Szkolne tango - Danuta Sadownik

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2018
? Copyright by Danuta Sadownik, 2018
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany
bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.
Projekt okładki, zdjęcia: Maria Kuczara
Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż
Korekta: Magdalena Torczyńska, Karol Rutski
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-7856-962-6
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
– Pan pierwszy raz do Polski? – Mój sąsiad najwyraźniej próbował uatrakcyjnić sobie podróż, rozpoczynając pogawędkę.
– Można powiedzieć, że tak, ostatnio byłem tam w grudniu osiemdziesiątego pierwszego.
– Emigrant wojenny – stwierdził autorytatywnie chłopak, wyglądający na dwadzieścia kilka lat. – To pewnie będę musiał panu opowiedzieć, jak tam teraz jest. Moja firma prowadzi interesy w Krakowie, bywam tam kilka razy w roku. Wiele się zmieniło, nawet podczas tych kilku ostatnich lat. Zdarzyło się wiele dobrego i sporo złego. A pana co sprowadza do starego kraju – interesy czy sentymenty?
– Bezwzględnie sentymenty – podjąłem rozmowę. – Zdecydowałem się wreszcie ruszyć do Polski. Tyle razy odmawiałem zaproszeń na klasowe zjazdy... Zawsze coś stawało mi na drodze. Okazuje się, że moi koledzy dość często spotykają się w naszym starym ogólniaku. Początkowo nie zawiadamiali mnie, bo nikt nie wiedział, gdzie się podziewam. Nawet ja sam nie mogłem przewidzieć, gdzie los mnie zagoni. Dopiero kiedy osiadłem w Stanach i miałem już stałą pracę, mogłem podać rodzicom mój adres, i tak po nitce – znaleźli mnie. Kilka razy musiałem odmówić, bo wciąż były jakieś ważniejsze sprawy, ale teraz nic mnie w domu nie trzyma. W pracy mam urlop, a nostalgia z wiekiem coraz mocniej człowieka przygniata, więc ruszyłem. Nie wiem, czego mogę się spodziewać tam, w kraju, który już chyba nie jest moim krajem, ale jestem pewien, że teraz właśnie jest ten moment. Gdybym nie wybrał się właśnie dziś, pękłbym z tęsknoty za... No właśnie, za czym ja tak naprawdę tęsknię?
– Może za rodziną?
– Chyba nie. Dzwonimy do siebie często, oni byli u mnie kilka razy, a poza tym z czasem rodzice stają się mniej ważni. – Wiem, że zabrzmiało to bardzo egoistycznie, ale tak chyba właśnie czułem. – Istotniejsza staje się żona i dzieci, a z nimi właśnie w tym roku ostatecznie się rozstałem. Rozwiedliśmy się po latach kłótni, męczarni, wzlotów i upadków. Więc to raczej nie rodzina mnie tam ciągnie.
– A może młodość? Jakakolwiek by ona była, zawsze wspominamy ją z rozrzewnieniem. – Nadal drążył temat.
– Tak, ma pan chyba rację – odparłem. – Ale skąd może o tym wiedzieć ktoś tak młody, jak pan? Młodzieniec nie powinien chyba jeszcze tak myśleć, ale może ogląda pan zbyt wiele filmów? – próbowałem zażartować.
– Sporo czytam. – Uśmiechnął się mój rozmówca. – Oprócz tego nie jestem taki bardzo młody. Też sporo widziałem i przeżyłem, mimo że nie musiałem uciekać ze swojego kraju. Jestem już w kolejnym pokoleniu Amerykaninem, więc tułaczkę znam tylko z rodzinnych opowieści.
– Szczerze mówiąc, nie ciągnęło mnie dotychczas zbytnio do Polski, może dlatego, że kiedy już po przejściówce znalazłem stałe zajęcie, byłem, i nadal jestem, bardzo zajęty. Musiałem dorobić się wszystkiego od początku, nie mogłem liczyć na rodzinę, a co tu dużo mówić: lubię wygodne życie. W kraju zapewniliby mi to rodzice, na poniewierce musiałem sam. Jak pan wie, praca zabiera wszystkie myśli, pomaga przetrwać, ale i pozwala zapomnieć, nie tylko te złe rzeczy. Dopiero teraz w samolocie, kiedy mam czas, dostrzegam, że ja nawet nie mówię o kraju mojej młodości inaczej niż: Polska. Tak samo jak powiedziałbym: Włochy, Niemcy, Hiszpania...
– To znaczy, że stał się pan prawdziwym Amerykaninem – podchwycił.
– Też nie, nie wydaje mi się. Mam obywatelstwo, solidne podstawy, by tu zostać, ale nie czuję się emocjonalnie związany z tym krajem. Myślę, że to chyba problem wszystkich emigrantów pierwszego pokolenia. Życie w szpagacie pomiędzy dwoma domami.
– Może nie wszystkich, ale na pewno tych myślących i jeszcze posiadających duszę, bo ona tak człowieka męczy, że nie da żyć w spokojności.
– O, widzę, że zna pan klasykę komedii polskiej. Sami swoi, tego się nie da podrobić! A wie pan, że Lubomierz, w którym Chęciński nakręcił wiele scen do tego filmu, leży niedaleko mojego rodzinnego miasta? Jeździliśmy tam czasami na rowerach, takich zwykłych, bez przerzutek, po tych górkach! Dziewczyny padały ze zmęczenia, ale ile za to było możliwości udzielania im pomocy! Z tego potem robiły się zobowiązania – przygotowywały kanapki, termos z herbatą, ciasto... Oj, chyba się zapędziłem. – Mój rozmówca uśmiechnął się rozbawiony. – Teraz już jest pan pewien, że to zdecydowanie sentymentalna podróż. Żadnych interesów. Dobrze, że stewardesa roznosi posiłki, bo jeszcze zagadałbym pana wspomnieniami, jak jakaś baba!
– Ależ ja bardzo lubię słuchać! – odpowiedział szczerze. – Oprócz tego nie potrafię pracować w samolocie. W dzieciństwie miałem chorobę lokomocyjną, więc nadal staram się mieć wzrok zwrócony do przodu albo spać. Nie można grzebać w komputerze i równocześnie mieć wzroku skierowanego przed siebie.
– Skoro już spędzimy wspólnie trochę czasu, to może się przedstawię: Filip Czapski.
– Stan Jarecky. Miło mi.
– Mnie również, ale faktycznie po posiłku chyba dobrze byłoby troszkę się zdrzemnąć – zaproponowałem.
– Świetny pomysł – potwierdził.
***
Pierwszy września. Słoneczko jeszcze wysoko, a my – maturzyści – z wyższością patrzymy na pierwszaków. Jakie to wszystko powystraszane, mundurki jeszcze nowiutkie, podczas wakacji poszyte, tarcze w rączkach, przed chwilą uroczyście wręczone na apelu przez dyrektora. Nie to co my – stara gwardia. Wszystko i wszystkich tu znamy, każdy kąt zna nas. Tak naprawdę to nie dyro, nie belfernia tu rządzi, tylko my...
***
Ciepło i szum samolotu przywołały tak długo ukrywane wspomnienia.
Halina jak zwykle przemawia bardzo wzruszająco o młodzieży, która wybierała się do szkoły w 1939, ale ryk syren i bombardowania przerwały uroczystości rozpoczęcia roku. Co roku podobnie przypomina nam o rocznicy i co roku dziewczętom kręcą się łzy na rzęsach. Zaraz się porozmazują, mimo że tak dokładnie się wymalowały tuszem na ślinę. Nie wiem, jak one mogą tak spluwać na tę czarną masę, a potem jeszcze kłaść to na rzęsy. Makabra, ale efekt wcale niezły, no i nauczyciele mają się o co czepiać, bo malowanie się jest w szkole zakazane. Ale kto by się tym przejmował. Zmywają na geografię, a na historię znów się malują. Nie wiem, czy kiedyś zrozumiem tę babską próżność. Podobno one to nawet robią dla nas, ale ja mam wrażenie, że tak naprawdę to tylko dla siebie wzajemnie.
