Szlakiem tajemnic zbrodniarzy w Polsce. Spowiedź Hitlera i nazistów - Christopher Macht

Kup ebooka

31.92 zł
26.49 zł (25,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Skąd mam te sekretne zapiski?

Skąd mam te sekretne zapi­ski?

Polska. Kraj, na tere­nie któ­rego obec­nie znaj­duje się Wil­czy Sza­niec, dawna Kwa­tera Główna Führera. To wła­śnie w niej Adolf Hitler spę­dził ponad 800 dni, czyli łącz­nie ponad dwa lata. I to wła­śnie tutaj roze­grały się jedne z naj­waż­niej­szych wyda­rzeń dru­giej wojny świa­to­wej. Co wię­cej, to prze­cież napad nazi­stow­skich Nie­miec na Pol­skę stał się powo­dem roz­pę­ta­nia tego glo­bal­nego kon­fliktu.

Od zakoń­cze­nia dru­giej wojny świa­to­wej minęło już pra­wie osiem­dzie­siąt lat. Jed­nak na­dal na tere­nie Pol­ski można zna­leźć ślady po nazi­stach, a wiele z miejsc, które widu­jemy na co dzień, nosi piętno obec­no­ści tu przed laty Niem­ców. Jak wiele z tych punk­tów można umiej­sco­wić na mapie Pol­ski? Zde­cy­do­wa­nie wię­cej, niż mogłoby się nam wyda­wać... Skąd to wiem? Otóż otrzy­ma­łem tajne zapi­ski na ten temat...

Wszystko zaczęło się dość nie­po­zor­nie. Za namową mojej żony pew­nego dnia posta­no­wi­li­śmy odwie­dzić Wil­czy Sza­niec, leżący w prze­szło­ści na tere­nie Prus Wschod­nich. Jest on znany Pola­kom jako tajna kwa­tera Hitlera, ukryta nie­da­leko osady Gier­łoż i mia­sta Kętrzyn. Samo zwie­dza­nie prze­bie­gało spo­koj­nie. Jed­nak to, co wyda­rzyło się nieco póź­niej, wbiło mnie w fotel. I to dosłow­nie.

Nasz wie­kowy suv był zapar­ko­wany na tutej­szym par­kingu. Nie zamy­ka­jąc drzwi, usia­dłem na fotelu kie­rowcy. Ścią­gną­łem zabło­cone buty i zaczą­łem ude­rzać jeden o drugi, by usu­nąć z nich solidne por­cje błota, które przy­le­gło do nich kilka minut wcze­śniej, gdy dopa­dła nas ulewa i tutej­sze piasz­czy­ste ścieżki zamie­niły się w wylę­gar­nię jakiejś czar­nej brei. Moja żona Paula nuciła sobie coś pod nosem, a ja roz­my­śla­łem nad trasą, którą mie­li­śmy jesz­cze do poko­na­nia tego dnia. Naj­bliżsi dosko­nale wie­dzą, że od stre­su­ją­cej jazdy samo­cho­dem zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wolę spo­kojną podróż pocią­giem. Jed­nak w przy­padku Wil­czego Szańca wybra­li­śmy samo­chód, by nie kom­pli­ko­wać sobie dojazdu.

Gdy tak roz­my­śla­łem nad drogą powrotną, pod­szedł do mnie jakiś męż­czy­zna. Na oko miał 70 lat. Spo­dzie­wa­łem się, że to kolejny oko­liczny han­dlarz, chcący mi sprze­dać prze­wod­nik po Wol­fs­schanze albo mapę, opi­su­jącą trasę zwie­dza­nia tego miej­sca. Męż­czy­zna jed­nak zapy­tał mnie, czy znajdę dla niego dwie minuty. Nie wyglą­dał na nacią­ga­cza, dla­tego przy­sta­łem na jego pro­po­zy­cję. Chwilę póź­niej dowie­dzia­łem się, że jego rodzina od dawien dawna mieszka w tych oko­li­cach. I nie byłoby w tym nic dziw­nego, gdyby nie to, że męż­czy­zna powie­dział coś jesz­cze. Pamię­tam te słowa, jakby zostały wypo­wie­dziane przed momen­tem. "Mój ojciec kie­dyś coś tutaj odna­lazł. To sekretne zapi­ski roz­mów Goeb­belsa z Hitle­rem. Myślę, że jest pan osobą, która będzie wie­działa, co z tym uczy­nić". A potem dodał: "I jesz­cze jedno. Darujmy sobie wyja­śnie­nia na temat tego, jak pana tutaj odna­lazłem. Niech pozo­sta­nie to moją słodką tajem­nicą". Dosta­łem gęsiej skórki... W chwilę póź­niej męż­czy­zna odda­lił się. Gdy był już w bez­piecz­nej odle­gło­ści, wska­zał jedy­nie na dach mego samo­chodu, na któ­rym leżała biała, sznu­ro­wana teczka for­matu A4. A w środku było to, co prze­czy­ta­cie Pań­stwo na kar­tach tej książki.

Chri­sto­pher Macht con­tact@chri­sto­pher­macht.com

Co Adolf Hitler sądził o Polakach?

Co Adolf Hitler sądził o Pola­kach?

Jesz­cze kilka mie­sięcy przed wybu­chem dru­giej wojny świa­to­wej Her­mann Göring, jedna z naj­waż­niej­szych postaci w nazi­stow­skich Niem­czech, przy­jeż­dżał na polo­wa­nia orga­ni­zo­wane na wschod­nich tere­nach dzi­siej­szej Pol­ski. Uro­czy­sto­ści te były raczej istotne dla pol­skich władz, o czym może świad­czyć, że z Göringiem polo­wał mię­dzy innymi ówcze­sny pre­zy­dent Pol­ski, Ignacy Mościcki. Zresztą poza nim Göring spo­ty­kał się cho­ciażby z sza­no­wa­nym przez nazi­stów mar­szał­kiem Józe­fem Pił­sud­skim. To wła­śnie wtedy Göring pro­wa­dził roz­mowy, które miały prze­ko­nać Pola­ków do tego, by sta­nęli po stro­nie Nie­miec w nad­cho­dzą­cym kon­flik­cie zbroj­nym.

Kanc­lerz Trze­ciej Rze­szy Adolf Hitler na mszy żałob­nej po śmierci mar­szałka Józefa Pił­sud­skiego w kate­drze kato­lic­kiej św. Jadwigi w Ber­li­nie, 18 maja 1935 roku. W dru­gim rzę­dzie, czę­ściowo zasło­nięty, stoi mini­ster oświe­ce­nia naro­do­wego i pro­pa­gandy Joseph Goeb­bels

Jaką decy­zję pod­jęli Polacy? Wszystko było już praw­do­po­dob­nie prze­są­dzone na początku 1939 roku. W lutym tego roku odbyło się kolejne polo­wa­nie z udzia­łem nazi­stów, przy czym zamiast Göringa wziął w nim udział Hein­rich Him­m­ler. Ten pierw­szy uznał, że nie było już sensu spo­ty­kać się z wła­dzami pol­skimi, któ­rych jego zda­niem nie uda się prze­ko­nać do zawar­cia soju­szu z Niem­cami.

Z cza­sem dla Hitlera stało się jasne, że sojusz z Pol­ską jest nie­moż­liwy. Dla­tego w odstawkę poszedł układ anty­so­wiecki. Teraz trzeba było poro­zu­mieć się z Rosja­nami. Efek­tem tego poro­zu­mie­nia był pod­pi­sany 23 sierp­nia 1939 roku w Moskwie pakt Rib­ben­trop-Moło­tow z taj­nym pro­to­ko­łem o podziale stref wpły­wów w Euro­pie Środ­kowo-Wschod­niej.

Her­mann Göring (drugi od lewej), mini­ster lot­nic­twa, pre­mier Prus i dowódca Luft­waffe, idzie wraz z nie­miecką dele­ga­cją w kon­duk­cie pogrze­bo­wym za trumną mar­szałka Pił­sud­skiego w Kra­ko­wie, 18 maja 1935 roku

A jesz­cze nie­dawno poja­wiały się prze­słanki pozwa­la­jące przy­pusz­czać, że Hitler wcale nie chciał wyeli­mi­no­wać Pol­ski z mapy Europy. Był on zda­nia, że musimy wybrać - albo sta­niemy po stro­nie Trze­ciej Rze­szy, albo wybie­rzemy Sowie­tów. Jego zda­niem nie była moż­liwa sytu­acja, w któ­rej Pol­ska pozo­sta­nie neu­tralna wobec obu tych mocarstw.

Jesz­cze kilka dni po wybu­chu dru­giej wojny świa­to­wej Führer podobno spo­dzie­wał się, że wkrótce Polacy będą chcieli pod­jąć roz­mowy o zawar­ciu pokoju. To z kolei nie byłaby dobra wia­do­mość dla Sowie­tów. Prze­cież chwilę wcze­śniej we wspo­mi­na­nym taj­nym pak­cie Rib­ben­trop-Moło­tow Sowieci razem z Niem­cami podzie­lili mię­dzy sobą Pol­skę, pla­nu­jąc czwarty w histo­rii roz­biór naszego kraju.

Ten frag­ment taj­nego pro­to­kołu do paktu Rib­ben­trop-Moło­tow brzmiał nastę­pu­jąco:

"W razie zmian tery­to­rial­nych i poli­tycz­nych na obsza­rach nale­żą­cych do pań­stwa pol­skiego, strefy inte­re­sów Nie­miec i ZSRR będą roz­gra­ni­czone mniej wię­cej wzdłuż linii rzek Narwi, Wisły i Sanu. Zagad­nie­nie, czy inte­resy obu stron czy­nią pożą­da­nym utrzy­ma­nie odręb­nego pań­stwa pol­skiego i jakie mają być gra­nice tego pań­stwa, może być osta­tecz­nie roz­strzy­gnięte dopiero w toku dal­szych wyda­rzeń poli­tycz­nych. W każ­dym razie oba rządy roz­wiążą tę sprawę w dro­dze przy­ja­znego poro­zu­mie­nia"1.

W tej sytu­acji, gdyby doszło do poro­zu­mie­nia mię­dzy Niem­cami a Pol­ską, sta­li­now­skie pań­stwo nie mia­łoby czym dzie­lić się z nazi­stami. Poza tym sojusz pol­sko-nie­miecki wzmoc­niłby Trze­cią Rze­szę, co nie byłoby na rękę Sowie­tom.

Warto przy­po­mnieć, z jaką aten­cją nazi­ści trak­to­wali kilka lat wcze­śniej mar­szałka Józefa Pił­sud­skiego. Z powodu jego śmierci w Ber­li­nie odpra­wiono spe­cjalną mszę z udzia­łem samego Adolfa Hitlera, a na pogrze­bie mar­szałka w Kra­ko­wie zja­wiła się dele­ga­cja nie­miecka z dowódcą Luft­waffe, mini­strem lot­nic­twa i pre­mie­rem Prus Her­man­nem Göringiem na czele. Tym samym, który jesz­cze nie tak dawno spo­ty­kał się z Józe­fem Pił­sud­skim, o czym będzie jesz­cze mowa na kar­tach tej książki. Co wię­cej, gdy Niemcy na początku wrze­śnia 1939 roku zdo­byli Kra­ków, to zaraz potem Wehr­macht usta­wił hono­rową wartę przy kryp­cie mar­szałka Pił­sud­skiego na Wawelu.

Kie­ro­wana przez Jose­pha Goeb­belsa pro­pa­ganda pod­kre­ślała, że nie doszłoby do wojny pol­sko-nie­miec­kiej, gdyby Pił­sud­ski na­dal żył. W Trze­ciej Rze­szy w latach 30. wydano zresztą nawet czte­ro­to­mowy zbiór pism pol­skiego mar­szałka. Wydaje się, że do poro­zu­mie­nia z Niem­cami można było jesz­cze dojść w czerwcu 1941 roku, przed roz­po­czę­ciem ope­ra­cji "Bar­ba­rossa", czyli nie­miec­kiej napa­ści na ZSRR.

Nie­mniej jed­nak to tylko roz­wa­ża­nia. Teraz nato­miast czas na to, co nama­calne i co zostało na zie­miach pol­skich w dużej mie­rze do dzi­siaj. Będą to miej­sca, w któ­rych żyli nazi­ści i które ści­śle są zwią­zane z drugą wojną świa­tową. Wbrew pozo­rom jest ich naprawdę wiele... I warto o nich wie­dzieć, by w poszu­ki­wa­niu śla­dów histo­rii podą­żać we wła­ści­wych kie­run­kach, tym bar­dziej że więk­szość tych miejsc jest mało znana. A to powinno się zmie­nić, na zie­miach pol­skich jest bowiem wiele miejsc mają­cych ogromną war­tość histo­ryczną. Czas ujaw­nić dowody. Będziemy je oglą­dać w towa­rzy­stwie mini­stra pro­pa­gandy Jose­pha Goeb­belsa i samego Adolfa Hitlera...

Zło­wrogi tan­dem: Adolf Hitler i Joseph Goeb­bels, kre­ator nazi­stow­skiej pro­pa­gandy

Hitler w Nowy Rok postanawia wyjawić swą decyzję

Hitler w Nowy Rok posta­na­wia wyja­wić swą decy­zję

W ofi­cjal­nej rezy­den­cji Adolfa Hitlera pożół­kła kartka kalen­da­rza poka­zuje ostatni dzień 1938 roku. To wła­śnie tutaj od 1936 roku Führer chęt­nie spę­dzał każdą wolną chwilę. Tak będzie i dzi­siaj...To w tym miej­scu kanc­lerz Trze­ciej Rze­szy przy­wita Nowy Rok...

Goście krzą­tają się ner­wowo po swo­ich poko­jach. Za godzinę zacznie się syl­we­strowy bal. Ewa Braun, kochanka Hitlera, po dłu­gich godzi­nach nego­cja­cji ze swym uko­cha­nym nama­wia Hitlera, by tego dnia przy­wdział frak.

- Wresz­cie będziesz wyglą­dał jak czło­wiek - Ewa Braun żar­tuje ze swo­jego uko­cha­nego.

Ten nie pozo­staje jej dłużny i odpo­wiada:

- Milcz, młoda kobieto!

- Adolf. Ty w tej swo­jej czapce naprawdę wyglą­dasz jak jakiś pocz­to­wiec. Będzie ci lepiej, zoba­czysz. Pamię­taj, że repre­zen­tu­jesz Ger­ma­nów, naród wybrany. Nie możesz poja­wić się bez fraka!

- Zgo­dzi­łem się tylko dla dobra kraju, nie męcz mnie już wię­cej!

Do rezy­den­cji zjeż­dżają ostatni goście. Jest naczelny archi­tekt, a pry­wat­nie przy­ja­ciel Hitlera, mający 182 cen­ty­me­try wzro­stu Albert Speer. Jest też cała elita nazi­stow­skiej par­tii. Pośród nich można dostrzec Goeb­belsa, który zamiast żony zja­wił się w towa­rzy­stwie pięk­nej aktorki. Nic dziw­nego. Jego romanse są dobrze znane w oto­cze­niu Hitlera2.

W powie­trzu unosi się zapach per­fum. Czuć woń róż, prze­mie­sza­nych z zapa­chem drzewa sosno­wego. W poko­jach goście wraz ze swymi damami czy­nią ostat­nie przy­go­to­wa­nia do zabawy. Do rezy­den­cji zjeż­dżają rów­nież Mar­tin Bor­mann, prawa ręka Hitlera w par­tii nazi­stow­skiej NSDAP, i feld­mar­sza­łek oraz mini­ster lot­nic­twa Her­mann Göring. Grono, które będzie witało nowy rok razem ze swym wodzem, jest wyjąt­kowo wąskie.

Tym­cza­sem Hitler w towa­rzy­stwie kochanki popra­wia swój wąsik. Ewa od dawien dawna przy­wią­zy­wała dużą wagę do wyglądu wodza Trze­ciej Rze­szy.

- Na miłość boską, zaczesz grzywkę, bo wyglą­dasz jak rol­nik z pobli­skich Alp!

- Czy ja nie mówi­łem, byś zamil­kła, młoda kobieto? - wódz pusz­cza oko do swej kochanki.

Nic dziw­nego. Minio­nej nocy pomię­dzy tą dwójką doszło do cze­goś wię­cej, dzięki czemu ich sto­sunki nabrały nowego wymiaru...

Gdy zegar wybija punkt dwu­dzie­stą, roz­po­częto świę­to­wa­nie. Jak zwy­kle, Göring błysz­czy niczym cho­inka, przy­stro­jony wszyst­kimi meda­lami, które dostał. A tych, sądząc po jego mun­du­rze, ma co naj­mniej tyle, ile sam waży. Tak, tak. Nad­waga tego byłego asa lot­nic­twa to jeden z tema­tów, z któ­rego dwo­ruje się na boku. Szcze­gól­nie, że Göring kocha zwra­cać na sie­bie uwagę. Trudno by było ina­czej, skoro ten mający bli­sko 180 cen­ty­me­trów wzro­stu szef Luft­waffe cza­sami używa szminki do malo­wa­nia swych ust, na policzki zaś nakłada solidne por­cje różu, a nawet zda­rza mu się malo­wać na czer­wono paznok­cie u rąk i stóp. Jed­nak to nie on będzie dzi­siaj gwiazdą pro­gramu. Jak zwy­kle, gdy uro­czy­stość zaszczyca swą obec­no­ścią Adolf Hitler, nikt inny nie ma prawa przy­ćmić jego bla­sku. Tak będzie i tym razem. Führer jed­nak na­dal nie poja­wia się.

- Spóźni się zapewne chwilę, by przy­po­mnieć wszyst­kim zgro­ma­dzo­nym, kto tu jest naj­waż­niej­szy - z prze­ką­sem mówi jeden z dostoj­ni­ków.

Tym­cza­sem goście tłum­nie zgro­ma­dzili się w Wiel­kim Salo­nie w Ber­gho­fie, do któ­rego pro­wa­dziły solidne, drew­niane schody. To liczące dwie­ście metrów kwa­dra­to­wych pomiesz­cze­nie spe­cjal­nie na czas uro­czy­sto­ści zostało nieco zmo­dy­fi­ko­wane. Wynie­siono stąd dwie wiel­kie szafy. Jedna z nich miała klamki w kształ­cie ludz­kich głów. W sali pozo­stały bogato zdo­biony zegar, sto­jący po lewej stro­nie, jakaś rzeźba, kilka obra­zów i pia­nino, na któ­rym przy­gry­wał pewien wir­tuoz. Dopiero teraz można było dostrzec, jak wysoki jest Wielki Salon. Nie­któ­rzy ze znie­cier­pli­wio­nych gości, choć byli to stali bywalcy Ber­ghofu, dostrze­gli po raz pierw­szy na sufi­cie ciem­no­brą­zowe, kwa­dra­towe kase­tony. Goście cze­kali na swego wodza obok wiel­kiego stołu, na któ­rym zwy­kle stał glo­bus i gdzie deba­to­wano na różne istotne tematy. Nikt nie miał zamiaru zasiąść, póki na sali nie zjawi się gospo­darz. Ocze­ki­wa­nie umi­lano sobie poga­węd­kami i podzi­wia­niem góry Unters­berg, którą z Wiel­kiego Salonu było dosko­nale widać przez prze­stronne okno. Wielu gości nie miało dotąd ni­gdy oka­zji zoba­czyć na wła­sne oczy tak wiel­kiego okna. Okno to latem było otwie­rane za pomocą wiel­kiej korby. Byli też tacy, któ­rzy zgod­nie z zasa­dami woj­sko­wego drylu wpa­try­wali się w pod­łogę, cze­ka­jąc na moment, gdy na sali pojawi się on. Jak wspo­mi­nała po woj­nie sekre­tarka Adolfa Hitlera, Chri­sta Schro­eder, na pod­ło­dze można było dostrzec welur w kolo­rze poziom­ko­wym. Aż w końcu w sali poja­wił się on...

Wielki Salon w Ber­gho­fie, ulu­bio­nej rezy­den­cji Hitlera w Alpach Sal­zbur­skich. To tu dyk­ta­tor przyj­mo­wał gości i wyda­wał przy­ję­cia

Frak na Hitle­rze leżał świet­nie. To przy­zna­liby nawet jego naj­więksi wro­go­wie, zaś poplecz­nicy wykrzyk­nę­liby "Fran­cja ele­gan­cja", gdyby nie fakt, że takimi sło­wami mogliby ura­zić uczu­cia Ger­ma­nów. Wra­że­nia dopeł­niała śnież­no­biała koszula, któ­rej rękawy kon­tra­sto­wały z czar­nym mate­ria­łem fraka. Uwagę gości przy­cią­gała jed­nak przede wszyst­kim mucha. Ta, choć z pozoru kla­syczna, miała w sobie coś. No i te buty. Wypo­le­ro­wane tak solid­nie, że można było się w nich przej­rzeć. Opa­dały na nie nogawki spodni upra­so­wa­nych w kant, także czar­nych.

Hitler powi­tał zgro­ma­dzo­nych płyt­kim ukło­nem, na co wszy­scy wypro­sto­wali ręce w geście nazi­stow­skiego powi­ta­nia i jak na komendę wykrzyk­nęli: - Heil Hitler!

Następ­nie roz­le­gły się brawa. Wódz uda­wał, że są one zbędne i w zupeł­no­ści już wystar­czy tych cere­gieli. To była jed­nak tylko kokie­te­ria. W głębi duszy myślał co innego. Napa­wał się wido­kiem swych wiel­bi­cieli, cią­gle jed­nak mając się na bacz­no­ści, wróg bowiem mógł się czaić na każ­dym kroku. Kto wie, czy któ­raś z tych osób nie jest alianc­kim szpie­giem? - myślał.

Po roz­po­czę­ciu uro­czy­sto­ści, gdy goście bawili się w naj­lep­sze, Führer dys­kret­nie pod­szedł do Goeb­belsa. Choć prawdę powie­dziaw­szy, w jego przy­padku jaka­kol­wiek dys­kre­cja nie była moż­liwa. Każdy jego ruch był bacz­nie obser­wo­wany przez zgro­ma­dzo­nych.

- Panie dok­to­rze, par­don - Hitler spoj­rzał na towa­rzyszkę Goeb­belsa - Pani wyba­czy, ale muszę porwać pana mini­stra na moment.

Kobieta odpo­wie­działa ser­decz­nym uśmie­chem, po czym lekko ukło­niła się kanc­le­rzowi.

- Herr Goeb­bels, pro­szę pójść za mną. Coś panu pokażę...

Męż­czyźni wspięli się po drew­nia­nych scho­dach, aż w końcu dotarli do pomiesz­cze­nia, w któ­rym dotych­czas Goeb­bels ni­gdy nie był. Choć wyglą­dało ono podob­nie do Wiel­kiego Salonu, to jed­nak był to zupeł­nie inny pokój. Już na pierw­szy rzut oka można było stwier­dzić, że Hitler rzadko tutaj prze­bywa w więk­szym gro­nie, poza bowiem kanapą, sto­li­kiem i kil­koma krze­słami Goeb­bels nie zoba­czył żad­nego stołu.

Hitler świę­tuje nadej­ście Nowego Roku w Ber­gho­fie

- Papie­rosa? - pyta­nie Hitlera zasko­czyło Goeb­belsa. Dotych­czas Führer uni­kał alko­holu, podob­nie było z tyto­niem.

- Chęt­nie - odpo­wie­dział Goeb­bels, nie chcąc pod­paść swemu sze­fowi.

Kanc­lerz Trze­ciej Rze­szy się­gnął do wewnętrz­nej kie­szeni swo­jego fraka, skąd wycią­gnął srebrną papie­ro­śnicę. W pomiesz­cze­niu roz­legł się odgłos zapałki pocie­ra­nej o szorstką, już nieco sfa­ty­go­waną dra­skę. Hitler podał ogień Goeb­bel­sowi, po czym sam zapa­lił papie­rosa.

W pomiesz­cze­niu zaczął się uno­sić siwy dym. Męż­czyźni zacią­gnęli się papie­ro­sami.

- Nie przy­po­mi­nam sobie, kiedy ostat­nio pali­łem to cho­lerst... - powie­dział Goeb­bels, lecz w pół zda­nia prze­rwał. Za mocno zacią­gnął się dymem i teraz poja­wiły się tego efekty.

Hitler mil­czał. Roz­ko­szo­wał się papie­ro­sem, co rusz wypusz­cza­jąc kłęby dymu. Męż­czyźni sie­dzieli na kana­pie usta­wio­nej tak, by można było przez ogromne, kil­ku­me­trowe okna podzi­wiać górę Unters­berg.

- Uwiel­biam sie­dzieć tutaj wie­czo­rami... - Hitler znów zacią­gnął się papie­ro­sem - i podzi­wiać tę górę. Bar­dzo mnie fascy­nuje. Szcze­gól­nie, gdy powoli zacho­dzi słońce i led­wie ją widać.

- Góra jak góra, za prze­pro­sze­niem, Mein Führer.

- Dok­to­rze... Jest pan w błę­dzie i to dużym. Pro­szę podejść bli­żej okna i uważ­nie przyj­rzeć się temu masy­wowi. I pro­szę sobie teraz uświa­do­mić, że wewnątrz tej góry skry­wają się mistyczne moce.

Goeb­bels nie wie­dział, jak się ma zacho­wać. Czyżby Hitler chciał z niego zażar­to­wać? A może mówił poważ­nie? Przy­szedł mu jed­nak z pomocą papie­ros, który wła­śnie do końca się wypa­lił.

- Czy poczę­stuje mnie wódz jesz­cze jed­nym?

Hitler nie odpo­wie­dział. Pozo­sta­wał w bli­żej nie­okre­ślo­nym tran­sie. Z oczami na­dal wpa­trzo­nymi w górę, się­gnął ponow­nie po srebrne pudełko i pod­su­nął je pod twarz swego gościa. Zaraz potem w typowy dla sie­bie spo­sób zaczął wygła­szać mono­log. Goeb­bels zaś, nie chcąc nara­zić się wodzowi, słu­chał z uda­waną cie­ka­wo­ścią, roz­ko­szu­jąc się kolej­nymi daw­kami dość moc­nego tyto­niu...

- Góra Unters­berg od setek lat owiana jest tajem­nicą. Już dawno, dawno temu naukowcy doszli do wnio­sku, że jest to odpo­wied­nik Trój­kąta Ber­mudz­kiego. Pro­szę sobie, dok­to­rze, uświa­do­mić, że śmiał­ko­wie, chcący bli­żej ją poznać, zazwy­czaj giną w nie­zna­nych oko­licz­no­ściach... Wyobraża pan to sobie?

Wódz przez chwilę spoj­rzał na Goeb­belsa, co ten krótko skwi­to­wał wes­tchnie­niem...

- Zawsze, gdy czuję nie­do­sta­tek sił, sia­dam tutaj, oddaję się roz­ko­szy pale­nia tyto­niu i medy­tuję, pró­bu­jąc przy­wo­łać moce, które skrywa ten masyw gór­ski. Nie­przy­pad­kowo los pokie­ro­wał mnie wła­śnie tutaj... Mam misję do speł­nie­nia i muszę skądś czer­pać ener­gię. Pomaga mi w tym wła­śnie ta góra...

Wiel­kie okno o wymia­rach 9x3 metry w Ber­gho­fie, z któ­rego roz­cią­gał się impo­nu­jący widok na sąsied­nią górę Unters­berg. Hitler wie­rzył, że jest ona źró­dłem tajem­ni­czej mocy i "drzwiami" do rów­no­le­głego świata zamiesz­ka­nego przez karły

- Co jest w niej takiego nie­zwy­kłego? - Goeb­bels nie potra­fił ukryć wąt­pli­wo­ści.

- Drogi dok­to­rze... Sły­sza­łem o paster­zach, któ­rzy prze­by­wa­jąc w tych górach na wła­sne oczy widzieli elfy. Są też tacy, któ­rzy widzieli karły. Sam zresztą roz­ma­wia­łem nie­dawno z miesz­ka­ją­cym nie­da­leko rol­ni­kiem, który mi wyznał, że w pobliżu jego pola masze­ro­wała cała gro­mada tajem­ni­czych stwo­rzeń. Wyglą­dem mieli przy­po­mi­nać ludzi, jed­nak z uwagi na wzrost były to ewi­dent­nie karły. Inny z kolei wie­śniak opo­wie­dział memu ordy­nan­sowi, że gdy był wysoko w górach, nawie­dziła go pewna wizja. Miał on prze­nieść się w czasy, które dopiero nadejdą, i ujrzeć świat, w któ­rym przyj­dzie nam żyć w przy­szło­ści. Miały tam być dziwne maszyny z elek­tro­nicz­nymi wyświe­tla­czami liczą­cymi po trzy­dzie­ści cali, tele­fony bez kabli, a pomiesz­cze­nia odku­rzały roboty. Inny chłop opo­wie­dział mojemu ordy­nan­sowi, jak kie­dyś wpadł do jaskini u pod­nóża tej góry. Do swej wiej­skiej chaty wró­cił kilka tygo­dni póź­niej. Do dzi­siaj nie potrafi wyja­śnić, co się wtedy z nim działo. Nie pamię­tał abso­lut­nie niczego.

- Rozu­miem z tego wszyst­kiego jesz­cze mniej niż na początku naszej roz­mowy, Mein Führer...

- Nic dziw­nego... Ludzie nie potra­fią dostrzec tego, co ich ota­cza. Prze­cho­dzą obok waż­nych spraw obo­jęt­nie. Głę­boko wie­rzę w to, czego dane mi było się dowie­dzieć. Mia­łem kie­dyś sen. Uka­zała mi się w nim wizja nie­zli­czo­nych bogactw, które skry­wać mają te góry. Widzia­łem praw­dzi­wych Ger­ma­nów. Wywo­zili oni z wnę­trza tych masy­wów nie­zli­czone ilo­ści złota. Woda z pobli­skiego stru­mie­nia miała czy­nić cuda. Obmy­cie nią ran powo­do­wało, że po kilku dniach rany same się zaskle­piały. Zaś, gdy nie­wi­domy prze­my­wał nią oczy, to po kilku dniach odzy­ski­wał wzrok... Kilka dni póź­niej, gdy już powoli zapo­mi­na­łem o tym śnie, miesz­ka­jący w pobliżu chłopi zwie­rzyli się pew­nemu nazi­ście... Otóż usły­szał on od nich, że kilku wędrow­ców naprawdę dzięki dzia­ła­niu tej cudow­nej wody odzy­skało wzrok. A jakby tego było mało, w tej górze ma spać sam zało­ży­ciel Cesar­stwa Rzym­skiego Narodu Nie­miec­kiego, cesarz Karol Wielki, który budzi się co sto lat, a potem idzie spać dalej. Ma to trwać aż do momentu, kiedy doj­dzie do decy­du­ją­cego star­cia dobra ze złem. Wtedy do gry ma wkro­czyć cesarz razem ze swoją armią kar­łów.

Goeb­bels pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Hitler jed­nak nie­wzru­szony cią­gnął swój mono­log...

- Możesz, dok­to­rze, wie­rzyć lub nie... Wła­ści­wie to będzie lepiej dla cie­bie, jeśli uwie­rzysz... Otóż wewnątrz tej góry ist­nieje podobno przej­ście do innych świa­tów. Inna wer­sja z kolei mówi, że za pomocą tej góry można dostać się do wnę­trza Ziemi. Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. Ten masyw jest wyjąt­kowy i skrywa tajem­ni­cze wrota. Prę­dzej czy póź­niej będziemy musieli tam wysłać eks­pe­dy­cję, która postara się odna­leźć złoto i owe sekretne wrota. Jestem prze­ko­nany, że moce, które wypły­wają z tej góry, dadzą nie­sa­mo­wite siły nazi­stom i spra­wią, że Trze­cia Rze­sza ze mną na czele obej­mie pano­wa­nie nad Europą, a potem nad całym świa­tem.

- Mein Führer, skąd pan to wszystko wie?

Na twa­rzy kanc­le­rza poja­wił się łagodny uśmiech...

- Skąd ja to wiem? To pro­ste. Wyda­łem roz­kaz, by skła­dali mi rela­cje wszy­scy, któ­rzy coś sły­szeli na temat tej góry.

Dopiero teraz Hitler zauwa­żył, że ani on, ani jego gość nie palą już papie­ro­sów, a trzy­mają w rękach jedy­nie nie­do­pałki...

- Skoro skoń­czy­li­śmy palić, to może wyj­dziemy na świeże powie­trze?

- Chęt­nie. Nieco kręci mi się w gło­wie po tych papie­ro­sach.

Führer ojcow­skim gestem pokle­pał po ple­cach mini­stra pro­pa­gandy:

- Mój chło­pak! Chodźmy więc!

Gdy już mieli wycho­dzić, Hitler nagle zatrzy­mał się jak wryty.

- Na Boga! Bym zapo­mniał! Skoro boli pana głowa, to musi się pan cze­goś napić! Pro­szę, czymś pana poczę­stuję...

Hitler się­gnął do szu­flady czar­nego biurka, ukry­tego w dru­gim rogu pomiesz­cze­nia. Zwin­nym ruchem wycią­gnął z niego prze­zro­czy­stą karafkę. W środku był prze­zro­czy­sty płyn. Czyżby wódz chciał go poczę­sto­wać wodą ogni­stą? Goeb­bels nie miał poję­cia, co strze­liło do głowy jego sze­fowi. Naj­pierw papie­rosy, teraz wódka? Czyżby wódz chciał się bra­tać z Sowie­tami?!

Co gor­sza, twarz naj­słyn­niej­szego nazi­sty nie zdra­dzała, co też on kom­bi­nuje. W dru­gim rogu pomiesz­cze­nia stał mały, owalny sto­lik. Były do niego przy­su­nięte cztery fotele. Wszystko pokryte czer­woną, znaj­du­jącą się w dobrym sta­nie tapi­cerką.

- Chodźmy, usiądźmy jesz­cze na chwilę.

Karafka razem z dwiema szklan­kami wylą­do­wała na sto­liku.

- Pro­szę spró­bo­wać - Führer podał Goeb­bel­sowi szklankę, po czym wykrzyk­nął:

- Do dna! Za Trze­cią Rze­szę!

Mini­ster pro­pa­gandy lekko skrzy­wił usta.

- Mocne, co to takiego?

Hitler wyko­nał gest triumfu:

- Ha, wie­dzia­łem, że pana zasko­czę, dok­to­rze! To woda, która pocho­dzi ze źró­deł, wypły­wa­ją­cych wła­śnie ze wspo­mnia­nej góry. Piję ją regu­lar­nie, dodaje mi mocy i łago­dzi bóle. Powinna ona pomóc na pań­skie zawroty głowy po tym cho­ler­nym tyto­niu.

- Pomaga?

- Bar­dzo. Zawsze, gdy mam ocię­żały umysł, wystar­czy kilka łyków, by roz­ja­śniło mi się w gło­wie.

- Był pan kie­dyś na tym szczy­cie?

- Raz mi się zda­rzyło być w oko­licy. Pro­szę w żad­nym wypadku nie mówić o tym nikomu!

- Ma wódz moje słowo!

- Tak. Byłem i póź­niej tego nieco żało­wa­łem. Gdy byłem już w pobliżu, zaczą­łem odczu­wać zawroty głowy. Potem poja­wiły się tak silne nud­no­ści, że musia­łem zwy­mio­to­wać. Z tego wszyst­kiego za prze­pro­sze­niem zarzy­ga­łem sobie mun­dur i pobru­dzi­łem wąs! Jed­nak kie­dyś tam wrócę. Wtedy musia­łem po pro­stu tra­fić na zbyt silne pro­mie­nio­wa­nie. To był tylko kolejny dowód na to, że od tej góry bije ogromna moc, a jej wnę­trze kryje nie­opi­sane dotych­czas sekrety. Coś jesz­cze panu pokażę. Chodźmy na taras...

Ku rado­ści Hitlera była to wyjąt­kowo jasna noc. Świa­tło gwiazd oświe­tlało pobli­skie Alpy. Bez naj­mniej­szego pro­blemu można było o tej porze dostrzec to, na czym wodzowi naj­bar­dziej zale­żało. Führer już dawno temu naka­zał, by na tara­sie zamon­to­wano wielki tele­skop... Dzięki niemu mógł podzi­wiać swą uko­chaną, maje­sta­tyczną górę. Mógł też dzięki temu urzą­dze­niu pod­glą­dać ptaki prze­la­tu­jące nad wzgó­rzem.

- Dok­to­rze, pro­szę śmiało. Niech pan spoj­rzy przez tele­skop i powie, co pan widzi - na twa­rzy wodza malo­wało się pod­nie­ce­nie...

W umy­śle Goeb­belsa kłę­biły się różne myśli.

- Widzę górę Unters­berg. Dostrze­gam ją cał­kiem nie­źle. Ale wła­ści­wie dla­czego wódz o to pyta?

- Przyj­rzyj się dobrze. Być może dostrze­żesz coś wię­cej niż tylko górę. Może zauwa­żysz nawet swoją przy­szłość...

Hitler zawie­sił głos, chcąc pod­kre­ślić tajem­ni­czość swej wypo­wie­dzi... Chwilę póź­niej zde­cy­do­wał się cią­gnąć dalej.

- Czy dostrzega pan tam sie­bie?

- Wodzu! Pro­szę mi wyba­czyć, ale tym pyta­niem wpra­wia mnie pan w zakło­po­ta­nie. Do czego pan zmie­rza?

- Jestem od pana nieco star­szy i mam misję do speł­nie­nia. Jestem wybrań­cem, który został zesłany na ziem­ski padół. Wiem rów­nież jed­nak, że jest to tak wiel­kie obcią­że­nie, że mogę go nie udźwi­gnąć i w pew­nej chwili tra­fić do grobu. Mogą mi w tym rów­nież pomóc komu­ni­styczni wro­go­wie. A tych nawet wokół mnie nie bra­kuje, prawda?

Goeb­bels nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, Hitler bowiem kon­ty­nu­ował swój mono­log...

- Chcę panu powie­rzyć nie­zwy­kłą misję. Mia­no­wi­cie, gdy los zechce, bym odszedł przed­wcze­śnie z tego świata, to wów­czas to uczy­nię. Musi pan jed­nak wie­dzieć, że nie pozo­sta­wię pań­stwa na pastwę losu. Gdy przyj­dzie mi spi­sać testa­ment, będę chciał w nim wyzna­czyć pana na mego nast...

W oczach Goeb­belsa poja­wiły się łzy. Hitler nie musiał nawet koń­czyć i wyja­śniać, co miał zamiar powie­dzieć, Goeb­bels bowiem rzu­cił mu się na szyję, nie będąc w sta­nie powstrzy­mać wybu­chu emo­cji. Szybko jed­nak mini­ster pro­pa­gandy został przy­wo­łany do porządku. Sta­nął na bacz­ność i z unie­sioną do góry ręką, wykrzy­czał:

- Roz­kaz wyko­nam w pełni. Tak jest, Mein Führer! Dla pana i narodu nie­miec­kiego zro­bię wszystko!

- Czyś ty, Goeb­bels, zwa­rio­wał? Po co te cere­giele? Opuść natych­miast rękę i spo­cznij. Jesz­cze nie skoń­czy­łem!

- Jawohl!3

- Za kilka godzin wej­dziemy w nowy rok, 1939. I musisz wie­dzieć, drogi mini­strze, że jeste­śmy u progu wojny. Milion marek temu, kto wie, jak ustrzec świat przed glo­bal­nym kon­flik­tem. Nie da się tego uczy­nić. Bez wojny nie będziemy w sta­nie prze­jąć wła­dzy nad świa­tem.

- Ja, ja. Das Stimmt!4 - wymam­ro­tał Goeb­bels, któ­rego pod­nie­ce­nie osią­gnęło apo­geum.

- Wiesz, jaki mam plan?

- Nein, nein. Neeeein! - szczęka Goeb­belsa cią­gle latała w nie­opi­sa­nej eufo­rii.

- Słu­chaj zatem. W ciągu kilku mie­sięcy wydam roz­kaz, by napaść na Pol­skę. Wiesz dobrze, co sądzę o tym naro­dzie. Polacy wyróż­niają się na tle innych sło­wiań­skich nacji. Są inte­li­gent­nym, walecz­nym, a do tego prze­bie­głym naro­dem. Jeśli uda się naszym woj­skom poko­nać Pol­skę, to z innymi kra­jami będzie już pew­nie o wiele łatwiej. Wobec tego, gdy tylko roz­pocz­nie się wojna, a wiedz, że nastąpi prędko, to będę chciał, byś towa­rzy­szył mi w podró­żach na pol­skie zie­mie.

- Dla­czego aku­rat ten obszar tak bar­dzo wodza inte­re­suje?

- Pol­ski naród mnie fascy­nuje, choć gło­śno mówić tego nie mogę. W końcu to nie Ger­ma­nie! - Hitler zaczął się śmiać.

Na jego wąsie Goeb­bels dostrzegł śmie­tanę. Udał jed­nak, że tego nie widzi. Wie­dział jed­nak, że wódz kocha cze­ko­la­dowe cia­sta ze śmie­taną, dla­tego te pozo­sta­ło­ści po słod­ko­ściach nie robiły na nim wiel­kiego wra­że­nia.

- W każ­dym razie... - głos Hitlera wyrwał Goeb­belsa z zamy­śle­nia - chcę, byś zaraz po zaję­ciu czę­ści tery­to­rium Pol­ski ruszył ze mną na front. Przyj­rzymy się pod­bi­tym zie­miom z bli­ska. Nie wiem, jak długo potrwa ta wojna. Spo­dzie­waj się, że będę cię, dok­to­rze, pro­sił o towa­rzy­sze­nie mi w takich podró­żach. Skoro masz w przy­szło­ści prze­jąć po mnie wła­dzę zamiast tego głupca Hessa czy spa­sio­nego pyszałka Göringa i być gospo­da­rzem tych ziem, to musisz rów­nież wie­dzieć, jaka histo­ria wiąże się z poszcze­gól­nymi miej­scami. Łatwiej będzie ci wów­czas upra­wiać pro­pa­gandę, zwłasz­cza że pol­ski lud jest nie w cie­mię bity i ciężko będzie tym ludziom wbić do głowy wykre­owaną przez cie­bie "prawdę".

- Wie wódz dobrze, co twier­dzi­łem już wie­lo­krot­nie. Kłam­stwo powtó­rzone tysiąc razy staje się w końcu prawdą. Pora­dzę sobie z każ­dym.

- Zapewne. Jed­nak w przy­padku Pola­ków nie był­bym taki pewien. Sły­sza­łem wiele dobrego na temat ot choćby mar­szałka Pił­sud­skiego. Czy jakiś inny przy­wódca mógłby sobie pozwo­lić na to, by publicz­nie mówić, że z racją jest jak z dupą, każdy ma swoją? Albo gło­sić, że naród jest wspa­niały, tylko ludzie kurwy, za prze­pro­sze­niem.

- To Pił­sud­ski ogło­sił kie­dyś, zapy­tany o pro­gram par­tii, że jest on naj­prost­szy z moż­li­wych, czyli "Bić kurwy i zło­dziei".

- Wielka szkoda, że mar­szałka nie ma już pośród żywych. Zresztą co tu dużo mówić, prze­cież razem byli­śmy na mszy za duszę Pił­sud­skiego w maju 1935 roku. Zaś co się tyczy Pol­ski, to musimy ją pod­bić, skoro ona nie chce zostać naszym sojusz­ni­kiem w dro­dze na wschód. Ale nie uczy­nimy tego bez zro­zu­mie­nia Pola­ków. Jestem zda­nia, że nie da się ich pod­bić i cho­ciaż czę­ściowo zger­ma­ni­zo­wać bez wcze­śniej­szego zro­zu­mie­nia. Zresztą to chyba jedyna kwe­stia, z którą się zga­dza­łem z moim zmar­łym ojcem... W każ­dym razie, jeśli my nie przej­miemy Pol­ski, to zro­bią to Rosja­nie. Ten kraj jest mię­dzy mło­tem a kowa­dłem. Musimy uprze­dzić komu­ni­stów ze wschodu i pierwsi wkro­czyć na zie­mie pol­skie.

- Kiedy zatem wódz prze­wi­duje naszą pierw­szą podróż?

- Nie mam wąt­pli­wo­ści, że sta­nie się to w nad­cho­dzą­cym roku. O ile pozwolą mi na to pro­blemy z lewą ręką!

Hitler chwy­cił się za lewe ramię, które trzę­sło się tak bar­dzo, że nie spo­sób było tego ukryć. Był rad, że Goeb­bels bez naj­mniej­szego oporu przy­jął rolę jego poten­cjal­nego następcy. Musiał jesz­cze jedy­nie roz­wa­żyć w wol­nej chwili, czy ta natych­mia­stowa zgoda była szczera, czy też może była to oznaka tego, że Goeb­bels za jego ple­cami pla­no­wał zamach stanu? Noc mu wystar­czyła, by dojść do wnio­sku, że Goeb­bels był mu zbyt oddany, by knuć spi­sek za jego ple­cami. Takiego czynu mógłby się dopu­ścić taki na przy­kład Him­m­ler, jed­nak nie Goeb­bels. Z tą myślą Hitler zasnął tej nocy. Stało się to kilka godzin po tym, jak nastał nowy 1939 rok...

[...]

Gwoli uzu­peł­nie­nia... W 1992 roku na wspo­mnianą przez Hitlera górę Unters­berg dotarł tybe­tań­ski Dalaj­lama. Jak sam przy­znał, gdy był na jej szczy­cie, doznał olśnie­nia. Pora­ziła go nie­zwy­kła duchowa moc tej góry. Okre­ślić ją miał nawet mia­nem "Góry Śpią­cego Smoka"!

Nadszedł ten czas!

Nad­szedł ten czas!

Od pamięt­nego syl­we­stra minęły tygo­dnie. Hitler w tym cza­sie ani razu nie wspo­mniał o tym, co obie­cał Goeb­bel­sowi 31 grud­nia. Doszło nawet do tego, że mini­ster pro­pa­gandy zaczął się zasta­na­wiać, czy aby kilka mie­sięcy wcze­śniej ta histo­ria o prze­ję­ciu wła­dzy i wizy­ta­cji pol­skich ziem mu się nie przy­śniła albo nie była po pro­stu wytwo­rem jego wyobraźni. Jed­nak nie miał na tyle śmia­ło­ści, by zapy­tać o to Hitlera wprost. Wolał cze­kać, tym bar­dziej że coraz gło­śniej mówiło się o tym, że wojna zbliża się wiel­kimi kro­kami...

Mamy sier­pień 1939 roku. Do biura Mini­ster­stwa Pro­pa­gandy Rze­szy tele­fo­nuje adiu­tant Hitlera, który oznaj­mia, że jesz­cze dzi­siaj w biu­rze swo­jego szefa ma sta­wić się mini­ster odpo­wie­dzialny za pro­pa­gandę, dok­tor Joseph Goeb­bels. Naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy Goeb­belsa posta­na­wiają jak naj­szyb­ciej zawia­do­mić o tym fak­cie swo­jego szefa. Udaje im się odna­leźć mini­stra w sie­dzi­bie radia, gdzie wła­śnie skoń­czył wygła­szać swą kolejną, pro­pa­gan­dową prze­mowę do Niem­ców.

Eses­mani peł­nią wartę przy wej­ściu do gabi­netu Adolfa Hitlera w Nowej Kan­ce­la­rii Rze­szy w Ber­li­nie, odda­nej do użytku w stycz­niu 1939 roku. Zwra­cają uwagę ogromne drzwi oraz mono­gram dyk­ta­tora nad nimi

Sądząc po twa­rzy Goeb­belsa, prze­mó­wie­nie udało się w każ­dym calu. Jest z sie­bie zado­wo­lony w pełni, a we wszyst­kim utwier­dza go jesz­cze adiu­tant, na któ­rego zawsze może liczyć w takich razach. Gdy ten mający 165 cen­ty­me­trów wzro­stu Nie­miec dowia­duje się o tym, że został w try­bie pil­nym wezwany do wodza, wpada w popłoch. Z jed­nej strony odzywa się nar­cy­styczna strona jego cha­rak­teru. Roz­my­śla o tym, jakie awanse szy­kuje mu wódz. Z dru­giej zaś rosną w nim obawy, czy cza­sem Hitler nie dopa­trzył się w jego zacho­wa­niu zna­mion zdrady albo nie zwę­szył jed­nego z jego roman­sów.

- Ten stary pier­nik może znowu będzie wcho­dził z butami w moje mał­żeń­stwo, które i tak od dawna jest tylko papie­ro­wym związ­kiem... - stwier­dził w myślach.

W końcu Goeb­bels zbiera się i posta­na­wia udać się wprost do Kan­ce­la­rii Rze­szy, miesz­czą­cej się przy Voßstraße 6. Z doświad­cze­nia wie, że nie powi­nien się spie­szyć. Wódz dotych­czas wie­lo­krot­nie wpa­dał w złość i wszyst­kich, któ­rzy zna­leźli się w zasięgu jego wzroku, naka­zy­wał roz­strze­lać. Wybuch gniewu wodza mogła spo­wo­do­wać dosłow­nie bła­hostka. Tak mogło być i tym razem. Dla­tego też nie miało sensu się spie­szyć. Lepiej przy­być nieco póź­niej. Do tego czasu Führer zdąży ochło­nąć i zapo­mni o swych sza­lo­nych wizjach i roz­ka­zach. Jeśli Hitler wła­śnie wpadł na pomysł, by kazać roz­strze­lać Goeb­belsa, to jest bar­dzo moż­liwe, że w ciągu dosłow­nie pół godziny zmieni zda­nie. Warto więc przy­je­chać nieco póź­niej, by odro­czyć poten­cjalny wyrok śmierci.

Monu­men­talna fasada Nowej Kan­ce­la­rii Rze­szy od strony Voßstraße. Auto­rem pro­jektu był ulu­biony archi­tekt Hitlera Albert Speer

Nowa Kan­ce­la­ria Rze­szy została wybu­do­wana w nie­spełna dzie­więć mie­sięcy. I trzeba przy­znać, że miała w sobie magne­tyzm. Potężny gmach robił wra­że­nie na odwie­dza­ją­cych. A wszystko to nie­przy­pad­kowo, jesz­cze bowiem przed wbi­ciem pierw­szej łopaty Hitler naka­zał Alber­towi Spe­erowi, odpo­wie­dzial­nemu za tę inwe­sty­cję, by budowla wzbu­dzała podziw wszyst­kich, któ­rzy tra­fią w to miej­sce. Jak prze­ko­ny­wał, cho­dziło o to, by odwie­dza­jący go dyplo­maci poczuli się mali i zro­zu­mieli, że zna­leźli się w miej­scu, w któ­rym rzą­dzi ktoś potężny. Nie­przy­pad­kowo pomiesz­cze­nia były prze­sad­nie duże, zaś posadzki wyło­żone mar­mu­rami. Rzecz w tym, by łatwo można się było pośli­znąć. Ponadto aby dotrzeć do gabi­netu wodza, trzeba było poko­nać sporą odle­głość. Był to rów­nież świa­domy zabieg. Jak stwier­dził kie­dyś Hitler w nie­ofi­cjal­nej roz­mo­wie, zain­spi­ro­wały go roz­wią­za­nia sto­so­wane w śre­dnio­wie­czu. To wła­śnie wtedy, gdy na dwór jakie­goś monar­chy przy­jeż­dżał władca obcego mocar­stwa, pro­wa­dzono go okręż­nymi ścież­kami, świa­do­mie wydłu­ża­jąc trasę, by wywo­łać u gościa wra­że­nie potęgi i wiel­ko­ści odwie­dza­nego miej­sca... W ten spo­sób powstał budy­nek, który zgod­nie z życze­niem kanc­le­rza miał wzbu­dzać u odwie­dza­ją­cych jed­no­cze­śnie podziw i respekt.

Goeb­bels szybko dotarł na Voßstraße 6. Dowiózł go tam jego zaufany kie­rowca. Dość żwawo wysiadł z samo­chodu, po czym kuś­ty­ka­jąc i cią­gnąc za sobą swą zde­for­mo­waną prawą stopę, ruszył w stronę Kan­ce­la­rii Rze­szy. Począt­kowo oczom mini­stra pro­pa­gandy uka­zał się dzie­dzi­niec hono­rowy. Było to miej­sce szcze­gólne. Czło­wiek kro­czył tam po wiel­kich, kwa­dra­to­wych pły­tach, wyglą­da­ją­cych tak, jakby były wyko­nane z cen­nego kruszcu. Na końcu widać było trzy kolumny, wszyst­kie jed­na­ko­wej wiel­ko­ści. To tam znaj­do­wało się wej­ście do sie­dziby wodza. Sam dzie­dzi­niec był ogromny. Nie można było tam jed­nak dostrzec ani ławek, ani żad­nych roślin. Wszystko po to, by ten czy­sty, nie­za­kłó­cony widok wska­zy­wał, jak wielka jest to prze­strzeń. Dopiero przed samym wej­ściem do kan­ce­la­rii stały dwa posągi przed­sta­wia­jące - jeśli pamięć świad­ków nie myli - dwóch atle­tów.

Miesz­czący się w środku gabi­net Hitlera był ogromny. Łącz­nie miał nie­mal 400 metrów kwa­dra­to­wych. Sufity były wyso­kie na dzie­sięć metrów, pokryte kase­to­nami, które two­rzyły kwa­dra­towe wzory. Na ścia­nach zawie­szono cenne obrazy, dobrane zgod­nie z życze­niem wodza. Wszyst­kie natu­ral­nie opra­wione w wiel­kie ramy. W cen­tral­nym miej­scu, a wła­ści­wie na końcu przy jed­nej ze ścian, stało ogromne biurko z wiel­kim glo­bu­sem, pokryte skórą o czer­wo­nym zabar­wie­niu. Nie brak tu było ciem­no­czer­wo­nego mar­muru i pali­san­dru. Wystrój wnę­trza uzu­peł­niały kamienne płyty i długi na ponad pół­tora metra stół. Sie­dziba Hitlera robiła ogromne wra­że­nie. Nic dziw­nego. Takie było prze­cież zało­że­nie samego wodza. A skoro wódz chce, to tak musi być...

Na widok Goeb­belsa twarz Hitlera szybko się roz­ja­śniła. Führer roz­ka­zał swemu adiu­tan­towi, by natych­miast opu­ścił pomiesz­cze­nie. W gabi­ne­cie zostali tylko we dwóch. Hitler zaczął mówić:

- Nie cier­pię tego pomiesz­cze­nia. Bywam tutaj tak rzadko, że nie trzeba go nawet sprzą­tać. Wystar­czy jedy­nie od czasu do czasu prze­trzeć kurze.

- Przy­znaję. Sam wodza odwie­dza­łem tutaj dość rzadko.

- I to się raczej nie zmieni. Nawet gdy wybuch­nie wojna.

- Gdy wybuch­nie wojna?

- Tak, Herr Goeb­bels. Dobrze usły­sza­łeś. Wła­śnie w tej spra­wie cię wezwa­łem. Może papie­rosa?

- Chęt­nie - Goeb­bels nie był mistrzem aser­tyw­no­ści.

Gigan­tyczny gabi­net Hitlera, który miał ok. 400 metrów kwa­dra­to­wych powierzchni. Jego roz­miary i wystrój miały onie­śmie­lić gości i uka­zać potęgę Trze­ciej Rze­szy oraz jej przy­wódcy

Hitler wycią­gnął znaną Goebel­sowi z syl­we­stro­wej nocy papie­ro­śnicę i poczę­sto­wał gościa. Goeb­bels wziął papie­rosa, po czym pochy­lił się nieco do przodu, by uła­twić Hitle­rowi poda­nie mu ognia. Chwilę póź­niej Führer zaczął nie­ocze­ki­wa­nie się śmiać... Goeb­bels nie bar­dzo wie­dział, jak ma się zacho­wać. Na szczę­ście z pomocą przy­szedł mu sam Hitler.

- Wła­śnie sobie przy­po­mnia­łem, jak pew­nego razu mój naj­bar­dziej zaufany adiu­tant przy­pa­lał mi papie­rosa, któ­rego mia­łem w ustach. Bie­dak tak się zestre­so­wał, że przy­pa­lił mi lekko mój wąsik. Widząc to, z prze­ra­że­nia zemdlał.

- Wcale mu się nie dzi­wię... - Goeb­bels zacią­gnął się dymem.

- Ja też. Gdyby uczy­nił to jakie­muś komu­ni­stycz­nemu towa­rzy­szowi, to pew­nie jesz­cze w tej samej minu­cie zostałby roz­strze­lany. Ale nie ze mną te numery. Lekko pod­go­li­łem wąsa i wszystko było w porządku. Okrop­nie jed­nak wtedy śmier­działo i trzeba było to wszystko wie­trzyć. Sam pan wie, jaki to zapach, gdy palą się włosy. Kto zresztą nie pod­pa­lał sobie ni­gdy wło­sów na rękach, prawda?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki