Szlak Chwały - Robert A. Heinlein

-
Proszę czekać

Rozdział I

Znam pewien kraj, gdzie nie ma smogu, pro­ble­mów z par­ko­wa­niem ani prze­lud­nie­nia... Ani zim­nej wojny, bomby wodo­ro­wej i tele­wi­zyj­nych reklam... Gdzie nie wie­dzą, co to kon­fe­ren­cje na szczy­cie, Fun­dusz Pomocy Zagra­nicy i ukryte podatki... a także poda­tek docho­dowy. Kli­mat jest tam taki, jaki przy­pi­sują sobie (zupeł­nie bez­pod­staw­nie) Flo­ryda i Kali­for­nia, kra­jo­brazy są piękne, ludzie przy­jaźni i gościnni, a kobiety śliczne i zaska­ku­jąco chęt­nie sza­fu­jące swo­imi wdzię­kami...

Mógł­bym tam wró­cić, mógł­bym...

To był rok wybo­rów prze­bie­ga­ją­cych jak zwy­kle pod hasłem: "Cokol­wiek możesz zro­bić, ja zro­bię to lepiej", a w tle tych poga­wę­dek pisz­czały sput­niki. Ukoń­czy­łem dwa­dzie­ścia jeden lat, ale nie mia­łem zie­lo­nego poję­cia, prze­ciw któ­rej par­tii gło­so­wać.

Zamiast tego zadzwo­ni­łem do mojej komendy uzu­peł­nień i popro­si­łem, żeby przy­słali mi kartę powo­ła­nia.

Do poboru mam taki sto­su­nek jak homar do wrzą­cej wody: może to i naj­pięk­niej­sza godzina jego życia, ale nie on pod­jął decy­zję. Mimo to kocham mój kraj. Tak jest, kocham, i to mimo szkol­nej pro­pa­gandy gło­szą­cej, że patrio­tyzm wyszedł z mody. Jeden z moich pra­dziad­ków poległ pod Get­tys­bur­giem, a mój tatko na wła­snych nogach wra­cał spod Inczon, tak więc nie kupuję tego pomy­słu. Zwal­cza­łem go w dys­ku­sjach w kla­sie... aż dosta­łem D z nauk spo­łecz­nych, a wtedy zamkną­łem dziób i zali­czy­łem ten przed­miot.

Jed­nak nie zmie­ni­łem zda­nia, by zado­wo­lić tych spo­śród nauczy­cieli, któ­rzy nie odróż­niali Lit­tle Round Top od Semi­nary Ridge.

Nale­żysz do mojego poko­le­nia? Jeżeli nie, czy wiesz, dla­czego tak bar­dzo pobłą­dzi­li­śmy? A może po pro­stu spi­sa­łeś nas na straty jako "mło­do­cia­nych prze­stęp­ców"?

Mógł­bym napi­sać o tym książkę. Bra­cie! Jed­nakże przy­to­czę tylko jeden klu­czowy fakt: jeśli poświę­ca­cie dłu­gie lata na to, aby wybić chło­pa­kowi z głowy patrio­tyzm, nie ocze­kuj­cie, iż będzie wiwa­to­wał, gdy otrzyma zawia­do­mie­nie: "GRA­TU­LA­CJE. Niniej­szym zostaje pan powo­łany do Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych...".

I co tu gadać o "stra­co­nym poko­le­niu"! Czy­ta­łem te napi­sane po pierw­szej woj­nie glę­doły Fit­zge­ralda, Hemin­gwaya i innych i dosze­dłem do wnio­sku, że jedyną rze­czą, o którą musieli się mar­twić, była zawar­tość meta­nolu w bim­brze. Mieli świat u swo­ich stóp - dla­czego więc tak zale­wali się łzami?

Oczy­wi­ście, cze­kał ich Hitler i wielki kry­zys. Tyle że oni nie mieli o tym poję­cia. My mie­li­śmy na gło­wie Chrusz­czowa i bombę wodo­rową i dosko­nale o tym wie­dzie­li­śmy.

