Szlachetne serca - Teresa Jadwiga Papi

-
Proszę czekać

MIŁOSIERDZIE

ROZDZIAŁ I

Smutna to była zima: wiele, bardzo wiele rodzin pamięta ją dotąd i wspomina ze łzami w oczach. Różne choroby wysypkowe grasowały kolejno pomiędzy dziećmi, zabierając tysiące ofiar - tyfus plamisty szerzył się gwałtownie; w każdym domu, w każdym mieszkaniu rozlegały się jęki i skargi.

Pomimo wszelkich środków ostrożności śmiertelność pomiędzy dziećmi wzrastała w przerażający sposób. Chroniono je od zaziębienia, trzymano w domu, zasłaniano drzwi sypialni ciężkimi portierami, aby najlżejszy powiew wiatru tam się nie dostał, opatrywano starannie okna i po dwa razy dziennie palono w piecach. Zaledwie dziecię poskarżyło się na ból głowy, musiało natychmiast iść do łóżka i brać lekarstwo, jakie doktor przepisał.

Taki rygor panował wśród rodzin zamożnych, biedacy jednak nie byli w stanie podobną troskliwością dziatwy otoczyć, a biednych, jak wszędzie, tak i w Warszawie jest więcej niż bogatych.

Tomuś Nowak liczył się do dzieci biednych. Nie czuwała nad nim niańka, ani bona, ani matka nawet, chociaż przywiązana do niego całym sercem.

Ojciec Tomusia, wyrobnik, umarł, zostawiwszy żonę i dziecko bez grosza, matka musiała trudnić się praniem, aby dać utrzymanie sobie i sierocie. Zarobek to był ciężki, marne pół rubla za pracę od świtu do nocy przy balii, podczas gdy jedyne dziecko leżało chore w ubogiej izdebce i nikt się nim nie zajmował. A choroba trwała już kilka miesięcy - po odrze widać chłopak się zaziębił, gdyż dostał kaszlu, który go męczył i męczył i odbierał siły coraz bardziej.

W okienku poddasza brak paru szyb - Nowakowa przez oszczędność zastąpiła je papierem... Mróz i wicher gospodarowały nieraz tutaj na wyścigi, aż woda w konewce marzła i przez futryny zimno też się wciskało, a na kominie paliło się tylko wtedy, gdy jeść gotowano. Tomuś kaszlał i kaszlał.

Uboga izdebka dawała schronienie dwom rodzinom, gdyż Nowakowa nie mogłaby sama opłacać trzech rubli miesięcznie. Wynajęły poddasze do spółki z drugą biedaczką, Janową. Dobre to kobiecisko, ale miała dzieci gromadę, które ją nieraz do gniewu doprowadzały, zwłaszcza gdy wróciła od roboty zmęczona i głodna.

Janowa trudniła się posługą po domach. Zarabiała niedużo, ale o piątej była już wolną i wracała do domu, zabrawszy po drodze dzieciaki swoje z ochronki, gdzie od rana czas przepędzały.

Na poddaszu robiło się gwarno, czasem aż hałaśliwie. Dzieci zaczynały sprzeczki i bitwy, matka groziła - krzyki, płacze i prośby rozlegały się na przemian. Tomuś, zmęczony gwarem, chował główkę pod kołdrę i wzdychał do samotności, która nudziła go chwilami, lecz nie powiększała gorączki.

Najgorszym z całej gromadki był ośmioletni Michałek, zwany przez dzieci "strasznym Michałkiem". Niezgrabny, brzydki i gburowaty w obejściu, lubił dokuczać słabszym od siebie; siostrzyczki drżały przed nim, bracia również, a wszystkie psy i koty znajdujące się u lokatorów tego domu zmykały jak szalone na widok Michałka. Wyrządzał im krzywdy przy każdej sposobności, bił, uwiązywał na sznurku, straszył ogniem lub polewał wodą.

Tomuś, dwa lata młodszy od Michałka, a przy tym wątły bardzo, doznawał często różnych prześladowań. Gdy się zdarzyło, że dla uspokojenia kaszlu, który go trapił nocami, matka kupiła choremu chłopczynie karmelków ślazowych, Michałek zabierał je bez pytania; gdy przyniosła czasem synkowi pomarańczę, niegodziwiec przywłaszczał ją sobie również. Wychodząc do roboty, matka otulała Tomusia własną chustką wełnianą, by mu cieplej było, a sama, pomimo mrozu, który pościnał wodę w rynsztokach, biegła w kaftaniku z cienkiego kortu. Myśl, że biedne dziecko nie będzie cierpiało zimna błogim uczuciem napełniała jej duszę; biegła, wyprzedzając przechodniów odzianych w ciepłe futra, wiatr ją smagał po twarzy, kaleczył ręce; nie zważała na to ani trochę.

Ledwie jednak drzwi się zamknęły, Michałek, idący właśnie do ochronki z młodszym rodzeństwem, zabierał chustkę choremu. Wiedział on jednak, że źle robi, gdyż zanim Nowakowa powróciła do domu, owijał zawsze Tomcia chustką matczyną, zapowiadając przy tym, iż jeśli odważy się poskarżyć matce, zbije go "na kwaśne jabłko".

Zajęta przygotowywaniem wieczerzy dla dzieci, Janowa nie zwracała uwagi na syna, a Tomcio milczał ze strachu.

