Szlacheckie gniazdo. Pamiętnika część trzecia - wspomnienia
1 Maria Babińska de domo Rutowska (1899-1969), primo voto Lewakowska; od 1927 żona Leona Babińskiego.
2 Wanda Rutowska (1846-1922), baronowa Brunicka; właścicielka dóbr Bączal i Smarżowa.
3 Klemens Rutowski (1807-1896), doktor prawa, polityk, ziemianin; posiadacz majątków Grudna Dolna i Głobikówka; uczestnik powstania listopadowego; właściciel kancelarii adwokackiej w Tarnowie (1839); członek CRN we Lwowie (1848); tamże poseł na Sejm Krajowy (1861-1876), radny i zastępca burmistrza (1867), następnie burmistrz Tarnowa (1873-1877); w 1877 wycofał się z życia politycznego i osiadł w Grudnej Dolnej.
4 Tadeusz Klemens Rutowski (1852-1918), doktor filozofii, publicysta, ziemianin; dziennikarz m.in. "Ekonomisty Polskiego", "Gazety Narodowej", "Nowej Reformy", "Słowa Polskiego"; działacz, a po 1904 przywódca Polskiego Stronnictwa Demokratycznego; poseł do wiedeńskiej Rady Państwa (1888-1901), Sejmu Krajowego we Lwowie (1889-1895, 1901-1914); wiceprezydent (1905-1914), a następnie prezydent Lwowa (1914-1915, 1917-1918); internowany przez Rosjan (1915-1917).
5 Adam Bogusz (1843-1920), doktor prawa, historyk, filantrop; początkowo w c.k. sądownictwie, następnie adwokat w Krakowie; członek stowarzyszeń naukowych; autor monografii Karty z dziejów wsi Smarżowy i Siedlisk powiatu pilzneńskiego oraz wspomnienia ich dawnych dziedziców (1686-1846), Kraków 1904.
6 Zob. załącznik nr I.
7 Stanisław Mackiewicz (1896-1966), ps. "Cat", publicysta, pisarz, prawnik, polityk; związany z konserwatystami wileńskimi; założyciel, wydawca i redaktor naczelny dziennika "Słowo" (1922-1939); poseł na Sejm (1928-1935), więzień Berezy Kartuskiej (1939); członek Rady Narodowej RP na uchodźstwie (1939-1941), wydawca i redaktor tygodnika "Lwów i Wilno" (1946-1950) wydawanego w Londynie, premier rządu RP na uchodźstwie (1954-1955); w 1956 powrócił do Polski, gdzie zajmował się pisarstwem i publicystyką.
8 S. Cat-Mackiewicz, Był bal, wyd. 1, Warszawa 1961.
9 Z ang. średnia i niższa szlachta w późnośredniowiecznej i nowożytnej Anglii, wykształcona z warstwy rycerskiej, której przedstawiciele zaczęli stosować w swoich dobrach pracę najemną.
10 Andrzej Rutowski (1886-1940), por. WP, artylerzysta; w czasie I wojny w II Brygadzie LP; trafił do rosyjskiej niewoli (1915-1917); uczestnik wojny polsko-sowieckiej w 205. Pułku Artylerii Polowej; następnie w 4. Pułku Artylerii Ciężkiej; w 1925 przeniesiony w stan spoczynku; właściciel majątku Niemowicze na Wołyniu; aresztowany przez Rosjan w 1939; zamordowany w Katyniu.
11 Zofia Stanek de domo Rutowska (1883-1960), żona Wilhelma Stanka (1867-1920), właściciela dóbr Krechów, Wiszenka, Kulawa i Turynka.
12 Była córką Klemensa i jego pierwszej żony Amalii de domo Truszkowskiej. Klemens po owdowieniu poślubił Karolinę de domo Drogosław-Truszkowską; zbieżność nazwisk między obu żonami przypadkowa.
13 Wojciech Dziedzic (1873-1961), doktor prawa; właściciel kancelarii adwokackiej we Lwowie (1906).
14 Dobra ziemskie w zaborze austriackim, będące własnością szlachty bądź mieszczan miasta Lwowa, z których uiszczano tzw. podatek dominikalny, dawały ich właścicielom prawo do przynależności do odrębnej kurii wyborczej oraz półfeudalne przywileje (np. pańszczyzna); od 1780 objęte zostały systemem ksiąg Tabuli Krajowej, a od 1848 nazywano je tabularnymi.
15 Marian Sroczyński (1891-1965), mjr WP, agronom; w czasie I wojny światowej w LP; po kryzysie przysięgowym w Polskim Korpusie Posiłkowym; aresztowany i internowany przez Austriaków w Marmaros-Sziget (1918); od 1918 w WP, m.in. dowódca III dywizjonu w 4. Pułku Artylerii Polowej; przeniesiony do rezerwy ze względów zdrowotnych (1923); następnie gospodarował w majątku w Tarnawatce, a od 1930 w Gorajowicach; uczestnik wojny obronnej (1939); potem w niewoli niemieckiej; po zakończeniu wojny w Wielkiej Brytanii; od 1923 żonaty z Izabelą de domo Kreczunowicz (1899-1957).
16 Pojazd z XVII w., czterokołowy, otwarty, czteroosobowy, powożony przez stangreta, zaprzężony w dwa lub cztery konie; nazwa pochodzi od Landau in der Pfalz - miejsca produkcji.
17 Józef II Habsburg (1741-1790), cesarz Rzeszy (1765-1790), król Niemiec (1764-1790), król Czech i Węgier (1765-1790), arcyksiążę Austrii (1765-1790).
18 Wincenty Witos (1874-1945), działacz chłopski i polityk; od 1903 we władzach SL i PSL, wiceprezes RN PSL-Piast (1914), poseł na Sejm Krajowy we Lwowie (1908-1914), poseł do wiedeńskiej Rady Państwa (1911-1918) i na Sejm RP (1919-1933); członek NKN; współzałożyciel i prezes PKL (1918), członek LN (1917-1918), prezes ZG PSL-Piast (1918-1931); minister bez teki (1918), premier (1920-1921, 1923, 1926), współprzywódca Centrolewu; po procesie brzeskim na emigracji w Czechosłowacji (1933).
19 Jakub Szela (1787-1860), włościanin; przywódca antyszlacheckich wystąpień w zachodniej Galicji (1846).
20 Witold Franciszek Lewicki (1859-1931), doktor prawa, ziemianin, publicysta, polityk; właściciel majątków Siedliska-Bogusz i Głobikowa; Wydział Krajowy (1883-1895, 1896-1903); redaktor m.in. "Gazety Lwowskiej" (1885-1887), "Ekonomisty Polskiego" (1890-1894), "Przełomu" (1895-1896), "Słowa Polskiego" (1897-1902), poseł do austriackiej Rady Państwa (1891-1900), dyrektor Banku Zaliczkowego we Lwowie (1912).
21 Stanisław Tadeusz Bogusz (1762-1846), prawnik, urzędnik dworski, ziemianin; szambelan króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, współredaktor Konstytucji 3 maja, uczestnik powstania kościuszkowskiego, po ożenku w 1794 z Apolonią Jordan-Stojowską otrzymał w posagu majątek Siedliska.
22 Właśc. Gracjan Nikodem Bogusz (?-1846), ziemianin, właściciel Smarżowej.
23 Patron bądź fundator kościoła.
24 Zofia Adamkiewicz de domo Lewicka (1896-1974), właścicielka Siedlisk-Bogusz.
25 Jerzy Adamkiewicz (1881-1958), doktor prawa, urzędnik, dyplomata; od 1905 w c.k. służbie państwowej, m.in. konsul w Bukareszcie (1917-1918); od 1919 w dyplomacji RP, m.in. kierownik Konsulatu Generalnego w Jerozolimie (1923-1924); radca ekonomiczny (1924), radca ministerialny w MSZ (1925-1927); konsul generalny w Lipsku (1927-1931), Montrealu (1931-1933) i Ottawie (1933-1936); w czasie II wojny światowej w Ministerstwie Informacji i Dokumentacji w Paryżu i Londynie; potem mieszkał w Kanadzie, wykładowca na uniwersytetach w Halifaxie i Montrealu.
26 Władysław Gawroński (1872-1964), nauczyciel; działacz ludowy; kierownik szkoły w Siedliskach-Bogusz.
27 Karolina Rutowska de domo Drogosław Truszkowska (1825-1911), od ok. 1850 żona Klemensa Rutowskiego.
28 Józefa Bogusz de domo Jordan-Stojowska (1810-1894), żona Nikodema Bogusza.
29 Zofia Boguszówna (1838-1901), właścicielka dóbr Bączal i Smarżowa.
30 Stanisław Irzyk (1902-1971), nauczyciel, kierownik szkoły w Modlnicy (1935-1939); uczestnik wojny obronnej (1939); po wojnie w USA; od 1926 jego żoną była Zofia de domo Gawrońska (1903-1987).
31 W spisach strat Rosyjskiej Armii Cesarskiej za lata 1914-1915 oficer o tym nazwisku nie figuruje.
32 W tym czasie żona Witolda Lewickiego, Paulina de domo Krzykowska (ok. 1874-1924) już nie żyła.
33 Czesław Łopuski (1882-1967), licencjat geologii; pracownik Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie; tamże wykładowca w Wolnej Wszechnicy Polskiej (1911-1913), w 1913 poślubił Marię de domo Pieniążek (1894-po 1954), właścicielkę dóbr w Strzegocicach, których zarząd objął; autor prac z zakresu geologii i leśnictwa m.in. Urządzenie lasu ciągłego (Lwów 1938).