Ale nie byli­śmy "stra­co­nym poko­le­niem". Gorzej - byli­śmy "bez­piecz­nym poko­le­niem". Nie bit­ni­kami. Tych ni­gdy nie było wię­cej niż kil­ku­set wśród milio­nów. Och, mówi­li­śmy ich żar­go­nem, zachwy­ca­li­śmy się faj­nymi dźwię­kami w ste­reo i spie­ra­li­śmy z ankietą "Play­boya" o jazz­ma­nach tak zacie­kle, by miało to jakieś zna­cze­nie. Czy­ta­li­śmy Salin­gera i Kero­uaca, uży­wa­li­śmy języka, który szo­ko­wał naszych rodzi­ców, i (nie­kiedy) ubie­ra­li­śmy się jak bit­nicy. Nie uwa­ża­li­śmy jed­nak, by bębenki bongo i brody mogły się rów­nać z pie­niędzmi w banku. Nie byli­śmy bun­tow­ni­kami. Byli­śmy kon­for­mi­styczni jak stado owiec. Naszym nie­wy­po­wie­dzia­nym hasłem było "Bez­pie­czeń­stwo".

Więk­szo­ści tych haseł ni­gdy nie wypo­wie­dziano, ale kie­ro­wa­li­śmy się nimi rów­nie nie­omyl­nie, jak kacze pisklę podąża do wody. "Nie sprze­ci­wiaj się ratu­szowi", "Bierz, kiedy można", "Nie daj się zła­pać". Wznio­słe cele, wiel­kie war­to­ści moralne, wszyst­kie miały wspólny mia­now­nik - "Bez­pie­czeń­stwo". "Stały zwią­zek" (cegiełka, którą moje poko­le­nie doło­żyło do ame­ry­kań­skiego snu) opie­rał się na bez­pie­czeń­stwie - słabi mogli być pewni, że w sobot­nią noc nie będą samotni. Jeśli byłeś w sta­łym związku, eli­mi­no­wa­łeś kon­ku­ren­cję.

Ale mie­li­śmy swoje ambi­cje. Tak jest, pro­szę pana! Wyki­waj komendę uzu­peł­nień i skończ col­lege. Ożeń się i zrób jej dziecko, z pomocą obu rodzin pozo­sta­jąc zwol­nio­nym od służby woj­sko­wej stu­den­tem. Załap się na pracę dobrze widzianą przez komendy uzu­peł­nień, powiedzmy w jakiejś fir­mie pro­du­ku­ją­cej poci­ski rakie­towe. A jesz­cze lepiej, jeśli twoi (albo jej) sta­rzy dadzą radę na­dal was utrzy­my­wać, po dyplo­mie załatw sobie dodat­kowe stu­dia, zrób kolejne dziecko i prze­trwaj bez­piecz­nie okres, w któ­rym mogą cię powo­łać, nie zapo­mi­na­jąc przy tym, że dok­to­rat jest legi­ty­ma­cją związ­kową, gdy cho­dzi o awanse, pen­sję i eme­ry­turę.

Po żonie w ciąży i jej boga­tych rodzi­cach naj­więk­sze bez­pie­czeń­stwo dawało orze­cze­nie o nie­zdol­no­ści do służby woj­sko­wej. Uszko­dzone bębenki to nie­zła rzecz, ale naj­lep­sza była aler­gia. Jeden z moich sąsia­dów miał strasz­liwą astmę, dopóki nie ukoń­czył dwu­dzie­stego szó­stego roku życia. Wcale nie uda­wał: był uczu­lony na komi­sje pobo­rowe. Inny spo­sób pole­gał na prze­ko­na­niu woj­sko­wego psy­chia­try, że twoje zain­te­re­so­wa­nia kwa­li­fi­kują cię raczej do sfery pod­le­głej Depar­ta­men­towi Stanu niż Armii. Wię­cej niż połowa mojego poko­le­nia była "nie­zdolna do służby woj­sko­wej".

Nie widzę w tym niczego dziw­nego. Jest taki stary obraz przed­sta­wia­jący ludzi jadą­cych saniami przez las - ści­ga­nych przez wilki. Co pewien czas łapią jed­nego spo­śród sie­bie i rzu­cają na pożar­cie. Wła­śnie tym jest pobór do woj­ska, nawet jeśli nazwie­cie to "zaszczytną służbą" i dla okrasy doło­ży­cie kilka medali oraz "przy­wi­le­jów dla wete­ra­nów": rzu­ca­niem mniej­szo­ści wil­kom, pod­czas gdy więk­szość w spo­koju ducha zmie­rza ku gara­żowi na trzy samo­chody, base­nowi oraz korzy­ściom pły­ną­cym z pew­nej i bez­piecz­nej eme­ry­tury.

