Rozdział 1. Skrytobójca
Rozdział 1
Skrytobójca
Merrick Marius włożył bełt do niewielkiej kuszy, a następnie schował
broń pod połą płaszcza. Na tle sierpa księżyca przesuwały się kłębiaste
chmury, spowijając go i plac Główny w ciemności. Mężczyzna zlustrował
ulice, przy których stały rozpadające się budynki. Nie chciał, by
kręcili się tu ludzie. Ale o tej porze miasto było opustoszałe. Może
Ratibor to dziura, pomyślał, ale przynajmniej łatwo się tu pracuje.
Po niedawnym zwycięstwie nacjonalistów poprawiły się tu warunki życia.
Zniknęli imperialni strażnicy, a bez nich ustały regularne patrole. W mieście brakowało nawet doświadczonego szeryfa, ponieważ burmistrzyni
nie zgodziła się na wynajęcie ludzi do pilnowania tak zwanego prawa i porządku. Zamiast tego postanowiła zdać się na pomoc sprzedawców,
szewców i mleczarzy. Merrick uważał to za mało rozsądne, ale czego można
się było spodziewać po niedoświadczonej arystokratce.
Mimo to nie narzekał. Wręcz przeciwnie, był wdzięczny za pomoc.
Podziwiał Aristę Essendon za to, co osiągnęła. W Melengarze, gdzie
rządził jej brat król Alric, jako niezamężna księżniczka nie posiadała
realnej władzy. Przyjechała zatem tutaj i obmyśliła rewoltę, a potem
wieśniacy, którzy ocaleli w walkach, w nagrodę przekazali jej klucze do
miasta. Była przedstawicielką obcego rodu królewskiego, a oni dziękowali
jej za to, że przejęła nad nimi władzę. Genialne. Sam nie zdołałby tego
le- piej rozegrać.
W kącikach ust Merricka pojawił się nieznaczny uśmiech, gdy obserwował
księżniczkę, stojąc na ulicy. Na pierwszym piętrze ratusza paliła się
jeszcze świeczka, choć było już bardzo późno. Niewyraźna postać Aristy
przesunęła się za zasłonami, gdy wstała od biurka. Już niedługo,
pomyślał.
Przesunął dłonią po broni, która miała zaledwie pół metra długości, a łuczysko było jeszcze krótsze, przez co brakowało jej siły przebicia
tradycyjnej kuszy. Powinna jednak wystarczyć. Cel nie nosił zbroi i siła
uderzenia nie była tak istotna, bo ząbkowany stalowy grot pokrywała maść
z zarazkami ospy vendeńskiej. Zdaniem Mariusa trucizna ta była żałosna
jako środek skrytobójczego zamachu, ponieważ ani nie zabijała szybko,
ani nie paraliżowała ofiary. Powodowała śmierć dopiero po jakimś czasie,
który dla Merricka wydawał się nieprofesjonalnie długi. Nigdy wcześniej
jej nie używał, ale wiedział z wiarygodnego źródła, że jad nie ulegnie
nawet najpotężniejszym zaklęciom i czarom, bo był odporny na magię.
Zważywszy na ofiarę, była to najważniejsza kwestia.
Do pokoju weszła druga osoba i Arista nagle usiadła. Merrick pomyślał,
że właśnie otrzymała jakąś ciekawą wiadomość, i już zamierzał przejść na
drugą stronę ulicy, żeby podsłuchać pod oknem, gdy za jego plecami
otworzyły się drzwi gospody, z której wyszło dwóch klientów. Po ich
chwiejnym kroku i hałaśliwym zachowaniu zorientował się, że tej nocy
wypili więcej niż po jednym kuflu.
-?Nestor, kto się tam opiera o słup? -?spytał jeden, wskazując palcem
Merricka.
Był tłusty i miał nos w kolorze i kształcie truskawki. Przymrużył oczy w przyćmionym świetle i ruszył niepewnym krokiem naprzód.
-?Skąd mam wiedzieć? -?odpowiedział jego chudy kompan, na którego wąsie
wciąż lśniła piana od piwa.
-?Co on tu robi o tej porze?
-?To też skąd mam wiedzieć, kretynie?
-?No to go zapytaj.
Wysoki mężczyzna zrobił krok do przodu.
-?Co pan tu robisz? Podtrzymujesz słup, żeby weranda się nie zawaliła? -
Parsknął śmiechem i pochylił się, opierając ręce na kolanach.
-?Prawdę mówiąc -?odparł Merrick niemal grobowym głosem -?czekam, żeby
przyznać tytuł miejskiego kretyna temu, kto zada mi najgłupsze pytanie.
Gratuluję. Wygrałeś.
Chudzielec poklepał kamrata po ramieniu.
-?Widzisz? Cały wieczór powtarzałem ci, jaki potrafię być zabawny, a ty
ani razu się nie roześmiałeś. Teraz dostaję nową posadę... prawdopodobnie
lepiej płatną od twojej.
-?O tak, jesteś całkiem zabawny -?zapewnił go kompan, gdy oddalali się
chwiejnym krokiem, znikając w ciemności. -?Powinieneś zgłosić się na
przesłuchanie do teatru. Będą grać dla burmistrzyni Spisek przeciw
Koronie. Jak cię zobaczę na scenie, to się dopiero ubawię!
Uwaga o Spisku popsuła Merrickowi nastrój. Widział tę sztu- kę przed
kilkoma laty. Choć przedstawieni w niej dwaj złodzieje występowali pod
innymi nazwiskami, Marius był pewien, że chodziło o Royce'a Melborna i Hadriana Blackwatera. Royce był jego najlepszym przyjacielem w czasach,
gdy zabijali na zlecenie Diamentu. Kres tej znajomości nastąpił
siedemnaście lat temu, w ciepłą letnią noc, gdy Royce zamordował Nefryt.
Choć Merricka przy tym nie było, milion razy wyobrażał sobie tę scenę.
Royce jeszcze wtedy nie miał białego sztyletu i używał kharolli z czarnymi rękojeściami. Merrick wystarczająco znał jego technikę, by
wiedzieć, jak bezszelestnie przeciął Nefryt dwoma ostrzami naraz. Nie
interesowało go, że ktoś wrobił Royce'a ani że Melborn nie wiedział,
kogo zabija, bo nie widział twarzy ofiary. Marius pamiętał jedynie, że
zginęła kobieta, którą kochał, a zabił ją jego najlepszy przyjaciel.
Od tamtego dnia minęło prawie dwadzieścia lat, a jego wciąż dręczyło
wspomnienie o Nefryt i Roysie. Nie potrafił myśleć o nich oddzielnie i nie potrafił o wszystkim zapomnieć. Miłość i nienawiść splotły się w nim
na zawsze w węzeł zbyt silny do rozsupłania.
Hałasy i krzyki dochodzące z gabinetu Aristy przywróciły go do
rzeczywistości. Sprawdził broń, po czym przeszedł na drugą stronę ulicy.
* * *
-?Wasza Wysokość? -?odezwał się żołnierz, wchodząc do gabinetu.
Księżniczka Arista ze splątanymi włosami i podkrążonymi oczami uniosła
głowę znad zagraconego biurka. Przez chwilę taksowała gościa wzrokiem:
na twarzy mężczyzny w źle dopasowanej zbroi malował się wyraz
niesłabnącego poirytowania. Nie obejdzie się bez zgrzytów, pomyślała.
-?Posłałaś po mnie? -?spytał z częściowo tylko skrywanym rozdrażnieniem.
-?Tak, Renquist -?odparła też nieco zirytowana. Nie spała od dwóch dni i miała trudności ze skupieniem uwagi. -?Poprosiłam, żebyś tu przyszedł,
aby...
-?Wasza Wysokość, nie możesz tak mnie wzywać. Muszę kierować armią i wygrać wojnę. Nie mam czasu na pogawędki.
-?Pogawędki? Nie wzywałabym cię bez ważnego powodu.
Renquist przewrócił oczami.
-?Musisz usunąć wojsko z miasta.
-?Co takiego?
-?Nic na to nie poradzę. Twoi ludzie sprawiają kłopoty. Codziennie
dostaję zgłoszenia o żołnierzach gnębiących kupców i niszczących mienie.
Jest nawet jedno oskarżenie o gwałt. Musisz wyprowadzić swoich ludzi
poza mury, gdzie będzie można nad nimi zapanować.
-?Moi ludzie ryzykowali życie, walcząc z imperialistami. Jedzenie i zakwaterowanie to niewielka cena, jaką płaci za to to wszawe miasto. A teraz chcesz, żebym pozbawił ich także łóżek i dachu nad głową?
-?Kupcy i gospodarze nie chcą ich karmić, bo nie mogą -?wyjaśniła
Arista. -?W chwili przejęcia władzy nad Ratiborem imperialiści
skonfiskowali zapasy, a deszcze i wojna zniszczyły większość
tegorocznych zbiorów. Miasto nie może wyżywić swoich obywateli, a co
dopiero armię. Jesień za pasem, nadchodzą zimne dni. Ci ludzie
zastanawiają się, jak przetrwają zimę. A jak mają zadbać o siebie, gdy
tysiąc żołnierzy plądruje ich sklepy i gospodarstwa? Jesteśmy wam
wdzięczni za pomoc przy zdobywaniu miasta, ale wasza dalsza obecność
grozi zniweczeniem tego, w imię czego narażaliście życie. Musicie stąd
odejść.
-?Jeśli na siłę wyślę ich z powrotem do obozów, gdzie będzie brakowało
jedzenia i przez płócienne dachy będzie przeciekała woda, połowa
zdezerteruje. Już i tak wielu przebąkuje o powrocie do domu na żniwa.
Chyba nie muszę ci mówić, że w razie zniknięcia tej armii imperium
odbije miasto.
Arista pokręciła głową.
