Szkoła szpiegów na dziko - Stuart Gibbs

-
Proszę czekać
 
 

21 lipca

Od: Agentka specjalna Tina Cuevo z Międzynarodowej Grupy Specjalnej

Zwalczającej Przemyt Dzikiej Zwierzyny

Do: Ben Ripley

 
 
 

Piszę, żebyś wiedział, jak przebiegają poszukiwania twojego starego kumpla Murraya. Oddział miejscowych rezerwistów przez trzy dni przeczesywał tereny wokół ukradzionego helikoptera. Żołnierze trafili na ślady sugerujące, że Murray przeżył kraksę: odciski butów biegnące od wraku, mnóstwo opakowań po batonikach oraz totalnie zapaskudzone majtki, które porzucił (najwyraźniej nie wytrzymał napięcia podczas lądowania).

Samego Murraya jednak nie znaleziono. Mógł przeżyć, ale oboje wiemy, że jeśli chodzi o sztukę przetrwania, bije go na głowę nawet kanapka z tuńczykiem... więc to raczej mało prawdopodobne. Moim zdaniem pożarł go niedźwiedź. Przy rozbitym helikopterze było ich mnóstwo. Naprawdę, CAŁE MROWIE MIŚKÓW! Na pokładzie musieliście mieć dużo słodyczy, prawda? I kilka puszek lukru czekoladowego? (W tym waszym szpiegowskim obozowisku chyba ciągle pieczecie ciasta).

Tak czy owak, Murraya ani śladu. Służbom z najbliższych miast (które wcale nie leżą zbyt blisko!) wysłano jego rysopis. Myślę jednak, że minęło zbyt dużo czasu i więcej o twoim wrogu nie usłyszymy. Może zabrzmi to okrutnie, ale... całe szczęście! Nieźle napsuł mi krwi - choć tobie nabruździł o wiele bardziej - a nawet zanim przeszedł na stronę wroga, i tak był już przemądrzałym dupkiem.

Jeśli jednak się pojawi, oczywiście od razu dam znać.

Muszę lecieć. Rozbijamy dziś szajkę przemytników iguan.

Uważaj na siebie!

 

Tina

 

PS Słyszałam, że pokrzyżowałeś

kolejny plan zagłady świata, farciarzu.

Dobra robota!

 
 
Rozdział 1
TRENING

Placówka pomocnicza Akademii Szpiegostwa CIA

Park Narodowy Kenai Fjords, Alaska

8 sierpnia

Godzina 17.00

 
 

Ten dzień i tak był naprawdę beznadziejny, zanim jeszcze odwiedziła mnie moja najmniej ulubiona osoba na całym świecie.

Zostałem wysłany w teren na forsowny marsz. Startowaliśmy o piątej rano, a do pokonania mieliśmy stromy górski szlak. Każde z nas dostało na plecy dwudziestokilogramowy plecak, a do tego padał deszcz. Nie, nie deszcz - ulewa! Oberwanie chmury z gatunku tych, podczas których człowiek rozważa, czy już czas budować arkę.

Każdy, nawet najbardziej wodoodporny sprzęt w końcu podda się mocy żywiołów. Mój dawał radę mniej więcej do ósmej rano. Potem przez dziewięć kolejnych godzin czułem, jak woda przesiąka mi przez ubranie, wlewa się do butów i tworzy w nich jeziorka. Byłbym suchszy chyba nawet po kąpieli w morzu! Do tego czułem się skrajnie wyczerpany, obolały, zmęczony i potwornie głodny, bo kiedy załatwiałem się w krzakach, jakiś jeżozwierz wlazł do mojego plecaka i zżarł wszystkie przekąski.

Czyli dzień jak co dzień w szkole szpiegów.

Kilka miesięcy wcześniej Akademia Szpiegostwa CIA wyglądała zupełnie inaczej. Przede wszystkim jej siedziba znajdowała się na kampusie pełnym starych gotyckich budynków, w sercu Waszyngtonu. Nastolatkowie uczący się na szpiegów pobierali nauki w prawdziwych salach lekcyjnych. Zajęcia bywały nudne, a nauczyciele surowi lub gburowaci, ale zwykle było nam ciepło i nie musieliśmy martwić się obecnością kolczastych przekąskożerców.

Potem jednak kampus eksplodował.

Akademia przez dziesiątki lat działała w tajemnicy. Oficjalnie na jej terenie mieściła się Akademia dla Uzdolnionej Młodzieży imienia Świętego Smithena. Niestety, nasi wrogowie poznali prawdę, a pewien zabójca zdetonował na terenie kampusu serię bomb. Na szczęście nikt nie zginął, ale CIA, nie mogąc zagwarantować uczniom bezpieczeństwa, musiała zakończyć cały program.

No, prawie cały.

Pod przewodnictwem Cyrusa Hale'a - emerytowanego agenta darzonego powszechnym szacunkiem - kilkoro wyselekcjonowanych uczniów przeniesiono do ściśle tajnej placówki treningowej w odległym zakątku Parku Narodowego Kenai Fjords na Alasce. W tym gronie oprócz mnie znaleźli się moi przyjaciele: Mike Brezinski, Zoe Zibbell i Erica Hale. Kryterium nie był czas nauki - Mike, Zoe i ja chodziliśmy do akademii od niedawna. Po prostu w wyniku niezwykłego zbiegu okoliczności wzięliśmy udział w kilku misjach na długo przed tym, jak planowano nas aktywować... i sprawdziliśmy się w akcji. A wybór Eriki nikogo nie dziwił, bo jej umiejętności szpiegowskie przekraczały wszelkie normy. Miała tę robotę w genach. Jej przodkowie pracowali w wywiadzie już w czasach rewolucji amerykańskiej. Cyrus - jej dziadek! - trenował ją, odkąd przyszła na świat. Dzieci zwykle bawią się samochodami, a Erica prowadziła je już jako kilkulatka. Od kiedy przybyłem do szkoły szpiegów, była niezmiennie najlepszą uczennicą w całej placówce.

Aż do teraz.

Kilka tygodni wcześniej zwerbowaliśmy nową rekrutkę. Swietłana Szubrawska stanowiła rosyjską kopię Eriki. Miała tyle samo lat, dysponowała równie imponującym wachlarzem umiejętności i też pochodziła z długiej linii szpiegów. Jej rodzina od pokoleń działała w rosyjskim wywiadzie, a jej dziadkiem był arcywróg Cyrusa. Mimo to Swietłana przeszła na naszą stronę, żeby udaremnić rosyjski spisek, więc z otwartymi ramionami przyjęliśmy ją do drużyny.

No, może nie wszyscy byli zadowoleni z jej przybycia. Cyrus nadal traktował ją nieufnie. Musiał jednak uszanować opinię pozostałych dwojga instruktorów: matki i ojca Eriki. Sama Erica, choć nie pisnęła na ten temat ani słowa, z pewnością uważała, że Swietłana zagraża jej pozycji prymuski. Skoro od zawsze była we wszystkim najlepsza, posiadanie rywalki z prawdziwego zdarzenia stanowiło dla niej nowość.

Tego dnia wyprawę w góry poprowadził Cyrus. Mimo koszmarnych warunków Erica i Swietłana jednoznacznie dawały do zrozumienia, że to dla nich łatwizna. Wracając do obozu, Mike, Zoe i ja wlekliśmy się noga za nogą, za to Erica szła tanecznym krokiem, a Swietłana pogwizdywała wesoło.

Mike nie ukrywał zmęczenia.

- Nie wiem, kto gorszy: nasi wrogowie czy Cyrus - burknął, kiedy był pewien, że dziadek Eriki go nie usłyszy (bo potruchtał do latryny, kiedy tylko zobaczyliśmy w oddali obóz).

- Bez przesady! - rzuciła Erica. - Nie było tak źle.

- Jasne, że nie było źle - przyznał Mike. - Było upiornie! Jestem zmęczony, umieram z głodu, a w moich majtkach dałoby się utopić chomika.

- Czemu miałbyś topić chomika w bieliźnie? - spytała zaciekawiona Swietłana. - To jakiś amerykański zwyczaj?

- Nie - odparł Mike. - To tylko metafora. Oznacza, że mam bardzo, ale to bardzo mokre majtki. A nienawidzę mieć mokrych majtek, bo...

- Obcierają cię - dokończyła Zoe. - Wiemy. Jęczysz o tym od sześciu godzin.

- Bo od sześciu godzin mnie obcierają! - Mike z ponurą miną poprawił przemoczoną bieliznę. - Czemu nikt z CIA nie pracuje nad tym problemem? W którymś laboratorium powinni ogarnąć nieobcierające bokserki. Podczas misji przydawałyby się bardziej niż lina z kotwiczką.

- Wiesz, co naprawdę przydałoby się podczas misji? - spytała Erica. - Coś, żeby zapchać ci dziób. Spójrz na Bena. On tak nie jęczy.

- Bo jestem zbyt głodny na jęczenie - jęknąłem. - Popieram Mike'a. Twój dziadek naprawdę przesadził z tym treningiem surwiwalowym.

Erica spiorunowała mnie wzrokiem.

- Nasz trening ma absolutnie podstawowe znaczenie! A co, jeśli będziesz musiał walczyć o przetrwanie w dziczy?

- Przecież już musiałem! Na kilku różnych misjach. I czułem się znacznie lepiej niż teraz. Oczywiście rozumiem, czemu musimy pracować nad kondycją. Ale czy naprawdę przy tak fatalnej pogodzie?

- Wiesz, jak nazywamy podobne warunki na Syberii? - zapytała Swietłana. - Mówimy na nie: lato. Całkiem przyjemny dzień. Przecież pada tylko deszcz, a nie śnieg czy grad.

- Jasne, Syberia jest beznadziejna - powiedział Mike. - Doświadczyliśmy tego na własnej skórze. Ale w wielu innych miejscach na naszej planecie panują całkiem przyjemne warunki. Czemu nie szykujemy się do misji właśnie tam? A co, jeśli przyjdzie nam udawać miliarderów na Lazurowym Wybrzeżu i dobierać odpowiedni kawior do szampana?

- Mało prawdopodobne. - Erica machnęła ręką.

- Równie nieprawdopodobne jak to, że ktoś w naszym wieku będzie musiał rozbrajać bombę nuklearną - zauważyłem. - A jednak już to robiliśmy. Dwukrotnie. Nigdy nie wiadomo, czy trening przed pobytem na Lazurowym Wybrzeżu nie byłby przydatny.

- To prawda - odezwała się Zoe.

Swietłana spojrzała na nią zaskoczona.

- Naprawdę spodziewasz się trafić do Francji?

- Nie - odparła Zoe. - Ale miło byłoby ją odwiedzić razem z tobą.

- Och! - Swietłana posłała jej szeroki uśmiech. Ona i Zoe zakochały się w sobie nawzajem od pierwszego wejrzenia, co stanowiło jedną z głównych przyczyn przejścia Rosjanki na naszą stronę. - Słuszna uwaga. To ja też głosuję za treningiem przygotowującym do wyprawy na Lazurowe Wybrzeże.

- Nic z tego - ucięła Erica, która chyba miała nas wszystkich dosyć. - Życie to nie film. Szpiedzy nie dostają funduszy na kawior i pobyt w ekskluzywnych francuskich hotelach. Czeka nas raczej zimny barszcz w podupadłym władywostockim pensjonacie.

- Nawet to brzmi lepiej niż nasza obecna sytuacja - burknął Mike, wskazując ręką niebo.

Nasze obozowisko znajdowało się w dziewiczym lesie, gęste korony drzew dawały nam więc przynajmniej częściową ochronę przed żywiołami. Wcześniej, na górskim szlaku, czuliśmy się jak pod prysznicem, a teraz padał na nas tylko kapuśniaczek. Z drugiej strony na suchszym terenie chętnie chroniły się okoliczne niedźwiedzie.

W pobliżu obozowiska żyło ich kilkadziesiąt. Były to niedźwiedzie czarne - dużo mniejsze od powszechnych na Alasce grizzly, co nie znaczy, że małe. Każdy ważył przynajmniej czterdzieści pięć kilo, a niektóre dorosłe samce nawet pięć razy więcej.

Miśki okazały się o wiele rozsądniejsze od nas - znalazły schronienie przed deszczem, zamiast łazić w nim przez parę godzin. Czaiły się w lesie wokół nas. Dostrzegłem, że kilka z nich rozrywa pnie zwalonych drzew w poszukiwaniu robali albo zwija się w kłębek tam, gdzie ziemia była najsuchsza.

Niedźwiedzie zwykle trzymały się od nas z daleka. Nie podpisaliśmy z nimi jednak formalnego porozumienia - były to przecież dzikie zwierzęta - tak więc gdyby jeden z nich nagle poczuł się zagrożony, mógłby zaatakować. Na ich widok czułem się jak mysz w pokoju pełnym kotów.

- Nasze treningi są może nieco ekstremalne - stwierdziła Erica - ale musicie przyznać, że wasza forma zdecydowanie się poprawiła.

- Fakt - mruknąłem.

Mike i Zoe też przytaknęli.

- Moja nie - odparła Swietłana. - W porównaniu z ćwiczeniami zalecanymi mi przez dziadka to bułka z masłem.

Erica spięła się, jakby rzucono jej wyzwanie.

- Doskonale cię rozumiem - zapewniła. - Gdy byłam młodsza, dziadek kazał mi każdego dnia łazić dwa razy dłużej. Z plecakiem pełnym kamieni.

- Dostawałaś plecak? - Swietłana aż gwizdnęła. - Ale miałaś dobrze! Mnie podczas pieszych wędrówek dziadek kazał nosić kamienie w rękach. A jeść mogłam tylko to, co sama znalazłam w lesie.

- Cyrus nie pozwalał mi przełknąć ani kęsa - rzuciła Erica. - Miałam przyzwyczajać ciało do głodówki.

- Po powrocie z każdej wyprawy musiałam jeszcze przepłynąć osiem kilometrów - powiedziała Swietłana. - W lodowatym arktycznym jeziorze.

- W jeziorze? - Erica parsknęła. - To jeszcze nic! Cyrus za każdym razem kazał mi pokonywać po pięć strumieni. Pod prąd!

- Zdajecie sobie sprawę, że wasi dziadkowie traktowali was fatalnie, prawda? - spytał Mike. - Dziadkowie powinni robić dla wnuków miłe rzeczy. Na przykład zabierać je do zoo.

Swietłana wydawała się zaintrygowana.

- Czego konkretnie nauczyłeś się w zoo na temat sztuki przetrwania? Czy dziadek wrzucał cię do zagrody wilków?

- Nie! - zawołał Mike. - Wyprawy do zoo nie miały nic wspólnego z przetrwaniem! Tylko z rozrywką.

- Czyli jeśli trafimy na wilki, na nic się nie przydasz - mruknęła pod nosem Swietłana.

Dotarliśmy do granicy obozowiska. Jako pierwszą minęliśmy latrynę. Surowe warunki oznaczały między innymi brak kanalizacji - do dyspozycji mieliśmy tylko rozklekotany drewniany wychodek. Jednoosobowy. Drzwi były zamknięte, co oznaczało, że Cyrus nadal z niego korzystał.

Następnie zobaczyliśmy chaty: proste jednoizbowe budynki zbudowane przez wojsko podczas drugiej wojny światowej. Mike i ja zajmowaliśmy jedną z nich, a dziewczyny drugą.

- Zmiana mokrych ubrań może poczekać - powiedziała Zoe. - Przede wszystkim potrzebuję żarcia. Ktoś ma tak samo?

Natychmiast się zgłosiłem. Nawet Erica i Swietłana niechętnie przyznały, że są głodne.

- W ciuchach na zmianę wcale nie będzie mi lepiej - burknął Mike. - Tutaj wszystko jest wiecznie wilgotne. Całkiem jakbyśmy mieszkali u kogoś pod pachą.

- Narzekanie niczego nie zmieni - poinformowała go Erica. - Wszyscy mamy równie trudno.

- Nieprawda - odparł Mike. - Ja jestem w najgorszej sytuacji. Każde z was ma w obozowisku ukochaną osobę, a ja nie.

Erice zabrakło argumentów.

Bądź co bądź byłem jej chłopakiem, a Swietłana chodziła z Zoe. Tymczasem Trixie, dziewczyna Mike'a, nie wiedziała nawet, gdzie on się obecnie znajduje.

Trixie była młodszą siostrą Eriki. Reszta rodziny Hale'ów uznała, że nie jest uzdolniona w dziedzinie szpiegostwa - choć może dlatego, że porównywano ją do Eriki, która miała niewiarygodny talent. Tymczasem Trixie naprawdę wyróżniała się na tle znanych mi osób. Przede wszystkim była bardzo mądra - wiedziała wszystko na każdy temat, od samolotów z czasów drugiej wojny światowej po niuanse drobnych zabiegów chirurgicznych.

Hale'owie zdołali utrzymać swój zawód w tajemnicy przed Trixie do czasu, aż w jej życiu pojawiliśmy się ja i Mike. Wygadaliśmy całą prawdę w ciągu pięciu minut. Rodzice i dziadkowie Eriki nadal mieli o to do nas pretensje. Mimo to dalej zatajali przed nią, co mogli. Dla bezpieczeństwa. Trixie nie miała uprawnień, żeby wiedzieć, gdzie jest nasza baza. Ona i Mike nie widzieli się więc od kilku miesięcy.

- Możecie pisać do siebie listy - rzuciła słabo Erica.

- To nie to samo co mieszkanie razem! - oburzył się Mike. - Nie ma porównania! Zresztą twój dziadek przechwytuje wszystkie listy i cenzuruje co lepsze fragmenty. - Mike wpadł do naszej chaty, chwycił list od Trixie i zaprezentował go na potwierdzenie swoich słów. - Widzicie?

Kartka została zapisana odręcznie i pachniała tak, jakby Trixie spryskała ją perfumami. Tyle że - zgodnie ze słowami Mike'a - czarnym cienkopisem zamazano wszystko poza "Najdroższy Mike'u!" oraz "Kocham cię, Trixabella".

- Nie wiesz, czy to robota dziadka - zauważyła Erica.

- Owszem, wiem - odparł Mike. - Dołączył notatkę, w której się do tego przyznał. I zaznaczył, że jeśli jeszcze raz napiszę do jego wnuczki choć odrobinę niegrzeczną wiadomość, każe mnie wysterylizować.

Pokiwałem głową. Cyrus wygłosił wobec mnie kilka podobnych uwag, dlatego na terenie obozowiska musiałem zachowywać najwyższą ostrożność. Wystarczyło, że w jego obecności brałem Ericę za rękę, a zaraz kazał mi czyścić latrynę.

Zrzuciliśmy z ramion ciężkie plecaki i zostawiliśmy je w chatach. Zwykle braliśmy je ze sobą do stołówki, żeby zapach prowiantu nie zwabił niedźwiedzi, borsuków, myszy, wiewiórek ani rosomaków... ale tym razem wyjedliśmy wszystko aż do ostatniego okruszka.

Gdy pozbyliśmy się balastu, Mike, Zoe i Swietłana szybko ruszyli do stołówki.

Choć umierałem z głodu, nie poszedłem w ich ślady. Chciałem porozmawiać z Ericą w cztery oczy.

- Czy mogłabyś spytać Cyrusa, dlaczego skazuje nas na takie męczarnie? Wiem, że dba o naszą formę, ale zwyczajnie przesadza.

Rzuciła mi spojrzenie, którego nie potrafiłem rozszyfrować. Moje słowa mogły ją zaskoczyć. Albo rozczarować. Albo jedno i drugie.

- Nasza ciężka praca przynosi efekty. Odkąd przyjechałeś, nabrałeś kondycji. Pozostali zresztą też.

- Wiem - rzuciłem. - Ale w życiu szpiega liczy się coś więcej niż tylko sprawność fizyczna. Na przykład morale. A nasze samopoczucie jest do niczego. Mike się załamał, to oczywiste. Zoe też cierpi, chociaż nic nie mówi. No i... - Zawahałem się, ale dokończyłem. - Ja tak samo.

Teraz już z pewnością zaskoczyłem Ericę.

- Naprawdę?

- Tak! Znaczy... cieszę się, że jestem tu z tobą i przyjaciółmi, ale obozowisko zaczęło ostatnio przypominać więzienie. Może nawet jest gorsze od niego. W więzieniu nie trzeba chodzić na dwunastogodzinne forsowne marsze w ulewnym deszczu.

- Nie pokrzepiła cię nasza przebieżka?

- Nie! Była okropna! A i tak lepsza od połowy rzeczy, do których zmusza nas Cyrus. Nie wiem, co ostatnio wstąpiło w twojego dziadka, ale musi trochę wyluzować... albo zrezygnujemy.

Erica zmarszczyła brwi.

- Nie możecie.

- Możemy. Nie ciąży na nas żaden obowiązek. Postanowiłem poprosić cię o pomoc, bo Cyrus cię lubi. Ale jeśli ty nic mu nie powiesz, ja to zrobię.

Wreszcie dotarliśmy do budynku stołówki. Był największy w obozowisku, bo musiał pomieścić cały nasz zapas jedzenia oraz podstawowy sprzęt kuchenny, ale jego rozmiary i tak nie przekraczały wielkości typowej sali lekcyjnej.

- Muszę ci coś powiedzieć... - zaczęła Erica.

- Co takiego? - Wszedłem do środka, gotów pożreć wszystko, co trafi na mój talerz.

A potem zamarłem z przerażenia.

Tuż przede mną, na samym środku pomieszczenia, stał dyrektor szkoły szpiegów.

 
 
Rozdział 2
TRANSMISJA

Stołówka

Placówka pomocnicza Akademii Szpiegostwa CIA

8 sierpnia

Godzina 17.15

 
 

Jeśli wziąć pod uwagę, jak długa była moja lista Osób, Których Wolałbym Już Nigdy Więcej Nie Spotkać, może wydać się dziwne, że pierwsze miejsce zajmował na niej właśnie dyrektor szkoły szpiegów. Znałem przecież wielu gości, którzy kiedyś próbowali mnie zabić... i chętnie spróbowaliby ponownie, gdyby tylko nadarzyła się ku temu okazja.

To prawda, nie przepadałem za ludźmi, którzy życzyli mi śmierci, ale przynajmniej rozumiałem ich pobudki. Obmyślili złowieszczy plan, ja pokrzyżowałem im szyki i teraz pałali do mnie nienawiścią. Wolałbym, żeby dawali upust emocjom w inny sposób albo w ogóle zrezygnowali ze snucia intryg. Wiedziałem jednak, co robić, gdybyśmy się znowu spotkali: zwiewać!

Ale dyrektor stanowił bardziej skomplikowany problem.

Był skrajnie nieprzewidywalny. Jego nastroje zmieniały się jak w kalejdoskopie, a żaden nie okazywał się zbyt przyjemny. Dyrektor bywał ponury, zrzędliwy, gderliwy, markotny, małostkowy, drażliwy, naburmuszony, rozgoryczony, wściekły, zazdrosny, poirytowany, oburzony, opryskliwy, lekceważący, niecierpliwy, sfrustrowany czy nawet zwyczajnie po ludzku wnerwiony... a niekiedy potrafił zaprezentować wszystkie te emocje po kolei w ciągu zaledwie kilku minut. Od czasu do czasu, gdy czegoś potrzebował, symulował uprzejmość, ale fatalnie mu to wychodziło. (Kiedy się uśmiechał, wyglądał, jakby odtwarzał kolejne kroki z instrukcji obsługi ludzkiej twarzy). Do tego nie nadawał się na swoje stanowisko - był niekompetentny, niezdarny i nieogarnięty. Powierzono mu kierownictwo szkoły szpiegów tylko dlatego, że żaden inny agent w całej CIA nie był tym zainteresowany. W czasach jego rządów szkołę zinfiltrowała cała armia kretów, na jej teren wkradli się zabójcy, a ostatecznie zamachowiec wysadził ją w powietrze. Dlatego Cyrus Hale zapewnił nas, że program pomocniczy, którym byliśmy teraz objęci, zostanie utrzymany w tajemnicy przed dyrektorem. Dyro miał nie wiedzieć, gdzie jesteśmy i co robimy.

Ale chyba się jednak dowiedział.

Miał na sobie garnitur, jakby uznał, że pod krawatem będzie sprawiał wrażenie grubej ryby, ale wyglądał po prostu jak ktoś, kto nie umie ubrać się odpowiednio do panujących warunków. Jego eleganckie buty były usmarowane błotem, spodnie - przemoczone aż do kolan, a na koszuli miał kolorowe plamy po czymś, co uznałem za wymiociny. Musiało go zemdlić, kiedy płynął łodzią do naszej placówki.

Jego głowę wieńczył nowiutki tupecik. Nie wierzyłem własnym oczom - był jeszcze gorszy od starego, który przypominał borsuka po bliskim spotkaniu z ciężarówką. Wyglądał jak kłaczek wykasłany przez wielkiego kota.

Na podłodze, u stóp dyrektora, stała wąska metalowa walizka na dokumenty. Kiedyś musiała sprawiać wrażenie eleganckiej i nowoczesnej, teraz jednak była porysowana i poobijana, jakby wypadła komuś z ręki i pokoziołkowała po schodach. Kilkukrotnie.

Mike, Zoe i Swietłana zatrzymali się tuż po przekroczeniu drzwi stołówki, zaskoczeni obecnością dyrektora tak samo jak ja. Stali z szeroko otwartymi ustami, a woda kapała z ich ubrań na drewnianą podłogę.

- Witaj, Benjaminie - powiedział dyrektor przez zaciśnięte zęby. Nawet nie próbował ukryć niechęci. - Oraz ty, Erico. Oraz... - Zagapił się na Mike'a i Zoe z tępym wyrazem twarzy.

- No nie! - rzuciła Zoe. - Nie pamięta pan nawet naszych imion?!

- Poznawanie imion i nazwisk wszystkich uczniów nigdy nie należało do moich obowiązków.

- Należało - poprawił go Mike. - Tak właśnie robi dobry nauczyciel.

- Ale z was nie są przecież zbyt dobrzy uczniowie! - odparł złośliwie dyrektor. - Wysadziliście w powietrze mój gabinet. Zwabiliście na kampus zabójców. A na koniec przyjechaliście tu, by kontynuować naukę, i nie daliście mi znać!

- Nasze szkolenie w nowej placówce miało być ściśle tajne - powiedziałem.

Dyrektor poczerwieniał. Wyglądał jak dojrzały pomidor.

- Jestem dyrektorem tej akademii! Nie uważacie, że powinienem wiedzieć, gdzie ona się znajduje?

Pod jego wściekłością wyraźnie malował się jednak wstyd. Dyrektor był skrajnie zażenowany tym, że wyjechaliśmy, by dalej pobierać nauki... bez niego.

Do stołówki weszli Alexander i Catherine Hale'owie, taszcząc zaopatrzenie. Catherine niosła dwie palety świeżych warzyw, a Alexander dwudziestokilogramowy worek fasoli. Oboje mieli przemoczone płaszcze i ubłocone buty. Na nasz widok stanęli jak wryci.

- Wróciliście nadspodziewanie szybko - zauważyła Catherine. - Marsz poszedł wam bardzo sprawnie.

Tego ranka Alexander i Catherine popłynęli łodzią do najbliższego miasta po zaopatrzenie. Taka podróż w obie strony przy dobrej pogodzie trwała osiem godzin, a przy słabej - o wiele dłużej. Nie mieli jednak wyboru, bo nasze zapasy jedzenia i papieru toaletowego dramatycznie stopniały. (Jeszcze niedawno latali do miasta helikopterem, ukradziono nam go jednak podczas ostatniej misji). Rodziców Eriki nie zdziwił widok dyrektora, uznałem więc, że przypłynął razem z nimi.

Erica spiorunowała ich wzrokiem.

- Wiedzieliście, że się dziś zjawi?!

Alexander zadrżał pod jej spojrzeniem.

- Nie! Całkiem nas zaskoczył. Gdy dotarliśmy do miasta, czekał na molo.

- Mam ważniejsze pytanie - wtrącił Mike. - Czy kupiliście przekąski?

Zoe zerknęła na niego krzywo.

- Przekąski nie są teraz najważniejsze.

- Dla mnie są! - zapewnił Mike. - Czekolada skończyła mi się już pięć dni temu!

- Jasne, że mam słodycze - zapewniła Catherine. Położyła palety na stole i sięgnęła do torby, którą dotąd ukrywała pod płaszczem.

Jak na ludzi przebywających z dala od cywilizacji jedliśmy całkiem nieźle. Catherine Hale była nie tylko jedną z najlepszych agentek MI6 (brytyjskiego odpowiednika CIA), lecz także wybitną kucharką, zdolną zmienić nawet najprostsze danie - powiedzmy: ryż z fasolą - w kulinarną przygodę. Do tego latem las pękał w szwach od pożywienia, które można było zebrać. Mieliśmy do dyspozycji pędy paproci, grzyby i jagody, a w strumieniach roiło się od łososi płynących na tarło. Byliśmy jednak nastolatkami, więc bardzo brakowało nam śmieciowego żarcia. Składaliśmy na nie zamówienia przed każdą wyprawą Hale'ów do miasta.

Bylibyśmy podekscytowani, nawet gdybyśmy nie mieli na koncie dwunastogodzinnego marszu w trudnym terenie. Okrążyliśmy Catherine niczym psy, którym obiecano smakołyki.

Catherine rozdała skarby: puszki lukru czekoladowego dla Mike'a, batoniki dla mnie oraz żelki w kształcie dżdżownic dla Zoe i Swietłany. (Dziadek Swietłany nigdy nie dawał jej śmieciowego żarcia, uznając je za produkt zgniłego Zachodu. Mógł mieć rację, ale zachodnia zgnilizna smakowała fantastycznie. Tak czy inaczej, Swietłana nie wiedziała, co ma do wyboru. Zdawała się więc na ocenę Zoe, która powoli wprowadzała ją w świat kolejnych żelkowych zwierzaków).

Erica jak zwykle poprosiła tylko o paczkę - i to niewielką - rodzynek. Jej rygorystyczna dieta zakładała absolutny brak przetworzonego żarcia, a swoje spożycie cukru Erica monitorowała z precyzją godną fizyczki jądrowej.

Z kolei ja rozpaczliwie pragnąłem słodyczy. W innych okolicznościach zjadłbym wszystko powoli, rozkoszując się każdym kęsem, ale teraz, po upiornym marszu, umierałem z głodu. Odgryzłem ogromny kawał pierwszego batona, spojrzałem na dyrektora i spytałem z pełnymi ustami:

- Czyli czemu pan tu jest?

Zignorował mnie i zerknął na Catherine.

- Dla mnie też przyniosłaś przekąskę?

- Nie - odparła. - Wszystkie są dla dzieciaków, które bardzo się dziś napracowały.

- Też miałem trudny dzień - zapewnił dyrektor.

- Doskonale wiem, że większość podróży spędziłeś, wymiotując - powiedziała Catherine. - Wraz z Alexandrem skomponowaliście prawdziwą symfonię grozy.

Alexander zarumienił się ze wstydu po uszy. W przeciwieństwie do Catherine i swojego ojca nie był przesadnie kompetentnym szpiegiem. Robił jednak wszystko, żeby to zmienić, a jako pilot już kilka razy dał popis umiejętności. No i był niezwykle szarmancki - choć cierpiał na chorobę morską tak silną, że mdliło go nawet od książek o żeglarstwie, nie zgadzał się, aby Catherine sama wypływała po zapasy.

- Nie proszę o dużo - rzucił dyrektor. - Jestem zwyczajnie głodny. Poczęstujesz mnie kilkoma rodzynkami? - Spojrzał z nadzieją na Ericę.

- Jeśli chciałeś zjeść przekąskę, trzeba było ją sobie kupić w mieście - pouczyła go Catherine. - Benjamin zadał pytanie. Co tu robisz?

Dyrektor wydął wargi i spojrzał w moją stronę.

- CIA ma dla ciebie misję.

Mike odwrócił się w stronę dyra. Wokół ust miał obwódkę z lukru.

- Co to za misja? - zapytał.

- Dotyczy Murraya Hilla - powiedział dyrektor.

Teraz wszyscy zawstydziliśmy się jak wcześniej Alexander.

Murray Hill zajmował drugie miejsce na mojej liście Osób, Których Wolałbym Już Nigdy Więcej Nie Spotkać. Był tylko kilka miesięcy starszy ode mnie, ale brał już udział w wielu przestępczych intrygach, które - gdybyśmy ich nie udaremnili - miałyby fatalne skutki dla całej planety. Swoją nikczemną karierę zaczął jako jeden z uczniów szkoły szpiegów. Udawał, że jest moim przyjacielem, lecz potajemnie współpracował z organizacją przestępczą o nazwie Pająk, usiłującą zniszczyć amerykański wywiad. Pokrzyżowałem mu wówczas szyki, a potem udaremniłem wszystkie jego kolejne plany. Dlatego z czasem był na mnie coraz bardziej wściekły.

To właśnie przez niego znaleźliśmy się na Alasce. Zdradził położenie pierwotnej szkoły szpiegów zabójcom z całego świata w nadziei, że któryś z nich mnie wykończy. Potem rozpoczął w sieci niezwykle skuteczną kampanię dezinformacyjną: ogłosił, że jestem członkiem antyamerykańskiej konspiracji. Choć rząd robił wszystko, żeby obnażyć jego kłamstwa, nadal wierzyły w nie rzesze ludzi i dlatego nie mogłem pokazywać się publicznie. Niedźwiedzie w pobliżu naszego obozowiska były o niebo spokojniejsze od rozwścieczonego tłumu internetowych foliarzy!

W ramach kary za liczne zbrodnie Murray trafił na zamieszkaną przez morsy wyspę u wybrzeży Alaski. Niestety, podczas ostatniej misji musieliśmy go odwiedzić. Otruł nas, ukradł helikopter i odleciał. Zostaliśmy uratowani, ale Murray rozpłynął się w powietrzu. Było nam z tego powodu potwornie wstyd - szczególnie dorosłym, którzy liczyli, że nasza wtopa pozostanie tajemnicą.

Nie pozostała.

Dyrektor o wszystkim wiedział. Podśmiewał się z nas pod wąsem.

- Owszem, znam losy Murraya - rzucił. - Uważaliście, że możecie wszystko. Że uciekniecie na Alaskę i w tajemnicy przede mną założycie nową szkołę szpiegów. A potem przechytrzył was nastoletni chłopak!

- Murray nie jest typowym nastolatkiem - bronił się Alexander. - To jeden z najsprytniejszych złoczyńców na świecie.

- A wy pozwoliliście mu uciec! - zawołał dyrektor, zachwycony naszym błędem. - Genialna rodzina Hale'ów zawiodła! - Parsknął. Jego głos ociekał sarkazmem. - Tak jak i utalentowany pan Ripley! Oraz... - Spojrzał na Mike'a i Zoe i oczy ponownie zaszły mu mgłą.

- Litości! - rzuciła Zoe. - Znowu pan zapomniał, jak się nazywamy!

- Nieprawda - odparł dyrektor. - Nie mogłem zapomnieć czegoś, czego nigdy nie wiedziałem.

- Na czym polega misja? - spytała Erica. Podczas gdy my już dawno pożarliśmy swoje słodycze, ona wykazywała się niezwykłym opanowaniem i pogryzała rodzynki pojedynczo. - Pana obecność tutaj wskazuje, że Murray ponownie się pojawił.

- Racja - przyznał dyrektor. Położył metalową walizkę na stole i zaczął ustawiać kombinację, aby otworzyć zamek. - Kilka dni temu przechwyciliśmy zakodowaną wiadomość od Murraya Hilla do Ashley Sparks.

- Przypomnijcie mi, kim jest Ashley - poprosiła Swietłana. Jako najnowsza członkini naszego zespołu nie znała jeszcze dokładnie wszystkich wrogów, których narobiliśmy sobie przez ostatnie lata.

- To ta idiotka od Pająka - powiedziała Zoe. - Ben się w niej zakochał, kiedy infiltrował szkołę złoczyńców.

- Nie zakochałem się! Miałem zostać jej przyjacielem. To był rozkaz!

- Podobała ci się jak dwa i dwa cztery - wtrąciła Erica. - Widziałam was razem.

- Już pamiętam! - rzuciła Swietłana, więc nie mogłem dłużej się bronić. - Przestępczyni gimnastyczka, tak?

- Zgadza się - potwierdziła Zoe.

Ashley zgłosiła się do olimpijskiej drużyny Stanów Zjednoczonych, ale odpadła, bo zabrakło jej ułamka punktu. Winą za to obarczała jedną z sędzi. Po porażce wpadła w szał. Ostatecznie wstąpiła na ścieżkę przestępczości i z radością zapisała się do ściśle tajnego centrum szkoleniowego Pająka. Rok później wysłano mnie tam pod przykrywką - udawałem kolejnego rekruta. Z pomocą Hale'ów pokrzyżowałem wtedy plany Pająka.

Ashley zajmowała siódme miejsce na mojej liście Osób, Których Wolałbym Już Nigdy Więcej Nie Spotkać. Uważała mnie za zdrajcę i kilkukrotnie próbowała mnie zabić.

- Co było w wiadomości od Murraya? - spytałem dyrektora.

- Sam przeczytaj.

Dyrektor skończył ustawiać kod i dramatycznym ruchem próbował otworzyć walizkę. Tyle że wcale się nie otworzyła.

- Zapomniał pan kodu? - spytał Mike.

- Nie! - warknął dyrektor. Znów zabrał się do pracy.

- Może nam pan powiedzieć, co mniej więcej było w tej wiadomości? - odezwałem się.

- Daj mi chwilę - odparł. - Próbuję myśleć.

- Nie ma pan w tym doświadczenia - mruknęła pod nosem Zoe.

Dyrektor po kilku sekundach wprowadził nowy kod... który również nie otworzył walizki.

- Czy na pewno pamięta pan kombinację? - spytał Mike.

- Tak! To durne ustrojstwo musi być zepsute! - Dyrektor z wściekłością uderzył walizkę pięścią, po czym natychmiast odkrył, że bicie w metal to kiepski pomysł. Jęknął i chwycił się za obolałą dłoń.

- Ja spróbuję. - Catherine wyciągnęła z paska na wyposażenie mały elektroniczny wytrych. Podeszła bliżej.

- Wykluczone - rzucił dyrektor. - Moja walizka to dzieło sztuki. Zamek wykorzystuje nowe metody szyfrowania zaprojektowane przez najtęższe głowy w Agencji. Jest odporny na wszelkie metody...

- Już - oznajmiła Catherine i otworzyła walizkę.

- Och! - rzucił dyrektor. - Cóż, no... dobra robota.

Wszyscy zrobiliśmy krok do przodu. Wewnątrz walizki znajdowała się zapieczętowana koperta z moim nazwiskiem, a także kolejne, przeznaczone dla Alexandra, Catherine i Cyrusa. Jak również niedojedzona kanapka.

- Ojej! - zawołał dyrektor. - Właśnie jej szukałem! - Chwycił ją i wziął gryza.

Catherine wyciągnęła kopertę z moim nazwiskiem, starła z niej musztardę i włożyła mi do ręki.

- To chyba dla ciebie.

Natychmiast złamałem woskową pieczęć i otworzyłem kopertę. Rok wcześniej byłem zachwycony, kiedy dostałem pierwszą ściśle tajną wiadomość. Ale w międzyczasie odkryłem, że rzadko wynika z nich coś dobrego.

Tym razem w środku były tylko dwie kartki.

Na pierwszej zapisano zaszyfrowaną wiadomość. Papier był wygnieciony, jakby w którymś momencie wielokrotnie go złożono, aby mógł zostać przeszmuglowany do więziennej celi Ashley Sparks. Dostrzegłem też, że jest upstrzony plamami po żarciu, czyli chyba rzeczywiście pochodził od Murraya. Gość słynął z niechlujstwa, a śmieciowe jedzenie kochał jeszcze bardziej niż my. Rozpoznałem tłuszcz z boczku, karmel i toksycznie pomarańczowy pył z Cheetosów. Jak znam Murraya, jadł wszystkie te rzeczy jednocześnie.

Na drugiej kartce znajdowało się tłumaczenie wiadomości, najprawdopodobniej przygotowane przez analityka kryptograficznego z CIA. Murray posłużył się metodą szyfrowania zwaną peruwiańską procą. Poznaliśmy ją w szkole złoczyńców Pająka. Była wystarczająco skomplikowana, żeby zmylić laików, ale Ashley na pewno dobrze ją pamiętała.

Przyjaciele zebrali się wokół mnie, gdy odczytywałem wiadomość. Na kopercie umieszczono dopisek: "Tylko dla twoich oczu", więc pewnie nie powinienem jej nikomu pokazywać. Ale ufałem zebranym najbardziej na świecie.

Tekst głosił:

 

22 lipca

 

Hej!

 

Wiem, że w przeszłości często się kłóciliśmy, ale zanim podrzesz ten list, przeczytaj, co mam ci do powiedzenia. Niełatwo było mi się z tobą skontaktować.

Od czasu naszego ostatniego spotkania w ogóle nie było mi łatwo. Zostałem uwięziony w dziurze na końcu świata, za całe towarzystwo mając krowy morskie (a wiesz, co o nich myślę). Zdołałem uciec, ale z wielkim trudem. Spędziłem tydzień w dziczy, gdzie jadłem porosty i robale, komary usiłowały wyssać ze mnie całą krew i wciąż musiałem unikać polujących niedźwiedzi. Teraz wreszcie wróciłem do cywilizacji (o ile można tak nazwać wiejskie tereny Alaski) i jestem naprawdę wściekły.

A czemu piszę właśnie do ciebie, choć kiedy widzieliśmy się ostatnio, omal mnie nie zabiłaś? Cóż, po prostu jesteśmy sobie nawzajem potrzebni! Nie da się przecież siedzieć tygodniami na wyspie pełnej krów morskich, nie obmyślając przy tym jednej czy dwóch złowieszczych intryg. Wpadłem na naprawdę świetny pomysł. Ale potrzebuję twojej pomocy, żeby wprowadzić go w życie.

Nie mogę jeszcze, rzecz jasna, zdradzić ci wszystkich szczegółów. Listy nie stanowią najbezpieczniejszej metody przekazywania informacji. Wkrótce odwiedzę cię osobiście. Daję znać, bo nie chcę, żebyś spanikowała i wezwała ochronę.

Na pewno mnie wysłuchasz, bo mój plan sprawi, że oboje staniemy się obrzydliwie bogaci. A Ben Ripley zniknie z tego świata raz na zawsze.

Do zobaczenia!

Sama wiesz kto

 

Po lekturze wszyscy mieliśmy mnóstwo pytań.

- Jak Murray zamierza odwiedzić Ashley, skoro ona siedzi w więzieniu? - spytała Zoe.

- Gdzie on teraz jest? - chciał wiedzieć Mike.

- Co to krowa morska? - zapytała Swietłana.

- Tak Murray nazywa morsy - wyjaśniłem Rosjance. Dla pozostałych nie miałem odpowiedzi. - Dlaczego musiał uwziąć się właśnie na mnie? Przecież wy też wiele razy pomogliście pokrzyżować jego plany. Czemu was też nie chce zniszczyć raz na zawsze?

- Zadaj mu to pytanie, kiedy znowu go złapiemy - odparła Erica. Spojrzała na dyrektora. - Bo taki właśnie jest plan, prawda? Ben zna Murraya najlepiej z nas wszystkich. Dlatego właśnie on musi trafić do więzienia Ashley i odkryć, w jaki sposób Murray zamierza je zinfiltrować. Zgarniemy go, kiedy spróbuje.

- Zgadza się - powiedział dyrektor. - Masz absolutną rację. Poza jedną drobną kwestią: na tę misję został wezwany wyłącznie Ben. Reszta nie weźmie w niej udziału.

 

[...]

Tytuł oryginału: Spy School Goes Wild

 

Redakcja: Monika Krzywoszyńska

Korekta: Beata Wójcik

Ilustracje: Mariusz Andryszczyk

Projekt graficzny okładki: Maciej Trzebiecki na podstawie projektu Lucy Ruth Cummins

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktorka prowadząca: Maria Gładysz

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? 2024 by Stuart Gibbs

Copyright ? for Polish translation by Jarek Westermark, 2026

Copyright ? for illustration by Mariusz Andryszczyk, 2026

Copyright ? Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-572-6

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej