Szkoła strachu. Jeszcze nie koniec lekcji! - Gitty Daneshvari


Reflow text when sidebars are open.
KAŻDY SIĘ CZEGOŚ BOI:
Erytofobia to lęk przed rumieńcami
Madeleine, Lulu, Theo, Schmidty i Makaron siedzieli skrzywieni, nie mogąc się doczekać przyjazdu czternastoletniego Garrisona Feldmana. W gruncie rzeczy chłopiec spóźniał się dopiero dziesięć minut, ale przez tę nieznośną duchotę mieli wrażenie, jakby minęła godzina. Theo wcisnął się na krzesło Makarona. Naśladując pozycję buldoga, położył się na plecach z rękami i nogami w powietrzu.
Lulu właśnie miała skrytykować kretyńskie zachowanie kolegi, gdy zza zakrętu przy akompaniamencie głośnego reggae wyjechał jeep kabriolet. Na przodzie siedział nie kto inny jak Garrison Feldman. Kiedy wysiadł z auta, stanął idealnie na tle słońca, zupełnie jak na filmie. Był wyższy i znacznie bardziej opalony niż przed rokiem. Blond loki, dawniej starannie uczesane, teraz zwisały zmierzwione wokół twarzy.
Chociaż miał na sobie szorty do surfingu, stary T-shirt oraz japonki, i tak nie dało się zaprzeczyć: wyglądał bosko. Czternastolatek wziął torbę oraz deskę do pływania i rzucił całej grupce zniewalający uśmiech, którym natychmiast wszystkich oszołomił. Nawet Theo był urzeczony jego olśniewającym wyglądem, choć może błyszcząca skóra Garrisona kojarzyła mu się po prostu z frytką z McDonalda.
- Co tam? - odezwał się życzliwie Garrison, podając rękę Schmidty'emu.
- Witamy ponownie, panie Garrisonie - powiedział staruszek z uśmiechem.
Chłopiec odwzajemnił uśmiech, po czym wyciągnął dłoń do Thea, który rzucił się na niego z impetem i zgniótł go w niedźwiedzim uścisku.
- Gary, brachu! Kompani znowu razem!
- Nie mów do mnie Gary - odparł Garrison, odpychając spoconego kolegę. - I absolutnie nie używaj słowa "kompan". Nigdy. Nawet kiedy jesteś sam.
- Fuj! Odcisnąłeś mu twarz na koszulce! - zawołała Lulu, wskazując mokry ślad.
Na szczęście Garrison tego nie zauważył, ponieważ teraz witał się z Madeleine, która poczerwieniała jak burak. Chociaż nikomu się nie przyznała, często myślała o nim czule, zwłaszcza w szare, zimne londyńskie dni. Ale teraz, kiedy przed nią stał, poczuła się przytłoczona własnym zauroczeniem.
- Maddie...
- Cześć, Garrison. Jak podróż z Miami? - zapytała nerwowo, strasznie szybko wymawiając słowa.
Zanim zdążył odpowiedzieć, mocno go uściskała, a potem zawstydzona odwróciła wzrok. Lulu, wyczuwając niezręczną atmosferę, niedbale objęła go lewym ramieniem i żartobliwie zmierzwiła mu włosy.
- Co to za fryzura? Jeszcze trochę, a będziesz miał dłuższe włosy niż ja.
- Teraz jestem surferem - oznajmił z dumą Garrison, który dawniej bał się wody. - Wszyscy chłopacy noszą takie fryzury.
- Czy to przypadkiem nie jest zwykła deska do pływania?
- Lulu, dlaczego ty zawsze musisz wytykać innym niedociągnięcia? - stęknął Theo. - Nie myśl, że nie zauważyłem, że go objęłaś.
- Phi.
- Panie i panowie, z żalem przerywam tę wielce intelektualną konwersację, ale Madame na was czeka. Wiecie, jaka jest stara, w zasadzie może umrzeć w każdej chwili...
Uczniowie po raz pierwszy spojrzeli za plecy Schmidty'ego na duże metalowe urządzenie u stóp góry. Wyglądało jak wielka klatka dla ptaków albo raczej - co bardziej makabryczne - jak ozdobna cela więzienna.
- Co to takiego? - zapytała Lulu. - Nie żebym się bała, bo teraz totalnie jeżdżę windą, ale to nawet nie jest winda. No więc... co to właściwie jest?
- To najnowsza zdobycz Szkoły Strachu: Summerstoński Tramwaj Pionowy - wyjaśnił Schmidty, budząc Makarona z drzemki.
- Całkiem niezły STP - stwierdził Theo ze znawstwem.
- ST-co? - spytała Lulu, unosząc brwi.
- Podjąłem decyzję na najwyższym szczeblu...
- Ale ty nie zajmujesz najwyższego szczebla...
- Dobra, podjąłem decyzję na niższym szczeblu o utworzeniu akronimu. Musicie wiedzieć, że w NJ akronimy to istny hit.
- Dzieci, zanim wsiądziecie do STP, jak to określił pan Theo, Makaron musi obwąchać wasze bagaże w poszukiwaniu urządzeń elektronicznych. Jak pamiętacie, pani Wellington nie toleruje komórek, smartfonów, komputerów ani żadnych innych urządzeń umożliwiających komunikację. Proszę, nie myślcie, że ja wam nie ufam. Po prostu nie ufa wam Madame. Dzisiaj rano nie mogła sobie nawet przypomnieć, czy w ogóle was lubi.
Zaśliniony buldog o workowatych powiekach poczłapał do bagażu uczniów. Usiadł, równo układając tylne łapy między przednimi, po czym zaczął prychać. Widzicie, buldogi nie potrafią węszyć bez prychania - to fizycznie niemożliwe. Prędzej buldog zacznie mówić po angielsku niż węszyć bez prychania. Między hałaśli-wymi niuchami Makaron używał również języka. Lizał nie tylko bagaże, ale także nogi dzieci. Kiedy skończył, rzucił Schmidty'emu porozumiewawcze spojrzenie, po czym padł na bruk, skrajnie wyczerpany takim wysiłkiem.
- Theo, nie chcę być złośliwa, ale jestem oszołomiona, że nie próbowałeś przemycić komórki - przyznała ze szczerością Madeleine.
- Cóż mogę powiedzieć? Patrzysz na odmienionego mężczyznę.
- O raju - jęknęła Lulu, jak zwykle przewracając oczami. - On się teraz ma za mężczyznę.
Gdy Theo z irytacją marszczył brwi, Schmidty wyciągnął z kieszeni czarnych szortów duży pęk kluczy i zaczął szukać tego właściwego.
- Po co to w ogóle zamykać na klucz? Boicie się nieproszonych gości? - spytał Garrison, odrzucając z twarzy blond loki.
- Zamierzałem pozwolić, żeby Madame sama wam to wyjaśniła, ale ponieważ ona rzadko mówi z sensem, chyba lepiej ja się tym zajmę - odrzekł Schmidty, po czym odchrząknął. - W ciągu ostatnich paru miesięcy Summerstone stało się celem bardzo wytrwałego włamywacza. Mieliśmy już siedem, a może osiem napadów. Albo jeszcze więcej, bo często dopiero po wielu dniach orientujemy się, że czegoś brakuje.
Schmidty wprowadził dzieci i Makarona do tramwaju, a potem zamknął drzwi.
- Rozmawialiście z szeryfem? - zapytała Madeleine, kiedy machina ruszyła pod górę.
- Naturalnie, ale jest równie zdezorientowany jak my.
- Czy tylko mnie się wydaje, że to najwolniejszy pojazd w historii pojazdów? - zapytała Lulu z nerwowym uśmiechem, gdy tramwaj z terkotem wspinał się po stoku.
- W miasteczku nie było żadnych innych włamań? - naciskała Madeleine.
- No, w zasadzie nie...
- Co to znaczy "w zasadzie"?
- Raz ktoś się włamał do cukierni Manciniego, ale ukradł tylko babeczki, więc szeryf jest przekonany, że stoi za tym młody Jimmy Fernwood. Matka nie pozwala mu jeść słodyczy...
- Wina zawsze spada na grubasów - odezwał się Theo z pretensją. - To się nazywa uprzedzenie rasowe.
- Przykro mi, Theo, lecz otyłe dzieci nie stanowią odrębnej rasy - wyjaśniła Madeleine.
- Rany, ale tu się robi duszno. Aż trudno oddychać - stwierdziła Lulu z rozdrażnieniem.
- Przecież jesteśmy na wolnym powietrzu - odparł Garrison.
SZKOŁA STRACHU
Ostępy w okolicach Farmington w stanie Massachusetts
(Dokładna lokalizacja zatajona ze względów bezpieczeństwa)
Adres do korespondencji:
Skrytka pocztowa 333, Farmington, MA 01201
Drodzy Zawodnicy!
Podobnie jak praca domowa, pryszcze i dojrzewanie drugie wakacje w Szkole Strachu nie są fakultatywne. Wszelkimi przypadkami niesubordynacji, pod pretekstem na przykład śmierci ukochanego pieska, amnezji lub wyjazdu na kolonie zajmie się mój prawnik Munchauser - i to osobiście. Człowiek o najbrudniejszych paznokciach w całej Ameryce przyjedzie do Was z nicią dentystyczną. Następnie ten facet, który u stomatologa był tylko trzy razy w życiu, zacznie czyścić swe małe żółte zęby parę centymetrów od Waszej twarzy. Po czymś takim nigdy nie dojdziecie do siebie.
Letni kurs rozpocznie się dokładnie o 9 rano w sobotę 29 maja, u podnóża góry Summerstone. Nie zapomnijcie przypadkiem strzec tajności Szkoły Strachu - rozmawiając na temat naszej placówki, za każdym razem należy puszczać wodę do wanny, włączać telewizor na cały regulator i grać na harmonijce ustnej. W imieniu własnym, mojego zdobnego w zaczeskę asystenta Schmidty'ego, buldoga Makarona oraz doskonale wytresowanych kotów zapewniam, że już nie możemy się doczekać, kiedy zobaczymy Wasze wysmarowane wazeliną uśmiechy.
Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami
Dyrektorka Szkoły Strachu
Czterdziestodziewięciokrotna zwyciężczyni konkursu piękności
PS Munchausera ani trochę nie interesuje oglądanie Was ponownie i prosił, żeby to Wam przekazać.
KAŻDY SIĘ CZEGOŚ BOI:
Synegezofobia to lęk przed krewnymi
Podczas gdy Madeleine wachlowała siebie i Makarona czasopismem, zza zakrętu z piskiem opon wyjechał bus marki Volkswagen, oklejony nalepkami na zderzak. Przez zaparowaną, pokrytą owadami przednią szybę dziewczynka dostrzegła nastolatka za kierownicą. Nie mógł mieć więcej niż dziewiętnaście lat, nosił czapkę z daszkiem i duże okulary przeciwsłoneczne.
Po kilku sekundach volkswagen gwałtownie zahamował. Otworzyły się tylne drzwi, którymi wysiadł chwiejnie Theodore Bartholomew. Pulchny okularnik o brązowych włosach ubrany był w łososiowe szorty golfowe i turkusową koszulkę polo. Na nogach miał mokasyny, a przy pasie - saszetkę w szkocką kratę. Właściwie wszystkie elementy tego stroju wołały o pomstę do nieba.
- Joaquin, powiem rodzicom! Słyszysz?! Obiecałeś im, że nie przekroczysz sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Chociaż całe życie migało mi przed oczami, to widziałem, że jechałeś osiemdziesiąt! - wrzeszczał trzynastoletni Theo na starszego brata, który właśnie wyładowywał z pojazdu jego dwie walizki.
Theo był nerwowym nowojorczykiem, najmłodszym z siódemki rodzeństwa. Przez całe dzieciństwo obawiał się, że za każdym rogiem na niego i jego rodzinę czai się zagrożenie, a nawet śmierć. Zamęczał bliskich teatralnymi przejawami troski, zwłaszcza swym systemem o nazwie "Żywy lub Martwy". Zanim trafił do Szkoły Strachu, bezustannie śledził członków rodziny, rejestrując ich status "żywych" lub "martwych" w nieodłącznym zeszycie. Poświęcał również długie godziny na wypisywanie listów do burmistrza Nowego Jorku, w których sugerował różne sposoby zwiększenia bezpieczeństwa w mieście. Ku jego irytacji burmistrz nigdy nie odpisał - również na propozycję wprowadzenia przepisu nakazującego wszystkim mieszkańcom używanie co godzinę antybakteryjnego płynu do rąk. Theo wymyślił nawet slogan, który uważał za chwytliwy, a jednocześnie stanowczy: "Burmistrz mówi - myj płynem łapki, bo pójdziesz za kratki".
W promieniach upalnego słońca Joaquin spojrzał na swego nerwowego młodszego brata i westchnął.
- Słuchaj no, dziadku - mruknął w odpowiedzi na zarzut, że przekroczył prędkość.
- Nie przywołuj naszego dziadka nadaremnie. A tak w ogóle to powtarzam ci po raz ostatni, że noszę się w stylu sportowym, a nie emeryckim. Pewnie o tym nie wiesz, ale tego lata to jest bardzo trendy.
- Nie możesz po prostu wyluzować? - Joaquin był wyraźnie poirytowany.
- Serio, Theo, wyluzuj - poparła go Lulu Punchalower, wysiadając z przedniego siedzenia furgonetki.
Trzynastolatka miała na sobie stary T-shirt, dżinsowe szorty oraz czarne trampki conversy. Jej rudoblond włosy były dłuższe i bardziej falujące, niż kiedy rok temu opuszczała Szkołę Strachu. Za to zielone oczy, którymi tak często przewracała, lśniły pośród morza piegów tak jasno jak zawsze.
Pochodziła z Providence w stanie Rhode Island i na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniła od czasu letniej nauki w Szkole. Wciąż była wyrachowana, sarkastyczna i skora do mówienia tego, co myśli. Jednakże jeśli przyjrzeć się dokładniej, zauważało się wiele drobnych, lecz istotnych przemian. W ciągu dnia przestała już unikać wody i innych napojów z obawy, że będzie musiała iść do toalety bez okien. Przed pobytem w Szkole Strachu była klaustrofobiczką gotową zrobić prawie wszystko, byle tylko uniknąć ciasnych przestrzeni. W tym celu między innymi przykuwała się do samochodów, sedesów, a czasami nawet do całkiem obcych ludzi. Na szczęście noszenie kajdanek zostawiła teraz policjantom oraz nadgorliwym ochroniarzom z centrów handlowych.
- Wyluzuj? - powtórzył po niej Theo. - Nie naśladuj słownictwa Joaquina. To wykolejeniec. Istny degenerat. Czy wiesz, że właśnie powtarza klasę? Młodocianym przestępcom nie wolno się z nim zadawać, bo ma na nich zły wpływ. Klienci lokalnej apteki uznali w głosowaniu, że to on ma największe zadatki na rabusia. To wcale nie jest zaszczyt! - krzyczał Theo, któremu od wilgoci zaparowały okulary.
- Nie bądź zazdrosny. Twój brat po prostu z natury jest fajniejszy niż ty.
- Nara, Lu - pożegnał ją Joaquin, potem zrobili żółwika i wsiadł do samochodu.
- Lu?! Wymyśliłeś dla niej przezwisko? A ja? Twój rodzony brat? Od wieków dopraszam się o przezwisko!
- Na razie, Theo - mruknął Joaquin.
Zatrzasnął drzwi auta i uruchomił silnik.
- Nie rób wstydu naszemu DNA, przytul mnie na do widzenia! - wrzeszczał Theo, kiedy samochód odjeżdżał. - Powinienem się urodzić Włochem! Oni doceniają rodzinę... i spaghetti.
- Lulu! Theo! - zawołała wesoło Madeleine, wyłaniając się spod parasola.
- I to się nazywa prawidłowa reakcja na widok przyjaciela - powiedział chłopiec do Lulu z wyrzutem, a potem objął Madeleine.
- Odpuścisz w końcu? Ja nie z tych, co się tulą. Też coś - odburknęła Lulu, wyciągając w stronę koleżanki zaciśniętą pięść.
- Przepraszam, Lulu, ale co ja mam z nią zrobić? Gramy w kamień, papier, nożyce?
- Słuchajcie, tak witają się fajni ludzie. Przybijają żółwika. Joaq mnie nauczył. Podobno wszyscy tak teraz robią, nawet Obama.
- W porządku - rzekła wesoło Madeleine, po czym stuknęła się pięściami z przyjaciółką. - Lubię poznawać sposoby powitania światowych dygnitarzy.
Theo głośno odchrząknął, sztyletując wzrokiem Lulu.
- No co? - zapytała dziewczynka, wzruszając ramionami.
- Nie tylko mnie nie objęłaś...
- Przybiłam z tobą żółwika. Na jedno wychodzi. Nawet Maddie to rozumie, chociaż jest z Anglii.
- Theo, istnieje wiele różnych sposobów powitania. Nie powinniśmy krytykować Lulu za jej zwyczaje - powiedziała spokojnie Madeleine. - W Japonii ludzie się kłaniają, a we Francji całują się w oba policzki.
- Ona mnie uderzyła! - zawołał Theo.
Pot ściekał mu z brwi i spływał po okularach na czerwone, chomikowate policzki.
- Nieprawda! Wpadłeś na moją pięść, to była totalnie twoja wina - wyjaśniła z przejęciem Lulu.
- Wpadłem na twoją pięść?! Gdybyśmy byli w sądzie, sędzia zaśmiałby ci się w twarz. A może nawet napluł w oko - odparł Theo, usiłując wytrzeć czoło rękawem. - Ma ktoś chusteczkę? Zaraz się utopię.
- Panno Lulu, panie Theo, bardzo przepraszam, że przerywam, ale...
- Och, Schmidty - zakwilił chłopiec, człapiąc ku staruszkowi z wyciągniętymi ramionami - jakże za tobą tęskniłem. Bywały dni, kiedy prawie mi brakowało Casu Frazigu. I proszę, zauważ, że powiedziałem "prawie", więc nie wrzucaj mi go do jedzenia.
- Drogi panie Theo, wprost nie wiem, co powiedzieć. Jestem wzruszony, że pamiętał pan o mnie, o miłości Madame do sera z larw i w ogóle.
- Schm, jesteśmy jak rodzina, tyle że niespokrewnieni - oznajmił dramatycznie chłopiec. - Gdyby nie kwestia poważnego zagrożenia zdrowia, skaleczyłbym się w palec i zawarłbym z tobą braterstwo krwi.
- Czy powiedziałeś do niego "Schm"? - zapytała ostro Lulu.
- O, przepraszam, nie wiedziałem, że ty i "Joaq" macie monopol na przezwiska - zripostował Theo.
- Jakże mi brakowało bezsensownych sporów panny Lulu z panem Theo - mruknął pod nosem Schmidty.
- Hej, Schmidty - odezwała się serdecznie dziewczynka.
Wyciągnęła do niego zwiniętą dłoń, w którą staruszek ochoczo stuknął własną pięścią.
Dla podkreślenia faktu, że nawet Schmidty umie przybijać żółwika, rzuciła Theo jednoznacznie triumfalne spojrzenie. Udał, że go nie zauważył. Kiedy Theo udawał, że czegoś nie widzi, dramatycznie przenosił wzrok z prawa na lewo, a potem od nieba ku ziemi. Nigdy nie był zbyt subtelny.
- Makaronie! Och, Makaronie! - wykrzyknął z radością, przykucając obok dyszącego psa. - Naprawdę jesteś najlepszym przyjacielem człowieka. No bo na pewno nie można tego powiedzieć o Lulu.
Lulu spojrzała na Schmidty'ego i Madeleine z rozdrażnieniem.
- Siedziałam z nim w jednym samochodzie przez pięć godzin - powiedziała. - To o cztery godziny i pięćdziesiąt minut dłużej, niż potrafię wytrzymać.
- Panno Lulu, muszę spytać: jak to się stało, że znaleźliście się w jednym aucie?
- To był jego pomysł. No a moi rodzice nie mieli ochoty tu znowu jechać. Powiedzieli, że wolą grać w golfa.
- Tak mi się dziękuje za ratowanie planety - jęknął Theo, a potem zrobił długą przerwę. - "Wspólne dojeżdżanie to jest supersprawa: dbanie o środowisko i fajna zabawa".
- Sam to wymyślił - skomentowała Lulu ze śmiertelną powagą.
- Owszem - przyznał Theo z dumą. - Widzę przed tym sloganem wielką przyszłość. W-I-E-L-K-Ą.
- Naprawdę musiałeś literować "wielką"? Wszyscy wiemy, jak się pisze "wielką" - powiedziała skrajnie poirytowana Lulu.
- Ważne, że oboje przyjechaliście. Jakże pragnęłam was zobaczyć i wysłuchać, jak wam minął rok szkolny - przerwała Madeleine, starając się rozładować napięcie.
- Totalnie zapomniałam, że używasz takich wymyślnych słów, jak "pragnęłam". - Lulu uśmiechnęła się pod nosem. - Nie, żeby to było coś złego. Po prostu zapomniałam aż do teraz.
- Ach, te słynne szpileczki Lulu. Za tym na pewno też tęskniłaś - zwrócił się głośno Theo do Madeleine.
Niezbyt wiedząc, jak sobie poradzić z tą sytuacją, Madeleine uznała, że najlepiej się uśmiechnąć. W tym momencie coś robalowatego połaskotało ją w lewe ramię. Odruchowo jednocześnie podskoczyła i pacnęła się w to miejsce.
- Ojej, przepraszam, poczułam coś na ramieniu. Oczywiście nie pająka. Nie żeby mi to przeszkadzało, bo teraz bardzo lubię pająki. Po prostu obawiałam się, że to może agresywny koliber, ale okazało się, że to tylko kosmyk włosów... Łatwo je pomylić...
- Dlaczego wciąż stoimy na dworze? - jęknął Theo.
- Rzeczywiście jest okropnie parno - przyznała niepewnie Madeleine. - Ostatnio czytałam, że dwie odmiany północnoamerykańskich chrząszczy lubią składać jaja, kiedy jest parno. Czyż to nie interesujące?
- Wypociłem już chyba z kilogram wody. Zaczynam się czuć jak modelka na wybiegu. Sama skóra i kości - stęknął Theo, zupełnie ignorując uwagę koleżanki.
- Nie bój nic, Theo. Wcale nie wyglądasz jak modelka - powiedziała miękko Lulu.
- Trzeba ci wiedzieć, że w swoim czasie naprawdę byłem modelem - oznajmił chłopiec, wypinając dumnie pierś.
Lulu zwijała się ze śmiechu przez dobre pół minuty, zanim w ogóle dała radę coś powiedzieć.
- Co za ściema! Ty... jako... model. Ha!
- Ale to prawda! - bronił się Theo.
- Czyżby? No to słucham, gdzie niby robiłeś za modela?
- To były zdjęcia do artykułu w czasopiśmie dziecięcym. Nosił chyba tytuł Pączusie: prawdziwa historia dzieci uzależnionych od węglowodanów - odparł cicho Theo, a Lulu znów parsknęła śmiechem. - To też się liczy jako bycie modelem!
- Schmidty, proszę, powiedz, że Garrison też przyjedzie - jęknęła Madeleine, obserwując ich sprzeczkę.
KAŻDY SIĘ CZEGOŚ BOI:
Heliofobia to lęk przed słońcem
Słońce to nie jest po prostu Słońce. Nie w tym rzecz, że Słońce to księżyc, bo to akurat kompletnie nieprawda. Słońce jest po prostu czymś znacznie więcej niż środkiem Układu Słonecznego albo tym jasnym czymś na niebie. Dzień za dniem wydziera nas z ciemności, wydobywając zarazem na jaw wiele sekretów, które ukrywamy przed innymi, a czasem nawet przed sobą. O tak, słońce jest strażnikiem prawdy, czy nam się to podoba, czy nie.
Trzynastoletnia Madeleine Masterson wyszła na bostońskie powietrze z radością, że wreszcie uciekła spod ponurego nieba nad Londynem. Blada, niebieskooka dziewczynka o kruczoczarnych lokach sięgających prawie do ramion, uśmiechnięta od ucha do ucha, wyprowadziła rodziców na wilgotne, upalne powietrze. Cała rodzina Mastersonów stała teraz na dworze, grzejąc zmarznięte angielskie kości w niezwykłym żarze. Dla Brytyjczyków słońce jest trochę jak królowa: wiedzą, że istnieje, ale nie widują go za często.
Zaledwie przed rokiem Madeleine była tylko cieniem samej siebie. Szła przez życie w panicznym strachu, przekonana, że wróg czyha za każdym rogiem, a raczej - w każdym kącie. Jedyna pociecha państwa Mastersonów od dawna cierpiała na potworny lęk przed pająkami oraz wszelkimi insektami. Dziewczynka nie tylko zawsze nosiła siatkową woalkę oraz pasek ze sprejami na owady, ale kategorycznie odmawiała wejścia do jakiegokolwiek budynku, jeśli nie został niedawno odkażony przez speca od dezynsekcji. Jak można się domyślić, rodzice większości koleżanek z klasy odmawiali spełniania jej szczegółowych, kosztownych wymagań. Dlatego omijały ją urodziny, piżama-party oraz wszystkie pikniki i wycieczki.
Na szczęście dla wszystkich Madeleine spędziła poprzednie wakacje w niezwykle tajnej placówce, znanej jako Szkoła Strachu, o której można się było dowiedzieć tylko z poczty pantoflowej. Ku radości rodziców wróciła całkowicie odmieniona - bez woalki i sprejów. No dobrze, może nie tak całkowicie: wciąż fascynowali ją światowi przywódcy i często dla przyjemności recytowała listę delegatów ONZ w porządku alfabetycznym. Po obezwładniającej arachnofobii nie było już jednak ani śladu.
- Mamusiu, tatusiu, nie chcę być bezczelna, ale po co znowu mnie tam posyłacie? Przecież jestem wyleczona, naprawiona czy jak to chcecie nazwać. Pragnę zwrócić waszą uwagę, że należę teraz do Klubu Przyjaciół Pająków oraz Ruchu Ośmionogów na rzecz Rozwoju Społecznego.
- Wiemy, skarbie. Jesteśmy z tatą bardzo dumni z twoich postępów - powiedziała pani Masterson z uśmiechem.
- Czy nie jesteś przypadkiem jedynym członkiem tych klubów? - spytał pan Masterson.
- Tatusiu, a co to ma do rzeczy? - fuknęła Madeleine.
- Już ci tłumaczyliśmy, że niestety wiąże nas umowa. Ten upiorny Munchauser, prawnik pani Wellington, zmusił nas do podpisania kontraktu na dwa lata. Twierdzi, że druga sesja jest niezbędna, żeby utrwalić zeszłoroczne postępy. Ale nie martw się, kochanie, za rok będziesz już mogła robić, co chcesz.
- Cóż, chyba jeszcze jedne wakacje mi nie zaszkodzą. Poza tym bardzo bym chciała zobaczyć innych uczniów i nadrobić zaległości - przyznała Madeleine.
Tymczasem auto skręciło na wąską brukowaną drogę. Już po kilku sekundach spowiły je ciemności. Drogę ocieniały drzewa, które rosły po jej obu stronach, oraz lepkie pnącza tworzące nad nią tunel. Choć w słabym świetle trudno je było odczytać, liczne tabliczki domowej roboty ostrzegały przed wkraczaniem do Zagubionego Lasu. Gęsto porośnięty teren cieszył się złą sławą miejsca, które połyka ludzi, a potem nie chce ich wypluć.
Samochód zwolnił. Tunel z liści kończył się u podnóża wysokiej granitowej góry. Państwo Mastersonowie zamierzali wyjść z auta i przywitać się z tym całym Schmidtym, o którym tak dużo słyszeli. Jednakże wysoka temperatura prędko zniechęciła londyńczyków do opuszczenia klimatyzowanej kabiny. Madeleine, ubrana w sukienkę w pomarańczową kratę oraz opaskę na gło-wę w tym samym kolorze, wyskoczyła z sedana z uśmiechem na ustach. Co prawda trafniej byłoby powiedzieć, że z uwagi na upał było to raczej powolne stąpnięcie niż skok. Zaczynała rozumieć powiedzenie, że co za dużo, to niezdrowo.
Na ogrodowych krzesłach pod dużym parasolem siedzieli Schmidty, zaufany kucharz/dozorca/konserwator peruk w Szkole Strachu, oraz buldog angielski Makaron.
- Schmidty! - wykrzyknęła radośnie Madeleine, ale zaraz zamilkła.
Była tak zszokowana, że zabrakło jej słów. Pulchny staruszek miał na sobie hawajską koszulę, czarne szorty z poliestru oraz sandały, które odsłaniały jego owłosione stopy i brązowe, popękane paznokcie. Najokropniej wyglądała jednak zaczeska - była w opłakanym stanie, została mu już tylko plątanina siwych kędziorków. Madeleine gapiła się przez kilka sekund, nim odzyskała panowanie nad sobą. Zastanowiła się, jak uporać się z tą delikatną sytuacją.
- Schmidty, strasznie mi przykro, ale muszę cię powiadomić, że twoje włosy...
- Proszę, panno Madeleine - przerwał staruszek. - Ta prawda jest zbyt bolesna, żebym chciał usłyszeć ją z twoich ust. Próbuję wyprzeć ten fakt, ale to znacznie trudniejsze, niż się wydaje, gdy patrzy się na panią Wellington.
Madeleine kiwnęła głową, a potem poklepała go po ramieniu. Z powodu upału oraz stanu zaczeski uznała, że lepiej go nie przytulać.