-?Gdy nacjonalistyczną armią dowodził Degan Gaunt, jego podkomendni żyli
miesiącami w podobnych warunkach i nie stanowiło to żadnego problemu.
Tu, w Ratiborze, żołnierze stają się wygodni. Może czas, żebyście
ruszyli do Aquesty?
Renquist zesztywniał na taką sugestię.
-?Pojmanie Gaunta komplikuje zdobycie Aquesty. Potrzebuję czasu na
zebranie informacji i czekam na posiłki oraz zapasy z Delgosu. Zdobycie
stolicy nie przebiegnie tak łatwo jak Vernesu czy Ratiboru. Żołnierze
będą walczyć do ostatniego człowieka, żeby bronić swojej imperatorki.
Nie. Musimy tu zostać dopóty, dopóki nie będę w pełni przygotowany.
-?Jeśli musicie, to czekajcie, ale nie tutaj -?oświadczyła
kategorycznie.
-?A jeśli odmówię? -?spytał, mrużąc oczy.
Arista odłożyła pergaminy na biurko, ale nie odpowiedziała.
-?To moja armia wyzwoliła to miasto -?oświadczył z naciskiem. -?Ty masz
władzę tylko dlatego, że ja na to pozwalam. Nie słucham twoich rozkazów.
Nie jesteś tu księżniczką, a ja nie jestem twoim wasalem. Odpowiadam
przed swoimi ludźmi, a nie przed tym miastem i już na pewno nie przed
tobą.
Arista powoli wstała.
-?Jestem burmistrzynią Ratiboru wybraną przez jego mieszkańców -
powiedziała władczym tonem. -?Ponadto jestem namiestniczką i pełniącą
obowiązki władcy całego Rhenyddu, także za zgodą ludzi, którzy tu
mieszkają. Ty i twoja armia przebywacie tu tylko dzięki mojemu
zezwoleniu.
-?Jesteś księżniczką z Melengaru! Ja przynajmniej urodziłem się w Rhenyddzie.
-?Bez względu na twoje osobiste nastawienie do mnie uszanujesz władzę
tego urzędu i postąpisz tak, jak każę.
-?A w przeciwnym razie? -?spytał chłodnym tonem.
Reakcja Renquista nie zdziwiła Aristy. Był zawodowym żołnierzem, który
przed przyłączeniem się do nacjonalistów po upadku Kilnaru służył
królowi Urithowi, jak również imperialistom. Po zniknięciu Gaunta został
głównodowodzącym. Nigdzie indziej nie mógł liczyć na takie stanowisko.
Teraz zaś zaczynał zdawać sobie sprawę z posiadanej władzy i pokazywać,
na co go stać. Arista miała nadzieję, że okaże takiego samego ducha co
Emery, ale Renquist zdecydowanie nie był prostym człowiekiem o szlachetnym sercu. Jeżeli teraz nie podejmie działania, może stanąć w obliczu wojskowego przewrotu.
-?To miasto dopiero co wyzwoliło się spod władzy jednego tyrana i nie
pozwolę, żeby dostało się pod but następnego. Jeśli odmówisz wykonania
mojego rozkazu, znajdę na twoje miejsce innego dowódcę.
-?W jaki sposób?
Arista uśmiechnęła się nieznacznie.
-?Dobrze się zastanów... Na pewno zgadniesz.
Renquist dalej na nią patrzył, ale gdy domyślił się, co miała na myśli,
otworzył szeroko oczy, a na jego twarzy pojawił się strach.
-?Tak -?powiedziała. -?Krążące o mnie plotki są prawdą. A teraz zabierz
swoją armię z miasta, zanim uznam, że powinnam udowodnić, do czego
jestem zdolna. Masz jeden dzień na wyprowadzenie wojska. Wywiadowcy
znaleźli odpowiednią dolinę na północy. Proponuję, żebyście rozbili obóz
tam, gdzie rzeka krzyżuje się z drogą. Taka odległość zapewni wszystkim
spokój. Przy okazji wybór miejsca bliżej docelowej Aquesty podniesie
morale twoich ludzi.
-?Nie mów mi, jak mam dowodzić armią -?warknął, choć już nie tak głośno
ani pewnie, jak wcześniej.
-?Wybacz -?powiedziała, skłaniając głowę. -?To była tylko propozycja.
Opuszczenie miasta to jednak rozkaz. Dobranoc, sir.
Renquist zawahał się, oddychając z trudem i zaciskając dłonie w pięści.
-?Powiedziałam: "Dobranoc, sir".
Wymamrotał przekleństwo i trzasnął drzwiami.
Wycieńczona Arista opadła ciężko na krzesło. Dlaczego wszystko musi być
takie trudne? Teraz każdy czegoś od niej chciał: jedzenia, schronienia,
zapewnień, że wszystko się ułoży. Była dla ludzi źródłem nadziei, lecz
sama widziała jej niewiele. Nieustannie nękały ją problemy i czuła się
prawdziwie osamotniona.
Położyła głowę na biurku i przymknęła oczy.
-?Zdrzemnę się kilka minut -?powiedziała do siebie. -?Potem wstanę,
zastanowię się, jak poradzić sobie z niedoborem ziarna, i przeczytam
zgłoszenia o maltretowaniu jeńców.
Odkąd została burmistrzynią, musiała zajmować się setkami spraw, na
przykład przyznaniem komuś prawa do zbierania plonów z pól gospodarzy
poległych w czasie bitwy. W obliczu braku żywności i groźby nadejścia
surowej jesiennej pogody musiała znaleźć szybkie rozwiązanie.
Te problemy przynajmniej pozwalały jej zapomnieć na chwilę o własnej
stracie. Jak wszyscy w tym mieście Arista nie potrafiła przestać
rozpamiętywać bitwy. Nie odniosła widocznych ran. Źródłem jej bólu było
wspomnienie widzianej w nocy twarzy. Serce bolało ją, jakby je przebito,
i ta rana nigdy się w pełni nie zagoi. Do końca życia pozostanie po niej
wyraźna blizna.
Gdy w końcu zasnęła, nawiedziły ją sny o Emerym. Jak zwykle siedział w nogach łóżka, skąpany w świetle księżyca. Arista zaczęła szybciej
oddychać w oczekiwaniu na pocałunek. Ale gdy pochylił się z uśmiechem na
ustach, nagle zesztywniał i z kącika ust wypłynęła mu kropla krwi. Z jego piersi wystawał bełt. Próbowała krzyknąć, lecz nie mogła dobyć
głosu. Przebieg snu był zawsze taki sam, lecz tym razem Emery przemówił.
"Nie ma już czasu", powiedział do niej z wyrazem determinacji na twarzy.
"Teraz wszystko zależy od ciebie". Usiłowała zapytać, o co mu chodzi,
gdy...
-?Wasza Wysokość.
Poczuła, jak ktoś delikatnie pociąga ją za ramię. Otworzywszy oczy,
zobaczyła Orrina Flatly'ego. Miejski skryba, który kiedyś liczył
uderzenia biczem wymierzane buntownikom na placu Głównym, zgłosił się na
ochotnika na stanowisko jej sekretarza. Z początku wahała się, ponieważ
jego skuteczność połączona była z obojętnością, ale w końcu uświadomiła
sobie, że rzetelne wykonywanie pracy to nie zbrodnia. Jej decyzja
okazała się trafna, ponieważ Orrin okazał się lojalnym i sumiennym
pomocnikiem. Ale poczuła się nieswojo, widząc teraz jego beznamiętną
twarz.
-?O co chodzi? -?spytała, przecierając oczy i sprawdzając, czy tak jak
zwykle nie ma na policzkach łez.
-?Ktoś przyszedł się z tobą zobaczyć. Wyjaśniłem, że jesteś zajęta, ale
nalegał. Nie sposób go... -?Orrin przestąpił z zakłopotaniem z nogi na
nogę -?...zlekceważyć.
-?Kto to taki?
-?Nie chciał podać nazwiska, ale powiedział, że go znasz, a jego sprawa
jest najwyższej wagi. Upiera się, że musi niezwłocznie z tobą
porozmawiać.
-?Dobrze. -?Arista skinęła głową. -?Odczekaj chwilę, a potem go
wprowadź.
Po wyjściu Orrina wygładziła suknię, by choć w niewielkim stopniu godnie
się prezentować. Tak długo żyła jak człowiek z ludu, że poziom tego, co
uważała za dopuszczalne, przerażająco się obniżył. Sprawdzając fryzurę w lustrze, zastanawiała się, gdzie podziała się księżniczka Melengaru i czy jeszcze kiedyś powróci.
Gdy doprowadzała się do porządku, otwarły się drzwi.
-?W czym mogę pomóc...
W wejściu stał Esrahaddon w tej samej szacie, której koloru Arista nigdy
nie potrafiła określić, i jak zwykle skrywał przedramiona w jej
lśniących fałdach. Miał dłuższą brodę i siwe pasemka we włosach, przez
co wyglądał starzej, niż go pamiętała. Nie widziała czarnoksiężnika od
poranka, kiedy rozmawiała z nim na brzegu Nidwaldenu.
-?A co ty tu robisz? -?spytała, zmieniając ton z serdecznego na
lodowaty.
-?Mnie też miło cię widzieć, Wasza Wysokość.
Wpuściwszy czarnoksiężnika, Orrin zostawił otwarte drzwi. Po jednym
spojrzeniu Esrahaddona same się zamknęły.
-?Widzę, że ostatnio lepiej sobie radzisz bez rąk -?zauważyła.
-?Człowiek przystosowuje się do warunków życia -?odparł, siadając
naprzeciwko niej.
-?Nie prosiłam, żebyś usiadł.
-?Nie prosiłem o pozwolenie.
Krzesło Aristy uderzyło ją od tyłu w nogi, wskutek czego gwałtownie na
nie opadła.