Najsłodszymi chwilami były dla chorego dziecka wieczory. Gdy mrok zapadł izdebka, w dzień posępna i biedna, wydawała mu się najpiękniejszym mieszkaniem: czerwone płomienie ognia huczącego na kominie, rzucały po ścianach krwawe blaski, a on nasłuchiwał, czy matka nie wraca. Na wschodach rozlegały się od czasu do czasu czyjeś kroki: to ciężkie i powolne, to lżejsze i pośpieszne - Tomcio znał jednak doskonale chód matczyny i nigdy się nie pomylił. Gdy usłyszał ciche a pośpieszne stąpanie, siadał na łóżku, bladą jego twarz oblewały rumieńce, oczy błyszczały radością, serce biło mu silnie... Gdy drzwi otwarły się nareszcie, a w progu izdebki stawała blada, szczupła kobieta, w kaftaniku kortowym i twarz upiększoną słodkim uśmiechem ku niemu zwróciła, z ust chłopczyny wyrywał się tylko jeden wyraz: "mama", lecz całe jego serce było w tym wyrazie.

Nowakowa, mocno znużona, nie myślała przecież o spoczynku, lecz biegła wprost do łóżka chorego i objąwszy go ramieniem, tuliła do piersi. Serdeczny pocałunek łączył biedaków - czuli się w tej chwili bardzo, bardzo szczęśliwi. Matka opowiadała, że cały dzień pamiętała o nim i sięgając do kieszeni po torebkę z karmelkami lub jaki inny przysmak, mówiła:

- A masz tu, synku, masz... przyniosłam ci coś dobrego!

Tomuś wzajemnie zwierzał się matce, jak tęsknił i oczekiwał jej powrotu, jak dzień długim mu się wydawał, a wieczór krótki i przyjemny. Na Michałka nie miał zwyczaju się skarżyć, bo przy matce zapominał o złym, które minęło; wreszcie, gdy przyszło mu to na myśl, nie chciał narzekaniem psuć chwil rozkosznych jej i sobie.

Noce mniej bywały przyjemne dla Tomcia. Przykrości doznane w dzień przedstawiały się w snach gorączkowych jeszcze straszniej niż na jawie. Michałek przybierał postać rozbójnika lub jakiegoś nieznanego potwora - Tomuś budził matkę krzykiem przeraźliwym lub płaczem, który ledwo mogła utulić.

Tak ciężko przebywał Tomuś ową smutną zimę. Mijały dnie, tygodnie, on wciąż leżał chory; kaszel i gorączka wyczerpywały jego siły, straszny Michałek dręczył, wiatr wciskający się do izdebki, nieraz głód, samotność wreszcie, wyciskały mu łzy z oczu.

Nadszedł luty, mroźny z początku, później słotny, szkaradny... Pewnego wieczoru Tomuś na próżno wyczekiwał powrotu matki i odgłosu jej kroków dosłuchać się nie mógł.

Janowa, sporządziwszy wieczerzę, zasiadła do niej z dziećmi, a Nowakowa nie nadchodziła. Chory chłopczyna słuchał pilnie, przykładając ucho do ściany. Co chwila ktoś szedł po schodach, lecz to nie jego matka. Pocieszał się myślą, że przy robocie ją zatrzymano - nieraz już po ósmej wracała do do domu - lecz gdy wybiła dziesiąta, w całej kamienicy ruch ustał i cisza zaległa dziedziniec, ogarnęła go trwoga. Niepokój biedaka wzrósł jeszcze bardziej, gdy Janowa mruknęła do dzieci:

- Musiało jej się coś stać...

Straszny Michałek, który zawsze korzystał ze sposobności, by mu dokuczyć, wystąpił z uwagą:

- Może cegła spadła z dachu i zabiła Nowakową.

Rumieńce wystąpiły na blade policzki chorego, puls zaczął uderzać przyśpieszonym tętnem, gorączka się wzmogła. Tomuś leżał, lecz spać nie mógł wcale, chociaż cisza zaległa poddasze, bo dzieci Janowej do snu się układły. Ona tylko jeszcze chodziła po izbie, niespokojna o współlokatorkę.

Wreszcie na schodach dały się słyszeć ciężkie, powolne kroki, nieznane dotąd Tomciowi. Na ich odgłos jednak serce zabiło mu silniej, siadł i wsłuchiwać się zaczął; kroki się przybliżały... Ktoś szedł na poddasze... Czyżby zmęczona dłuższą pracą, mateczka wlokła się tak powoli?... Chłopiec miał ochotę wyskoczyć z łóżka i biec na schody. Ale czuł, że siły go zawiodą, że przewróci się niechybnie.

Ktoś stanął w progu... Tomcio powstrzymał oddech i rozszerzone źrenice zwrócił ku drzwiom - nadzieja ożywiła jego smutną duszyczkę...

Do izby weszła jakaś kobieta, otulona grubą chustką, obca zupełnie.

Uśmiech zniknął z twarzy Tomcia - to nie była jego matka.

- Czy tutaj mieszka Franciszka Nowakowa? - spytała nieznajoma.

- Tak - odparła matka Michałka, zbliżając się do przybyłej.

- Wracam ze szpitala... - rzekła kobieta. - Prałyśmy dziś obie przez cały dzień z Nowakową i wyszłyśmy razem. Na Nowym Świecie z bramy nagle wypadła kareta, konie się rozbiegały; ja umknęłam szczęśliwie, cudem chyba doprawdy, Nowakowa nie zdążyła. Dostała dyszlem w głowę, mocno widać, bo przewróciła się zaraz i kareta po niej przejechała. Odwiozłam ją co żywo, do szpitala; już doktorzy są przy niej. Ale czy ją wyleczą?

Przejęta mocno wypadkiem niespodzianym Janowa zapomniała o chorym dziecku, które to zdarzenie najwięcej obchodziło. Nie spostrzegła, że biedny Tomuś osunął się na poduszkę, gorączkowe rumieńce zniknęły, pobladł śmiertelnie, zamknął oczy i leżał bez ruchu...

Usłyszawszy, że życiu matki grozi niebezpieczeństwo, chłopczyna zemdlał.

*