Ja też nie jestem święty - sam marzy­łem o tym garażu na trzy wozy.

Jed­nak moi sta­rzy nie mogli mnie prze­pchnąć przez col­lege. Ojczym był zawo­do­wym pod­ofi­ce­rem w Siłach Powietrz­nych i sta­rał się, jak mógł, zaro­bić na buty dla wła­snych dzie­cia­ków. Gdy na rok przed moją maturą prze­nie­siono go do Nie­miec, a sio­stra mojego ojca popro­siła, bym zamiesz­kał z nią i jej mężem, obaj odczu­li­śmy ulgę.

Moja sytu­acja finan­sowa wcale się nie popra­wiła, ponie­waż wuj pła­cił ali­menty swo­jej pierw­szej żonie, co zgod­nie z kali­for­nij­skim pra­wem sta­wiało go w sytu­acji bar­dzo podob­nej do tej, w jakiej znaj­do­wał się robot­nik rolny w Ala­ba­mie przed wojną domową. Mia­łem jed­nak swoje trzy­dzie­ści pięć dolców na mie­siąc jako "żyjący spad­ko­bierca zmar­łego wete­rana". (Nie byłem "sie­rotą wojen­nym", co jest o wiele bar­dziej opła­calne). Matka uwa­żała, że śmierć ojca nastą­piła w wyniku ran, ale Urząd do spraw Wete­ra­nów był innego zda­nia, zosta­łem więc tylko "żyją­cym spad­ko­biercą".

Trzy­dzie­ści pięć dolców mie­sięcz­nie nie wypeł­niało dziury, jaką robi­łem w spi­żarni wujo­stwa, więc było tak oczy­wi­ste, że po matu­rze będę musiał sam o sie­bie zadbać. Nie­wąt­pli­wie zacią­ga­jąc się do woj­ska. Jed­nak ja mia­łem wła­sny plan. Gra­łem w fut­bol i sezon roku matu­ral­nego ukoń­czy­łem z rekor­dem szkół śred­nich cen­tral­nej Kali­for­nii pod wzglę­dem liczby zdo­by­tych jar­dów oraz ze zła­ma­nym nosem... a jesie­nią roz­po­czą­łem następną kolejkę w miej­sco­wym col­lege'u sta­no­wym z robotą pole­ga­jącą na "zamia­ta­niu sali gim­na­stycz­nej" za dzie­sięć zie­lo­nych wię­cej niż tamta renta, plus napiwki.

Nie widzia­łem jesz­cze świa­tełka w tunelu, ale mia­łem jasny plan: zaci­snąć zęby i zdo­być dyplom inży­niera. Uni­kać poboru i mał­żeń­stwa. Po dyplo­mie zała­twić sobie robotę dającą odro­cze­nie. Oszczę­dzać forsę i uzy­skać rów­nież dyplom praw­nika, ponie­waż w Home­stead na Flo­ry­dzie jeden z nauczy­cieli pod­kre­ślał, że gdy inży­nie­ro­wie zara­biają pie­nią­dze, ciężka forsa i sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze przy­pa­dają praw­ni­kom. Tak, panie pso­rze! Zamie­rza­łem zdo­być wszyst­kie punkty. Chcia­łem być taki jak boha­te­ro­wie ksią­żek Hora­tia Algera. Od razu star­to­wał­bym do dyplomu praw­nika, gdyby nie fakt, że na tym col­lege'u nie było wydziału prawa.

A pod koniec dru­giego roku moich stu­diów obcięli fun­du­sze na fut­bol.