-?Jak to robisz bez pomocy rąk i głosu? -?spytała, ulegając ciekawości.
-?Nauka się skończyła. A może nie pamiętasz, jak sama to oświadczyłaś
przy naszym ostatnim spotkaniu?
-?Pamiętam. -?Arista znów przybrała surowy ton. -?Myślałam też, że dałam
wyraźnie do zrozumienia, że nie chcę cię więcej widzieć.
-?Tak, tak, wszystko ładnie, pięknie, ale potrzebuję twojej pomocy w odnalezieniu spadkobiercy.
-?Znów go zgubiłeś?
Esrahaddon puścił przytyk mimo uszu.
-?Możemy go odnaleźć za pomocą podstawowego zaklęcia lokalizacyjnego.
-?Nie interesują mnie twoje gierki. Zarządzam miastem.
-?Musimy niezwłocznie to zrobić. Nawet tutaj, w tej chwili. Domyślam
się, gdzie przebywa, ale czasu jest mało i nie mogę sobie pozwolić na
wybór błędnego kierunku. Posprzątaj na biurku i możemy zaczynać.
-?Nie mam najmniejszego zamiaru.
-?Aristo, wiesz, że nie dam rady sam. Potrzebuję twojej pomocy.
Księżniczka spiorunowała go wzrokiem.
-?Trzeba było o tym pomyśleć, zanim zaaranżowałeś morderstwo mojego
ojca. Powinnam skazać cię na stracenie.
-?Nie rozumiesz. W grę wchodzą tysiące istnień ludzkich. To ważniejsze
od twojej straty. Ważniejsze od straty stu królów i tysiąca ojców. Nie
tylko ty cierpisz. Myślisz, że miło mi było gnić w więzieniu przez
tysiąc lat? Tak, wykorzystałem ciebie i twojego ojca, żeby uciec.
Zrobiłem to z konieczności, bo ochraniam najważniejszą osobę na świecie.
A teraz daj spokój z tą błazenadą. Nie mamy na to czasu.
-?Tak się cieszę, że ci nie pomogę. -?Uśmiechnęła się z wyższością. -
Nie potrafię przywrócić ojca do życia i wiem, że nie mogłabym nigdy cię
zabić ani nie dałbyś się wtrącić ponownie do więzienia. To prawdziwy
prezent: okazja, żeby odpłacić ci za to, co mi odebrałeś.
Esrahaddon westchnął i pokręcił głową.
-?Tak naprawdę nie żywisz do mnie nienawiści, Aristo. Zżera cię poczucie
winy. Świadomość, że miałaś tyle samo wspólnego ze śmiercią swojego
ojca, co ja. Ale winny jest Kościół. To on pokierował wydarzeniami tak,
abym uciekł i doprowadził go do spadkobiercy. Zwabili cię do Gutarii, bo
wiedzieli, że cię wykorzystam.
-?Precz! -?Arista wstała. Poczerwieniała na twarzy. -?Orrin! Straże!
Skryba mocował się z drzwiami i udało mu się je uchylić, ale po jednym
spojrzeniu Esrahaddona znów się zatrzasnęły.
-?Wasza Wysokość, sprowadzę pomoc -?powiedział Orrin zza drzwi.
-?Musisz sobie wybaczyć, Aristo.
-?Wynoś się! -?wrzasnęła.
Machnęła ręką i drzwi biura gwałtownie się otworzyły, wypadając niemal z zawiasów. Esrahaddon podniósł się i ruszył do wyjścia, dodając:
-?Musisz zrozumieć, że nie odpowiadasz za śmierć swojego ojca bardziej
ode mnie.
Po jego wyjściu Arista znów zatrzasnęła drzwi i usiadła na podłodze,
opierając się o nie plecami. Miała ochotę wrzasnąć: "To była moja wina!"
-?choć wiedziała, że to nieprawda. Przez kilka lat się oszukiwała, ale
już dłużej nie mogła. Choć trudno jej było to przyznać, Esrahaddon miał
rację.
* * *
Czarnoksiężnik wyszedł z ratusza na pogrążony w ciemności plac Główny.
Spojrzał przez ramię i westchnął. Naprawdę lubił Aristę. Żałował, że nie
może jej powiedzieć wszystkiego, ale ryzyko było zbyt duże. Choć uwolnił
się z Gutarii, obawiał się, że Kościół wciąż podsłuchuje jego rozmowy -
nie każde słowo, tak jak w czasie jego pobytu w więzieniu, ale Mawyndulë
dysponował taką potęgą, że olbrzymie odległości nie były dla niego
przeszkodą. Dlatego Esrahaddon założył, że musi być ostrożny. Jedną
nieprzemyślaną uwagą, jednym nieopatrznie wymienionym nazwiskiem mógł
wszystko zepsuć.
Czasu było coraz mniej, ale przynajmniej teraz nie ulegało wątpliwości,
że Arista naprawdę stała się cenzarem. Zasiał ziarno i gleba okazała się
żyzna. Jej zdolności domyślił się rano w dniu bitwy o Ratibor, gdy
Hadrian wspomniał, że deszcz ma nie przestać padać. Podejrzewał, że
Arista rzuciła zaklęcie przyczyniające się do zwycięstwa nacjonalistów.
Od tamtej pory docierały do niego pogłoski o nienaturalnych mocach nowej
burmistrzyni, ale dopiero teraz, gdy prostym machnięciem ręki przerwała
jego zaklęcie zamykające, zyskał pewność, że w końcu pojęła moc Sztuki.
Oprócz Arcadiusa i niego nie było już więcej czarnoksiężników należących
do ludzkiej rasy, a oni dwaj i tak tworzyli dosyć żałosną parę. Arcadius
zaliczał się do starych ramoli, nazywanych przez cenzarów w języku elfów
faquinami, czyli najbardziej nieudolnymi magikami posiadającymi wiedzę,
ale ani krzty talentu. Faquinom nigdy nie udawało się przejść od
materialnej alchemii do prawdziwej kinetycznej wersji Sztuki.
Ale Esrahaddon nie był ani trochę lepszy. Bez rąk był zwykłym inwalidą,
również w kwestii magii. Teraz jednak, wraz z pojawieniem się Aristy w świecie czarnoksięstwa, ludzkość znów zyskała osobę naprawdę uzdolnioną
w dziedzinie Sztuki. Księżniczka była jeszcze nowicjuszką, ale nie
ulegało wątpliwości, że z czasem jej talent się rozwinie, a pewnego dnia
stanie się potężniejsza od każdego króla, imperatora, wojownika czy
kapłana razem wziętych.
Świadomość tego, że księżniczka może zapanować nad całą ludzkością, była
jednak niepokojąca. W czasach starego imperium istniały zabezpieczenia.
Wielka Rada Cenzarów nadzorowała ludzi biegłych w Sztuce i zapewniała
jej właściwy użytek. Teraz cenzarów nie było. Jego koledzy, a nawet
pomniejsi magowie nie żyli. I hierarchowie Kościoła, pozbawiając
Esrahaddona możliwości działania, myśleli, że wyeliminowali też
zagrożenie z ich strony. Aż tu nagle pojawiła się prawdziwa adeptka
Sztuki i czarnoksiężnik był niemal pewny, że nikt nie rozumiał, jakie
niebezpieczeństwo stanowi Arista. Potrzebował jej i choć ona jeszcze
tego nie wiedziała, ona potrzebowała jego. Mógł jej wyjaśnić, skąd się
wzięła Sztuka i jak doszło do tego, że zaczęto jej używać. Cenzarowie
byli opiekunami, strażnikami i obrońcami. Strzegli tajemnic, które
ochronią ludzkość, kiedy dobiegnie kresu Uli Vermar.
Gdy Esrahaddon poznał prawdę, dawno temu, poczuł ulgę, że to nie on
będzie musiał stawić czoło temu problemowi, ponieważ dzień rozliczenia
miał nastąpić za wiele stuleci. Na ironię zakrawał fakt, że uwięzienie
go w wolnym od upływu czasu lochu Gutarii przedłużyło mu życie do tych
czasów. To, co kiedyś wydawało mu się odległą przyszłością, miało
wydarzyć się za kilka miesięcy.
Roześmiał się gorzko, po czym poszedł na środek placu, żeby usiąść i zebrać myśli.
Jego plan był bardzo niepewny, ale wszystkie elementy układanki
znajdowały się na właściwych miejscach. Arista po prostu potrzebowała
czasu, żeby opanować uczucia. Wtedy się przekona. Hadrian zaś, gdy się
dowiedział, że jest opiekunem spadkobiercy, okazał się godny tego
dziedzictwa. No i pozostawał jeszcze sam spadkobierca -?wybór osoby był
z pewnością niespodziewany, ale w jakiś sposób całkowicie logiczny. Tak,
wszystko będzie dobrze, doszedł do wniosku. Sprawy zawsze się w końcu
układają. Przynajmniej zawsze tak mawiał Yolric.
Yolric był najmądrzejszy z nich wszystkich i żarliwie wyznawał pogląd,
że świat potrafi sam się naprawiać. Po upadku starego imperium
Esrahaddon najbardziej obawiał się jego przejścia na stronę Venlina. To,
że potomek imperatora wciąż żył, dowodziło, że mistrz Esrahaddona nie
pomógł patriarsze w odnalezieniu chłopaka. Czarnoksiężnik uśmiechnął się
szeroko. Brakowało mu starego Yolrica.
Esrahaddon rozprostował nogi i spróbował oczyścić umysł z wszelkich
myśli. Musiał odpocząć, ale już od wielu stuleci to mu się nie udawało.
Odpoczynkiem cieszyli się tylko ludzie czystego sumienia, a on miał na
rękach za dużo niewinnej krwi. Ale zbyt wielu ludzi oddało za niego
życie, by miał teraz, po tym wszystkim, doznać porażki.
