Szmaragdowa Dolina. Tajemnica Altery - Maja Meren

Kup ebooka

35.99 zł
29.87 zł (35,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1Najdziwniejszy dzień

Nemetti biegła parkową alejką, raz po raz oglądając się nerwowo za siebie. Ognistorude, poskręcane w sprężynki włosy uparcie opadały jej na twarz. Dwaj mężczyźni w czarnych skórzanych kurtkach i ciemnych okularach, którzy jeszcze niedawno za nią biegli, zniknęli jej z oczu. Chyba ich zgubiła, gdy kilka chwil wcześniej skręciła ostro w boczną ścieżkę prowadzącą w stronę małego jeziorka. Wiedziała jednak, że musi być czujna. Zwracała na siebie uwagę i łatwo było wypatrzyć ją wśród przechodniów. Czapkę z daszkiem, którą dał jej dziadek, żeby mogła schować pod nią burzę rudych włosów, dawno już zgubiła. Loki rozsypały się jej na plecy i podskakiwały teraz w takt biegu, co w połączeniu ze zwiewną zieloną sukienką do kolan i dziwacznymi czerwonymi butami sprawiało, że ludzie się za nią oglądali.

"Następnym razem muszę skombinować inne ubrania - pomyślała, marszcząc swój lekko zadarty nos. - Jeśli w ogóle będzie jakiś następny raz..."

Była prawie pewna, że gdy dziadek się dowie o dzisiejszej pogoni, nie pozwoli jej tu nigdy więcej wrócić. Ale nie to było w tym momencie najważniejsze. Teraz musiała dostać się na ulicę Krzywego Zwierciadła, zanim będzie za późno. Wybiegła z parku i przystanęła na moment, próbując złapać oddech. Omiotła wzrokiem okolicę, żeby zorientować się, gdzie jest. Tam! Dróżka wyprowadziła ją kawałek na prawo od głównej bramy, którą dziś rano weszła w parkowe alejki. Stała na szerokim chodniku. Ulicą jeździły samochody, ale na deptaku przed nią znajdowało się zdecydowanie mniej ludzi niż w parku, co oznaczało, że będzie jeszcze bardziej rzucać się w oczy. Nemetti jęknęła. "Może zgubiłam ich na dobre" - pomyślała z nadzieją i obejrzała się za siebie. Nikt jej nie gonił. Ulicą po jej lewej stronie co chwilę przejeżdżały samochody, a ci z nielicznych przechodniów, którzy nie mieli nosów utkwionych w komórkach, rzucali jej tylko przelotne, zaciekawione spojrzenia.

Ruszyła biegiem wzdłuż niewysokich bloków, choć teraz już nieco wolniej. Czuła, że dopada ją zmęczenie. Pomacała ręką pasek w poszukiwaniu przyczepionej do niego torebki, a w niej tego, po co tu przyszła. Jest! Buteleczka z wodą była na swoim miejscu. Chociaż tyle. Nagle poczuła na plecach dziwne mrowienie, a jej serce zaczęło bić szybciej. Obejrzała się, choć wcale nie musiała. To byli oni. Mężczyźni w czarnych kurtkach musieli przed momentem wypaść z parku, bo teraz biegli w jej stronę, zwinnie omijając przechodniów. Nie spuszczali z niej wzroku i wcale nie wyglądali na zdyszanych.

"A niech to piksja kopnie!" - zaklęła w duchu Nemetti i przyspieszyła. Zaczęła się gorączkowo rozglądać, szukając drogi ucieczki. Po prawej stronie, między blokami, mignęła jej duża, metalowa brama. Kątem oka zobaczyła podwórko, a za nim drugą bramę i wylot na równoległą ulicę. Usłyszała z tyłu przeciągły syk i obejrzała się za siebie. Na chodnik, kilkanaście metrów za nią, wjechał duży samochód dostawczy, na chwilę odgradzając ją od napastników. Teraz! Nemetti cofnęła się i podbiegła do bramy. Pokręciła nerwowo gałką. Bez skutku. Przekręciła gałkę jeszcze raz, tym razem nieco wolniej, napierając lekko na bramę. Zamek ustąpił i metalowa furta otworzyła się z cichym jęknięciem. Nemetti zatrzasnęła ją za sobą i wpadła na niewielkie, wewnętrzne podwórko, stamtąd wybiegła na kolejny chodnik, a potem skręciła ostro w lewo. Miała nadzieję, że nie straci orientacji w terenie. "Ulica Czekoladowa" - głosił napis na tabliczce, przytwierdzonej do bloku po przeciwnej stronie ulicy. Nemetti nigdy jeszcze tu nie zawędrowała. Zaczynała się denerwować. Czas mijał, a ona wciąż miała spory kawałek do pokonania. Obejrzała się za siebie, ale chodnik był pusty, jeśli nie liczyć kilkorga dzieci z plecakami i kobiety z jakimś czworonożnym stworzeniem prowadzonym przez nią na sznurku. Nemetti przez chwilę przyglądała się z ciekawością temu sznurkowi, ale zaraz przywołała się do porządku. "Skup się!" - zganiła się w myślach. Wtedy jej uwagę przykuł szyld zawieszony na jednym z budynków kilkadziesiąt metrów przed nią: "To i Owo. Sklep z art. różnymi". Sklep... To chyba jedno z tych miejsc, gdzie każdemu wolno wejść i nikt o nic nie pyta. Przyspieszyła kroku. "Schowam się tam na chwilę i upewnię, że nikt mnie nie śledzi" - pomyślała. Zanim przekroczyła próg budynku, obejrzała się po raz ostatni, żeby sprawdzić, czy nikt niepożądany nie widzi, jak wchodzi do środka.

U Aleksa Piątka ten dzień od początku zapowiadał się inaczej niż zwykle.

Alarm w jego komórce, nie wiedzieć czemu, nie zadzwonił, przez co chłopiec zaspał. Gdy jego mama, pani Krystyna Piątek, wróciła o wpół do ósmej z porannego spaceru z ich podpalanym owczarkiem szkockim Nelą, ze zdumieniem odkryła, że Aleks nie siedzi jeszcze w kuchni przy śniadaniu. Zajrzała do pokoju syna i zastała go śpiącego w najlepsze.

- Aleks, wstawaj! Spóźnisz się do szkoły! - zawołała, po czym pospiesznie podeszła do okna i energicznie rozsunęła zasłony.

Chłopiec skrzywił się i zacisnął powieki, próbując odeprzeć atak ostrego porannego światła, które niespodziewanie wdarło się do pokoju.

- Aleks! - powtórzyła mama i zerwała z niego kołdrę. Jej krótkie ciemnoblond włosy były jeszcze w porannym nieładzie, a duże piwne oczy wpatrywały się w niego z wyrzutem.

- Litości... - jęknął chłopiec.

Przetarł twarz i nieprzytomnym wzrokiem zerknął na wiszący naprzeciw zegar z okrągłą tarczą imitującą boisko do piłki nożnej. Dostał go od ciotki Felicji w czasach, kiedy obie z mamą próbowały jeszcze nakłonić Aleksa do uprawiania jakiegoś sportu. Przez chwilę gapił się w niego jak w ogromny, zielony pączek przyklejony do ściany, aż w końcu cyfry na tarczy zegara zaczęły nabierać sensu.

- Za dwadzieścia ósma?! - wrzasnął i wyskoczył z łóżka. Wciągnął na siebie jeansy i bluzę, po czym ruszył pędem do łazienki.

Chlusnął w twarz wodą, a następnie kilkoma szybkimi ruchami przeczesał nieco zbyt długie włosy koloru mlecznej czekolady, starając się jak zwykle ukryć pod nimi zdecydowanie za duże, odstające uszy. Westchnął i przyjrzał się ponuro swojemu odbiciu w lustrze. Był chudy i dość niski jak na swój wiek i mimo że mama ciągle twierdziła, że kiedyś się "wyciągnie", bo jego tata był przecież wysoki, to niemal stracił już nadzieję, że kiedykolwiek dogoni pod tym względem rówieśników. Zresztą... wcale nie mógł być pewien, czy jego tata był wysoki. Może mama tylko tak mówiła, żeby dodać mu otuchy? W końcu ile można wyczytać z kilku wyblakłych i pogniecionych od ciągłego oglądania fotografii? Sięgnął po szczoteczkę do zębów, starając się skierować swoje myśli na coś przyjemnego. Urodziny! Za trzy miesiące skończy trzynaście lat i jeśli ciotka Felicja nie żartowała, gdy mówiła, że dorzuci mu brakującą kwotę na jego wymarzony zestaw VR, może w końcu będzie mógł go kupić! Uśmiechnął się do siebie. Ciotka Felicja była naprawdę super.

- Aleks! Pospiesz się! Już prawie ósma! - krzyknęła mama przez drzwi.

"A niech to" - zaklął w duchu. Szybko wytarł twarz ręcznikiem i wypadł z łazienki. Porwał wypchany książkami plecak i przygotowaną wcześniej przez mamę kanapkę z serem, którą połknął w trzech kęsach, zanim jeszcze zdążył wybiec z klatki numer trzy w bloku przy ulicy Słonecznej. Gdyby nie pośpiech, ucieszyłby się na pewno, że dzień zapowiada się pogodnie, co niewątpliwie dawało nadzieję na rychłe nadejście wiosny. A Poziomki Wielkie, jego rodzinne miasto, wiosną wyglądały najpiękniej.

W drodze do szkoły natknął się jak zwykle na panią Zosię, starszą sąsiadkę z parteru, która dreptała po zakupy do sklepiku osiedlowego. "Ona też musiała dziś zaspać" - pomyślał ze zdziwieniem i przeskoczył przez jej rudego kota perskiego Puszka, który zdążył się już rozłożyć na środku chodnika i łapał pierwsze tego dnia promienie słońca. Aleks krzyknął: "Dzień dobry!" i pognał dalej, w dół ulicy Słonecznej.

Już wiedział, że się spóźni, a dzisiejszy dzień był najgorszy, jaki mógł sobie na to wybrać. Pierwszą miał matmę z Kudłatą, złośliwą, wredną i najbardziej nielubianą nauczycielką w szkole, która nie cierpiała spóźnialskich. Gdy była w złym humorze, czyli właściwie zawsze, potrafiła wyrzucić delikwenta na korytarz i wpisać mu nieobecność.

"Że też musiałem zaspać akurat dzisiaj!" - jęknął w duchu Aleks i poprawił plecak, który w biegu zsunął mu się z ramienia. Nagle usłyszał, że ktoś go woła.

- Hej! Aleks! Podwieźć cię?

Obejrzał się i niemal podskoczył z radości. Może jeszcze nie wszystko stracone? To ciotka Felicja uśmiechała się do niego ze swojego niebieskiego Opla Corsy.

- Jasne! - krzyknął i podbiegł do samochodu. - Cześć, ciociu!

Usadowił się na miejscu pasażera. Ciotka, siostra mamy, młodsza od niej dobrych kilka lat, jak zwykle wyglądała ładnie: kolorowa sukienka w kwiaty, delikatny makijaż i ta bijąca od niej pozytywna energia. Ciemne włosy upięła w niesforny kok, a duże piwne oczy wpatrywały się teraz w Aleksa z życzliwą troską. Chłopiec odetchnął z ulgą.

- Zaspałeś - stwierdziła rzeczowo ciotka, wciskając gwałtownie pedał gazu. - Pewnie znów do późna grałeś na komputerze. Wiesz, że nie mam nic przeciwko komputerom, ale powinieneś mieć też inne zainteresowania, z kolegami się spotykać, sport jakiś uprawiać... W zdrowym ciele zdrowy duch! - Ciotka uśmiechnęła się pod nosem, jakby zadowolona z dobrze użytego sloganu.

- Ale ja uprawiam sport. E-sport - oznajmił Aleks, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

Ciotka pokręciła głową z rezygnacją.

- Tylko bzdury ci w głowie. A ja mówię poważnie!

Aleks pomyślał, że ciotka nie ma racji. Przecież miał zainteresowania. Lubił rysować, wymyślać scenerie z fantastycznych światów, które mogłyby się stać miejscem akcji nowych gier komputerowych. W szufladzie jego biurka leżał gruby zeszyt pełen wyimaginowanych postaci i nieistniejących krain. Lubił też czytać i jeździć na rowerze. Nie miał jednak ochoty wdawać się teraz z ciotką w dyskusję.

- A co ty tu robisz? Nie masz dziś wykładów? - spytał, zmieniając temat.

Ciotka nagle spochmurniała.

- Odwołane. Nie powiem, żeby studenci się tym przejęli. A egzaminy niedaleko! - Oderwała prawą rękę od kierownicy i pogroziła palcem niewidzialnemu studentowi, a potem zmieniła bieg i nacisnęła pedał gazu tak mocno, że Aleksem aż szarpnęło. Ciotka prowadziła jak zawodowa kierowczyni Formuły 1 i Aleks czasem się zastanawiał, czy to, że jeszcze nigdy nie miała wypadku, naprawdę było wynikiem jej nadzwyczajnych umiejętności i refleksu, czy po prostu szczęścia. - No przecież się spieszysz! - powiedziała z wyrzutem, gdy zobaczyła, jak chłopiec kurczowo łapie się fotela.

Aleks energicznie pokiwał głową. Ryzyko odniesienia trwałych obrażeń w wyniku wypadku samochodowego wydało mu się w tej chwili zupełnie akceptowalne wobec perspektywy spóźnienia się na matematykę.

- No więc jadę na zebranie wydziału - ciągnęła ciotka, nieco udobruchana. - Mamy nowego dziekana. Jest informatykiem, i to tej samej specjalizacji co ja, więc mam nadzieję, że poprze mój projekt stworzenia nowego kierunku. A właśnie! Słuchaj! Syn mojej koleżanki chodzi na karate. Podobno bardzo mu się tam podoba. Mogłabym cię z nim zapoznać.

- Ciociu... - jęknął Aleks, łapiąc się drzwi, żeby nie wpaść na ciotkę, kiedy ta wyjątkowo ostro wzięła kolejny zakręt. - Już o tym rozmawialiśmy. Nie lubię rywalizacji, nie lubię zorganizowanego sportu i nie chcę poznawać nowych kolegów.

Odwrócił głowę i spojrzał w okno. Miał nadzieję, że ciotka nie będzie kontynuować tego tematu, bo nie miał teraz ochoty na zgłębianie swojego życia prywatnego. Był pewny, że ani mama, ani ciotka nie zdawały sobie sprawy, że to raczej koledzy nie okazywali mu zainteresowania, a nie on im. Zresztą kto chciałby kumplować się z kimś, kto nie potrafi nawet przerzucić piłki przez boisko przy grze w dwa ognie? Ci co bardziej złośliwi nazywali go nawet Mizerią, ale już się do tego przyzwyczaił. Dla pozostałych był po prostu niewidzialny. Tylko jedna osoba traktowała go jak kumpla, a nawet... przyjaciela. Na myśl o nim Aleks lekko się uśmiechnął. Daniel - jasnowłosy, niebieskooki chłopiec, z którym przyjaźnił się od przedszkola. Daniel był średniego wzrostu, średniej budowy, był średni z matmy i średni na wuefie i może dlatego nikt się go nie czepiał, a wielu nawet go lubiło. Z pewnością mógłby znaleźć sobie dziesięciu innych, ciekawszych kolegów niż Aleks, ale on zdawał się tego nie dostrzegać. Na szczęście dla Aleksa nikt nie wypominał Danielowi przyjaźni ze szkolnym fajtłapą, być może dlatego, że od czasu pewnego incydentu w jednej ze starszych klas wszyscy w szkole wiedzieli, że wujek Daniela jest policjantem.

Aleks nagle zdał sobie sprawę, że ciotka wciąż coś do niego mówi.

- Wiem, wiem - kontynuowała, wzdychając ciężko - że masz inne zainteresowania, ale ja i tak będę próbowała cię przekonać. Jesteś dla mnie jak syn i nieba bym ci przychyliła. Nie mogę patrzeć, jak siedzisz popołudniami sam w tym swoim pokoiku. Młodzi ludzie powinni spędzać czas z rówieśnikami! Tak, tak, wiem, masz Daniela. I świetnie. Takie przyjaźnie są bezcenne. Ale naprawdę przydałoby ci się jeszcze kilku kolegów. Ja w twoim wieku...

- Nie przejmuj się, ciociu. Mnie to pasuje - przerwał jej Aleks, lekko zniecierpliwiony. Miał już trochę dość słuchania uwag na swój temat.

Ciotka Felicja znów westchnęła i tym razem zamilkła. Skupiła wzrok na jezdni.

- Hej, a może wybierzemy się w weekend do kina? - rzuciła po chwili pojednawczym tonem. - Na ekrany wchodzi ten nowy film o człowieku-wężu.

- Jasne - odparł Aleks, wzruszając ramionami.

Skręcili w ulicę Szkolną. Jechali teraz nieco wolniej i chłopiec poczuł ulgę, gdy zobaczył, że kilkoro uczniów biegnie jeszcze chodnikiem w stronę szkoły. A więc nie był ostatni. Ciocia zatrzymała auto na poboczu, na wysokości wejścia na dziedziniec.

- No to jesteśmy - sapnęła. - Jak się pospieszysz, to powinieneś zdążyć - stwierdziła z zadowoleniem, spojrzawszy na zegarek na desce rozdzielczej.

- Uratowałaś mi życie - powiedział Aleks, gramoląc się z auta. - Serio. Kudłata by mnie zamordowała. A tak to może tylko powiesi mnie za nogi nad tablicą.

Ciotka Felicja parsknęła śmiechem.

- Przemyśl jeszcze to karate! - rzuciła za oddalającym się siostrzeńcem, a potem zawróciła i odjechała z piskiem opon.

Aleks przeciął biegiem boisko, minął plac z drabinkami i skierował się w stronę głównego wejścia.

- Patrzcie! Mizeria się dziś spóźni na lekcje! - Doleciał go od strony huśtawek drwiący śmiech jakiegoś siódmo- albo ósmoklasisty.

Aleks nawet się nie obejrzał. Pędził ile sił w nogach, aż nagle, gdy był już jakieś dwadzieścia metrów od drzwi, zwolnił. Poczuł, że żołądek ściska mu się w supeł. Na murku okalającym szerokie schody prowadzące do wejścia zobaczył cztery postaci. Zaklął w duchu. To banda Strasznego Zbyszka prawdopodobnie znów postanowiła zerwać się z lekcji i umilić sobie czas terroryzowaniem młodszych. Aleks wiedział, że to nie on był ich głównym celem, ale i tak był pewny, że go zaczepią. Tacy jak oni nie przepuszczali żadnej okazji. Nie miał jednak wyjścia. Jeśli chciał dostać się na lekcje, musiał jakoś koło nich przejść.

Obejrzał się za siebie. Pryszczaty dryblas na huśtawce przyglądał mu się ze złośliwym uśmiechem, a tuż za rogiem sąsiedniego budynku przyczaiła się trójka spóźnialskich - tych samych, których minął przed chwilą na ulicy. Najwyraźniej zwęszyli kłopoty, dlatego postanowili przeczekać i obserwować rozwój wypadków z bezpiecznej pozycji. Aleks wiedział, że nie ma co liczyć na posiłki. Ruszył wolnym krokiem w stronę schodów.

- Hej, Mizeria! Gdzie tak lecisz? - zawołał Straszny Zbyszek. Przeżuwał właśnie trzymaną w ręce kanapkę.

"Pewnie zabrał ją któremuś dzieciakowi" - pomyślał Aleks z odrazą. Udał, że nie dosłyszał wołania, i szedł dalej, przyspieszając kroku. Wzrok wbił w ziemię. Gdyby tylko zostawili go w spokoju...

- Do ciebie gadam, Dyzio. Dyzio Marzyciel! Coś tak zaniemówił? - zadrwił Zbyszek, a jego kumple zarechotali. - Nie mył żeś dziś tych swoich wachlarzy czy jak?

Radek z siódmej C zakrztusił się ze śmiechu. Aleks był już przy schodach. Uszy paliły go z upokorzenia i ze złości. Nagle Zbyszek skinął głową na Radka, a ten natychmiast zeskoczył z murku, zrobił kilka kroków w kierunku Aleksa i pchnął go tak, że chłopiec zachwiał się, stracił równowagę i upadł do tyłu na betonowe płytki. Na szczęście plecak zamortyzował uderzenie i Aleks otarł sobie tylko prawy łokieć. Opryszek zarżał jak koń, ukazując rząd pożółkłych zębów, w którym brakowało górnej dwójki. Odgarnął z czoła tłuste strąki i zerknął głupkowato na swego wodza. Straszny Zbyszek prychnął.

- No i czego się nie odzywasz? A starczyło się ładnie przywitać. Gdzie tak zasuwasz, chuderlaku? Myślisz, że se bez ciebie nie poradzą? Takiś łebski?

Łobuzy zarzęziły z radości, każdy w swojej tonacji. Aleks skupił się na tej kakofonii, starając się pohamować napływające do oczu łzy. Był wściekły - wściekły, że nie potrafił się im przeciwstawić, wściekły, że banda Strasznego Zbyszka znów zatriumfuje. Zaczął się niezdarnie podnosić. Otrzepał spodnie i obejrzał łokieć. Na szczęście w kurtce nie było dziury.

- A teraz zmiataj, pókim dobry. Masz dziś wolne - syknął Zbyszek i wrócił do konsumowania kanapki.

Aleks wyprostował się, zacisnął zęby i poprawił ubranie. Czyli to już koniec. Nie dotrze dziś na matematykę. Zerknął na drzwi, jakby miał nadzieję, że jeszcze coś się wydarzy, że jednak jakoś uda mu się przejść koło tych dryblasów.

- No, zjeżdżaj! - ryknął Zbyszek, bo najwyraźniej stracił już cierpliwość, a potem zrobił ruch w jego stronę i wycedził ze zmrużonymi oczami: - Chyba że chcesz naprawdę oberwać.

Aleks nie chciał. Odwrócił się i zrezygnowany ruszył przez boisko. Rozległ się dzwonek na pierwszą lekcję. Może woźny wpuściłby go bocznym wejściem? Tylko czy to ma sens? Przecież i tak się spóźni i Kudłata go wyrzuci. Ale jeśli wcale się nie pojawi, to matematyczka może powiadomić wychowawcę, wychowawca mamę, a mama jak zwykle będzie żądać wyjaśnień. Aleks skrzywił się na samą myśl.

I nagle, jak na życzenie, usłyszał głos pana Andrzeja. Wychowawca klasy szóstej B i zarazem nauczyciel techniki zmierzał właśnie dziarskim krokiem do wejścia.

- Chłopcy! Co wy tu robicie?! Na lekcje! Już! - zawołał w kierunku okupujących murek bandziorów. - Piątek, a ty gdzie się wybierasz?

Aleks jeszcze nigdy się tak nie ucieszył na jego widok. Natychmiast zawrócił. Straszny Zbyszek i jego kompani w mgnieniu oka stracili tupet. Zeskoczyli z murku i z ociąganiem weszli do środka. Ich plan przyjemnego spędzenia kilku pierwszych godzin lekcyjnych spalił na panewce.

"Może ten dzień nie będzie jednak taki zły?" - pomyślał Aleks i pomknął co sił na matematykę.

Spóźnił się na tyle, że Kudłata, rzucając groźne błyski znad swoich lekko przyciemnionych jak zepsute fotochromy okularów, kazała mu zostać pod tablicą i zademonstrować całej klasie rozwiązanie szczególnie paskudnego zadania domowego z procentów. Aleks kątem oka wyłapał kilka kpiących uśmiechów z tylnych ławek. Chcąc nie chcąc, chwycił do ręki kredę i dopiero po piętnastu minutach męczarni, kiedy na przemian to dopisywał, to ścierał cyfry brudną gąbką, jakby w nadziei, że rozmazana kreda ukryje jego niewiedzę, Kudłata z miną złośliwego trolla zanotowała coś w dzienniku i łypiąc na niego groźnie, pozwoliła mu usiąść.

Aleks z ulgą opadł na krzesło. Dopiero teraz zauważył, że miejsce obok niego jest puste. Daniela nie było. "Może się rozchorował" - pomyślał Aleks i humor jeszcze bardziej mu się zepsuł. Nie lubił być w szkole sam. Wyjął z plecaka książki i zeszyty i zaszył się w kąt między ławką a ścianą z nadzieją, że to już ostatnia nieprzyjemna rzecz, jaka go tego dnia miała spotkać.

Na szczęście reszta lekcji przebiegła w miarę normalnie, a kiedy cztery godziny później oznajmiono, że ostatni przedmiot zostaje odwołany, Aleks odetchnął z ulgą i poczuł nawet coś na kształt radości. Oznaczało to bowiem, że wróci wcześniej do domu i będzie miał więcej czasu na testowanie nowej gry, zanim mama wróci z pracy i zagoni go do lekcji albo pomocy przy obiedzie. Pełen dobrych myśli, omijając szerokim łukiem podpierające ściany grupki ósmoklasistów, ruszył ulicą Szkolną w stronę domu.

Postanowił nadłożyć nieco drogi oraz uczcić tak miło rozpoczęte popołudnie drożdżówką i butelką napoju gazowanego, zakupionymi w sklepiku "To i Owo" przy ulicy Czekoladowej. Sklepik prowadziła znajoma jego mamy z czasów szkolnych, pani Stasia, która czasem dorzucała Aleksowi coś za darmo - paczkę żelków, batona albo paluszki. Żałował jedynie, że był dziś sam. O ileż fajniej byłoby dzielić radość z tak dobrze zapowiadającego się popołudnia z przyjacielem. Postanowił, że gdy tylko wróci do domu, zadzwoni do Daniela. Może nawet go odwiedzi?

Słońce świeciło, ptaki wyśpiewywały swoje arie do nadchodzącej wiosny i Aleks czuł, że w tej chwili nic nie jest w stanie zakłócić jego fantastycznego nastroju. Nawet gdyby na jego drodze stanął teraz Straszny Zbyszek, nie zrobiłoby to na nim najmniejszego wrażenia. Życie było wspaniałe i nic nie mogło tego zmienić. Szedł lekkim krokiem, rozmyślając o czekających go przyjemnościach, i nawet nie zauważył, kiedy znalazł się na ulicy Czekoladowej. Nad jego głową zakołysał się znajomy szyld: "To i Owo. Sklep z art. różnymi". Śmiało nacisnął klamkę i wszedł do środka.

Rozdział 2Spotkanie

W sklepiku przy ulicy Czekoladowej było niewielu klientów. Aleks pozdrowił panią Stasię, która pomachała mu przyjaźnie, a potem stanął przed lodówką z napojami, żeby na spokojnie się zastanowić, który wybrać.

Nagle jego uwagę przykuła dziewczyna, na oko troszkę starsza od niego, kucająca za regałem na lewo. Ubrana była w dziwaczną zieloną sukienkę z cekinami, a na nogach miała wysokie, czerwone buty z miękkiego zamszu, które - Aleks mógłby przysiąc! - były oplecione łodygą jakiejś rośliny. Całości dopełniała burza ognistorudych, kręconych włosów, okalająca jej drobną, bladą twarz. "Pewnie za kogoś się przebrała" - przemknęło Aleksowi przez myśl, ale zachowanie dziewczyny było równie osobliwe jak jej wygląd. Ukrywała się najwyraźniej przed czymś lub przed kimś. To kucała, to podnosiła się ostrożnie, wyglądając niespokojnie w stronę ulicy.

Właśnie wtedy Aleks zobaczył przez okno sklepowe dwóch rosłych mężczyzn biegnących chodnikiem. Ubrani byli w czarne, krótkie skórzane kurtki, na twarzy mieli ciemne okulary. "Wyglądają jak agenci z Matriksa" - pomyślał z rozbawieniem chłopiec. Mężczyźni zatrzymali się na chwilę przed sklepem, rozglądając się uważnie na wszystkie strony, a potem jeden z nich wskazał palcem coś w górze ulicy i obaj pobiegli w tamtym kierunku. Aleks przeniósł wzrok na dziewczynę kulącą się za regałem. Wyglądała na zdenerwowaną. Tak, to jej musieli szukać mężczyźni w czarnych kurtkach. "Pewnie to ochroniarze, a ona coś przeskrobała" - pomyślał. I nagle, wbrew temu, co podpowiadała logika - zrobiło mu się jej żal. Nie wyglądała wcale groźnie. Przypominała raczej kociaka umykającego przed sforą psów myśliwskich.

Dziewczyna przygryzła usta i znowu ostrożnie wyjrzała zza regału.

- Już poszli - powiedział cicho Aleks.

Podniosła głowę. Zmarszczyła brwi i przez krótką chwilę przyglądała mu się z zainteresowaniem.

- Jesteś pewien? - spytała szeptem.

Pokiwał głową. Odetchnęła z ulgą i usiadła na podłodze, opierając się plecami o regał. Kilka poskręcanych w sprężynki loków opadło jej na twarz. Wprawnym ruchem ręki założyła je za trochę za duże i lekko spiczaste uszy.

"O rany, jeszcze dziwniejsze niż moje!" - pomyślał Aleks i ogarnęło go coś w rodzaju współczucia pomieszanego z sympatią dla tej osobliwej istoty.

Dziewczyna jeszcze raz zerknęła w stronę ulicy i upewniwszy się, że mężczyzn w czarnych kurtkach rzeczywiście tam nie ma, wstała, wygładziła sukienkę i rozejrzała się po sklepie. W końcu jej wzrok znów padł na Aleksa.

- Czy... czy jest tu jakieś tylne wyjście? - spytała konspiracyjnym szeptem.

Aleks uniósł brwi.

- Jest - odpowiedział nieco zdezorientowany.

Znał sklepik pani Stasi bardzo dobrze i wiedział, że przez zaplecze można wyjść na małe podwórko, a stamtąd na równoległą ulicę. Jednak w tym momencie uciekinierka wydała mu się nagle aż nazbyt pewna siebie jak na ofiarę jakichś nadgorliwych ochroniarzy. A może naprawdę coś przeskrobała? I to coś poważnego?

Dziewczyna musiała wyczuć jego wahanie.

- Słuchaj, wiem, że to kiepsko wygląda - powiedziała, wpatrując się w niego błagalnym wzrokiem - ale ja naprawdę nic nie zrobiłam. To tamci są źli. - Wskazała głową w stronę witryny. - Musisz mi uwierzyć.

Po chwili wyprostowała się i wyciągnęła do Aleksa rękę.

- Jestem Nemetti - rzuciła, uśmiechając się szeroko.

Ten z wahaniem ujął jej dłoń, a Nemetti mocno ją ścisnęła i potrząsnęła nią porządnie. Aż nazbyt porządnie jak na kogoś tak filigranowego.

- A... Aleks - wydukał chłopiec.

Nemetti nagle spoważniała, zbliżyła do niego twarz i ponownie ściszyła głos.

- Jeśli mi teraz nie pomożesz, nie zdążę i nie będę mogła wrócić - powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. - Proszę - jęknęła.

Patrzyła na niego tak błagalnie, że Aleks musiał dać za wygraną.

"Wyprowadzę ją stąd i się odczepi" - pomyślał.

- Dobra - zgodził się w końcu.

Podszedł do pani Stasi i zamienił z nią kilka słów, wskazując na Nemetti, a potem na przejście za ladą. Pani Stasia skinęła głową i podniosła ruchomą część blatu, za którym stała. Oboje przecisnęli się na zaplecze, a potem przez wąskie drzwi wyszli na małe podwórko między blokami.

Nemetti zaczęła się nerwowo rozglądać.

- Mam dwie kwadriny, żeby dostać się na miejsce - mruknęła pod nosem.

Jej wzrok padł na motocykl zaparkowany pod jednym z wejść do bloku.

- Umiesz tym jeździć? - spytała, wskazując głową na pojazd.

- Motocyklem? - Pytanie zbiło Aleksa z tropu. - Trochę. Dziadek kiedyś mnie uczył... Ale... - Nagle oprzytomniał. - Chyba nie myślisz, że cię gdzieś nim podrzucę? Jestem za młody i nie mam prawa jazdy! Nie ma mowy. A poza tym... nie mamy kluczyków!

Nemetti już go jednak nie słuchała. Stanęła przy pojeździe i dotknęła ręką stacyjki, a lampki na desce rozdzielczej rozbłysły.

- Ty chyba oszalałaś! Przecież to nie twój motocykl! - zawołał. Zaczął żałować, że w ogóle jej pomógł.

- Mój - skłamała bez zawahania Nemetti.

- Akurat - żachnął się Aleks i zaczął szukać w plecaku komórki.

- No, na co czekasz, wskakuj! - ponagliła go.

- Zwariowałaś? Dzwonię na policję!

- I co im powiesz? Że pomogłeś mi uciec? - Nemetti popatrzyła na niego z niewinnym uśmieszkiem i błyskiem tryumfu w oku.

Aleksowi zrobiło się niedobrze. Miała rację. Przecież właśnie pomógł jej się wydostać tylnym wyjściem ze sklepu. Ale czy policja mogła go o coś oskarżyć? Nie wiedział przecież, że to przestępczyni! A ona? Albo uciekła z wariatkowa, albo jest kryminalistką!

- Dzwonię! - krzyknął odważnie.

Nemetti westchnęła ciężko, wywróciła oczami i podeszła do niego.

- Przepraszam, ale naprawdę potrzebuję twojej pomocy. To bardzo ważne. Nie pozostawiasz mi wyboru - powiedziała i machnęła ręką w powietrzu gdzieś na wysokości jego oczu.

Aleks miał już wystukiwać numer alarmowy policji, gdy nagle coś kazało mu przestać. Jego ręka schowała telefon do kieszeni, a ciało zdawało się czekać na rozkazy. Co u licha?!

- A teraz wskakuj i jedziemy! - zawołała żywo Nemetti.

"Nigdy w życiu!" - pomyślał Aleks i... skierował się posłusznie w stronę motocykla. "Co jest?!" - chciał krzyknąć, ale z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Zamiast tego włożył kask wiszący na kierownicy, wsiadł na skórzane siedzenie i odpalił silnik. Ku swej rozpaczy usłyszał, że mechanizm zaskoczył. Nemetti usiadła za Aleksem.

- A teraz na ulicę Krzywego Zwierciadła - wyszeptała mu do ucha.

Ruszyli. Zrazu trochę niepewnie, co zdradzało niedoświadczonego kierowcę, ale już po chwili wtopili się w zwyczajny wczesnopopołudniowy ruch. Aleks jeszcze przez jakiś czas próbował walczyć ze swoim ciałem, jednak po kilku minutach zrozumiał, że to nic nie da, i zamiast tego skupił się na jeździe.

Skręcili w dobrze mu znaną ulicę Słoneczną. Minęła ich rozpędzona ciężarówka i motocykl zachwiał się niebezpiecznie, ale na szczęście udało im się odzyskać równowagę. Przy następnym zakręcie zajechali drogę jakiemuś rowerzyście, który pokazał im, co o tym myśli. Aleks chciał nawrzeszczeć na Nemetti, chciał wykrzyczeć, że naraża i jego, i siebie. Że jest za młody, żeby prowadzić. Że jak złapie ich policja, to będzie miał problemy, i ani mama, ani nikt inny nie uwierzy, że zrobił to wbrew swojej woli. Jednak nie mógł wydobyć z siebie najmniejszego dźwięku.

Zjechali w boczną ulicę i sunęli teraz między skupiskami niskich bloków, poprzedzielanych niewielkimi, smutnymi jeszcze po zimie skwerami. Po lewej stronie mignął mu jakiś billboard. O dziwo, Aleks dokładnie wiedział, gdzie jechać, mimo że nigdy wcześniej tu nie był i nigdy nawet nie słyszał o ulicy Krzywego Zwierciadła. Czuł się, jakby ktoś załadował mu dane z GPS-u prosto do głowy. Droga skręciła i na jej końcu zobaczyli kilka wysokich, szarych bloków.

- To tutaj! Zatrzymaj się! - krzyknęła nagle Nemetti.

Aleks wykonał jej polecenie i dziewczyna zeskoczyła na ziemię.

Znajdowali się dokładnie przed wejściem do jednego z bloków. Obok drzwi klatki widniał numer cztery, a napis na niebieskiej tabliczce przymocowanej do ściany budynku głosił: "ul. Krzywego Zwierciadła".

- Chyba się uda! Chodź!

Nemetti pociągnęła Aleksa za rękaw, trochę za mocno. Ten nie zdążył jeszcze nawet zsiąść z motocykla. Zachwiał się i uderzył głową o kierownicę.

- Ała... Przepraszam... - Nemetti skrzywiła się, jakby to ją samą zabolało. - Dasz radę? Szkoda, że nie wzięłam maści ze smertojadu.

Aleks poczuł, jak do oczu napływają mu łzy bólu i bezsilnej wściekłości. Czy ona sobie jeszcze na dodatek z niego żartuje?

- Chodź! Nie ma czasu!

Dziewczyna szybkim krokiem podeszła do drzwi i dotknęła ręką domofonu - a zamek automatycznie ustąpił. Przeskakując po dwa stopnie, wbiegli na piętro. Ciemnozielone drzwi z numerem cztery chyba nawet nie były zamknięte, bo wystarczyło nacisnąć klamkę, by otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Weszli do środka. Nagle Aleks uświadomił sobie, że odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem. Poruszył powoli palcami u rąk, ramionami, uniósł prawą nogę.

- Co to ma znaczyć?! - wrzasnął do Nemetti. - Co ty mi zrobiłaś?!

- Jeny... Mówiłam, że przepraszam, naprawdę nie miałam innego wyjścia - oznajmiła, podchodząc do wiszącego w przedpokoju lustra.

Było naprawdę ogromne, sięgało od podłogi niemal do sufitu. Dziewczyna zaczęła intensywnie wpatrywać się w jego powierzchnię.

- Słuchaj, skoro już wróciłeś do siebie, dziękuję ci bardzo za pomoc. Naprawdę! Bez ciebie bym sobie nie poradziła. A teraz możesz odejść - rzuciła przez ramię, nie przestając przyglądać się uważnie tafli lustra. Nagle się odwróciła i spojrzała na Aleksa, jakby coś jej przyszło do głowy. - Hej, a może po drodze odwiózłbyś ten... ten dziwny pojazd na miejsce, co? Ktoś pewnie będzie go szukał. - Uśmiechnęła się i uniosła wyczekująco brwi. Chyba uznała to za świetny pomysł.

Aleks wybałuszył na nią oczy. Miał wrażenie, że się przesłyszał. Poczuł, jak dłonie zaciskają mu się w pięści, a serce zaczyna bić, jakby przebiegł cały ten dystans, który przed chwilą pokonali motocyklem.

- Odwieźć? Pojazd? - wykrztusił. - Na miejsce? Ty chyba naprawdę jesteś niespełna rozumu! I jeśli myślisz, że tak po prostu sobie teraz stąd pójdę, to... to się mylisz! Albo mi powiesz, o co tutaj chodzi i co mi zrobiłaś, albo... albo... - Zawahał się, bo żadna rozsądna groźba nie przychodziła mu do głowy, zwłaszcza że argument z telefonem na policję już wykorzystał. - Albo się stąd nie ruszę! - rzucił. Zdjął z ramienia plecak i postawił go na podłodze przed sobą na znak, że zamierza dotrzymać słowa.

Na widok jego zaciętej miny Nemetti westchnęła z rezygnacją i znów przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z niezwykle upartym dzieckiem. Już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, zapewne coś bardzo lekceważącego, gdy nagle jej wzrok padł na plecak Aleksa. Zamarła. Stała z rozdziawionymi ustami, jakby zobaczyła ducha. Przez chwilę wlepiała oczy raz w plecak, raz w Aleksa, aż w końcu oprzytomniała. Minę miała stanowczą, jakby powzięła jakąś decyzję. Odwróciła się z powrotem w stronę lustra, uniosła obie ręce i rozłożyła dłonie płasko, kilka centymetrów od jego powierzchni, wpatrując się w nie w skupieniu.

Nagle tafla lustra zaczęła falować, jakby była płynną rtęcią. Chłopiec był już teraz zupełnie pewny, że to sen. Zaraz zadzwoni budzik i mama wejdzie do pokoju Aleksa, żeby sprawdzić, czy już nie śpi. Budzik jednak jakoś nie dzwonił, a Nemetti zachowywała się coraz dziwaczniej. Wyciągnęła rękę i przebiła nią taflę lustra, które ugięło się pod tym dotykiem, a potem wysprężynowało z powrotem do swojego pierwotnego położenia. Przez chwilę dłoni Nemetti nie było widać. Test lustra najwyraźniej wypadł pomyślnie, bo dziewczyna wycofała powoli rękę i spojrzała na Aleksa, który stał jak wryty, obserwując całą tę scenę w kompletnym osłupieniu. Nemetti tego się najwyraźniej spodziewała. Zwróciła się ku niemu, chwyciła plecak Aleksa, a potem jego samego i pociągnęła go za sobą w stronę lustra, tak że oboje zniknęli po jego drugiej stronie.

Rozdział 3Po drugiej stronie lustra

Najpierw było ciemno, a potem Nemetti otworzyła jakieś drzwi i do środka małego pomieszczenia, w którym się znajdowali, wdarło się jasne światło. Gdy wyszli na zewnątrz, okazało się, że tym pomieszczeniem była szafa stojąca w rogu dziwnie umeblowanego pokoju.

- Dziadku! Mam Klucz! - wykrzyknęła Nemetti.

Rzuciła plecak Aleksa na podłogę i podbiegła do mężczyzny siedzącego przy starym, masywnym biurku pod przeciwległą ścianą. Aleks widział tylko jego szerokie plecy, ale wyglądało na to, że mężczyzna pochyla się nad czymś w skupieniu. Na widok Nemetti poderwał się z krzesła, chwycił ją w pasie, z łatwością uniósł do góry i zakręcił z głośnym śmiechem.

Aleks rozejrzał się nerwowo po pokoju, szukając drogi ucieczki albo czegoś, co choć trochę wyjaśniłoby, gdzie jest i co się z nim dzieje. W pokoju, prócz biurka, stały łóżko przykryte kolorową narzutą, pękata komódka z szufladami, a na niej szklana kula wielkości piłki do nogi. Za plecami Aleksa znajdowały się śmieszna, sięgająca prawie sufitu starodawna szafa, z której przed chwilą wyszli, oraz regał zastawiony książkami i przeróżnymi drobnymi przedmiotami - przeznaczenia większości z nich mógł się tylko domyślać. Jednak tym, co przykuło jego uwagę, były wiszące na ścianie łuki oraz stojące w wysokim koszu w kącie strzały. Otwarte drzwi wiodły do kolejnego pomieszczenia, co wskazywało na to, że pokój był częścią większego mieszkania.

- A już zaczynałem się martwić, że nie zdążysz! - zawołał uradowany mężczyzna. - Masz wodę? - zniżył głos do poufnego półszeptu.

- Co? Ach, mam! - odpowiedziała Nemetti z roztargnieniem, po czym z przejęciem wskazała na Aleksa. - Ale mam jeszcze coś! Znalazłam Klucz! To on, dziadku! Ma oko tygrysa!

Dziadek podążył wzrokiem za palcem dziewczyny. Gdy zobaczył Aleksa, znieruchomiał, a jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. To, co się później wydarzyło, było tak niespodziewane, że Aleks nie zdążył nawet zareagować. Mężczyzna błyskawicznym ruchem chwycił pierwszy z brzegu łuk, uzbroił go w strzałę i wycelował w chłopca. Nemetti jednym susem znalazła się przed Aleksem, odgradzając go od dziadka. Ten popatrzył na wnuczkę nic nierozumiejącym wzrokiem, ale po chwili dotarło do niego, co się właśnie wydarzyło. Opuścił łuk i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w nią z niedowierzaniem, aż w końcu odezwał się w języku, którego Aleks ani nie rozumiał, ani nawet nigdy nie słyszał.

Dziadek najpierw mówił z wymuszonym spokojem, który jednak z każdym zdaniem się rozmywał, aż w końcu mężczyźnie puściły wszelkie hamulce i zaczął wykrzykiwać serię pytań i reprymend, żywo przy tym gestykulując. Nemetti nie pozostawała mu dłużna i tłumaczyła coś podniesionym głosem. Wskazywała to na Aleksa, to na plecak, który wciąż leżał obok niego na podłodze, i powtarzała coś, co brzmiało jak aya tigre. Aleks stał oniemiały, bojąc się poruszyć. Serce waliło mu jak oszalałe. Był tak skołowany, że nie wiedział, czy powinien wykorzystać chwilę nieuwagi swoich porywaczy i uciekać, czy może poczekać, aż tych dwoje szaleńców przestanie się kłócić i dojdzie do jakiegoś porozumienia. Coś mu jednak mówiło, że jeśli chce wrócić do domu, to nie powinien oddalać się od miejsca, przez które się tu dostał, bo w końcu skąd miał wiedzieć, czy nie ma tu przypadkiem więcej takich szaf z lustrami, przez które można przejść. Gwałtowna wymiana zdań trwała jeszcze chwilę, aż w końcu dziadek, któremu najwyraźniej zabrakło argumentów lub który po prostu uznał, że z Nemetti i tak nie wygra, opadł zrezygnowany na krzesło przy biurku i zamilkł.

Aleks odetchnął. Wyglądało na to, że najgorsza burza już minęła. Nemetti usiadła na łóżku i zaczęła skubać paznokcie, raz po raz spoglądając na dziadka spode łba. Aleks przyjrzał się uważniej brodatemu mężczyźnie, który teraz, kiedy nie trzymał w rękach wycelowanego w niego łuku, wyglądał całkiem niegroźnie, a nawet dobrotliwie. Był barczysty i zapewne już nie pierwszej młodości, ale nie przypominał też starca - nie miał siwych włosów ani zbyt wielu zmarszczek. Dziadek jeszcze raz rzucił Nemetti rozczarowane spojrzenie, a potem skierował wzrok na Aleksa i zaczął mu się uważnie przyglądać, pocierając dłonią kędzierzawą brodę. Chłopiec nie mógł nie zauważyć, jak bardzo mężczyzna był podobny do Nemetti. Miał takie same ciemne oczy w kształcie migdałów i wąskie usta, a spod zmierzwionych kręconych włosów o rudym połysku wystawały nieco wydłużone, spiczaste uszy. Ubrany był w niebieską, płócienną koszulę sznurowaną na piersiach i półdługą, brązową kamizelkę haftowaną w wymyślne wzory. Ale tym, od czego Aleks nie mógł oderwać wzroku, była jego lekko skrząca się skóra. Twarz, przedramiona, dłonie - wszystko to jarzyło się delikatnie, jakby obsypane diamentowym pyłem. Dopiero po chwili chłopiec dostrzegł, że przez duże okno wpadało do wnętrza dziwne, niezwykle jasne, a jednocześnie nierażące światło. Aleks przeniósł wzrok na Nemetti i zobaczył, że jej skóra skrzyła się tak samo jak skóra jej dziadka. Pomyślał, że może właśnie to białe światło ma takie szczególne właściwości i spojrzał na swoje dłonie, ale te, mimo że jaśniejsze niż zwykle, były zupełnie matowe.

"Co jest?" - pomyślał zdezorientowany. Czuł, że jego mózg pracuje na najwyższych obrotach, by za wszelką cenę wytłumaczyć wszystko to, co się dookoła niego działo.

Nagle usłyszał jakiś hałas z zewnątrz - trzask gałązek, chrobot drobnych kamieni, pospieszne kroki i jakby węszenie. Hałas zbliżał się i nasilał, aż chłopiec wyraźnie zobaczył, że za oknem coś się porusza, bo cień przesłonił na chwilę wpadające do pokoju światło. Nemetti i dziadek spojrzeli na siebie z przestrachem. Dziewczyna przyłożyła palec do ust, nakazując Aleksowi milczenie, po czym pchnęła go w ciemny kąt pokoju, tak żeby był niewidoczny dla napastników. Aleks, wiedziony instynktem, posłusznie przycupnął pod ścianą. Starał się być najciszej, jak tylko potrafił. Wstrzymał oddech. Zobaczył, jak Nemetti, blada ze strachu, wpatruje się w dziadka przerażonym wzrokiem, a ten z niepokojem wsłuchuje się w dochodzące z zewnątrz odgłosy.

Wtem wszystko ucichło, a po kilku sekundach rozległ się hałas, jakby horda psów zerwała się do biegu. Nemetti stała jeszcze chwilę bez ruchu, nasłuchując w napięciu, a kiedy niepokojące dźwięki całkowicie ucichły, odetchnęła z ulgą.

- To varule. Już poszły - powiedziała i usiadła ciężko na łóżku. Wciąż była potwornie blada.

- No i widzisz? Trzeba go ukryć! - zawołał mężczyzna z wyrzutem, nerwowo pocierając ręką czoło. Potem wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. - Na pewno go wywęszyły. Wiesz, że nie możemy sprowadzać tu Terrian. Nie wiadomo, co mu zrobią, jak go znajdą. Pomyślałaś o tym?

Nemetti już otworzyła usta, gotowa wystrzelić w dziadka nową kanonadę argumentów, ale chyba jednak nic sensownego nie przyszło jej do głowy, bo tylko głośno wypuściła powietrze i oklapła jak wypompowany balon.

Dziadek założył ręce na piersi i pokręcił głową.

- Tak właśnie myślałem - rzekł, po czym zwrócił się do Aleksa: - Musimy cię zaprowadzić do Rady, chłopcze... A potem do portalu. I to szybko. - Zmarszczył czoło i w zamyśleniu potarł swą rudą brodę. - To nie będzie proste, varule z łatwością cię wywęszą. Swoją drogą... dawno ich nie było w wiosce. Ciekawe, co tu robią.

- Koło fontanny też było ich pełno. Musiałam uciekać - rzuciła Nemetti, ale zaraz tego pożałowała, bo dziadek wytrzeszczył na nią z niedowierzaniem oczy.

- Co?! Varule cię goniły? Na Mroczne Góry! Mówiłem, że to niebezpieczne!

- Nie denerwuj się, dziadku. On pomógł mi uciec. - Wskazała głową na chłopca.

Aleksowi opadła szczęka. Poczuł, że oblewa go fala gorąca. Pomógł jej? W niczym jej nie pomógł! Zmusiła go! Już chciał jej wygarnąć i powiedzieć, co o tym wszystkim myśli, kiedy odezwał się dziadek.

- To moja wina. - Mężczyzna westchnął i opadł na krzesło. - Nie powinienem był pozwolić ci iść. Mogłem poprosić Torela albo Aneę. A ty nie powinnaś go tu sprowadzać.

- Ale on jest Kluczem, dziadku! Nie mogłam go tam zostawić! - jęknęła dziewczyna błagalnym tonem.

Aleks teraz już nie wytrzymał. Bolała go głowa i naprawdę robiło mu się niedobrze.

- Jakim kluczem? Jakie varule? O co tu w ogóle chodzi?! - zawołał, wpatrując się w nich pociemniałymi ze wzburzenia oczami.

Nemetti rzuciła mu niewidzące spojrzenie, skubiąc nerwowo pasek sukienki, a dziadek wyjął z szuflady gruby brązowy notes i nachylił się nad nim, marszcząc brwi. Aleks poczuł, że ma już dość tej dziwacznej sytuacji. Musiał się stąd wydostać. I to natychmiast!

"No jasne! Lustro!" - pomyślał przytomnie i zaczął powoli przesuwać się w stronę szafy, przez którą się tu dostał, starając się nie zwracać na siebie uwagi brodatego mężczyzny i jego zwariowanej wnuczki. Niestety, gdy był już całkiem blisko celu, Nemetti nagle na niego spojrzała. Przestała skubać pasek i zaczęła się przyglądać Aleksowi najpierw z zaciekawieniem, aż w końcu, gdy zrozumiała, o co mu chodzi, zaśmiała się, wyraźnie rozbawiona. Nawet nie ruszyła się z miejsca, żeby go powstrzymać.

Aleksowi wcale się to nie spodobało. Wszedł pewnym krokiem do szafy, teraz już nie kryjąc się ze swoim zamiarem, odnalazł lustro, dotknął ręką jego tafli i poczuł pod palcami zimne, twarde szkło. Spróbował lekko na nie nacisnąć, ale tafla nawet nie drgnęła. Zaraz, jak ona to robiła? Pomachał otwartymi dłońmi nad powierzchnią lustra - bez skutku. Wspiął się na palce i zaczął obmacywać ramę od góry i po bokach, ale nie znalazł nic, co mogłoby je uruchomić. I wtedy właśnie zaczęła do niego docierać powaga sytuacji. Zrozumiał, że sam się stąd nie wydostanie. Wyszedł z szafy i poczuł, że wzbiera w nim złość i rozpacz. Nie podobało mu się to, że mówią o nim, ale nie do niego. Nie wiedział, gdzie jest ani co się z nim właściwie dzieje.

- Chcę wrócić do domu! - wrzasnął ile sił w płucach. - Nie możecie mnie tu trzymać! To jest porwanie! Słyszycie?!

Nemetti spojrzała na niego trochę zaskoczona, a trochę zaintrygowana. Natomiast dziadek w tej właśnie chwili znalazł chyba to, czego szukał, bo pokiwał nad notesem głową, zamknął go głośno, wstał z krzesła i uniósł dłonie w pojednawczym geście.

- Masz całkowitą rację, chłopcze - powiedział, podchodząc do Aleksa. - Nemetti nie miała prawa cię tu sprowadzać, a już na pewno nie wbrew twojej woli. Mam nadzieję, że rozumie swój błąd, a ja obiecuję, że zrobię wszystko, byś jak najszybciej wrócił do domu, choć... nie będzie to łatwe. Ale mam pewien pomysł. Najpierw jednak przyjmij moje przeprosiny, taki brak ogłady rzadko mi się zdarza. Jestem Askir. - Mężczyzna wyciągnął do niego rękę.

- Aleks - odpowiedział chłopiec i niepewnie uścisnął podaną mu dłoń.

Mimo gotujących się w nim emocji pomyślał, że może wreszcie pojawia się szansa na uzyskanie jakichkolwiek wyjaśnień.

- Przepraszam za ten atak - ciągnął Askir. - Myślałem, że wtargnąłeś tu za Nemetti, że masz złe zamiary i że... że może jesteś z Maldokiem. Nie ufamy już Terrianom - dodał ciszej. - Tak czy inaczej, to nie twoja wina, że moja lekkomyślna wnuczka cię tu ściągnęła. Cóż, młodość nie zna rozsądku i bywa impulsywna, a Nemetti jest tego najlepszym przykładem. - Rzucił dziewczynie gniewne spojrzenie spod krzaczastych brwi.

Nemetti przysłuchiwała się dziadkowi z naburmuszoną miną.

- Ale ja nie mam pojęcia, o co wam w ogóle chodzi! - wyrzucił z siebie Aleks trochę głośniej, niż zamierzał.

- Ech, to długa historia, ale oczywiście należą ci się wyjaśnienia. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli moja wnuczka sama ci to wszystko wytłumaczy, skoro już cię tu sprowadziła. Prawda, Nemetti?

Dziewczyna zerknęła na Aleksa naburmuszona, a zobaczywszy jego zawzięte spojrzenie, przewróciła oczami.

- Dobra - bąknęła. - Ale może najpierw coś zjemy? - zwróciła się błagalnym głosem do dziadka. - Nie miałam nic w ustach od śniadania.

Askir westchnął.

- Chyba wszystkim dobrze zrobi odrobina czegoś pożywnego. Chodźcie.

W pokoju obok, który wyglądał jak połączenie salonu z jadalnią, stał owalny, drewniany stół i sześć sporych rozmiarów rzeźbionych krzeseł, przy czym każde wydawało się pochodzić z innego kompletu. Podłogę przykrywał wyblakły dywan, który - sądząc po wytartych wzorach - kiedyś był pewnie kolorowy, a jeden z kątów pokoju zajmowały stary, żółty fotel z podnóżkiem i stojąca tuż obok lampa z plecionym abażurem. Fotel zupełnie nie pasował do reszty wystroju, jednak Aleks pomyślał, że musi być bardzo wygodny. Poczuł, jak ogarnia go zmęczenie.

- Siadaj - zachęcił go Askir, odsuwając jedno z krzeseł od stołu.

Aleks zawahał się, ale wykonał polecenie. Zerknął przez okno i zobaczył zalany słońcem fragment ogrodu: ścieżkę, jakieś dziwne kwiaty, których nigdy wcześniej nie widział, potem krzewy, a dalej drzewa. Przyglądał się im z niedowierzaniem. Jedno z drzew było całe niebieskie, a z jego gałęzi zamiast liści zwisały dziwaczne, błękitne trąbki! Potrząsnął głową i odwrócił wzrok.

Nemetti weszła do pokoju z misą pełną wielkich pomarańczowych ni to pomidorów, ni to wielkich, mięsistych śliwek. Podała po jednym owocu dziadkowi i Aleksowi. Gdy zanurzyła zęby w swoim, błogi uśmiech pojawił się na jej twarzy. Aleks popatrzył na trzymany w ręku owoc. Wyglądał niewinnie, ale kto wie, czy nie był nasączony trucizną. Zerknął podejrzliwie na Nemetti. Wycierała właśnie ręką spływający po brodzie sok. Aleks poczuł, że burczy mu w brzuchu. Nie jadł nic od drugiego śniadania, a pękata śliwka wyglądała naprawdę smakowicie.

- No jedz! To napławdę dobłe - zachęcała Nemetti z ustami pełnymi soczystego miąższu.

"Raz kozie śmierć" - pomyślał Aleks i ostrożnie odgryzł mały kawałek śliwki. ŁAŁ! Cóż to był za smak! Słodki, soczysty owoc, zarazem lekko kwaśny i odrobinę słony, ciutkę pikantny, ale nie na tyle, żeby zabić łagodność - rozpływał się w ustach jak najwspanialsza czekoladowa trufla. Zawierał najdoskonalszą mieszankę smaków, jaką można sobie wyobrazić. Aleks poczuł, jak jego ciało wypełnia energia, a wyczerpany wciąż ponawianymi próbami zrozumienia otaczającego go świata umysł odżywa.

- Co to jest? - spytał oszołomiony. Wciąż jeszcze analizował resztki tego niesamowitego smaku pozostałe na języku po przełknięciu ostatniego kęsa.

- Sapidusy - odparła z zadowoleniem Nemetti. - Niezłe, co? Też je bardzo lubię, chociaż... chyba wolę aranje - dodała po chwili namysłu. - Za to sapidusy są bardziej pożywne. Uprawiamy je nad rzeką - powiedziała rzeczowo.

Aleks spojrzał na nią uważnie. W Poziomkach Wielkich nie było rzeki.

- To... to gdzie ja właściwie jestem? - wyjąkał, wpatrując się podejrzliwie w swoich rozmówców.

Askir skrzywił się nieco i spojrzał na Nemetti, jakby chciał powiedzieć: "No i masz", a potem westchnął.

- Widzisz, chłopcze... - zaczął powoli, jakby ważył każde słowo. - Trafiłeś do Altery. I wiem, że trudno będzie ci w to uwierzyć, ale... mieszkają tu najróżniejsze stworzenia, takie jak... na przykład jednorożce... czy elfy.

Umilkł na chwilę, przyglądając się Aleksowi badawczo. Chłopiec zmarszczył brwi. Czy on sobie z niego żartuje? Jednorożce? Elfy? To jakieś bzdury! Tylko że ani Askir, ani Nemetti się nie śmiali. Wręcz przeciwnie. Wyglądali na śmiertelnie poważnych.

Zaraz, zaraz... elfy? Czyżby mężczyzna chciał przez to powiedzieć, że są... elfami? Aleks zamrugał i po raz kolejny spojrzał na nich uważnie. Spiczaste uszy, mieniąca się skóra... Może to miało sens? Nie, to zupełnie nie miało sensu! Przecież elfy nie istnieją! To tylko bajki! Rozejrzał się. Spojrzał na leżące na stole sapidusy, a potem wyjrzał przez okno, za którym wciąż widać było niebieskie drzewo z powiewającymi na nim dziwacznymi trąbkami zamiast liści. Oszołomiony popatrzył na Askira, a ten powoli skinął głową.

- Nemetti, to może ty wyjaśnisz resztę? - powiedział z przekąsem do wnuczki.

Dziewczyna zacisnęła usta, zmarszczyła czoło, jakby zastanawiała się, od czego zacząć, a po krótkiej chwili poprawiła się na krześle i odchrząknęła.

- No więc... - zaczęła, unosząc głowę z teatralną powagą i spoglądając na Aleksa z góry, jak nauczycielka zaczynająca nową, niezwykle ważną lekcję. - Jesteśmy plemieniem elfów z doliny Abor. - Zawiesiła głos i spojrzała na Aleksa.

Oparcie jej krzesła było tak wysokie, że wystawało co najmniej pół metra ponad jej głowę, i może dlatego Aleks pomyślał, że w swojej zwiewnej sukience i z burzą rudych włosów wyglądała teraz trochę jak mała dziewczynka udająca dorosłego. Uśmiechnął się lekko, ale Nemetti na szczęście była tak zajęta swoimi myślami, że wcale tego nie zauważyła.

- Dolina Abor to nasz dom - ciągnęła. - I wszystko byłoby dobrze, gdyby pewnego dnia nie pojawił się tu Maldok. No wiesz... taki zły Terrianin, czyli ktoś z twojego świata. No... po prostu człowiek. Przyszedł nie wiadomo skąd i po kilku obiegach zaczął nami rządzić. - Nemetti nachmurzyła się, a w jej oczach pojawiły się groźne ogniki. - A varule mu pomogły. To ci, co mnie ścigali - wyjaśniła. - W Terrii... To znaczy na Ziemi. Jak się spotkaliśmy. Pamiętasz?

Aleks uniósł brwi, zupełnie skołowany.

- Ścigali? Masz na myśli tych facetów w czarnych kurtkach i ciemnych okularach?