Szkoła życia - Maja Włoszczowska

-
Proszę czekać

 

Połamane marzenia 1

Ryczę jak zwierzę. Głośno, prostacko. Z bólu i ze złości. Miałam w życiu trochę kontuzji i wypadków, więc wiem, co to ból. Ale ten jest większy niż wszystkie poprzednie. Jakiś straszny, rwący, dziki.

Zwierzęcym, atawistycznym wysiłkiem próbuję się ruszyć. Ale nowy wybuch bólu na moment odbiera mi świadomość. Gdy wraca, oprócz bólu jest zimno. Leżę częściowo w wodzie, w małym strumyku. Pamiętam, że na zjeździe wykonałam skok, ale lądowanie nie wyszło najlepiej, zachwiałam się i chcąc uniknąć zderzenia ze skarpą, bo po skoku jest od razu zakręt, zeskoczyłam z roweru. Potem wybuch bólu i jestem tu, na dole, w strumieniu. Bardziej wraca mi świadomość. Zderzenie dwóch myśli - do dziś pamiętam, że równoczesnych - pierwsza, straszna: "No to po olimpiadzie" i druga, lepsza: "Na pewno żyję, głowa cała, to tylko noga". Próbuję się ruszyć, ale zamiast ruchu jest kolejny wrzask. Nade mną chyba ktoś stoi. Sekunda namysłu. Tak, to Ola Dawidowicz. Już wszystko wiem. Za trzy tygodnie igrzyska w Londynie. Jesteśmy na treningu we włoskich Alpach. Po chwili nade mną druga postać. To Marek Konwa, męski rodzynek w reprezentacji olimpijskiej w kolarstwie górskim. O ruszeniu mnie nie ma mowy. Jesteśmy sami. To był ostatni nasz zjazd - zbliża się wieczór. Wyję z bólu, ale nie zamierzam tu umrzeć. Marek rusza rowerem na dół po pomoc. Na końcu zjazdu czeka trener Marek Galiński z fizjoterapeutą i mechanikiem. Ola zostaje. Jest chyba bardziej przerażona ode mnie. Dopiero po chwili trzęsącymi się rękami wybiera numer trenera. (Dziś już wiem na pewno, jak ważną rzeczą w górach jest telefon). Udaje mi się zebrać myśli. "Zabierz mój rower z trasy" - mówię do Oli. Co chwila ból rozsadza moją stopę i wrzeszczę, by go zagłuszyć. "Przepraszam, ale muszę..." A miał to być ostatni zjazd... Jesteśmy w Livigno, cudownej malutkiej miejscowości wśród skał i lodowców. Na końcu świata, chociaż w Europie. Niby niedaleko, ale za lodowcem, perły w alpejskiej koronie - Davos i St. Moritz. Widok mojej stopy jest przerażający. Wygląda, jakby była oderwana od reszty nogi. Jakaś kość wystaje nad butem, który razem ze stopą w środku jest przekręcony o 90 stopni w stosunku do wyjściowej pozycji. Nie mogę na to patrzeć. "Olka, zrób zdjęcie. To będzie kiedyś historia". Patrzy z przerażeniem, czy aby na pewno z moją głową wszystko w porządku i chcę teraz fotografować ten kikut. Ale spełnia prośbę.

 

 

Ból narasta, odcinając myśli. Wrzeszczę, jęczę, wierząc, że to przynosi jakąś ulgę. Mijają godziny albo tak mi się wydaje. Wiem, że jestem na końcu świata, ale przecież są helikoptery. Wreszcie jakiś rumor, postacie nade mną. Chyba ekipa ratunkowa. Żeby w ogóle mnie dotknąć, zaczynają od potężnej dawki morfiny w zastrzyku. Do gałęzi nade mną przywiązują kroplówkę. Niewiele to daje i przy akompaniamencie kolejnych moich wrzasków pakują mnie na nosze. I pieszo w dół, bo tu przecież, oprócz kolarzy, nic nie dojedzie. Teraz dopiero wiem, co to ból od wstrząsów. Na dole karetka. Jak w połowie Europy - bez lekarza. Do asfaltu daleko, więc jazda po wertepach. Wreszcie stacja pogotowia. Mała, lokalna. Jedyny lekarz ma minę bardziej przerażoną niż ja. Kolejne leki i dalsza jazda. Jakiś większy szpital. Dalej nie pamiętam.

 

Najgorszy widok mojego życia.

 

 

Bardziej niż noga bolą stracone igrzyska.

 

Budzi mnie ból. Nade mną biały sufit. Patrzę w kierunku... bólu. Tam, gdzie zawsze miałam prawą stopę, tym razem widzę jakąś niekształtną bryłę. Przebitą, ukrzyżowaną na poprzek potężnym metalowym prętem. To wszystko wisi bez gipsu na jakimś krzyżu, no, może na rusztowaniu. Czyli pewnie na wyciągu. Przerażenie i straszna myśl: "Tak, po olimpiadzie i chyba po kolarstwie. Ale przynajmniej stopa już ułożona we właściwym kierunku!". Próba wydobycia z pamięci ostatnich sekund. To nie miało prawa się stać. I nic złego nie zrobiłam. Livigno to jedno z głównych światowych centrów kultu kolarstwa górskiego. Byłam tu nie raz. Tu zostałam wicemistrzynią świata w 2005 roku. Alpy do nieba, skały i wertepy, ale dla zawodowego kolarza górskiego trasa bez skrajnych trudności. Nawet pieszo da się przejść. Dziś, 20 lipca 2012 roku, jak co dzień rano ćwiczyliśmy wytrzymałość, a po południu technikę, wjeżdżając z rowerami bardzo wysoko kolejką linową i podczas zjazdu ćwicząc dropy (skoki), hamowanie i zakręty. Cały dzień szło mi jakoś ciężko, więc trochę odpuszczałam, jadąc wolniej, ostrożniej. W tym miejscu, znanym, widocznym, trzeba z drewnianego mostka bez barier skoczyć skośnie w dół na ścieżkę. W aktualnej olimpijskiej formie skok jak setki innych. Jedyny problem, że tuż po lądowaniu jest zakręt i trzeba się do niego sprytnie złożyć. Skok wykonuję poprawnie, ale lądowanie jest na tyle chwiejne, że mimo iż nie składam się w zakręt, prawidłowo wypinam stopy z pedałów i zeskakuję z roweru. Nic nadzwyczajnego w kolarstwie górskim. W jaką szczelinę trafia prawa stopa - nie wiem. Ale gdzieś tam grzęźnie, zostaje, a ja tracę równowagę i spadam z urwiska do strumyka.

 

Patrzę w sufit, bo wolę nie patrzeć na to, co zostało z mojej stopy.

 

 

 

Korki do wina na opatrunku... To mogli wymyślić tylko Włosi.

 

 

Czyżby w tym szpitalu był przede mną Adam Małysz? Drugie śniadanie.

 

W skali naszej dyscypliny to wypadek banalny. Nie takie fikołki mnie i moim konkurentkom w życiu się przytrafiały. Sama, na początku kariery, w 1998 roku, niedaleko domu, w Sokolikach, jak uderzyłam czołowo w drzewo, to do dzisiaj nie mogę się dowiedzieć, dlaczego żyję. Tu skok nie był szczególnie duży. Miejsce znane. Chociaż skoczkowie też łamią nogi na skoczniach, które znają.

 

Ta śruba zostanie w mojej stopie przynajmniej do końca kariery.

 

Do szpitala docierają najbliżsi - trener Marek Galiński i reszta ekipy. A także moja druga połówka, Przemek Zawada, również człowiek od sportów ekstremalnych (rajdy samochodowe), który wyjechał z Polski samochodem jeszcze przed wypadkiem, chcąc odwiedzić mnie we Włoszech. Głupio mi wobec mojej ekipy. To nie miała być moja olimpiada. To miała być nasza olimpiada, bo od dwóch lat całe swoje serce, wiedzę i umiejętności Marek Galiński, Hubert Grzebinoga (mechanik) i Mario Rajzer (fizjoterapeuta) wkładali w mój start. Robiliśmy to z sercem, z pasją, z wielką determinacją. I z radością. Wszystkie pomiary wydolnościowe i starty kontrolne wskazywały, że nie da się wrócić z Londynu inaczej niż z medalem. Może nawet z troszkę lepszym niż ten srebrny w Pekinie. Plany połamane, roztrzaskane, jak ten kikut wiszący na jakimś drucie. Leżę ledwo żywa (niełatwo leżeć nieruchomo), humor próbuje poprawić mi sympatyczny włoski pielęgniarz, ale nie bardzo mu się to udaje. Od leżenia koszmarnie bolą mnie już pośladki. Gdy próbuję się ruszyć, natychmiast pojawia się jeszcze gorszy ból w stopie. Czuję, jak kości trą jedna o drugą, wszystko trzeszczy, a widok pręta przechodzącego przez stopę szybko wybija mi z głowy jakiekolwiek próby ruchu. Czuję jednak, że zaraz wybuchnie mi pęcherz moczowy. Jedyna opcja: basenik. Pal licho brak komfortu, skrępowanie... Znów trzeszczące kości. Auuu!!!

Czas na śniadanie. Zdaję sobie sprawę, że od wczorajszego lunchu nic nie jadłam, i prawdę powiedziawszy, żołądek już mi się przykleja do kręgosłupa. Dostaję dwa suchary i kubek kawy. Mamma mia! Miałam nadzieję, że włoskie szpitale karmią lepiej niż rodzime. Na szczęście dwie godziny później znów pojawia się taca. Tym razem na niej bułka i banan. Po raz pierwszy się uśmiecham. Czyżby Adam Małysz był tu przede mną? Im bliżej wieczora, tym kuchnia coraz bardziej się rozkręca. Jest zupa, makaron, nawet jakieś mięso. Czuję się, jakbym nie jadła przez tydzień. Czas między posiłkami pomagają przetrwać kolejne dawki środków przeciwbólowych. Wszystko bym oddała, by uwolnić się z tego rusztowania. Naprawdę mam dość. Lekarze jednak nie pozwalają.

 

Złamana noga wzbudza większą sensację niż medale.

 

Cały sztab ludzi kombinuje, co ze mną zrobić. Mój telefon przejmuje Przemek i na bieżąco przekazuje reszcie świata informacje. Zwycięża koncepcja operacji w Polsce. Trzeba tylko wymyślić transport. Samochodem "nie przeżyję". Najbliższy rejsowy lot za dwa dni. Czekać nie można. I nagle jest. Prywatny samolot prezesa mojego klubu CCC Polkowice Dariusza Miłka. Gest wspaniały, biorąc pod uwagę fakt, o którym wtedy opinia publiczna nie wiedziała: że parę tygodni wcześniej, po tylu latach świetnej współpracy, dogadałam się w sprawie mojego odejścia z CCC! Bo otrzymałam ofertę z topowego na świecie zawodowego zespołu Giant. Prezes wtedy nie krzyczał na mnie, ale spokojnie uznał, że tam mam szanse na dalszy rozwój, że mam prawo do takiego kroku, i moją prośbę uszanował. Teraz, choć nie musi, bez wahania podsyła prywatny samolot. Nawet sobie nie wyobraża, jak bardzo ulżył mojemu cierpieniu. Lecę do Katowic, bo stamtąd najbliżej do Bierunia, gdzie słynny polski ortopeda Krzysztof Ficek składa do kupy połamanych sportowców. Ku mojemu zaskoczeniu na katowickim lotnisku czekają dziennikarze. Skąd wiedzieli, że przylecę? Nie mam najmniejszej ochoty rozmawiać. Bo o czym? Jak mi cholernie źle? Wiem, że dramaty dobrze się sprzedają, ale prawdę powiedziawszy, to przykre, że więcej zainteresowania budzi potrzaskana noga niż którykolwiek z moich dotychczasowych sukcesów. Pod kliniką Galen w Bieruniu jeszcze więcej ludzi. Radio, telewizja, prasa... Docieramy przed godziną dwudziestą drugą, więc jest już ciemno i operatorzy kamer rozstawili sztuczne oświetlenie. Nie wiem, czy to kwestia środków przeciwbólowych, czy bólu, ale dopada mnie jakaś głupawka - chce mi się śmiać i nie mogę tego powstrzymać. A właściwie śmiać się i płakać jednocześnie. Brakuje tylko czerwonego dywanu... Na szczęście udaje mi się opanować, wytaszczyć z auta siebie i gips i odpowiedzieć na pytania z zachowaniem powagi stosownej do okoliczności. Wszyscy mnie podziwiają za spokój i opanowanie, ale wynikają one chyba z tego, że cały czas nie do końca dociera do mnie, co się stało...

 

Do Bierunia przyjeżdża z Jeleniej Góry mama, a z Warszawy Wacław Skarul, prezes Polskiego Związku Kolarskiego. Tylu ludziom sprawiłam kłopot. Gdy widzę troskę w ich oczach, do moich natychmiast napływają łzy. Mina doktora Ficka nie wzbudza we mnie entuzjazmu ani optymizmu. Zamiast prawej stopy mam jakiś kotlet mielony. Wszyscy czekają na "wyrok". Ja wiem dobrze od pierwszych chwil po wypadku, że na start w Londynie nie ma najmniejszych szans, ale media, działacze, kibice nogi nie widzieli, bólu nie czuli. A z różnymi kontuzjami przecież kolarze potrafią startować w zawodach. Jednak nawet taki cudotwórca jak doktor Ficek natury nie pokona. Ze złamaną piątą kością śródstopia mogłabym jechać. Ale na złamanie kości stępu i zerwane więzadła rady nie ma. Pryska ostatnia nadzieja. Czekającym przez cały dzień przed kliniką dziennikarzom doktor przekazuje smutną diagnozę. Trzy dni medialnego napięcia mijają. Pojawia się jednak dużo trudniejsze pytanie - nie czy wystartuję w Londynie, ale czy w ogóle wrócę do sportu.

 

Przyjaciele niestety idą w moje ślady... Tomek Kałużny też w Galenie ze złamaniem. Przynajmniej nie jestem sama:)

 

 

Nie mogę się ścigać, więc w innej roli uczestniczę w swoich zawodach w Jeleniej Górze.

 

Zoperować i poskładać to można. Tyle że nie jestem szachistką, lecz kolarzem, więc żeby wrócić na kolarski top, potrzebuję nogi Wiem, że dramaty dobrze się sprzedają, ale prawdę powiedziawszy, to przykre, że więcej zainteresowania budzi potrzaskana noga niż którykolwiek z moich dotychczasowych sukcesów lepszej niż tylko zdrowa. Pierwsze zalecenia - dwa tygodnie gipsu, aż opuchlizna nieco zejdzie. Potem operacja zespolenia kości i znowu gips. Oczywiście wypisują mnie do domu, bo skoro mam obowiązkowy sześciotygodniowy bezruch, nic tu po mnie. Moje mieszkanie to kiepskie miejsce na taką terapię, bo mieszkam wysoko, na poddaszu, a schody do mnie strome i wąziutkie. Teraz, w domu, dopiero widzę na spokojnie, na jak cieniutkim włosku, no może na chirurgicznej nitce, wisi moja kariera. Chyba dobrze, że skończyłam politechnikę. Dręczy mnie to wszystko. I dręczą media, dla których czyjeś nieszczęście to szczęśliwa szansa na wzrost sprzedaży i oglądalności oraz igrzyska jeszcze przed igrzyskami. Ponoć w lipcu byłam najpopularniejszym polskim sportowcem. Niektórzy pokusili się o stwierdzenie, że medialnie igrzyska wygrałam. Świetne poczucie humoru... Nie mogę się ścigać, więc w innej roli uczestniczę w swoich zawodach w Jeleniej Górze.

Głupio mi wobec mamy, najważniejszej osoby w moim życiu, która kiedyś swoimi sportowymi pasjami pchnęła mnie w kierunku kolarstwa, a w Londynie miała uczestniczyć w światowej akcji "Wspieramy mamy". Po tygodniu boli mnie trochę mniej, więc mama mówi spokojnie: "No to jedziemy do Londynu! Nie ma co siedzieć i płakać. Życie toczy się dalej". Brat też ma bilet. Początkowo odmawiam, bo noga jest w stanie niedotykalnym. Ale tam jest reszta polskiej ekipy i należy im się wsparcie. Wszyscy deklarują pomoc i noszenie na rękach. Najbardziej żal mi moich osobistych kibiców, którzy tak walczyli o bilety "na Włoszczowską". Wielu z nich pomagałam zdobyć te wejściówki. Na miejscu będę miała wózek i samochód. No to lecimy. No i potrzebuję biletu. Będzie z tych, które sama kupowałam, bo przecież już nie jestem uczestniczką igrzysk olimpijskich. Nie ma szans na dodatkową akredytację. Na moje miejsce pewnie poleci Ania Szafraniec, wedle kwalifikacji pierwsza rezerwowa. Działacze wybierają Paulę Gorycką.

W Londynie pierwsze bolesne zaskoczenie to kontrast między wzniosłymi deklaracjami o zachodnim świecie życzliwym dla niepełnosprawnych a szarą rzeczywistością. Na najbliższej stacji metra, i na kolejnych też, nie da się dotrzeć na peron w wózku inwalidzkim. Inaczej wyglądają takie problemy z perspektywy wózka. Któregoś dnia decyduję się go porzucić i poruszam się tylko o kulach. Ale po 500 metrach takiego spaceru moje dłonie mają dość. Do tego wisząca w dole w bezruchu noga puchnie i próbuje rozsadzić gips. Co chwila przystanek. Tak źle i tak niedobrze. Jedziemy na trasę "mojego wyścigu". Kibice już wiedzą, że będę, i czekają. Spotkanie równie miłe, co smutne. Razem "idziemy" wzdłuż trasy. Znam ją na pamięć, więc podpowiadam, gdzie będzie widowiskowo. Rusza wyścig. Szybko wkładam duże ciemne okulary, bo nie mogę powstrzymać łez. Czołówka robi dziwnie dużo błędów, dziewczyny męczą się pod górę. Ten medal był do wzięcia. To najtrudniejsze chwile w mojej kolarskiej karierze. Łzy i bezsilność. Ryczę ze złości. Na szczęście są też pozytywne emocje, które pozwalają mi dojść do równowagi. Ola walczy dzielnie! Dopinguję z całych sił - jest siódma. Paula daleko.

 

Po powrocie do domu znowu smutki, bo za parę dni mój własny, domowy wyścig Jelenia Góra Trophy - Maja Włoszczowska MTB Race. Tego nie odpuszczę. Jak nie na rowerze, to na wózku inwalidzkim. Trochę pomagam, trochę spikeruję. Mnóstwo ciepłych słów od ludzi wokół. Ale nastrój słodko-kwaśny, bo w innej roli miałam tu być.

W tym czasie kolejna wycieczka do Bierunia. Noga nieco się "uspokoiła", operacja jest już możliwa. Dostaję na niej tytanową śrubkę, która pomoże zrosnąć się jednej z kości. Zostanie w mojej stopie przynajmniej do końca kariery sportowej. Na tempo zrastania się kości nie mam wpływu. Ale większy problem mam z potężnymi ranami po przewierceniu stopy i po tym stalowym pręcie, którym ukrzyżowano mnie we włoskim szpitalu. Na szczęście gips jest nowoczesny, rozcięty na połówki, dzięki czemu można go na chwilę otwierać, żeby zadbać o rany. Świetne rozwiązanie. Bez tego byłby duży kłopot. Również na szczęście cały czas ktoś przy mnie jest. Mama, Przemek, babcia - wszyscy chętnie pomagają. Z całego nieszczęścia jeden pozytyw - mogę towarzyszyć Przemkowi na weselu jego przyjaciela. Przyjemność marna, bo noga - jeśli nie jest w górze - momentalnie puchnie, pulsuje i boli. Zawsze miło poznać nowe towarzystwo, ale ledwo mogę się skupić na rozmowie. Mimo wszystko cieszy mnie, że wyrwałam się z domu i z kolarskiego świata. Głowa trochę odpoczywa i dni "bezruchu" szybciej mijają.

 

Kibice pozostają wierni, nawet gdy nie wygrywam.

 

Wreszcie wielki dzień - jadę do doktora Ficka na całkowite zdjęcie gipsu. Smutny widok wychudzonej nogi. Jeszcze smutniej wyglądają lekarze. Owszem, zrosło się (łącznie z tą śrubą, którą w śródstopiu mam do dzisiaj). Ale w stawie skokowym, czyli w kostce, stopa nie zgina się ani o milimetr. A ja, głupia, liczyłam, że następnego dnia po zdjęciu gipsu wsiądę na rower. Lekarze uprzejmie mówią, że "są szanse", ale za kilka tygodni. Najważniejsza jest długa, żmudna, trudna rehabilitacja.

Co chwila jeżdżę do Bierunia na trzy, cztery dni ćwiczeń rehabilitacyjnych. Czuję się jak w reżimie treningowym - dwugodzinna sesja ćwiczeń rano, kolejne dwie godziny po południu. Tylko coś spocić się nie mogę, bo ów "trening" to na początku głównie praca fizjoterapeuty, który rozgniata mi tkanki i z użyciem całkiem sporej siły próbuje ruszyć moją stopę. Wszystko na granicy bólu. Walczymy o każdy stopień zgięcia. Bywa wesoło - razem ze mną na rehabilitację przyjeżdżają inni pacjenci Galenu, którzy solidaryzują się ze mną w bólu. A najprościej sobie z nim poradzić poczuciem humoru. Jestem pod wrażeniem pana Pawła - amatora paralotni. Spadł z piętnastu metrów, połamał nie tylko staw skokowy, ale także żebra i - co dużo poważniejsze - biodra. Mimo to nie traci humoru, na prawo i lewo rzuca żarcikami, a co najważniejsze, już planuje następny lot! Z początku się dziwię: "Kurczę, gość mało nie stracił życia przez hobby i znów chce ryzykować. Ja to co innego - w końcu to moja praca". Ale właściwie doskonale go rozumiem. To po prostu pasja, obsesja, narkotyczne działanie sportu każe wrócić, niezależnie od ryzyka, jakie niesie. Ścigamy się więc z Pawłem, kto szybciej wróci do sprawności: "Ile masz stopni zgięcia?", "Piętnaście". "Cholera, ja dopiero jedenaście. Szymon! Dawaj nowe ćwiczenie! Paweł mi ucieka!" (Szymon Kostka - fizjoterapeuta Galenu).

 

 

Godziny ćwiczeń w Galenie. Czasem ze łzami, czasem z uśmiechem.

 

Atmosfera w Bieruniu bardzo fajna, jednak poza domem mi smutno. Skoro już jestem unieruchomiona i nie mogę trenować, to przynajmniej skorzystałabym na tym i pomieszkała trochę w Jeleniej Górze... Znajduję więc świetnego fizjoterapeutę - Pawła Zimonia. Kilka razy jedzie ze mną do Bierunia, doktor Ficek zaprasza go na kolejną operację, by mógł jeszcze lepiej zrozumieć mój problem.

 

Codzienne zadanie domowe od mojego fizjoterapeuty Pawła Zimonia.

 

Cała jesień to tysiące ćwiczeń. Stopa rusza się niewiele. Za to bardzo boli. Bezboleśnie mogę ruszać jedynie myślami. Wgrywam do iPhone'a aplikację "poziomica i kątomierz", żeby nowocześnie mierzyć sukcesy rehabilitacji. Tyle że marne mam sukcesy. Czytam historię Roberta Kubicy. Chyba jestem na tym samym etapie - tysiąc ćwiczeń dziennie.

Nie mam gipsu, ale cały czas poruszam się z potężnym butem ortopedycznym i dalej na jednej nodze o kulach. Nigdy nie myślałam, że życie o kulach jest aż tak trudne. Gdy próbuję wtarabanić się na swoje poddasze, czuję się jak Syzyf. Nie mieszczę się z dwoma kulami na wąskich, stromych schodach, więc jedną kulę kładę na stopniach i zamiast na niej podpieram się na barierce. Kilka schodków, przekładam kulę wyżej. Kolejne trzy, kula wyżej. Już prawie jestem na szczycie, gdy ta ześlizguje się i spada na sam dół. Cała praca od nowa... Chodzić jakoś się nauczyłam. Ale jak przynieść sobie herbatę? Rzeczy o stałej konsystencji przenoszę w zębach lub wrzucam do torby przewieszonej przez ramię. Nie zawsze działa. Kuśtykając z suszarką w zębach ciągnę po podłodze kabel, na który niefortunnie staję zdrową nogą, tracąc równowagę. Nie chcąc opierać się na złamanej, ląduję jak długa na kafelkach. Wściekłość i bezradność są gorsze od bólu. Leżę zrezygnowana, nie wiedząc, czy mam wrzeszczeć, czy płakać. Ale... co mi to da? Nie bez wysiłku podnoszę się więc i wracam do zabawy z suszarką.

 

Wielka chwila - nie mogę chodzić, ale mogę już jeździć.

 

Żeby nie zwariować zamknięta na swoim strychu, trochę udzielam się społecznie. Na spotkaniu z młodzieżą w Polkowicach, formalnie moim mieście klubowym i macierzystym, zostaję zmuszona do symbolicznego powrotu, a więc do przejechania krótkiego, prostego odcinka rowerem. Dość dramatyczny moment. Ale przejechałam! Co prawda tylko 100 metrów, frajdę jednak mam jak dziecko jadące po raz pierwszy bez pomocy dwóch bocznych kółek! W końcu października czuję, że muszę wsiąść na rower. Porządny, wyczynowy. Na razie szosowy. O włożeniu buta nie ma mowy, ale zdobywam specjalne sandały "dla niepełnosprawnych", z kolarskimi zatrzaskami SPD mocującymi stopę do pedałów. Średnio mi idzie takie powolne jeżdżenie. Ale i tak lepiej niż chodzenie! (Na rowerze nie ma takich uderzeń od dołu jak przy chodzeniu. No i wystarczy mniejszy kąt zgięcia stawu). Rehabilitacji ciąg dalszy, tysiące ćwiczeń, tym razem na ruchomej bieżni. Monotonne to wszystko.

 

Dobrze, że rowerem po równej szosie jestem już w stanie wyjechać za miasto. W listopadzie Ola Dawidowicz leci z rowerem, trochę urlopowo, trochę szkoleniowo, na Wyspy Kanaryjskie. No to ja też! Z rowerem i planem treningowym. Jeżdżę tam delikatnie godzinkę. Po paru dniach nawet dwie. Niby powód do radości. Ale nie ma jej we mnie. Raczej narasta przerażenie. Bo jeżdżę słabo. Nie chodzi nawet o stopę, ale mam ogólny zanik mięśni. Prawa noga w obwodzie mniejsza o kilka centymetrów od lewej. Zamiast jak dawniej 200 watów mocy rozwijam ledwo 120! Nie jestem w stanie wjechać na żadną górkę. Nawet nie podjazdy, ale zmarszczki na drodze zamieniają się w Himalaje. Przyzwyczajona do zupełnie innej prędkości i siły w nogach, nie odczuwam żadnej przyjemności z tej jazdy. A miało być tak fajnie... Wieczorem (Wyspy Kanaryjskie!) wszędzie dziewczyny na obcasach. Nie mogę na nie patrzeć. Moja stopa buntuje się po godzinie maszerowania... w adidasach. Mam czarne myśli co do dalszej kariery. Ale po dwóch tygodniach regularnej wolnej jazdy widzę postęp. Jest światełko w tunelu. Z nadziejami wracam do Polski. Czekam na śnieg i narty biegowe. Zawsze dawały mi tyle radości i dobrą formę. Ale na nartach się nie da - boli potwornie, a staw musiałby być bardziej ruchomy. Przed świętami trener Marek Galiński robi zgrupowanie w Świeradowie-Zdroju. Bardzo mu ufam, podziwiam za wiedzę. Daje mi mniejsze obciążenia niż pozostałym dziewczynom, ale... jestem pozytywnie zaskoczona - nawet tak bardzo nie odstaję. Chociaż do mojej normalnej dyspozycji bardzo daleko. Trenuję i cały czas się rehabilituję. Niestety, ulubione narty biegowe nie dają mi radości. Po dwudziestu minutach stopa tak potwornie mnie boli, że aby kontynuować trening, zaciskam zęby i zagłuszam ból muzyką. Ale nie pomaga. Ból wygrywa, więc siadam na śniegu i ryczę. Doprowadzam się do takiego stanu, że już nawet nie mogę wrócić na Polanę Jakuszycką, skąd wystartowałam. Ratunku!!! Dlaczego muszę mieć tak pod górę?! Gdy udaje mi się uspokoić, wstaję i jakoś dowlekam się do bazy. Nie wyobrażam sobie zimy bez nart, więc kombinuję. Może inne buty, może inne narty? Stylem łyżwowym nie mogę, to może klasyk? Nic jednak nie pomaga. Tej zimy na pewno nie pobiegam. Muszę się zadowolić innymi treningami.

 

 

Niestety nie obyło się bez kolejnej operacji (styczniowa atroskopia)

 

Dręczy mnie sprawa mojego kontraktu z nowym pracodawcą. Przed olimpiadą dostałam propozycję od Gianta. Zdecydowałam się, chociaż dobrze mi tam było, odejść z Polkowic i ruszyć w szeroki świat. Nowe szefostwo ufa mi bezgranicznie i nawet nie myśli o anulowaniu kontraktu. Mam się wyleczyć, wracać i wygrywać. Nie jestem panikarą, ale źle to widzę. Giant uważa, że ma dwie gwiazdy - Szwajcarkę Jolandę Neff i mnie. Przy czym to ja mam być numerem jeden. Z Jolandą od początku mam świetny kontakt. Dzwoni do mnie z informacją, że zna genialnego ortopedę leczącego najlepszych szwajcarskich sportowców. Mam tam przyjechać. Konsultacji nigdy za wiele, tym bardziej że właśnie przeżywam jakiś kryzys w rehabilitacji; od dwóch tygodni żadnej poprawy! Szwajcarscy eksperci chwalą leczenie, jakie mam w Polsce. Po prześwietleniu mówią jednak, że w środku stopy jest tyle blizn i narośli, że trzeba to wyczyścić operacyjnie. Można to zrobić w Polsce, bo szpital w Bieruniu to poziom światowy. Robię tam artroskopię. W absolutnej tajemnicy, bo nie chcę mediów i jakiegokolwiek zbiegowiska. A zwłaszcza tabloidów i paru prostaczków z internetu, wyszydzających przy piwku wszelkich kontuzjowanych "skończonych" sportowców. Nawet w PZKol nie melduję, bo tam też znalazł się były kolarz, który nie mógł się powstrzymać od komentarza: "Gdyby kózka nie skakała...". Według lekarzy wszystko udaje się świetnie. W mojej ocenie poprawa jest niewielka. Jeszcze ze szwami na nodze, ale z rowerem, jadę do Calpe w Hiszpanii. Bez teamu, tylko z fizjoterapeutą Pawłem Zimoniem. Jest tu pięknie i nie ma zimy. Dużo ćwiczeń i rehabilitacji. Sama zdejmuję szwy po artroskopii. Jednak jest lepiej! Coraz lepiej. Marek Galiński siedzi nad moimi planami treningowymi i dosyła mi je na bieżąco. Są postępy. Wzrasta moc. Udaje mi się namówić na wyjazd moją przyjaciółkę Olę Jochymek. Razem gotujemy, eksperymentując z owocami morza. Mam z kim poplotkować nie tylko o sporcie. Bardzo pomaga mi to rozładować stres związany ze zbliżającym się sezonem i moim brakiem sportowej gotowości.

 

Tysiące ćwiczeń przynoszą efekty. Noga coraz sprawniejsza.

 

Wreszcie spotkanie z nowym teamem. Giant zorganizował je na Cyprze. Pora w końcu zamienić treningi szosowe na konkretną jazdę terenową. Noga jest w coraz lepszym stanie. Gorzej z psychiką. Mam jednak jakąś blokadę przed szybką jazdą w trudnym terenie. I strach, że w krytycznym momencie nie zdążę wypiąć stopy i się podeprzeć. Ale jeżdżąc w grupie, jakoś to przełamuję. Świetna jest atmosfera w tym zespole. Pogodni ludzie. Nikt na nikogo nie krzyczy. Profesjonalizm i zaufanie. Kręcimy film reklamowy, razem gotujemy. Zupełnie nowi dla mnie ludzie, a czuję się jak w domu. Trochę mi głupio, bo wszyscy już się ścigają, a ja tylko trenuję. Leo - nasz menedżer - namawia mnie, bym też spróbowała, ale rozsądek nakazuje poczekać. I słusznie, bo po kilku mocniejszych treningach zaczynają się pojawiać nowe problemy. Tu przeciążony mięsień, tam ścięgno. Kilka razy ledwo wracam z treningu, sytuację musi ratować fizjoterapeuta za pomocą plastrów kinezjotapingu. Całe szczęście, że Leo pozwolił mi zabrać swojego fizjoterapeutę. Co więcej, team pokrywa koszty jego pobytu i połowę wynagrodzenia, co mocno odciąża mój budżet (na początku sezonu dostałam informację, że w tym roku Polski Związek Kolarski nie przewiduje szkolenia seniorów, więc na przygotowania wykładam własne pieniądze). Paweł tak przypadł wszystkim do gustu - temperamentem, chęcią do pracy i fachowością - że dostaje miejsce w drużynie na stałe! Jaka to dobra dla mnie wiadomość! Jego pomoc pozwala mi szybko wrócić na rower, choć i tak się wściekam - szkoda mi każdego straconego treningu. Prawda jest taka, że być może te minikontuzje wychodzą mi na dobre - ratują przed przetrenowaniem.

 

Po Cyprze, już bez zespołu, zupełnie sama jadę do Hiszpanii. Wyjazd drogi, więc Paweł zostaje w Polsce, wiem jednak, że w razie potrzeby znajdę pomoc na miejscu. Towarzystwo również. Ośrodek sportowy w Sierra Nevada na wysokości 2300 metrów n.p.m. ma pełną infrastrukturę sportową, laboratorium do badań i przyjazną obsługę, pomagającą sportowcom w organizacji treningu. Do tego genialne trasy rowerowe. Zawsze spotykam tam sportowców z całego świata. Tym razem nawet znajomego kolarza szosowego Michała Gołasia, który przyjeżdża trenować z kolegami z ekipy Quick Step. Na miejsce dociera też Marek Galiński. Tyle że jako trener kadry... rosyjskiej. Szkoda, że dla takich fachowców tak trudno o miejsce w Polsce. Rosjanie potężną grupą, a ja sama na boczku. Jeżdżę coraz mocniej, ale ciągle niepewnie. Bezwiednie dręczy mnie uraz z niedawnej przeszłości. A niepewna jazda zawsze wróży kłopoty i skutek do przewidzenia. Na zjeździe jedno strachliwe hamowanie i pięknym saltem lecę przez kierownicę. Momentalnie wstaję, liczę ręce i nogi. Wszystko całe! Super! Wypadek, a mimo to głupia radość - ciągle umiem na czas się wypiąć, umiem upaść. I umiem wstać! Biegnę powiedzieć wszystkim, że miałam wypadek. Bardzo był mi potrzebny! Na zakończenie pobytu wyścig. Niezupełnie oficjalny i rankingowy, ale wielki, międzynarodowy. Taki całkiem serio. Wspólny start wielu kategorii. Więc dziki tłum i zamieszanie na starcie. Zaczynam strachliwie. Ale potem zapominam o nodze. Przepycham się do przodu, wyprzedzam, atakuję. Po opadach deszczu jest ślisko, trzeba podbiegać. Dobrze, to kolejny test dla stopy. Znowu kogoś wyprzedzam. Ale mnie to kręci! Wygrywam!!! Nie tylko wyścig. Wygrywam ze swoim strachem, lękami, obawami. Jaka radość!

 

Nowa drużyna dała mi wielką motywację. Z Giant Pro XC Team na Cyprze.

 

Tydzień później już dużo bardziej serio i urzędowo - Bundesliga, czyli Międzynarodowy Puchar Niemiec. Startuje cały męski i żeński zespół Gianta. Pierwszy raz oficjalnie jedziemy razem. Na starcie kilka dziewczyn z czołówki rankingu Międzynarodowej Unii Kolarskiej, w tym mistrzyni świata Julie Bresset. Do przodu wyrywa moja młoda koleżanka z drużyny Jolanda Neff. Ja za nią. Ależ genialne uczucie jechać razem na czele. Utrzymuje się z nami tylko Niemka Adelheid Morath. Jolanda słabnie, ale ja jadę dalej jak natchniona. Reprezentantkę gospodarzy zostawiam w tyle i wygrywam! Niesamowite! To już nie przelewki. Wiadomość, że wróciłam, i to z przytupem, idzie w świat. Następny weekend to kolejna runda Bundesligi. Przyjeżdża cały bus kibiców z Polski, TVN kręci materiał o moim powrocie. Cholernie mi zależy. Wygrywam! Stamtąd na duży wyścig do Austrii. Wygrywam! Kręci mi się w głowie. Rehabilitacja nieskończona, śruba w nodze i cztery zwycięstwa z rzędu!

Dziwny jest ten świat. Los zsyła człowiekowi straszną klęskę, ale pozwala mu wstać, walczyć dalej i wynagradza czterema zwycięstwami. Wypadek tyle mi zabrał. Ale dał mi nową siłę, o jaką siebie nie podejrzewałam. Nie poddałam się. Tysiące godzin ćwiczeń. Teraz trzymam w ręce ten czwarty puchar. Psychicznie czuję się bosko, chociaż fizycznie bardzo wyczerpana, bo te cztery sukcesy wymęczyły mnie do granic zdrowego rozsądku. Organizm nieco się buntuje i z temperaturą ląduję w łóżku. Lekkie przeziębienie paradoksalnie pomaga - zmusza do odpoczynku. Żałuję bardzo, bo trenować do mnie i Pawła Zimonia przyjechał mój kolega z Gianta Fabian Giger. Udostępniam mu lokum mojego brata, który wyjechał na tydzień do Włoch. Mieliśmy z Fabianem pojeździć, a z Pawłem popracować nad treningiem stabilizacyjnym. Tymczasem leżakuję. Pokazuję Fabianowi na mapie trasy - zarówno szosowe, jak i off-roadowe. Jest zachwycony warunkami, jakie mam w Jeleniej Górze: "Już wiem, skąd jesteś taka dobra w kolarstwie górskim". Pod koniec jego pobytu wracam na rower i udaje mi się jeszcze zrobić dwa solidne mikrocykle treningowe, po których ruszam na Puchar Świata do Albstadt. Tu już nie ma żartów. Najgorsze, że nie mogę startować ani z pierwszego rzędu, ani z żadnego z pierwszych pięciu (!) rzędów, bo wskutek pechowej dla mnie zmiany przepisów międzynarodowej federacji UCI o kolejności na starcie decyduje nie ranking Pucharu Świata, lecz ranking UCI. A w nim z powodu nieobecności w drugiej połowie zeszłego roku (tak jakby spotkało mnie mało innych nieszczęść) mam daleką pozycję i w związku z tym muszę startować z szóstej linii z miejsca prawie pięćdziesiątego! Oczywiście na starcie bałagan i korek. Chcę jechać, ale nie ma jak - słabsze zawodniczki blokują trasę. Czołówki już nie widać. Po pierwszym okrążeniu mam prawie minutę straty. Ale chce mi się walczyć. No to do przodu. Po godzinie, w drugiej połowie wyścigu, z mozołem doganiam pierwszą czwórkę. Dużo sił mnie to kosztowało. Nie mam już energii na błyskotliwą końcówkę. W tej grupce są same gwiazdy. Kręcę z jakąś dziką, zwierzęcą siłą. Jestem druga. Formalnie druga. Ale wiem, że wygrałam. Wygrałam swój wielki powrót. Udowodniłam sobie i całemu światu, że nie tak łatwo mnie zniszczyć. I że warto walczyć. Dopóki walczysz, jesteś w grze.

 

Puchar Świata Nové Město. Świetny wyścig, ale zakończony kraksą przed metą.

 

Walczę więc dalej. Za tydzień czeskie Nové Město na Moravě - kolejny Puchar Świata, gdzie zawsze przyjeżdża do mnie tłum kibiców. Nie inaczej jest tym razem. Wszyscy liczą na moje zwycięstwo, ale z powodu nowych przepisów UCI znów mam daleką pozycję na starcie. Przyznaję, że trochę jestem sfrustrowana, i rozmawiam z przedstawicielami Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Czuję się, jakby mówili do mnie: "Brawo, gratulacje! Świetnie pojechałaś! A teraz wracaj do czwartego rzędu...". Simon Burney, odpowiedzialny za MTB, tłumaczy mi, że w każdej wersji przepisów zawsze będzie ktoś pokrzywdzony. Na kolejny sezon jednak udaje się znaleźć rozwiązanie - pierwsza piętnastka zawodników będzie rozstawiana według rankingu Pucharu Świata, od szesnastego miejsca w dół będzie decydować ranking UCI. Da się? Da się! Na razie muszę cierpieć. Zmotywowana jak nigdy czekam na strzał startowy, po nim, niczym torpeda przebijam się przez peleton rywalek. Na szczęście trasa w Czechach sprzyja mocnym zawodnikom - długa runda startowa z szerokim podjazdem ułatwia wyprzedzanie. Na pierwsze zasadnicze okrążenie wjeżdżam już w czołówce. Atakują dziewczyny z ekipy Ghost, to ja za nimi, potem Catharine Pendrel, to ja za nią. Wygląda na to, że nikt tego dnia mi się nie urwie, więc sama prę do przodu. Świetnie sobie radzę, o dziwo, na wszystkich odcinkach technicznych. Pomimo mojego "urazu w głowie" rywalki nie są szybsze ode mnie. Nagle szalonym skokiem do przodu rusza Słowenka Tanja Žakelj. Natychmiast rzucam się w pościg, ale trudno mi odrobić te kilka sekund. Szalony doping kibiców pomaga mi jednak przekraczać granice swoich możliwości. Ból rozdziera mi nogi, ale jadę, nie odpuszczam. Wreszcie udaje mi się dogonić Słowenkę i na ostatnią rundę wjeżdżamy razem. Na podjazdach idziemy łeb w łeb, zjazdy też pokonujemy z podobną prędkością, obie bezbłędnie. Czuję, że nie jestem w stanie urwać Słowenki na podjeździe, więc szykuję się na długi finisz po asfalcie. Na wyścigach innych kategorii widziałam, że zawsze zawodnik atakujący z tyłu wygrywał, czaję się więc za plecami Tanji. Ostatni zakręt, nie hamuję, by nie stracić prędkości, i... leżę na asfalcie. Przesadziłam. Opona straciła przyczepność na śliskiej po deszczu nawierzchni. Co za błąd! Dojeżdżam jako druga. To cały czas świetny wynik, tym bardziej po kontuzji, ale ja jestem wściekła na siebie. Było tak blisko! A szanse trzeba wykorzystywać, bo nie wiadomo, kiedy będzie następna. Na pocieszenie pozostaje to, że razem z Tanją mamy tyle samo punktów i liderujemy w Pucharze Świata. Ale koszulkę liderki wkłada Słowenka jako triumfatorka ostatniego wyścigu. Jestem jednak w grze. Za trzy tygodnie rewanż we włoskim Val di Sole. Szczęśliwym dla mnie, bo Puchar Świata na tamtej trasie w przeszłości wygrywałam.

 

Do Pucharu Świata we Włoszech i do następujących po nim mistrzostw Europy przygotowuję się w moim ulubionym Livigno. Tym Livigno. Wracam na trasę, na której prysły moje marzenia o olimpijskim złocie w Londynie. Na trasę, która przysporzyła mi tyle bólu i cierpienia. O ile nie czuję żadnych problemów na innych szlakach, o tyle w miejscu wypadku nie potrafię jechać szybko. Już chyba nigdy nie będę potrafiła. Za każdym razem mijam to miejsce ze smutkiem w oczach i respektem. Taki niepozorny zakręt... Wszędzie indziej czuję się jednak bardzo dobrze. Co więcej - uczę innych, jak pokonywać dropy i jumpy. W Livigno są bowiem ze mną Ola Dawidowicz oraz Alex Engen - Szwedka, która widząc moje zdjęcie w ośrodku CAR w Sierra Nevada, zaproponowała wspólny wyjazd na kolejne zgrupowanie. Czemu nie? Gdy jeździłam w polskim teamie, taki wyjazd był nie do pomyślenia. Teraz mam dużo bliższe kontakty ze wszystkimi rywalkami. Do tego sama steruję swoimi przygotowaniami, więc możliwe jest wszystko. Ależ inne to życie! Podoba mi się! Tym razem dostaję wsparcie z Polskiego Związku Kolarskiego (wygląda na to, że moje wyniki przekonały kilka osób do tego, że coś z tej Włoszczowskiej jednak jeszcze będzie), więc jest ze mną Paweł Zimoń. Atmosfera, miejsce, pogoda - wszystko super. Ależ mam chęć do pracy! Trenuję jak opętana. Nie czuję zupełnie limitu swoich możliwości. Jeszcze nigdy w życiu nie czułam się taka silna!

Pewna siebie jadę więc do Val di Sole. Tom Davis - szef marketingu Gianta - mówi, że przyjechał specjalnie zobaczyć, jak wygrywam. Ja pewna siebie (jak nigdy!) mówię, że wygram! Brak pokory sprawia, że los gra mi na nosie. W dniu wyścigu upał tak mnie wbija w ziemię, że ledwo jadę. Może wygrałabym, gdyby tylko nie było tych dziesięciu dziewczyn przede mną. Wygląda na to, że jednak osiągnęłam swój limit. Co więcej, musiałam go przekroczyć i przesadziłam na treningach. A za tydzień mistrzostwa Europy w Szwajcarii, które miały być dla mnie najważniejszą imprezą pierwszej części sezonu. Dla mojej drużyny ważniejszy jest Puchar Świata, ale w Polsce - dla ministerstwa i mediów - liczą się tylko medale imprez mistrzowskich. A po kontuzji taki medal to dopiero byłaby pieczątka sukcesu!

 

Niespodzianka na trasie Mistrzostw Europy. Do takich skoków przydałby się Adam Małysz.

 

Jedyne, co mogę w tym momencie zrobić, to odpocząć. Złapać oddech i nieco świeżości. Musi być dobrze! Na trasie organizatorzy przygotowali niemiłą niespodziankę: drewnianą rampę, z której wylatujesz w powietrze na trzy metry i lądujesz na dalszej części konstrukcji. Matko! Czy im się czasem dyscypliny nie pomyliły? To wygląda na skocznię Małysza! Dopiero co wyszłam z jednej kontuzji, nie mam ochoty na kolejną! Dzwonię do Marka Galińskiego, który z kadrą Rosji już jest w Szwajcarii, i pytam o tę przeszkodę: "Nic się nie bój. Nikt tego nie będzie skakał. To ma ze trzy metry!". No to śpię spokojnie. Następnego dnia jednak telefon: "Nic się nie bój. Wszyscy skaczą! Proste!". Skoro takie proste, to dlaczego już trzy osoby w tym miejscu się połamały...?

 

Mistrzostwa Europy, Bern. Zacięta walka o brąz.

 

 

Natychmiast po przylocie do Szwajcarii wybieram się obejrzeć przeszkodę. Bez roweru. Siadam na ławce i obserwuję, jak próbują pokonać ją inni kolarze. Większość zatrzymuje się zaraz przed nią, kilku ląduje niepewnie na przednim kole, ale są i tacy, którzy przelatują tak płynnie, że naprawdę można uwierzyć, iż to proste. Dobra! Jutro próbuję!

Postanawiam sobie, że nie będę się długo zastanawiać. Jadę i skaczę. Nie mam planu B (to znaczy niby jest objazd, zwany chicken line, ale wiadomo, że jeśli się chce walczyć o medal, nie ma mowy o traceniu na tej ścieżce dla tchórzy cennych sekund). Zaciskam palce na kierownicy, żeby przypadkiem nie nacisnąć odruchowo hamulca, biorę rozpęd. W głowie powtarzam sobie, co należy zrobić: "Podrywasz kierownicę, wypychasz rower do przodu, tyłek za siodło, hamujesz po lądowaniu". Rany! Serce wali mi jak szalone, bardziej niż na stromym podjeździe. Zapominam o oddychaniu i... lecę! Ląduję! Wow! Skoczyłam! Naprawdę? Mam wrażenie, jakbym od momentu oderwania się od podłoża do lądowania miała dziurę w pamięci. Nie mam bladego pojęcia, jak to zrobiłam. Ale jestem cała, bezpieczna, na dwóch kołach po drugiej stronie "przepaści". Uahhh!!!! Nawet mi się to podoba! Jadę jeszcze raz!

 

No dobra. Jestem gotowa na start. Niepewna formy, ale przynajmniej spokojna o wszystkie techniczne fragmenty i nastawiona na walkę. Na trasie tłumy, które przyszły przede wszystkim dopingować swoją gwiazdę - Nino Schurtera. Ale jest i sporo Polaków, wśród nich moja mama, Krzysiek, jej były partner, i przyjaciele. Ach, jak pięknie byłoby zdobyć "blachę", czyli medal. Dzięki punktom wywalczonym w poprzednich wyścigach mam już dobrą pozycję startową w pierwszym rzędzie. Mimo to startuję tragicznie. Wszystkie dziewczyny mnie wyprzedzają, a ja czuję "watę w nogach" zamiast mięśni. Dobrze, że nie oglądam się do tyłu, bo jestem chyba jedną z ostatnich. Nie, nie, nie! To nie może tak się skończyć! Skupiam się na jeździe i z każdym kilometrem jest lepiej. Wyprzedzam, gdzie mogę, co na wąskiej trasie nie jest łatwe. Pod koniec drugiego okrążenia widzę już czołową grupkę, zaraz ją dogonię. Niestety, jadąca przede mną Irina Kalentiewa robi błąd na drewnianym dropie i zalicza groźny upadek. Porządkowi zamykają na chwilę przejazd i muszę jechać chicken line - kolejne sekundy w plecy! Niech to szlag! Znowu odrabianie strat od początku. Gdy wreszcie udaje mi się dogonić czołówkę, świetnie moment wyczuwa Tanja Žakelj i atakuje, wiedząc, że muszę być zmęczona gonitwą. Za nią podąża Włoszka Eva Lechner. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Zostaję w grupce walczącej o brąz. Czuję, jak mi się kręci w głowie ze zmęczenia. Ale nie zamierzam się poddać. Moi kibice na trasie szaleją. Zrezygnowani po kiepskim początku wyścigu teraz wrzeszczą wniebogłosy, dodając mi sił do walki. Mimo innej flagi na dresie dopinguje mnie też Marek Galiński. Wie, jak ciężko pracowałam przed tym wyścigiem. Dosłownie na ostatnim kilometrze udaje mi się oderwać od Czeszki Kateriny Nash. Wśród tłumów przed metą dostrzegam polską flagę. Nie pamiętam, kto mi ją podał, ale dziękuję!!! Tak lubię finiszować na medalowej pozycji z tym wspaniałym akcentem narodowym! Jest brąz! Cieszy się cały polski team.

 

 

Na starcie jest zawsze tłok i walka na łokcie.

 

Na kolejną dużą imprezę lecę do Andory. Po drodze startuję we własnym wyścigu w Jeleniej Górze, na który tym razem udało mi się ściągnąć numery 1, 2 i 3 rankingu UCI. Niestety, kraksa i defekt nie pozwalają mi pokazać się z najlepszej strony przed własną publicznością, ale za to kolejny raz wspólnie z Lang Teamem odnoszę inne zwycięstwo - organizacyjne. A to też smakuje. Co roku zastanawiam się, czy nie zrzucić z siebie dodatkowych zobowiązań, do których należy i mój wyścig, jednak odzew, jaki później do mnie dociera, rekompensuje każdą pracę. Kolarze ze świata chcą przyjeżdżać do Jeleniej Góry, chwalą miasto, genialną trasę, organizatora. Miód na moje serce. Drugą polską imprezą, w której biorę udział, jest krajowy czempionat w Żerkowie pod Poznaniem. Zdawałoby się, że nie ma tam gór, jestem jednak bardzo pozytywnie zaskoczona trasą, na której przyszło mi się ścigać o mistrzostwo Polski. Chapeau bas! Rok wcześniej nie brałam udziału w mistrzostwach, przygotowując się do igrzysk olimpijskich, więc głód złota mam olbrzymi. Mimo dominacji na arenie międzynarodowej wcale nie jest mi łatwo, bo świetną formę prezentuje Kasia Solus. Odjechać udaje mi się dopiero w połowie dystansu. Ale jest zwycięstwo! Biało-czerwona koszulka mistrzyni kraju wraca do mnie.

 

Fiu!!!! Ależ dzisiaj było szybko!

 

Po serii mocnych treningów wreszcie czas na Andorę. Jakżebym wreszcie chciała wygrać Puchar Świata! Wszystko wskazuje na to, że mam duże szanse. Średnia moc z treningów wyższa niż kiedykolwiek wcześniej. Startuję świetnie: natychmiast wychodzę na prowadzenie. Na pierwszym podjeździe mam kilka sekund przewagi nad całą stawką. Szybko jednak ten piękny scenariusz zamienia się w dramat. Duszę się, czuję, że do mięśni nie dociera tyle tlenu, ile im potrzeba. Kolejne zawodniczki wyprzedzają mnie i ostatecznie kończę na jedenastym miejscu. Znów kubeł zimnej wody, ale i bardzo cenna lekcja. Wyścig był bowiem rozgrywany na wysokości 1900 metrów n.p.m. i po raz pierwszy w swojej karierze startowałam według zasady: "mieszkaj nisko, trenuj/startuj wysoko" (są dwie szkoły startów na wysokości - albo przyjechać dużo wcześniej i zaaklimatyzować się, czyli przyzwyczaić do mniejszej zawartości tlenu w powietrzu, albo przyjechać, kiedy się chce, ale mieszkać niżej). Każdy zawodnik jest inny, każdy reaguje inaczej. Wiem już, że na kolejny start do Andory przylecę dużo wcześniej i będę mieszkać powyżej 2000 metrów n.p.m. Wiedza cenna, bo w 2015 roku odbędą się tam mistrzostwa świata.

 

Po Andorze miałam podjąć decyzję o starcie w następnej odsłonie Pucharu Świata w kanadyjskim Mont-Sainte-Anne. Jeśli dobrze wypadnę w Andorze, lecę do Kanady, bo walczę o generalkę Pucharu Świata, jeśli źle - zostaję w Europie i koncentruję się na przygotowaniach do mistrzostw świata w RPA. Jedenaste miejsce oznaczało to drugie, za namową menedżera ekipy biorę jednak byka za rogi i postanawiam lecieć do Kanady. Tymczasem... Następnego dnia, testując nowy rower na mniejszych, 27,5-calowych kołach, zaliczam porządną kraksę, która kończy się szwami na łokciu. Mam z nimi już spore doświadczenie i wiem, że mogę mieć ogromny problem, by przez najbliższe dwa tygodnie wjechać w teren. Nie chcę jednak denerwować Leo, który dopiero co kupił bilet do Kanady, i postanawiam podjąć decyzję ostatniego dnia przed wylotem, trenując do tego czasu tylko na rowerze szosowym. Ileż komplikacji... Możesz sobie planować, ustalać, podejmować decyzje, a potem i tak życie zmusza cię do zmian. O nie! Tym razem się nie dam! Do Kanady lecę, trzy dni przed startem ściągam szwy (kolejny raz sama, bo pielęgniarka, do której się udałam, miała takie przerażenie w oczach i dwie lewe ręce, że prędzej by mi zrobiła dodatkową ranę, niż przecięła szew). Ręka cały czas boli, ale przy adrenalinie wyścigowej to żaden problem. Ku mojemu zaskoczeniu idzie świetnie. Jadę w czubie, walcząc o zwycięstwo do ostatniej rundy. Popełniam jednak drobny techniczny błąd i odjeżdża mi startująca w amerykańskiej drużynie Luna Pro Team Czeszka Kateřina Nash. Ja kończę jako druga i, co ważniejsze, wracam do walki o podium w klasyfikacji generalnej. Jednak warto było wybrać się za ocean!

 

Puchar Świata, Andora.

 

Prosto z Kanady lecę do Livigno (a właściwie do Trepalle leżącego powyżej, na przełęczy d'Eira) na dwa tygodnie treningów na wysokości, aby jak najlepiej przygotować się do mistrzostw świata. Jest ze mną fizjoterapeuta Paweł Zimoń, a w hotelu na następnej przełęczy kadra Polski, która mi czasem służy pomocą. Trenuję bardzo ostrożnie. Mocno, ale z minimalną rezerwą, by nie popełnić błędu z pierwszej części sezonu, kiedy to przesadziłam z obciążeniami. Długo analizowałam termin wylotu do RPA. Najlepiej bowiem startuje mi się czwartego dnia po zejściu z gór, lecz podróż na południe Afryki jest długa i męcząca, trasa wyścigu trudna, warto być więc jak najwcześniej. Ale przecież lecimy nocnym samolotem, a ciśnienie w kabinie odpowiada zazwyczaj wysokości 2400 metrów n.p.m. Idealnie! Mogę więc lecieć dzień wcześniej, co daje mi dodatkowy czas na odpoczynek po podróży i treningi na trasie zawodów. Tę dobrze znam - w Pietermaritzburgu rok wcześniej w spektakularny sposób wygrałam zawody Pucharu Świata. Ach, jak pięknie byłoby ten wyczyn powtórzyć!

 

Na Mistrzostwach Świata w RPA czułam się wyjątkowo mocna.

 

 

Takie zjazdy pamięta się do końca życia. Jeden błąd może wyeliminować z wyścigu.

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Ta książka nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie "upierdliwość" Juliana Obrockiego - mojego współautora, który najpierw skutecznie mnie namówił do pisania, po to by później uprzykrzać mi życie przez kilka miesięcy. Julian, dziękuję. Za motywację i wiele cennych spostrzeżeń - nie tylko dotyczących tej książki. Sen z powiek spędzałam mojemu prywatnemu recenzentowi, Przemkowi Zawadzie, którego wskazówki uchroniły mnie przed kilkoma katastrofami. Łukaszowi Szrubkowskiemu dziękuję za fachowość i nieprawdopodobną cierpliwość przy projektowaniu okładki i dobieraniu zdjęć. Krzyśkowi Zalewskiemu - za cenne konsultacje rozdziałów dotyczących treningu i jazdy rowerem górskim, jak i wiele życiowych porad. Agnieszce Radzikowskiej z wydawnictwa Burda oraz całej ekipie edytorskiej za pełne zaangażowanie w projekt i wyrozumiałość dla moich opóźnień i ciągłych zmian (Rany! Wszyscy autorzy tak mają czy tylko ja jestem niepoukładana i działam na ostatnią chwilę?).

Na pokłony ode mnie zasługują także wszyscy moi znajomi i przyjaciele, których zasypywałam ankietami "który tytuł lepszy".

Dziękuję każdej osobie, która tworzyła razem ze mną opisane historie. Moim wspaniałym kolegom i koleżankom z drużyn, w których jeździłam do tej pory. Mario Rajzer, Hubert Grzebinoga, Grzegorz Dziadowiec, Ola Dawidowicz, Magda Sadłecka, Ania Szafraniec, Kornel Osicki, Paweł Zimoń, Piotrek Karmelita, Madzia Zamolska, Leo, Jolanda, Fabian, Emil, Michiel - wszystkim Wam dziękuję!

Michałowi Krawczykowi za rzetelne rady treningowe.

Doktorowi habilitowanemu Krzysztofowi Fickowi za - dosłownie - postawienie mnie na nogi.

Profesorowi Tomaszowi Gabrysiowi i Urszuli Szmatlan-Gabryś za fizjologiczne i filozoficzne rady.

Profesor Ewie Stachowskiej za energię i rady dietetyczne.

Sponsorom. W szczególności mecenasowi kolarstwa Dariuszowi Miłkowi.

Pracownikom Polskiego Związku Kolarskiego i jego prezesowi Wacławowi Skarulowi.

Mojemu managerowi Krzyśkowi Śliwińskiemu.

Miastu Jelenia Góra i jego mieszkańcom.

Oli Jochymek, Pawłowi Biczysko, Agnieszce Kądzieli, Piotrowi Wielgatowi, Tomkowi i Kasi Kałużnym oraz Ani Bieleckiej. Za to, że zawsze są...

Sabinie Rogowskiej za stosy pomysłów i niespotykaną dziś asertywność.

Mojej rodzinie. Michałowi, tacie Ryszardowi, babci Józefie.

Całej braci kolarskiej, dziennikarzom i nade wszystko kibicom nadającym sens temu, co robię.