34 Marian Łoś (1856-1940), ziemianin z okolic Sambora; w 1889 poślubił Helenę de domo Kotarską (1864-1950), majątek Brzyska przejęła Helena wraz z mężem w 1910, po śmierci ojca Stanisława Kotarskiego.
35 Mikołaj Rey (1866-1932), doktor prawa, ziemianin, ludowiec; właściciel dóbr w Łękach, Przyborowie, Chotowej, Słupiu, Głowaczowej, Karolówce i Golankach i Dolinianach; działacz organizacji samorządowych i rolniczych, m.in. prezes Rady Powiatowej w Pilźnie (1906), tamże prezes okręgowego Towarzystwa Rolniczego (1910); od 1908 w PSL; poseł do austriackiej Rady Państwa (1911-1914); od 1914 w PSL-Piast (w latach 1914-1919 w Radzie Naczelnej), członek delegacji polskiej na konferencję pokojową w Paryżu; od 1894 jego żoną była Maria de domo Bobrowska (1870-1948).
36 Włodzimierz Kaczorowski (1870-1952), malarz, szambelan papieski, ziemianin; właściciel majątku Przeczyca; prezes Związku Ziemian w powiecie jasielskim; kolator Kościoła Matki Boskiej Przeczyckiej; jego żoną była Olga Kaczorowska (1891-1960).
37 Ludwik Midowicz (1877-1934), doktor prawa, notariusz w Krakowie; jego małżonką była Zofia Midowicz (1874-1974), zapewne de domo Zapalska, bratanica Antoniego Zapalskiego.
38 W 1918 Gorzejowa stanowila własność Stefanii Krasuskiej i Florentyny Machnickiej; były one zapewne siostrami.
39 Ostatnim z tej rodziny właścicielem Bączałki był w latach dziewięćdziesiątych XIX w. Adolf Michałowski.
40 Ostatnim z tej rodziny właścicielem majątku Grudna Górna był w początkach XX w. Józef Weiss.
41 Stanisław Skałecki, starosta w Pilźnie, Nowym Targu (1929), Żywcu (1933).
42 Józef Babiński, fr. Joseph Babinski (1857-1932), francuski neurolog i neurochirurg polskiego pochodzenia, naukowiec; dyplom uzyskał w 1884, ordynator szpitala de la Pitié (Hôpital de la Pitié) w Paryżu; profesor neurologii na Sorbonie.
43 Henri Babinski, ps. "Ali-Bab" (1855-1931), francuski inżynier górnik polskiego pochodzenia, znany autor książek z dziedziny gastronomii; prospektor kopalin (złoto, diamenty, węgiel) we Francji, Włoszech, Gujanie Francuskiej, Chile, Brazylii; autor książek z dziedziny gastronomii.
44 Alexandre Lebel, urzędnik towarzystwa Assurances Générales w Paryżu.
45 Frédéric Bitton (1876-1960), francuski historyk.
46 Zapewne Wiktor Tabeau, dyrektor syndykatu rolniczego we Lwowie.
47 Właśc. Adolf Wurzel, właściciel dóbr Pilźnionek, członek Towarzystwa Gorzelników Polskich.
48 Ludwik Rabner, doktor prawa lub Natan Rabner, doktor prawa, adwokaci lwowscy.
49 Jan Kazimierz Wilusz (1875-1948), doktor prawa; działacz społeczny; od 1903 w c.k. administracji, m.in. kontroler podatkowy w Skolem (1904-1907), właściciel kancelarii adwokackiej w Jaśle (1907-1939); działacz Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarskiego; od 1914 członek Komitetu Narodowego i współorganizator LP w Jaśle; tamże prezes Zarządu Tymczasowego Komitetu (1915-1918), następnie burmistrz (1921-1931); po II wojnie światowej adwokat w Gorlicach.
Przedmowa
Nazywam się Wiktoria Helena Babińska i jestem prawnuczką Autora tych wspomnień. Od lat przyglądam się, jak mój tata tworzy drzewo genealogiczne naszej rodziny.
Można stwierdzić, że jest ono rozległe - korzenie sięgają początków XVIII wieku. Gdy piszę te słowa, mamy rok 2025, XXI wiek, a ja wraz z moją siostrą, Aleksandrą Hanną Babińską, należymy do ósmego pokolenia. Podczas tegorocznych wakacji odbyłam jedną z ciekawszych wypraw, a mianowicie podróż w czasie w celu poznania moich przodków, a konkretnie pradziadka Leona Babińskiego. Jestem mu niezmiernie wdzięczna za to, że utrwalił swoje wspomnienia i tym samym ocalił pamięć o ludziach, miejscach i wydarzeniach obecnych w jego życiu. Budzi we mnie podziw jego przywiązanie do umiłowanej Warszawy, w której się urodził, wychował, zdobywał wykształcenie i kultywował inteligenckie tradycje, z których czerpał wzorce oraz inspiracje. Po zapoznaniu się ze wspomnieniami dochodzę do wniosku, że jedną z najważniejszych cech mojego pradziadka była miłość do swojej małej ojczyzny. Można o niej mówić zarówno w kontekście Warszawy, jak i Smarżowej, w której spędził, wraz z żoną Marią Babińską oraz trzema synami - Janem, Andrzejem, Krystynem, okres II wojny światowej. Chociaż rozstanie z rodzinną Warszawą było dla Leona Babińskiego niezwykle trudne, okazało się dobrą decyzją, można nawet powiedzieć, że ratującą życie. Smarżowa stała się nie tylko azylem chroniącym, choć - jak się okazało - nie do końca, przed okropieństwami wojny, ale także ostoją rodzinnych tradycji, gdzie rodzina Babińskich utrwalała polskie, szlacheckie zwyczaje. W smarżowskim dworze wychował się szczególnie bliski memu sercu dziadek, Andrzej Babiński, który również miał dar memuarystyczny, czego pokłosiem stały się Przechadzki sentymentalne dotyczące ukochanego Szczecina, do którego familia Babińskich przyjechała, gdy miał 13 lat. Podkreślam ten fakt, ponieważ świadczy on o tym, że szacunek i przywiązanie do rodzinnego gniazda były jedną z podstawowych wartości Babińskich przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
Opuszczenie stolicy w obliczu wojny i przeniesienie się na wieś w powiecie jasielskim było najbezpieczniejszą opcją, zapewniającą spokój ducha i znośną egzystencję. Jednakże przymusowy wyjazd z umiłowanej stolicy stał się dla pradziadka Leona źródłem wewnętrznej rozpaczy i ogromnej tęsknoty. Nieszczęście i melancholia, które w nim narastały, wyrażał w wierszach, w których też znajdowały odzwierciedlenie jaśniejsze strony życia, a także refleksje nad losem Ojczyzny, srodze doświadczanej przez pożogę wojenną. Dzięki bezcennemu wsparciu żony i synów wierzył w odzyskanie wolności przez Polskę oraz powrót do normalnej rzeczywistości.
Stało się jednak inaczej. Rozłąka ze Smarżową, spowodowana przymusową ewakuacją w 1944 roku, także nie należała do łatwych. Leon Babiński był silnie związany z miejscem uważanym za rodzinne gniazdo, w którym ważną rolę odgrywała polska tradycja szlachecka. Zrozumiałe jest, że po kilku latach spędzonych w Smarżowej, budowania od podstaw zarówno całego dworu, gospodarstwa, jak i tworzenia nowych warunków życia opierających się na historycznym dziedzictwie i wartościach, opuszczał ukochane miejsce z poczuciem nieszczęścia i niepewności jutra.
W moim odczuciu Leon Babiński zawarł na kartach swoich wspomnień bardzo ważne przesłanie dla przyszłych pokoleń1. Bez względu na to, dokąd rzuci nas los, zawsze powinniśmy pamiętać o najważniejszych tradycjach, wartościach rodzinnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie.
Chciałabym serdecznie podziękować Panom profesorom Januszowi Farysiowi i Henrykowi Walczakowi za wkład włożony w wydanie trzech tomów wspomnień Leona Babińskiego.
Wiktoria Babińska
Wstęp
Wspomnienia Leona Babińskiego wieńczy tom poświęcony Smarżowej - majątkowi wniesionemu w wianie przez Marię z Rutowskich Babińską, który w zamyśle małżonków miał zostać "wsią rodzinną", "szlacheckim gniazdem" nowej rodziny. Zrozumiała więc była jednoznaczna deklaracja prof. Babińskiego, że "uratowanie z rąk chciwych wierzycieli [...] tego kawałka rodzinnej ziemi stało się od roku 1927 celem mojego życia". Dzięki tej posiadłości Babińscy znaleźli "należne poczesne miejsce wśród ziemiaństwa (gentry) powiatu jasielskiego, dzierżąc wysoko sztandar polskości i tradycji w najcięższych przypadkach krajowych". Wróciło atawistyczne dążenie do zakorzenienia się wśród posiadaczy ziemskich. Szlacheckim pochodzeniem szczyciła się bowiem większość inteligencji polskiej, na modłę XIX-wieczną liberalna i postępowa, przywiązanej jednak do herbowych tradycji. Babiński również odtwarzał rodowód, który, w miarę udokumentowany sposób, sięgał XVI wieku, z pełną dokumentacją od XVIII wieku. Jednak w czasach konfederacji barskiej "rodzina Babińskich w linii mojej [...] opuścić musiała rodzinne gniazdo na Podlasiu, gdzie zresztą nigdy do większego stopnia zamożności nie doszła, przerastała trochę w górę szlachtę zagrodową, ale rozleglejszych włości nie dziedziczyła" i z czasem zasiliła szeregi inteligencji miejskiej. Dopiero po blisko dwóch wiekach reprezentant rodu mógł poszczycić się własną posiadłością wiejską, w rozmiarach zbliżoną do majątku przodków. Fascynację Smarżową Babiński wiązał z tradycją, ponieważ "kultura polska, co było wielokrotnie podkreślane i jest aksjomatem, była kulturą szlachecką, warstw ziemiańskich i myślę, że nawet mimo przewrotu społecznego, dokonanego w Polsce po II wojnie światowej, długo jeszcze w sensie intelektualnym i obyczajowym oddziaływać będzie na przyszłe pokolenia".
Początki odysei ziemiańskiej stanowiły źródło autentycznej radości. Tak było latem 1927 roku, kiedy bezpośrednio po ślubie Maria i Leon Babińscy otrzymali "jako wiano wieś Smarżową", gdzie powitano ich "jako prawdziwych dziedziców, landlordów, ze wszystkimi feudalnymi atrybutami". Z tego tytułu nowożeńcy złożyli wizyty właścicielom okolicznych dworów. Majątek stanowił własność Wandy Rutowskiej (baronowej Brunickiej), zmarłej w 1922 roku przyrodniej siostry Tadeusza Rutowskiego, ojca Marii. Ponieważ Maria mieszkała u ciotki w ostatnich latach jej życia, stała się w wyniku ustaleń rodzinnych prawowitą sukcesorką Smarżowej. Decyzje zmarłego ojca i ciotki w pełni akceptowało rodzeństwo, brat Andrzej Rutowski i siostra Zofia, po mężu Stanek. Przejęcie majątku komplikowały sprawy prawne, brakowało zapisów testamentowych, znajdowali się kolejni drobni spadkobiercy, istniały, jak zapisał Babiński, "skomplikowane stosunki własnościowe" i całość nie była "rozrachowana". Szczególnych trudności przysparzały tarapaty finansowe rodzeństwa Marii, w wyniku których rodzina wspólnie postanowiła o powołaniu w roli powiernika głównego wierzyciela, adwokata Wojciecha Dziedzica ze Lwowa. Decyzja okazała się nietrafna, Dziedzic bowiem zadbał jedynie o własne interesy. W podobny sposób działał wyznaczony przez sąd kurator majątku Stanisław Tokarzewski. Obydwaj, Dziedzic i Tokarzewski, doprowadzili w 1928 roku do sprzedaży Smarżowej Witoldowi Pawłowskiemu. W tym czasie do sprawy aktywnie włączył się prof. Babiński, nastał czas spraw sądowych, przewlekłych i kosztownych. Wreszcie, skoro procesy "mało posuwały się naprzód", zgodną decyzją stron konfliktu powołano na mediatora prof. Maurycego Allerharda ze Lwowa, który na początku 1932 roku doprowadził do podpisania porozumienia. Podział majątku też naturalne nie wszystkich w pełni satysfakcjonował; także w rodzinie Rutowskich mówiono o nadmiernych ustępstwach. Maria Babińska otrzymała siódmą część ziemi i lasu, do której tytułem kompensaty dochodziło dalsze 30 hektarów lasu, co w sumie dawało obszar około 80 hektarów, z czego ziemi ornej było zapewne mniej niż 30 hektarów. Marię i Leona Babińskich podział zadowalał, otrzymali piękną i bardzo malowniczą część "posiadłości rodowej", w pełni nadającą się na wilegiaturę, na letnią rezydencję wiejską. Tym samym zakończyła się ponadtrzyletnia walka o Smarżową. Faktów tych nie znaliśmy, opracowując tom pierwszy wspomnień, niezasadne były więc nasze wnioski, że pokaźne dochody finansowe Babińskiego wzrosły dzięki przychodom płynącym ze Smarżowej, podczas gdy w rzeczywistości generowała ona jedynie duże wydatki1.
Przeprowadzona wiosną 1933 roku ostateczna delimitacja granic kończyła etap walki, zaczynała czas radości z "zakładania nowej siedziby, budowy ośrodka dworskiego". Przygotowania rozpoczęli Babińscy od wizji lokalnej i wyboru najbardziej urokliwego miejsca pod dom i zabudowania gospodarcze. Plany sporządził architekt warszawski Julian Henrych. Dom obszerny, nowoczesny, drewniany, ale na podmurówce, zbudowany z górskiej jodły, "kryty piękną czerwoną dachówką". Jednocześnie przystąpiono do wznoszenia pomieszczeń gospodarczych, "wszystko jak należy, według planu", budowanych kilka lat przez dobrych miejscowych rzemieślników. Równie starannie i całkowicie samodzielnie Babiński opracował plan zagospodarowania otoczenia domu, który półkolem obejmowały, szybko rosnące topole niekłańskie. Dalej wiele ziemi przeznaczył na sad złożony ze 150 drzewek owocowych oraz na ogród warzywny. W pewnej odległości sadzono inne drzewa, głównie topole kanadyjskie, brzozy, a na życzenie syna Jana posadzono dąb, wytyczono aleję akacjową, trwały też inne nasadzenia upiększające przestrzeń. Budowanie wyczerpywało energię i finanse właścicieli. Prowadzenie gospodarstwa rolnego zeszło na dalszy plan. Tutaj też zaczynać trzeba było od podstaw, brakowało wszystkiego, koni, bydła, całego inwentarza żywego oraz podstawowego sprzętu. Babiński nie miał ani czasu, ani elementarnej wiedzy rolniczej potrzebnej do kierowania gospodarstwem z odległej stolicy. Wybrano właściwe rozwiązanie - przekazano ziemię w ręce miejscowego rolnika, który ją uprawiał w "trybie najmu".
W latach 1932-1938 "gospodarstwo zostało założone i zmontowane", postępowała budowa. Szczególną uwagę koncentrowali Babińscy na domu mieszkalnym, dopracowanym w każdym szczególe. Dla przykładu, meble przywiezione z apartamentu warszawskiego zostały pod dyktando Marii Babińskiej uzupełnione przez najlepszych miejscowych rzemieślników. Całość robiła dworskie wrażenie. "Wszystko to jednak - notuje Babiński - wymagało w wykonaniu kolosalnej pracy, zawziętości, no i pieniędzy". Posiadłość nie miała stanowić jeszcze jednego źródła dochodów, ale istnieć "jako samowystarczalna wilegiatura, do której mieliśmy przyjeżdżać na całe lato z dziećmi". Nabyte zostały dwa konie i "pierwsze sztuki inwentarza", zatrudniony został fornal. Latem 1939 roku, tak jak sobie wymarzyli, całą rodziną zjechali do Smarżowej. Zapanowała "idylla w całej pełni. Aż tu uderzył grom nowy - wojna".
Radość z zakończenia inwestycji, wymarzony urlop na wsi, spokój pięknego lata, wyciszały nastroje wojenne. Oddalony od Warszawy, bez kontaktów z MSZ, rychłego wybuchu wojny Babiński nie przewidywał, ze spokojem przyjął nawet informację o podpisaniu układu Ribbentrop-Mołotow. Ministerstwo telegraficznie odwołało Babińskiego z urlopu 25 sierpnia, a pozostawiona na wsi rodzina miała w razie wybuchu wojny przenieść się do Lwowa. Po powrocie do Warszawy Babiński zachorował, za zgodą lekarza wsiadł 5 września do pociągu ewakuującego pracowników MSZ. Tułaczki wrześniowej nie opisał, zapewne był bez konkretnego przydziału czynności, zamiast do Rumunii udał się do Lwowa, gdzie spodziewał się spotkać żonę i dziećmi. Wielokrotnie powtarzał zasadę, której całe życie pozostał wierny, "że kraju i rodziny nie opuszcza się w nieszczęściu". Rodziny we Lwowie nie zastał, a 22 września miasto okupowały już wojska sowieckie. Z typowymi dla czasu wojny kłopotami, przedostał się do Warszawy i dopiero w listopadzie połączył się z bliskimi w Smarżowej.
Babiński brał pod rozwagę trzy możliwości przetrwania okupacji. Jesienią 1939 roku wydawało się, że najlepsze warunki stwarzała Warszawa, domu zniszczenia wojenne nie dotknęły, czynsze od najemców dawały jakąś podstawę bezpieczeństwa materialnego. Na Niemców patrzył przez pryzmat poprzedniej wojny jako naród cywilizowany, niezdolny do masowych zbrodni. Drugą możliwość stanowiło "skoncentrowanie życia na wsi". Trzecią był ewentualny wyjazd zagraniczny. W Warszawie pozostały jeszcze szczątki zagranicznych przedstawicielstw dyplomatycznych i konsularnych. Otrzymanie wiz było możliwe, chociaż obciążone pewnym ryzykiem. Rozważania nad podjęciem tej decyzji nie podważały zasady Profesora zapisanej w poprzednim akapicie, bo kraj byłby opuścił w pełnym składzie rodzinnym. Przed podjęciem ostatecznych decyzji zrobił kolejny rekonesans w Warszawie, informacje były porażające: pierwsze łapanki, aresztowania, deportacje do obozów koncentracyjnych. Niemcy zaczęli rozkręcać potworną machinę zbrodni. Dla pracownika MSZ, zaangażowanego w sprawy górnośląskie, jawne mieszkanie w stolicy było ryzykowne. Na wyjazd zagraniczny nie godziła się żona. Pozostała zatem wieś.