Mie­li­śmy wtedy dosko­nały sezon - żad­nych zwy­cięstw. "Flash" Gor­don (to ja w spra­woz­da­niach spor­to­wych) był pierw­szy w ran­kin­gach zdo­by­tych jar­dów i punk­tów, ale mimo to obaj z tre­ne­rem stra­ci­li­śmy pracę. Oczy­wi­ście "zamia­ta­łem salę" do końca tam­tego roku w zespo­łach koszy­kówki, szer­mierki i lek­ko­atle­tyki, ale abi­tu­rient, który dzier­żył teraz kasę, nie był zain­te­re­so­wany koszy­ka­rzem mają­cym zale­d­wie sześć stóp i jeden cal wzro­stu. Spę­dzi­łem całe lato, macha­jąc szczotką i usi­łu­jąc zała­twić sobie robotę gdzie indziej. Skoń­czy­łem wów­czas dwa­dzie­ścia jeden lat, więc urwało mi rów­nież te trzy­dzie­ści pięć dolców mie­sięcz­nie. Wkrótce po Świę­cie Pracy wyco­fa­łem się zatem na z góry upa­trzoną pozy­cję, to zna­czy zadzwo­ni­łem do mojej komi­sji pobo­ro­wej.

Pla­no­wa­łem odsłu­żyć rok w Siłach Powietrz­nych, a potem zdo­być miej­sce w Aka­de­mii Lot­nic­twa... i zostać sław­nym astro­nautą zamiast boga­czem.

No cóż, nie wszy­scy możemy zostać astro­nau­tami. Lot­nic­two miało swoje limity, cokol­wiek to ozna­cza. Przy­dzie­lili mnie do Sił Lądo­wych tak szybko, że led­wie zdą­ży­łem się spa­ko­wać.

Nasta­wi­łem się więc na to, by zostać naj­lep­szym kan­ce­li­stą w całej armii; upew­ni­łem się, że na liście moich umie­jęt­no­ści zna­la­zło się pisa­nie na maszy­nie. Gdy­bym miał w tej spra­wie coś do powie­dze­nia, to prze­sie­dział­bym czas służby w Fort Car­son, prze­pi­su­jąc doku­menty na czy­sto i cich­cem uczęsz­cza­jąc do szkoły wie­czo­ro­wej.

Nie­stety nie mia­łem w tej spra­wie nic do powie­dze­nia.

Byłeś kie­dyś w Azji Połu­dniowo-Wschod­niej? Flo­ryda wydaje się przy niej pusty­nią. Gdzie­kol­wiek posta­wisz nogę, chlu­pie. Zamiast trak­to­rów uży­wają tam wołów domo­wych. Krzaki pełne są insek­tów i strze­la­ją­cych do cie­bie tubyl­ców. To nie była wojna ani nawet "akcja poli­cyjna". Byli­śmy "dorad­cami woj­sko­wymi". Jed­nak w tym upale mar­twy od czte­rech dni doradca woj­skowy śmier­dział tak samo jak trup na praw­dzi­wej woj­nie.

Awan­so­wano mnie na kaprala. Sie­dem razy. Na kaprala.

Nie mia­łem odpo­wied­niego nasta­wie­nia. Tak przy­naj­mniej twier­dził dowódca mojej kom­pa­nii. Tatko słu­żył w mari­nes, ojczym w lot­nic­twie, a moją jedyną ambi­cją woj­skową było zostać kan­ce­li­stą w jakiejś bazie w Sta­nach. Nie lubi­łem armii. Dowódca mojej kom­pa­nii też jej nie lubił; był porucz­ni­kiem, któ­rego nie awan­so­wano na kapi­tana, i ile­kroć zaczy­nał się nad tym zasta­na­wiać, kapral Gor­don tra­cił swoje belki.

Ostatni raz pozby­łem się ich, kiedy mu powie­dzia­łem o liście do mojego kon­gres­mena. Zapy­ta­łem w nim, dla­czego jestem jedy­nym w całej Azji Połu­dniowo-Wschod­niej żoł­nie­rzem, który wróci do cywila, odcho­dząc na eme­ry­turę, zamiast wyje­chać do domu po upły­wie swo­jej tury. Wku­rzyło to dowódcę tak strasz­nie, że nie tylko mnie zde­gra­do­wał, ale jesz­cze poszedł na misję i został boha­te­rem, a potem nie­bosz­czy­kiem. Doro­bi­łem się wów­czas tej szramy na moim zła­ma­nym nosie, ponie­waż ja także zosta­łem boha­te­rem i powi­nie­nem dostać Medal Honoru, ale nie­stety nikt tego nie widział.

Kiedy wra­ca­łem do zdro­wia, posta­no­wili ode­słać mnie do domu.

Major Ian Hay, ten od "wojny o koniec wojny", tak opi­suje struk­turę orga­ni­za­cji woj­sko­wych: "Nie­za­leż­nie od wyma­gań tak­tyczno-ope­ra­cyj­nych wszyst­kie piony mili­tar­nej biu­ro­kra­cji mają Dział Nie­spo­dzia­nek, Dział Kiep­skich Żar­tów oraz Dział Dobrej Wróżki. Pierw­sze dwa zała­twiają więk­szość spraw, trzeci zaś jest bar­dzo nie­wielki - Dział Dobrej Wróżki to jedna pod­sta­rzała urzęd­niczka kate­go­rii GS-5, prze­waż­nie na cho­ro­bo­wym".

Jed­nak kiedy sie­dzi za swoim biur­kiem, cza­sami odkłada robótkę na dru­tach, chwyta jakiś papier prze­wi­ja­jący się przez jej biuro i robi coś miłego. Widzie­li­ście, jak zała­twiały mnie Dział Nie­spo­dzia­nek wespół z Dzia­łem Kiep­skich Żar­tów, ale tym razem sze­re­gow­cem Gor­do­nem zajął się Dział Dobrej Wróżki.

A było to tak: kiedy się dowie­dzia­łem, że jak tylko zagoi mi się twarz (żółty bra­ci­szek nie wyste­ry­li­zo­wał maczety), wyślą mnie do domu, popro­si­łem, by zde­mo­bi­li­zo­wano mnie w Wies­ba­den, gdzie miesz­kała moja rodzina, a nie w Kali­for­nii wpi­sa­nej jako miej­sce powo­ła­nia. Nie kry­ty­kuję tam­tego żół­tego bra­ciszka: wcale nie chciał, żebym wyzdro­wiał, i dopiąłby swego, gdyby nie był zbyt zajęty zabi­ja­niem dowódcy mojej kom­pa­nii i gdyby zanadto się nie pospie­szył, aby mnie dobrze obsłu­żyć. Ja nie wyste­ry­li­zo­wałem bagnetu, ale on się nie skar­żył - wes­tchnął jedy­nie i otwo­rzył się jak lalka, z któ­rej wysy­pują się tro­ciny. Byłem mu wdzięczny; nie tylko zamie­szał kości mojego losu tak, że wydo­sta­łem się z armii, ale jesz­cze pod­su­nął mi wspa­niały pomysł.

On i chi­rurg woj­skowy... Ten, który powie­dział:

- Wyzdro­wie­jesz, synu. Ale będziesz pokan­ce­ro­wany jak stu­dent Heidel­bergu.

To dało mi do myśle­nia. Bez stop­nia nauko­wego nie dosta­niesz przy­zwo­itej roboty, tak jak nie zosta­niesz tyn­ka­rzem, jeśli nie jesteś synem lub bra­tan­kiem kogoś, kto należy do ich związku zawo­do­wego. Jed­nak są stop­nie naukowe i stop­nie naukowe. Sir Isaac New­ton, ze stop­niem nauko­wym z takiego kro­wiego col­lege'u jak mój, pra­co­wałby na zmy­waku u Joe Dyle­tanta... gdyby ten miał sto­pień naukowy dowol­nego euro­pej­skiego uni­wer­sy­tetu.

A dla­czego nie Heidel­bergu? Zamie­rza­łem wyko­rzy­stać moje przy­wi­leje woj­skowe; prze­cież taki mia­łem plan, gdy wyko­na­łem ten zbyt pochopny tele­fon do komi­sji pobo­ro­wej.

Według mojej matki w Niem­czech wszystko było tań­sze. Może z tych przy­wi­le­jów zdo­łał­bym wydu­sić i dok­to­rat. Herr Dok­tor Gor­don mit Szrame im Pysk - a jesz­cze z Heidel­bergu! - w każ­dej fir­mie pro­du­ku­ją­cej poci­ski rakie­towe dostałby rocz­nie trzy tysiące dolców eks­tra.

Do licha, mógł­bym sto­czyć kilka stu­denc­kich poje­dyn­ków i dodać praw­dziwe heidel­ber­skie bli­zny do tej, którą już mia­łem! Naprawdę lubi­łem szer­mierkę (choć przy "zamia­ta­niu sali" ten sport liczył się naj­mniej). Nie­któ­rzy ludzie nie zno­szą widoku noża, mie­cza, bagnetu, cze­go­kol­wiek ostrego - psy­chia­trzy mają na to spe­cjalne okre­śle­nie: aich­mo­fo­bia. Idioci potra­fiący pro­wa­dzić wóz z pręd­ko­ścią stu mil na szo­sie, na któ­rej obo­wią­zuje zakaz prze­kra­cza­nia pięć­dzie­się­ciu, wpa­dają w panikę na widok nagiego ostrza.

Mnie ni­gdy to nie doty­czyło, dla­tego żyję i dla­tego wciąż awan­so­wa­łem na kaprala. "Doradca woj­skowy" nie może się oba­wiać noży, bagne­tów i tym podob­nych rze­czy - musi sobie z nimi radzić. Ja ni­gdy się ich nie bałem, ponie­waż zawsze byłem pewny, że potra­fię zro­bić bliź­niemu to, co on zamie­rza zro­bić mnie.

I ni­gdy się nie myli­łem - pomi­ja­jąc ten jeden raz, kiedy popeł­ni­łem błąd i zosta­łem boha­te­rem, a i tak nie był to zbyt wielki błąd. Gdy­bym pró­bo­wał pry­snąć, zamiast spró­bo­wać go wypa­tro­szyć, prze­rą­bałby mi krę­go­słup. A tak nawet nie zdo­łał się porząd­nie zamach­nąć - gdy się roz­pruł, jego maczeta musnęła mnie po twa­rzy, zosta­wia­jąc paskudną ranę, która zain­fe­ko­wała się o wiele szyb­ciej, niż przy­le­ciały heli­kop­tery. Jed­nak nawet tego nie poczu­łem. Od razu zakrę­ciło mi się w gło­wie i usia­dłem w bło­cie, a kiedy się ock­ną­łem, sani­ta­riusz poda­wał mi suro­wicę.

Chęt­nie wziął­bym udział w takim heidel­ber­skim poje­dynku. Watują ci kor­pus, ramię i szyję, a na oczy, nos i uszy zakła­dają sta­lową maskę - w niczym nie przy­po­mina to spo­tka­nia z prag­ma­tycz­nym mark­si­stą w dżun­gli. Kie­dyś mia­łem w ręce jedno z tych ostrzy, jakich uży­wają w Heidel­bergu; to była lekka, pro­sta sza­bla o obo­siecz­nej głowni, ale tępym szty­chu! Zabawka nada­jąca się tylko do robie­nia ślicz­nych blizn ku podzi­wowi dziew­cząt.

Wzią­łem więc mapę i wie­cie co? Heidel­berg leży nie­da­leko Wies­ba­den! Tak więc popro­si­łem, aby zde­mo­bi­li­zo­wano mnie w Wies­ba­den.

Chi­rurg na oddziale powie­dział: "Synu, jesteś opty­mi­stą", ale pod­pi­sał. Sier­żant, który odwa­lał w szpi­talu papier­kową robotę, stwier­dził: "Żoł­nie­rzu, to nie wcho­dzi w rachubę". Nie mówię, że jakaś forsa prze­szła z rączki do rączki, ale w doku­men­tach pod­pi­sa­nych przez dowódcę szpi­tala zna­la­zła się adno­ta­cja "ZATWIER­DZONO". Medy­cyna orze­kła, że kwa­li­fi­kuję się do badań psy­chia­trycz­nych - dobry Wuj Sam nie roz­da­wał sze­re­gow­com dar­mo­wych wycie­czek dookoła świata.

Zna­la­złem się tak daleko od domu, że Hobo­ken było rów­nie odle­głe jak San Fran­ci­sco... a Wies­ba­den leżało bli­żej. Jed­nak prze­pisy wyma­gały, żeby wra­ca­ją­cych prze­wo­zić przez Pacy­fik. Woj­skowy prze­pis jest jak rak: nikt nie wie, skąd się wziął, ale nie można go zigno­ro­wać.

I wtedy Dobra Wróżka obu­dziła się w swoim dziale i dotknęła mnie różdżką.

Już mia­łem wejść na pokład balii zwa­nej Gene­rał Jones, zmie­rza­ją­cej do Manili, Taj­pej, Joko­hamy, Pearl i Seat­tle, kiedy przy­szedł roz­kaz speł­nia­jący wszyst­kie moje życze­nia, i to z nawiązką. Skie­ro­wano mnie do Kwa­tery Głów­nej Armii Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Euro­pie, w Heidel­bergu w Niem­czech, dostęp­nym trans­por­tem woj­sko­wym, w celu demo­bi­li­za­cji, na wła­sną prośbę - patrz odno­śnik F. Nie­wy­ko­rzy­stany urlop mógł zostać wyko­rzy­stany lub spła­cony - patrz odno­śnik B. Wymie­niony w doku­men­tach osob­nik mógł powró­cić do Strefy Wewnętrz­nej (Sta­nów) w dowol­nym cza­sie, ale nie­prze­kra­cza­ją­cym dwu­na­stu mie­sięcy od chwili ich otrzy­ma­nia, dowol­nym dostęp­nym trans­por­tem woj­sko­wym, tak jed­nak by rząd USA nie poniósł dal­szych kosz­tów. Kropka.

Sier­żant kan­ce­li­sta wezwał mnie i poka­zał mi to, a jego twarz pło­nęła nie­winną ucie­chą.

- Tylko że tu nie ma "dostęp­nego trans­portu", żoł­nie­rzu, więc zabie­raj dupę na pokład Gene­rała Jonesa! Jak mówi­łem, pły­niesz do Seat­tle.

Wie­dzia­łem, co to ozna­cza: pierw­szy od bar­dzo, bar­dzo dawna trans­por­to­wiec pły­nący na zachód wyru­szył do Sin­ga­puru trzy­dzie­ści sześć godzin wcze­śniej. Patrzy­łem na roz­kaz, roz­my­śla­jąc o wrzą­cym oleju i zasta­na­wia­jąc się, czy sier­żant przy­pad­kiem celowo nie prze­trzy­mał tego doku­mentu, żebym nie mógł sko­rzy­stać ze wspo­mnia­nej oka­zji.

Potrzą­sną­łem głową.

- Zamie­rzam zła­pać Gene­rała Smi­tha w Sin­ga­pu­rze. Sier­żan­cie, bądź czło­wie­kiem i wykom­bi­nuj mi odpo­wied­nie roz­kazy.

- Twoje roz­kazy są już wykom­bi­no­wane. Na Jonesa. Do Seat­tle.

- Cho­lera! - rzu­ci­łem. - Myślę, że pójdę wypła­kać się w man­kiet kape­la­nowi.

Wyby­łem szybko, ale nie zoba­czy­łem się z kape­la­nem - popę­dzi­łem na lot­ni­sko. Pięć minut mi wystar­czyło, by spraw­dzić, że nie ma żad­nego komer­cyj­nego ani woj­sko­wego lotu do Sin­ga­puru - przy­naj­mniej nie w takim cza­sie, żeby coś mi to dało.

Jed­nak tej nocy do Sin­ga­puru wyla­ty­wał austra­lij­ski samo­lot woj­skowy. Aus­sie nie byli tam nawet "dorad­cami woj­skowymi", ale krę­cili się czę­sto jako "obser­wa­to­rzy woj­skowi". Odna­la­złem dowódcę maszyny, porucz­nika lot­nic­twa, i wyło­ży­łem mu sprawę.

Wyszcze­rzył zęby i powie­dział:

- Zawsze znaj­dzie się miej­sce dla jed­nego faceta! Koła ode­rwiemy od ziemi chyba zaraz po her­batce. Jeśli ta stara lan­dara w ogóle poleci.

Wie­dzia­łem, że poleci - to był Alba­tros, cały w łatach, mający Bóg wie ile milio­nów mil na licz­niku Alba­tros C-47. Gdyby go popro­szono, dole­ciałby do Sin­ga­puru na jed­nym sil­niku. Jak tylko zoba­czy­łem na pły­cie tę kupę przy­lepca i kleju, wie­dzia­łem, że tym razem uśmiech­nęło się do mnie szczę­ście.

Cztery godziny póź­niej byłem już w środku, a koła ode­rwały się od ziemi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki