Szkoła wdzięku - Nelson DeMille

-
Proszę czekać

 

Pamięci Joanny Sindel

Podziękowania

Chciałbym podziękować moim rosyjskim oraz rosyjsko-amerykańskim przyjaciołom - Nicholasowi Ellisonowi, Nancy Neiman-Legette, Nikołajowi Popowowi oraz Swietłanie - duchowym przewodnikom po labiryncie rosyjskiej duszy. Dziękuję również Bobowi Whitingowi, który nauczył mnie przeklinać po rosyjsku. Szczególne podziękowania należą się Ginny Witte za czas poświęcony tej powieści i temu autorowi.

Przedmowa autora

Czasami zgadzam się z "Washington Post". O Szkole Wdzięku napisali tam: "Niełatwo znaleźć lepszą współczesną książkę na temat zimnej wojny".

Jednak zimna wojna dobiegła końca. Dlaczego więc Szkoła Wdzięku jest nadal aktualna? To tak, jakby spytać, czy aktualna jest jakakolwiek powieść historyczna. Nadal czytamy jedną z pierwszych napisanych kiedykolwiek wojennych epopei, Iliadę, mimo że ukazała się prawie przed trzema tysiącami lat, zarazem jednak niektóre nie tak dawno opublikowane książki o Wietnamie i zimnej wojnie popadły w zapomnienie, podczas gdy inne cieszą się powodzeniem. Najwyraźniej zatem kwestia aktualności nie jest tutaj zasadnicza. Pytanie powinno brzmieć: Co składa się na dobrą, ponadczasową literaturę? Jak wszyscy wiemy, tworzą ją: dobre pióro, wiarygodna fabuła, interesujące postaci, realistyczny dialog, trzymająca w napięciu akcja, wątek miłosny, walka pomiędzy dobrem i złem, a czasami nawet szczęśliwe zakończenie.

Wiemy również, że wojna jest tematem setek powieści, z których większość powstaje, gdy milkną działa. Z jakiegoś powodu, po upadku muru berlińskiego w 1989 roku, zimna wojna nie stała się jednak tematem żadnej ważnej retrospektywnej powieści. Tak jakby wszystko to, co pisane było współcześnie - Szkoła Wdzięku, powieści Le Carrégo, wczesne książki Toma Clancy'ego, a także tysiące innych książek szpiegowskich o walce Wschodu z Zachodem oraz groźbie nuklearnej zagłady, opublikowanych miedzy 1945 a 1989 rokiem - tworzyło zamknięty kanon zimnowojennej literatury. To samo można powiedzieć o kinie: z kilkoma nader nielicznymi wyjątkami w Hollywood nie zajęto się w znaczący sposób tym tematem.

Oczywiście po zakończeniu zimnej wojny powstały o niej tomy opracowań, podręczników i dokumentów filmowych, ale jako przedmiot artystycznego zainteresowania temat wydaje się martwy.

Tak czy owak, nawet jeśli pisarze nie chcą już pisać o zimnej wojnie, a producentów filmowych nie pociąga ta problematyka, nadal zachowuje walor rozrywkowy i edukacyjny to, co zostało napisane i sfilmowane wcześniej.

Akcja Szkoły Wdzięku toczy się w dawnym Związku Radzieckim około roku 1988, a wątek, w dużym skrócie, przedstawia się następująco: pracownicy amerykańskiej ambasady w Moskwie dowiadują się o istnieniu sowieckiej szkoły szpiegów (tak zwanej Szkoły Wdzięku), gdzie agenci KGB uczą się mówić, zachowywać i myśleć jak Amerykanie. Niechętnymi nauczycielami są tam amerykańscy piloci wojskowi zestrzeleni nad Wietnamem Północnym i wzięci do niewoli podczas tamtej wojny. Kiedy zaczyna się akcja powieści, wszyscy ci lotnicy uznani są za zaginionych w akcji i ich los jest nieznany od ponad dziesięciu lat.

Nie będę zdradzał więcej, ujawnię tylko, jak trafiłem na ten motyw. W 1968 roku służyłem w Wietnamie w piechocie. W kwietniu przejeżdżałem przez bazę Hue-Phu Bai i zatrzymałem się w klubie oficerskim, żeby napić się zimnego piwa. Siedzący tam piloci rzadko widywali oficera piechoty, a ja rzadko widywałem z bliska pilotów myśliwców szturmowych. Ich interesował los piechociarza, mnie życie asów przestworzy, którzy między jednym a drugim kuflem piwa wymykają się rakietom ziemia-powietrze oraz artylerii przeciwlotniczej. Paradoksalnie oni byli zdania, że moja służba jest bardziej niebezpieczna, ja zaś uważałem, że lot Aleją Rakiet w drodze do Hanoi i Hajfongu to czyste samobójstwo. Tak czy owak, w trakcie rozmowy jeden z pilotów napomknął luźno o "facetach, którzy trafili do Moskwy".

- No wiesz, chodzi mi o pilotów, których widziano lądujących bezpiecznie na spadochronach, a którzy nie pojawili się później na listach jeńców wojennych ani w kręconych przez Hanoi filmach propagandowych - wyjaśnił, kiedy zapytałem, co ma na myśli.

- Północni Wietnamczycy niekoniecznie podają wszystkie nazwiska jeńców wojennych - stwierdziłem.

- Nie, ponieważ niektórych wysyłają do Moskwy - odpowiedział pilot. - Odwdzięczają się w ten sposób za pociski SAM, które otrzymują od Sowietów.

Pamiętam, że trochę mnie zaskoczyła ta informacja.

- Sowieckie siły powietrzne wykorzystują tych ludzi - kontynuował mój rozmówca - żeby zapoznawali ich pilotów z amerykańską taktyką oraz parametrami naszego sprzętu.

Wydało mi się to całkiem sensowne i pokiwałem głową.

- Ci faceci nigdy nie wrócą do domu - dodał inny pilot, przesuwając dłonią po gardle.

Ta rozmowa zapadła mi w pamięć, więc kiedy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych narosły kontrowersje wokół losu zaginionych w akcji Amerykanów, szukałem potwierdzenia tego, co usłyszałem w roku 1968 w bazie Hue-Phu Bai. Mimo że nigdy nie przeczytałem i nie usłyszałem niczego na temat tej hipotezy, cała sprawa nie dawała mi spokoju i stała się głównym motywem Szkoły Wdzięku.

Opublikowana w roku 1988 książka została dobrze przyjęta i znalazła się na listach bestsellerów. Jej wydanie przyczyniło się do ożywienia dyskusji na temat zaginionych w akcji, zwracając uwagę na nową możliwość: że w zmowie biorą udział Sowieci.

Otrzymałem setki listów, których autorzy pytali mnie, jak wpadłem na ten pomysł, czy wiem coś więcej na ten temat i czy mam konkretne dowody na poparcie tego, co napisałem. Część listów pochodziła od rodzin zaginionych w akcji i pękało mi serce, gdy je czytałem.

Współpracowałem jakiś czas z grupami zajmującymi się jeńcami wojennymi i zaginionymi w akcji, ale w gruncie rzeczy nie odkryliśmy wielu faktów pozwalających ustalić los zaginionych. Podobnie jak inni, byłem jednak przekonany, że przynajmniej jakaś ich część jest przetrzymywana w ZSRR.

A potem Związek Radziecki upadł i wyszły na jaw pewne fakty wskazujące na to, że Amerykanie - nie tylko z wojny wietnamskiej, lecz również z Korei - byli więzieni w tym kraju. Te fragmentaryczne doniesienia z byłego Związku Radzieckiego nie przyniosły jednak przełomu.

Biorąc pod uwagę okres, jaki minął od załamania się rosyjskiego komunizmu, oraz funkcjonujące tam obecnie stosunkowo otwarte społeczeństwo, powinienem uznać, że jeśli znacząca liczba amerykańskich żołnierzy była bądź jest w dalszym ciągu przetrzymywana na terenie byłego Związku Radzieckiego, chyba byśmy coś o tym wiedzieli. A może niekoniecznie?

Zapytajmy więc ponownie, czy Szkoła Wdzięku jest aktualna. Myślę, że tak - choćby dlatego, że ukazuje ową mroczną epokę, kiedy wszyscy byliśmy święcie przekonani, iż znajdujemy się na skraju nuklearnej zagłady. Przedstawia, jak postrzegaliśmy Imperium Zła i jak paranoiczne były wyobrażenia obu stron o intencjach przeciwnika.

W roku 1986 pojechałem do Związku Radzieckiego, żeby zebrać materiały do Szkoły Wdzięku. Spędziwszy całe życie w obliczu tego realnego bądź wyimaginowanego zagrożenia - myślę tu o alarmach przeciwlotniczych w szkole podstawowej, schronach ochrony cywilnej, filmach w rodzaju Doktora Strangelove'a i tak dalej - nie miałem pojęcia, czego się spodziewać.

Przyjęcie na moskiewskim lotnisku było zgodne z moimi najgorszymi oczekiwaniami - zbyt wiele pytań, rewizja bagażu, biurokracja i ogólny dyskomfort. Miałem wrażenie, że występuję w drugorzędnym filmie o zimnej wojnie.

Jednak po tygodniu spędzonym w Moskwie zdałem sobie sprawę, że ludziom i systemowi należy bardziej współczuć, aniżeli ich nienawidzić. Przypomniałem sobie zdanie, które usłyszałem gdzieś lub przeczytałem, a które brzmiało mniej więcej tak: "Rosja jest krajem Trzeciego Świata, który ma pierwszorzędną broń". Teoretycznie groźba wojny światowej była realna, jednak trudno było sobie wyobrazić, że Rosjanie rzeczywiście chcą nacisnąć atomowy guzik.

W drugim tygodniu, w Leningradzie stałem się bardzo szybko ekspertem w sprawach Związku Radzieckiego i uznałem - przewidująco, jak stwierdzili później moi krytycy, bądź też zbyt optymistycznie - że ten kraj rozpadnie się mniej więcej za dziesięć lat. Nawiązałem nawet do tego w mojej powieści i, nie podając numerów stron, zachęcam do odnalezienia miejsca, gdzie moi bohaterowie wygłaszają tę przepowiednię. Jak się okazało, w 1986 roku Związek Radziecki miał przed sobą mniej niż trzy lata życia. Upadek komunizmu w sowieckich republikach i Europie Wschodniej nieco mnie zdziwił, ale nie doznałem wstrząsu.

Z perspektywy tego, co się stało, wszyscy możemy teraz uchodzić za ekspertów i twierdzić, że widzieliśmy falę wolności, która ogarnęła świat pod koniec lat osiemdziesiątych - nową erę globalnej informacji, komunikacji oraz gospodarczej współzależności, niemożliwą do zaakceptowania spiralę zbrojeń i niechęć ludzi po obu stronach żelaznej kurtyny, by ginąć w niepotrzebnej wojnie.

Możemy przez całe następne dziesięciolecie analizować przyczyny nagłego upadku sowieckiego imperium, nie jest to jednak chyba aż tak ważne jak próba uświadomienia sobie, w jakim kierunku podążamy od tego momentu.

Przed rozpadem Związku Radzieckiego napisałem tylko dwie "zimnowojenne" powieści - Szkołę Wdzięku oraz Odyseję Talbota - i moja twórczość oraz nazwisko nie były tak ściśle związane z tą problematyką. Zwracam na to uwagę, bo u niektórych pisarzy i szermierzy zimnej wojny można dostrzec pewną nostalgię za dobrymi starymi czasami, kiedy ich usługi były pożądane i doceniane.

I niewykluczone, że na pewnym poziomie lekturę tych starych thrillerów opartych na dychotomii "my - oni" można uznać za przejaw nostalgii. Na innym, ważniejszym poziomie książka taka jak Szkoła Wdzięku może być czytana i ceniona jako przestroga, że przeszłość stanowi często prolog przyszłości - ponieważ jeśli zapomnimy, przez co wszyscy przeszliśmy pomiędzy rokiem 1945 a 1989, będziemy to zapewne przerabiać ponownie w niezbyt odległej przyszłości.

Tak czy owak, coś w tej książce musi przemawiać do wyobraźni czytelnika, ponieważ jest regularnie wznawiana od swojego pierwszego wydania i dobrze się sprzedaje długo po śmierci systemu, który opisuje.

Wykorzystuję sposobność, by przywrócić tu część materiału, który został usunięty z pierwszego wydania w twardej oprawie, a także z wcześniejszych wydań broszurowych. Fragmenty te można znaleźć przede wszystkim w rozdziałach trzecim oraz dwudziestym trzecim.

W rozdziale trzecim przywrócony tekst znajduje się na początku i został pierwotnie wykreślony, ponieważ uważano, że zbyt wcześnie ujawnia on zbyt wiele. Ja jestem innego zdania; niechaj rozsądzi to czytelnik.

Tekst w rozdziale dwudziestym trzecim przedstawia rozmowę, jaką pułkownik Sam Hollis i Lisa Rhodes z ambasady amerykańskiej prowadzą z parą amerykańskich turystów, pozytywnie nastawionych do systemu sowieckiego wykładowców z Uniwersytetu Browna. Hollis i Rhodes są ścigani przez KGB. Humorystyczny aspekt rozmowy polega na tym, że amerykańscy turyści nie mają bladego pojęcia, w jakim położeniu są ich rodacy, i podczas gdy oni wychwalają życie w Związku Radzieckim, Hollis i Rhodes czekają na agentów KGB, którzy ich aresztują. Pierwszej redaktorce Szkoły Wdzięku coś się w tej scenie nie spodobało; uznała chyba, że jest "zbyt polityczna". Spieraliśmy się; redaktorka wygrała. Obecnie jednak przywróciłem tę scenę i ponownie niechaj sędzią będzie czytelnik.

Kiedy mowa o byłym Związku Radzieckim, nie sposób nie zacytować Rok 1984 George'a Orwella. "Ten, kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość: ten, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość", zauważył on genialnie w tej książce. Co do mnie, nie zmieniłem niczego, co napisałem w przeszłości, aby uchodzić za mądrzejszego w przewidywaniu tego, co nastąpiło w roku 1989. Poza przywróceniem usuniętych fragmentów, kilkoma gramatycznymi i technicznymi poprawkami oraz dodaniem niniejszej Przedmowy autora książka, którą trzymacie w rękach, jest dokładnie tą samą, którą napisałem w latach 1987-1988.

Słyszałem od nauczycieli akademickich, że proponują oni Szkołę Wdzięku jako lekturę obowiązkową lub uzupełniającą na kursach angielskiego oraz historii współczesnej, i rzeczywiście, nauczyciel angielskiego w szkole średniej, do której chodzą moje dzieci, omawia ją w każdym semestrze wiosennym. Fakt, że musieli przysłuchiwać się, jak ich rówieśnicy dyskutują o jednej z książek ojca, wprawił mojego syna i córkę w niemałe zakłopotanie. Udało im się to jakoś przeżyć i są teraz oboje na studiach, gdzie mogą uniknąć podobnego stresu, dokładnie sprawdzając, czy wśród lektur na interesujących ich kursach nie figuruje Szkoła Wdzięku.

W roku 1994 opublikowałem Spencerville, którą to książkę określiłem mianem "powieści postzimnowojennej". Moim celem było opisanie życia byłego żołnierza z czasów zimnej wojny, Keitha Landry'ego, bohatera książki. Landry stanowił typowy produkt swojej epoki - powołany do służby w latach sześćdziesiątych, walczył w Wietnamie, potem został w wojsku i w końcu wylądował w wywiadzie w Pentagonie. Książka zaczyna się w momencie, gdy musi odejść na wcześniejszą emeryturę z powodu upadku Związku Radzieckiego. Jego unikatowe kwalifikacje nie są już dłużej użyteczne i widzimy, jak jedzie swoim saabem do rodzinnego miasta, Spencerville, gdzieś w wiejskich rejonach Ohio. Wraca do domu, ale jego dom się zmienił, podobnie jak zmienił się on sam i cały kraj. To rodzaj nostalgicznej, gorzkosłodkiej historii o straconej i odnalezionej miłości, o próbie odkrycia własnych korzeni i o szukaniu sensu minionych trzech dziesięcioleci, w szczególności burzliwych lat sześćdziesiątych.

Książkę przyjęto tak, jak przyjmowane są na ogół dobre "powojenne" historie. Przypuszczam, że chciałem, aby uzupełniała Szkołę Wdzięku w ten sam sposób, w jaki Odyseja uzupełnia Iliadę. Wątek powracającego do domu żołnierza nie jest z pewnością nowy, ale większość pisarzy powie wam szczerze, że wojna jest ciekawsza od powrotu do domu. Napisana w schyłkowym okresie zimnej wojny Szkoła Wdzięku zapowiadała być może koniec tamtej epoki, lecz z tego, co wówczas wiedzieliśmy, historia mogła łatwo potoczyć się inaczej.

Ale dosyć już o teraźniejszości i przyszłości - przenieście się teraz w rok 1988, wyobraźcie sobie, że pociski nuklearne w dalszym ciągu wymierzone są w Moskwę i Waszyngton, w Nowy Jork i Leningrad, w Peorię i Smoleńsk, i pomyślcie o tym, co powiedział James Kirkwood, autor Dobre chwile, złe chwile (Good Times, Bad Times)Some Kind of Hero: "Szkoła Wdzięku łapie cię za gardło, zaciąga do najbardziej złowrogiej Rosji, jaką potrafisz sobie wyobrazić, i nie uwalnia aż do ostatniej stronicy".

Witajcie w Szkole Wdzięku.

Nelson DeMille

Long Island, Nowy Jork