niesmaczny groszek zniknął z talerza w czasie kolacji, więc zrzucił je na podłogę.

Nie może ukryć uśmiechu. Icyk go odwzajemnia.

- Co studiujesz? - pyta, zachęcony.

Rajzla czuje ulgę, że chusen wie o jej studiach w college'u. Trudno zgadnąć, co jeszcze mu o niej powiedziano, w jaki sposób próbowano ją przedstawić jako najbardziej atrakcyjną pannę młodą.

- Rachunkowość - odpowiada. - I inne przedmioty - dodaje odważnie.

Przypomina sobie, co jej powiedziano o Icyku: że jest wysoki, co jest prawdą, i że jest przystojny, co nie jest nieprawdą. Ale czy nie ma czegoś dziwnego w jego chodzie? Nie patrzyła prosto na niego: kiedy przechodził przez pokój, skromnie wbijała wzrok w podłogę, lecz coś wydawało się dziwne. Kulał? Kołysał się? Ma jedną stopę mniejszą od drugiej, jedną nogę krótszą? W świecie swatek przemilczenia nie są kłamstwami. Przemilczenia faktów, które czekają na odkrycie.

- Jakie przedmioty? - pyta Icyk.

W tym momencie słychać głośne tupanie tatiego. Stoi wyprostowany w drzwiach, brzuch powiększa mu się z gniewu.

- Odkrywasz głowę przed maan tochter?! Siedzisz w jarmułce jak chłopak z chederu?! - wrzeszczy. - Dlaczego nie nosisz kapelusza przy mojej córce?!

Mami wpada do pokoju i wszystko zauważa: kapelusz na stole, gdzie nie powinien leżeć, rozpięty guzik. Tati i Icyk mają zaczerwienione twarze.

- Otworzę okno - mówi mami, próbując ratować sytuację.

- Zaa mir mojchl - przeprasza Icyk. Szybko chwyta kapelusz i wkłada na głowę. Wstaje i kłania się lekko tatiemu. - Nie chciałem obrazić pana ani pana córki.

Ale tati nie wybacza.

- Jaki wilde chaje zdejmuje kapelusz w taki sposób?!

* * *

Po wyjściu Icyka, gdy mami odprowadza do drzwi panią Kahan i nieudanego kandydata na chusena, a potem składa im życzenia pomyślności, kol tiw, i rodzina zostaje sama, Rajzla siedzi w jadalni. Ma ochotę wstać, wyobraża sobie, że idzie do sypialni. Samotność przyniosłaby jej ulgę - z powodu bszołu Gitti wysłano z wizytą do kuzynki Ruchy - lecz nie może się poruszyć. Sparaliżowana, zastygła jak kamień szlachetny osadzony w pierścionku, jakby z fotela wyrosły złote łapki i mocno ją trzymały, jakby otaczały jej uda i ramiona. Nie jest brylantem, lśniącym i twardym. Raczej perłą, okrągłą i miękką; im dłużej siedzi, tym bardziej traci blask. Towarzyszy jej wspomnienie Icyka. Czuje w pokoju męski zapach, widzi zjawę po drugiej stronie stołu.

Zastanawia się, o czym mogłaby rozmawiać z Icykiem w ciągu kilku minut, zanim tati zakończył bszoł. O co mogłaby go zapytać? Dlaczego się zgodził na spotkanie? Czy to jego pierwszy bszoł, czy wcześniej były inne? Czy zawsze wierzy w Der Baszefera, czy czasem ma wątpliwości? Czy pamięta swojego ojca, który - jak powiedziała swatka - zmarł, gdy Icyk miał sześć lat?

Tati nie będzie nowym ojcem Icyka.

* * *

- Farwus? - szepce mami do tatiego, choć brzmi to jak krzyk. - Dlaczego go wyrzuciłeś?!

- Chronię naszą tochter! Gdybyśmy się zgodzili na coś takiego, na zdjęcie kapelusza, przyniósłby nam wstyd!

- Wstyd?! Wstyd wyrzucać z domu dobrego młodego człowieka. Dzięki twojej ochronie Rajzla zostanie starą panną! Mojsze nie ma żony, a teraz ona nie będzie mieć męża. Jeśli Rajzla zawrze małżeństwo przed Mojszem, ludzie to zrozumieją. To nic strasznego. Ale jeśli Rajzla nie znajdzie męża, Gitti zostanie starą panną.

- Uspokój się, mami. Wypijmy herbatę. - Tati idzie do kuchni.

- Najn! - szepce gniewnie mami. Podchodzi do Rajzli, ciągle zamarłej przy stole jadalnym.

Jeszcze nigdy nie była taka pewna, że nie wyjdzie za mąż. To postanowione. Żadnych następnych randek. Żadnych następnych spotkań. Nie zamierza rozmawiać o tej katastrofie z Podhoretz ani matką.

Ale mami z determinacją zerka na Rajzlę kątem oka. Z niesamowitą precyzją rozumie rozpacz córki i lekceważy ją.

- Dziś nie był twój dzień. Następny chusen nie przyjedzie do mieszkania. Nie ma zwyczaju spotykać się poza domem, ale nigdy nie zaaranżujemy małżeństwa w domu, w obecności tatiego. Tym razem spotkacie się w mieście.

- Naprawdę? - Rajzla nie wierzy, że tati się na to zgodzi. Nie wierzy, że znajdzie w ten sposób chusena. - Mogę iść do miasta?

- O tak! - woła mami, zdecydowanie kiwając głową. Jest przekonana, nie ma wątpliwości.