W Smarżowej istniały wszelkie warunki potrzebne do przeczekania czasów wojny. Znalazła się bowiem w Generalnym Gubernatorstwie, którego ludność w przeciwieństwie do ziem wcielonych do Rzeszy w zasadzie nie była narażona na wysiedlenie i pod nadzorem niemieckim mogła prowadzić własne gospodarstwa rolne. Znajdowała się w zakątku odległym od centrów administracyjnych, do powiatowego Jasła było 30 kilometrów, do przystanku kolejowego bodaj 25 kilometrów. Był to teren zamieszkany wyłącznie przez Polaków, życzliwie usposobionych wobec rodziny Babińskich, denuncjacja zatem nie groziła. Nie istniały tam struktury konspiracyjne Polskiego Państwa Podziemnego albo autor wspomnień o nich nie wiedział. Odpadały przy tym kłopotliwe w miastach sprawy aprowizacyjne i opałowe. Problem stanowiło jedynie odpowiednie ocieplenie domu, bo chociaż postawiono piece, nikt podczas budowy nie myślał o mieszkaniu w okresie zimy. Własny las dał drewno na ogrzanie i ocieplenie ścian.
Prowadzeniem gospodarstwa zajęła się Maria Babińska, hipoteczna właścicielka posiadłości, lepiej zorientowana w strukturze prac wiejskich. Aby chronić meża przed urzędnikami i zbędnym rozgłosem, przejęła na siebie kontakty z administracją okupacyjną, ułatwione dzięki doskonałej znajomości języka niemieckiego. Babiński w pracach wiejskich nie brał udziału, nie miał po temu wiedzy, predyspozycji zarządczych ani umiejętności niezbędnych przy pracy fizycznej. Stan ten ułatwiał kamuflaż, gruntował opinię, że Profesor żyje w świecie nauki, odległym od strasznej rzeczywistości. Po części była to prawda, wnikliwy czytelnik wspomnień łatwo dostrzeże brak precyzji przy opisie rozmiarów majątku, częste posiłkowanie się określeniem "około" czy zamienne używanie miary powierzchni w postaci morgów i hektarów, także inne drobiazgi. Spod okupacji sowieckiej do Smarżowej dotarła siostrzenica Babińskiej Jadwiga Runcewiczowa z dwójką małych dzieci, fornalem i końmi, co w istotny sposób ułatwiało gospodarowanie, ale także rodziło irracjonalne zaniepokojenie Profesora, jak będzie można wyżywić 12 osób "na tych 80 hektarach". Okupant co prawda nałożył kontyngenty, ale taki majątek, z gruntami ornymi sięgającymi 30 hektarów był w stanie wyżywić znacznie większą liczbę ludzi. Niedostatków w Smarżowej nie było, ewentualne braki uzupełniały przychody finansowe transferowane z kamienicy warszawskiej. Uciążliwa była odległość od miast, stałe wydatki na najemną siłę roboczą, zawodziła pewnie jakość zarządzania; nie korzystano ze "szmuglowania" żywności, do którego miano niechętny stosunek. Tę część rozważań Babiński zrekapitulował stwierdzeniem: "Sytuacja życiowa, jaka się wytworzyła [...] i egzystencja zorganizowana na bazie gospodarstwa małego, ale dworskiego, tradycyjnego utrzymała się do sierpnia 1944 roku, kiedy uderzył w nią inny, nowy grom, bitwa, ewakuacja przymusowa, tułaczka, zniszczenie wojenne, powrót do zniszczonego domu, reforma rolna 1945 roku, opuszczenie Smarżowej".
Interesującego materiału poznawczego dostarcza kolejna część wspomnień, w której Babiński opisał codzienność funkcjonowania w warunkach okupacyjnych, rzadkie kontakty z władzą, jak pisaliśmy, pozostające całkowicie w gestii żony. Wymuszone spotkania dotyczyły głównie spraw rolnych, zaleceń mających prowadzić do intensyfikacji produkcji rolniczej dzięki używaniu do zasiewu kwalifikowanego ziarna, odpowiedniego stosowania nawozów sztucznych i innych zasad nowoczesnego gospodarowania. Za sprawy rolne odpowiadał w powiecie landwirt Helmut Grosser, dobrze wykształcony agronom, który potrafił przekonać do sensowności nowych zasad gospodarowania, tym bardziej że "do polityki i intryg politycznych się nie mieszał". Powstały więc w miarę poprawne stosunki między dworami a niemiecką służbą agrarną, obłaskawianą zresztą mniej lub bardziej wymuszonymi gratyfikacjami żywnościowymi. W administracji powiatowej szczególny postrach budził głównie starosta Walter Gentz, który trafił po latach przed oblicze sądu. Docierały na wieś także informacje o zbrodniach niemieckich, na szczęście w tej okolicy nielicznych. "Pomimo więc wszystko - pisał Profesor - wspominając lata smarżowskie do jesieni 1944, można i należy przypomnieć [...] słowa poety, odnoszące się do wielu okresów historii Polski, "Niech wokoło szumi wojna, byle polska wieś spokojna"". Frazy z Wesela Stanisława Wyspiańskiego brzmią co prawda trochę inaczej, jednak oddają tutaj istotę sprawy.
Gospodarstwo Babińskich w Smarżowej II (numeracja nadana przez Niemców) było do 1939 roku w stadium organizacyjnym i nie przynosiło zysków. Sytuacja uległa zmianie podczas okupacji. Poprawie gospodarowania sprzyjał bezpośredni nadzór właścicielski, własny inwentarz, w tym szczególnie istotne konie i podstawowy sprzęt oraz zasady narzucone przez agronoma powiatowego. Oszczędności były też spowodowane ograniczonym dopływem gotówki z kamienicy warszawskiej, odpadły natomiast wszelkie inne dochody z tytułu pracy. Sprawnie całością zarządzała Maria Babińska, mąż pod swój nadzór przejął las, który przynosił spore dochody, a przy rabunkowej gospodarce mógł przynosić znacznie większe. Babiński opracował plany długofalowe, oszczędzał drzewostan, "tylko że z rezultatem finalnym, nie dla siebie". Po wyzwoleniu władza ludowa rozpoczęła zmiany własnościowe na wsi od upaństwowienia lasów. Słuszna była więc konstatacja Profesora, że "oszczędnością i pracą ludzie majątki tracą". Las stanowił odskocznię od smutnej rzeczywistości i stanu pewnego załamania. Sytuacja zrozumiała z tego powodu, że przed Babińskim otwierały się w 1939 roku kolejne lukratywne propozycje, po latach pracy w MSZ i na uczelniach warszawskich, w zasięgu ręki miał stanowisko sędziego w Stałym Trybunale Sprawiedliwości Międzynarodowej w Hadze. Źle znosił przejście od stanowisk w dyplomacji i zajęć dydaktycznych "do wegetacji na wsi" i w rezultacie znajdował się "stale w depresji", trapiony bezsennością i pewnym otępieniem. Ratunek stanowiło utrzymanie zasad dawnego rytuału. "Pierwsze śniadanie, wczesny obiad odbywały się zawsze z zachowaniem należytej tradycji powagi, podobnie podwieczorek i kolacja - w stałym gronie rodzinnym, przy nakrytym stole", w atmosferze nieomal protokolarnego porządku. Konieczna filiżanka prawdziwej czarnej kawy, rarytasu w czasach okupacji, "wpływała na pewne uspokojenie nerwów".
Autor wspomnień poświęcił wiele miejsca właścicielom okolicznych dworów, ich stanowi majątkowemu, koligacjom, wykształceniu, światowemu obyciu, nie pominął w opisach duchowieństwa i znaczniejszych rodzin chłopskich. Przywrócił zatem pamięć historyczną o części powiatu jasielskiego i jego mieszkańcach w czasach wojny, łącznie z opisem ówczesnego życia kulturalnego i towarzyskiego, uroczystości dożynkowych, które utrwalały polską tradycję. Babiński zwracał uwagę na problemy edukacyjne dzieci, na brak szkół średnich, z konieczności przerabiał program szkolny z najstarszym synem oraz utrwalał jego znajomość języka francuskiego. Autor pamiętnika w tomie I opisał z ogromnym pietyzmem ukochaną Warszawę, w podobny sposób w tomie III opowiedział dzieje nowej "małej ojczyzny". Po latach z nostalgią Profesor zapisał: "Niewielka była ta nasza Smarżowa, a jednak dała nam utrzymanie w ciągu 5 lat, co obok "cudu" w zakresie politycznym, wyrażającym się w uratowaniu mojej osoby od zamordowania przez Niemców, poczytać muszę również za rodzaj "cudu" gospodarczego", czyli wprowadzenie majątku na właściwą drogę rozwoju.
Od 1943 roku do Smarżowej zaczęły docierać radosne informacje o kolejnych przegranych bitwach wojsk niemieckich, front był jednak daleko. Dopiero w 1944 roku klęska III Rzeszy stawała się oczywista. Świadczyły o tym zwycięskie ofensywy sowieckie prowadzone na całym froncie wschodnim, desant wojsk alianckich we Francji oraz ich zwycięski marsz we Włoszech. Nadchodzący koniec wojny przyjmowano z mieszanymi uczuciami, z radością, ponieważ stanowił kres znienawidzonej okupacji niemieckiej, ale też z obawą o warunki egzystencji w okresie walk frontowych, z niepokojem o dalszą przyszłość po zakończeniu wojny. Wraz z armią sowiecką ze wschodu nadchodziło "nowe", groźne dla większej własności, trudne do przewidzenia wobec ludzi pokroju Babińskich. W lipcu 1944 roku kres okupacji był oczywisty. Pojawili się uchodźcy wojenni, kolumny wycofywanych wojsk niemieckich oraz informacje o zamachu na Hitlera. Z drugiej strony, jak to na wsi, w normalnym rytmie przebiegały żniwa, nawet pewne życie towarzyskie, niezbędne dla przepływu nieweryfikowalnych informacji.