Wspomnienie Yolrica otworzyło drzwi do przeszłości i Esrahaddon zobaczył
w myślach twarze od dawna nieżyjących ludzi: swojej rodziny, przyjaciół
i kobiety, którą miał nadzieję poślubić. Jego egzystencja sprzed upadku
wydawała się zwykłym snem, ale być może to jego obecny stan był
koszmarem, w którym tkwił uwięziony. Może pewnego dnia obudzi się i stwierdzi, że znów jest w pałacu, a z nim Nevrik, Jerish i jego ukochana
Elinya.
Czy przeżyła zburzenie miasta? Chciał w to wierzyć, mimo że taka
możliwość wydawała się mało prawdopodobna. Przyjemnie było wyobrażać
sobie, że Elinya uciekła przed zagładą, ale nawet ta myśl dawała mu
niewielkie pocieszenie. A jeśli uwierzyła w to, co potem mówili na jego
temat? Czy wyszła za kogoś innego, czując się zdradzona? Czy zmarła
wiele lat później, żywiąc do mnie nienawiść?
Powinien przestać myśleć w ten sposób i spróbować się przespać.
Powiedział Ariście prawdę: ich poświęcenia nic nie znaczyły w porównaniu
z celem.
Wstał i ruszył w stronę gospody. Chmura przesłoniła księżyc,
przyćmiewając jego i tak już nikłe światło. W tym momencie Esrahaddon
poczuł ukłucie w plecach. Krzyknął z bólu i upadł na kolana. Skręcając
się w pasie, poczuł, że szata przykleja mu się do ciała i robi się coraz
wilgotniejsza.
Krwawię.
-?Venderia -?szepnął i od razu jego ubiór zajaśniał, rozświetlając plac.
Na obrzeżu blasku dostrzegł mężczyznę w ciemnym płaszczu. Z początku
pomyślał, że to może być Royce. Miał taką samą postawę świadczącą o nieugiętej determinacji, ale był wyższy i szerszy w ramionach.
Esrahaddon wymamrotał klątwę i cztery belki podpierające dach werandy
rozleciały się w drzazgi. Ciężki strop zawalił się tuż po tym, jak
mężczyzna wyszedł spod niego. Uderzające o ziemię fragmenty zadaszenia
wywołały podmuch, który jedynie załopotał jego płaszczem.
Esrahaddon, zlany potem i dręczony bólem w plecach, usiłował wstać, by
stawić czoło napastnikowi, który zbliżał się swobodnym krokiem w jego
kierunku. Skupił się i znów przemówił. Z pyłu na placu utworzyła się
wirująca trąba, która zaczęła sunąć w stronę zamachowca, a gdy go
pochłonęła, mężczyzna zapłonął. Czarnoksiężnik poczuł piekielny żar,
kiedy słup spęczniał, a bijące od niego światło zalało plac żółtym
blaskiem. W środku stała postać spowita niebieskimi językami płomieni,
ale gdy ogień przygasł, mężczyzna ruszył dalej, bez śladu oparzeń.
Dotarłszy do Esrahaddona, zamachowiec spojrzał nań z zaciekawieniem, jak
dziecko przyglądające się dziwnemu robakowi przed rozdeptaniem go. Nie
odezwał się, lecz pokazał srebrny medalion, który nosił zawieszony na
łańcuszku na szyi.
-?Poznajesz? -?spytał. -?Podobno to ty go zrobiłeś. Niestety
spadkobierca nie będzie go już potrzebował.
Esrahaddon z trudem złapał oddech.
-?Gdybyś tylko miał ręce, mógłbyś mi go zerwać z szyi. Wtedy byłbym w poważnych tarapatach, prawda?
Rumor walącego się dachu i rozbłyski światła zbudziły kilku ludzi w okolicznych domach. Zapaliły się świeczki w oknach i otwarły drzwi
wychodzące na plac.
-?Regenci kazali mi cię poinformować, że nie jesteś już potrzebny.
Mężczyzna w ciemnym płaszczu uśmiechnął się okrutnie, po czym bez słowa
odszedł, znikając w labiryncie ciemnych ulic.
Esrahaddon był zdezorientowany. Wydawało mu się, że nie został ugodzony
śmiertelnie. Mógł z łatwością oddychać, więc strzała nie trafiła go w płuca i ominęła serce. Wprawdzie krwawił, ale nie obficie. Ból był
dotkliwy jak przy oparzeniu, ale czarnoksiężnik miał czucie w nogach i był pewny, że da radę chodzić.
Czemu pozostawił mnie przy życiu? Dlaczego...? Trucizna! Esrahaddon skupił
się i wymamrotał formułę. Nie podziałała. Za pomocą kikutów usiłował
wyczarować silniejsze zaklęcie. Nic to nie dało. Zaczął czuć działanie
trucizny, gdy rozeszła mu się w plecach. Bez rąk był bezradny.
Kimkolwiek był człowiek w płaszczu, dokładnie wiedział, co robi.
Esrahaddon spojrzał przez ramię na ratusz. Nie mógł umrzeć. Jeszcze nie
teraz.
* * *
Hałas na ulicy zwrócił uwagę Aristy. Wciąż siedziała oparta o drzwi
biura, gdy z placu dobiegły głosy i krzyki. Nie było jasne, co tam się
stało, ale gdy usłyszała słowo "umiera", od razu wstała.
Na schodach zebrał się niewielki tłum, na którego środku jarzyło się
dziwne pulsujące światło, jakby na plac Główny spadł kawałek księżyca.
Gdy Arista podeszła bliżej, zobaczyła Esrahaddona. To świeciła jego
szata. Rozbłyskiwała, a następnie przygasała, po czym znów jaśniała w rytm powolnych, ciężkich oddechów czarnoksiężnika. W bladym świetle
Arista dostrzegła kałużę krwi, a obok niej bełt. Esrahaddon leżał na
plecach. Miał trupio bladą twarz i sine usta. Z pomiętych rękawów
wystawały mięsiste kikuty jego rąk.
-?Co tu się stało? -?spytała.
-?Nie wiemy, Wasza Wysokość -?odparł ktoś z tłumu. -?Chciał cię
zobaczyć.
-?Idźcie po doktora Geranda -?rozkazała, po czym uklękła przy
Esrahaddonie i delikatnie opuściła jego rękawy.
-?Za późno -?wyszeptał, wpatrując się intensywnie w jej oczy. -?Nie
można mi pomóc... trucizna... Aristo, posłuchaj... nie ma czasu. -?Wypowiadał
słowa pospiesznie, usiłując złapać między nimi oddech. Na jego twarzy
malował się wyraz determinacji połączonej z desperacją jak u tonącego
człowieka, który próbuje się czegoś chwycić. -?Weź moje brzemię... znajdź...
-?Zawahał się, spoglądając na twarze ludzi w tłumie. Skinął, żeby się do
niego zbliżyła. Gdy przysunęła ucho do jego ust, ciągnął: -?Znajdź
spadkobiercę... Zabierz go ze sobą... Bez niego wszystko przepadnie. -
Zakaszlał i z trudem złapał oddech. -?Odszukaj róg Gylindory...
Spadkobierca musi go znaleźć... Jest pogrzebany z Novronem w Percepliquis...
-?Znów zaczerpnął tchu. -?Pośpiesz się... Podczas zimonaliów kończy się
Uli Vermar... -?Kolejny oddech. -?Przyjdą... Bez rogu wszyscy zginą. -
Jeszcze raz wciągnął powietrze. -?Tylko ty teraz wiesz... Tylko ty możesz
uratować... Patriarcha... jest taki sam... -?Następnego oddechu już nie było.
I słów też nie.
Pulsujące światło wydzielane przez szatę Esrahaddona zgasło i wszyscy
pogrążyli się w mroku.
* * *
Arista patrzyła, jak -?mimo że w gabinecie nie było przeciągu -?cuchnący
dym o barwie kredy kieruje się ku północnej ścianie, w którą jakby
wniknął. Zaklęcie lokalizacyjne wymagało spalenia cząstki poszukiwanej
osoby. Kosmyk jasnych włosów wydawał się oczywistym wyborem, ale
paznokcie lub nawet skóra też by się nadawały.
Nazajutrz po śmierci Esrahaddona Arista poprosiła o wszystkie rzeczy
osobiste pozostawione przez zaginionego przywódcę armii
nacjonalistycznej. Parker przysłał parę ubłoconych znoszonych butów,
postrzępioną koszulę i wełniany płaszcz Degana Gaunta. Buty były
bezużyteczne, ale w koszuli i płaszczu kryło się wiele skarbów. Arista
odnalazła na ich powierzchni kilkadziesiąt włosów i setki fragmentów
naskórka, które pieczołowicie zebrała i włożyła do aksamitnego woreczka.
Wtedy wmawiała sobie, że chce tylko zobaczyć, czy zaklęcie podziała.
Teraz nie była pewna, co dalej robić.
Dla Esrahaddona spadkobierca był wszystkim. Po ucieczce z Gutarii
czarnoksiężnik poświęcił życie odszukaniu potomka imperatora, zmuszając
nawet Aristę do tego, by pomogła mu przy rzucaniu zaklęcia w Avemparcie
w celu odkrycia jego tożsamości. Opiekuna od razu rozpoznała jako
Hadriana, ale spadkobiercy nigdy wcześniej nie widziała. Obraz blondyna
w średnim wieku był tylko twarzą aż do czasu bitwy o Ratibor, gdy
dowiedziała się, że to Degan Gaunt, przywódca nacjonalistów. Nie ulegało
wątpliwości, że za zniknięciem Gaunta stało nowe imperium, a kolor dymu
potwierdzał, że mężczyzna żyje i jest przetrzymywany gdzieś na północy,
w odległości kilku dni drogi od jej miasta. Spojrzała na ścianę, w którą
wniknął dym.
-?To szaleństwo -?powiedziała głośno.
Nie mogę szukać spadkobiercy. Jest w rękach imperium. Gdy tylko mnie
zobaczą, zabiją. Zresztą jestem potrzebna tutaj. Czemu miałabym się
przejmować obsesją Esrahaddona?
Gdyby chciała, mogłaby ogłosić się królową Rhenyddu i obywatele z radością by ją przyjęli. Mogłaby rządzić na stałe królestwem większym od
Melengaru i cieszyć się zarówno bogactwem, jak i miłością poddanych. A po śmierci jej imię przetrwałoby w opowieściach i pieśniach, jej
wizerunek zaś zostałby uwieczniony w formie posągów i w książkach.
Spojrzała na starannie złożoną szatę leżącą na rogu biurka. Przyniesiono
ją po pogrzebie Esrahaddona. Ten kawałek tkaniny stanowił cały jego
ziemski dobytek. Czarnoksiężnik poświęcił wszystko poszukiwaniom, a i tak po dziewięciu stuleciach zginął, nie spełniwszy swojego zadania.
Dręczyło ją to zadanie. To niemożliwe, żeby Esrahaddon kierował się
tylko fanatyczną lojalnością wobec potomka władcy sprzed tysiąca lat.
Arista na pewno o czymś nie wiedziała.
"Przyjdą". Co to znaczyło? Kto przyjdzie? "Bez rogu wszyscy zginą".
Wszyscy? To znaczy kto? Nie mógł mieć na myśli wszystkich, prawda? Może
bełkotał. Tak się dzieje, gdy ludzie umierają.
Przypomniała sobie jego oczy. Jasne i skupione spojrzenie jak u...
Emery'ego.
"Nie ma już czasu. Teraz wszystko zależy od ciebie. Tylko ty teraz
wiesz... Tylko ty możesz uratować...". Gdy Esrahaddon wypowiadał te słowa,
Arista właściwie go nie słuchała, lecz teraz nie słyszała nic innego.
Nie mogła zignorować faktu, że czarnoksiężnik tuż przed śmiercią wyjawił
jej tajemnice, których pilnował przez tysiąc lat. Czuła, że podarował
jej mieniące się klejnoty o niezmiernej wartości, ale bez jego wiedzy
były to jedynie matowe kamyki. Choć nie potrafiła odgadnąć sensu jego
słów, nie mogła zlekceważyć tego, co należało zrobić. Musiała odejść. Po
odkryciu miejsca uwięzienia Gaunta będzie mogła wysłać wiadomość
Hadrianowi i zdać się na niego. Przecież to on był opiekunem, a Gaunt
jego problemem.
Włożyła do torby jedyny przedmiot, na którym jej zależało -?pochodzącą z Tur Del Furu szczotkę do włosów z perłową rączką. W pośpiechu
przygotowała pismo z rezygnacją z urzędu i zostawiła je na biurku. Przy
drzwiach zatrzymała się i odwróciła głowę. Zabranie tej rzeczy wydawało
się właściwe... niemal konieczne. Przeszła na drugą stronę gabinetu i wzięła szatę starego czarnoksiężnika. Materiał zwisał swobodnie w jej
ręku, szary i matowy. Choć nikt go nie wyprał, Arista nie dostrzegła
najmniejszego śladu krwi. Co dziwniejsze, nie widziała też dziury po
strzale. Przez chwilę zastanawiała się nad tą zagadką -?nawet po śmierci
czarnoksiężnik pozostawał dla niej tajemnicą.
Narzuciła szatę na suknię i zdziwiła się, że idealnie do niej pasuje,
choć Esrahaddon przewyższał ją o głowę. Odwróciła się plecami do biura,
a następnie wyszła, znikając w mroku nocy.
Jesienne powietrze było chłodne. Arista owinęła się szczelnie szatą i naciągnęła kaptur. Nigdy nie spotkała się z takim materiałem -?był
lekki, miękki, a przy tym cudownie ciepły i wygodny. Pachniał również
przyjemnie, salifanem.
Zastanawiała się, czy nie wziąć konia ze stajni. Nikt by jej nie żałował
wierzchowca, ale miejsce, do którego musiała dotrzeć, nie mogło
znajdować się daleko, a długi spacer jej odpowiadał. Esrahaddon
podkreślał potrzebę pośpiechu, ale pędzenie na łeb na szyję w nieznane
zakrawało na brak rozwagi. Piesza wędrówka wydawała się rozsądnym
sposobem na stawienie czoła temu, co tajemnicze. Będzie miała czas, żeby
się zastanowić. Poza tym Esrahaddon pewnie zdecydowałby się na to samo.
Napełniła bukłak wodą ze studni i spakowała trochę jedzenia. Gospodarze,
którzy sprzeciwiali się dostarczaniu prowiantu żołnierzom, zawsze
zostawiali niewielką daninę na schodach ratusza. Większość potraw Arista
rozdawała biedakom. Skutek tego był taki, że przynoszono jej więcej
żywności. Wzięła kilka gomółek sera, dwa bochenki chleba i trochę
jabłek, cebuli oraz rzepy. Żadna tam królewska uczta, ale dzięki temu
przetrwa.
Wsunęła pełny bukłak na ramię, wzięła worek z jedzeniem i ruszyła w stronę północnej bramy. Słyszała wyraźnie odgłos własnych kroków i inne
nocne hałasy. Już i tak bardzo niebezpieczne, wręcz ryzykanckie było
opuszczenie Medfordu nawet w towarzystwie Royce'a i Hadriana. A oto
teraz, ledwie kilka tygodni później zapuszczała się samotnie w mroczną
okolicę. Wiedziała, że ścieżka zaprowadzi ją na terytorium wroga, ale
miała nadzieję, że podróżując w pojedynkę, nie zwróci niczyjej uwagi.
-?Wasza Wysokość! -?powiedział zdumiony strażnik, gdy zbliżyła się do
północnej bramy.
Uśmiechnęła się słodko.
-?Możesz otworzyć?
-?Oczywiście, milady. Ale dlaczego? Dokąd się wybierasz?
-?Na spacer -?odparła.
Wartownik spojrzał na nią z niedowierzaniem.
-?Na pewno? To znaczy... -?Spojrzał przez ramię. -?Jesteś sama?
Skinęła głową.
-?Zapewniam, że nic mi nie będzie.
Mężczyzna wahał się przez chwilę, po czym ustąpił i odsunął rygiel.
Oparł się plecami o olbrzymie dębowe drzwi i naparł na nie, otwierając z wysiłkiem jedno skrzydło.
-?Musisz uważać, milady. W pobliżu kręci się jakiś obcy.
-?Obcy?
-?Jakiś nieznajomy zjawił się tu kilka godzin po zachodzie słońca i chciał wejść. Ukrywał twarz pod kapturem. Zorientowałem się, że ma złe
zamiary, więc go odesłałem. Pewnie czai się w pobliżu i czeka, aż
otworzę bramę o wschodzie słońca. Uważaj, proszę, Wasza Wysokość.
-?Dziękuję, ale na pewno nic mi się nie stanie -?odrzekła, przechodząc
obok niego.
Gdy znalazła się na zewnątrz, strażnik zamknął za nią bramę.
Trzymała się drogi. Szła najszybciej i najciszej, jak umiała. Pomimo
czyhających na nią niebezpieczeństw czuła radość. Opuszczenie Ratiboru
bez pożegnania było najlepszym rozwiązaniem. W przeciwnym razie
mieszkańcy nalegaliby, by wyznaczyła następcę i pozostała przez pewien
czas choćby w charakterze jego doradcy. Choć nie uważała sprawy za aż
tak pilną, by brać konia, martwiła się, że zbyt długa zwłoka byłaby
błędem. Poza tym nie mogła ryzykować, że imperialny szpieg odkryje jej
plan i rozstawi swych ludzi w celu jej pojmania.
Z jednego względu czuła się bezpieczniej na drodze niż w biurze -?była
pewna, że nikt nie wie, gdzie jest ani dokąd zmierza. Ta myśl
pokrzepiała ją nie mniej niż szata starego czarnoksiężnika. Po śmierci
Esrahaddona zaniepokoiła się, że też może stać się celem zamachu.
Skrytobójcy nie schwytano, a jedynym śladem po nim była niezwykle mała
kusza znaleziona w beczce na deszczówkę na placu Wschodnim. Była
przekonana, że zabójca to agent nowego imperium, którego wysłano w celu
wyeliminowania uporczywego zagrożenia. Ona zaś była uczennicą
Esrahaddona, pomogła udaremnić próbę przejęcia Melengaru przez Kościół i stanęła na czele rewolty w Ratiborze. Na pewno ludzie u władzy pragnęli
także jej śmierci.
Po niedługim czasie dostrzegła światło niedaleko drogi -?niewielkie
ognisko. Człowiek, którego nie wpuszczono do miasta? Zamachowiec?
Szła ostrożnie dalej, nie spuszczając wzroku z ognia. Niebawem minęła
wzgórze i światło zniknęło za jej plecami. Po kilku godzinach osłabło
też jej podniecenie wywołane przygodą i zaczęła ziewać. Do świtu
pozostało jeszcze kilka godzin, więc wyjęła z torby koc i poszukała
miękkiego miejsca, żeby się położyć.
Czy tak wyglądała każda noc Esrahaddona? Nigdy nie czuła się taka
samotna. W przeszłości zawsze towarzyszył jej jak cień Hilfred, ale
przede wszystkim zatęskniła za Royce'em i Hadrianem, pospolitym
złodziejem i dawnym najemnikiem. Była dla nich jedynie zamożną klientką,
ale oni dla niej -?najbliższymi przyjaciółmi. Przywołała w pamięci obraz
Royce'a znikającego między drzewami, żeby sprawdzić okolicę. Ale jeszcze
bardziej pragnęła mieć przy boku Hadriana. Wyobraziła go sobie, jak z ironicznym uśmiechem przygotowuje swój straszny gulasz. Przy nim zawsze
czuła się bezpiecznie. Przypomniała sobie, jak przytulił ją na wzgórzu
Amberton Lee i przy zbrojowni po bitwie o Ratibor. Była przemoczona,
ubłocona i umazana krwią Emery'ego, a on wziął ją w ramiona. Nigdy
wcześniej nie czuła się tak okropnie i niczyj uścisk nigdy jej tak nie
pokrzepił.
-?Szkoda, że cię tu nie ma -?powiedziała szeptem.
Leżąc na plecach, spojrzała na gwiazdy rozsiane po bezkresnym niebie
niczym ziarnka piasku. Na ich widok poczuła się jeszcze bardziej
samotna. Przymknęła oczy i niemal natychmiast zasnęła.
Rozdział 2. Pusty zamek
Rozdział 2
Pusty zamek
Poranny wietrzyk kolebał drewnianym szyldem przedstawiającym kolczastą
łodygę i wyblakły kwiat. Tablica była podniszczona i trzeba było wysilić
wyobraźnię, by się domyślić, że namalowany kwiat to róża. Gospodę, którą
obwieszczał znak, cechowała taka sama potrzeba odnowy co pozostałe
budynki na ulicy Przekornej. Na krzywej, wąskiej drodze było pusto.
Poruszały się po niej jedynie rozwiewane przez wiatr jesienne liście.
Hadriana zdziwił brak ruchu. O tej porze roku w Dzielnicy Dolnej w Medfordzie zwykle roiło się od handlarzy sprzedających jabłka i jabłecznik, dynie i drewno na opał. Po dachach powinni chodzić
kominiarze, obserwowani z lękiem i podziwem przez dzieci. Zamiast tego
drzwi kilku sklepów były zabite gwoździami i ku jego konsternacji nawet
gospoda Pod Różą z Cierniem była nieczynna.
Hadrian westchnął, pętając konia. Jako że zrezygnował ze śniadania, by
wcześniej wyruszyć w drogę, miał teraz ochotę na gorący posiłek w przytulnym pomieszczeniu. Liczył się z tym, że wojna zbierze swoje żniwo
i Medford też będzie musiał ponieść jej skutki, ale nigdy się nie
spodziewał, że Pod Różą z Cierniem...
-?Hadrian!
Rozpoznał głos, zanim się obrócił i zobaczył Gwen, uroczą Caliankę,
która w błękitnej sukni przypominała bardziej żonę rzemieślnika niż
właścicielkę domu publicznego. Zeszła szybko po schodach Domu Medford,
jednego z niewielu czynnych lokali. Hadrian uścisnął ją, unosząc jej
drobne ciało w powietrze.
-?Martwiliśmy się o ciebie -?powiedziała. -?Co cię tak długo zatrzymało?
-?Po co w ogóle wróciłeś?! -?zawołał Royce, wychodząc na werandę.
Gibki i smukły złodziej był boso. Miał na sobie jedynie czarne spodnie i luźną tunikę.
-?Arista mnie przysłała, żebym się upewnił, czy dotarłeś cały i zdołałeś
przekonać Alrica do wysłania armii na południe.
-?Sporo czasu ci to zabrało. Jestem tu już od kilku tygodni.
Hadrian wzruszył ramionami.
-?Cóż, siły Alrica przystąpiły do oblężenia Colnory tuż po moim
przyjeździe. Trochę trwało, zanim wykombinowałem, jak się stamtąd
wydostać.
-?A więc jak...
-?Royce, pozwólmy Hadrianowi usiąść i coś przegryźć -?wtrąciła się Gwen.
-?Nie jadłeś śniadania, prawda? Wezmę szal i każę Dixonowi rozpalić w piecu.
-?Od kiedy gospoda jest zamknięta? -?spytał Hadrian, gdy Gwen zniknęła w środku.
Royce uniósł brew i pokręcił głową.
-?Nie jest zamknięta. Ruch się zmniejszył, więc lokal otwiera się w porze obiadu.
-?Mam wrażenie, że przybyłem do wymarłego miasta.
-?Wielu ludzi wyjechało, spodziewając się najazdu -?wyjaśnił Royce. -
Większość tych, którzy pozostali, wcielono do wojska tuż przed wymarszem
armii.
Gwen wyszła z szalem zarzuconym na ramiona i poprowadziła ich przez
ulicę do gospody. W mroku Hadrian dostrzegł jakiś ruch. W stertach
śmieci spały skulone postaci. W przeciwieństwie do Royce'a, który bez
problemu mógł uchodzić za człowieka, u tych istot w łachmanach widać
było nieomylne cechy elfów: długie uszy, wydatne kości policzkowe i oczy
w kształcie migdałów.
-?W wojsku ich nie chcieli -?skomentował Royce, widząc spojrzenie
Hadriana. -?Nigdzie ich nie chcą.
Gdy Gwen otworzyła drzwi do gospody, zobaczyli Dixona, który zdejmował
już krzesła ze stołów. Wysoki, krępy barman i zarządca stracił przed
kilkoma laty prawe ramię w bitwie o Medford.
-?Hadrian! -?wykrzyknął tubalnym głosem.
Najemnik instynktownie wyciągnął lewą rękę, żeby się z nim przywitać.
-?Jak się masz, chłopcze? Dałeś im popalić w Ratiborze, co? Gdzie się
podziewałeś?
-?Zostałem, żeby posprzątać -?odparł Hadrian z mrugnięciem i uśmiechem.
-?Jest już Denny? -?spytała Gwen, przechodząc obok Dixona i przetrząsając szufladę za barem.
-?Nie, tylko ja. Pomyślałem, że szkoda go fatygować. Chcecie wszyscy
śniadanie? Dam radę, jeśli macie ochotę.
-?Tak -?odparła Gwen. -?I przyszykuj trochę więcej jedzenia.
Dixon westchnął.
-?Karmisz ich i ciągle się tu kręcą.
Puściła jego uwagę mimo uszu.
-?Harry przywiózł wczoraj piwo?
-?Tak.
-?Trzy beczki?
Gdy Gwen rozmawiała z Dixonem, Royce objął ją w talii i delikatnie
uścisnął. Dla nikogo nie było tajemnicą, że ją kocha, ale nigdy
wcześniej przy ludziach nawet nie chwyciłby jej za rękę. Hadrian
zauważył, że przyjaciel także inaczej wygląda. Chwilę trwało, zanim się
zorientował, o co chodzi. Royce się uśmiechał!
Gdy Gwen poszła za Dixonem do spiżarni, żeby pomówić o zapasach,
niedawni wspólnicy zabrali się do zdejmowania krzeseł ze stolików.
Hadrianowi prawdopodobnie zdarzyło się siedzieć na każdym z nich i pić z każdej czarki i cynowego kufla, które wisiały za barem. Od ponad
dziesięciu lat gospoda Pod Różą z Cierniem była jego domem i dziwnie się
czuł, składając w niej zwykłą wizytę.
-?Już postanowiłeś, co będziesz teraz robił? -?spytał Royce.
-?Odnajdę spadkobiercę.
Royce znieruchomiał z krzesłem w ręku.
-?Uderzyłeś się w głowę podczas bitwy o Ratibor? Zapomniałeś, że
spadkobierca nie żyje?
-?Okazuje się, że żyje. I nawet wiem, kto to jest.
-?Ale kapłan powiedział nam, że spadkobiercę zamordowali przed
czterdziestu laty rycerze Sereta -?zaoponował Royce.
-?To prawda.
-?Czy ja o czymś nie wiem?
-?Urodziły się bliźniaki -?wyjaśnił Hadrian. -?Jeden z pary został
zabity, ale akuszerka uratowała drugiego.
-?A więc kto jest spadkobiercą?
-?Degan Gaunt.
Royce otworzył szeroko oczy, a po twarzy przebiegł mu sardoniczny
uśmiech.
-?Przywódca nacjonalistycznej armii zdecydowany zniszczyć nowe imperium
jest imperialnym spadkobiercą, który ma nim rządzić? Co za ironia. Tobie
to też nie na rękę, że imperialni go porwali.
Hadrian skinął głową.
-?Okazuje się, że Esrahaddon pomagał mu odnosić te wszystkie zwycięstwa
w Rhenyddzie.
-?Esrahaddon? Skąd wiesz?
-?Tuż przed bitwą o Ratibor spotkałem go w obozie Gaunta. Wygląda na to,
że stary czarnoksiężnik planował osadzić Degana na tronie na siłę.
Skończyli zdejmować krzesła i usiedli przy stoliku pod oknem. Na
zewnątrz samotna sprzedawczyni jabłek pchała wózek, przypuszczalnie w drodze do Dzielnicy Szlacheckiej.
-?Mam nadzieję, że nie wierzysz Esrahaddonowi. Nigdy nie można mieć
pewności, co on knuje -?zauważył Royce.
-?Nie... Cóż, tak... Potwierdził, że spadkobierca żyje, ale odkryłem jego
tożsamość dzięki siostrze Gaunta.
-?Jak zamierzasz go odnaleźć? Powiedzieli ci, gdzie przebywa?
-?Nie. Ale jestem przekonany, że Esrahaddon wie albo się domyśla, lecz
nie chciał mi zdradzić. A po bitwie już go nie widziałem. Powiedział, że
wkrótce będzie nas potrzebował. Sądzę, że zechce pomóc w uwolnieniu
Gaunta. Nie pojawił się tutaj, prawda?
Royce pokręcił głową.
-?Z przyjemnością oświadczam, że go nie widziałem. To dlatego
przyjechałeś do miasta?