– Baaczność! Minuta ciszy za poległych! – komenderuje Byku od PO.
– Spocznij!
– No, nareszcie luz. – Mirek nie wytrzymywał w ciszy zbyt długo, minuta to akurat maksimum jego możliwości. – Jak było na wakacjach? Poderwałeś coś?
– Się rozumie. – Zacząłem przygotowaną wcześniej historyjkę. Przecież nie powiem, że nic mi się nie trafiło, bo to, co było, trudno nazwać podrywem. Jakieś ognisko, mały spacer nad jeziorem, ale chyba na siłę, żeby mieć co opowiadać kolegom. Jakoś nic się nie kleiło. Wprawdzie na obozie potworzyły się pary, ale mnie niezbyt podobały się te wiecznie chichoczące panienki. Zaraz po przybyciu do portu wyskakiwały z jachtu, już gotowe na wyjście do miasta. Nie interesował ich ani klar, ani cokolwiek, co było związane z łodzią. Podczas samego pływania nawet czasami wyszły do kokpitu, po to głównie, żeby się poopalać, ale najczęściej siedziały w kajucie i gadały, gadały, gadały. Nigdy im się nie kończyło to paplanie. Za to w dyskotekach w Giżycku czy Mikołajkach były pierwsze. Zupełnie nie wyglądały jak żeglarki – makijaż, buty wysokie, a kiecki takie krótkie, że nie wiem, jak one się poruszały. I oczywiście wianuszek wielbicieli. Na nas nawet nie patrzyły, bo po co miały to robić. My, smarkacze (wprawdzie z tego samego roku), byliśmy tylko do przewożenia panienek z portu do portu. Powinniśmy znać swoje miejsce, bo kiedy Bogdan chciał przeżyć godne wspomnień chwile z Agniechą, został szybko postawiony do pionu. Dziewczyny wolały starszych kolegów. Niektórzy koledzy byli chyba sporo starsi, ale za to imponowali małolatom dobrze wypchanymi portfelami. Początkowo wściekaliśmy się na to całe rozrywkowe towarzystwo, ale kapitan postawił nas na nogi:
– Panowie żeglarze, jakie zmartwienie – kasa wspólna, a dziewczyny konsumują po restauracjach, dla nas będzie więcej żarcia. Ponadto, panowie żeglarze, wyobraźcie sobie, jak wyglądalibyśmy, wpływając do portu bez kobitek na pokładzie, męska załoga wygląda trochę nieudolnie, to znaczy, panowie żeglarze, że nawet panienek nie potrafimy zamustrować. A tak to prestiż załogi wzrasta. A dziewuchy niech tam się wyszumią, byle tylko jakiego bachora nam na pokład nie przywlekły, bo mnie rodzice będą po Mazurach ścigać. Oj, miałem ja taką jedną... – I tu następowała jedna z tych nieprawdopodobnych historii, w którą nawet sam opowiadający nie wierzył, ale sympatycznie było go słuchać.
Niby tych dziewczyn pełnych gorącej krwi było sporo, ale faktem jest, że żeglarstwo to raczej męski sport, więc i konkurencja w porcie sporawa. Niestety, nie należę do facetów, na których widok dziewczynom zapiera dech w piersiach. Klata wprawdzie już nie taka zapadła jak rok temu, trądzik też szczęśliwie męczy mnie dużo mniej niż Irka czy Dzidka, ale ten zgryz... Nic się z tym nie da zrobić. Taką mam "kabaretową urodę", jak mówią wszyscy w szkole. Podkusiło mnie nawet, żeby kabaret założyć. Tu się powiodło, ale i tak wszystkie dziewczyny widzą we mnie Kubę z kabaretu Dudek, przekupkę z pokazu mody i wszystkich innych, których grałem, tylko nie mnie. Wszyscy w szkole mnie znają, ale chyba żadna nie chciałaby ze mną chodzić. To wszystko przez ten zgryz.
– Filip, Mirek, uspokójcie się. – Nasza stara przywraca moje myśli do smutnej rzeczywistości.
No, właściwie to nie taka stara. Jest chyba niewiele od nas starsza, ma kilkuletnią córeczkę, a my jesteśmy jej pierwszą klasą po studiach... To chyba będzie tak: dziewiętnaście lat matura, cztery lata studiów i trzy lata pracy w naszym ogólniaku... – Liczyłem w pamięci, bo przecież nie będę słuchał dyrektora, który nawet dobrze po polsku nie mówi, takie sadzi błędy językowe, że aż wstyd. Ona może mieć dwadzieścia sześć lat. Tak, to jednak stara. Chociaż dobrze się trzyma.
– Panowie maturzyści może zamilkną na chwilę. – Tym razem nasza stara, zwana w niektórych kręgach Dorotką, czujnie doprowadziła nas do porządku.
Z nudów zacząłem obserwować jej plecy. Po kołnierzyku marynarki spacerowała sobie osa, niebezpiecznie zbliżała się do krawędzi. Chciałam ją strzepnąć, ale się zawstydziłem. Jakoś tak nie wypada strzepywać z kołnierza nauczycielki. Cokolwiek by to było.
– Pani profesor... – Zdecydowałem się, że jednak głośnym szeptem uświadomię jej obecność osy, bo niewiele trzeba, aby ją użądliła w szyję, a jak mówił nam Byku na PO, to może być niebezpieczne dla osób uczulonych na jad owadów.
– Tak, słucham. – Odwróciła głowę w moim kierunku i to był fatalny błąd, bo za chwilę usłyszałem tylko krótki okrzyk. – Ała!
Nagle wszyscy spojrzeli w naszą stronę, a ona machała rękoma i próbowała pozbyć się osy, przed którą chciałem ją ostrzec. Dziewczyny pomogły pozbyć się czarno-żółtej sprawczyni całego zamieszania, a ja stałem jak wryty, patrząc na to jakby z innego wymiaru. Ale numer, przynajmniej coś się dzieje!
– Jestem uczulona na jad. – Usłyszałem i nagle zrobiło mi się wyraźnie wstyd, że potraktowałem to tylko jako dobrą zabawę. – Kto ma prawo jazdy i może zawieźć mnie na pogotowie? Muszę natychmiast dostać zastrzyk odczulający.
– Ja, ale nie mam go przy sobie. Może któryś z nauczycieli by panią zawiózł, poproszę kogoś. – Czułem się winny całego zamieszania. Chciałem już biec, ale poczułem jej rękę na moim ramieniu.
– Nie ma czasu, uduszę się, idź po auto. – Wcisnęła mi do ręki torebkę, w której chyba powinny być kluczyki.
– Halina, poprowadź lekcję, wytłumacz dyrektorowi.– Coraz ciszej, ale ciągle jeszcze przytomnie wydawała polecenia. My ogłupieliśmy, ale ona jak zwykle wiedziała, co robić.
Biegłem na parking koło szkoły, gdzie stał zaparkowany jej maluch. Nie było już ważne, że nie mam dokumentów, to nie ma znaczenia, gdy liczą się minuty.
Jeśli ona przeze mnie się udusi... – tylko ta myśl jak katarynka kołatała mi po głowie, kiedy grzebałem w damskiej torebce w poszukiwaniu kluczyków. Dziesiątki przedmiotów, tylko klucza brak. Jeśli się udusi, niezdaro... – wyrzuciłem zawartość na bagażnik. – Są, nareszcie!
Powrzucałem z powrotem tę masę drobiazgów, wsadziłem kluczyk do stacyjki, pociągnąłem za ssanie. Chyba zbyt nerwowo – zgasł. Jeszcze raz i znów to samo.
– Filip, bo go zalejesz, uspokój się. – Chłopcy już dobiegli do mnie z pomocą i z własnymi pomysłami na uruchomienie malucha.
– Może cię popchnąć? – dotarł do mnie jak przez mgłę głos Łukasza.
– Spokojnie, Filip, jeszcze raz, dasz radę. Nie nawal, teraz wszystko w twoich rękach. – Tak jakbym tego nie wiedział. Przecież właśnie dlatego nie mogłem odpalić tego pudła.
– Okej, zapalił, podjedź pod bramę, tam już dziewczyny okładają Dorotkę mokrymi chusteczkami. Może któraś powinna pojechać z wami? – Każdy doradzał, co tylko mu przyszło do głowy, wszyscy chcieli być przydatni. Wszyscy ją lubiliśmy, mimo że nieraz zgarnęliśmy za swoje. Ale to przecież nasza stara, nasza Dorotka. Zaraz, zaraz, nie w czasie przeszłym, my ją nadal lubimy, ona się nie udusi, nie może!
– Poradzę sobie. – Wiedziałem, że muszę, bo to przecież przeze mnie, to tylko moja wina, mogłem strzepnąć to głupie osisko.
Na pogotowie dojechaliśmy w kilka minut, co pół minuty pytałem, czy wszystko w porządku. Odpowiadała, że tak, ale za każdym razem ciszej. Jeszcze takiej jej nie widziałem. Zawsze pełna wigoru, dobrych rad, ciepła, przyjazna i wyrozumiała. To ona nam pomagała, to ona nas broniła i motywowała do pracy. Nikt z nas nie myślał, że kiedyś sytuacja może się odwrócić. I to wszystko przeze mnie.
Tylko mi nie umrzyj, nie umrzyj! – powtarzałem w myślach, przyciskając pedał gazu.
Nie umarła, zdążyliśmy. Przed szpitalem już czekał sanitariusz, bo Zygmunt wpadł do sekretariatu szkoły i zadzwonił na pogotowie, informując o sytuacji.
– To ja poczekam – powiedziałem już tylko do powietrza, kiedy mi ją zabrali z samochodu. Nikt mnie nie słyszał, nikt mnie nie widział. Siedziałem w aucie sam i czułem słony smak w ustach i kołnierzyk koszuli mokry od łez. Ciekły sobie powolutku, cichutko, bezpiecznie. Ciekły i ciekły, a ja wcale nie chciałem być mężczyzną, który nigdy nie płacze. Pozwoliłem im zmoczyć moją koszulę, moją marynarkę i pozwoliłbym im zalać całe wnętrze samochodu. Ale nawet łzy kiedyś się kończą.
Stres minął, ale ja wiedziałem już, że po dzisiejszym dniu ta kobieta nie będzie dla mnie tylko wychowawczynią, profesor Dorotą Machalską. Będzie kimś ważnym.
Jak bardzo ważnym, miałem się niebawem przekonać.
***
– Ach, to ty jeszcze czekasz? – Zauważyła mnie wychodząca z gabinetu pielęgniarka. – Możesz wejść do gabinetu, twoja pani profesor jest już po zastrzyku. Wszystko w porządku, dobrze, że zdążyliście, bo byłoby krucho. Ładnie wyglądasz z damską torebką w ręce – zażartowała ze mnie. Musiałem wyglądać na nieźle wystraszonego, skoro chciała mnie rozluźnić uśmiechem.
– A, tak – odpowiedziałem zupełnie bez sensu. Dlaczego ja zawsze tak bez składu mówię? Ilekroć mnie ktoś zaskoczy, nie potrafię znaleźć języka w gębie.
Dopiero teraz trochę dziwnie się poczułem z tą damską torebką. Dyskretnie rozejrzałem się po korytarzu, czy przypadkiem ktoś mnie nie obserwuje i nie zechce posądzić, że jestem homo. Na szczęście wszyscy byli zajęci swoimi sprawami, więc nie w głowie był im jakiś małolat wystrojony jak stróż w Boże Ciało, z damską torebką w dłoni. Coś z nią jednak trzeba zrobić.
Zapukałem do gabinetu.
– Proszę! – usłyszałem głos zza drzwi.
– Przepraszam, ja tylko chciałem oddać torebkę pani profesor – tłumaczyłem się jak sztubak.
– Wejdź, bohaterze! – Znów żartowano sobie ze mnie. Tym razem była to młoda lekarka. Czy wszyscy pracownicy pogotowia mają wybitne poczucie humoru? Pacjenci raczej wprost przeciwnie.
– Nie rumień się tak bardzo, chodź i opowiadaj, jak uratowałeś życie mojej koleżance.
– Jakie tam życie, tylko przywiozłem panią profesor – odparłem zmieszany.
– Nie "jakie tam życie", tylko moje życie – włączyła się Dorotka, rozluźniona i wyraźnie zdrowa. Siedziała na kozetce w samej tylko bluzce i spódnicy. Ta fatalna marynarka leżała obok, a ona przytrzymywała wacik odkażający po zastrzyku. Uśmiechnięta, zadowolona, machająca długimi nogami. – Doktor Jagoda mówi, że zawdzięczam życie twojej przytomności umysłu.
– To nie tak, pani profesor, to raczej na odwrót. To przeze mnie pani miała te kłopoty. Widziałem, jak osa spacerowała po pani kołnierzyku, ale nie miałem odwagi jej strzepnąć.
– Czyżbyś się mnie krępował? – zapytała zdziwiona.
– No, nie tak, żebym krępował, ale to strasznie głupio, tak dotykać nauczycielkę. – I znowu to moje durnowate tłumaczenie się...
– Popatrz, jak on się wspaniale rumieni! – Śmiejąca się już w głos lekarka speszyła mnie jeszcze bardziej. Kobiety wymieniły szybkie spojrzenia.
– Oj, chyba musimy na ten temat porozmawiać. A ty, Jagoda, zostaw mojego ucznia w spokoju, bo nie pozwolę ci go zdeprawować.
– Chyba bym się nie dał. – Mnie również udzieliła się atmosfera ogólnego rozluźnienia po silnym stresie. – A może jednak, czemu nie?
– Filip, Filip, uspokój się, bo teraz ciebie muszę przywołać do porządku.
– Pani doktor – zwróciła się do swojej koleżanki – wobec nabrzmiałej sytuacji ogólnoludzkiej, czy wyraża pani zgodę na opuszczenie przez pacjenta gabinetu lekarskiego?
– W imieniu przysługującego mi prawa zwalniam panią z obowiązku trzymania tego wacika, może pani stąd wyjść i nie wracać więcej w charakterze pacjenta. Jedynie towarzysko. Ale to lepiej w domu, po dyżurze. – Kobiety zanosiły się śmiechem i bawiły jak dzieci. Nigdy nie myślałem, że dorośli mają jakieś ludzkie odruchy, a już szczególnie nauczyciele.
Cała ta sytuacja spowodowała, że zacząłem moją panią profesor traktować cieplej i naturalniej. Miałem takie dziwne wrażenie, że i dla niej ta przygoda była czymś, co rozkruszyło belfersko-uczniowskie relacje. Staliśmy się sobie bliżsi.
– Chodź, Filip. Nie chcą nas tutaj. – Mówiąc to, dosłownie zagarnęła mnie ramieniem i wyprowadziła z gabinetu, jakbym to ja był pacjentem, a nie ona.
Szliśmy tak kilka kroków przez korytarz, roześmiani, ale przez tę krótką chwilę poczułem się jak ktoś dorosły, jak kolega ze szkoły. Czułem zapach dobrych perfum, których nie była w stanie zabić szpitalna woń. Pomarańcze i cytryny, egzotyczny erotyczny aromat pełen letnich śródziemnomorskich wspomnień. Pewnie dostała je od męża podczas rejsu. Pachniała dla niego tak cudownie świeżo, a teraz tak samo pachnie dla mnie.
O rany, co mi chodzi po głowie – osłupiałem przez chwilę – przecież to jest moja profesorka! Pani profesor Dorota Machalska! Wychowawczyni IVb – magister Dorota Machalska!
– Filip, uspokój się, zdyscyplinuj swoje hormony – mówiło do mnie sumienie.
– Ona jest wspaniała, traktuje cię jak faceta, nie jesteś dla niej tylko uczniem – wołało moje libido.
– To tylko chwila, nigdy się już nie powtórzy, nie warto się cieszyć i robić sobie złudnej nadziei – zagłuszał głos sumienia.
– Ale póki jest, niech trwa!
***
– Zawiozę cię do domu, bo do szkoły nie chce mi się dzisiaj wracać. Co ty na to, żebyśmy zrobili sobie wagary w tym pierwszym dniu nauki? – zaproponowała Dorotka. – Jest za pięknie, żeby tam wracać. Zresztą pewnie nikt się już nas nie spodziewa. Chyba że jesteś z kimś umówiony po szkole, to z bólem serca, ale zawiozę cię tam.
– Nie, z nikim się nie umawiałem. – Kłamałem w żywe oczy, ale właściwie nie zdążyłem potwierdzić, czy wpadnę do Bogdana. Zresztą impreza nie zając, z pewnością posiedzą do wieczora, zdążę dotrzeć. A być odwiezionym pod dom, też nieźle. Niewiele jest w mieście samochodów. Kilka maluszków, dużych fiatów, syrenek, jakiś mikrus, partyjna wołga, stare warszawy, nie mniej stary opel rekord i mercedes taksówkarza, który bywa używany głównie na weselach. Tutaj wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Lwówek to małe miasto. Zapunktuję u kolegów na podwórku, jak mnie zobaczą w maluchu. – Ale czy to pani nie zrobi zamieszania?
– Nie, mój bohaterze. – Dobry humor jej nie opuszczał.
– Co pani z tym bohaterem, raczej powinno być: "oprawco", bo nie przegoniłem osy we właściwym momencie. – Poczułem się dużo radośniej, nie mając przed sobą perspektywy powrotu do szkoły.
– Jak zwał, tak zwał. Czuję się trochę tak, jakbym powróciła zza grobu, bo faktycznie ciężko było. Czułam, że brakuje mi powietrza, nie stanęło mi jeszcze przed oczami całe życie, ale to tylko dlatego, że nie trwało ono zbyt długo. Dwadzieścia pięć lat to dopiero ćwierć wieku.
– Dwadzieścia pięć? – zapytałem zdziwiony. – A ja myślałem, że dwadzieścia sześć.
– To wprawdzie niewielka różnica, ale poszłam do szkoły od szóstego roku życia i mam wciąż ten rok w zapasie.
Skupiła się na drodze, a ja na niej. Zapach perfum w małym samochodzie czułem jeszcze mocniej niż na pogotowiu. Zmysły znów zaczęły swą morderczą pracę. Nie odezwałem się, mimo że się zorientowałem, iż wcale nie jedziemy w kierunku mojego osiedla. Nie jechaliśmy również w stronę jej ulicy, tylko w zupełnie przeciwną. W góry! A więc chciała być ze mną gdzieś poza miastem. Sam na sam. Nie wierzę! Znów w uszach słyszałem podszytą erotycznymi insynuacjami rozmowę Dorotki z Jagodą. Chyba nie powinienem myśleć o nich per "ty", ale kto mi zabroni. Myśli są moją tajemnicą. Moja osiemnastoletnia wyobraźnia i śródziemnomorskie perfumy robiły swoje. Ukradkiem obserwowałem siedzącą obok kobietę, kierowcę, profesorkę... Kobietę... Dziewczynę... Kobietę...
Jak ona radziła sobie z pedałami malucha w tych butach na obcasach, tego nie mogłem zrozumieć. Mój wzrok sięgał coraz wyżej. Wąska spódnica z każdą zmianą biegu wędrowała powoli, ale systematycznie do góry. Za chwilę odsłonią się podwiązki od pończoch (swoją drogą, jak one potrafią w tym chodzić, tego chyba żaden facet nigdy się nie dowie). Prosty odcinek drogi, żadnych zmian, ale tam pod górkę będzie musiała zmniejszyć bieg, a na zakręcie przyhamować. Lekko rozchylone nogi cały czas pracowały, a moje hormony nie chciały zostać w tyle.
Przestań – upominałem się w myślach. – Nie wypada, co ci się kłębi w głowie? Pomyśl o wodospadzie, takim lodowatym wodospadzie, bo nie wiadomo, kiedy zechce się zatrzymać. Nie chciałbym, aby odwróciwszy wzrok od drogi, mogła poznać, co dzieje się z moją młodzieńczą duszą i nie mniej młodzieńczym ciałem.
Arktyka, Antarktyda, Syberia, Rów Mariański, Kamieńczyk, Szklarka, Niagara – wymieniałem w myślach najzimniejsze miejsca na ziemi. Powoli, bardzo powoli, ale zaczęło działać. Na szczęście, bo właśnie zjechaliśmy z drogi na parking.
– Jesteśmy – powiedziała, wychodząc z auta. – Chciałam pokazać ci to miejsce. Jest tu rewelacyjnie o tej porze roku. Widok na góry niesamowity, widać całą panoramę Karkonoszy, a w taką pogodę jak dziś to tylko leżeć na kocyku i wygrzewać się jak kot. Masz ochotę posiedzieć troszkę w słoneczku i nie myśleć, że jutro zaczynają się obowiązki?
– Jak wagary, to wagary! – podchwyciłem radośnie.
– Tylko nie mów nikomu, że cię wychowawczyni namawiała na wagary.
– Będę milczał jak grób!
– Z tego grobu to się właśnie wywinęłam, i dlatego dziś chcę zrobić coś nielegalnego.
Czyżby chciała to zrobić ze mną? – Poczułem nagle, jak zalewa mnie zimny pot.
– Będę się opalać i podziwiać góry, podczas gdy wszyscy moi koledzy pracują. – Bardzo klarownie przedstawiła swój plan wagarów.
A ty, głupku, co sobie wymyślałeś? – strofowałem się ostro, bo coraz mocniej czułem, jak tracę kontrolę nad swoimi zmysłami. – Jesteś tylko jej uczniem i cały najbliższy rok nic się nie zmieni. Jesteś zwykłym smarkaczem dla niej. Ona jest nauczycielką, wychowawczynią, i nie interesuje się tobą inaczej niż tylko pedagogicznie. Jakaś mgła opadła ci na oczy, durniu? Weź się w garść!
– Czy możesz przynieść z bagażnika koc? – zapytała, rozglądając się za wygodnym miejscem na odpoczynek. – Zawsze go wożę, bo z Agatką lubimy robić sobie takie małe pikniki. Tam oprócz koca znajdziesz całą masę lalek i miśków, ale tych może nie wyciągaj.
– A może ja też chciałbym się troszkę pobawić? – Próbowałem żartować, ale natychmiast ugryzłem się w język, bo wobec (co tu dużo mówić) niekonwencjonalnej sytuacji mogło to zabrzmieć zdecydowanie nieprzyzwoicie.
– Ty zabawy wybij sobie z głowy, przed tobą, kolego czwartoklasisto, matura. Bawić się będziesz na studniówce i balu maturalnym, i z pewnością nie miśkami mojej córki. – Zauważyłem figlarny uśmiech w jej oczach. – Te bale różnie się kończą, czasami już podczas wakacji trzeba brać ślub. Mam nadzieję, że ty będziesz rozsądny i mimo wspaniałej atmosfery i niestety również dozwolonego już alkoholu będziesz starał się nie zostać ojcem natychmiast po szkole.
– Nie, ja muszę najpierw skończyć studia – zaoponowałem natychmiast. – Ja i dzieci? Sam przecież jestem dużym dzieciakiem i nie w głowie mi takie obowiązki. Chcę się jeszcze wyszumieć, postudiować, poznać smak wczesnej dorosłości, obronić pracę magisterską, zarobić trochę pieniędzy, a dopiero potem zakładać rodzinę.
– Każdy tak mówi, a życie toczy się po swojemu. W tym roku na godzinach wychowawczych oprócz spraw związanych z maturą musimy porozmawiać sobie o wielu różnych aspektach dorosłego życia. Wprawdzie wiem, że dla niektórych to może być już za późno, ale z pewnością sporo osób niewiele wie o seksie, jego pięknych, ale i okrutnie zagmatwanych stronach. Może się mylę, ale wydaje mi się, że jest jeszcze grono uczniów, którzy postanowili ten pierwszy raz odbyć dopiero po ślubie, a co najmniej po maturze. A może się mylę? – Jej spojrzenie świdrowało.
– Nie wiem wszystkiego o wszystkich, ale chyba ma pani rację.
Zaschło mi w gardle, nie potrafiłem złożyć poprawnie zdania. Nigdy jeszcze nie rozmawiałem z nikim dorosłym o seksie. Tak po prostu, bez podtekstów, głupich żartów czy niewybrednych dowcipów. Ona, leżąc ze mną na jednym kocu, myślała o programie nauczania, w którym seks był tylko jednym z jego składowych. O tym, czy będziemy potrafili tak swobodnie rozmawiać na lekcji w gronie kilkudziesięciu osób. Nie wiem, ale teraz jestem pewien, że moja chora wyobraźnia chciała zaprowadzić mnie zbyt daleko...
Wygrzewaliśmy się w słońcu jak koty, które łapią każdy promyk, bo jutro już pogoda będzie nie dla nas. Było nam naprawdę dobrze. Porozpinaliśmy oficjalne ubrania, ona podsunęła nieco spódnicę, na tyle, na ile pozwalała przyzwoitość (kiedy zdążyła zdjąć pończochy?; te kobiety są niesamowite, jak one to wszystko robią, że my niczego nie zauważamy?), rozpięła górne guziki bluzki i wyglądała zupełnie jak jedna z uczennic, które na przerwie też opalają się na ławkach wokół szkoły. Opalona, wysportowana, zgrabna. Pokazywała mi kolejne łańcuchy górskie, relacjonując ich skład geologiczny, roślinność i zamieszkujące je zwierzęta. Najlepsza lekcja geografii, jaką przeżyłem. Długo będę pamiętał każde słowo.
– Zdejmij sobie koszulę – zaproponowała w trakcie wykładu, obojętnym tonem, całkiem tak, jakby powiedziała "załóż szalik". Zupełnie mi to nie przeszkadzało, ponieważ po obozie żeglarskim moje ciało wyglądało nieźle, byłem opalony, a od wybierania szotów również dobrze umięśniony. Nie musiałem się krępować przed dziewczyną (znaczy kobietą).
– Mężczyźni mają dobrze, mogą opalać się topless bez większego problemu – wtrąciła, nie patrząc nawet na mnie.
– Kobiety też mogą bez problemu – podłapałem temat. – I powinny to robić częściej.
– Filip, opanuj się, mimo wszystko jestem twoją wychowawczynią! – Co miało oznaczać to "mimo wszystko"? Nawet nie chciałem się zastanawiać, bo znów poniosłaby mnie ułańska fantazja.
– Przepraszam, zagalopowałem się, ale jak pani mówiła o tym uczeniu na wychowawczej, to tak sobie pomyślałem, że troszkę szkoda by było, gdyby nie było praktyki. Może chociaż indywidualnie, podczas korepetycji z wychowania seksualnego?
– Korepetycje niestety kosztują, a chyba słyszałeś, że nieetycznie jest, kiedy udziela ich ten sam nauczyciel, który cię uczy w szkole. Dlatego na korepetycje u mnie nie licz. – Humor jej dopisywał, inaczej pewnie już bym wracał do domu na piechotę za ten tekst.
– A po maturze? – Ryzykowałem policzek, ale musiałem kuć żelazo póki gorące.
– Po maturze to będzie po maturze, mój Filipie bohaterze. – Wiedziałem, że teraz już muszę skończyć tę grę, bo byliśmy zbyt daleko od miasta, żeby wyciskać z buta kilkanaście kilometrów. Czułem jednak, że ta odpowiedź nie oznacza NIE, nie było to wprawdzie TAK, ale...
W co ja się pakuję, przecież ona jest ode mnie starsza siedem lat, jest moją nauczycielką, jest mężatką, jest matką Agatki, jest mieszkanką małego miasta, jest... Jest... Jest... – Szumiało mi w głowie, bo pierwszy raz poczułem, że dziewczyna (to znaczy kobieta), która leży obok mnie, jest kimś, kto mnie zaczyna fascynować. Ktoś, kogo znałem trzy lata tylko z odległości katedry i rozmów na korytarzu, jest teraz osobą, dla której zaczyna coraz mocniej bić mi serce. Czułem, że nie tylko serce rozgrzewało moje ciało.
Musiałem położyć się na brzuchu!
Podczas obozu miałem okazję widzieć dziewczyny z załogi często niekompletnie ubrane albo wygrzewające się w bikini na pokładzie dziobowym podczas flauty i nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak Dorotka. Co się ze mną dzieje?
– Jutro rano musicie zdecydować, jakie przedmioty zdajecie na maturze, bo dyrektor chce ustalić grafik fakultetów. – Czyżby wyczuła, co się ze mną dzieje, zmieniając temat na tak bardzo przyziemny? – Halina pewnie wybierze geografię i historię, bo coś mówiła o prawie. Zygmunt chyba medycynę, żeby zachować rodzinną tradycję, Iwona jeszcze przed wakacjami planowała rusycystykę, ale podczas wakacji mogło się wiele zmienić. Zobaczymy jutro.
Spokojnie, melodyjnie płynął jej monolog. Nie zadawała mi pytań, nie włączała do dyskusji, tylko mówiła o rzeczach nudnych, przyziemnych, szkolnych. Tak, ona na pewno wiedziała, co się ze mną dzieje! Nie wyśmiewała mnie, nie prowokowała, nie uderzyła w twarz, nie obraziła się, tylko mówiła o banałach, wiedząc, że jej nie słucham. Żadna ze znanych mi panienek, ani tych szkolnych, ani tych obozowych, nie zachowałaby się tak dorośle. Chyba przede wszystkim to, a nie tylko fascynujące ciało, pociągało mnie najbardziej. Jej dojrzałość, odpowiedzialność, dyskrecja. Byłem pewny, że ani jutro, ani nigdy ta moja wpadka nie będzie obiektem plotek i dowcipów szkolnych.
Powoli ochłonąłem. Włączyłem się do rozmowy, czułem, jak fantastycznie jest nam podczas tego wrześniowego południa. Nie tylko mnie – Dorotka sprawiała wrażenie, jakby rozmowa ze mną była interesująca również dla niej. Powoli przeszliśmy do jej konika i przedmiotu, którego nas uczyła – geografii i turystyki. Góry, na które mieliśmy wspaniały widok, stały mi się bliższe, bo tak wiele się o nich dowiedziałem. Opowiedziała o swojej śródziemnomorskiej wyprawie z tegorocznych wakacji, a ja chłonąłem każde jej słowo z postanowieniem, że też tam kiedyś muszę pojechać. Pewnie gdyby mi ktoś kazał to wszystko przeczytać, to zapamiętałbym tylko mały skrawek informacji.
Wiedziałem, że ten dzień i te góry zawsze pozostaną w mojej pamięci.
***
– Ojejku, ale ten czas leci, a ja muszę zabrać Agatkę z przedszkola! Zbierajmy się, bo przecież obiecałam, że zawiozę cię do domu, a to po drugiej stronie miasta.
– Nie trzeba, pani profesor, wystarczy, jeśli podrzuci mnie pani do przedszkola Agatki, a ja sobie dojdę do Bogdana, bo on dzisiaj po szkole urządza imprezę.
– No to pięknie! Wyciągnęłam cię do lasu, a ty pewnie wolałeś spędzić czas z kolegami. Sorry! – Wyraźnie zmieszana nauczycielka tłumaczyła się sztubakowi. Taka właśnie była. Nie miało dla niej znaczenia to, ile masz lat, ale jeśli czuła, że zawiniła – potrafiła przeprosić. Nie tak jak wielu nauczycieli, którzy nigdy nie przyznawali się do pomyłki, a wręcz przeciwnie – zrzucali winę na ucznia.
– Ależ pani profesor, to nie był zmarnowany czas, nie żałuję ani jednej chwili spędzonej z panią... No, może jednej – dodałem dużo ciszej, wręcz szeptem. Czułem, jak spuszczam oczy, a policzki palą mnie żywym ogniem.
– O tym zapomnijmy. – Spojrzała na mnie ciepło, po przyjacielsku. – Zbieramy się, bo mi Agatkę wystawią przed przedszkole i dostanę reprymendę od jej wychowawczyni.
A więc wiedziała! Nic nie powiedziała, ale wiedziała!
Coraz bardziej podziwiałem jej klasę. Nie tylko drogie ubrania stanowiły o tym, że była kobietą elegancką. One były tylko dodatkiem. To ogromna wiedza, mimo dość młodego wieku, i staranne wychowanie powodowały, że potrafiła rozmawiać i z dorosłymi, i z młodzieżą. Uwielbialiśmy ją wszyscy, a ja wiedziałem, że dziś zrodziło się we mnie jeszcze inne uczucie. To, którego nie mogłem znaleźć ani w szkole, ani na obozie. Uczucie, które może mnie drogo kosztować, którego nie mogłem nikomu wyjawić, nawet osobie, do której się zrodziło. Chciałem je wszystkim głośno wykrzyczeć, ale nie mogłem. Postanowiłem, że pozostanie moją tajemnicą. Będę je pielęgnował, będę cierpiał, ale wiem, dla kogo i dlaczego.
Poszedłem do Bogdana, ale nie mogłem się odnaleźć w tym gronie. Wszyscy już byli w stanie lekko wskazującym na spożycie, więc nawet nie zauważyli, że myślami jestem poza nimi.
Na stole stały ogromnych rozmiarów żółte jabłka. Nie wiem, co to za gatunek, widziałem takie pierwszy raz, ale to bez znaczenia. Wbiłem zęby w twardy miąższ, cały mój ból i cierpienie radości, o której nie mogę nikomu powiedzieć, włożyłem w ten kęs. Coraz mocniej walczyłem z każdym następnym, a w myśli tylko uporczywie powtarzał mi się mimo woli, jak mantra, nie wiedzieć czemu Deszcz jesienny Staffa:
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy niezmienny
Dżdżu krople spadają i tłuką w me okno
Deszcz szklany, płacz szklany
A szyby w mgle mokną...
– Widzę, że się pan już obudził po smacznej drzemce. – Czujność stewardes zawsze mnie zadziwiała. – Czy życzy pan sobie coś do picia? Kawa, herbata, sok, może coś mocniejszego?
– Tak, poproszę szklaneczkę whisky.
– Z lodem, czy z wodą?
– Dziękuję, czystą. Tyle lat mieszkam poza Polską, ale wciąż nie mogę przyzwyczaić się do mieszania alkoholu z wodą lub sokiem. Jakieś to dla mnie nienaturalne i chyba trochę niemęskie.
– Dobrze, zaraz przyniosę czystą whisky – ze sztucznym uśmiechem na twarzy odpowiedziała niemłoda już stewardesa.
– Dla mnie w takim razie też bez lodu – włączył się do rozmowy Stan. – Ja wprawdzie zwykle rozwadniam mocniejsze alkohole, ale dziś też mam ochotę na coś zdecydowanie mocniejszego. Przyznam się panu, że po wydarzeniach w World Trade Center czuję lekki niepokój podczas lotu nad Atlantykiem.
– Mnie trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ po raz pierwszy lecę tą trasą, niemniej jedenasty września był dla mnie takim szokiem, jaki przeżyłem chyba tylko raz w życiu. I też we wrześniu.
– Czy zdarzyło się panu coś równie tragicznego? – Zainteresowanie Stana nie było tylko próbą zabicia czasu.
– Nieszczęścia i tragedii nie da się porównać, nie można powiedzieć, jak wielkie i jak mocne one są. Może tylko dlatego porównuję te dwa dni, że zdarzyły się we wrześniu, i może też dlatego, że gdy wszedłem do biura, a współpracownik zamiast pracować, siedział osłupiały przy włączonym na pełny regulator radiu, wróciły mi w pamięci przed oczami owe szkolne wydarzenia. Tamten równie ciepły wrześniowy dzień, kiedy wszyscy spieszyliśmy się do szkoły. Jak zwykle ostatnie chwile przed dzwonkiem, pełna panika, czy uda się zdążyć, zanim woźny zamknie drzwi do szkoły. Jeśli nie zdążysz, czeka cię dywanik u dyrektora i reprymenda rodziców. Jedni szli szybkim krokiem, inni dobiegali, każdy miał swoją taktykę. Niektórzy z okolicznych wiosek dojeżdżali rowerami, część autobusami, tylko Marek przyjeżdżał motorem. Taka sportowa nowiutka niemiecka emzetka. Zazdrościliśmy mu wszyscy, ale on nie traktował swojego pojazdu jedynie jako powód do dumy. Mieszkał na wsi, wysoko w górach, do której tylko dwa razy dziennie przyjeżdżał autobus. Raniutko o piątej trzydzieści i z powrotem o siedemnastej dwadzieścia. Rodziców stać było na motocykl, kupili synowi, aby mógł trochę dłużej pospać i nieco wcześniej wrócić do domu. Niesamowicie pracowity był ten Marek. Zanim wyszedł z domu, robił obrządek, kiedy wracał, czekała na niego robota, a potem jeszcze lekcje. Prawdziwy gospodarski syn. Żyło im się dobrze, nie mogli narzekać. Właściwie chyba byli jednymi z bogatszych gospodarzy na wsi, i dlatego ten motor. Stać ich było, więc kupili. Dziewczyny aż piszczały, żeby je przewiózł. Bardzo u nich punktował, trochę mu zazdrościliśmy. Dziewczyny to najbardziej Ance. Ona mieszkała po drodze, w sąsiedniej wsi. Zajeżdżał po nią, wkładała kask, zawsze rozsypując na wiatr długie blond włosy. Niezła z niej była laska. Zwracali na siebie uwagę. Nawet chyba nie byli parą. – Wiedziałem, że moja opowieść była bardzo chaotyczna, ale nie zależało mi na konstruowaniu poprawnych zdań. Przed oczyma stanęły mi wydarzenia sprzed lat. Odszukiwałem je w zakamarkach pamięci i nie miało to dla mnie znaczenia, czy ktoś mnie słucha, czy nie. Widziałem jednak zapatrzone we mnie, zainteresowane oczy Stana. – Motor Marka to było jego cacko. Wypielęgnowany, oklejony naklejkami różnych firm motocyklowych, podrasowany prawie na harleya. Jak podjeżdżał pod szkołę, wszyscy wiedzieli, że już są. Nie dało się tego ukryć, bo tłumik, mimo że nowy, nieco tylko przerobiony, wydawał charakterystyczny dźwięk. Wszyscy jeździliśmy z Markiem aż do końca sezonu, a od wiosny znowu zaczynaliśmy. Woził nas chętnie, a my dorzucaliśmy się do benzyny.
Aż do tamtego wrześniowego ranka.
Dobiegałem już do szkolnej bramy, mając jeszcze pełne półtorej minuty do dzwonka, kiedy usłyszałem warkot motoru.
Ciekawe, który z nas będzie szybciej przy bramie, ja biegiem czy Marek motorem – pomyślałem i przyspieszyłem. Wsłuchiwałem się w dźwięk nadjeżdżającego pojazdu, nie marnując czasu na rozglądanie się, próbując nie dać się wyprzedzić.
Nagle usłyszałem pisk opon i potężny huk. Odwróciłem się automatycznie i przed oczami mignęła mi stojąca w poprzek drogi ciężarówka, pędzący chaotycznie motor, a obok niego padający Marek, kilkakrotnie koziołkujący jak worek albo szmaciana lalka.
Nogi wrosły mi w ziemię, straciłem oddech i nie wiem, co się ze mną działo, bo ocknąłem się po chwili. Jak długiej – nie wiem. Usłyszałem kolejny pisk opon i trzaskanie drzwiami, a za chwilę już przy leżącym bezwładnie przyjacielu naszą wychowawczynię. Bladą, roztrzęsioną, ale wołającą w naszym kierunku. Wyrwałem się z osłupienia. Podbiegłem, nie myśląc o tym, co mogę zobaczyć.
– Filip, dzwoń na pogotowie! Irek, biegnij po pana od PO! Grzesiek, zobacz, co z Anką! Nie ruszajcie ich! Nie wolno, czekajcie na pogotowie, mogą mieć połamane kręgosłupy. Marysia, weź koc z mojego auta, przynieś apteczkę! W bagażniku!
Aha, Anka, co z nią? – myślałem biegnąc do szkoły. – Nie widziałem jej, co z nią?
Wbiegłem po schodach na pierwsze piętro, do sekretariatu. Nie miałem siły powiedzieć ani słowa. Pokazałem tylko na słuchawkę, przez którą rozmawiała sekretarka.
– Co chcesz? Nie widzisz, że rozmawiam? – burknęła w moim kierunku.
– Pogotowie – wydusiłem, próbując przejąć telefon. Nacisnąłem na widełki, brutalnie rozłączając radosne gaworzenie starszej pani. Zaszokowana moim postępowaniem, podała mi z impetem słuchawkę.
– Proszę przyjechać pod ogólniak, wypadek, motor i ciężarówka!
– Proszę się przedstawić, skąd pan dzwoni, proszę opisać sytuację, ja nie mogę wysyłać karetki do nieznanego zdarzenia – usłyszałem wkurzająco spokojny głos w telefonie.
– Ludzie mogą umrzeć, jedźcie natychmiast, ja na wszystko odpowiem. Jedźcie na Boga! Natychmiast!
– Proszę się nie rozłączać. – Widocznie wystarczająco dramatycznie zabrzmiał mój głos, bo usłyszałem w tle polecenie wyjazdu, a sekretarka podała mi do ręki własną szklankę z czarną kawą, pokazując, żebym wypił łyka. Wypiłem jednym duszkiem wstrętny ciepły, słodki płyn, i tylko nieco spokojniejszy czekałem na głos dyspozytorki z pogotowia. Podałem fakty, na ile udało mi się je ułożyć w jedną całość. Zanim zakończyłem, słyszałem już pierwszy, a za kilka chwil drugi sygnał. Pogotowie i milicja.
Usiadłem na fotelu w sekretariacie i powoli składałem fakty, kiedy to wpadł Irek z zamiarem telefonicznego powiadomienia rodziców Anki i Marka o tym, co się wydarzyło. Szukaliśmy w książce telefonicznej numerów sołtysów z ich miejscowości. Potem czekaliśmy na połączenie, prosząc telefonistkę o pośpiech, bo wiadomo, jak to jest na wsi – wyjadą w pole i wrócą dopiero na obiad albo i wieczorem. Los (w osobie uprzejmej telefonistki) nam jednak sprzyjał. Udało się dodzwonić, nie czekając nawet zbyt długo, sołtysi powiadomią rodziców, a oni przyjadą do szpitala.
– To wszystko, nic tu po was. Reszta tylko w rękach lekarzy. Zrobiliście, chłopcy, wszystko, co tylko można było zrobić – próbowała nas pocieszać sekretarka. – Teraz idźcie do klasy, a ja za godzinę zadzwonię do szpitala i dowiem się, co się z nimi dzieje.
– Ty jeszcze nie możesz iść na lekcje. – Irek wyraźnie wiedział więcej niż ja. – Dorotka prosiła, żebyś podrzucił jej auto do szpitala, bo ona musiała z nimi pojechać. Robert zaparkował pod szkołą. Jak ochłoniesz, to jedź! Chyba nie musisz się spieszyć, bo to na pewno potrwa.
– Nie, pojadę. Nasza stara też pewnie nieźle przerażona. Trzeba z nią być. – Skąd we mnie wzięło się tyle empatii, sam nie wiem, ale tak właśnie czułem. – Ona potrafiła wszystkim zakomenderować, zachowała tyle zimnej krwi, ale widać było, że cała dygocze. Pewnie teraz to z niej wychodzi, tak jak ze mnie przed chwilą. Muszę jechać!
– Uważaj na siebie. Może jechać z tobą? – zatroszczył się Irek. – Po tym wszystkim... Nie boisz się?
– Nie powiem, że nie, ale będę jechał bardzo, bardzo ostrożnie – zapewniałem bez większego przekonania.
– Dobra, ja muszę iść, trzeba pomóc Halinie, bo poszła za Dorotkę do pierwszaków, a wiesz, jakie to jeszcze rozbrykane towarzystwo.
***
– Jesteś. Jak dobrze, tak się bałam, że tobie też może coś się stać. Jakaż ja jestem nierozsądna i nieodpowiedzialna, jak mogłam po tym wszystkim kazać ci przyjeżdżać do szpitala... – Dorotka zalała mnie chaotycznym potokiem słów. Sprawiała wrażenie, jakby naraz chciała wszystko powiedzieć. – Dobrze, że jesteś, chyba nie poradziłabym sobie sama. Rozlazłam się całkowicie. Cała drżę, nie mogę uspokoić rąk. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
– Spokojnie, ja tu zostanę, lekcje nie są takie ważne. Wcale się pani profesor nie rozlazła, to właśnie pani umiała tym wszystkim zarządzić. Gdyby nie pani, to stalibyśmy i patrzyli jak na malowane wrota. Skąd w pani taka zdolność, taka siła i zorganizowanie? Ja bym tak nie umiał. Chyba nikt z nas, a pani profesor mówi, że się rozlazła. Może już pani odpocząć. Teraz wszystko w rękach lekarzy.
– I Boga. Tak, w nim jedyna nadzieja.
Nie poznawałem jej. Zawsze taka zorganizowana, teraz siedziała załamana, blada, smutna. Skuliła się w sobie na tym pustym, odrapanym korytarzu przed salą operacyjną, na białym metalowym krześle, z narzuconym na ramiona wykrochmalonym fartuchem dla gości. Ja też taki dostałem. Dlaczego nas tam wpuścili, tego nie wiem. Zwykle kazali rodzinie i znajomym czekać w poczekalni. Może traktowali ją jak kogoś najbliższego, a ja już tylko przyszedłem szukać swojej pani profesor. Wszyscy byli dla nas tacy uprzejmi. Nie było to naturalne w czasach, gdy każdy, kto miał kawałek władzy, starał się ją wszystkim okazywać, utrudniając życie. Bałem się tej uprzejmości, ona chyba nie wróżyła niczego dobrego.
Niewiele myśląc, kierowany impulsem, wziąłem drżące dłonie mojej dojrzałej nauczycielki w swoje, wystraszonego nastolatka. Objąłem je i trzymałem tak długo, dopóki nie przestały drżeć. Jak bardzo odwróciły się role... To ja byłem tym dorosłym, a ona była jak małe dziecko, potrzebujące opieki.
– Najpierw wszyscy biegali: lekarze pielęgniarki, salowe, nie wiem, kto tam jeszcze... – Cicho, bardzo cicho, przez zaciśnięte ze stresu zęby zaczęła mówić. – A potem wszystko umilkło. Są tam już bardzo długo, nie wiem nawet, jak długo. Nie pytam nikogo o nic, nie chcę przeszkadzać, ale muszę tu być, kiedy przyjadą ich rodzice. Już wiem, co oni teraz przeżywają, muszę im pomóc, chociaż sama nie wiem, jak to zrobić. Oni są dużo starsi ode mnie, ale to ja muszę być dorosła. Obawiam się, że nie będę miała dla nich dobrych wieści. Jakiekolwiek by były, na pewno nie będą dobre. To wyglądało strasznie. Dopiero teraz, kiedy tu siedzę, przed oczyma przepływają mi obrazy z dzisiejszego poranka. Nawet jeśli przeżyją, będą długo cierpieli. Mam nadzieję, że operacje się udadzą. Oni nie mogą umrzeć, są tacy młodzi, to byłoby niesprawiedliwe, niesprawiedliwe... – mówiła coraz ciszej.
Pierwszy raz widziałem, jak nauczyciel płacze...
Nigdy nie traktowaliśmy nauczycieli jak zwykłych ludzi, oni byli zawsze tacy dalecy. Nie mieli ludzkich reakcji, tylko wiecznie człowieka oceniali, rozliczali ze wszystkiego. A teraz widziałem zwykłą kobietę, która czuła to samo, co ja. Bała się o bliskie osoby, czuła, że wszystko może odbyć się nie tak, miała jednak mimo to nadzieję, że pójdzie dobrze.
Czekaliśmy bardzo długo, może nawet kilka godzin, a może tylko kilka kwadransów, nie wiem. Czas biegł swoim nieokreślonym dla mnie rytmem. Rodzice się nie zjawiali. Być może sołtys nie mógł ich znaleźć. Górskie pola są oddalone od siebie, poprzecinane lasami, stawami i wzgórzami. Nie można stanąć koło domu i krzyknąć, żeby głos poniósł się po łąkach. Tam trzeba zaprząc konia i jechać od poletka do poletka, zmagając się z kamieniami leżącymi w poprzek polnej drogi. Małe skrawki ziemi wyrwane górom i lasom. Potem trzeba przyjechać do domu, wyprząc konia, nakarmić zwierzęta, i dopiero można wyjechać do miasta. Zwierzęta nie rozumieją ludzkich problemów, one zawsze dostają karmę na czas i nie zastanawiają się, skąd gospodarz ją bierze i czy jego syn albo córka nie umiera właśnie na stole operacyjnym. Sąsiedzi zawsze pomogą, ale tylko wtedy, gdy sami są w domu, a nie daleko w polu.
Wyjazd ze wsi to druga część problemu. Jeśli na wsi ktokolwiek ma samochód, to można się wydostać, jeśli nie, trzeba czekać na autobus albo zaprzęgać konia i jechać do najbliższego większego przystanku. Życie w górskiej wiosce nie jest łatwe – zdałem sobie sprawę dopiero teraz, kiedy spróbowałem określić sytuację rodziców Anki i Marka.
Nareszcie wyszedł lekarz. Widać było po nim kilkugodzinne napięcie.
– Kim państwo są dla ofiar wypadku? – zapytał, mierząc nas wzrokiem, jakby z wyglądu chciał ocenić stopień pokrewieństwa.
– Jestem wychowawczynią – odpowiedziała Dorotka, zrywając się z krzesła.
– To dobrze, a rodzice? Nie ma rodziców? – Zmęczenie lekarza dawało się coraz bardziej zauważyć.
– Oni mieszkają na wsi, do której tylko dwa razy dziennie jeździ autobus, jeśli nie ma ich kto podwieźć, to trochę poczekamy – wyjaśniła. – Proszę mnie powiedzieć wszystko, a ja im będę musiała przekazać pierwsze wiadomości. Potem przyślę ich do pana. – Znów zorganizowana, zdecydowana w działaniu pani profesor, w niczym nie przypominała tej sprzed kilku jeszcze chwil.
– To dobrze, że zwolni mnie pani z tego przykrego obowiązku.
Czułem, jak uginają mi się nogi, na szczęście nikt nie interesował się moją osobą. Dorotka wyraźnie pobladła, jeśli można było być jeszcze bledszym.
– Tak? – spytała.
– Chłopak niestety nie żyje. Może to i dobrze, robiliśmy, co tylko można było, ale był tak zdruzgotany, że chyba lepiej dla niego. Byłby kaleką do końca życia. Miał połamane wszystkie kości oprócz twarzy. Kask ją ochronił. Zmarł, nie odzyskawszy przytomności. Za chwilę go wywiozą do kostnicy – relacjonował rzeczowo, ale wyraźnie czułem, że lekarz traktował to jak własną porażkę.
– A dziewczyna? – spytała nauczycielka drżącym szeptem.
– Jest nieprzytomna, ale żyje. Miała więcej szczęścia. Rozległe obrażenia, ale wyjdzie z tego. Trochę to potrwa, zanim wróci do szkoły.
– Miesiąc, dwa?
– Nie mogę powiedzieć, jest młoda, powinna niebawem zacząć wracać do zdrowia. Pewnie długo poleży w łóżku, ale uczyć się już będzie mogła. To może twoja dziewczyna? – zwrócił się do mnie.
– Nie, ale koleżanka z klasy – odpowiedziałem przez zaciśnięte gardło, jakby mnie ktoś wyrwał do tablicy. Ledwie mogłem opanować miękkie jak z waty nogi. Za chwilę zemdleję, ale przecież jestem tutaj, aby podtrzymywać moją panią profesor. Muszę wziąć się w garść.
– Jeśli chcą państwo poczekać na rodziców, to proszę ich potem do mnie zaprosić, a za chwilę będzie można wejść na minutkę do młodej damy. Niestety, tak jak mówiłem, jest nieprzytomna, ale jeśli państwo sobie życzą, ja nie mam nic przeciwko. Teraz muszę nieco odpocząć, bo dzień się jeszcze nie skończył. Nigdy nie wiem, co mnie czeka. Do widzenia państwu. – I odszedł.
Staliśmy jak porażeni, z trudem wyduszając z siebie:
– Do widzenia.
Co stało się potem, wymknęło się spod kontroli umysłu. Staliśmy na korytarzu przytuleni i spłakani. Nie kryliśmy przed sobą własnego bólu. Ona nie była zimną, bezduszną nauczycielką, ja nie byłem mężczyzną, który przecież nigdy nie płacze. Łzy płynęły nam ciurkiem po twarzy i szyi, słone, ciepłe; jej pomieszane z moimi...
Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny,
Ktoś odszedł, kto nie wiem i jestem samotny...
Dżdżu krople spadają i tłuką w me okno
Deszcz szklany, płaszcz szklany a szyby w mgle mokną...