Na początku sierpnia 1944 roku wieś znalazła się na linii frontu, z wszelkimi tego groźnymi konsekwencjami. W połowie września Niemcy zarządzili ewakuację wszystkich mieszkańców. Babińscy udali się do wsi Wójtowa, gdzie siostra i siostrzenica Marii Babińskiej miały w zarządzie gospodarstwo. W Wójtowej pozostali do początku lutego 1945 roku, do czasu ucieczki Niemców i możliwości powrotu do Smarżowej. Zastali żałosne warunki, gdyż dom był podziurawiony i rozkradziony. "Sytuacja aprowizacyjna była bardzo trudna, ale nie katastrofalna", pozostało kilka stert ze zbiorami, z tułaczki wrócili z dwoma własnymi końmi i krową, część inwentarza przechowali i zwrócili miejscowi chłopi. Gospodarstwo nie podlegało zapisom dekretu o reformie rolnej, jedynie las został natychmiast przejęty przez państwo. Dłuższy pobyt na wsi odległej od centrów życia naukowego i administracyjnego nie był przewidywany. Trudno sobie wyobrazić przeobrażenie Profesora w rolnika. Brakowało ponadto pieniędzy na odbudowę gospodarstwa, na zatrudnienie robotników potrzebnych do obrobienia 22 hektarów. Kamienicę warszawską Niemcy spalili w listopadzie 1944 roku, ustało źródło wsparcia, a nowa władza dekretami Bolesława Bieruta znacjonalizowała budynki w stolicy. Sprawę zasadniczą stanowiło podjęcie pracy naukowej przez Profesora oraz nauki szkolnej przez synów.
Powrót do Warszawy nie był możliwy, ponieważ kamienica i całe miasto leżały w gruzach. Babińscy zainteresowali się Poznaniem. Maria Babińska otrzymała piętnastohektarowe poniemieckie gospodarstwo w Rosnówku, wsi dobrze skomunikowanej z odległym o 12 kilometrów Poznaniem. Z tego powodu posiadłość smarżowską wydzierżawiono miejscowemu rolnikowi i na początku sierpnia 1945 roku rodzina z całym dobytkiem przemieściła się koleją do nowego miejsca zamieszkania. Rosnówek oraz Poznań na pewien czas ustabilizowały sytuację Babińskich, ponieważ dom był położony blisko wielkiego miasta. Profesor mógł podjąć pracę w Polskiej Misji Rewindykacyjnej w Berlinie, na Uniwersytecie Poznańskim oraz w Akademii Handlowej. Synowie mieli zapewniony łatwy dostęp do szkół. Na barki Marii Babińskiej, zaprawionej w prowadzeniu gospodarstwa wiejskiego, ponownie spadły obowiązki sterowania przejętym majątkiem poniemieckim.
Przygoda Babińskich z gospodarowaniem wiejskim definitywnie została zakończona w 1950 roku. Najpierw pozbawieni zostali Rosnówka. Tutaj jednak sentymentu większego nie było. We wspomnieniach decyzja władz została zaledwie odnotowana. Wcześniej już zadomowili się w Szczecinie. Bardzo natomiast mocno przeżyli utratę Smarżowej. W 1950 roku, gdy Babińscy wraz z młodszymi synami spędzali w niej wakacje, specjalna komisja zlustrowała gospodarstwo i orzekła, "że skoro nie przebywamy na miejscu - a właśnie żona była na miejscu (sic!), skoro własnymi rękami nie uprawiamy gruntów, skoro korzystamy z obcej siły roboczej, skoro posiadamy inne źródła dochodów, zabierają nam własność na rzecz państwa". Wszelkie protesty zostały odrzucone, nawet nie zaakceptowano daleko idącej propozycji Babińskiej, "że ze swą własnością gotowa jest przystąpić dobrowolnie do jakiejkolwiek spółdzielni produkcyjnej [...] i przyjąć w niej na stałe funkcje administracyjne". Gmina wykazała bolszewicką czujność, wietrzyła kułacki podstęp, propozycję odrzuciła i wydzierżawiła ziemię miejscowym chłopom małorolnym. W przejętym domu urządzono ośrodek zdrowia i izbę porodową.
Przemiany polityczne w październiku 1956 roku ożywiały nadzieje na naprawienie wyrządzonych krzywd. Babińscy ulegli również powszechnym wówczas nastrojom i podjęli działania prawne zmierzające do odzyskania posiadłości. Urzędy zwlekały z odpowiedzią, sprawę celowo przeciągały i w marcu 1958 roku Sejm uchwalił ustawę, która zalegalizowała wszystkie dotychczasowe zawłaszczenia. Do końca życia Profesor z nostalgią wspominał związek swojej rodziny ze Smarżową i wyrażał nadzieję, że kolejne pokolenie Babińskich zachowa ją we wdzięcznej pamięci, utrwalając "więź idealną" z przeszłością, "opartą na tradycji sile narodu" wywodzącą się z "gniazd szlacheckich". Zapis ten raz jeszcze potwierdza trwałość emocjonalnego związku z majątkiem, który Babińskiego włączył w szlachecką sztafetę pokoleń. W nowej rzeczywistości zaistniałej po 1989 roku, wypełniając niespisany testament rodziców, Jan Babiński podjął starania o odzyskanie posiadłości w Smarżowej, jednak i tym razem bez pozytywnego rezultatu. Okres ponad czterdziestu lat, inne zagospodarowanie terenu oraz kolejne akty własnościowe utrudniały restytucję, ułatwiały natomiast lokalnej władzy odmowę zwrotu bądź rekompensaty za bezprawnie przejęty majątek.
Do tego tomu wspomnień dołączył Profesor wyniki badań nad dziejami Smarżowej, Siedlisk oraz innych okolicznych dworów. Opierając się na zapisach archiwalnych, przywrócił historyczną pamięć czasów dawnych, w tym właścicieli dworów i duchownych. Szczególną uwagę poświęcił Smarżowej, wydobył z niepamięci jej kolejnych właścicieli, poczynając od 1353 roku. Istnieją jednak pewne luki, które obejmują większość XV wieku i cały XVII wiek. Spis kończą Andrzej Pawłowski w roli właściciela Smarżowej I i Maria Babińska jako właścicielka Smarżowej II.
Kolejny załącznik stanowią wiersze profesora, oddające jego depresyjny nastrój, wywołany klęską wojenną Polski, katastrofą Francji, niewyobrażalnymi sukcesami Niemiec oraz brakiem nadziei na zwycięskie zakończenie wojny. Nastrój ulega zmianie wraz z postępującą klęską wojsk niemieckich, jednak przygnębienie zostaje, a bohaterstwu stolicy czasów powstania warszawskiego towarzyszy ból z powodu zniszczenia ukochanego miasta. W wierszach nadal była żywa kochana wioska: "Zapomnieć smarżowskie lata. / Nie sposób dla mego serca". Babiński poświęcił jej, jak pisał, "sześć nastrojów". Szczególny charakter ma wiersz napisany w listopadzie 1950 roku zatytułowany Z głębi duszy, rozpoczęty strofą: "Więc w dniu, gdy mi zabierają ciebie, / Dziękuję Ci, Smarżowo, za twój uśmiech złoty".
Zakończenie wspomień stanowią robione na bieżąco kronikarskie zapisy wydarzeń, obejmujące okres od 21 lipca 1944 do 25 lutego 1945 roku. Szczególne wrażenie robi zapis z 1 grudnia 1944 roku: "W listopadzie przyszły nareszcie wiadomości z Warszawy. A więc to prawda - wszystko poszło z dymem. Żadne wiadomości wojenne dotąd tak mnie nie dotknęły. Ani zniszczenie Smarżowej i wyjazd z niej [...]. Przecież mieszkając w Smarżowej, duchem żyłem zawsze w Warszawie i tam było moje oparcie i podstawa materialna. To tak jakby się cała epoka życia bezpowrotnie zakończyła. A i nowa Warszawa już do tej dawnej mojej nie będzie podobna. Inne budowle, inny wygląd miasta, inni ludzie, inne życie, ciągle o tej tragedii myślę, śni mi się Warszawa co noc, nigdy jej nie zapomnę takiej, jaką ją znałem".
Ogromna miłość do Warszawy była ukazana w tomie pierwszym wspomnień Leona Babińskiego. Decydowało miejsce urodzenia, przede wszystkim jednak urocze dzieciństwo i młodość dzięki wspaniałemu domowi rodzinnemu. Następnie ważną rolę odgrywały jego dom własny, własna rodzina, kochana żona i trzej synowie. Fascynująca praca w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i na uczelniach warszawskich zapewniały stabilność i dobrobyt materialny. Bez wątpienia czas II Rzeczypospolitej stanowił najlepszy okres w życiu Marii i Leona Babińskich. Smarżowa stanowiła kolejną miłość, gdyż pozwalała nawiązać do szlacheckiej tradycji, zamierzchłej, ale fascynującej Profesora. Zapewniła również spokojne schronisko na cały okres straszliwej wojny. Kolejny etap, czyli ostatnie ćwierć wieku życia, Babińscy spędzili w Szczecinie. Tutaj Profesor budował ośrodek akademicki - najpierw oddział Akademii Handlowej z Poznania, a następnie usamodzielniony i przekształcony w państwową Wyższą Szkołę Ekonomiczną, w których sprawował funkcję rektora. W 1956 roku został współzałożycielem Szczecińskiego Towarzystwa Naukowego i jego długoletnim prezesem. Pełnił także wiele innych odpowiedzialnych funkcji na uczelniach szczecińskich. Akademicki Szczecin odwzajemnił się najwyższym laurem. W 1971 roku Politechnika Szczecińska nadała Profesorowi pierwszy tytuł doktora honoris causa. Niestety wspomnienia nie obejmują tego okresu. Można jednak stwierdzić, że profesor Leon Babiński nosił Szczecin w sercu, w pewnej jednak odległości za Warszawą, a nawet za Smarżową i nie może to wywoływać zdziwienia.
Podstawą niniejszej edycji jest maszynopis przechowany w Książnicy Pomorskiej. W dużej części był on czytelny. W nawiasy kwadratowe ujęto konieczne uzupełnienia pochodzące od redakcji. Dla ułatwienia lektury tekst pamiętnika dostosowano w niezbędnym zakresie do reguł ortograficznych współczesnego języka polskiego - uzupełniono i ujednolicono interpunkcję oraz usunięto rażące błędy gramatyczne i ortograficzne. Redaktorzy wprowadzili tytuł zasadniczej części publikacji (Szlacheckie gniazdo) oraz początkowy fragment tekstu wydzielili jako "Wprowadzenie". Celem uproszczenia spisu treści postanowili zrezygnować z rozbudowanych szczegółowo zapisów dotyczących zawartości podrozdziału "Życie w Smarżowej czasu wojny" oraz załączników I i II. Wyraźnie też zaznaczyli przypisy sporządzone ręką autora pamiętnika.
W trakcie prac nad niniejszym tomem redaktorzy, tak jak w przypadku dwu wcześniejszych, korzystali ze wsparcia i życzliwości kierownictwa Książnicy Pomorskiej: dyrektora - Lucjana Bąbolewskiego, sekretarz naukowej - Cecylii Judek i kierownik Działu Zbiorów Specjalnych - Jolanty Liskowackiej, za co w tym miejscu wyrażają swoje podziękowania. Słowa wdzięczności za cenne uwagi i uzupełnienia kierują również do recenzentów: prof. dr. hab. Włodzimierza Mędrzeckiego i dr. Marcina Chorązkiego. Redaktorzy składają również wyrazy wdzięczności za pomoc wnukom profesora Leona Babińskiego - Wojsławowi i Piotrowi Babińskim, proboszczowi parafii Siedliska-Bogusz, ks. Antoniemu Lelicie, oraz Marcinowi Decowi i Magdalenie Dec-Rajcy. Osobne podziękowania należą się naczelnikom Oddziałowego Biura Badań Historycznych Instytutu Pamięci Narodowej w Szczecinie, dr. hab. Sebastianowi Ligarskiemu (byłemu) i dr. Arturowi Kubajowi (obecnemu), których zaangażowanie przyczyniło się do ogłoszenia drukiem tomu trzeciego pamiętnika.
Motto
На старости я сызнова живу,
Минувшее проходит предо мною
[....]
Когда-нибудь монах трудолюбивый.
Найдет мой труд усердный, безымянный
Правдивые сказанья перепишет2
(Monolog Pimiena z Borysa Godunowa Aleksandra Puszkina)
Szlacheckie gniazdo
Pamiętnika część trzecia - wspomnienia
Wprowadzenie
Smarżowa! Z tą nazwą, z tą miejscowością życie moje zostało tak blisko, tak głęboko związane, że we wspomnieniach wieś rodzinna i mój udział w jej dolach i niedolach muszą być wyodrębnione i specjalnie opisane. Wyraziłem się przed chwilą "wieś rodzinna" - nie znaczy to, aby była dziedzictwem rodu Babińskich, ale weszła do niego jako dziedzictwo mojej żony Marii1, która dziedziczyła ją po ciotce Wandzie Rutowskiej (false baronowej Brunickiej2, bo małżeństwo jej było unieważnione), ta zaś po Boguszach; o miedzę była wieś dziadka żony Klemensa Rutowskiego3, Grudna Dolna, o miedzę Głobikówka, należąca kiedyś do ojca żony, Tadeusza Rutowskiego4. Wsie położone w dzisiejszym powiecie jasielskim, poprzednio (przed jego skasowaniem w roku 1928) w powiecie pilzneńskim. Dzieje wsi, opisane w roku 1904 przez Adama Bogusza5, uzupełnione są przeze mnie do roku 1944 w załączniku do niniejszych wspomnień6. Na tym miejscu nie chodzi o historię i geografię, ale o stosunek mój uczuciowy do Smarżowej i okolicy, o jej dolę i niedolę w czasach od mego małżeństwa, a nawet narzeczeństwa, tj. roku 1926, aż do przewrotu społecznego w latach 1945-1950, który zamknął ostatecznie okres Polski feudalnej, jak to słusznie zauważył Mackiewicz7 w jednym ze swych szkiców w zbiorze Był bal8. Uratowanie z rąk chciwych wierzycieli i nieuczciwych sąsiadów tego kawałka ziemi rodzinnej stało się od roku 1927 celem mojego życia, wytrwałością i energią. Nie szczędząc ofiar finansowych, obroniłem okrojone wprawdzie, ale bądź co bądź interesujące jeszcze, resztki włości, przetrwałem w nich z rodziną zawieruchę wojenną, zajmując wraz z żoną należne poczesne miejsce wśród ziemiaństwa (gentry9) powiatu jasielskiego, dzierżąc wysoko sztandar polskości i tradycji w najcięższych perypetiach krajowych. W Smarżowej i w tradycji osiadłości szlacheckiej wychowywali się moi synowie. Mniemam, że mógłbym pretendować do miana kontynuatora poprzednich pokoleń - Rutowskich, Boguszów, Stojowskich, zapisanych w historii Smarżowej, że moją ofiarą wkupiłem się niejako do ich szeregów, że Smarżowa pozostanie w rodzinie Babińskich, jeżeli już nie bazą materialną, to podstawą tradycji obecnych i przyszłych pokoleń naszej rodziny. Stąd tytuł tej części wspomnień, stąd i strofy poświęcone Smarżowej, które załączone są również do ich całości. Rodzina Babińskich w linii mojej dawno, bo od konfederacji barskiej, opuścić musiała rodzinne gniazda na Podlasiu, gdzie zresztą nigdy do większego stopnia zamożności nie doszła, przerastała trochę w górę szlachtę zagonową, ale rozleglejszych włości nie dziedziczyła, zasiliła przecież inteligencję miejską w XIX i XX wieku (znakomici lekarze, pedagogowie, dyplomaci). Smarżowa dostała mi się wianem, ale tu założyłem gniazdo rodzinne i wysiłek nie poszedł na marne, bo lata wojny, liczące się wielokrotnie, dały nam wszystkim niesporną osiadłość wśród gentry powiatu jasielskiego i stanowić powinny mocny moralny (bo już nie materialny) punkt wyjścia do następnych pokoleń.
Kultura polska, co było wielokrotnie podkreślane i jest aksjomatem, była kulturą szlachecką, warstw ziemiańskich i myślę, że nawet pomimo przewrotu społecznego, dokonanego w Polsce po II wojnie światowej, długo jeszcze w sensie intelektualnym i obyczajowym oddziaływać będzie na przyszłe pokolenia. Wielki naród, jakim jest naród polski, musi się doszukiwać tradycji przeszłych pokoleń i będzie, odrzucając co złe, brać z tej tradycji to co dobre - patriotyzm ofiary z krwi i mienia, ofiarność, myśl polityczną, skarby kultury, poezji, nauki etc. Wyłuskując je z tradycji wieków ubiegłych, spotka na tej drodze wielkich synów pokoleń szlacheckich, nie odrzuci przecież i nie potępi za to, że w ówczesnych, warunkach gospodarczych i społecznych pochodzili ze sfer ziemiańskich - bo oni przede wszystkim budowali wtedy Polskę, a pokolenia dzisiejsze i następne nawiążą do trudu swych poprzedników w budowie kultury i odrębności polskiej! Inaczej być nie może - rewolucje przechodzą, naród pozostaje.
Wspomnienia moje dotyczące Smarżowej podzielić trzeba na trzy części - najpierw opiszę objęcie przeze mnie własności, potem walkę o utrzymanie posiadłości, wreszcie czasy wojenne i życie ówczesne w Smarżowej, krótki epilog stwierdzi wygaśnięcie własności.
Objęcie własności w Smarżowej
Kiedy po ślubie moim z żoną Marią Rutowską (30 VI 1927) brałem jako wiano wieś Smarżową w ówczesnym powiecie pilzneńskim, położoną wśród przepięknych, pagórkowatych okolic, w dolinie uprawnych, w górach zalesionych, sytuacja prawna włości przedstawiała się, jak następuje. Spadek po zmarłej w roku 1922 ciotce Wandzie Rutowskiej nie był rozrachowany, spadkobiercy przychodzili w drodze ustawowej, tak że chociaż układ rodzinny między żoną i rodzeństwem (brat10 i siostra11) pozostawiał Smarżową w ręku żony, byli i dalsi krewni posiadający prawa do spadku, ciotka była bowiem nie rodzoną, ale przyrodnią siostrą ojca żony12. Nie to jednak powodowało główne trudności, bo owe schedy dalszych krewnych były stosunkowo drobne i rozdrobnione, ale tarapaty materialne, w jakie wskutek genialnych posunięć finansowych rodzeństwa żony popadła cała rodzina. Aby ratować się od wierzycieli, ustalono zgodnie (ale oczywiście działo się to, zanim ja się zaręczyłem i mogłem czemu mądrą radą zapobiec), że nieobjęta genialnymi interesami i przeznaczona na wiano dla mojej przyszłej żony, najmłodszej z rodzeństwa, Smarżowa oddana zostanie w "wierne ręce" adwokata i głównego wierzyciela, jako powiernika (Treuhand, trustee) dr. Dziedzica13 we Lwowie, a ten rozwikła cały splot interesów (majątki, tartaki, lasy) i rozliczy nie tylko wierzycieli, ale i rodzinę. W rozumieniu układającego się rodzeństwa Smarżowa miała ostatecznie przypaść żonie, a prawa dr. Dziedzica li tylko ułatwić procedurę, uzyskać dogodne terminy etc. Trzeba przy tym pamiętać, że kłopoty finansowe powstały w okresie inflacyjnym, kiedy kupiono duże dobra na Wołyniu (Niemowicze), ale przeznaczone na to pieniądze z parcelacji Grudnej wpływały w markach polskich, tak że wierzyciele "połknęli" Grudnę, spadek po dziadkach, a pretensje bieżące z nowych interesów wciąż wzrastały. Aby ratować rzekomo Smarżową, która nie była formalnie podzielona i przepisana na moją żonę, umyślono, aby starać się o przyznanie praw spadkowych (ustąpionych) dr. Dziedzicowi, ratując majątek przed innymi wierzycielami. Ponieważ w oczekiwaniu na ostateczne układy spadek Smarżowej był według obowiązującego prawa austriackiego haereditas iacens, sąd wyznaczył kuratora - tym kuratorem był najpierw sam dr Dziedzic, a potem niejaki Tokarzewski. Dziedzic nie interesował się gospodarką w Smarżowej, był w niej raz jeden i to nawet bez nocowania.
30 czerwca 1927 roku - kuratorstwo miał w ręku Tokarzewski, on był odpowiedzialny wobec sądu w Jaśle (dobra tabularne14), ale wiedząc o potencjalnych prawach mojej żony, jako znanej i uznawanej powszechnie ostatecznej właścicielki majątku, przebywającej przez wiele lat przy ciotce w Smarżowej, nie kwestionował ani jej mieszkania tamże, ani wskazówek gospodarczych, tak że na miejscu i w sąsiedztwie każdy widział w mojej żonie Marii dziedziczkę Smarżowej.
Kiedy bezpośrednio po ślubie, który odbył się w Warszawie, przybyłem w pierwszych dniach lipca z żoną do Smarżowej, powitano nas tam jako prawnych dziedziców, landlordów, ze wszystkimi feudalnymi atrybutami. Podróż ta wyryta jest w pamięci jak najmocniej i żywo stoi do dziś przed oczyma. Pragnąłem przybyć do Smarżowej bez zbędnych uroczystości i umyśliłem podróżować z Jasła wynajętym automobilem po przyjeździe tam koleją. Jest trasa ta - Kraków, Stróże, Jasło bardziej malownicza, chociaż wymaga w czasie podróży dłuższej, aniżeli najbliższa przez Dębicę, Pilzno, skracająca jazdę końmi o 8 kilometrów, no i niewymagająca długiego objazdu kolejowego na Stróże. Po przybyciu do Jasła okazało się jednak, że nie ma możliwości wynajęcia samochodu (rok 1927 - miasto powiatowe Jasło), i nolens volens trzeba było zażądać telegraficznie koni ze Smarżowej, zajęło to dwa dni, zważywszy na odległość trzydziestu kilku kilometrów, nieistnienie linii telefonicznej itp. Jedną noc spędziliśmy w hotelu, zupełnie przyzwoitym, choć prowincjonalnym - Hotelu Krakowskim, a drugą u gościnnych sąsiadów Sroczyńskich15 w Gorajowicach pod samym Jasłem. Był to mój pierwszy kontakt z tym sympatycznym miasteczkiem, w którym wiele razy potem bywałem, i które dziś, po barbarzyńskim zniszczeniu przez hitlerowców, budzi się do nowego życia, buduje i rozwija. Wyjechaliśmy pod wieczór, jak tylko przybyłe konie odpoczęły. Pojazd, jak wszystkie ruchomości i wyposażenie smarżowskie, był odpowiednio antyczny, lando16 z zeszłego wieku, wygodny, z drzwiczkami po bokach, na wysokim koźle stangret (ten na odmianę młody) Czarnecki. Pamiętam, jak nad doliną Wisłoki o północy stanęliśmy w najbliższym nam miasteczku, Brzostku, dokąd od Jasła wjeżdżało się pod dość stromą górę, na której skraju stoi stary kościół, akurat biła godzina dwunasta na zegarze wieży kościelnej. Z Brzostka do Smarżowej jeszcze kilkanaście kilometrów, bo droga główna okrąża nasze pasmo górskie, przechodząc od strony Brzostka przez pola wsi Zawadka, przejeżdżało się na niej przez stary sklepiony most, pamiętający czasy Józefa II17 (ważny trakt na trasie Dukla-Tarnów), aby wreszcie w Kamienicy Dolnej skręcić na prawo w naszą dolinkę i mijając Gorzejową i Siedliska, dostać się wreszcie w granice Smarżowej. Przybyliśmy tam po pierwszej w nocy i ku memu zdziwieniu, i wzruszeniu dostrzegliśmy na drodze przed dworem przeciągnięty transparent z napisem dużymi literami "Witamy pp. Babińskich". Przeciągnięcie transparentu ułatwione było konfiguracją terenu, bo ośrodek folwarku Smarżowej rozłożony był po dwóch stronach drogi, w niewielkim wąwozie, w którym na lewo na równi był dwór, stary spichlerz z XVIII wieku i część stajen, po drugiej stronie na górze reszta budynków, odwieczny dąb, a pod nim kapliczka. Byłem wzruszony tym bardziej, że ten objaw sympatii był przecież samorzutny, nie reżyserowany z góry. Ja oczywiście byłem tam obcy, ale moja żona cieszyła się wielką popularnością, nazywano ją "naszą Marysią", "złotą Marysią" i ta nić sympatii przechodziła i na mnie, zobowiązując do równego afektu, który starałem się potem zawsze świadczyć ziemi i ludziom ze Smarżowej.
Majątek Smarżowa był dość duży, największy w dolince od Kamienicy Dolnej do Grudnej i Bączałki oraz Kamienicy Górnej (najbliższe miasteczko, mało wówczas dotknięta "rewolucją techniczną" wieku XIX i XX, stosunki dworu ze wsią patriarchalne w całym tego słowa znaczeniu, ludność wiejska wychowana w duchu tradycyjnej szkoły galicyjskiej, dążącej do zrobienia z chłopa obywatela, wpływy polityczne miał oczywiście przede wszystkim PSL i jego przywódca zamieszkały o ca. 50 kilometrów, bo w Wierzchosławicach pod Tarnowem, zasłużony działacz i polityk polski, a zwłaszcza jeszcze galicyjski, Wincenty Witos18. Smutne tradycje Szeli19, który pochodził ze smarżowskich chłopów, mordów jego z roku 1846, dokonanych w szczególności na członkach rodziny Boguszów, poprzedników naszych we dworze, były starannie ukrywane przez wieś, która szczerze wstydziła się zbrodniczego najmity austriackiego, wielu chłopów noszących to splugawione nazwisko pozmieniało je na inne.
Smarżowa, jak pisałem, była majątkiem dość dużym, obszaru wyżej 300 hektarów, w tym piękny ca. dwustuhektarowy las, ziemia niezła, urodzajna, glinki, ale chłopi byli przeważnie biedni, bo gęsto osiedli i silnie rozrodzeni, i ziemia ulegała konsekwentnie dalszym podziałom, przemysłu na miejscu żadnego, tak że ciąg emigracyjny do Ameryki Północnej żywiołowy; Żydów we wsi nie było, więc i handel mocno kulał. Dwór, w warunkach ekonomicznych jak wyżej, korzystał z taniej siły roboczej i folwark znajdował się w dobrym stanie, choć skomplikowane stosunki własnościowe od śmierci ciotki w roku 1922 i poprzednio skutki gospodarcze wojny przyczyniały się do pewnego obniżenia skali gospodarki. Ale pamiętano jeszcze dokładnie świetny stan folwarku w poprzednim przedwojennym okresie oraz wzorową gospodarkę i wielkie plony dawane przez położoną obok Grudnę za rządów dziadka żony Klemensa Rutowskiego. Pod względem kulturalnym on sam (zmarł pod koniec wieku XIX jako stuletni prawie starzec) i jego następcy stanowili tradycyjny ośrodek kulturalny naszej dolinki, co też było ambicją naszą, moją i żony, godnie kontynuować. Na razie prym dzierżył pod tym względem sąsiad z Siedlisk, Witold Lewicki20, b[yły] publicysta i poseł do parlamentu wiedeńskiego, osiadły na starość po roku 1920 na stałe w swoim folwarku, nabytym w pierwszych latach wieku XX z podziału schedy Boguszów (Stanisław, ojciec21 Nikodema22 ze Smarżowej, obaj zamordowani w czasie wypadków "rabacji" w roku 1846). Lewicki był chodzącą encyklopedią, czytał bardzo wiele i zgromadził w Siedliskach bibliotekę, humanistyczną głównie, kilka tysięcy tomów, nie był jednak zamkniętym w sobie myślicielem, ale starał się kształcić i rozwijać miejscowych ludzi, przede wszystkim księży i nauczycielstwo, ale również i co pojętniejszych chłopów, dając im do rąk lekturę ogólnokształcącą oraz popularno-rolniczą. Jako kolator23 parafialnego kościoła w Siedliskach miał dobroczynny wpływ na księży, skłaniając ich do coraz lepszych i głębszych nauk niedzielnych i organizowania spółdzielczości. Miał jedną córkę, Zofię24 za Jerzym Adamkiewiczem25, konsulem generalnym austriacko-węgierskim, później polskim, która choć zamężna za pracownikiem służby zagranicznej więcej przebywała z ojcem w Siedliskach niż przy mężu. Osoba wysoce wykształcona i utalentowana, pomagała ojcu w tej swego rodzaju "misji kulturalnej", jaka przypadła Siedliskom w czasie, który opisuję. Lewicki współdziałał z zasłużonym kierownikiem szkoły w Siedliskach Władysławem Gawrońskim26, również bardzo znanym i uznawanym przez całą okolicę, przyjacielem rodziny żony od dziesiątków lat, a który przybył w nasze strony młodym człowiekiem pod koniec ubiegłego wieku i został nawet w Grudnej i Smarżowej kierownikiem obszaru dworskiego (funkcja policyjno-meldunkowa dla dóbr tabularnych według praw austriackich), gdyż w pierwszej [kolejności] po śmierci Klemensa Rutowskiego w roku 1899 dziedziczyła kobieta, wdowa po nim, Karolina Truszkowska27, a w Smarżowej od czasu zamordowania Nikodema Bogusza w roku 1846 dziedziczyły kolejno trzy kobiety - Józefa Boguszowa28, Zofia Boguszówna29, Wanda Rutowska, a w sytuacji gdy dobra tabularne należały do kobiet, trzeba było ustanawiać obcego mężczyznę kierownikiem obszaru dworskiego dla spraw policyjno-meldunkowych. Sekundował ostatnio Gawrońskiemu, to jest w latach, które tu opisuję, zięć jego, młody nauczyciel Stanisław Irzyk30.
We dworze smarżowskim, gdzie zamieszkaliśmy, wszystko przypominało połowę wieku XIX - dom, rozkład mieszkania, umeblowanie, ogród, w nim kilkadziesiąt starych ozdobnych dracen, na ścianach portrety Boguszów, ich oraz ciotki, przedmioty użytkowe, nawet maski pośmiertne (w szafie), zabudowania gospodarskie w podobnym "antycznym" stylu; w ogrodzie przed samym domem pamiątka I wojny światowej - mogiła oficera rosyjskiego, ks. Dołgorukija31, który tam poległ w roku 1914, a którego ciotka kazała pochować po chrześcijańsku na widocznym miejscu, aby rodzina, o co prosili towarzysze broni, mogła po zakończeniu wojny zabrać ciało do grobu rodzinnego w Rosji. Sam dwór, pozbawiony od śmierci ciotki pnączy na ścianach, nie odznaczał się zaletami architektonicznymi, był parterowym długim budynkiem, rozszerzanym oczywiście dla wygody kolejnych pokoleń właścicieli, ale wewnątrz duży i wygodny, umeblowany wystarczająco, przestronny. Oczywiście w danej chwili część jego zajmowali Tokarzewscy, ale pomimo to dla młodego małżeństwa pomieszczenia były zupełnie wystarczające, zwłaszcza gdy na naszą prośbę opuściła duży salon szkoła, a posterunek policji, mieszczący się tymczasowo we dworze obiecał się też wyprowadzić. Poza tym ja przecież miałem stanowisko w Warszawie (patrz część II wspomnień W służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej), do Smarżowej mogłem na razie tylko dojeżdżać, nie powodowało to zresztą "kryzysu gospodarczego", bo i tak gospodarkę prowadził jako odpowiedzialny wobec władz sądowych Tokarzewski.
W lecie 1927 roku złożyliśmy wizyty najbliższym sąsiadom - Lewiccy32 w Siedliskach, Łopuscy33 w Strzegocicach, Łosiowie34 w Brzyskach, Reyowie35 w Łękach, Kaczorowscy36 w Przeczycy, Midowiczowie37 w Januszkowicach. Wielu dworów nie tak dawno jeszcze istniejących w dolince, nie można się już było doszukać, sparcelowano Gorzejową Krasuskich38, Bączałkę Michałowskich39, Górną Grudnę Weissów40, i naszą rodzinną Grudnę Dolną i Głobikówkę (Rutowskich). Przedstawiliśmy się w starostwie w Pilźnie u starosty Skałeckiego41 i u kierownika wydziału szkolnego powiatowego tamże. Traktowano nas wszędzie z wielką uprzejmością, jako naturalnych aktualnych właścicieli Smarżowej.
Po tych wszystkich wizytach i zajęciu pozycji w Smarżowej trzeba było jednak wracać do Warszawy, do pracy bieżącej w ministerstwie, niebawem też wynikła potrzeba wyjazdu służbowego do Genewy na sesję Ligi Narodów, o czym piszę w części II wspomnień, wyjazd wykorzystałem, aby pokazać żonie po drodze Paryż i przedstawić ją tam moim krewnym (Józef42 i Henryk43 Babińscy, Aleksander Lebel44 z żoną, Fryderyk Bitton45 z córkami). W zimie żona spodziewała się powiększenia rodziny, co unieruchomiło ją w Warszawie, ale z wiosną roku 1928 drogi jej skierowały się znów do Smarżowej, dokąd przyjechała już z urodzonym świeżo synem i matką. W okresie Bożego Narodzenia 1927 sam odbyłem krótką zimową wizytę w Smarżowej, aby nie tracić osobistego kontaktu z naszą wioską.
Wszystko zdawało się wyglądać idyllicznie, mieliśmy zaufanie do dr. Dziedzica, i ja sam w sądzie w Jaśle interweniowałem o wydanie na jego nazwisko dekretu dziedzictwa, ufając że się z nami uczciwie rozrachuje i porzuci niewczesne zamiary, aby sprzedać Smarżową za gotówkę, rozrachować, a ofiarować nam np. willę w Brzuchowicach pod Lwowem. Ale inaczej rozumował ten chytry człowiek i pracował na naszą niekorzyść, zaczęły pojawiać się wskazówki nadchodzącego gromu, raz po raz zjawiali się amatorzy na kupno Smarżowej, ufni w dekret dziedzictwa. Ale sprawy szły raczej powoli, bo ja protestowałem stale wobec dr. Dziedzica, żądając zachowania dla żony substancji Smarżowej, chociażby nawet okrojonej, ale z własnością naszą na i miejscu. Sprawę opóźniało i to, że 3/7 idealnej własności nie było objęte prawami dr. Dziedzica, a nawet 1/7 była wykupiona odrębnie na imię żony, do czego nie miał już absolutnie żadnych uprawnień dr Dziedzic. Lato 1928 roku przechodziło znośnie na miejscu na wsi, wszystko szło poprzednim trybem, tylko niepokojące były zjawiające się raz po raz wizyty lub pisma, dotyczące nabycia Smarżowej przez osoby obce z poręki adwokatów lwowskich, przekreślające zupełnie koncepcję rozrachunku i likwidacji sporów, wysuwaną przez nas jeszcze od czasów warszawskich, tj. od roku 1926, a polegającą na parcelacji części gruntów w Smarżowej, zaspokojenie z uzyskanych pieniędzy pretensji dr. Dziedzica i bocznych spadkobierców Truszkowskich, pozostawiając dla nas ośrodek z pewną ilością roli oraz las. O parcelację tę zabiegała moja żona w Banku Parcelacyjnym we Lwowie u dyrektora od tych spraw p. Tabeau46. Przedstawiciele banku przyjeżdżali nawet w towarzystwie żony do Smarżowej w roku 1927, później w roku następnym, wnosiłem o to samo w oddziale parcelacyjnym Banku Ziemiańskiego w Warszawie u dyrektora Wańkowicza, ale wszystkie usiłowania kończyły się na niczym, gdyż dr Dziedzic wcale ich nie popierał, również nie interesował się nimi bliżej na miejscu Tokarzewski, a przecież bez ich aktywnego udziału nie można było realizować koncepcji parcelacji. Plan dr. Dziedzica był, jak podałem wyżej, zupełnie inny, od niego zjawiali się kandydaci na kupno całości, np. taki sąsiad, Wurcel47 z Pilźnionka pod Pilznem, albo ze strony Truszkowskich mających zapewne interes podobny co do szybkiej likwidacji jak dr. Dziedzic, jakiś Segał, rekomendowany przez ich adwokata we Lwowie dr. Rabnera48. Ale kandydaci ci się wycofywali, czy to po rozmowie ze mną na miejscu, czy na skutek niejasnej, sytuacji hipotecznej i istniejący potencjalnie spór prawny. Wizytę Wurcela pamiętam w Smarżowej, a z dr. Rabnerem konferowałem w sensie negatywnym u niego samego we Lwowie w lipcu roku 1928. Sytuacja, choć pozornie na razie spokojna, dawała, w porównaniu z rokiem 1926 i 1927, dużo do myślenia i nie pozwalała na pozostawanie z założonymi rękami. Po naradzie z żoną i jej rodziną postanowiliśmy wystąpić do sądu o unieważnienie porozumienia rodziny z roku 1925 z dr. Dziedzicem, ustanawiającego go powiernikiem (Treuhand, trustee), jako zdziałanego na niekorzyść mojej żony i wyzyskiwanego przeciwko jej słusznym prawom do własności w Smarżowej. Pojechaliśmy do Jasła i ustanowiliśmy naszym zastępcą adwokata dr. Wilusza49, który okazał się przez wszystkie następne lata gorącym, sumiennym i zdolnym obrońcą praw żony do Smarżowej. Proces został wytoczony i od tej chwili jakiekolwiek posunięcia dr. Dziedzica musiały wywoływać wątpliwości, czy jest on aby niespornym przedstawicielem praw własności w Smarżowej, hipoteka nie była uregulowana na jego imię, kuratorstwo miało trwać do czasu ostatecznego rozrachunku.
W sumie, po lecie 1928 roku, które spędziliśmy przyjemnie w Smarżowej, wracaliśmy na zimę do Warszawy, nie podejrzewając, że niebawem rozpoczną się ze strony dr. Dziedzica posunięcia, zmierzające do radykalnego rozwikłania sprawy smarżowskiej, po jego myśli.
Dalsza część w wersji pełnej