-?Niezupełnie. Na pewno może mnie wszędzie znaleźć. Przecież odnalazł
nas w Colnorze, gdy chciał, żebyśmy przyjechali do Dahlgrenu. Jadę do
Myrona do opactwa. Kto, jeśli nie on, zna historię spadkobiercy?
Dostałem też list, który mam dostarczyć Alricowi.
-?List?
-?Gdy tkwiłem uwięziony w Colnorze podczas oblężenia, twoi starzy
przyjaciele pomogli mi się wydostać.
-?Diament?
Hadrian skinął głową.
-?Koszt załatwił mi ucieczkę w zamian za dostarczenie listu. Wolał,
żebym to ja ryzykował życie niż któryś z jego chłopaków.
-?Co w nim było? Kto go napisał?
Hadrian wzruszył ramionami.
-?Skąd miałbym wiedzieć?
-?Nie przeczytałeś go? -?spytał Royce z niedowierzaniem.
-?Nie, był przeznaczony dla Alrica.
-?Masz go?
Hadrian pokręcił głową.
-?Po drodze dostarczyłem go do zamku.
Royce podparł twarz rękami.
-?Czasami ja po prostu... -?Royce pokręcił głową. -?Nie do wiary.
-?Co się stało? -?spytała Gwen, dołączając do nich.
-?Hadrian to idiota -?odrzekł Royce przytłumionym głosem.
-?To na pewno nieprawda.
-?Dziękuję, Gwen. Widzisz? Przynajmniej ona mnie docenia.
-?Hadrian, opowiedz mi o Ratiborze. Royce wspomniał o powstaniu. Jak
poszło? -?spytała Gwen.
-?Zginął Emery. Wiesz, kim był?
Gwen skinęła głową.
-?Poległo też wielu innych, ale zdobyliśmy miasto.
-?A Arista?
-?Nie odniosła ran, ale bardzo to przeżyła. Stała się bohaterką dla
tamtejszych ludzi. Oddali jej władzę nad całym królestwem.
-?To niezwykła kobieta -?stwierdziła Gwen. -?Nie sądzisz, Hadrianie?
Zanim zdążył odpowiedzieć, z kuchni dobiegł łoskot i Gwen westchnęła.
-?Przepraszam, pójdę pomóc Dixonowi.
Zaczęła się podnosić, ale Royce wstał szybciej.
-?Zostań -?powiedział i pocałował ją w czubek głowy. -?Ja mu pomogę.
Pogadajcie sobie.
Gwen spojrzała zdziwiona, ale tylko odparła:
-?Dziękuję.
Royce szybko się oddalił, wołając nienaturalnie dobrotliwym tonem:
-?Dixon! Co się tak guzdrzesz? Przecież masz jeszcze drugą rękę, prawda?
Gwen i Hadrian wybuchnęli śmiechem, spoglądając na siebie ze
zdziwieniem.
-?A więc co nowego słychać? -?spytał najemnik.
-?Niewiele. W zeszłym tygodniu odwiedził nas Albert ze zleceniem od
szlachcica na podłożenie kolczyków mężatki w pokoju sypialnym kapłana,
ale Royce się nie zgodził.
-?Poważnie? Uwielbia takie zadania. To łatwy zarobek.
Wzruszyła ramionami.
-?Sądzę, że po twoim wycofaniu się z branży jest...
Na zewnątrz nagle ucichł narastający tętent i po chwili do gospody,
wyraźnie utykając, wszedł człowiek w stroju królewskiego kuriera.
Zatrzymał się tuż za drzwiami z wyrazem zaskoczenia na twarzy.
-?Czym mogę służyć? -?spytała go Gwen, wstając.
-?Mam wiadomość od Jego Królewskiej Mości dla królewskich obrońców.
Powiedziano mi, że tu ich znajdę.
-?Ja ją odbiorę -?powiedziała Gwen.
Kurier zesztywniał i pokręcił głową.
-?Jest przeznaczona wyłącznie dla królewskich obrońców.
Gwen przystanęła i Hadrian dostrzegł wyraz poirytowania na jej twarzy.
-?Na pewno jesteś nowy. -?Hadrian wstał i wyciągnął rękę do kuriera. -
Jestem Hadrian Blackwater.
Posłaniec skinął głową, wyjął z sakwy zalakowany zwój i podał go
Hadrianowi, po czym wyszedł. Najemnik usiadł i złamał pieczęć z wizerunkiem sokoła.
-?Zlecenie, prawda? -?Gwen spochmurniała i spojrzała na drzwi.
-?Nic wielkiego. Alric chce się z nami zobaczyć -?wyjaśnił Hadrian.
Calianka podniosła głowę i dostrzegł w jej oczach mieszaninę gwałtownych
emocji, których nie potrafił odgadnąć.
-?Gwen, o co chodzi? -?zapytał łagodnym tonem.
W końcu odpowiedziała prawie szeptem:
-?Royce poprosił mnie o rękę.
Hadrian odchylił się na krześle.
-?Serio?
Przytaknęła i szybko dodała:
-?Pewnie pomyślał, że skoro ty się wycofałeś z Riyrii, on też tak zrobi.
-?To... wspaniała wiadomość! -?wykrzyknął. Zerwał się na nogi i objął
dziewczynę. -?Gratuluję! Nawet mi o tym nie wspomniał. Będziemy jak
rodzina! Już najwyższy czas, żeby to zrobił. Sam bym się tobie
oświadczył lata temu, ale wiedziałem, że na drugi dzień już bym się nie
obudził żywy.
-?Gdy mnie poprosił, to było tak, jakby... Cóż, jakby spełniło się
życzenie, którego nie śmiałam nigdy wypowiedzieć. Tyle problemów
rozwiązanych, tyle bólu ukojonego. Naprawdę nie sądziłam, że się kiedyś
zdecyduje.
Hadrian skinął głową.
-?Bo nie tylko jest idiotą, ale też niedowidzi.
-?Nie. Chciałam powiedzieć, że... Cóż, znasz Royce'a.
-?Właśnie o to mi chodziło. Nie jest typem żonkosia, prawda?
Najwyraźniej masz na niego ogromny wpływ.
-?Ty też -?powiedziała, chwytając jego rękę. -?Czasami mówi słowa, które
na pewno powtarza za tobą. Na przykład "odpowiedzialność" i "żal".
Wcześniej nie było ich w jego słowniku. Ciekawa jestem, czy w ogóle wie,
skąd je wziął. Gdy was poznałam, był zamknięty w sobie, bardzo ostrożny.
Hadrian przytaknął.
-?Niełatwo przychodzi mu zaufanie innym.
-?Ale się tego uczy. Wiem, że miał bardzo ciężkie życie. Zdradzili go i porzucili ci, którzy powinni go kochać. Nie rozmawia na ten temat,
przynajmniej ze mną, ale ja to wiem.
Hadrian pokręcił głową.
-?Ze mną też nie. Czasami coś wychodzi w rozmowie, ale zwykle unika
wspominania przeszłości. Chyba próbuje wyrzucić ją z głowy.
-?Zbudował wiele zapór, ale wydaje się, jakby co roku padała kolejna.
Nawet zebrał się na odwagę i wyznał mi, że jest po części elfem. Kruszą
się mury jego fortecy, a on spogląda na mnie z jej środka. Chce się
uwolnić. To kolejny krok. Jestem z niego bardzo dumna.
-?Kiedy ślub?
-?Zamierzaliśmy pobrać się za kilka tygodni w klasztorze, aby Myron mógł
poprowadzić ceremonię. Ale będziemy musieli to przełożyć, prawda?
-?Dlaczego tak mówisz? Alric chce się z nami tylko zobaczyć. To nie
oznacza...
-?Potrzebuje was do jakiegoś zadania -?przerwała mu Gwen.
-?Nie. A nawet jeśli, to my się wycofaliśmy. Mam inne rzeczy do
zrobienia, a Royce... cóż, musi zacząć nowe życie... z tobą.
-?Pojedziesz i musisz zabrać Royce'a z sobą -?powiedziała z nietypowym
dla niej smutkiem.
Hadrian się uśmiechnął.
-?Słuchaj, Alric nie może mnie niczym przekonać, ale jeśli to mu się
uda, wykonam zlecenie w pojedynkę. To będzie mój prezent ślubny. Nie
musimy nawet mówić Royce'owi o wizycie kuriera.
-?Nie! -?wybuchnęła. -?Royce musi pojechać. W przeciwnym razie zginiesz.
W pierwszej chwili Hadrian chciał się roześmiać, ale rozmyślił się, gdy
zobaczył wyraz jej twarzy.
-?Niełatwo mnie zabić, wiesz? -?Mrugnął do niej.
-?Pochodzę z Calisu, Hadrianie, i wiem, o czym mówię. -?Jej spojrzenie
powędrowało w stronę okien, ale on miał wrażenie, że ich nie widzi. -
Nie mogę odpowiadać za twoją śmierć. Nasze życie potem... -?Pokręciła
głową. -?Tak, Royce musi z tobą jechać -?powtórzyła z naciskiem.
Hadrian nie był przekonany, ale wiedział, że nie ma sensu dalej się
spierać. Gwen nie należała do kobiet, które lubią dyskutować. Jej sposób
myślenia cechowała jasność. Z jej zachowania jednoznacznie wynikało, że
już odbyła podróż do nieuniknionego wniosku i czekała uprzejmie, aż
rozmówca do niej dołączy. Na swój sposób przypominała pod tym względem
Royce'a -?z wyjątkiem uprzejmego czekania.
-?Po waszym wyjeździe będę miała czas na zorganizowanie pierwszorzędnego
wesela -?powiedziała z napięciem w głosie, nerwowo mrugając. -?Trochę
potrwa wybór odpowiedniego koloru sukni dla byłej prostytutki.
-?Wiesz co, Gwen? -?zaczął Hadrian, chwytając jej dłoń. -?Poznałem wiele
kobiet, ale tylko dwie z nich podziwiam. Royce jest wielkim
szczęściarzem.
-?Royce jest człowiekiem na krawędzi -?odparła w zamyśleniu. -?Widział
zbyt dużo okrucieństwa i zdrady. Nie zaznał nigdy litości. -?Uścisnęła
jego rękę. -?Ty musisz to zrobić, Hadrianie. Ty musisz mu okazać litość.
Jeśli to zrobisz, wiem, że go uratujesz.
* * *
Royce i Hadrian weszli na dziedziniec zamku Essendonów, niegdyś miejsce
procesu księżniczki Aristy o czary. Po tamtym nieszczęsnym dniu nie
zostało nic oprócz niewielkiego wzniesienia, na którym stał pal i leżał
stos drewna. Od tego czasu minęły zaledwie trzy lata i wtedy też robiło
się już zimno. Dopiero co zamordowano Amratha Essendona, a nowe imperium
pozostawało w sferze marzeń imperialistów.
Strażnik przy bramie skinął głową i uśmiechnął się do nich.
-?Nie cierpię tego -?wymamrotał Royce.
-?Czego?
-?Nawet nie przyszło im do głowy, żeby nas zatrzymać. Uśmiechają sie do
nas. Już nas znają z widzenia. Z widzenia. Dawniej Alric miał tyle
przyzwoitości, by przekazywać wiadomości dyskretnie i przyjmować nas bez
zapowiedzi. Teraz umundurowani za dnia pukają do naszych drzwi, machają
do nas i mówią: "Witaj, mamy dla ciebie zlecenie".
-?Nie machał rękami.
-?Jeszcze trochę czasu i zacznie... machać i szczerzyć zęby w uśmiechu.
Pewnego dnia Jeremy będzie stawiał kolegom z wojska piwo Pod Różą z Cierniem. Zadomowi się tam cały oddział wartowników, wszyscy będą się
śmiali, uśmiechali, kładli nam ręce na ramionach i prosili, żebyś
zaśpiewali razem z nimi Calide Portmore. "Jeszcze raz, z werwą!". A w którymś momencie jakiś wyjątkowo spocony wielkolud uściśnie mnie i powie, jaki to dla niego zaszczyt przebywać w naszym towarzystwie.
-?Jeremy?
-?No co? Tak ma na imię.
-?Znasz imię żołnierza przy bramie?
Royce się nachmurzył.
-?Widzisz, co chcę powiedzieć? Tak, znam jego imię, a oni znają nasze.
Równie dobrze moglibyśmy włożyć mundury i wprowadzić się do starej
komnaty Aristy.
Weszli po kamiennych schodach do głównego wejścia, gdzie żołnierz szybko
otworzył przed nimi drzwi i lekko się ukłonił.
-?Pan Melborn, pan Blackwater.
-?Czołem, Digby. -?Hadrian kiwnął do niego ręką. Dostrzegłszy chmurne
spojrzenie Royce'a, dodał: -?Przepraszam.
-?Dobrze, że obaj się wycofaliśmy. Wiesz, nie bez powodu wszyscy słynni
złodzieje nie żyją.
Stukot obcasów Hadriana na wypolerowanej posadzce odbijał się echem na
korytarzu, Royce stąpał bezszelestnie. Przeszli przez zachodnią galerię,
mijając rząd zbroi i salę balową. Zamek wydawał się równie pusty jak
reszta miasta. Gdy dotarli do sali przyjęć, Hadrian dostrzegł Mauvina
Pickeringa, który zmierzał w ich stronę. Młody szlachcic wyglądał na
chudszego, niż Hadrian go pamiętał. Miał zapadłe policzki i cienie pod
oczami, ale na głowie tę samą grzywę splątanych włosów.
-?Najwyższy czas -?przywitał ich młodzieniec. -?Alric właśnie mnie po
was wysłał.
Minęły dwa lata od śmierci jego brata Fanena, a Mauvin wciąż ubierał się
na czarno. Większość jednak nie zauważyłaby udręki w jego oczach. Tylko
ci, którzy go znali przed konkursem w Dahlgrenie, dostrzegliby różnicę.
Wydarzyło się to, gdy wartownik Luis Guy napadł z oddziałem rycerzy
Sereta na Hadriana i Mauvin oraz Fanen chwycili za broń, by pomóc
Blackwaterowi. Obaj walczyli po mistrzowsku, tak jak to mieli w zwyczaju
Pickeringowie, Mauvin jednak nie mógł uratować brata przed śmiertelnym
ciosem. Do tamtej pory Mauvin Pickering był energicznym młodzieńcem,
który wciąż się uśmiechał i rzucał światu wyzwanie swoim specyficznym
mrugnięciem. Teraz stał przygarbiony ze spuszczoną głową.
-?Znów go nosisz? -?Hadrian wskazał na miecz Mauvina.
-?Nalegali.
-?Ćwiczyłeś?
Mauvin spojrzał na swoje stopy.
-?Ojciec mówi, że to bez znaczenia. Jest pewny, że w razie potrzeby się
nie zawaham.
-?A ty jak myślisz?
-?Przeważnie staram się o tym nie myśleć.
Mauvin pchnął drzwi, otwierając je na oścież. We trójkę minęli
oficjalistę i strażników i weszli do sali przyjęć. Przez wysokie okna
wpadało światło późnego poranka, znacząc parkiet jasnymi smugami. Pod
ścianą wciąż leżały zrolowane wielkie gobeliny, pozostawione w nadziei
na powrót lepszych czasów. Zamiast nich na ścianach wisiały mapy z czerwonymi liniami i niebieskimi strzałkami skierowanymi na południe.
Alric był sam i przechadzał się pod oknami. Głowę z nałożoną koroną miał
pochyloną, a płaszcz ciągnął za sobą po ziemi jak... jak król, pomyślał
Hadrian. Gdy weszli, spojrzał na nich i kciukiem przesunął królewski
diadem na tył głowy.
-?Czemu tak długo to trwało?
-?Jedliśmy śniadanie, Wasza Królewska Mość -?odparł Royce.
-?Jedliście śnia... Nieważne. -?Król wyciągnął w ich kierunku zrolowany
pergamin. -?Powiedziano mi, że dziś rano dostarczyliście do zamku tę
przesyłkę.
-?Ja nie -?zaprzeczył Royce.
Po rozwinięciu zwoju znalazł dwa pergaminy i zaczął je czytać.
-?Ja ją przywiozłem -?przyznał Hadrian. -?Właśnie przyjechałem z Ratiboru. Twoja siostra panuje nad wszystkim, Wasza Królewska Mość.
Alric się nachmurzył.
-?Kto to wysłał?
-?Nie mam pewności -?odrzekł Hadrian. -?Dostałem to od człowieka o imieniu Koszt w Colnorze.
Royce skończył czytać i uniósł głowę.
-?Sądzę, że przegrasz tę wojnę -?oświadczył, nie fatygując się, by dodać
przepisową formułkę "Wasza Królewska Mość".
-?Nie mów głupstw. To pewnie jakiś kawał. Prawdopodobnie stoi za tym
Ecton. Uwielbia patrzeć, jak robię z siebie głupca. Nawet jeśli ta
wiadomość jest autentyczna, to po prostu ktoś wysuwa absurdalne
hipotezy, żeby wydobyć trochę złota od władz nowego imperium.
-?Nie sądzę. -?Royce podał list Hadrianowi.
Królu Alricu!
Znaleziono to u kuriera jadącego z Calisu do Aquesty. Zamiatacze napadli
na niego w Alburnie, ale nie docenili przeciwnika. Zginęło trzech ludzi
z Diamentu. Dopadli go dopiero sprzątacze, którzy znaleźli przy nim ten
list adresowany do regentów. Klejnot pomyślał, że chciałbyś poznać jego
treść.
Szacowni Regenci!
Upadek Ratiboru był niespodziewany i niefortunny, ale jak wiecie, nie
przesądza sprawy. Na razie dostarczyłem Degana Gaunta i wyeliminowałem
czarnoksiężnika Esrahaddona. Tym samym wypełniłem dwie trzecie
zobowiązań wynikających z naszej umowy, ale najlepsze dopiero przed
nami.
Szmaragdowy Sztorm stoi zakotwiczony w porcie Aquesty gotowy do żeglugi.
Po otrzymaniu tej wiadomości przekażcie na statek zapłatę wraz z zapieczętowanymi rozkazami, które pozostawiłem. Po załadunku statek
wypłynie, losy wojny się odwrócą i wasze zwycięstwo będzie pewne. Po
wyeliminowaniu nacjonalistów będziecie mogli sobie wziąć Melengar.
Ja mam mnóstwo czasu, ale wy lepiej się pospieszcie, żeby nie zgasł
płomień, który nazywacie nowym imperium.
Merrick Marius
-?Merrick? -?wymamrotał Hadrian i spojrzał na Royce'a. -?Czy to...?
Royce skinął głową.
-?Znasz tego Mariusa? -?spytał Alric.
Royce znów przytaknął.
-?Dlatego wiem, że masz kłopoty.
-?I wiesz, kto to wysłał?
-?Cosmos DeLur.
-?Czy nie jest on zamożnym kupcem z Colnory?
-?A także przywódcą gildii złodziei znanej pod nazwą Czarny Diament.
Alric przystanął, żeby się nad tym zastanowić, po czym znów zaczął się
przechadzać.
-?Czemu miałby mi to wysyłać? -?spytał.
-?Diament chce się pozbyć imperiali z Colnory. Pewnie po zniknięciu
Gaunta Cosmos uznał, że przyda ci się ta informacja.
Alric pogładził w zamyśleniu brodę.
-?Co to za jeden ten Merrick? Skąd go znasz?
-?Przyjaźniliśmy się, gdy należałem do Diamentu.
-?Wyśmienicie. Odszukaj go i wypytaj, o co tu chodzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki