Szkoła strachu. Jeszcze nie koniec lekcji! - Gitty Daneshvari

-
Proszę czekać

KAŻ­DY SIĘ CZE­GOŚ BOI:

Ery­to­fo­bia to lęk przed ru­mień­ca­mi

Ma­de­le­ine, Lulu, Theo, Schmid­ty i Ma­ka­ron sie­dzie­li skrzy­wie­ni, nie mo­gąc się do­cze­kać przy­jaz­du czter­na­sto­let­nie­go Gar­ri­so­na Feld­ma­na. W grun­cie rze­czy chło­piec spóź­niał się do­pie­ro dzie­sięć mi­nut, ale przez tę nie­zno­śną du­cho­tę mie­li wra­że­nie, jak­by mi­nę­ła go­dzi­na. Theo wci­snął się na krze­sło Ma­ka­ro­na. Na­śla­du­jąc po­zy­cję bul­do­ga, po­ło­żył się na ple­cach z rę­ka­mi i no­ga­mi w po­wie­trzu.

Lulu wła­śnie mia­ła skry­ty­ko­wać kre­tyń­skie za­cho­wa­nie ko­le­gi, gdy zza za­krę­tu przy akom­pa­nia­men­cie gło­śne­go reg­gae wy­je­chał jeep ka­brio­let. Na przo­dzie sie­dział nie kto inny jak Gar­ri­son Feld­man. Kie­dy wy­siadł z auta, sta­nął ide­al­nie na tle słoń­ca, zu­peł­nie jak na fil­mie. Był wyż­szy i znacz­nie bar­dziej opa­lo­ny niż przed ro­kiem. Blond loki, daw­niej sta­ran­nie ucze­sa­ne, te­raz zwi­sa­ły zmierz­wio­ne wo­kół twa­rzy.

Cho­ciaż miał na so­bie szor­ty do sur­fin­gu, sta­ry T-shirt oraz ja­pon­ki, i tak nie dało się za­prze­czyć: wy­glą­dał bo­sko. Czter­na­sto­la­tek wziął tor­bę oraz de­skę do pły­wa­nia i rzu­cił ca­łej grup­ce znie­wa­la­ją­cy uśmiech, któ­rym na­tych­miast wszyst­kich oszo­ło­mił. Na­wet Theo był urze­czo­ny jego olśnie­wa­ją­cym wy­glą­dem, choć może błysz­czą­ca skó­ra Gar­ri­so­na ko­ja­rzy­ła mu się po pro­stu z fryt­ką z McDo­nal­da.

- Co tam? - ode­zwał się życz­li­wie Gar­ri­son, po­da­jąc rękę Schmid­ty'emu.

- Wi­ta­my po­now­nie, pa­nie Gar­ri­so­nie - po­wie­dział sta­ru­szek z uśmie­chem.

Chło­piec od­wza­jem­nił uśmiech, po czym wy­cią­gnął dłoń do Thea, któ­ry rzu­cił się na nie­go z im­pe­tem i zgniótł go w niedź­wie­dzim uści­sku.

- Gary, bra­chu! Kom­pa­ni zno­wu ra­zem!

- Nie mów do mnie Gary - od­parł Gar­ri­son, od­py­cha­jąc spo­co­ne­go ko­le­gę. - I ab­so­lut­nie nie uży­waj sło­wa "kom­pan". Nig­dy. Na­wet kie­dy je­steś sam.

- Fuj! Od­ci­sną­łeś mu twarz na ko­szul­ce! - za­wo­ła­ła Lulu, wska­zu­jąc mo­kry ślad.

Na szczę­ście Gar­ri­son tego nie za­uwa­żył, po­nie­waż te­raz wi­tał się z Ma­de­le­ine, któ­ra po­czer­wie­nia­ła jak bu­rak. Cho­ciaż ni­ko­mu się nie przy­zna­ła, czę­sto my­śla­ła o nim czu­le, zwłasz­cza w sza­re, zim­ne lon­dyń­skie dni. Ale te­raz, kie­dy przed nią stał, po­czu­ła się przy­tło­czo­na wła­snym za­uro­cze­niem.

- Mad­die...

- Cześć, Gar­ri­son. Jak po­dróż z Mia­mi? - za­py­ta­ła ner­wo­wo, strasz­nie szyb­ko wy­ma­wia­jąc sło­wa.

Za­nim zdą­żył od­po­wie­dzieć, moc­no go uści­ska­ła, a po­tem za­wsty­dzo­na od­wró­ci­ła wzrok. Lulu, wy­czu­wa­jąc nie­zręcz­ną at­mos­fe­rę, nie­dba­le ob­ję­ła go le­wym ra­mie­niem i żar­to­bli­wie zmierz­wi­ła mu wło­sy.

- Co to za fry­zu­ra? Jesz­cze tro­chę, a bę­dziesz miał dłuż­sze wło­sy niż ja.

- Te­raz je­stem sur­fe­rem - oznaj­mił z dumą Gar­ri­son, któ­ry daw­niej bał się wody. - Wszy­scy chło­pa­cy no­szą ta­kie fry­zu­ry.

- Czy to przy­pad­kiem nie jest zwy­kła de­ska do pły­wa­nia?

- Lulu, dla­cze­go ty za­wsze mu­sisz wy­ty­kać in­nym nie­do­cią­gnię­cia? - stęk­nął Theo. - Nie myśl, że nie za­uwa­ży­łem, że go ob­ję­łaś.

- Phi.

- Pa­nie i pa­no­wie, z ża­lem prze­ry­wam tę wiel­ce in­te­lek­tu­al­ną kon­wer­sa­cję, ale Ma­da­me na was cze­ka. Wie­cie, jaka jest sta­ra, w za­sa­dzie może umrzeć w każ­dej chwi­li...

Ucznio­wie po raz pierw­szy spoj­rze­li za ple­cy Schmid­ty'ego na duże me­ta­lo­we urzą­dze­nie u stóp góry. Wy­glą­da­ło jak wiel­ka klat­ka dla pta­ków albo ra­czej - co bar­dziej ma­ka­brycz­ne - jak ozdob­na cela wię­zien­na.

- Co to ta­kie­go? - za­py­ta­ła Lulu. - Nie że­bym się bała, bo te­raz to­tal­nie jeż­dżę win­dą, ale to na­wet nie jest win­da. No więc... co to wła­ści­wie jest?

- To naj­now­sza zdo­bycz Szko­ły Stra­chu: Sum­mer­stoń­ski Tram­waj Pio­no­wy - wy­ja­śnił Schmid­ty, bu­dząc Ma­ka­ro­na z drzem­ki.

- Cał­kiem nie­zły STP - stwier­dził Theo ze znaw­stwem.

- ST-co? - spy­ta­ła Lulu, uno­sząc brwi.

- Pod­ją­łem de­cy­zję na naj­wyż­szym szcze­blu...

- Ale ty nie zaj­mu­jesz naj­wyż­sze­go szcze­bla...

- Do­bra, pod­ją­łem de­cy­zję na niż­szym szcze­blu o utwo­rze­niu akro­ni­mu. Mu­si­cie wie­dzieć, że w NJ akro­ni­my to ist­ny hit.

- Dzie­ci, za­nim wsią­dzie­cie do STP, jak to okre­ślił pan Theo, Ma­ka­ron musi ob­wą­chać wa­sze ba­ga­że w po­szu­ki­wa­niu urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych. Jak pa­mię­ta­cie, pani Wel­ling­ton nie to­le­ru­je ko­mó­rek, smart­fo­nów, kom­pu­te­rów ani żad­nych in­nych urzą­dzeń umoż­li­wia­ją­cych ko­mu­ni­ka­cję. Pro­szę, nie my­śl­cie, że ja wam nie ufam. Po pro­stu nie ufa wam Ma­da­me. Dzi­siaj rano nie mo­gła so­bie na­wet przy­po­mnieć, czy w ogó­le was lubi.

Za­śli­nio­ny bul­dog o wor­ko­wa­tych po­wie­kach po­czła­pał do ba­ga­żu uczniów. Usiadł, rów­no ukła­da­jąc tyl­ne łapy mię­dzy przed­ni­mi, po czym za­czął pry­chać. Wi­dzi­cie, bul­do­gi nie po­tra­fią wę­szyć bez pry­cha­nia - to fi­zycz­nie nie­moż­li­we. Prę­dzej bul­dog za­cznie mó­wić po an­giel­sku niż wę­szyć bez pry­cha­nia. Mię­dzy ha­ła­śli-wymi niu­cha­mi Ma­ka­ron uży­wał rów­nież ję­zy­ka. Li­zał nie tyl­ko ba­ga­że, ale tak­że nogi dzie­ci. Kie­dy skoń­czył, rzu­cił Schmid­ty'emu po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie, po czym padł na bruk, skraj­nie wy­czer­pa­ny ta­kim wy­sił­kiem.

- Theo, nie chcę być zło­śli­wa, ale je­stem oszo­ło­mio­na, że nie pró­bo­wa­łeś prze­my­cić ko­mór­ki - przy­zna­ła ze szcze­ro­ścią Ma­de­le­ine.

- Cóż mogę po­wie­dzieć? Pa­trzysz na od­mie­nio­ne­go męż­czy­znę.

- O raju - jęk­nę­ła Lulu, jak zwy­kle prze­wra­ca­jąc ocza­mi. - On się te­raz ma za męż­czy­znę.

Gdy Theo z iry­ta­cją marsz­czył brwi, Schmid­ty wy­cią­gnął z kie­sze­ni czar­nych szor­tów duży pęk klu­czy i za­czął szu­kać tego wła­ści­we­go.

- Po co to w ogó­le za­my­kać na klucz? Bo­icie się nie­pro­szo­nych go­ści? - spy­tał Gar­ri­son, od­rzu­ca­jąc z twa­rzy blond loki.

- Za­mie­rza­łem po­zwo­lić, żeby Ma­da­me sama wam to wy­ja­śni­ła, ale po­nie­waż ona rzad­ko mówi z sen­sem, chy­ba le­piej ja się tym zaj­mę - od­rzekł Schmid­ty, po czym od­chrząk­nął. - W cią­gu ostat­nich paru mie­się­cy Sum­mer­sto­ne sta­ło się ce­lem bar­dzo wy­trwa­łe­go wła­my­wa­cza. Mie­li­śmy już sie­dem, a może osiem na­pa­dów. Albo jesz­cze wię­cej, bo czę­sto do­pie­ro po wie­lu dniach orien­tu­je­my się, że cze­goś bra­ku­je.

Schmid­ty wpro­wa­dził dzie­ci i Ma­ka­ro­na do tram­wa­ju, a po­tem za­mknął drzwi.

- Roz­ma­wia­li­ście z sze­ry­fem? - za­py­ta­ła Ma­de­le­ine, kie­dy ma­chi­na ru­szy­ła pod górę.

- Na­tu­ral­nie, ale jest rów­nie zdez­o­rien­to­wa­ny jak my.

- Czy tyl­ko mnie się wy­da­je, że to naj­wol­niej­szy po­jazd w hi­sto­rii po­jaz­dów? - za­py­ta­ła Lulu z ner­wo­wym uśmie­chem, gdy tram­waj z ter­ko­tem wspi­nał się po sto­ku.

- W mia­stecz­ku nie było żad­nych in­nych wła­mań? - na­ci­ska­ła Ma­de­le­ine.

- No, w za­sa­dzie nie...

- Co to zna­czy "w za­sa­dzie"?

- Raz ktoś się wła­mał do cu­kier­ni Man­ci­nie­go, ale ukradł tyl­ko ba­becz­ki, więc sze­ryf jest prze­ko­na­ny, że stoi za tym mło­dy Jim­my Fern­wo­od. Mat­ka nie po­zwa­la mu jeść sło­dy­czy...

- Wina za­wsze spa­da na gru­ba­sów - ode­zwał się Theo z pre­ten­sją. - To się na­zy­wa uprze­dze­nie ra­so­we.

- Przy­kro mi, Theo, lecz oty­łe dzie­ci nie sta­no­wią od­ręb­nej rasy - wy­ja­śni­ła Ma­de­le­ine.

- Rany, ale tu się robi dusz­no. Aż trud­no od­dy­chać - stwier­dzi­ła Lulu z roz­draż­nie­niem.

- Prze­cież je­ste­śmy na wol­nym po­wie­trzu - od­parł Gar­ri­son.

SZKO­ŁA STRA­CHU 

Ostę­py w oko­li­cach Far­ming­ton w sta­nie Mas­sa­chu­setts

(Do­kład­na lo­ka­li­za­cja za­ta­jo­na ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa)

Ad­res do ko­re­spon­den­cji:

Skryt­ka pocz­to­wa 333, Far­ming­ton, MA 01201

 

Dro­dzy Za­wod­ni­cy!

 

Po­dob­nie jak pra­ca do­mo­wa, prysz­cze i doj­rze­wa­nie dru­gie wa­ka­cje w Szko­le Stra­chu nie są fa­kul­ta­tyw­ne. Wszel­ki­mi przy­pad­ka­mi nie­sub­or­dy­na­cji, pod pre­tek­stem na przy­kład śmier­ci uko­cha­ne­go pie­ska, amne­zji lub wy­jaz­du na ko­lo­nie zaj­mie się mój praw­nik Mun­chau­ser - i to oso­bi­ście. Czło­wiek o naj­brud­niej­szych pa­znok­ciach w ca­łej Ame­ry­ce przy­je­dzie do Was z ni­cią den­ty­stycz­ną. Na­stęp­nie ten fa­cet, któ­ry u sto­ma­to­lo­ga był tyl­ko trzy razy w ży­ciu, za­cznie czy­ścić swe małe żół­te zęby parę cen­ty­me­trów od Wa­szej twa­rzy. Po czymś ta­kim nig­dy nie doj­dzie­cie do sie­bie.

Let­ni kurs roz­pocz­nie się do­kład­nie o 9 rano w so­bo­tę 29 maja, u pod­nó­ża góry Sum­mer­sto­ne. Nie za­po­mnij­cie przy­pad­kiem strzec taj­no­ści Szko­ły Stra­chu - roz­ma­wia­jąc na te­mat na­szej pla­ców­ki, za każ­dym ra­zem na­le­ży pusz­czać wodę do wan­ny, włą­czać te­le­wi­zor na cały re­gu­la­tor i grać na har­mo­nij­ce ust­nej. W imie­niu wła­snym, mo­je­go zdob­ne­go w za­cze­skę asy­sten­ta Schmid­ty'ego, bul­do­ga Ma­ka­ro­na oraz do­sko­na­le wy­tre­so­wa­nych ko­tów za­pew­niam, że już nie mo­że­my się do­cze­kać, kie­dy zo­ba­czy­my Wa­sze wy­sma­ro­wa­ne wa­ze­li­ną uśmie­chy.

Z naj­ser­decz­niej­szy­mi po­zdro­wie­nia­mi

Dy­rek­tor­ka Szko­ły Stra­chu

Czter­dzie­sto­dzie­wię­cio­krot­na zwy­cięż­czy­ni kon­kur­su pięk­no­ści

 

PS Mun­chau­se­ra ani tro­chę nie in­te­re­su­je oglą­da­nie Was po­now­nie i pro­sił, żeby to Wam prze­ka­zać.

KAŻ­DY SIĘ CZE­GOŚ BOI:

Sy­ne­ge­zo­fo­bia to lęk przed krew­ny­mi

Pod­czas gdy Ma­de­le­ine wa­chlo­wa­ła sie­bie i Ma­ka­ro­na cza­so­pi­smem, zza za­krę­tu z pi­skiem opon wy­je­chał bus mar­ki Volks­wa­gen, okle­jo­ny na­lep­ka­mi na zde­rzak. Przez za­pa­ro­wa­ną, po­kry­tą owa­da­mi przed­nią szy­bę dziew­czyn­ka do­strze­gła na­sto­lat­ka za kie­row­ni­cą. Nie mógł mieć wię­cej niż dzie­więt­na­ście lat, no­sił czap­kę z dasz­kiem i duże oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne.

Po kil­ku se­kun­dach volks­wa­gen gwał­tow­nie za­ha­mo­wał. Otwo­rzy­ły się tyl­ne drzwi, któ­ry­mi wy­siadł chwiej­nie The­odo­re Bar­tho­lo­mew. Pulch­ny oku­lar­nik o brą­zo­wych wło­sach ubra­ny był w ło­so­sio­we szor­ty gol­fo­we i tur­ku­so­wą ko­szul­kę polo. Na no­gach miał mo­ka­sy­ny, a przy pa­sie - sa­szet­kę w szkoc­ką kra­tę. Wła­ści­wie wszyst­kie ele­men­ty tego stro­ju wo­ła­ły o po­mstę do nie­ba.

- Jo­aqu­in, po­wiem ro­dzi­com! Sły­szysz?! Obie­ca­łeś im, że nie prze­kro­czysz sześć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. Cho­ciaż całe ży­cie mi­ga­ło mi przed ocza­mi, to wi­dzia­łem, że je­cha­łeś osiem­dzie­siąt! - wrzesz­czał trzy­na­sto­let­ni Theo na star­sze­go bra­ta, któ­ry wła­śnie wy­ła­do­wy­wał z po­jaz­du jego dwie wa­liz­ki.

Theo był ner­wo­wym no­wo­jor­czy­kiem, naj­młod­szym z sió­dem­ki ro­dzeń­stwa. Przez całe dzie­ciń­stwo oba­wiał się, że za każ­dym ro­giem na nie­go i jego ro­dzi­nę czai się za­gro­że­nie, a na­wet śmierć. Za­mę­czał bli­skich te­atral­ny­mi prze­ja­wa­mi tro­ski, zwłasz­cza swym sys­te­mem o na­zwie "Żywy lub Mar­twy". Za­nim tra­fił do Szko­ły Stra­chu, bez­u­stan­nie śle­dził człon­ków ro­dzi­ny, re­je­stru­jąc ich sta­tus "ży­wych" lub "mar­twych" w nie­od­łącz­nym ze­szy­cie. Po­świę­cał rów­nież dłu­gie go­dzi­ny na wy­pi­sy­wa­nie li­stów do bur­mi­strza No­we­go Jor­ku, w któ­rych su­ge­ro­wał róż­ne spo­so­by zwięk­sze­nia bez­pie­czeń­stwa w mie­ście. Ku jego iry­ta­cji bur­mistrz nig­dy nie od­pi­sał - rów­nież na pro­po­zy­cję wpro­wa­dze­nia prze­pi­su na­ka­zu­ją­ce­go wszyst­kim miesz­kań­com uży­wa­nie co go­dzi­nę an­ty­bak­te­ryj­ne­go pły­nu do rąk. Theo wy­my­ślił na­wet slo­gan, któ­ry uwa­żał za chwy­tli­wy, a jed­no­cze­śnie sta­now­czy: "Bur­mistrz mówi - myj pły­nem łap­ki, bo pój­dziesz za krat­ki".

W pro­mie­niach upal­ne­go słoń­ca Jo­aqu­in spoj­rzał na swe­go ner­wo­we­go młod­sze­go bra­ta i wes­tchnął.

- Słu­chaj no, dziad­ku - mruk­nął w od­po­wie­dzi na za­rzut, że prze­kro­czył pręd­kość.

- Nie przy­wo­łuj na­sze­go dziad­ka nada­rem­nie. A tak w ogó­le to po­wta­rzam ci po raz ostat­ni, że no­szę się w sty­lu spor­to­wym, a nie eme­ryc­kim. Pew­nie o tym nie wiesz, ale tego lata to jest bar­dzo tren­dy.

- Nie mo­żesz po pro­stu wy­lu­zo­wać? - Jo­aqu­in był wy­raź­nie po­iry­to­wa­ny.

- Se­rio, Theo, wy­lu­zuj - po­par­ła go Lulu Pun­cha­lo­wer, wy­sia­da­jąc z przed­nie­go sie­dze­nia fur­go­net­ki.

Trzy­na­sto­lat­ka mia­ła na so­bie sta­ry T-shirt, dżin­so­we szor­ty oraz czar­ne tramp­ki co­nver­sy. Jej ru­do­blond wło­sy były dłuż­sze i bar­dziej fa­lu­ją­ce, niż kie­dy rok temu opusz­cza­ła Szko­łę Stra­chu. Za to zie­lo­ne oczy, któ­ry­mi tak czę­sto prze­wra­ca­ła, lśni­ły po­śród mo­rza pie­gów tak ja­sno jak za­wsze.

Po­cho­dzi­ła z Pro­vi­den­ce w sta­nie Rho­de Is­land i na pierw­szy rzut oka nie­wie­le się zmie­ni­ła od cza­su let­niej na­uki w Szko­le. Wciąż była wy­ra­cho­wa­na, sar­ka­stycz­na i sko­ra do mó­wie­nia tego, co my­śli. Jed­nak­że je­śli przyj­rzeć się do­kład­niej, za­uwa­ża­ło się wie­le drob­nych, lecz istot­nych prze­mian. W cią­gu dnia prze­sta­ła już uni­kać wody i in­nych na­po­jów z oba­wy, że bę­dzie mu­sia­ła iść do to­a­le­ty bez okien. Przed po­by­tem w Szko­le Stra­chu była klau­stro­fo­bicz­ką go­to­wą zro­bić pra­wie wszyst­ko, byle tyl­ko unik­nąć cia­snych prze­strze­ni. W tym celu mię­dzy in­ny­mi przy­ku­wa­ła się do sa­mo­cho­dów, se­de­sów, a cza­sa­mi na­wet do cał­kiem ob­cych lu­dzi. Na szczę­ście no­sze­nie kaj­da­nek zo­sta­wi­ła te­raz po­li­cjan­tom oraz nad­gor­li­wym ochro­nia­rzom z cen­trów han­dlo­wych.

- Wy­lu­zuj? - po­wtó­rzył po niej Theo. - Nie na­śla­duj słow­nic­twa Jo­aqu­ina. To wy­ko­le­je­niec. Ist­ny de­ge­ne­rat. Czy wiesz, że wła­śnie po­wta­rza kla­sę? Mło­do­cia­nym prze­stęp­com nie wol­no się z nim za­da­wać, bo ma na nich zły wpływ. Klien­ci lo­kal­nej ap­te­ki uzna­li w gło­so­wa­niu, że to on ma naj­więk­sze za­dat­ki na ra­bu­sia. To wca­le nie jest za­szczyt! - krzy­czał Theo, któ­re­mu od wil­go­ci za­pa­ro­wa­ły oku­la­ry.

- Nie bądź za­zdro­sny. Twój brat po pro­stu z na­tu­ry jest faj­niej­szy niż ty.

- Nara, Lu - po­że­gnał ją Jo­aqu­in, po­tem zro­bi­li żół­wi­ka i wsiadł do sa­mo­cho­du.

- Lu?! Wy­my­śli­łeś dla niej prze­zwi­sko? A ja? Twój ro­dzo­ny brat? Od wie­ków do­pra­szam się o prze­zwi­sko!

- Na ra­zie, Theo - mruk­nął Jo­aqu­in.

Za­trza­snął drzwi auta i uru­cho­mił sil­nik.

- Nie rób wsty­du na­sze­mu DNA, przy­tul mnie na do wi­dze­nia! - wrzesz­czał Theo, kie­dy sa­mo­chód od­jeż­dżał. - Po­wi­nie­nem się uro­dzić Wło­chem! Oni do­ce­nia­ją ro­dzi­nę... i spa­ghet­ti.

- Lulu! Theo! - za­wo­ła­ła we­so­ło Ma­de­le­ine, wy­ła­nia­jąc się spod pa­ra­so­la.

- I to się na­zy­wa pra­wi­dło­wa re­ak­cja na wi­dok przy­ja­cie­la - po­wie­dział chło­piec do Lulu z wy­rzu­tem, a po­tem ob­jął Ma­de­le­ine.

- Od­pu­ścisz w koń­cu? Ja nie z tych, co się tulą. Też coś - od­burk­nę­ła Lulu, wy­cią­ga­jąc w stro­nę ko­le­żan­ki za­ci­śnię­tą pięść.

- Prze­pra­szam, Lulu, ale co ja mam z nią zro­bić? Gra­my w ka­mień, pa­pier, no­ży­ce?

- Słu­chaj­cie, tak wi­ta­ją się faj­ni lu­dzie. Przy­bi­ja­ją żół­wi­ka. Joaq mnie na­uczył. Po­dob­no wszy­scy tak te­raz ro­bią, na­wet Oba­ma.

- W po­rząd­ku - rze­kła we­so­ło Ma­de­le­ine, po czym stuk­nę­ła się pię­ścia­mi z przy­ja­ciół­ką. - Lu­bię po­zna­wać spo­so­by po­wi­ta­nia świa­to­wych dy­gni­ta­rzy.

Theo gło­śno od­chrząk­nął, szty­le­tu­jąc wzro­kiem Lulu.

- No co? - za­py­ta­ła dziew­czyn­ka, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

- Nie tyl­ko mnie nie ob­ję­łaś...

- Przy­bi­łam z tobą żół­wi­ka. Na jed­no wy­cho­dzi. Na­wet Mad­die to ro­zu­mie, cho­ciaż jest z An­glii.

- Theo, ist­nie­je wie­le róż­nych spo­so­bów po­wi­ta­nia. Nie po­win­ni­śmy kry­ty­ko­wać Lulu za jej zwy­cza­je - po­wie­dzia­ła spo­koj­nie Ma­de­le­ine. - W Ja­po­nii lu­dzie się kła­nia­ją, a we Fran­cji ca­łu­ją się w oba po­licz­ki.

- Ona mnie ude­rzy­ła! - za­wo­łał Theo.

Pot ście­kał mu z brwi i spły­wał po oku­la­rach na czer­wo­ne, cho­mi­ko­wa­te po­licz­ki.

- Nie­praw­da! Wpa­dłeś na moją pięść, to była to­tal­nie two­ja wina - wy­ja­śni­ła z prze­ję­ciem Lulu.

- Wpa­dłem na two­ją pięść?! Gdy­by­śmy byli w są­dzie, sę­dzia za­śmiał­by ci się w twarz. A może na­wet na­pluł w oko - od­parł Theo, usi­łu­jąc wy­trzeć czo­ło rę­ka­wem. - Ma ktoś chu­s­tecz­kę? Za­raz się uto­pię.

- Pan­no Lulu, pa­nie Theo, bar­dzo prze­pra­szam, że prze­ry­wam, ale...

- Och, Schmid­ty - za­kwi­lił chło­piec, czła­piąc ku sta­rusz­ko­wi z wy­cią­gnię­ty­mi ra­mio­na­mi - jak­że za tobą tę­sk­ni­łem. By­wa­ły dni, kie­dy pra­wie mi bra­ko­wa­ło Casu Fra­zi­gu. I pro­szę, za­uważ, że po­wie­dzia­łem "pra­wie", więc nie wrzu­caj mi go do je­dze­nia.

- Dro­gi pa­nie Theo, wprost nie wiem, co po­wie­dzieć. Je­stem wzru­szo­ny, że pa­mię­tał pan o mnie, o mi­ło­ści Ma­da­me do sera z larw i w ogó­le.

- Schm, je­ste­śmy jak ro­dzi­na, tyle że nie­spo­krew­nie­ni - oznaj­mił dra­ma­tycz­nie chło­piec. - Gdy­by nie kwe­stia po­waż­ne­go za­gro­że­nia zdro­wia, ska­le­czył­bym się w pa­lec i za­warł­bym z tobą bra­ter­stwo krwi.

- Czy po­wie­dzia­łeś do nie­go "Schm"? - za­py­ta­ła ostro Lulu.

- O, prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem, że ty i "Joaq" ma­cie mo­no­pol na prze­zwi­ska - zri­po­sto­wał Theo.

- Jak­że mi bra­ko­wa­ło bez­sen­sow­nych spo­rów pan­ny Lulu z pa­nem Theo - mruk­nął pod no­sem Schmid­ty.

- Hej, Schmid­ty - ode­zwa­ła się ser­decz­nie dziew­czyn­ka.

Wy­cią­gnę­ła do nie­go zwi­nię­tą dłoń, w któ­rą sta­ru­szek ocho­czo stuk­nął wła­sną pię­ścią.

Dla pod­kre­śle­nia fak­tu, że na­wet Schmid­ty umie przy­bi­jać żół­wi­ka, rzu­ci­ła Theo jed­no­znacz­nie trium­fal­ne spoj­rze­nie. Udał, że go nie za­uwa­żył. Kie­dy Theo uda­wał, że cze­goś nie wi­dzi, dra­ma­tycz­nie prze­no­sił wzrok z pra­wa na lewo, a po­tem od nie­ba ku zie­mi. Nig­dy nie był zbyt sub­tel­ny.

- Ma­ka­ro­nie! Och, Ma­ka­ro­nie! - wy­krzyk­nął z ra­do­ścią, przy­ku­ca­jąc obok dy­szą­ce­go psa. - Na­praw­dę je­steś naj­lep­szym przy­ja­cie­lem czło­wie­ka. No bo na pew­no nie moż­na tego po­wie­dzieć o Lulu.

Lulu spoj­rza­ła na Schmid­ty'ego i Ma­de­le­ine z roz­draż­nie­niem.

- Sie­dzia­łam z nim w jed­nym sa­mo­cho­dzie przez pięć go­dzin - po­wie­dzia­ła. - To o czte­ry go­dzi­ny i pięć­dzie­siąt mi­nut dłu­żej, niż po­tra­fię wy­trzy­mać.

- Pan­no Lulu, mu­szę spy­tać: jak to się sta­ło, że zna­leź­li­ście się w jed­nym au­cie?

- To był jego po­mysł. No a moi ro­dzi­ce nie mie­li ocho­ty tu zno­wu je­chać. Po­wie­dzie­li, że wolą grać w gol­fa.

- Tak mi się dzię­ku­je za ra­to­wa­nie pla­ne­ty - jęk­nął Theo, a po­tem zro­bił dłu­gą prze­rwę. - "Wspól­ne do­jeż­dża­nie to jest su­per­spra­wa: dba­nie o śro­do­wi­sko i faj­na za­ba­wa".

- Sam to wy­my­ślił - sko­men­to­wa­ła Lulu ze śmier­tel­ną po­wa­gą.

- Owszem - przy­znał Theo z dumą. - Wi­dzę przed tym slo­ga­nem wiel­ką przy­szłość. W-I-E-L-K-Ą.

- Na­praw­dę mu­sia­łeś li­te­ro­wać "wiel­ką"? Wszy­scy wie­my, jak się pi­sze "wiel­ką" - po­wie­dzia­ła skraj­nie po­iry­to­wa­na Lulu.

- Waż­ne, że obo­je przy­je­cha­li­ście. Jak­że pra­gnę­łam was zo­ba­czyć i wy­słu­chać, jak wam mi­nął rok szkol­ny - prze­rwa­ła Ma­de­le­ine, sta­ra­jąc się roz­ła­do­wać na­pię­cie.

- To­tal­nie za­po­mnia­łam, że uży­wasz ta­kich wy­myśl­nych słów, jak "pra­gnę­łam". - Lulu uśmiech­nę­ła się pod no­sem. - Nie, żeby to było coś złe­go. Po pro­stu za­po­mnia­łam aż do te­raz.

- Ach, te słyn­ne szpi­lecz­ki Lulu. Za tym na pew­no też tę­sk­ni­łaś - zwró­cił się gło­śno Theo do Ma­de­le­ine.

Nie­zbyt wie­dząc, jak so­bie po­ra­dzić z tą sy­tu­acją, Ma­de­le­ine uzna­ła, że naj­le­piej się uśmiech­nąć. W tym mo­men­cie coś ro­ba­lo­wa­te­go po­ła­sko­ta­ło ją w lewe ra­mię. Od­ru­cho­wo jed­no­cze­śnie pod­sko­czy­ła i pac­nę­ła się w to miej­sce.

- Ojej, prze­pra­szam, po­czu­łam coś na ra­mie­niu. Oczy­wi­ście nie pa­ją­ka. Nie żeby mi to prze­szka­dza­ło, bo te­raz bar­dzo lu­bię pa­ją­ki. Po pro­stu oba­wia­łam się, że to może agre­syw­ny ko­li­ber, ale oka­za­ło się, że to tyl­ko ko­smyk wło­sów... Ła­two je po­my­lić...

- Dla­cze­go wciąż sto­imy na dwo­rze? - jęk­nął Theo.

- Rze­czy­wi­ście jest okrop­nie par­no - przy­zna­ła nie­pew­nie Ma­de­le­ine. - Ostat­nio czy­ta­łam, że dwie od­mia­ny pół­noc­no­ame­ry­kań­skich chrząsz­czy lu­bią skła­dać jaja, kie­dy jest par­no. Czyż to nie in­te­re­su­ją­ce?

- Wy­po­ci­łem już chy­ba z ki­lo­gram wody. Za­czy­nam się czuć jak mo­del­ka na wy­bie­gu. Sama skó­ra i ko­ści - stęk­nął Theo, zu­peł­nie igno­ru­jąc uwa­gę ko­le­żan­ki.

- Nie bój nic, Theo. Wca­le nie wy­glą­dasz jak mo­del­ka - po­wie­dzia­ła mięk­ko Lulu.

- Trze­ba ci wie­dzieć, że w swo­im cza­sie na­praw­dę by­łem mo­de­lem - oznaj­mił chło­piec, wy­pi­na­jąc dum­nie pierś.

Lulu zwi­ja­ła się ze śmie­chu przez do­bre pół mi­nu­ty, za­nim w ogó­le dała radę coś po­wie­dzieć.

- Co za ście­ma! Ty... jako... mo­del. Ha!

- Ale to praw­da! - bro­nił się Theo.

- Czyż­by? No to słu­cham, gdzie niby ro­bi­łeś za mo­de­la?

- To były zdję­cia do ar­ty­ku­łu w cza­so­pi­śmie dzie­cię­cym. No­sił chy­ba ty­tuł Pą­czu­sie: praw­dzi­wa hi­sto­ria dzie­ci uza­leż­nio­nych od wę­glo­wo­da­nów - od­parł ci­cho Theo, a Lulu znów par­sk­nę­ła śmie­chem. - To też się li­czy jako by­cie mo­de­lem!

- Schmid­ty, pro­szę, po­wiedz, że Gar­ri­son też przy­je­dzie - jęk­nę­ła Ma­de­le­ine, ob­ser­wu­jąc ich sprzecz­kę.

KAŻ­DY SIĘ CZE­GOŚ BOI:

He­lio­fo­bia to lęk przed słoń­cem

Słoń­ce to nie jest po pro­stu Słoń­ce. Nie w tym rzecz, że Słoń­ce to księ­życ, bo to aku­rat kom­plet­nie nie­praw­da. Słoń­ce jest po pro­stu czymś znacz­nie wię­cej niż środ­kiem Ukła­du Sło­necz­ne­go albo tym ja­snym czymś na nie­bie. Dzień za dniem wy­dzie­ra nas z ciem­no­ści, wy­do­by­wa­jąc za­ra­zem na jaw wie­le se­kre­tów, któ­re ukry­wa­my przed in­ny­mi, a cza­sem na­wet przed sobą. O tak, słoń­ce jest straż­ni­kiem praw­dy, czy nam się to po­do­ba, czy nie.

Trzy­na­sto­let­nia Ma­de­le­ine Ma­ster­son wy­szła na bo­stoń­skie po­wie­trze z ra­do­ścią, że wresz­cie ucie­kła spod po­nu­re­go nie­ba nad Lon­dy­nem. Bla­da, nie­bie­sko­oka dziew­czyn­ka o kru­czo­czar­nych lo­kach się­ga­ją­cych pra­wie do ra­mion, uśmiech­nię­ta od ucha do ucha, wy­pro­wa­dzi­ła ro­dzi­ców na wil­got­ne, upal­ne po­wie­trze. Cała ro­dzi­na Ma­ster­so­nów sta­ła te­raz na dwo­rze, grze­jąc zmar­z­nię­te an­giel­skie ko­ści w nie­zwy­kłym ża­rze. Dla Bry­tyj­czy­ków słoń­ce jest tro­chę jak kró­lo­wa: wie­dzą, że ist­nie­je, ale nie wi­du­ją go za czę­sto.

Za­le­d­wie przed ro­kiem Ma­de­le­ine była tyl­ko cie­niem sa­mej sie­bie. Szła przez ży­cie w pa­nicz­nym stra­chu, prze­ko­na­na, że wróg czy­ha za każ­dym ro­giem, a ra­czej - w każ­dym ką­cie. Je­dy­na po­cie­cha pań­stwa Ma­ster­so­nów od daw­na cier­pia­ła na po­twor­ny lęk przed pa­ją­ka­mi oraz wszel­ki­mi in­sek­ta­mi. Dziew­czyn­ka nie tyl­ko za­wsze no­si­ła siat­ko­wą wo­al­kę oraz pa­sek ze spre­ja­mi na owa­dy, ale ka­te­go­rycz­nie od­ma­wia­ła wej­ścia do ja­kie­go­kol­wiek bu­dyn­ku, je­śli nie zo­stał nie­daw­no od­ka­żo­ny przez spe­ca od de­zyn­sek­cji. Jak moż­na się do­my­ślić, ro­dzi­ce więk­szo­ści ko­le­ża­nek z kla­sy od­ma­wia­li speł­nia­nia jej szcze­gó­ło­wych, kosz­tow­nych wy­ma­gań. Dla­te­go omi­ja­ły ją uro­dzi­ny, pi­ża­ma-par­ty oraz wszyst­kie pik­ni­ki i wy­ciecz­ki.

Na szczę­ście dla wszyst­kich Ma­de­le­ine spę­dzi­ła po­przed­nie wa­ka­cje w nie­zwy­kle taj­nej pla­ców­ce, zna­nej jako Szko­ła Stra­chu, o któ­rej moż­na się było do­wie­dzieć tyl­ko z pocz­ty pan­to­flo­wej. Ku ra­do­ści ro­dzi­ców wró­ci­ła cał­ko­wi­cie od­mie­nio­na - bez wo­al­ki i spre­jów. No do­brze, może nie tak cał­ko­wi­cie: wciąż fa­scy­no­wa­li ją świa­to­wi przy­wód­cy i czę­sto dla przy­jem­no­ści re­cy­to­wa­ła li­stę de­le­ga­tów ONZ w po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym. Po obez­wład­nia­ją­cej arach­no­fo­bii nie było już jed­nak ani śla­du.

- Ma­mu­siu, ta­tu­siu, nie chcę być bez­czel­na, ale po co zno­wu mnie tam po­sy­ła­cie? Prze­cież je­stem wy­le­czo­na, na­pra­wio­na czy jak to chce­cie na­zwać. Pra­gnę zwró­cić wa­szą uwa­gę, że na­le­żę te­raz do Klu­bu Przy­ja­ciół Pa­ją­ków oraz Ru­chu Ośmio­no­gów na rzecz Roz­wo­ju Spo­łecz­ne­go.

- Wie­my, skar­bie. Je­ste­śmy z tatą bar­dzo dum­ni z two­ich po­stę­pów - po­wie­dzia­ła pani Ma­ster­son z uśmie­chem.

- Czy nie je­steś przy­pad­kiem je­dy­nym człon­kiem tych klu­bów? - spy­tał pan Ma­ster­son.

- Ta­tu­siu, a co to ma do rze­czy? - fuk­nę­ła Ma­de­le­ine.

- Już ci tłu­ma­czy­li­śmy, że nie­ste­ty wią­że nas umo­wa. Ten upior­ny Mun­chau­ser, praw­nik pani Wel­ling­ton, zmu­sił nas do pod­pi­sa­nia kon­trak­tu na dwa lata. Twier­dzi, że dru­ga se­sja jest nie­zbęd­na, żeby utrwa­lić ze­szło­rocz­ne po­stę­py. Ale nie martw się, ko­cha­nie, za rok bę­dziesz już mo­gła ro­bić, co chcesz.

- Cóż, chy­ba jesz­cze jed­ne wa­ka­cje mi nie za­szko­dzą. Poza tym bar­dzo bym chcia­ła zo­ba­czyć in­nych uczniów i nad­ro­bić za­le­gło­ści - przy­zna­ła Ma­de­le­ine.

Tym­cza­sem auto skrę­ci­ło na wą­ską bru­ko­wa­ną dro­gę. Już po kil­ku se­kun­dach spo­wi­ły je ciem­no­ści. Dro­gę ocie­nia­ły drze­wa, któ­re ro­sły po jej obu stro­nach, oraz lep­kie pną­cza two­rzą­ce nad nią tu­nel. Choć w sła­bym świe­tle trud­no je było od­czy­tać, licz­ne ta­blicz­ki do­mo­wej ro­bo­ty ostrze­ga­ły przed wkra­cza­niem do Za­gu­bio­ne­go Lasu. Gę­sto po­ro­śnię­ty te­ren cie­szył się złą sła­wą miej­sca, któ­re po­ły­ka lu­dzi, a po­tem nie chce ich wy­pluć.

Sa­mo­chód zwol­nił. Tu­nel z li­ści koń­czył się u pod­nó­ża wy­so­kiej gra­ni­to­wej góry. Pań­stwo Ma­ster­so­no­wie za­mie­rza­li wyjść z auta i przy­wi­tać się z tym ca­łym Schmid­tym, o któ­rym tak dużo sły­sze­li. Jed­nak­że wy­so­ka tem­pe­ra­tu­ra pręd­ko znie­chę­ci­ła lon­dyń­czy­ków do opusz­cze­nia kli­ma­ty­zo­wa­nej ka­bi­ny. Ma­de­le­ine, ubra­na w su­kien­kę w po­ma­rań­czo­wą kra­tę oraz opa­skę na gło-wę w tym sa­mym ko­lo­rze, wy­sko­czy­ła z se­da­na z uśmie­chem na ustach. Co praw­da traf­niej by­ło­by po­wie­dzieć, że z uwa­gi na upał było to ra­czej po­wol­ne stąp­nię­cie niż skok. Za­czy­na­ła ro­zu­mieć po­wie­dze­nie, że co za dużo, to nie­zdro­wo.

Na ogro­do­wych krze­słach pod du­żym pa­ra­so­lem sie­dzie­li Schmid­ty, za­ufa­ny ku­charz/do­zor­ca/kon­ser­wa­tor pe­ruk w Szko­le Stra­chu, oraz bul­dog an­giel­ski Ma­ka­ron.

- Schmid­ty! - wy­krzyk­nę­ła ra­do­śnie Ma­de­le­ine, ale za­raz za­mil­kła.

Była tak zszo­ko­wa­na, że za­bra­kło jej słów. Pulch­ny sta­ru­szek miał na so­bie ha­waj­ską ko­szu­lę, czar­ne szor­ty z po­lie­stru oraz san­da­ły, któ­re od­sła­nia­ły jego owło­sio­ne sto­py i brą­zo­we, po­pę­ka­ne pa­znok­cie. Naj­okrop­niej wy­glą­da­ła jed­nak za­cze­ska - była w opła­ka­nym sta­nie, zo­sta­ła mu już tyl­ko plą­ta­ni­na si­wych kę­dzior­ków. Ma­de­le­ine ga­pi­ła się przez kil­ka se­kund, nim od­zy­ska­ła pa­no­wa­nie nad sobą. Za­sta­no­wi­ła się, jak upo­rać się z tą de­li­kat­ną sy­tu­acją.

- Schmid­ty, strasz­nie mi przy­kro, ale mu­szę cię po­wia­do­mić, że two­je wło­sy...

- Pro­szę, pan­no Ma­de­le­ine - prze­rwał sta­ru­szek. - Ta praw­da jest zbyt bo­le­sna, że­bym chciał usły­szeć ją z two­ich ust. Pró­bu­ję wy­przeć ten fakt, ale to znacz­nie trud­niej­sze, niż się wy­da­je, gdy pa­trzy się na pa­nią Wel­ling­ton.

Ma­de­le­ine kiw­nę­ła gło­wą, a po­tem po­kle­pa­ła go po ra­mie­niu. Z po­wo­du upa­łu oraz sta­nu za­cze­ski uzna­ła, że le­piej go nie przy­tu­lać.